Page 1

magazyn studentów pwsz w Tarnowie styczeń/luty 2016 nr 61 ISSN 2081 – 2973


spis treści 02 uczelnia/kultura poznaj magię słów 03 styl życia / felieton zamiary na zmiany,czyli o sensie noworocznych postanowień 04 wiadomości/instytut sztuki ArtFest 2015

05 styl życia / felieton efektywnie i przyjemnie

06 – 07 pod lupą / wywiad numeru wygwizdane 08 kultura / aktualności art squat 09 kultura/recenzje przystaweczka

10-11 kultura / recenzje Annoyance and Disappointment The Dumplings Bazar złych snów Opowiadania Z.Beksińskiego 12 – 13 felieton / artykuł adastry cząstki książki 14– 15 kultura / relacje mrocznym widmem jest lucas fanowskie wojny 16 – 18 społeczeństwo / felieton młodzi sięgają po historię ! 19 uczelnia/aktualności the little match girl własny system fakty sportowe 20 styl życia / porady kącik porad Wujka Kaca 21 – 22 sport/ felieton e-sport 23– 25 kultura / zapowiedzi kalendarium kulturalne

www.adastra.tarnow.pl facebook/magazynadastra


Studentka III roku filologii polskiej. Miłośniczka kryminałów i starego, dobrego rocka. Uwielbia gotować.

Maria Białek

Szanowni Czytelnicy! Sesja tuż-tuż, więc w tym numerze prezentujemy wiele przydatnych, z naszego punktu widzenia, porad. Być może o którejś jeszcze nie słyszeliście i wykorzystacie ją przy nauce do najbliższego egzaminu. Ponadto zapraszam do lektury m.in. działu Sport, który w tym numerze potraktowaliśmy nieco inaczej. Jak? Przekonacie się, przeglądając nasze czasopismo. Dziewczyny z Pod Lupą gościły u siebie Dominikę Dziekan, autorkę bloga Wygwizdane. Tematem numeru jest (traktowane z przymrużeniem oka i ironią) utożsamianie się z bohaterami przeczytanych książek. Nie zapomnieliśmy również o „starwarsomaniakach”. Dla Was też coś się znajdzie. Tradycyjnie zapraszam wszystkich do współpracy z magazynem – wszelkie uwagi, komentarze czy opinie przesyłajcie na adres mailowy redakcja.adastra@gmail.com. By być na bieżąco, klikajcie „lajki” na naszym facebokowym profilu. Co więcej w tym numerze? Przekonajcie się sami! Życzę miłej lektury i trzymam kciuki za pomyślną dla wszystkich sesję! Redaktor naczelna

Redaktor naczelna: Maria Białek Zastępca redaktor naczelnej: Karolina Staniec Korekta: Katarzyna Smoła Zespół redakcyjny: Katarzyna Smoła, Natalia Tryba, Wojciech Gąsienica, Barbara Kras, Liliana Zielińska, Kuba Kotul, Dawid Rąpała, Krzysztof Sowa, Magdalena Konieczny, Piotr Boruch, Szymon Łucyków Współpraca: Biuro Informacji Promocji Wydawnictwa pwsz Tarnów, Niezależne Zrzeszenie Studentów, Centrum Sztuki Mościce Zdjęcie na okładce: Marta Wojtanowska/ Patrycja Jarmuła/ Dawid Wajda Projekt graficzny/skład: Katarzyna Legutko Druk: Zakład Usług Poligraficzno-Wydawniczych SKRYPT Adres redakcji: ul. Mickiewicza 8, 33-100 Tarnów, e-mail: redakcja.adastra@gmail.com Nakład: 1000 egzemplarzy


Jeżeli chcesz zwalczyć w sobie stres, popracować nad dykcją i/lub pewnością siebie, czy też po prostu lubisz wystąpienia publiczne – mamy dla ciebie kuszącą propozycję! Już teraz możesz dołączyć do grupy teatralnej „Słowo daje”, działającej przy naszej tarnowskiej uczelni. Słowa – możesz je usłyszeć, a czy pomyślałeś kiedyś o tym, żeby nauczyć się je dostrzegać? Widzieć? Nie mówię tu wcale o tym dosłownym sensie, gdy czytasz i widzisz literki, tak, jak robisz to teraz. Mówię o tym, by zobaczyć to, co za tymi literkami stoi, by to poczuć i zrozumieć. Grupa teatralna Słowo daje to ludzie z pasją, energią i mnóstwem pomysłów. Nazwa grupy ma drugie dno. My faktycznie chcemy słowo dawać, przekazywać słuchaczowi z całą naszą wewnętrzną ekspresją. Opiekunem grupy jest mgr Stanisław Świder, który uczy, jak malować przed odbiorcą świat słów i tekstu, jak widzieć i opisywać, co powinno być nierozłączne. Słowo to taka świetna substancja, którą można po brzegi wypełnić emocjami i uczuciami na miliony sposobów. My chcemy się tego uczyć. Wypełniamy słowa treścią, aby żadne z nich nie pozostało puste.

W każdy poniedziałek o godzinie 16:30 członkowie grupy spotykają się, aby przećwiczyć swoje kwestie, doskonalić warsztat, by móc coraz pewniej czuć się na scenie. Być może nawet nie zdajesz sobie sprawy z potencjału, który w tobie drzemie.

Przyjdź i przekonaj się, czy to coś dla ciebie. Spróbować może każdy. Każdy człowiek to bowiem inny świat, niepowtarzalna kombinacja cech, temperamentu i umiejętności. Każdy członek grupy wnosi w nią coś niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju, jakąś wyjątkową, właściwą sobie cząstkę, która czyni nas niepodrabialnymi. Wszyscy tłumimy emocje. Aktorstwo pozwala wyrzucić z siebie odpowiednio to, czego rola wymaga - własny żal, rozczarowanie, niezrozumienie, smutek… Z łatwością można się od tego uzależnić! A stres? Jest to bariera zdecydowanie do przeskoczenia. Większość stresów powstaje w naszej głowie. Nie jest to rzeczywisty lęk, reakcja na fakty, lecz obawa przed interpretacją naszego zachowania. Martwimy się o to, jak jesteśmy postrzegani, co o nas pomyślą. A właściwie jakie to ma znaczenie? Można się naprawdę dobrze bawić, gdy przestajemy się tym przejmować. Ostatni występ grupy teatralnej można było zobaczyć 10 grudnia 2015 r. na zakończenie Sesji Naukowej organizowanej przez Towarzystwo Literackie im. A. Mickiewicza, oddział w Tarnowie oraz Zakład Filologii Polskiej pwsz w Tarnowie. Występ ukazywał wariacje mickiewiczowskie w Panu Tadeuszu w interpretacji mgr Stanisława Świdra. Kolejny występ odbędzie się w czerwcu. Przyjdź i  poznaj magię słów. Być może odkryjesz w  sobie prawdziwą pasję i talent. W najgorszym wypadku będziesz się po prostu świetnie bawić. Zapraszamy!

tekst: Monika Miśtak


Szymon Łucyków student filologii polskiej, rok I. Lubi pisać różne teksty, szczególnie takie, których nie musi. Muzyka. Tak, muzykę też lubi.

„Nowy rok, nowy ja”. „Od nowego roku zacznę ćwiczyć”. „Rzucam palenie”. Tego rodzaju wypowiedzi można usłyszeć w okresie świątecznym nie tylko na korytarzach naszej uczelni, ale wśród znajomych, w domu czy na przystanku autobusowym. Niektórzy podchodzą do tematu z przymrużeniem oka, lecz jest grupa ludzi, która noworoczne zmiany traktuje bardzo poważnie. W poszukiwaniu sensu sylwestrowych postanowień posłużyłem się Internetem oraz zapytałem o zdanie moich rówieśników. Pierwsze, co przykuwa uwagę po wpisaniu żądanego hasła w przeglądarkę to mnogość stron, które radzą swoim użytkownikom, co można zmienić w swoim życiu i jak to zrobić. Wniosek jest prosty – ludzie, którzy na siłę chcą coś zmienić w nowym roku, ale do końca nie wiedzą co, szukają pomocy w sieci. Postanowienie powinno być motywowane chęcią człowieka, a nie być narzucane przez panującą opinię, że „tak wypada”. Rozmawiając ze znajomymi o ich postanowieniach większość odpowiedzi dotyczyła uczęszczania na siłownię, basen czy fitness. Rzucenie papierosów i ograniczenie słodyczy również zajęły wysokie pozycje w moim mini-rankingu. Niektórzy chcą poświęcać więcej czasu na naukę, a mniej na imprezowanie. Nieliczni, kierując się doświadczeniem, nie podejmują tak trudnych zadań, bo z góry zakładają, że i tak im nie podołają. Według Diany, koleżanki z roku, noworoczne postanowienia zawsze są bardzo prozaiczne i powielają się u wszystkich, co znajduje potwierdzenie już w pierwszych kilku dniach po Sylwestrze, gdy dopada nas lenistwo. Postanowienia noworoczne są już przez wielu traktowane jako nieodłączny element świętowania Nowego Roku, tak jak otwieranie szampana o północy czy składanie życzeń najbliższym. Dużo osób bojkotuje wyznaczanie sobie niezwykłych celów w Sylwestra, traktując to zjawisko jako efekt owczego pędu. Osoby podejmujące wyzwania i dążące do ich realizacji powinny być wzorem dla większości, których słomiany zapał gaśnie w noworoczny poranek. Dla tych drugich podstawowym postanowieniem powinien być trening silnej woli. Wyznaczając sobie cel, należy wziąć pod uwagę, by był on możliwy do realizacji, a to, czy się nam powiedzie, zależy tylko od nas. Pamiętajmy – to, że wszyscy wokół coś przyrzekają, nie oznacza, że my też musimy, a zmiany nie potrzebują czekać na szczególną okazję, jaką jest Nowy Rok. Wystarczy trochę chęci, samozaparcia i wytrwałości. A czy w tym wszystkim jest sens? Moim zdaniem tak, jeśli chociaż spróbujemy.


studentka IV roku wzornictwa w is pwsz na specjalności projektowanie form przemysłowych. Interesuje się sztuką, modą oraz zdrowym stylem życia

