Issuu on Google+

1


2


karta nauczyciela

nie przystaje do dzisiejszych realiów

– o samorządowej oświacie rozmawiamy z Krzysztofem Nowakiem, członkiem Rady Naczelnej SD, sekretarzem Regionu Małopolskiego SD, ekspertem w zakresie ekonomii oświaty, dyrektorem Zespołu Ekonomiczno-Administracyjnego Szkół w Wojniczu i właścicielem placówki niepublicznej pn. Tarnowska Bursa Szkolna Co przesądza, że dana szkoła przeznaczona jest do zamknięcia? Podstawowym wskaźnikiem określającym rentowność tej czy innej placówki na tle innych jest poziom dopłaty do jednego ucznia za rok poprzedni i w latach prognozowanych. Wpływ na ten wskaźnik ma liczba uczniów w obecnym roku szkolnym i ta prognozowana na podstawie liczby urodzeń w obwodzie szkolnym danej placówki. Spadająca liczba urodzeń w danym obwodzie szkolnym lub utrzymująca się liczba uczniów na stałym, niskim poziomie wpływa na wysoką kwotę dopłaty do każdego ucznia. Brak pozytywnych tendencji demograficznych na lata przyszłe w rejonie danej placówki oświatowej wpływa niestety na niską ocenę rentowności takiej jednostki oświatowej, a w konsekwencji konieczność jej zamknięcia.

Zamykanie szkół lub przekazywanie ich stowarzyszeniom – samorządy na terenie całego kraju oszczędzają na oświacie. Dlaczego właśnie na niej? Nie powiedziałbym, że oszczędzają. Po prostu optymalizują wydatki w oświacie. Wydatki na oświatę z roku na rok stanowią coraz większe obciążenie dla finansów samorządów. Tak stan rzeczy wynika niestety z nakładania na samorządy coraz to nowych obowiązków, za którymi nie idą adekwatne do nich środki z budżetu państwa. Na przykład – jakich? Jednym z takich ustawowych obowiązków narzuconych samorządom jest konieczność realizacji średnich wynagrodzeń nauczycieli. Obowiązek ten wynikający z art. 30 ust. 3 Karty Nauczyciela obliguje samorządy do uzyskania na danym stopniu awansu zawodowego nauczycieli wynagrodzeń na poziomie średnich wynagrodzeń określonych w niniejszej ustawie. Zapis w ustawie Karta Nauczyciela o konieczności spełnienia tych średnich i wynikające ewentualne konsekwencje prawne w przypadku ich nie zrealizowania (naruszenie dyscypliny finansów publicznych) powoduje dalsze zadłużanie się samorządów. Jeśli do tego dochodzi spadająca liczba uczniów to utrzymanie sieci szkolnej a tym samym etatów nauczycielskich na niezmienionym poziomie przerasta w wielu samorządach ich możliwości finansowe.

Dlaczego zamknięcie tych szkół to konieczność? Mówiąc wprost, mało które samorządy stać dzisiaj na dalsze kredytowanie oświaty. Po pierwsze, konieczność przestrzegania przez gminy stosownych wskaźników budżetowych uniemożliwia dalsze zadłużenie. Po drugie, niekorzystna tendencja demograficzna ma swoje odbicie w wysokości otrzymywanej subwencji oświatowej. Obecny sposób podziału subwencji oświatowej jest ściśle powiązany z uczniem. Wysokość środków z budżetu państwa dla poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego (JST) jest naliczana na podstawie algorytmu, który uzależnia je wprost od liczby uczniów. W sytuacji, w której większość samorządów boryka się z koniecznością uzupełnienia nakładów na oświatę dochodami własnymi, w zderzeniu z niżem demograficznym, ale również brakiem zabezpieczenia przez budżet państwa środków finansowych adekwatnych do skali prowadzonych przez JST zadań oświatowych, jest oczywiste, że samorządy zmuszone są do poszukiwania rozwiązań optymalizacyjnych i naprawczych.

