Page 1

1


2


Artystów nie zabraknie. Zapewnijmy im publiczność

– rozmowa z Mirosławem Ziomkiem, muzykologiem, adiunktem w Instytucie Muzyki UMCS, b. dyrektorem Filharmonii w Lublinie, przewodniczącym Regionu Lubelskiego SD Chcemy porozmawiać o kondycji polskiej kultury. A dokładniej o tym, czy politycy – ci, którym powierzyliśmy władzę – potrafią o tę kondycję właściwie zadbać. Już w XVIII wieku niemiecki filozof Johann Herder napisał, że „nie ma nic bardziej nieokreślonego niż słowo kultura”. Mimo że próbę definiowania kultury podejmowano przez wieki, to nadal jest to termin wieloznaczny. I być może dlatego, że występuje tak wielka różnorodność w pojmowaniu kultury, jest ona trudnym obszarem dla polityków. Na tyle trudnym, że – na ile tylko mogą – nie zajmują się nią. A jeżeli pochylą się nad nią, to zazwyczaj wtedy, gdy wypada coś o kulturze powiedzieć przy okazji kolejnych wyborów lub wtedy, gdy zostaną do tego sprowokowani przez elity kulturalne.

nie w sferze obietnic. Trzeba też dodać, że znowelizowana ustawa o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej dalej wzbudza kontrowersje. Szczególnie w tych punktach, które dotyczą zatrudniania artystów, dyrektorów. Po dwóch latach jej działania można by pokusić się o poważną rozmowę i wyciągniecie wniosków. Wydaje się, że debat na temat kultury mamy całkiem sporo. Raczej zagadujemy problemy niż rozmawiamy tak, by wyciągać konkretne wnioski. Bo mamy nagromadzenie sympozjów i spotkań zajmujących się wszelkimi możliwymi przejawami zjawisk kulturalnych, sposobami finansowania kultury, programami kulturalnymi, aktywnością państwa i samorządów wobec kultury. Rośnie liczba absolwentów kulturoznawstwa, menedżerów kultury. Jest jednym słowem – pięknie. Ale na papierze. To jest właśnie przykład zagadywania problemu na śmierć. Z całą pewnością dobrze się dzieje, że powstaje podstawa i obudowa intelektualna zjawisk kulturalnych ale samo debatowanie nad definiowaniem problemu nie rozwiąże go.

Czy te – jak pan to ujął – „prowokacje” elit kulturalnych bywają skuteczne? W ostatnich latach naciski środowisk kultury wymuszało na politykach zmianę – ich zainteresowanie kulturą zaczęło nabierać nie tylko charakteru werbalnego ale pojawiły się też czyny. W 2009 roku odbył się kongres kultury polskiej, w dwa lata później Sejm znowelizował ustawę o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej. To były konkrety, ale gdy w tymże samym roku premier Donald Tusk podpisał w imieniu rządu Rzeczpospolitej „Pakt dla kultury”, to już chyba tylko w ramach ironii mógł powiedzieć, że „Pakt jest triumfem kultury nad władzą”.

Czego twórcy oczekują od państwa? Przede wszystkim dobrego systemu finansowania kultury. Tego, by spore przeznaczone na kulturę środki unijne nie zostały zmarnowane. Kulturę tworzą artyści. Koncertują, malują, rzeźbią, piszą, komponują, grają w teatrach, filmach, reżyserują itd. A przecież trzeba za coś kupić instrumenty, papier nutowy też kosztuje, farby nie spadają z nieba. Twórcy oczekują też, że władza zacznie chodzić na koncerty, wystawy, spektakle, że okaże artystom zainteresowanie nie tylko przed wyborami, ale na co dzień – bo przykład płynie z góry.

A nie był? Oczywiście, że nie był. Bo jaki to był „triumf ” mogliśmy się przekonać po niespełna roku. Bo już w 2012 roku twórcy, którzy podpisywali pakt, stwierdzili, że prawie nic z tego co zostało obiecane, nie zostało dotrzymane. W najbardziej istotnym i trudnym w negocjacjach punkcie – czyli przeznaczenia jednego procenta z budżetu państwa na finansowanie kultury – osiągnięto porozumienie, że taki mechanizm zostanie wprowadzony w 2015 roku. Zobaczymy jak będzie. Ale obawiam się, że i to pozosta-

No właśnie – bo przecież najistotniejsze jest to, by jak najwięcej z nas stało się „bywalcami” imprez i wydarzeń kulturalnych. Cytując „klasyka” można powiedzieć, że człowiek w pierwszej kolejności zabezpiecza swoje potrzeby bytowe. Nie sposób cieszyć się dobrami kultury jeśli – trywializując 3


– nie ma co włożyć do garnka. Czyli gospodarka przede wszystkim. Jednak to oczywiście tylko część prawdy. Majętnych ludzi w Polsce nie brakuje. Podobno rozwija się klasa średnia. Zatem należałoby się spodziewać tłumów na koncertach w filharmoniach, operach, na wystawach czy spektaklach teatralnych. Zjawisko to obserwujemy jedynie wtedy, kiedy na afiszu pojawiają się gwiazdy lub mamy do czynienia z wyjątkowo atrakcyjnym programem. Zapewne większego problemu z codziennym wypełnieniem sal nie ma w wielkich miastach jak Warszawa, Kraków, Poznań czy Wrocław ale proszę przejechać się do mniejszych ośrodków. Tam o publiczność coraz trudniej.