Liliana Zielińska

2015

ArtFest

Tarnowskie Biuro Wystaw Artystycznych to miejsce, w którym odbywa się wiele interesujących wydarzeń. Tak też było 25 listopada. W ramach ArtFest 2015 zorganizowano warsztaty prowadzone przez Małgorzatę Wawro. Tematem spotkania były wizualizacje diaskopowe, czyli tworzenie na żywo obrazów na diaskopie. Jednym z elementów warsztatów była interpretacja specyficznej muzyki zespołu Flora Quartet. „Flora Quartet to spotkanie elektroniki, field recordingu, diaskopowych wizualizacji z brzmieniem muzyków z Sejneńskiej Orkiestry Klezmerskiej i Sztetl. Punktem wyjścia jest obserwacja form i kształtów, kolorów i dźwięków. Improwizacja, kompozycja, pejzaż dźwiękowy, humor, bajkowe narracje – na przecięciu tych elementów gra Flora Quartet”. (źródło http://www.emiter.org/flora-quartet) Po zakończeniu warsztatów odbył się koncert zespołu oraz pokaz wizualizacji diaskopowych w wykonaniu uczestników warsztatów oraz Małgorzaty Wawro. Kolejnym punktem wieczoru był niezwykły pokaz mappingu przygotowany przez uczestników warsztatów „Obraz_dzwięk_animacja”, zorganizowanych przez Biuro Wystaw Artystycznych w Tarnowie. Prowadzącymi byli: Tomasz Paluch, Andrzej Krawczyk oraz Tomasz Gawroński. Warsztaty odbyły się w cyklu trzech weekendów: 19-20.09, 3-4.10 oraz 17-18.10.Uczestnicy krok po kroku poznawali metodę wykonywania mappingu. Mieli również możliwość wykorzystania specjalistycznego oprogramowania oraz wspólnie zaprojektowali historię, którą przenieśli na fasadę budynku. bwa zostało wręcz ożywione różnymi interpretacjami, związanymi z miejscem wydarzenia oraz z Tarnowem. Można było doszukać się elementów wykonanych manualnie, w 2d oraz 3d. Całość dopełniła charakterystyczna muzyka. Reakcje publiczności podczas oglądania były bardzo pozytywne. Śmiało mogę powiedzieć, że pokaz zrobił ogromne wrażenie na oglądających. Serdeczne zapraszam do obejrzenia filmu nagranego podczas pokazu: https://www.youtube.com/watch?v=v4u2nutau7o.


Znacie uczucie typu: „jeszcze tylko zamiotę cały piasek z pustyni i  idę się uczyć”? Bo ja tak. Jak wszyscy wiemy, sesja depcze nam po piętach. Zamiast panikować nadchodzącymi trudnymi tygodniami, postanowiłam pozyskać kilka rad dotyczących efektywnej nauki od wujka Google’a i przygotować dla Was mini-poradnik. Jak się uczyć, by się nauczyć? Po pierwsze, posprzątaj swoje miejsce pracy – pokój i biurko. Chaotycznie ułożone rzeczy to niesamowity rozpraszacz (przynajmniej dla mnie). Przedmioty leżące wokół Ciebie będą odwracać Twoją uwagę od treści, które chcesz przyswoić. Po drugie, śpiący umysł to głupi umysł, więc przed nauką porządnie się wyśpij. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku. Następnym krokiem będzie przygotowanie potrzebnych do nauki materiałów. Warto mieć pod ręką stos wszystkich posiadanych kserówek oraz notatników. Ponadto warto przygotować dokładny plan nauki. Może być luźny, ale ważne jest to, by były w nim zapisane poszczególne tematy/zagadnienia do „ogarnięcia”, które w miarę nauki będą po kolei skreślane z listy. Wtedy faktycznie czuje się postęp nauki, a to dodatkowo motywuje. Jeśli lubisz jeść w trakcie nauki, przygotuj przekąski wcześniej. Wiem, wiem – wycieczka do sklepu lub zabawa w MasterChefa to kusząca propozycja, ale dobrze wiesz, że na jakiś czas oderwie Cię to od nauki i czytanych treści. Poza tym koniecznie przewietrz pokój, bo świeże powietrze to najlepszy przyjaciel studenta. Pamiętaj też o tym, by ubrać się wygodnie i ciepło. Jeśli w trakcie uczenia się niechcący wymrozisz organizm to potem nawet pięć koców i termofor nie przywróci Cię do świata żywych. Pojawi się senność i niechęć do nauki. Chyba lepiej przeciwdziałać zawczasu? Koniecznie wymyśl wszystkie wymówki i czynności jakie Twoja psychika może próbować Ci podrzucić w trakcie nauki i wykonaj je przed czasem przeznaczonym na naukę. Jeśli, tak jak ja, lubisz uczyć się przy muzyce, wybierz odpowiednią dla siebie. Zaplanuj od razu przerwy. Łącznie z graniem na konsoli i ucinaniem sobie drzemek. Wszyscy wiedzą, że nic tak nie cieszy, jak mała nagroda, więc nagradzaj się za każdy sukces! Pomyśl o tym, że po zdanym egzaminie wybierzesz się na małe zakupy, a motywacja do nauki nadejdzie sama. Łap również wszystkie okazje na naukę. Wiele osób traci godzinę dziennie na dojazd na uczelnię, czekanie w kolejce do lekarza itp. Wykorzystaj każdą taką chwilę na naukę – to idealne momenty na przejrzenie kilku stron notatek czy przeczytanie rozdziału w podręczniku. A jak robić dobre notatki? 1.Popatrz na swoje ostatnie notatki do egzaminu i zauważ, ilu zbędnych słów użyłeś. Najważniejsze w notatkach jest przekazanie treści, o którą nam chodzi. To trochę jak robienie ściągi – nie ma miejsca na opisy, trzeba zawrzeć tylko to, co jest konieczne, najlepiej za pomocą słów-kluczy. 2.Zwykle notatki, jakie tworzymy są jednokolorowe. Czytając je, po prostu się nudzisz. Używanie kolorów nie boli, a nuż dzięki temu łatwiej zapamiętasz jakąś definicję, która przyda się na egzaminie czy teście zaliczeniowym. 3.W tradycyjnych notatkach zbyt wiele jest zbędnych, nic nie wnoszących słów, których wypisanie zajmuje Ci zbyt wiele czasu. 4.Mając przed sobą tradycyjne notatki trudno o wywoływanie skojarzeń i pobudzanie wyobraźni. Każdemu z nas przynajmniej raz w życiu udało się coś zapamiętać tylko dlatego, że z czymś mu się dana treść skojarzyła. Szukaj więc skojarzeń ze wręcz przeciwnie, dzięki temu jeszcze lepiej zapamiętasz dane zagadnienie. Mam nadzieję, że trochę pomogłam. Pomyślnej sesji dla wszystkich!

tekst: Maria Białek

wszystkim, z czym się da. Nie przejmuj się, że jakieś skojarzenie jest śmieszne –


wygwizdane

rozmowa

Karolina Staniec Katarzyna Smoła

Do nowego, futurystyczno-artystycznego wyglądu magazynu niewątpliwie pasuje nasza rozmówczyni, Dominika Dziekan, studentka grafiki projektowej, autorka bloga Wygwizdane, którego prowadzi już od dwóch lat.

Czemu akurat taka nazwa bloga? Wzięła się stąd, że mam bardzo duży dystans do siebie i do zdania, jakie na mój temat mają inni. Mam po prostu na to wygwizdane. ;) Skąd w ogóle pomysł na zaistnienie w Internecie? Kilka lat temu zrezygnowałam ze studiów (projektowanie ubioru) i po jakimś czasie po prostu zaczęło mi tego brakować, zechciałam w jakimś stopniu do tego wrócić. Wiemy, że zainteresował się tobą magazyn joy. Opowiedz nam o tym. Wszystko zaczęło się od mojej współlokatorki, która podsunęła mi numer z ogłoszeniem o konkursie. Tego samego dnia wysłałam zgłoszenie. Kilka dni później otrzymałam telefon. Pani z redakcji powiedziała mi, że chcieliby opublikować o mnie krótką informację, a jeśli dobrze pójdzie, to w styczniu pojadę do Warszawy na dwudniowy casting.


Na jakim etapie jest teraz twoja kariera? „Kariera” to za dużo powiedziane. Sama nie wiem, jak to nazwać, ale na pewno cieszy mnie to, że ktoś zaczyna to zauważać, ponieważ samo prowadzenie Wygwizdane zabiera mi naprawdę dużo czasu. Jakie masz plany na przyszłość? Najbliższy cel to obrona dyplomu. Później mam w planach wrócić do Łodzi i zrobić magisterkę z projektowania ubioru, o ile nie rozmyślę się do października. Jeśli tak będzie, to powoli zacznę starać się o wizę stałego pobytu w Australii, bo to aktualnie jest moim największym marzeniem. Kim inspirujesz się w świecie mody? Jeśli chodzi o projektantów, to jestem pod ogromnym marzeniem Madame Grès, tworzyła genialne suknie, które, jak dla mnie, mają w sobie coś magicznego.

Godzinami mogłabym oglądać projekty Laure de Sagazan oraz Rime Arodaky. Jeśli chodzi o blogerki, to podziwiam Włoszkę Chiarę Ferragini oraz polkę Kat Astro. Natomiast na starość chciałabym być jak Iris Apfel. Nie boisz się, że zostaniesz zaszufladkowana jako głupia szafiarka? Na to pytanie odpowiem chyba najkrócej – mam na to wygwizdane ;) Dziękujemy za rozmowę i życzymy dalszych sukcesów !

uwaga Redakcja Studenckiego Magazynu Ad Astra poszukuje studentów z pasją ! Jeżeli Twój przyjaciel, kolega, dziewczyna, chłopak, a przy okazji student naszej uczelni, jest wybitnie uzdolniony, ma osiągnięcia którymi warto się pochwalić – zgłoś jego kandydaturę do „pod lupą” Wystarczy, że napiszesz do nas pod adres: redakcja.adastra@gmail.com w treści wpisując imię i nazwisko kandydata oraz czym się zajmuje. Czekamy na Wasze zgłoszenia!


Studentka III roku filologii polskiej, 150 cm chaosu. Od 16 roku życia pracuje w mediach. Założycielka Fundacji Promocji Artystycznej Aspiranci.