I co wtedy? Jednym z rozwiązań ograniczających skutki społeczne do minimum, zwłaszcza w małych gminach, jest powoływanie w miejsce likwidowanych szkół publicznych niepłatnych placówek, które umożliwiają naszym dzieciom kontynuowanie dalszego kształcenia w dotychczasowych murach szkolnych. Dla uczniów taka alternatywa oświatowa nie zmienia nic. Dalej uczą się w tym samym budynku szkolnym, z reguły są to ci sami nauczyciele a nauka jest nieodpłatna. Istotną różnicą jest brak większości przywilejów dla nauczycieli wynikających z Karty Nauczyciela. Najważniejsza z nich to brak sztywnych przepisów ustalających poziom wynagrodzeń. W szkołach publicznych ani dyrektor szkoły ani władze gminy nie mają wpływu na poziom wynagrodzeń zasadniczych nauczycieli (są one określane w rozporządzeniu). W szkołach niepublicznych ich wysokość ustala zaś dyrektor placówki.

Ma pan jakąś receptę na obecne bolączki samorządowej oświaty? Nie odkryję tu Ameryki jeśli powiem, iż należy poważnie rozważyć likwidację Karty Nauczyciela. W obecnym kształcie Karta Nauczyciela zupełnie nie przystaje do dzisiejszych realiów. Blokowanie przez związki zawodowe 3


szkolne). Obecnie subwencja oświatowa jest przyznawana samorządom na dany rok budżetowy według stanu na 30 września roku poprzedniego. W mojej ocenie, jeśli mówimy o pełnym wdrożeniu zasady „pieniądz idzie za uczniem”, subwencja oświatowa winna być naliczana i rozliczana w oparciu o faktyczną w każdym miesiącu liczbę uczniów.

zmian w Karcie postulowanych przez samorządy odbija się negatywnie na kondycji finansowej wielu samorządów. Wymienię choćby likwidację urlopów dla poratowania zdrowia czy dodatków socjalnych (np. mieszkaniowy) dla nauczycieli, konieczność podwyższenia pensum pedagogom, likwidacja średnich ustawowych wynagrodzeń. Konieczne są również zmiany systemowe w sposobie ustalania wynagrodzeń dla nauczycieli.

A czego powinniśmy oczekiwać po samorządach? Zmienić też się powinno się ich nastawienie. Myślę tu o wielu JST. W dzisiejszych realiach samo administrowanie oświatą nie wystarcza. Chodzi między innymi o sposób konstruowania arkuszy organizacyjnych. Zgodnie z obowiązującym prawem oświatowym arkusze organizacyjne szkół i placówek oświatowych są zatwierdzane przez organ prowadzący (JST) do 31 maja każdego roku, a arkusze te determinują z kolei 8 miesięcy wydatków na oświatę roku następnego. W celu zwiększenia rzetelności planowania wydatków oświatowych na rok następny wskazanym rozwiązaniem jest, aby dyrektor szkoły tworzył arkusz organizacyjny w oparciu o ustalone standardy i zasady organizacyjne oraz limity finansowe. Zwiększy to poczucie odpowiedzialności dyrektorów szkół i placówek oświatowych za podejmowane decyzje przy sporządzaniu arkuszy organizacyjnych a „odwrócony” proces zarządzania oświatą spowoduje, że władze gminy będą miały wpływ na wysokość wydatków budżetowych (decyzje finansowe wyprzedzają decyzje administracyjne). Ponadto dyrektor szkoły (placówki oświatowej) w dobie dzisiejszej rzeczywistości oświatowej powinien być swoistym menadżerem, odpowiadającym nie tylko za wyniki nauczania, ale również za gospodarkę finansową i stan bazy oświatowej. Z drugiej strony organ prowadzący winien wyposażyć dyrektora w daleko idące kompetencje i uprawnienia oraz wprowadzić do systemu wynagradzania nauczycieli i dyrektorów elementy motywacyjne.