WIELKA Tęcza Chaosu

Paryż został całkowicie przebudowany w XIX w. Rozebrano sporą część średniowiecznej zabudowy, wytyczono nowe bulwary. Do dziś jednak najbardziej znanym układem urbanistycznym miasta jest Paryska Oś Historyczna z XVIII w., łącząca Luwr z Łukiem Triumfalnym, obejmująca Pola Elizejskie. W 1989 r. oś została wydłużona do Wielkiego Łuku Braterstwa, oddalonego od granic Paryża o 3,5 km. Na jego projekt rozpisano wielki międzynarodowy konkurs, a gdy w tym samym roku na osi przed Luwrem planowano budowę szklanej piramidy, stało się to również przedmiotem gorącej dyskusji publicznej, przekraczającej granice Francji. Król Stanisław August Poniatowski zaplanował podobne do paryskiego założenie urbanistyczne w Warszawie. Dziś nazywamy je Osią Stanisławowską. Łączy ona Zamek Ujazdowski z Filtrami, poprzez aleję Wyzwolenia i ulicę Nowowiejską. Z drugiej strony Zamku oś ma kontynuację otwierającą widok na Wisłę, w postaci Kanału Piaseczyńskiego. Wokół osi powstały place: Na Rozdrożu, Zbawiciela, Politechniki, Unii Lubelskiej, mające charakterystyczny gwiaździsty układ ulic, wzorowany na stolicy Francji. Całość zyskała miano małego Paryża, albo – bardziej swojsko, ze względu na kształt z lotu ptaka – Latawca. Po wojnie Warszawa została całkowicie przebudowana. Mimo to Oś Stanisławowska przetrwała, a w 1965 r. wpisano ją nawet do rejestru zabytków. Dopiero w czasach Gierka została częściowo zniszczona przez przecinający ją wykop Trasy Łazienkowskiej. Od kilku lat mówi się o zabudowie wykopu, co przywróciłoby osi ciągłość i urodę. Na uboczu tych wydarzeń w 2012 r. Instytut Adama Mickiewicza wybudował dokładnie na osi, na placu Zbawiciela, wielką instalację artystyczną w kształcie tęczy, o dość jarmarcznej estetyce. Niezbyt mnie to wówczas interesowało, gdyż tęcza miała stać tam tylko kilka miesięcy. Warszawa pełna jest jarmarków, ulicznych wystaw, instalacji artystycznych. Nie wszystkie wszystkim się podobają, ale świadczą one, że miasto żyje. Po niedawnym chuligańskim podpaleniu tęczy dowiedzieliśmy się jednak, że Instytut Adama Mickiewicza i prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz planują pozostawienie jej w dotychczasowym miejscu jeszcze przez co najmniej dwa lata. To już jest trwała zmiana, sprzeczna z estetyką osi urbanistycznej. Klasycystycznemu charakterowi osi podporządkowała się przecież nawet bierutowska zabudowa MDM! Budowy wielkiej tęczy nie poprzedziła żadna dyskusja ani w 2012 r., ani teraz. Czasowa zgoda konserwatora zabytków była formalnością, skoro występował o nią Instytut Adama Mickiewicza, podlegający ministrowi kultury, nadzorującemu właśnie konserwatorów. Jeżeli tęcza pozostanie na osi, będzie to kolejny przykład tworzenia chaosu urbanistycznego w mieście. Smutne, że odbywa się to pod auspicjami ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

Jak można temu zaradzić? Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. Od najmłodszych lat. Zwróćmy uwagę na małe dzieci, na to, z jaką radością już w przedszkolu występują, śpiewając czy recytując. Cóż dalej się dzieje, że nagle ta potrzeba zaczyna być zastępowana nieśmiałością, zażenowaniem, wstydem („W chórze śpiewasz? No co ty, po co?…”). Stoją za tym ogromne błędy w edukacji. Niepowetowane straty przyniosło ograniczenie godzin muzyki i plastyki w szkołach ogólnokształcących. Trzeba absolutnie powrócić do tego, by w całym cyklu kształcenia – od szkoły podstawowej poprzez gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalne – jedna godzina w tygodniu muzyki i plastyki stała się obowiązkowa. Przez całe dziesięciolecia tak było. Mamy znakomitych i świetnie wykształconych nauczycieli muzyki i plastyki. Oni sobie z tym poradzą. Tylko dajmy im szansę. „Wyrabiając” od najmłodszych lat potrzebę obcowania ze sztuką lub jak się to teraz określa – z kulturą wysoką, jest szansa, że będziemy mieli znacznie większą rzeszę melomanów, miłośników sztuk pięknych, teatru, dobrego słowa. Z całą pewnością będziemy mieli lepiej wykształcone społeczeństwo. Bo o to, że zabraknie twórców, nie musimy się obawiać. Mamy znakomite szkolnictwo artystyczne. Nasi artyści są podziwiani na całym świecie. Artystów nie zabraknie. Zapewnijmy im publiczność. I to jest rola dla mądrego finansowania kultury, mecenatu państwa oraz właściwej edukacji młodego pokolenia. Dziękujemy za rozmowę. MIROSŁAW ZIOMEK - 54 lata, doktor muzykologii, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, adiunkt w Instytucie Muzyki UMCS. Dyrygent i kierownik artystyczny chóru akademickiego Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie.