Natalia Tryba Nej

Życzyliśmy sobie wszyscy pozytywnych zmian i lepszego 2016 roku. Czy będzie lepszy – to się okaże. Warto zacząć od zmiany nastawienia do miasta, w którym żyjemy. Tarnów jest „pusty, nudny i nic się nie dzieje” – często to słyszycie, prawda? A jaki jest Tarnów dla kogoś, kto działa, ma swoja firmę, organizację, plany, marzenia i pomysły? O wiele, wiele lepszy. Fundacja Promocji Artystycznej Aspiranci miała takie marzenie. Rok 2015 był dla nas rokiem rozwoju i kreowania nowych projektów. Ale listopad i grudzień był niesamowity. Dzięki projektowi „Aktywni Mieszkańcy na rzecz kształtowania przestrzeni” udało nam się zebrać potrzebne środki na nasze najnowsze i – jak dotąd – największe przedsięwzięcie jakim jest art squat – pierwszy artystyczny coworking w Małopolsce. Najpierw zbiórka, potem remont, malowanie ścian i skręcanie mebli. Wszystko dla tych, którym chce się chcieć! Art Squat to miejsce, do którego może przyjść każdy. I  mówimy o  tym z  pełną odpowiedzialnością. To przestrzeń na wystawy, koncerty, spektakle ale i warsztaty, czy spotkania. Dlatego Ci, którzy chcą zorganizować spotkanie swojej redakcji, firmy, zespołu, opowiedzieć o produkcie, pracy, pasji, podróży – mogą do nas przyjść! Jedna z sal będzie wyposażona w materiały plastyczne, sztalugi i przestrzeń do tworzenia, a to, co wydarzy się w drugiej zależy od naszych gości. My także mamy mnóstwo pomysłów. Jako fundacja przewidujemy organizację wystaw i prezentacji artystycznych – cyklicznych, indywidualnych i zbiorowych. Będą tematycznie sprecyzowane warsztaty, szkolenia i spotkania, działania teatralne i parateatralne. Miejsce na nagrania i zdjęcia. A oprócz tego gry planszowe, jam session, koncerty i czego dusza zapragnie! Wpisujesz pomysł w naszym kalendarzu, a my pomagamy w organizacji! Art Squat to otwarta pracownia. Wiemy jak trudno jest początkującym – a nawet profesjonalnym – artystom znaleźć miejsce do tworzenia. Już je macie. A my mamy dla Was farby, pędzle, sztalugi, przestrzeń dla każdego, kto ma ochotę tworzyć. Mogę przyjść, jeśli nie tworzę? Oczywiście! Kawa i herbata będzie czekała na każdego. Chętnie podzielimy się miejscem na studenckie czwartki i piątki! Knajpy straszą cenami, a stypendium się kończy? Coś wymyślimy. Jeśli chcesz z nami działać – Znajdź nas na fb, napisz, zadzwoń, albo odwiedź nas na Rynku 15 w Tarnowie.


Styczeń Teatr im. Ludwika Solskiego rozpoczął premierą Buni. Jest to spektakl pod wieloma względami niezwykły i niewątpliwie zapowiada dobry rok dla tarnowskiej sceny. Światowa premiera Buni autorstwa Roberto Cossy odbyła się w Buenos Aires w 1977 roku. Europa po raz pierwszy ujrzała ją 13 lat później w Paryżu. Cieszyła się ona zawsze wielkim powodzeniem, nie dziwi więc, że dość szybko dotarła do naszego kraju. Niezapomniany spektakl Teatru Telewizji z Krystyną Feldman w roli tytułowej postawił wysoko poprzeczkę innym twórcom. Czy temu wyzwaniu sprostał tarnowski teatr? Odpowiedź na to pytanie nie będzie prosta. Reżyser spektaklu w  teatrze im. L. Solskiego, Jacek Jabrzyk, ukazał Bunię w zupełnie innym świetle niż dotychczas. Bunię? Przepraszam. 14 Buń! Tak, właśnie tyle tytułowych bohaterek pojawia się na scenie. Gwarantuję jednak, że nie będzie to jedyne zaskoczenie w trakcie spektaklu. W szoku na pewno będą Ci, którzy zapamiętali Bunię jako tragikomedię Teatru Telewizji. W tarnowskim teatrze na pierwszy plan wyciągnięty jest komizm sytuacji. Trzeba przyznać, iż jest to jedno z zabawniejszych przedstawień w tarnowskim teatrze, nawet biorąc pod uwagę cały festiwal Talia. To, co jednak najważniejsze w nowej interpretacji argentyńskiego tekstu, to niezatracenie najważniejszej kwestii, refleksji nad ludzkim losem. Chociaż rzadko wypływają na pierwszy plan i zostają zbagatelizowane w groteskowym zakończeniu, to pozostawiają po sobie ślad w pamięci. Można powiedzieć, że zagłębienie się w niedolę bohaterów jest zadaniem dodatkowym dla widowni. Każdy, kto się z niego wywiąże, odkryje, że śmiech w trakcie spektaklu jest tylko przystawką przed ogromem znaczeń, które niesie on ze sobą. Wróćmy jednak na chwilę do niecodziennego rozwiązania dotyczącego przedstawienia Buni. Odtwórczynie tej roli zostały wybrane spośród mieszkanek Tarnowa w otwartym przesłuchaniu. Trzeba zaznaczyć, że zwyciężczynie castingu nie są statystkami. Przedstawienie pochłonęło wiele godzin prób, a droga do ostatecznego efektu wcale nie była łatwa. Najtrudniejsze dla mnie były liczne zmiany w trakcie przygotowań do spektaklu, czasem było naprawdę ciężko, ale po premierze odczuwam dużą satysfakcję, widząc, że przedstawienie się udało i że widownia jest zadowolona – zdradziła mi Ewa Wójcik, jedna z Buń – Do zgłoszenia się namówiła mnie córka, ale na casting przyszłam bardziej z ciekawości, zobaczyć jak to będzie wyglądało, nie spodziewałam się, że mnie wybiorą!. Ujrzenie znajomej twarzy na scenie uświadamia, jak blisko nas może być problem ukazany w Buni, a także dzięki temu dystans między widownią a aktorami w trakcie przedstawienia staje się mniej widoczny. Trzeba przyznać, że twórcy spektaklu bardzo umiejętnie balansują na krawędzi wiarygodności – od zaangażowania tarnowianek do przedstawienia, przez kontakt aktorów z publicznością w trakcie spektaklu, aż po ujawnienie się jednej z aktorek. Wszystkie te zabiegi pozostawiają decyzje o realności wydarzeń samemu widzowi. Bunia przed każdym odsłoni inną twarz i nikt nie będzie się nudził. Będzie dobra zarówno na przyjemny niedzielny wieczór z przyjaciółmi, jak i dla miłośników cięższych, refleksyjnych sztuk. Warto również wybrać się na ten spektakl dla samej scenografii, której autorem jest Bartholomäus Martin Kleppek i która, muszę przyznać, skradła moje serce, intrygując i śmiesząc. Osobiście chętnie jeszcze raz zobaczę piękną scenę odbywającą się w trakcie wesela z udziałem Ewy Sąsiadek grającej Anyulę i chociażby dla niej, ponownie obejrzę Bunię.


muzyka

Annoyance and Disappointment Dawid Podsiadło, człowiek-afro, człowiek-wąs, człowiek-zwycięzca-X-Factora. Koniec krótkiej charakterystyki. Po debiutanckim Comfort and Happiness (ponad 150 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, przez co krążek uzyskał status diamentowej płyty [w usa nie miałby nawet złota]) przyszedł czas na drugie solo. Na początku listopada światło dzienne ujrzał album pod tytułem (którego nie jestem w stanie napisać z pamięci) Annoyance and Disappointment. Trzynaście numerów, do których trzeba się przekonać, bo po pierwszym odsłuchu nie każdy „wejdzie”, o czym świadczy singlowe W dobrą stronę, bo to świetny kawałek. Do mojego top 3 dołączają ponadto Pastempomat

Pan Podsiadło nagrał krążek dojrzalszy od poprzedniego, trochę spójniejszy, jakoś tak bardziej dopracowany i przemyślany. Wiadomo, poprzedni nie jest zły, ale nowy to jest coś, co (mam cichą nadzieję) zmieni polską muzykę popularną (tę, co leci w radiach) na lepsze.

muzyka

The Dumplings The Dumplings to taki zespół, który mógłby się bez problemu cofnąć w historii o 30 lat i ich muzyka również byłaby doceniana. Może nawet bardziej niż teraz. Album Sea You Later wypłynął na sklepowe półki jakoś w  połowie listopada, na moje głośniki w  sumie też. W  porównaniu w  debiutanckim No Bad Days wypada podobnie, jak w przypadku płyt pana Podsiadło, czyli lepiej, przynajmniej moim zdaniem. Tu też jest bardziej spójnie, bardziej dojrzale, ogólnie, nie ujmując debiutowi, lepiej. Jeśli chodzi o to cofnięcie się o 30 lat ze wstępu, to głównie przez elektronikę w muzyce, która zahacza o synth-pop lat 80. ubiegłego wieku. Kolejne top 3 (kolejność zupełnie przypadkowa) – Odyseusz, singlowe Nie gotujemy i Sama wkracza w pustkę z gościnnym udziałem Tomka Makowieckiego. Szkoda tylko, że album nie odbija się zbyt szerokim echem w mediach, przez co słuchaczy „Pierogów” jest mniej, niż mogłoby być, podobnie jest ze sprzedażą płyty – niby 8. miejsce na OliS’ie (debiut 28.), ale to żaden wyznacznik liczby sprzedanych egzemplarzy (bo tam liczą się też płyty, które wytwórnia sprzedała do sklepów i nadal leżą na półkach). tekst: Kuba Kotul

literatura

Bazar złych snów Stephen King jest jednym z najbardziej znanych powieściopisarzy na całym świecie. Jego obszerne dzieła, takie jak Lśnienie czy Pod kopułą znają wszyscy. Jedni je czytali, inni o nich słyszeli, a jeszcze inni oglądali adaptacje filmowe. W ubiegłym roku w księgarniach pojawiła się kolejna książka Kinga pt. Bazar złych snów; również obszerne, liczące 670 stron, tomisko, w którym autor zawarł 20 opowiadań swojego autorstwa.

tekst: Kuba Kotul

i Son of Analog.


Każda z historii zostaje poprzedzona krótkim wstępem autora, który wyjaśnia, skąd czerpał pomysł na dany tekst. Po przeczytaniu książki doszukujemy się wspólnych motywów opowiadań. Są nimi przede wszystkim: zagadnienie moralności, życia pozagrobowego, popełnianych błędów, motyw winy i kary. Historie napisane przez Kinga są zróżnicowane: 130. Kilometr jest opowiadaniem o krwiożerczym samochodzie, który żywi się ludzkim mięsem, Wredny dzieciak przedstawia kilkuletniego, demonicznego chłopca, który jest zwiastunem śmierci najbliższych. Nekrologi opowiadają o mężczyźnie, który odkrywa w sobie nadprzyrodzoną moc , Moralność jest przykładem na to, jak jedna niefortunna decyzja możne zniszczyć małżeństwo. Moim numerem jeden w Bazarze… jest Wydma, historia starszego mężczyzny, który jako mały chłopiec odkrywa na tajemniczej wyspie przerażające miejsce. Na plaży widnieją nazwiska osób, które po pewnym czasie umierają w różnych okolicznościach. Finał opowiadania jest zaskakujący i przygnębiający. Warto poświęcić trochę czasu i przeczytać Bazar złych snów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Mimo, że to zbiór krótkich opowiadań, to nie brakuje im tego, co można znaleźć w kilkusetstronicowych powieściach autora. tekst: Karolina Staniec