O jakich zmianach pan mówi? Obecnie samorządy, poza kilkoma składnikami wynagrodzenia, mają niewielki wpływ na ustalanie ich wysokości i różnicowanie. Są one bowiem odgórnie narzucane w tzw. „rozporządzeniu płacowym” a wysokość wyna-

grodzeń nauczycieli zależy w głównej mierze od stopnia awansu zawodowego. W mojej ocenie należy odwrócić proporcję w sposobie naliczania wynagrodzeń. Chodzi o to, by to dyrektor szkoły, w oparciu o przyznany przez samorząd limit finansowy, mógł decydować o poziomie wynagrodzeń kadry pedagogicznej. A jakie są inne postulowane przez pana zmiany? Kolejna istotna propozycja dotyczy dostosowania systemu finansowania do 2 stanów organizacyjnych w oświacie. Oświata, z uwagi na swoją specyfikę, w przeciwieństwie do innych zadań własnych samorządu, stwarza poważne trudności w zakresie planowania, realizacji i nadzoru wydatków budżetowych danej JST. Trudność ta jest powodowana tym, że wydatki w danym roku budżetowym obejmują 2 stany organizacyjne oświaty (lata

Dziękujemy za rozmowę. 4


Tusk chce rzecznika, który nie będzie przynosić przykrych informacji

– komentuje Paweł Piskorski w rozmowie z Michałem Olechem z „Wprostu” (7.01.2014) Nowym rzecznikiem rządu zostanie Małgorzata Kidawa-Błońska. To dobry ruch? Przewidywalny. Donald Tusk stawia w ostatnim czasie na kobiety, usiłując stworzyć wrażenie, że to on jest ich głównym promotorem w życiu publicznym. Jednocześnie spośród posłanek Platformy, największe medialne obycie ma Kidawa-Błońska. Poza tym udowodniła w przeszłości swoją lojalność wobec premiera. To stary schemat: Tusk chce mieć rzecznika, który ma być bezwzględnie podległy, a nie przynosić przykre, ale prawdziwe informacje.

powiedzenia. 300 mld z UE to jedyna rzecz, którą może się chwalić. Będzie to więc długa litania tego, na co zostaną wydane te pieniądze. Symbolem tego jest pani Bieńkowska. Ale to bardzo jednostronne, więc nie przyniesie oczekiwanego efektu. Może ludzi porwie obietnica budowy nowego mostu czy autostrady. Polakom niewątpliwie podoba się, że w zakresie infrastruktury nastąpił przełom. Zadają jednak pytanie: czy gdyby rządził inny rząd, to tych pieniędzy by nie było? Autostrady, które są finansowane z UE, i tak by się budowały. Polacy mogą być z tego zadowoleni, ale nie tworzy to żadnego przełomu. Też cieszę się, że z Warszawy do Berlina można przejechać autostradą. Pytanie, skąd wziąć pieniądze na benzynę. Złoty okres, możliwy dzięki tym pieniądzom, powinien być wykorzystany na reformowanie kraju.

W Platformie mówią o niej, że jest plastikowa. Sprawdzi się przy coraz szybszej dynamice medialnej? Trudno tam o osobowości. Jeśli jakaś się pojawia, to na ogół w otoczeniu Tuska nie wzbudza wielkiego zachwytu. Z punktu widzenia modelu, który on przyjął, rzecznik musi być lojalny i nie tworzyć problemów. Dla rządu nie jest to jednak dobry pomysł. Rzecznik nie powinien być tylko ustami premiera, ale także jego uchem. Powinien wyczuwać miejsca, w którym rodzą się konflikty i kryzysy, podsuwając je premierowi odpowiednio wcześniej. Kidawa-Błońska ma jednak za małe doświadczenie. Nie wyjdzie więc poza instrukcje wydane przez premiera.