Maciej Białecki 4


TUSK nie szanuje ludzi

Miarą upadku Donalda Tuska jest to, jak wygląda jego otoczenie. Andrzej Biernat potrafi rozgrywać wewnętrzne sprawy, ale nie jest człowiekiem ani twórczym, ani dostarczającym Platformie jakiegokolwiek atutu – mówi w rozmowie z Wprost.pl Paweł Piskorski. Prominentny niegdyś polityk PO, jak sam przyznaje, nie wyobraża sobie, żeby człowiek, który prowadził po pijanemu, był członkiem rządu. Michał Olech, Wprost.pl: Czy Andrzej Biernat może być nową wersją Janusza Palikota? Politykiem, który a to powie coś niestosownego, a to media postawią mu jakieś zarzuty. Paweł Piskorski : Wydaje mi się, że zarówno poziom osobowości, jak i intelektu, jest nieporównywalny. Janusz Palikot przyjmował maskę prowokatora, ale był człowiekiem o głębokiej wiedzy. Pan Biernat przyjmuje maskę osoby agresywnej i atakującej. Jeśli już, jest to parodia tego, co robił Palikot. Zarzuty dotyczące Biernata, opisane we „Wprost”, są poważne. Powinien pożegnać się z ministerialnym stanowiskiem? Życie nauczyło mnie, żeby ostrożnie oceniać takie informacje. Jeśli okazałyby się one prawdziwe, pierwszą osobą, która powinna wyciągnąć konsekwencje, jest Donald Tusk. Zarówno jego szacunek dla kobiet, jak i kultura osobista, stoją przecież na wysokim poziomie. Gdyby te doniesienia się potwierdziły, Biernat powinien pożegnać się ze swoim stanowiskiem. Nie wyobrażam sobie, żeby człowiek, który prowadził po pijanemu, był członkiem rządu.

szuka kogoś, kto mu pomoże. W moim przekonaniu Biernat i tak nie może liczyć na lojalność Tuska.

Może po prostu premier potrzebuje takich ludzi. Miarą upadku Donalda Tuska jest to, jak wygląda jego otoczenie. Jednym z podstawowych filarów, wspierających jego władzę, jest właśnie Biernat. On potrafi rozgrywać wewnętrzne sprawy, ale nie jest człowiekiem ani twórczym, ani dostarczającym Platformie jakiegokolwiek atutu. Ministerstwo sportu to szczyt jego politycznej kariery? Mam wrażenie, że nawet ta funkcja wykracza poza jego możliwości. To, że wchodzi on do rządu, jest pomyłką. Ta nominacja, związana z wewnętrzną rozgrywką, świadczy o Donaldzie Tusku. W innych okolicznościach premier nie byłby zachwycony taką kandydaturą. Jeśli Biernat byłby w rządzie, z którym Tusk rywalizuje, to stałby się obiektem jego prześmiewań i ataków. Takie zachowania, to w Platformie – czy szerszej, w polityce – norma, czy raczej pojedyncze przypadki? Dosyć dobrze znam kolegów i koleżanki z PO, więc cały czas mam nadzieję, że to wyjątek. Jestem krytyczny wobec Platformy, ale nadal jest tam olbrzymia większość ludzi, która sądzi dokładnie to samo, co ja - sprawą Biernata są zażenowani. Decyzja należy jednak do Donalda Tuska, więc czekają, co premier powie w tej sprawie. Na razie spuszczają wzrok.

Ale podobno Biernat jest tak sprawnym politykiem, że liczy się z nim sam premier. Wycinał Jarosława Gowina, a teraz to samo robi z Grzegorzem Schetyną. Donald Tusk nie szanuje ludzi. Stosuje natomiast zasadę lodołamaczy, czyli osób, które mają przejąć od niego ciężar jakiegoś konfliktu. Jednym z takich lodołamaczy był kiedyś Grzegorz Schetyna. Tusk nie eliminuje przeciwników, tylko

TRZEBA PRZEWIETRZYĆ KLASĘ POLITYCZNĄ

– mówi profesor LESZEK BALCEROWICZ w rozmowie z „Rzeczpospolitą” (2.12.2013). (Skróty pochodzą od redakcji „LiD”) Przegrał pan walkę o OFE. Po pierwsze nie chodzi o OFE, jako instytucję, ale o zgromadzone tam oszczędności 16 mln Polaków, a to jest bardzo ważna sprawa. Ktokolwiek śledzi moją działalność publiczną, ten zauważy, że nigdy nie angażowałem się w rzeczy błahe. Po drugie, w sprzeciw wobec przejęcia tych oszczędności przez państwo angażuje się mnóstwo osób – dużo więcej niż w 2011 r., kiedy to rząd PO-PSL drastycznie ograniczył wpłaty do OFE. Po trzecie, za wcześnie na ogłaszanie przegranej w tak zasadniczej sprawie. Pomyślmy, jeśli politycy przeforsowaliby wywłaszczenie ludzi z ich emerytalnych pieniędzy, to w polskiej polityce mogłoby przejść wszystko. Takiego wywłaszczenie dokonano tylko w Argentynie oraz na Węgrzech za

rządów Viktora Orbana. Czy Polska ma dołączyć do takiego towarzystwa? Poza tym sprzeciw wobec projektu PO-PSL dotyczy również niesłychanie nierzetelnej kampanii, która mu towarzyszy. Tu chodzi więc o przyzwoitość w życiu publicznym. Wydaje się, że ma pan po swojej stronie nie tylko racje ekonomiczne, ale i obowiązujące prawo. W sprawie funduszy emerytalnych bardzo ważne są kwestie konstytucyjne. W Polsce mamy konstytucyjny nihilizm, tzn. politycy forsują ustawy, które przez część prawników uważane są za sprzeczne z konstytucją. I co przy okazji ich forsowania słyszymy? „To niech się Trybunał Konstytucyjny nimi zajmie”. Takiej pogardy dla konstytucji nie ma w żadnym kraju zachod5


odpowie za OFE. Nie jestem pewien, czy to jest cytat z mojej wypowiedzi. Chodzi mi natomiast o to, że forsując ustawę wywłaszczającą ludzi z ich emerytalnych oszczędności w OFE, PO nie tylko robi ruch niedobry dla systemu emerytalnego, gospodarki, poziomu debaty publicznej, i przestrzegania konstytucji, ale i dla własnych szans wyborczych. W ciągu ostatniego spotkałem się z 25 tys. ludzi w różnych miejscach w Polsce. Nie spotkałem wyborcy PO, który by nie odczuwał dyskomfortu w związku z uderzeniem w OFE. A więc to jest zła propozycja dla samej Platformy; powinna się ona z niej wycofać. Jeszcze nie jest za późno. [...]