literatura

Opowiadania Zdzisława Beksińskiego Dla wielu miłośników – niewątpliwie kunsztownej – twórczości Beksińskiego niemałym zaskoczeniem jest fakt, że pisał on także prozę. Nakładem wydawnictwa Bosz ukazały się jego opowiadania. Powstawały w latach 1963-65. Zawsze niezwykle ciekawe jest zetknięcie z twórczością literacką osób, które zajmują się także malarstwem (np. Witkacy, Wyspiański). W obu tych przypadkach środki artystycznego obrazowania są różne. I pytanie, które może się nasuwać – którymi z nich lepiej się posługuje? Autor zaprasza nas do światów statycznych. Akcja nie jest zbytnio rozbudowana. Opis skupia się nie na wydarzeniach, a głównie na myślach, rozważaniach. Mogą one być porównane nawet do infrastruktury jak w opowiadaniu Piasek. Refleksje bardzo często oparte są na wielu punktach widzenia, a przy tym zaznaczają niepewność, która z nich jest prawdziwa (Zamach). Statyczność uzyskiwana jest także poprzez częste używanie tych samych fraz i zdań (Plac egzekucji). Towarzyszy temu głębokie rozważanie jakiejś sytuacji. Jedną z myśli, która przebija się wyraziście, to ta, że niektóre ze wspomnień lub doświadczeń są z pozoru błahe. Dzieje się tak, tylko dlatego, że nie były one nam dotąd potrzebne, co szybko może się zmienić. Warto zwrócić uwagę również na olbrzymi kontrast między miejscami obcymi dla bohaterów, a tymi dobrze znanymi, uwydatniający niepewność znajdujących się w  tych pierwszych (Wilki). Narracja opowiadań zamyka się zazwyczaj bez zakończenia opisywanego wydarzenia. Podobnie, jak ma

to miejsce na obrazach. Uchwycony jest tylko moment, bez pokazywania całości sytuacji. Krótkie formy, z jakimi mamy do czynienia, mogą rozczarowywać. Zwłaszcza, jeśli ktoś przywykł do wstrząsającej estetyki obrazów. Nie zaznamy w opowiadaniach Beksińskiego zaskoczenia, jakie serwuje nam Edgar Allan Poe, ani wielowymiarowości proponowanej przez Brunona Schultza. Niestety, nie wiemy, w którym kierunku rozwinąłby się literacko malarz, gdyż zaniechał dalszych prób. Jest to pozycja na pewno interesująca dla osób zachwycających się jego pracą jako grafika, malarza, rzeźbiarza. Łatwo ukształtować sobie opinię, w której dziedzinie jest lepszy. tekst: Piotr Boruch


Trochę student, trochę bloger. Próbuje być śmieszny. Wydaje mu się, że jest oczytany i inteligentny

Kac Killer

książki

Zacznę klasycznie, tak jak i na blogu. Jak masz dostęp do Internetów, to odpal numer Bonson/Matek – Piotruś Pan, siądzie idealnie.

Każdy z nas ma taką postać książkową, z którą się utożsamia. No nie zaprzeczysz przecież, że nie masz, nie? Albo zaprzecz, nieważne. Czy to Mały Książę, bo zajawka została od podstawówki (czy kiedy to się tam przerabiało tę książkę), czy raczej ktoś o zupełnie innych cechach, taki Henry Chinaski (często główny bohater utworów C. Bukowskiego, prawdopodobnie jego alter ego) na przykład. Czasem nawet nie mamy świadomości, że utożsamiamy się z jakąś postacią. Ale wiesz co? To widać. Nie zawsze, ale są takie przypadki, gdzie naprawdę to widać. Weźmy taką przykładową Anię*. Nasza Anula na co dzień to „dobra” córa, pomaga mamie przy garach, mopem ściera podłogę, szmatką czyści półki, wyciera rodzinne pamiątki i wszystko, bo musi, nie ma wyboru, chcesz mieć spokój, to to rób i siedź cicho. Na studiach idzie jej nieźle, ale to nie to jest ważne tak naprawdę. Chodzi o to, że Ania na korytarzach uczelni jest mijana zupełnie tak, jakby nikt jej nie zauważał. Nie przyciąga wzroku żadnego typka, nawet tego o niskich wymaganiach, zupełnie jakby nie istniała. Wszystko się zmienia w czwartek po zajęciach. Wraca taka do domu, zatuszuje swoje niedoskonałości, zaszpachluje to, co trzeba, nałoży podkład, lakier, utrwalacz, zaczesze niesforne kosmyki tam, gdzie ich miejsce, zerknie jeszcze na fejsika, czy przypadkiem któraś z jej koleżanek się nie wykruszyła i lecą w kluby. I tam się zaczyna prawdziwa bajka. Nasza Ania – połączenie brzydkiego kaczątka i Kopciuszka w jednym. Kobieta nie do poznania, prawdziwa księżniczka, tylko te trochę pokraczne ruchy zostały. Po welcome drinku jest lepiej, bo ma na co zwalić to, że lekko się chwieje. Później prosta akcja – baunsy, drink, baunsy, drink, podbija Majk… Michał, dla ziomeczków Majk/Majkel, to taki chłopaczyna z „dobrego” domu. Wyznaje zasadę „za hajs starszych baluj”. Za to, że dostał się na studia rodzice sprawili mu skromniuteńkie mieszkanie, a od osiemnastki jeździ białą beemką eM-piątką, trzecią beemką, bo dwie poprzednie rozbił albo zajeździł tak, że naprawiać się nie opłacało (bo po co, jak ojca stać na nową?). Taki Książę na/w białym rumaku. Właśnie rozpoczął czwarty kierunek, z trzech poprzednich wylatywał po pierwszej sesji, ale rodzice nadal dumni, bo przecież syn studiuje. Majkiemu żadna kobieta nie może się oprzeć i nie chodzi o pieniądze (wcaaaaaaaale), bo Michał to przecież przystojniak. Tak samo jest z naszą znajomą, Aneczką.


Jak wielkie było zdziwienie Ani, kiedy to Majkel podszedł do niej i zaproponował wspólny taniec, a później drinka. Odziany w białą koszulę, dżinsy i czerwone zamszowe mokasyny z najnowszej kolekcji Ralpha Laurena, bez skarpet. Do tego zestawu dorzucił starannie ułożoną fryzurę i spsikał się „Jednym Milionem” baj Paco Rabanne. To nie to, co koledzy Ani z roku, kraciaste koszule, od których na kilometr czuć czarnego Adidasa, a włosy błyszczą się, jakby dopiero wyszli z kuchni ze smażalni w Mielnie, w środku sezonu, w godzinach szczytu, po dwóch zmianach. Ania i Majkel razem bawią się świetnie. Dziewczyna pije modżajto jedno za drugim, jej adorator, klasycznie, powoli sączy czerwonego Johnny’ego Walkera z colą i trzema kostkami lodu. Stojąc przy barze, rozmawiając i popijając napoje nie zwracają zbytnio uwagi na to, co dzieje się w klubie. Obok nich, na stołku barowym siedzi Heniek (Chinaski), zeruje trzeci kufel piwa w przeciągu pięciu minut i w niewybredny sposób zaczepia kelnerki. Gdzieś w loży siedzi koleżanka Ani, drobna brunetka o jasnej karnacji, przy której zawsze kręciło się kilku młodszych absztyfikantów. Od piaskownicy wołają na nią Śnieżka. Tym razem zagaduje ją jakiś starszy facet podsuwający jej pod nos popularną „Szarlotkę” (żubrówka + sok jabłkowy), co do niej dodał, wie tylko on sam. Na parkiecie największe zainteresowanie wśród mężczyzn wzbudza Izka (Łęcka), co ewidentnie nie podoba się innej z dziewcząt, France („Cham” E. Orzeszkowej), która od dłuższego czasu pragnie naprawdę konkretnej zabawy. Jeśli chodzi o zabawę, to król jest tylko jeden – Piotrek, kumpel Majka, od zawsze bardziej infantylny od reszty rówieśników, żyjący marzeniami, bujający w obłokach, a raczej kłębach gęstego dymu, wiecznie w zielonej (przypadek?) bluzie-kangurce, której kieszeń służyła już nie raz. Problem zaczyna się w momencie, w którym odzywa się telefon Ani. To alarm, który przypomina jej o odjeździe ostatniego autobusu w kierunku jej domu. Dobrze wie, że nie może zostać dłużej, mimo wieku dziewczyny, matka traktuje Anulę jak małolatę, każe jej wracać do domu przed północą i podchodzi do wychowania najmłodszej z córek bardzo surowo. Wstydzi się wytłumaczyć Majkowi, dlaczego musi już wyjść, więc w momencie, w którym chłopak traci ją na chwilę z oczu wybiega z klubu, gubiąc pierścionek, pamiątkę po babci. Zadowolony Majkel, dzierżąc w dłoni kolejną porcję whisky z colą, odwraca się do, jak myśli, Ani, ale okazuje się, że jej nie ma. Odnajduje on zgubę dziewczyny i chowa do kieszeni swoich super-modnych, przetartych dżinsów. Rano, kiedy każdy obudzi się z większym lub mniejszym kacem, w swoim, lub nie koniecznie swoim łóżku skończy się bajka. Ból głowy i wyschnięte gardło przypomną o porannych wykładach, kolokwiach, ćwiczeniach. I tylko pierścionek nie da zapomnieć Majkelowi o wczorajszej nocy... W sumie mógłby jej poszukać, napisać na „Spotted: pwsz Nibylandia” całą historię i odnaleźć swoją Księżniczkę Jednej Nocy, ale po co, skoro dobrze wie, że mógłby mieć takich jak ona na pęczki. Po drugiej stronie miasta budzi się Ania. Jest świadoma tego, że zgubiła pierścionek i nigdy go nie odzyska, bo nawet jeśli usłyszy o poszukiwaniach Majkiego, sama nie odważy się do niego odezwać, nawet przez fejsa, a sam, choć mijają się codziennie w murach uczelni, jej nie pozna, bo na co dzień nie wygląda tak olśniewająco jak wczorajszej nocy... Przy czytaniu kolejnej książki, lub wspominaniu którejś z tych już przeczytanych, spróbuj w niej odnaleźć siebie. Może nie będzie to aż tak konkretne porównanie, ale wszędzie możesz odnaleźć cząstkę siebie. Ja znajduję swoje kacowe cząstki praktycznie w każdej z książek, które czytam. Może podobnie jest w Twoim przypadku? Do następnego razu.

*Zbieżność imion zupełnie przypadkowa, to samo w przypadku pozostałych postaci.