Na koniec, czy 2014 rok będzie politycznie intensywny? Mamy w końcu podwójne wybory, do tego kilka ważnych okrągłych rocznic. Wydaje się, że zmiana będzie dosyć zasadnicza, ale nie finalna. Rząd nie upadnie – chyba, że nastąpiłby gwałtowny kryzys. Jest natomiast bardzo prawdopodobne, że Platforma przegra wybory europejskie. Od tego czasu będzie coraz bardziej widoczne, że pomysł Tuska na przyszłą kadencję – porozumienie się z SLD i PSL – nie przynosi większości parlamentarnej. W takim wypadku będą możliwe dwa scenariusze: PiS przejmie władzę z jakimś koalicjantem, albo, co jest znacznie mniej prawdopodobne, powstanie bardzo krucha koalicja wszystkich przeciwko PiS-owi. Rząd Tuska się kończy. To tylko kwestia czasu. Przeżyliśmy już podobną sytuację z rządem AWS-u, a potem SLD. Jest bardzo wyraźne oczekiwanie na to, co zrobi nowa ekipa. Po wyborach europejskich nastąpi ważny moment.

W tym tygodniu także premier na konferencjach ma chwalić się unijnym budżetem, a w piątek przedstawić plany ministerstw na ten rok. Uda się w ten sposób odzyskać utracone poparcie? Ciekawe, co przedstawi Tusk. Do tej pory marnował kolejne okazje do przedstawienia czegoś nowego – zarówno rekonstrukcję rządu, jak i wystąpienie na Radzie Krajowej. Trudno wyobrazić sobie, żeby powiedział coś ważnego, na stosunkowo mało ważnej konferencji. To będzie raczej brnięcie w to samo, bo w sprawie służby zdrowia, szkolnictwa wyższego, ubezpieczeń społecznych nie ma nic do

GTO ENDER TEŻ SĄ WASZE

Zdziwię pewnie niejednego czytelnika. Gender a emerytury?! A jednak. Świat, w którym żyjemy, w XXI wieku dzieli się zasadniczo na ten bardziej otwarty, szanujący prawa człowieka i ten, w którym narzuca się jednostce więcej niż można to uzasadnić interesem innych. To jest sprawa przede wszystkim indywidualnych wolności. W Skandynawii, w Holandii, w Kanadzie nie zasłaniają wieczorem okien też i wtedy, gdy przechodnie są o metr. W Afganistanie nawet biedacy chronią się za wysokim murem. Człowiek łaknie wolności. W Kopenhadze czy w Hadze nikt na nią nie nastaje. W Kabulu tak. Szwedzi

EMERYTURY

5


czy Holendrzy nikomu nie mówią jak mają żyć. Afganowie narzucają każdy możliwy szczegół. Ludzie wolni nie zniewalają. Zniewoleni chętnie. Z jednej strony Europa (czym bardziej na północ i im mniej katolicyzmu), Stany Zjednoczone, Kanada, Australia. Z drugiej kraje islamu, zwłaszcza arabskie. A z nimi dyktatury. Taka jak północnokoreańska. To są bieguny na osi indywidualizm versus kolektywizm. Gdzie się żyje lepiej? Widział kto masową migrację Kanadyjczyków, Norwegów, Duńczyków, Szwedów do Afganistanu, Iranu, Pakistanu?

cyficznie głębszej wrażliwości wobec społecznych wyznaczników zachowań człowieka i ich związku ze społecznie określanymi korelatami płci. Zazwyczaj robią to w kontekście ideologii/wartości równościowych, sprawiedliwościowych. Często w obronie kobiet wypychanych na margines pewnych społecznych szans, ze względu na ich płeć i z uwagi na także kulturowo określone postawy mężczyzn i kobiet. Każdy z nas z tym się zetknął. Obserwując na przykład trudną pozycję, w swym środowisku pracy, kobiet zatrudnionych w policji. Albo wciąż zawężone możliwości awansu do stanowisk dyrektorskich kobiet w bankach, w wielkich korporacjach, fabrykach, szpitalach. Także tam, gdzie znakomita większość zatrudnionych to kobiety.