nim. Tak postawę demonstrują niestety Jan Krzysztof Bielecki i Marek Belka – który powinien być szczególnie uczulony na kwestie zgodności z konstytucją, bo od obrony konstytucji zależy niezależność NBP. Jeśli bowiem przechodzi się do porządku dziennego nad kwestią zgodności z konstytucją projektu ustawy wywłaszczającej 16 mln ludzi z ich emerytalnych oszczędności w OFE, to jak można by skutecznie bronić NBP przed przejęciem zgromadzonych tam rezerw walutowych? To był ulubiony postulat Andrzeja Leppera, który w sprawie OFE wypowiadał się o wiele bardziej wstrzemięźliwie niż teraz przedstawiciele rządu PO-PSL. Musi pan przyznać, że w sprawie OFE interpretacja konstytucji jest niejednoznaczna? Są prawnicy na czele z byłym prezesem Trybunału Konstytucyjnego Jerzym Stępniem, którzy już dwa lata temu mówili, że obcięcie składki do OFE jest niezgodne z konstytucją. A przecież teraz chodzi o ruch dużo bardziej drastyczny: wywłaszczenie 16 mln ludzi z ich oszczędności emerytalnych w OFE. Dlatego już teraz sprzeciw prawników jest dużo mocniejszy niż dwa lata temu i myślę, że będzie narastać. Obejmuje on krytyczne opinie instytucji państwowych: Komisji Nadzoru Finansowego, czy Rządowego Centrum Legislacyjnego. [...]

Tylko kilku spośród 460 posłów jest przeciwnych zmianom w OFE. To symptomatyczne, że znaczna część społeczeństwa, która myśli podobnie nie ma w parlamencie swojej reprezentacji. Reprezentacja polityczna zależy od siły nacisku rozmaitych grup w społeczeństwie. Z całą pewnością Polska potrzebuje dużo większej mobilizacji środowisk wolnościowych, tak by politycy nie mogli sądzić, że mogą robić w polityce wszystko, co im się wydaje politycznie korzystne. Taka zwiększona mobilizacja może się objawić w powstaniu i rozwoju nowej partii, albo tak jak w Stanach Zjednoczonych – zmianie programu partii istniejących. A co do rozmijania się posłów z odczuciami dużej części społeczeństwa, warto przypomnieć, że istnieją pyrrusowe zwycięstwa. Brak otwartej, mocnej reakcji nie musi oznaczać zgody na dany krok w polityce. I ten brak zgody odezwie się przy wyborach.

Jednak bez względu na opinie społeczeństwa i sprzeczne opinie prawników, rząd drastycznie ograniczy OFE, odbierając im państwowe obligacje. Dlaczego – powtarzam – głosić defetyzm w tak istotnej sprawie? Przypomina mi to postawy z PRL, gdy decyzje Biura Politycznego PZPR traktowano jako ostateczne rozstrzygnięcie a posłowie posłusznie podnosili ręce. Ale na szczęście żyjemy w demokratycznym kraju, w którym zachowanie polityków zależy ostatecznie od obywateli. To obywatele w Bułgarii zablokowali parę lat temu dużo mniej drastyczne próby ograniczenia filara kapitałowego. Obywatelski sprzeciw dotyczy nie tylko bardzo złego projektu rządowego, ale i nieuczciwej kampanii towarzyszącej temu projektowi. PiS mobilizuje część ludzi w Polsce przy pomocy demagogicznej kampanii smoleńskiej, a koalicja PO-PSL – zmierzając w istocie rzeczy do przejęcia oszczędności emerytalnych Polaków – próbuje ich systematycznie wprowadzić w błąd, stosując propagandowe chwyty, które były wielokrotnie demaskowane przez Komitet Obywatelski Bezpieczeństwa Emerytalnego (KOBE) oraz wielu ekonomistów, w tym przeze mnie. Czołowy ekspert komisji Antoniego Macierewicza, Jacek Rońda został słusznie, choć zbyt późno, potępiony przez swoje środowisko (AGH) za twierdzenia bez pokrycia w argumentach i dowodach. A wśród ekspertów popierających wywłaszczenie ludzi z ich oszczędności emerytalnych mamy wielu Rońdów, którzy uciekają się do manipulacji, insynuacji i inwektyw. Tymczasem ich władze uczelniane do tej pory milczą, a wiele mediów to kupuje, a czasami nawet nagłaśnia. I to ma być publiczna debata?

Ale to narzędzia instytucjonalne decydują, że polska polityka taka jest – finansowanie partii, ordynacja wyborcza, statuty partyjne. Żadna ordynacja wyborcza nie zastąpi mobilizacji środowisk broniących wolności i praworządności w Polsce. [...] Przy takiej ordynacji jak nasza, w przypadku gdy w polityce dominują ludzie, którzy nie mają życia poza polityką, mamy dyktat partyjnego lidera, który trzyma pieniądze i dzieli miejsca na liście wyborczej. Sama zmiana ordynacji na pewno nie wystarczy. Trzeba przyjrzeć się sposobowi finansowania partii i mocniej rozliczać z wydawania pieniędzy. [...] Po drugie – trzeba mocniej rozliczać poszczególnych posłów, tak aby nie liczyła się dla nich tylko łaska jego partyjnego szefa, a musieli brać pod uwagę opinię kompetentnych środowisk doprowadzone do lokalnych wyborców. Co pan chce zaproponować? Ograniczenie liczby kadencji dla posłów? Tego nie ma nigdzie na świecie. Nie jestem tego pewien, wiem jednak, że mocno się to dyskutuje w Stanach Zjednoczonych. Poza tym wprowadzenie ewentualnej kadencyjności nie zastępuje dużo mocniejszego merytorycznego rozliczenia posłów z ich działalności. Należy odrzucać ich tłumaczenie się „partyjną dyscypliną”. Partyjna dyscyplina nie może stać ponad meritum i ponad moralnością.