Zastrzegam sobie, że poniższy tekst pisze amator uważający się za eksperta od recenzowania filmów. Tak. Będę się czepiał szczegółów i nic nieznaczących bzdetów (jak to często słyszę). „Prequele Gwiezdnych Wojen powinny być zakazane” powiedział kiedyś ktoś… Trudno byłoby się nie zgodzić. Za każdym razem, kiedy je oglądam, czuję nie tylko ból psychiczny – bo moja ulubiona postać zostaje brutalnie pozbawiona czegokolwiek, co można by w niej lubić (Vader…co on ci zrobił…) – boli mnie każda komórka ciała. Bo czuję się, jako widz i fan oryginalnych trzech części Star Wars (ostrzegam: nie używajcie w mojej obecności terminów „Epizod iv/v/vi” – mogę stać się wulgarny) oszukany i niezrozumiany. Wiecie co jest najgorsze? Że prequele gw to nawet nie są dobre filmy, a zwłaszcza fani marki skazani są na abominację podczas seansu któregokolwiek z  epizodów i – iii. Bo brak w tych „filmach” choćby jednej, dobrze napisanej i zagranej postaci (Ian’a McDiarmid’a nie liczę, bo Imperatorem był od zawsze). Te, z którymi widz mógłby w jakiś sposób sympatyzować, szybko przestają istnieć (Qui-Gon Jinn, Darth Maul, Hrabia Dooku). Pominę milczeniem Jar Jara (byłbym zbyt wulgarny opisując, dlaczego nie znoszę tego… czegoś). I jeszcze Rada Jedi – taaak, Jedi – obrońcy galaktyki są zarządzani przez Radę złożoną z najpotężniejszych z ich zakonu. Dlatego Ci wielce obdarzeni Mocą dżentelmeni, kiedy napotykają na problem, który może zatrząść pokojem w Republice… wysyłają po wielokroć dwóch Jedi, w dodatku często jeden z nich jest dopiero uczniem. Aha! I jeszcze siedzą na fotelach (a może oni są przyrośnięci do tych foteli… kto wie, co Lucas nawymyślał). O grze aktorskiej natomiast napiszę tak: komputerowo wygenerowany Yoda, wyraża sobą więcej emocji niż EwanMcGregor i Hayden Christensen razem wzięci. Przepraszam, ale ani trochę nie wierzę w przyjaźń łączącą odgrywane przez nich postaci. Smutne. Ale wiecie co? To nie jest ich wina, tylko reżysera – to on odpowiada za pracę aktorów na planie. Tylko, że pan George Lucas najwidoczniej stwierdził, że komputerowo wygeneruje sobie wszystko – emocje też. Nie wyszło. I dochodzimy niejako do sedna, bo największym problemem prequeli Gwiezdnych Wojen jest G. Lucas właśnie. To on uważa się za najlepszego we wszystkim (Imperium kontratakuje i Powrót Jedi nie wyreżyserował Lucas, zresztą scenariuszy także sam nie napisał). Wyszedł z założenia, że animacja komputerowa – która okropnie znosi upływ czasu – zastąpi kostiumy, scenografię i praktyczne efekty. Kto widział najnowszą część Star Wars, albo chociażby Mad Maxa: Fury Road, wie, że tylko kombinacja w/w przynosi spektakularny sukces. Ponadto Lucas zabija aurę niesamowitości, jaka została stworzona wokół Jedi i Mocy w starych częściach, technobełkotem i nietrafionymi pomysłami. Jak to, że Ben Kenobi w pierwszych Gwiezdnych Wojnach ukrywa się na Tatooine, jest ubrany w charakterystyczny dla klimatu tej planety strój – logiczne, ale przestaje takie być, gdy w prequelach widzimy, że wszyscy Jedi chodzą w takich strojach. O niekonsekwentnym rozwijaniu uniwersum można by mówić godzinami (mógł pokazać wiele różnorodnych światów – pokazuje nam miasto z wieżowcami i planetę wulkaniczną – wow). I najgorsze – Lucas zdecydował się opowiedzieć historię, która została świetnie nakreślona w jednej ze scen pierwszych, oryginalnych gw, i temu, co jest najciekawsze, a w dodatku ma największy potencjał, poświęca w trzech ponad dwugodzinnych filmach… 20 minut. Poza tym, nie wiem jak wam, ale mi podobał się baśniowo – kosmiczny klimat i niesamowitość w ogóle (co odróżnia Gwiezdne Wojny od filmów sci-fi – Star Treka chociażby) tymczasem Lucas stwierdził, że to galaktyczna polityka, dłużące się pojedynki i bitwy doprawione, wspomnianą już, gadaniną, są tym, co ludzie pokochali w Star Wars. Jest taka postać w Mrocznym Widmie – Watto. Handlarz, który posiada na własność Anakina i jego matkę, a do tego lata w kółko po swoim sklepie i powtarza „Onlymoney!”. Miała to być postać prześmiewcza, nawiązująca do stereotypu Żyda. Tymczasem George Lucas, w moim odczuciu, zakpił z samego siebie, bo jego trzy filmy spod znaku Star Wars, opatrzone numerami i, ii i iii, są zwyczajnym odcinaniem kuponów.


Tak, jestem fanką Gwiezdnych Wojen. Tak, podobają mi się prequele. Tak, czasem śmieszy mnie Jar Jar. Więcej grzechów nie pamiętam. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… Jakiś „prawdziwy” fan „prawdziwych” Gwiezdnych Wojen uznał, że jedynymi słusznymi filmami z tej serii są epizody iv – vi. I o ile nie mam tym, absolutnie kultowym, filmom nic do zarzucenia – doskonale spełniają swoją funkcję kosmicznej bajki dla dorosłych – o tyle nie rozumiem, skąd fala „hejtu” na Nową Trylogię. (Swoją drogą, jak będziemy ją nazywać teraz, kiedy pojawiają się kolejne epizody? „Środkową Trylogią”? Przesyłajcie swoje pomysły na redakcyjny e-mail!) Nie oszukujmy się, Gwiezdne Wojny to nie jest ambitne dzieło amerykańskiej kinematografii i nigdy do miana takiego nie aspirowało. W oryginalnej trylogii chodzi jedynie o to, by pokazać (efektowne, jak na tamte czasy) statki kosmiczne, strzelaniny, czy pojedynki na miecze świetlne, nawet nie siląc się na jakiekolwiek wyjaśnienia – skąd wzięli się Jedi? Na czym tak naprawdę polega Moc? I najważniejsze, jak Darth Vader stał się Darthem Vaderem?! Z odpowiedziami na te pytania, po szesnastu długich latach, spieszy George Lucas z Mrocznym widmem. Poznajemy historię młodego (i niezwykle uroczego, dziesięcioletni Jake Lloyd topi w filmie nawet najtwardsze serca) Anakina Skywalkera, niewolnika obdarzonego niezwykłymi mocami. Przybywający na Tatooine, jego rodzinną planetę, rycerze Jedi od razu dostrzegają jego potencjał. Dalsze losy chłopca to seria przypadków – poznaje królową Amidalę, swojego przyszłego mistrza, Obi-Wana Kenobiego, a dzięki swoim niezwykłym umiejętnościom ratuje planetę Naboo przed atakiem ze strony Federacji Handlowej. Czym ta historia różni się od historii Luke’a z Nowej nadziei? W kolejnych częściach dostrzegamy coraz wyraźniej ewolucję Anakina. Moim zdaniem Christensen dobrze radzi sobie z rolą rozwydrzonego dzieciaka, który uważa się za mądrzejszego od wszystkich, bo potrafi wymachiwać świecącą pałką. Tym, co ciągnie młodego Jedi w stronę ciemności jest, paradoksalnie, miłość. W tym właśnie leży sedno Nowej Trylogii – w gruncie rzeczy opowiada ona o miłości. O ile w „starych” Gwiezdnych Wojnach wątek miłosny między Hanem a Leią jest jedynie zarysowany, o tyle prequele w całości są mu poświęcone. Motywacją większości działań Anakina jest miłość do Padmé, począwszy od tych niewielkich, jak decyzja o rozwikłaniu zagadki, kto czyha na jej życie w Ataku klonów, skończywszy na decydującym momencie – ostatecznym przejściu na Ciemną Stronę w Zemście Sithów, by uratować ukochaną przed śmiercią, co zwiastują prorocze sny Anakina. Prequele, nie dość, że wyjaśniają i dopełniają wątki poruszone w epizodach iv-vi, to same w sobie są kawałkiem całkiem dobrego kina w swoim gatunku. Ian McDiarmid jako Palpatine, sir Christopher Lee jako Hrabia Dooku, czy nawet Ewan McGregor jako Obi-Wan, tworzą bardzo dobre kreacje bohaterów, a John Williams jak zawsze nie zawodzi z soundtrackiem. I chociaż wyjaśnienia pewnych kwestii w uniwersum nie wszystkich muszą zadowalać, każdy musi przyznać, że walka Dartha Maula z Obi-Wanem i Qui Gonem z Duel of the Fates w tle sprawia, że ciarki przechodzą po plecach.


W przestrzeni publicznej zauważyć można, że młodzi ludzie coraz chętniej biorą udział w działaniach związanych z polską historią. Ma to ogromny związek z poczuciem patriotyzmu rozumianego kategoriami środowisk prawicowych.

W szkolnej ławie Opasłe podręczniki zawierające masę informacji zostały odesłane do lamusa. Teraz wydawnictwa robią wszystko, aby uprzyjemnić naukę historii. Kolorowe ilustracje, internetowe platformy edukacyjne. Wielu młodych ludzi uważa, że przedmiot ten jest nudny i niestety nie milkną opinie, że niepotrzebny. Jak wytłumaczyć uczniowi, który interesuje się matematyką, że nauka o dziejach jest ważna? Duża odpowiedzialność spoczywa na barkach nauczycieli. Interesujące materiały są niczym, jeśli nie potrafi się w sposób ciekawy przeprowadzić lekcji. Dyskusje nad treściami, które powinny być przekazywane na lekcjach historii, nie milkną. Niewykluczone, że po ostatnich wyborach czekają nas kolejne zmiany. Bezsprzecznie uczeń w szkole powinien być wyposażany w wiedzę historyczną pozwalającą na rozumienie naszej kultury, ale także procesów kształtowania się naszej rzeczywistości – przecież historia magistra vitae est. Przeszłość wiele może nas nauczyć, ale nie wszyscy chcą z tej nauki korzystać. Zaciekawienie historią wykształca się w większości u uczniów na poziomie szkoły średniej. Spowodowane jest to tym, że wtedy formowana jest świadomość społeczna i polityczna. Obie te dziedziny życia mają duży związek z historią. Zauważa się, że zainteresowania kierują się głównie w kierunku XX wieku. Tematy, o których chętnie dowiadują się młodzi ludzie, to te związane z powstaniem warszawskim, żołnierzami wyklętymi i 20-leciem międzywojennym. Historia bez hamulców W Internecie, pełnym wartościowych treści, znajdziemy propozycję alternatywy dla rzekomo nudnych lekcji historii. Portale internetowe z całkiem przyzwoitą ilością wyświetleń. Wirtualne muzea, które bez wychodzenia z domu dadzą namiastkę spotkania ze sztuką, skansenami, bronią. Mamy wreszcie największy zbiór filmów wideo na YouTubie. Człowiek pragnący świadectw dziejów może zobaczyć egzekucję niemieckiego szpiega przez Amerykanów lub proces w Norymberdze. Warto wspomnieć o dwójce młodych ludzi, którzy zostali docenieni przez młodzież. Od 2013 roku Tomasz Okoń i Wojciech Drewniak zachęcają do zainteresowania historią. Przedstawiają programy z cyklu Historia bez cenzury.