Ciekawe, że tam gdzie więcej jest wolności, lepsza jest gospodarka. Jedynie znanym czynnikiem zakłócającym tę prawidłowość są obfite złoża ropy. Bogactwo dane od Boga. Niezależne od kultury. Sułtanat Brunei, Arabia Saudyjska. Wolność to czynnik ekonomicznie istotny. Podobnie jak sprawiedliwość, ale o tym nie dzisiaj. Tam, gdzie mufti czy biskup nie tworzą prawa i gdzie więcej szacunku dla ludzkiej indywidualnej godności, i wiary, że człowiek ma zdolność rozpoznawania dobra i zła, więcej tez jest empatii – wrażliwości prawem, policją i ekskomuniką nie wymuszanej, lecz wypływającej z respektu wobec potrzeb bliźnich. Jadąc autem główną ulicą wsi, gdzie akurat odbywa się procesja Bożego Ciała, sam, bez policjanta, uczynię co w mej mocy, by nie zakłócić tam nastroju wiernych, nie przeszkodzić. Ominę, zwolnię, nie popędzę. Mimo, że jestem na drodze publicznej. Zrobię tak dlatego, że sam jestem wolnym człowiekiem. I wiem, jak ważna jest dla mnie moja autonomia. Sprawa kultury. Nie wiary. Tym bardziej nie prawa i władzy. Uwaga poświęcona innemu, respekt dla odmienności, wiedza, że ludzie są różni i że ta ich różnorodność może być wartością, szukanie tego, co dopełnia, niwelowanie pól konfliktu. Dlatego niech nikt nie mówi, że moralniej żyje ten, kto bliższy Kościoła. Ale i niech ten, komu przyjdzie do głowy oświetlić różowymi lampkami okna kamienicy, gdzie założył klub specyficznych uciech, niekoniecznie wybiera dla swego przybytku miejsce, które dla innych jest święte. Nie będę pisał, iż termin gender wywodzi się z nauki. Dla której ideologia, wiara, światopogląd to inne byty. O tym średnio tylko wykształcony człowiek wiedzieć powinien. Jeśli nie wie, niech zastanowi się, co robił, kiedy był czas na naukę. W szerszym, bliższym polityce znaczeniu odnosi się on do społecznych, kulturowych korelatów naszej płciowości. Przeważnie w kontekście równości szans. Nawet nie idzie o seksualność. Idzie o możliwości, oczekiwania, role, funkcje – wszystko w kontekście tego, czy jestem kobietą czy mężczyzną. Każdy wie, że role mężczyzny i kobiety, takie jak kształtuje je kultura, zmieniają się wraz z historią, przestrzenią, cywilizacją. I o tym właśnie jest nauka gender. W każdym razie ten termin i to, co on oznacza nie powinno być ani polem, ani instrumentem walki.

Swobodne zajmowanie się studiami nad społecznymi korelatami płciowości, wykorzystywanie wyników gender studies do walki o równe prawa, o sprawiedliwość w życiu społecznym to kwestia wolności. Wolności, która determinuje nasz rozwój. Także gospodarczy. Skutkiem jej ograniczania będzie marginalizacja Polski. A to ma już najściślejszy związek z naszymi przyszłymi i obecnymi emeryturami. One są wprost zależne od poziomu rozwoju gospodarki. Można tę prawdę ignorować. Ale wtedy proszę o pamięć. I jeśli się tę prawdę ignoruje, proszę mieć pretensje do samego siebie, jeśli po kilkudziesięciu latach wielkiego narodowego wysiłku, by znaleźć się wreszcie w cywilizacyjnym centrum wolnego świata, w Europie, odnajdziemy się na jej poleskich peryferiach. Andrzej Celiński (tekst zamieszczony na Portalu opinii „TokFM” – 10.01.2014)