Co ma pan na myśli, gdy powtarza pan, że premier Tusk 6


Chce pan odmówić wyborcom prawa, aby np. po raz trzeci wybrali prof. Jerzego Buzka do Parlamentu Europejskiego? Przecież ograniczamy wyborcom możliwość wybrania prezydenta na więcej niż dwie kadencje.

Czy jeszcze raz muszę przypominać, że nie chodzi o konflikt personalny, ale o zasady, a w tym o odpowiedzialność poszczególnych ludzi? Ludzi oceniamy po zadaniach, jakich się podejmują. A jak pan ocenie sposób jego powołania – telefon z prośbą o zgodę na dwa dni przed nominacją? Co tu komentować? W Stanach Zjednoczonych wskazuje się, że niedobrą praktyką jest, by ludzie z Wall Street przechodzili do administracji rządowej. To samo dotyczy analityków bankowych. Jest iluzją sądzić, że zawód analityka bankowego daje jakieś szczególne kompetencje na stanowisko ministra finansów. Analitycy zajmują się zwykle komentowaniem zdarzeń na rynkach finansowych najczęściej w krótkiej perspektywie. A w ministerstwie finansów trzeba działać tak, aby przez trzymanie w ryzach wydatków i odpowiednie reformy utrzymać zaufanie do finansów państwa. Do tego potrzebna jest wiedza, determinacja i charakter. Tacy ludzie są wśród analityków, ale nie ze względu na ich zawód, ale z innych powodów.

Ale prezydent to władza wykonawcza. A poseł – nie. No to co? Trzeba przewietrzyć klasę polityczną. Ale nade wszystko trzeba zdecydowanie mocniej pilnować i rozliczać poszczególnych polityków. Dlatego za ważną innowację traktuję rozwijającą się akcję młodych ludzi „niezaglosuje.pl”. Ostrzegają on posłów, którzy poprą zamach na oszczędności w OFE, że na nich nie zagłosują. Mam nadzieję, że ten ruch przekształci się w trwały i mocny mechanizm poprawiający jakość decyzji w naszej demokracji. [...] Na odchodne wicepremier Rostowski wpisał środki z OFE do budżetu na przyszły rok, co czyni tę operację nieuchronną. To kolejna nieprawda, którą uruchomiono ostatnio w akcji propagandowej na rzecz wywłaszczenia OFE z emerytalnych oszczędności Polaków. Próbuje się mianowicie wprowadzić do obiegu doktrynę mniejszego zła głosząc, że bez przeforsowania ustawy, która pozbawiałaby ludzi oszczędności emerytalnych w OFE budżet w 2014 roku się zawali, albo nastąpi inna katastrofa: np. konieczna będzie drastyczna podwyżka podatków. To jest typowe ustawianie sobie odbiorców przez fabrykowanie fałszywego dylematu. Ma ono zapewne na celu wywarcie presji na posłów oraz na prezydenta. Ale to jest kolejny nierzetelny chwyt. Dlaczego? Otóż wskutek uderzenia w oszczędności w OFE – owszem – pojawiłaby się w budżecie nadwyżka w 2014 r. w granicach 4 proc. Ale w następnym roku powróci deficyt w granicach 3 proc. Czyli byłby to przejściowy i na dodatek fałszywy sukces, no chyba że ten pierwszy ruch zwiastowałby jakieś kolejne wywłaszczenia. Bez wywłaszczenia ludzi z oszczędności w OFE deficyt w 2014 r. będzie trochę mniejszy niż w tym roku. A więc katastrofy nie będzie! A poza tym fałszywa nadwyżka byłaby gorsza od prawdziwego deficytu. Na dodatek ten prawdziwy deficyt można by zmniejszyć. Wreszcie, dług publiczny to nie tylko dług rynkowy. Dług ukryty jest 3 razy wyższy niż dług jawny i wynosi ponad 190 proc. PKB. Dług niejawny wzrośnie jeśliby przejęto realne oszczędności z OFE i dopisano na papierze rekompensatę w ZUS-ie w postaci zobowiązań legislacyjnych wobec obywateli, które powiększyłyby dług niejawny. W miejsce realnych aktywów pojawiłyby się polityczne obietnice. I na koniec, Polska byłaby jedynym krajem w Europie poza Albanią, który po 1989 r. nie miał recesji. Sytuacja budżetu państwa była w innych państwach dużo trudniejsza niż u nas. Ale do przejęcia nagromadzonych oszczędności emerytalnych w naszym regionie posunął się tylko Orban na Węgrzech.