Nazwa doskonale oddaje charakter filmów. Z dużą dozą humoru, przymrużeniem oka i nierzadko używając ostrego języka, opowiadają o rzeczach, o których nie ma w podstawie programowej nauczania historii. Z resztą nie ma się co dziwić. Uczeń nie powinien skupiać w szkole uwagi na życiu seksualnym Poniatowskiego. Jedynym zarzutem skierowanym pod adresem tych dwóch panów jest z pewnością język. Przyciąga on wiele widzów, ale dla młodszej widowni może być szkodliwy. Częścią priorytetów nauczycieli nauk humanistycznych powinna być kultura języka. Jednak za przygotowanie merytoryczne, wykonanie, które przyciąga przed ekrany komputerów rzesze młodzieży, która pragnie historii należą się im wyrazy uznania Rok 1944 zamiast 1968 Polska młodzież jest pewnego rodzaju fenomenem. O dziwo, zawdzięczamy to władzy komunistycznej. Otóż w roku 1968 roku zapoczątkowano zmiany w myśleniu elit europejskich, amerykańskich. Ogromne protesty studenckie, a następnie innych grup społecznych, diametralnie zmieniły kierunek ideowy państw Zachodu. Przekształcono kanon wartości z konserwatywnych na liberalne. Ogromne zmiany zaszły w kwestiach światopoglądowych. Skutkiem jest obecne prawo. Wystarczy spojrzeć, jak różni się polskie ustawodawstwo względem np. francuskiego, niemieckiego, belgijskiego; w sprawie aborcji, eutanazji, związków partnerskich. Żelazna kurtyna spowolniła przepływ tych idei, które obecnie są reprezentowane przez sporą część polskich intelektualistów. Na Zachodzie koncepcje liberalne są ciągle przekazywane młodym pokoleniom. U nas nie udało się tego dokonać w taki wielkim stopniu. Nasza młodzież skłania się ku wartościom konserwatywnym, narodowym, prawicowym. W sercu młodego człowieka jest pamięć o powstaniu warszawskim, żołnierzach wyklętych a nie walka o zrównanie związków partnerskich z rodziną. Wołyń? Pamiętamy! Polityka grubej kreski, mająca z pobłażaniem potraktować konstruktorów komunistycznej rzeczywistości jest, dla młodzieży skupionej w środowiskach narodowych, nie do pomyślenia. Ludzie, którzy słabo pamiętają ostatnie lata Rzeczpospolitej Ludowej lub urodzili się już po roku ‚89 walczą o ukaranie winnych zacieklej niż starsi. Odrzucają powszechną koncepcję, że moralnie naganne byłoby oczekiwać sprawiedliwości wobec starych już ludzi. Nie przyjmują także narracji pewnej części historyków, że to nie ludzie byli winni, a jakaś mglista idea, machina socjalistyczna czy, w przypadku nazizmu, Hitler przedstawiany na wzór szatana o niewyobrażalnej mocy zmuszania, przekonywania. Póki żył Wojciech Jaruzelski, 13 grudnia każdego roku pod jego domem zbierali się ludzie oczekujący skazania winnego za stan wojenny. Socjolog Zygmunt Bauman, który podczas czasów stalinowskich mordował żołnierzy podziemia niepodległościowego, spotyka się na swoich gościnnych wykładach nierzadko z ostrym przyjęciem przez młodzież. Adam Michnik, pewnego rodzaju legenda walki o wolność, krytykowany jest przez tę samą grupę o układanie się ze środowiskami, które podczas komunizmu znajdowały się po drugiej stronie barykady. Przykłady można by mnożyć. Wszelkie autorytety, które mają coś „za uszami” są odrzucane, a innym patrzy się na ręce, aby czegoś nie przewinęły. Ostatnimi czasy na celowniku znalazła się Olga Tokarczuk, za niewybredny komentarz na temat kształtowania myślenia o polskiej historii.


Pod żadnym pozorem, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą, nie będzie przebaczenia, zwłaszcza, że nie było przeprosin. Ogromna tragedia, jaka wydarzyła się na Wołyniu w latach 1943-44, jest ciągle w sercach młodych ludzi. Nie są w stanie pojąć, jak możliwa była ta rzeź. Jaka musiała zaistnieć sytuacja, aby Ukraińcy w przerażający sposób zabijali niemowlęta, kobiety w ciąży, starców. Coraz głośniej z ust młodych Polaków można usłyszeć o potrzebie przeproszenia, zadośćuczynienia. Oliwy do ognia dolewają wiadomości, że Ukraina gloryfikuje organizację UPA, odpowiedzialną za tę masakrę.

Red is bad Okres świetności przeżywają sklepy zajmujące się sprzedażą produktów związanych z patriotyzmem. Jak grzyby po deszczu pojawiły się marki odzieży patriotycznej. Coraz częściej widzimy, (zazwyczaj młodych) mężczyzn, którzy taką odzież ubierają. Jedną z najbardziej znanych jest Red is bad, której nazwa odnosi się do koloru czerwonego, jako związanego z ruchami lewicowymi. Marka, oprócz produkcji i dystrybucji odzieży, wspiera inicjatywy poświęcone propagowaniu bohaterów narodowych. Bardzo często hasła umieszczone na ubraniach odwołują się do tradycji, patriotyzmu i niechęci do Unii Europejskiej.

Banda kiboli Okrzyki typu „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” lub „Raz sierpem raz młotem w czerwoną hołotę” od czasu do czasu usłyszymy nie gdzie indziej, a na stadionach. Ogromną liczbą narodowców zasilają kibice. Bardzo często postrzega się młodych kibiców jako stadionowych chuliganów, którzy zagrażają zdrowiu i życiu „normalnych” Polaków. Taki, niewątpliwie zafałszowany obraz tego środowiska, wziął się z dwóch powodów. Po pierwsze, przez działania prawdziwych bandytów, którzy swoją przemoc kryją niejako za subkulturą kibicowską. Po drugie, z niechęci, jaką obdarzają kibiców duże ośrodki opiniotwórcze. Środowiska te odpierają zarzuty, jakoby kibice uczestniczyli w bijatykach i faszyzowali się. Gdzie leży prawda? Bezpiecznie będzie odpowiedzieć: gdzieś pośrodku. Na pewno istnieją ludzie trudniący się przemocą i na tle nienawiści rasowej, jak i innej. Krzywdzące jest jednak niezauważanie wielkiej pracy, jaką organizacje kibicowskie wkładają w akcje charytatywne. Niejednokrotnie również zobaczyć można piękne oprawy meczów przypominających o bohaterach, ważnych wydarzeniach czy po prostu z dumy bycia Polakiem. Drogą Hitlera? Usłyszeć można, że polska młodzież się radykalizuje. Słyszymy krzyk, że zalewa nas brunatna fala. Niebezpiecznie jest porównywać środowiska narodowe do nazizmu i faszyzmu. W rozumieniu lewicy nie jest dobrze, że pojęcie narodu stawia się wyżej niż wspólnotę europejską, ale nie jest to powód do tak ostrych komentarzy. Emocje związane z Marszem Niepodległości pokazują, że nie wszystkim podoba się coraz większe zainteresowanie młodzieży historią, Warto pomimo tego postawić tezę, że ogrom młodych ludzi (ale nie tylko) idących pod znakiem polskiej flagi i interesujących się historią napawają optymizmem.


the little match girl To tytuł spektaklu z 18 grudnia, który odbył się w  języku angielskim. Przygotowany przez studentów filologii angielskiej pod opieką dr Dominiki Ruszkiewicz i dr. Grzegorza Nawrockiego. Scenariusz został oparty na tekście baśni Hansa Christiana Andersena. Jak co roku, studenci całej uczelni mieli okazję wczuć się w świąteczną atmosferę i sprawdzić swoją znajomość języka angielskiego. Tym razem publiczność również nie zawiodła, a inscenizacja zachwyciła najbardziej wybrednych krytyków. Gratulujemy sukcesu!

własny system 820 tys. zł – taką kwotę dofinansowania na rozwój i wdrożenie systemu antyplagiatowego otrzymała pwsz w Tarnowie wraz z Państwową Wyższą Szkołą Techniczno-Ekonomiczną w Jarosławiu oraz Państwową Wyższą Szkołą Zawodową w Raciborzu. Wszystkie uczelnie wyższe w Polsce są zobowiązane do korzystania z systemów antyplagiatowych. Na naszej uczelni takowy został wprowadzony w 2013 roku. Dzięki otrzymanym funduszom tarnowska pwsz może stworzyć własny system, do którego będą mieli dostęp studenci, promotorzy czy sekretariaty instytutowe, w związku z tym łatwiej będzie sprawdzić, czy nasza praca nie jest plagiatem. Wyżej opisany system zacznie funkcjonować w 2017 roku, a do tej pory wykorzystywany będzie dotychczasowy. tekst: Maria Białek

17 grudnia 2015 r. odbyło się ix Walne Zebranie SprawozdawczoWyborcze Klubu Uczelnianego azs pwsz w Tarnowie. Prezesem na kolejną kadencję został mgr Jan Salamon. Wyłoniono Zarząd w składzie: mgr Marta Wantuch – Skarbnik, dr Małgorzata Kołpa mgr Katarzyna Walkowicz – Wiceprezes ds. sportowych mgr Wojciech Nowak – Sekretarz mgr Robert Wardzała dr Piotr Kuczek mgr Przemysław Markowicz – Wiceprezes ds. organizacyjnych mgr Krzysztof Tomalski mgr Janusz Stawarz Bartłomiej Wierzbicki mgr Przemysław Zając mgr Anita Ziemba W skład Komisji Rewizyjnej weszli: mgr Kazimierz Mróz – Przewodniczący mgr Renata Błyszczuk Mateusz Bednarek W skład Sądu Koleżeńskiego weszli: mgr Stanisław Derus – Przewodniczący Katarzyna Mądel Nikodem Starzyk


Nowy numer, nowy list, nowy problem. Zapraszam wszystkich do sprawdzenia, jak tym razem spróbowałem pomóc naszej czytelniczce. Drogi Wujasku! Jesten młodą dziewczyną, która uwielbia się mocno malować, chodzić na dyskoteki i poznawać nowych kolegów. Niestety, mój partner, który z natury jest spokojny, nie toleruje mojego stylu życia... Czemu tak jest i co powinnam zrobić, żeby jego podejście się zmieniło? Pozdrawiam, Marta Droga Marto, dziękuję za Twoją wiadomość. Z podobnym problemem może borykać się zdecydowanie więcej dziewcząt, niż sobie wyobrażasz, więc pocieszę Cię – zapewne nie jesteś jedyna. Wydaje mi się, że sama odpowiedziałaś sobie na pierwsze z pytań. Słowo-klucz w przypadku Twoich wyjść to koledzy. Powtórzę – koledzy. Czy wszystko wydaje Ci się już jasne? Nie? Podejrzewam, że gdybyś poznawała nowe koleżanki, to luby zapewne mniej wściekałby się na wieść o tym, że znów wychodzisz. Ponadto, tak jak pisałem w odpowiedzi na list z poprzedniego numeru – powinnaś malować się z umiarem. Podkreślaj swoją kobiecość, nie ukrywając się przy tym za maską. To zbędne, cienka kreska czasem jest lepsza niż gruby szczur na lusterku. Podobnie jest z wychodzeniem na dyskoteki – jeśli Twój mężczyzna jest spokojny, może weź go ze sobą, ale nie do klubu. Może kino? Teatr? Opera? Opcji masz więcej, niż Ci się wydaje, a są momenty, kiedy warto lekko przystopować. Jest też druga opcja. Jeśli Ty nie chcesz się zmieniać, to zmień partnera. Myślę, że Twoi koledzy z dyskotek byliby zachwyceni kobietą taką jak Ty. Mam nadzieję, że pomogłem. Ściskam mocno, Wujek Kac

Czytelniku! Jeśli Twoja mniej lub bardziej artystyczna dusza również ma jakiś problem, to zapraszam do kontaktowania się ze mną! Jak zwykle opcje są dwie: mejl – kackiller0@gmail.com lub fejsik – facebook.com/kackiller. Mam nadzieję, że w kolejnym numerze Ad Astry pomogę właśnie Tobie!