Niektórzy używają tego terminu dla określenia pewnej, spe6


Jak jest naprawdę z pijanymi kierowcami w Polsce

Każda tragedia na drodze wzbudza w nas współczucie dla najbliższych. A gdy ginie ktoś z winy pijanego kierowcy to dla takiego sprawcy nie ma żadnego usprawiedliwienia, żadnej łagodzącej okoliczności. Ale nawet ogrom tragedii w Kamieniu Pomorskim, gdzie pijany kierowca zabił 6 osób, nie powinien nam przesłonić prawdy, iż problem pijaków za kółkiem jest z roku na rok coraz mniejszy.

jących w Polsce maksymalnie 0,2 promili) to okazałoby się, że nietrzeźwych kierowców mamy jeszcze mniej. Ten korzystny trend zawdzięczamy zmianom w prawie już przeprowadzonym: uznaniu jazdy po alko-holu za przestępstwo, możliwości utraty prawa jazdy na 10 lat, groźbie wieloletniego więzienia za spowodowanie wypadku w stanie nietrzeźwości – zwłaszcza, gdy w jego wyniku są ofiary śmiertelne. Nie sądzę – i tu różnię się od większości wypowiadających się dzisiaj polityków – byśmy potrzebowali dzisiaj kolejnych zaostrzających zmian w prawie. Korzystne statystyki jasno pokazują, że obecne prawo działa dobrze. A tacy „bezmózgowcy” jak ów kierowca w Kamieniu Pomorskim, siadający za kierownicą przy 2 promilach, na jakiekolwiek sankcje karne i tak wydają się być głusi i ślepi. Widzę natomiast konieczność poważnej pracy nad takimi osobami, jak pasażerka owego czerwonego bmw, którym w Nowy Rok pędził uliczkami Kamienia Pomorskiego ten pijany w sztok 26-latek. A szerzej – nad ludźmi, w towarzystwie których piją ci, co potem jadą. Nie mam gotowej na to recepty – to mogą być przemyślane kampanie społeczne, widzę tu także rolę dla kościoła – ale intuicja mi podpowiada, iż kolejny jakościowy skok, jeśli chodzi o spadek liczby pijanych kierowców, osiągniemy dopiero wtedy, gdy uda nam się zmobilizować do twardych reakcji na NIE tych „obok”, tych którzy teraz jakże często patrzą, że ktoś pije i nie reagują, gdy wsiada potem za kółko. Dzisiaj nie wystarczy już hasło: „PIŁEŚ – NIE JEDŹ!”. Równie ważne jest hasło: „PIŁ – NIE POZWÓL MU JECHAĆ!”

A wszyscy politycy zachowują się tak, jakby problem narastał. Zacznijmy od liczb. O ile w 2003 roku było 6913 wypadków drogowych z udziałem kierowców nie-trzeźwych, to w 2012 roku takich wypadków było 4467. Jeżeli jazdę po pijanemu traktuje się – i słusznie – za przestępstwo, to w tej grupie przestępstw jakim jest jazda w stanie nietrzeźwości w ciągu 10 lat nastąpił spadek o 35,4%! A gdy mowa o wypadkach, w których nie tylko uczestnikiem ale i sprawcą był pijany kierowca, to spadek takich zdarzeń w ostatniej dekadzie wyniósł ponad 40%. Dla porównania – jeśli chodzi o wszystkie możliwe przestępstwa, to w 2003 roku dokonano ich 1.446.642 a w 2012 roku ich liczba wyniosła 1.119.803. Jak nietrudno obliczyć obserwowany tu spadek wyniósł 22,5%. Jak widać, pod względem zwalczania wszelkiej możliwej przestępczości ostatnie dziesięciolecie przyniosło pewien postęp, ale naprawdę spory sukces odnieśliśmy w zakresie zwalczania przestępczości polegającej na jeździe „po pijaku” – bo tych przestępstw mamy teraz mniej o przeszło jedną trzecią. A gdyby na tę statystykę nałożyć maksymalne limity spożycia alkoholu obowiązujące w większości krajów europejskich (czyli maksymalnie 0,5 promili zamiast obowiązu-

Paweł Piskorski

7


Liberałowie i Demokraci nr 40