Widzimy, że nie jest pan optymistą, co przyszłych dokonań ministra Szczurka. Ktoś, kto akceptuje projekt wywłaszczenia ludzi z oszczędności emerytalnych w OFE, nie zdaje wyżej wymienionego testu. Ale bardzo chciałbym się pomylić. Jak powinien wyglądać system emerytalny w Polsce, żeby przy malejącej liczbie pracujących za 10-15 lat nadal działał poprawnie? Nie należy przywracać monopolu ZUS-u. A tymczasem wprowadzenie w życie ustawy rządu PO-PSL musiałoby do niego doprowadzić, bo oznaczałoby ostatecznie całkowitą likwidację filaru kapitałowego. Nie wykluczam, znając praktyki propagandowe naszych polityków, że we wtorek w Sejmie pojawi się taki oto chwyt: ktoś wystąpi z postulatem otwartej, całkowitej likwidacji OFE, a PO razem w PSL będą bronić II filaru, forsując jednocześnie projekt rządowy, który jak powiedziałem, jest inną wersją likwidacji OFE. Wracając do Państwa pytania: Polsce grozi trwałe obniżenie tempa wzrostu gospodarczego. Przez poprzednie 20 lat było to średnio 4 proc. wzrostu PKB per capita. Przez następne kilkadziesiąt – przy braku reform – będzie to ok. 2 proc., może trochę więcej. Tymczasem system ZUS-owski, w którym nie gromadzi się żadnych oszczędności, jest całkowicie zależny od przyszłego wzrostu gospodarczego. A po co zrobiono pierwszy skok na oszczędności w OFE, a teraz przygotowuje się jeszcze bardziej drastyczny? Po to, żeby zgarniając oszczędności emerytalne nie musieć robić reform, a móc wydać więcej przed wyborami. Nie można uzależniać emerytur tyko od systemu ZUS-owskiego, który jest tak wrażliwy na politykę. Trzeba rozkładać ryzyko. W systemie kapitałowym ludzie, gdy widzą, że wartość odłożonych pieniędzy jest zbyt mała, starają się dostosować, np. więcej pracując. Dlatego II filar jest niezbędnym elementem systemu emerytalnego. [...] Jak nie rozbiór OFE to co pozostaje rządowi? Jakie jest

Nowego ministra finansów Mateusza Szczurka także będzie pan tak ostro atakował? 7


lekarstwo na deficyt finansów publicznych? Po pierwsze, nawet gdyby nic dodatkowo nie zrobiono, to – jak powiedziałem – deficyt w finansach publicznych w granicach 4 proc. PKB w 2014 r. będzie mniejszym złem niż fałszywa i przejściowa nadwyżka osiągana w drastyczny sposób. Ujawnienie prawdy mobilizuje, zafałszowanie – demobilizuje. Po drugie, nikt rozsądny nie proponuje drastycznego zaciskania fiskalnego w przyszłym roku, które dałoby równowartość pieniędzy, które chce się przejąć z OFE. Jest natomiast pole dla stopniowego obniżania deficytu. A co do długu publicznego, to z oficjalnych materiałów przedstawionych w kwietniu br., wynika, że i bez skoku na OFE dług nie przekroczy progu 55% PKB liczonego według metodologii krajowej. A nawet gdyby to ryzyko istniało, to można by mu przeciwdziałać, przykładowo przez prawdziwą prywatyzację, która na dodatek ograniczyłaby pole do partyjnego nepotyzmu, zilustrowanego ostatnio przy okazji wyborów w dolnośląskiej PO. Tak długo jak ostateczna władza nad przedsiębiorstwem przysługuje politykom, tak długo ma się politykę w przedsiębiorstwach. [...]

Mamy trzy ważne a niepokojące tendencje: starzenie się społeczeństwa i rosnącą liczba osób niepracujących, niskie inwestycje prywatne oraz spadające tempo poprawy efektywności w gospodarce. Te trzy tendencje można i trzeba neutralizować przez odpowiednie reformy, o których piszemy w materiałach FOR. Chodzi m.in. o poprawę klimatu inwestycyjnego, odpolitycznienie gospodarki, większą deregulację, reformę finansów publicznych, reformę uczelni. Premier Tusk uważa, że zrobią to pieniądze unijne. Pieniądze unijne nie zastąpią tych reform. Ponadto, nie można w społeczeństwie utrwalać przekonania, że nasz sukces zależy głównie od zewnętrznych pieniędzy, a nie naszych wewnętrznych wysiłków. Krytykuje pan rząd i premiera tak ostro, że można odnieść wrażenie, że uważa pan, iż to najgorszy gabinet po 1989 r. Po pierwsze, nie krytykuję premiera jako osoby, lecz niektóre poczynania i zaniechania koalicji PO-PSL. Po drugie, krytycznie odnosiłem się do ruchów poprzednich rządów, jeśli w mojej opinii były one złe. Odejdźmy wreszcie od przedstawiania ważnych problemów naszego kraju w kategoriach personalnych konfliktów. [...]

Co trzeba zrobić, by zapewnić w Polsce trwały wzrost gospodarczy?

8


Co wygra

– europejska solidarność czy narodowe egoizmy?

W cieniu antyunijnego stanowiska Janukowycza i prounijnych demonstracji na kijowskim Majdanie, prawie niezauważone zostało nie mające precedensu zakwestionowanie unijnych fundamentów przez premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona. A z punktu widzenia Polski i innych krajów „nowej” Unii to, czy Ukraina wejdzie czy nie wejdzie do Unii nie jest aż tak ważne jak to, by nie weszły w życie pomysły Camerona.