Muszę się do czegoś przyznać – choć komputer posiadam od przeszło 15 lat, a godziny spędzone na przeróżnych grach trudno byłoby mi policzyć, to w grach sieciowych jestem totalnym nowicjuszem. Kiedy słyszałem o e-sporcie, to mimowolny uśmiech politowania pojawiał się na mojej twarzy. Bo w końcu jak można przyrównywać hektolitry potu (i często krwi) wylane na treningach, pracę nad własną psychiką i przekraczanie granic własnych możliwości do klikania myszką? Tak wtedy myślałem. Minęły lata, a ja postanowiłem sobie, że nie chcę być ignorantem. Co z tego wyniknęło? Wystarczyło trochę poczytać, by dowiedzieć się, że e-sport wymaga, jeśli nie takiego samego, to większego zaangażowania w trening (odarty z fizycznego przymusu pójścia na salę, spotkania z trenerem, itd. – to tak jak byśmy sami chcieli się uczyć języka w domu: ilu z nas zmusi się do codziennej pracy nad gramatyką tegoż, czy będzie powtarzać słówka?). Najlepsi na świecie muszą ćwiczyć nie tylko umiejętności własne (zręczność, celność, poruszanie się avatarem/postacią), ale także zespołowe. I jak w klasycznym sporcie, talent jest niczym bez pracy nad nim. Poniżej postaram się przedstawić kilka gier, najpopularniejszych w e-sporcie.

Od starcrafta wręcz wypadałoby zacząć. W końcu Koreańczycy traktują go jako sport już od dziesięcioleci (ich podejście do gamingu jest zupełnie inne już od wielu lat). Sam uwielbiam serię starcraft, ale w sieci zagrałem jedynie kilka razy – wszystkie takie potyczki kończyły się szybko, na moją niekorzyść. Denerwowało mnie to, bo gra dla jednego gracza, owszem, miejscami wymagająca, ale nie sprawiła mi kłopotu. Tymczasem specjaliści od gry w sieci rozbijali moją bazę, jak chcieli. Założenia rozgrywki tej strategii czasu rzeczywistego (najłatwiej wytłumaczyć ten typ gier w ten sposób: wyobraźcie sobie szachy bez podziału na tury graczy – każdy przesuwa figury kiedy i jak chce, ale z zachowaniem zasad ruchu; by nie było za łatwo, zaczyna z królem i dwoma pionkami – resztę musi wyprodukować po spełnieniu danych warunków; do tego każda figura ma określoną wytrzymałość i zdolności, przez co do eliminacji jednych, nadają się tylko konkretne drugie, a trzecimi nie ma sensu atakować; no i figur nie jest po 16 dla gracza, ale nawet kilkadziesiąt, plus budynki i moce specjalne; i teraz spróbujcie zaplanować strategię pamiętając to wszystko) zmuszają graczy do myślenia taktycznego i niesamowicie szybkiego klikania (polecam sprawdzić hasło „najszybsze ręce świata starcraft” w wyszukiwarce). Dlatego też, choć partie trwają po 1,5 godziny, każda sekunda wymaga zaplanowania w różnych scenariuszach i adaptacji do poczynań przeciwnika.


Rekordy popularności w Europie bije za to counter strike: global offensive. Pierwszą odsłonę tej strzelanki poznałem jako mod do gry half-life. Jednakże, choć nie przypadł mi do gustu, zawsze śledziłem tę serię. Nie mogło być inaczej z najnowszą wersją. Nim jednak zakupiłem grę, prześledziłem najpopularniejsze kanały na Youtube związane z „ceesem”. Dużo mnie ominęło od daty wyjścia gry, bo sama w sobie jest traktowana jak sport i nikogo już to nie dziwi. Łapałem się za głowę, bo patrzę na filmiki – strzelanka. Patrzę na relacje z meczy (prym wiedzie serwis Twitch) – no strzelanka zwykła, jaki sport?! I wtedy zagrałem. Z bojowym nastawieniem ruszyłem na podbój serwerów. I do dziś (gram jakiś miesiąc po godzince, dwie dziennie) nie jestem nawet silverem… Wtajemniczeni już się ze mnie śmieją, bo nie osiągnąłem nawet najniższej rangi. Gra jest inna, nastawiona na współpracę z innymi graczami, poruszanie się po mapie jak brygada antyterrorystyczna to podstawa myślenia o sukcesie, a do tego wymaga piekielnie szybkiego refleksu i spędzenia dziesiątek, jeśli nie setek godzin na ostrzeliwaniu każdej z dostępnych broni. Jeśli ktoś chce być zawodowcem – niech przygotuje się na setki godzin treningu i dyscypliny pod okiem trenera (tak, profesjonalne teamy mają swoich trenerów). Nie mniej popularne są gry typu moba – dużą rolę odgrywa fakt, że najlepsze z nich są darmowe, a ich twórcy utrzymują się z mikropłatności (czyli drobnych sum płaconych za, np. jakąś konkretną postać, czy przedmiot). Mamy więc, po ściągnięciu klienta danej gry wybór kilku postaci, z różnymi umiejętnościami i kilka trybów rozgrywki opartych o system obrony swojego terenu z jedoczesnym atakiem terenu przeciwnika. league of legends, heroes of the storm,

dota 2 – tytuły te, należące do czołówki światowej, choć podobne, różnią się w szczegółach, które dla zawodowych graczy urastają do rozmiarów kamieni milowych i decydują o wyborze konkretnej gry. Najzabawniejszy (dla mnie, oczywiście) jest moment, kiedy po w miarę udanej bitwie, uważam, że zagrałem nieźle, by potem obejrzeć poczynania najlepszych na świecie i stwierdzić, że to niemożliwe, co oni wyprawiają! A jednak, dokonują niezwykłych rzeczy, mając do dyspozycji dokładnie te same narzędzia co każdy, nawet początkujący, gracz. Siła doświadczenia i umiejętności. Ponadto, e-sport posiada własne ligi, turnieje (z nagrodami rzędu setek tysięcy dolarów), komentatorów, znanych zawodników, zespoły. Dodatkowo jesteśmy świadkami zmiany kulturowej – powszechność komputerów i gier sprawia, że praktycznie każdy z dostępem do Internetu (kafejki już dawno odeszły do lamusa) może być w światowej czołówce. Na rynek elektroniki trafiają kolejne produkty „dla graczy” (co też do niedawna, było okrutnie wyszydzane, a ostatnio tendencja ta maleje) – słuchawki, myszki, klawiatury, monitory czy całe pc, a nawet napoje energetyzujące. Ostatnio mówi się w środowisku dużo o czegoś w rodzaju dopingu (leki na adhd zażywane przed meczami miałyby zwiększać koncentrację i tym samym pomagać w odniesieniu zwycięstwa), a twórcy gier muszą zmagać się z ludźmi, którzy chcą pójść na skróty i zwyczajnie oszukują. Zawodowy sport, prawda? tekst: Dawid Rąpała


Koncert Ani Wyszkoni – Kolędy wielkie w Centrum Sztuki Mościce 7 lutego 2016 godz. 19.00 Duża Scena Najpiękniejsze kolędy z najnowszej płyty Kolędy wielkie oraz największe przeboje Anny Wyszkoni w specjalnym koncercie - widowisku. „Trudno jest napisać niebanalny świąteczny tekst nie wywołując do tablicy Świętego Mikołaja, karpia, choinki... Myślę, że to się udało w piosence Od nieba do nieba. Traktuję ją jak pewnego rodzaju świąteczny hymn o pokoju, miłości, o bliskich. O wszystkim, co powinno być dla nas ważne nie tylko w Święta. Bardzo chciałabym, żeby stała się takim hymnem dla wielu z was” - mówi Ania Wyszkoni, zapraszając do wspólnego kolędowania w nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Anna Wyszkoni to jedna z najbardziej lubianych i charyzmatycznych wokalistek na polskiej scenie muzycznej. Ma na swoim koncie imponującą ilość przebojów, nagród i wyróżnień oraz blisko pół miliona sprzedanych płyt. Obie solowe płyty Ani, Pan i pani i Życie jest w porządku, uzyskały status podwójnie platynowych! W 2016 roku Anna Wyszkoni będzie obchodziła jubileusz 20-lecia działalności artystycznej. 20 listopada 2015 roku miał premierę świąteczny album Anny Wyszkoni pt. Kolędy wielkie, na którym artystka zaprezentowała swoje ulubione polskie kolędy oraz dwie premierowe piosenki świąteczne przygotowane specjalnie na tę płytę. Szlachetne brzmienie fortepianu, kwartetu smyczkowego, gitar akustycznych, trąbki czy perkusjonaliów to krótka muzyczna charakterystyka tej niezwykłej płyty. W świątecznym repertuarze Anny Wyszkoni, wśród tradycyjnych polskich kolęd, jak Dzisiaj w Betlejem, Jezus malusieńki, Cicha noc, Bóg się rodzi czy Lulajże Jezuniu, znalazła się jedna nieznana do tej pory, staropolska pastorałka Wielkie nieba, a także zachowana w świątecznym klimacie i promująca płytę piosenka Od nieba do nieba, do której powstał teledysk. Zarówno utwór, jak i klip, oddają magię i piękno świąt Bożego Narodzenia, choć dotykają tematów i problemów bardziej uniwersalnych. Bilety: 40 zł normalny, 35 zł ulgowy Sprzedaż biletów i informacje ; Kasa CSM tel. 14 633 46 04 www.csm.tarnow.pl

Francuski styl w Centrum Sztuki Mościce 11 lutego 2016 r. godz. 18.30 Kiedy wychodziła na scenę, zawsze ubrana na czarno, prawie nie było jej widać. A gdy zaczynała śpiewać, nikt nie miał wątpliwości, że jest wyjątkowa. „Mały wróbelek” swoim przejmującym głosem potrafił porwać tłumy. Najbliższy Francuski styl poświęcimy Edith Piaf. Na scenie znakomita Anna Sroka-Hryń. Nikt nie ułatwił jej startu w zawodzie piosenkarki. Nie zakładała wielkich kreacji – zawsze na scenę zakładała jedynie prostą, czarną suknię. Nie wykonywała także żadnych sztuczek. Edith Piaf po prostu śpiewała. Jej życie z pewnością nie było różowe – la vie pas en rose! A mimo to udało jej się trafić do serc wielu. Dziś z równym zachwytem słuchamy Milord, Mon Dieu, Non, je ne regrette rien, La vie en rose czy Padam, padam. 19 grudnia minęła 100. rocznica urodzin tej najsłynniejszej francuskiej pieśniarki XX wieku. Z tej okazji najbliższy Francuski styl poświęcimy Edith Piaf. Na scenie zaśpiewa Anna Sroka-Hryń - aktorka, wokalistka, absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie, laureatka wielu nagród. Na swoim koncie ma liczne role teatralne i dubbingi, w tym tytułową rolę w spektaklu Édith i Marlene w reżyserii Márty Mészáros. Podczas godzinnego recitalu publiczność będzie mieć okazję wysłuchać m.in.: Padam, padam, Nic a nic, Niebo nad Paryżem, Hymn miłości, Akordeonista czy Świat w kolorach. Inspiracją do powstania recitalu była rola Edith Piaf, w którą Anna Sroka-Hryń wcieliła się w sztuce Édith i Marlene w reżyserii wybitnej węgierskiej artystki Márty Mészáros.