Brytyjski premier chce ograniczenia dostępu do brytyjskiego rynku pracy dla przybywających do Wielkiej Brytanii imigrantów z krajów tzw. nowej Unii. Proponuje on, by dopiero po trzech miesiącach mogli oni ubiegać się o ewentualne świadczenia socjalne. W przypadku utraty przez nich pracy chce skrócenia do sześciu miesięcy okresy wypłaty zapomogi. Opowiada się także za deportowaniem bezdomnych i pozbawionych środków do życia. Premier Cameron kwestionuje w ten sposób fundamenty, na których budowana jest dzisiejsza Unia Europejska. Bo dzisiejsza Unia to nie dawne EWG, którego głównym celem był rozwój gospodarczy i wymiana handlowa między wolnymi, demokratycznymi i najbogatszymi krajami Europy. Priorytetem dzisiejszej Unii jest niwelowanie różnic w rozwoju i zamożności między „starą” Unią a nowo przyjętymi krajami z Europy Środkowo-Wschodniej, między bogatymi a biedniejszymi. Dlatego tak ważna dla dzisiejszej Unii jest zasada solidarności i wyrównywania szans – czego praktycznym wyrazem jest między innymi wspólny rynek pracy oraz wspomagający rozwój biedniejszych państw członkowskich fundusz spójności. Gdyby pomysły Camerona weszły w życie oraz – co gorsza – zostały przejęte przez inne bogate kraje starej Unii (co nie trudno sobie wyobrazić, patrząc jak w niektórych z tych krajów rosną w siłę partie eurosceptyczne i ksenofobiczne) to Europa, mimo iż nadal byłaby Unią, zamiast podziały niwelować – by je pogłębiała. Dla naszego polskiego interesu nie jest istotne, czy w krajach Europy Zachodniej rządzi lewica czy prawica. Ważne jest dla nas, by ci co rządzą myśleli w kategoriach europejskiej solidarności a nie takiego czy innego narodowego egoizmu. O ile w geście solidarności z proeuropejsko myślącymi Ukraińcami warto pójść z pikietą pod ambasadę ukraińską, to z punktu widzenia tego, jaka będzie przyszła Unia, większe znaczenie może mieć to, co zademonstrujemy pod ambasadą brytyjską. Paweł Piskorski 9


UKRAINA TO NASZA SPRAWA

Kiedy piszę ten tekst prezydent Janukowycz rozważa wprowadzenie stanu wyjątkowego, Ukraińcy kolejny dzień demonstrują w Kijowie i innych miastach swojego kraju, a premier Tusk spotyka się ze swoimi ministrami, chyba tylko po to, by dać komunikat, że coś w końcu zauważył. Po 1989 roku w jednej sprawie istniał consensus wszystkich znaczących sił politycznych w kolejnych parlamentach – w podstawowych założeniach polityki zagranicznej. Była to integracja Polski ze strukturami politycznymi i wojskowymi świata zachodu oraz wspieranie niepodległościowych dążeń oraz wejścia w te same struktury zachodnie narodów sąsiadujących z nami na wschodzie. Doktryna wypracowana przez Mieroszewskiego i Giedroycia łączyła najbardziej nawet różniących się w sprawach wewnętrznych polskich polityków. Pierwszym ministrem spraw zagranicznych III RP , który doktrynę tę odrzucił, był Radosław Sikorski. Uznał doktrynę ULB za archaiczną, przesyconą „jagiellońską” mocarstwowością, przeciwstawiając jej koncepcję „piastowską” – zwrócenia się na zachód i ograniczenia aktywności na wschodzie. Najdokładniej taką minimalistyczną postawę opisał Bartłomiej Sienkiewicz (wtedy jeszcze nie minister spraw wewnętrznych) formułując teorię państw buforowych – które byłyby na poziomie globalnym „współzarządzane” przez Rosję i Polskę. Biorąc pod uwagę imperialne resentymenty Rosji oraz realne możliwości Polski, dosyć oczywistym jest, że takie „współzarządzanie” oznacza w praktyce przesunięcie granicy rosyjskiej dominacji na Bug. Efektem tej bierności jest w jakiejś mierze sytuacja na Białorusi, a w dużej mierze to co obserwujemy na Ukrainie. Polska dyplomacja biernie obserwowała zabiegi Rosji o odzyskanie wpływów na Ukrainie, realne plany integracyjne nie powstawały, nie pracowano nawet studyjnie nad rozwiązaniami podstawowych, przewidywalnych trudności Ukrainy w przypadku jej europejskiego wyboru – że wspomnę tylko o bezpieczeństwie energetycznym (nota bene – my też byśmy skorzystali na opracowaniu scenariusza na wypadek „zakręcenia kurków” – już to przeżywaliśmy). Proeuropejskie wystąpienia Ukraińców zupełnie zaskoczyły nasz rząd. Premier dziś powołuje zespół antykryzysowy, który powinien istnieć co najmniej od tygodnia. Przecież obserwujemy destabilizację systemu u naszego sąsiada! Minister Sikorski zauważył problem ukraiński dopiero kiedy dowiedziawszy się o planowanym wyjeździe prezesa PiS do Kijowa skomentował to na twitterze żenującym wpisem o potencjalnie traconych polskich miliardach i korupcji na Ukrainie. Minister Sikorski generalnie jakby słabiej się czuje w sprawach zagranicznych, odżywa kiedy może dołożyć opozycji, pewnie odreagowuje jakieś traumy z czasów, gdy działał w ROP czy rządzie Kaczyńskiego. Koncepcja Sikorskiego poniosła klęskę, ale nadal jest chro-

niony „tarczą antypisowską” – zjawiskiem polityczno-medialnym, w którym każdy z PO jest obdarzony domniemaniem racji absolutnej, nie wolno skrytykować ministra obecnego rządu, bez zakwalifikowania do zwolenników Kaczyńskiego, Macierewicza itp. Obraz polityki Sikorskiego jest odrobinę maskowany aktywnością części polskich europosłów i działaniami prezydenta Komorowskiego, które podtrzymywały bezpośrednie relacje polsko-ukraińskie. Tak czy inaczej nie wiem, czy premiera stać w tej sprawie na bierność – czas skorygować błędy i wrócić z polską polityką na wschód. Ukraina w Europie to nasza racja stanu – mnie nie zaskakuje wspólnota poglądów na ten temat zaprezentowana dzisiaj przez Kaczyńskiego i Michnika. Jest oczywista, mogą się różnić na każdy temat, ale nie na ten czy pożądanym sąsiadem dla nas jest demokratyczna, wolna Ukraina uczestnicząca w tych samych strukturach politycznych co Polska, czy Ukraina zniewolona, rządzona z Kremla. Pomoc protestującym Ukraińcom, wsparcie ich europejskich dążeń to nie tylko moralny obowiązek – ale także nasz interes. Nawet jeśli, w wyniku poszerzenia UE zamiast 300 mld jakiś premier przywiezie z Brukseli 150 – to naprawdę nie warto? Unia Europejska to nie tylko dotacje (choć dla nas, nadal należących do biednych bardzo przyjemna rzecz), to przede wszystkim strefa bezpieczeństwa i stabilizacji. W Polsce, przez którą przetoczyły się obie wielkie wojny XX w. powinniśmy to rozumieć najlepiej. Ukraina, może z czasem Białoruś w Europie to oddalenie od nas Rosji, która nadal cierpi na chorobę imperialną i rządzi się standardami odległymi od europejskich. Trudno sobie wyobrazić lepszy interes. Jest jeszcze coś, o czym nawet strach pisać w kraju, w którym obrodziło ostatnio tylu przemawiających nosowo „realistów politycznych”. Którzy wiedzą, że się „nie uda”, „że Putin nie pozwoli”, że „Europa nie poprze” , że „niemożliwe” , że „to nie nasza ciepła woda” . Solidarność jest wartością. Wolność jest wartością. Ukraińcom należy się nasz ludzki odruch wsparcia dla walczących o wolność. Takiego wsparcia, jakie otrzymywaliśmy my w latach 80-tych i 90-tych. Takiego jakiego my potrafiliśmy udzielić uznając 2 grudnia 1991 suwerenność Ukrainy jako pierwszy kraj na świecie. Jakim potrafiliśmy się wykazać w trakcie „Pomarańczowej Rewolucji”. Niewielu rzeczy Ukraińcom dziś można zazdrościć. Ale pozytywnej emocji dążenia do wolności, nadziei, zazdrościć można. Dajmy się tej pozytywnej emocji porwać – popierając Ukraińców w naszym wspólnym interesie. Marcin Celiński źródło: http://celinski.na.liberte.pl/ukraina-to-nasza-sprawa/

10


Pikieta SD pod ambasadą Wielkiej Brytanii w Warszawie

Stronnictwo Demokratyczne 3 grudnia br. zorganizowało pikietę przed ambasadą brytyjską w Warszawie w proteście przeciw deklarowanej przez premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona zmiany brytyjskiej polityki wobec imigrantów z krajów tzw. nowej Unii. Zdaniem SD nowe podejście brytyjskie - jeśli wejdzie w życie - przyczyni się do dezintegracji Unii i utrwali podział na starą, bogatszą Unię i nową - biedniejszą. Jest ono także sprzeczne z fundamentalna dla Unii zasadą solidarności i wspólnego rynku pracy. Przed ambasadą członkowie SD rozwineli transparenty z hasłami: „Mr. Cameron, don’t build THE NEW IRON CURTAIN!”, „Walter Ulbricht & David Cameron the most famous BUILDERS OF WALLS in Europe!”, „1987: Mr. Gorbachev, TEAR DOWN THIS WALL ! 2013: Mr. Cameron, DON’T BUILD THIS WALL!”. Wiceprzewodniczący SD Sławomir Potapowicz przekazał urzędnikom ambasady list do Ambasadora Wielkiej Brytanii Pana Robina Barnetta.

Warszawa, 3 grudnia 2013 roku

Jego Ekscelencja Robin Barnett Ambasador Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej Ekscelencjo Ambasadorze, W imieniu Stronnictwa Demokratycznego pragnę złożyć na Pańskie ręce sprzeciw wobec deklarowanej przez premiera Wielkiej Brytanii Pana Davida Camerona zmiany polityki imigracyjnej Zjednoczonego Królestwa. Uważamy, że zgłoszone propozycje, które sprowadzić się mają między innymi do ograniczania dostępu do brytyjskiego runku pracy dla przybywających do Wielkiej Brytanii imigrantów z krajów tzw. nowej Unii, utrudnienia tym osobom uzyskiwania ewentualnych świadczeń socjalnych oraz deportowania z Wielkiej Brytanii osób bezdomnych i pozbawionych środków do życia, są sprzeczne z fundamentalną dla Unii Europejskiej zasadą solidarności i wspólnego rynku pracy. Wyrażane przez Pana Davida Camerona opinie sugerują, iż imigranci z Europy Wschodniej przybywają do Wielkiej Brytanii po zasiłki i zapomogi. Przeczą temu dziesiątki tysięcy Polaków, którzy swoją ciężką, wykonywaną tam pracą – za którą są powszechnie chwaleni – pomnażają bogactwo Wielkiej Brytanii.

Przez ponad cztery powojenne dekady przez Europę przebiegała „żelazna kurtyna”. Oddzielała ona wolnych od zniewolonych i bogatych od biednych. Europa nigdy się z tym podziałem nie pogodziła i w 1989 roku ostatecznie go odrzuciła. Rozpoczęte w pierwszej dekadzie XXI wieku i daleko idące – choć jeszcze nie zakończone – poszerzenie Unii Europejskiej daje nadzieję, że za życia tego pokolenia uda się nam ostatecznie zbudować silną, zjednoczoną i solidarną Europę – wspólny dom wszystkich Europejczyków. Propozycje rządu brytyjskiego w odniesieniu do imigrantów z krajów nowo przyjętych do Unii wizję takiej Europy oddalają. Wzywamy rząd brytyjski, by – w imię europejskiej odpowiedzialności i solidarności – z tych niedobrych propozycji się wycofał. Sławomir Potapowicz Wiceprzewodniczący Stronnictwa Demokratycznego 11

Liberałowie i Demokraci nr 36  

Li|D nr 36

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you