Anna Sroka-Hryń kontynuuje najlepsze tradycje piosenki aktorskiej - dlatego koncert w jej wykonaniu to nie tylko recital, to także jednoosobowy teatr. Wokalistce towarzyszy zespół muzyczny w składzie: Urszula Borkowska - fortepian, Klaudiusz Baran - akordeon, Konrad Kubicki - kontrabas, Marcin Słomiński - perkusja, W programie wieczoru także: * spotkanie z Anną Sroką-Hryń, która wcieliła się w rolę Edith Piaf w sztuce Édith i Marlene w reżyserii Márty Mészáros, * możliwość nabycia książek biograficznych o Edith Piaf: Ptak smutnego stulecia Joanny Rawik oraz Na balu szczęścia, * projekcja filmu Niczego nie żałuję – Edith Piaf. Historia Edith Piaf - legendarnej francuskiej piosenkarki, której droga do sławy była pełna nieprzyjemnych wydarzeń. W rolę artystki wcieliła się nagrodzona za swoją rolę Oscarem i Złotym Globem Marion Cotillard, natomiast reżyserował Olivier Dahan, który jest także współautorem scenariusza, * kulinarne smaki Francji, Cena biletu: 35 zł w przedsprzedaży, 40 zł od 1 lutego Informacje: Kasa CSM ul. Traugutta 1, 33 – 101 Tarnów , tel. 14 633 46 04 www.csm.tarnow.pl

Walentynkowe Tango - koncert Klaudiusza Barana i con affetto. 14 lutego 2016 r. godz.18.00 Niezwykła fuzja „męskiego” brzmienia bandoneonu oraz „kobiecej” siły żeńskiego kwartetu smyczkowego. Najpiękniejsze tanga Astora Piazzolli zabrzmią w szczególny sposób 14 lutego 2016 r. w Centrum Sztuki Mościce. Wirtuoz bandoneonu Klaudiusz Baran - wielki znawca muzyki tangowej, niezwykle aktywny solista i kameralista wprowadzi słuchaczy w zaczarowany, mroczny i tajemniczy świat argentyńskich uliczek i zaułków, gdzie tango tańczy się... do białego rana. Towarzyszyć mu będzie niezwykle lubiany przez tarnowską publiczność Żeński Kwartet Smyczkowy con affetto - Angelina Kierońska - I skrzypce, Alicja Soboń - II skrzypce, Karolina Stasiowska - altówka i Anna Podkościelna-Cyz- wiolonczela oraz para taneczna wykonująca tango nuevo. 14 lutego to idealny moment, aby dać się ponieść muzyce Piazzolli, który określany jest mianem króla tanga. Znawcy tego gatunku mówią, że „zatańczyć tango, to jak... opowiedzieć życie”. Tego wieczoru wykonawcy koncertu postarają się udowodnić również, iż zagrać tango, to jak opowiedzieć życie! Sam Piazzolla mówił o sobie: „Jestem człowiekiem tanga. Moja muzyka zmusza do myślenia: tych, którzy kochają tango i tych, którzy kochają dobrą muzykę.” Wszyscy miłośnicy tanga - zakochani i nie tylko - zaproszeni są tego wieczoru do Centrum Sztuki Mościce oddać się w objęcia dwóch wielkich emocji - muzyki i tańca.

Żeński kwartet smyczkowy Con Affetto to zespół złożony z absolwentek krakowskiej Akademii Muzycznej. W skład zespołu wchodzą Angelina Kierońska – I skrzypce, Alicja Soboń – II skrzypce, Karolina Stasiowska – altówka, Anna Podkościelna-Cyz – wiolonczela. 11 lat temu rozpoczęły swoją wspólną przygodę z muzyką i aż po dzień dzisiejszy pozostają w nieustannym przekonaniu, że muzykę najpiękniej tworzy się wtedy, kiedy jest ona… wspólną pasją. Nazwa zespołu „con affetto” z włoskiego oznacza „z uczuciem”, ponieważ to właśnie emocje są główną siłą napędową każdej zagranej wspólnie nuty. Zespół tworzą cztery wyjątkowe osobowości, które wbrew obiegowej opinii, że kobietom ciężko jest wspólnie pracować, bo „każda z nich ma rację”, stworzyły dla siebie miejsce, w którym z wielkim zaangażowaniem i wielkiej przyjaźni doskonalą swoje muzyczne plany i marzenia.


Con Affetto od 2005 roku prowadzi aktywną działalność artystyczną koncertując w wielu ciekawych i  prestiżowych miejscach m.in. w  Filharmonii Świętokrzyskiej im. O. Kolberga w Kielcach, Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach, Dworku I. J. Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, Tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego, krakowskich „Sukiennicach”, Dworze w Dołędze. Kwartet dysponuje szerokim i zróżnicowanym repertuarem począwszy od kanonów muzyki klasycznej, poprzez ciekawe aranżacje muzyki rozrywkowej, filmowej i musicalowej aż po oryginalne wykonania muzyki współczesnej. Szczególne miejsce w repertuarze Con Affetto zajmują tanga, wykonywane przez nie z wielką pasją i szczególnym uwielbieniem tego rodzaju ekspresji artystycznej. Istotne jest, iż członkinie kwartetu nieustannie rozwijają swoje muzyczne zainteresowania systematycznie uczestnicząc w nagraniach płyt, projektach orkiestrowych, teatralnych oraz koncertach zespołów polskiej sceny rozrywkowej (współpracując między innymi z Krzesimirem Dębskim oraz Piotrem Cugowskim), co gwarantuje stale wysoki poziom i profesjonalizm wykonań. Zespół obecnie zajmuje się premierowym nagrywaniem kompletnej dyskografii współczesnego amerykańskiego kompozytora polskiego pochodzenia Henryka Derusa, co oprócz głównego nurtu wykonawczego - muzyki klasycznej epok dawniejszych - pozostaje wielką fascynacją i pasją zespołu. Wiosną 2015 roku Con Affetto wziął udział w produkcji filmowej holenderskiej reżyserki Mieke Bal – premiera filmu zaplanowana jest w roku 2016. Rok 2015 zespół zakończył wielkim Koncertem Jubileuszowym, który był podsumowaniem 10 lat działalności artystycznej. Motto con affetto? Najważniejsze oraz najbardziej zauważalne i doceniane przez publiczność jest to, iż zespół zarówno na scenie, jak i poza nią pozostaje zjawiskowym połączeniem czterech energii i żywiołów, które przenikając się tworzą wypadkową pełnego obrazu kobiecej natury... Wszakże, muzyka, to przecież kobieta... Cena biletu: 30 zł

Koncert Listy z daleka - piosenki Kaliny Jędrusik śpiewa Olga Bończyk 28 lutego 2016 r. o  godz. 18.00 Centrum Sztuki Mościce zaprasza na niezwykły koncert, którego niepowtarzalny klimat i charakter budowany jest starannie od pierwszych chwil za sprawą niezwykłych dźwięków i pięknego głosu artystki Olgi Bończyk. Koncert powstał z okazji 20. rocznicy śmierci jednej z najbardziej utalentowanych i charyzmatycznych aktorek minionego stulecia - Kaliny Jędrusik. Na program składają się najpiękniejsze jej piosenki w doskonałych, swingujących i stylowych aranżacjach jednego z najbardziej utalentowanych aranżerów i pianistów w Polsce - Jacka Piskorza. Repertuar: Kalinowe serce , Ciepła wdówka , S.O.S , W  kawiarence Sułtan, La valsedumale, Nie pożałuje Pan, Nie budźcie mnie, Zmierzch, Nie pamiętam, Na całej połaci śnieg Jesienna dziewczyna, Stacyjka Zdrój, Nieduża miłość, Ja nie chcę spać ja nie chcę umierać Gram o wszystko, Nie odchodź , O Romeo, Dla ciebie jestem sobą Cena biletu: 40 zł normalny, 30 zł ulgowy

Ziarno i krew w Centrum Sztuki Mościce 19 lutego 2016 r. godz. 18.00 Zapraszamy na spotkanie z cyklu Za horyzont domu - Ziarno i krew Gościem będzie Dariusz Rosiak (ur. 1962) - dziennikarz radiowy i prasowy. W Trójce prowadzi program Raport o stanie świata, współpracuje z redakcją publicystyki międzynarodowej Polskiego Radia, przez wiele lat był związany z „Rzeczpospolitą”, gdzie publikował w dodatku „Plus Minus”, dziś prasowy „wolny strzelec”. Autor książek: Oblicza Wielkiej Brytanii, Żar. Oddech Afryki, Człowiek o twardym karku. Historia księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela oraz Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista. Promocja książki Ziarno i krew Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan. Chrześcijaństwo powstało na Wschodzie, ale dziś, w czasach konfliktu z Państwem Islamskim, życie chrześcijan w tym rejonie stało się niemożliwe. Dariusz Rosiak ruszył śladem wschodnich chrześcijan. Pojechał tam, skąd pochodzą i tam, dokąd uciekają. Do Turcji, Iraku, Libanu, Egiptu, Izraela, do Syryjczyków mieszkających w Szwecji. To historia, która toczy się na naszych oczach, i nikt nie wie, jak się skończy. To historia wielkiej, liczącej ponad dwa tysiące lat kultury, ale i śmierci, rzezi, prześladowań, opowiadana przez zwykłych ludzi. Cena biletu: 10 zł


Adastra styczeń 2016  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you