Issuu on Google+

Opowieści o kronopiach i famach i inne historie


Opowieści o kronopiach i famach i inne historie Julio Cortazar Tłumaczenie - Zofia Chądzyńska

ASP Kraków 2013 Pracownia Projektowania Książki opracował graficznie Mateusz Michalczyk


5

Instrukcje

Codzienne zmiękczanie cegły, codzienne torowanie sobie drogi w  kleistej masie, która siebie nazywa światem, codzienne zderzanie się z sześcianem o ohydnej nazwie, w psim zadowoleniu, że wszystko jest na swoim miejscu, obwok ta sama kobieta, te same buty, ten sam zapach tej samej pasty do zębów, ten sam smutek domów naprzeciwko, brudnej tablicy okien czasu z szyldem HOTEL DE BELGIQUE. Jak niechętny byk rąbnąć głową w przezroczystą masę, wewnątrz której pijemy poranną kawę i otwieramy gazetę, żeby dowiedzieć się, co się dzieje we wszystkich kątach szklanej cegły. Nie zgadzać się, by delikatny akt naciśnięcia klamki u drzwi, ten akt, który mógłby wszystko odmienić, przeszedł w zwykły codzienny odruch, do widzenia, kochana, buźka, do zobaczenia. Ścisnąć łyżeczkę i czuć pod palcami pulsowanie metalu, jego podejrzane ostrzeżenie. Jakże boli odmawianie łyżeczce, sprzeciwianie się drzwiom, negowanie tego wszystkiego, co przyzwyczajenie wylizało do zadowalającej gładkości. O ileż prościej spełnić łatwą prośbę łyżeczki: używać jej do mieszania kawy. Przecież nie ma w tym nic złego, że rzeczy spotykają nas codziennie od nowa i są takie same. I nie to jest ważne, że obok nas jest ta sama kobieta, ten sam zegarek i że otwarta


książka na stoliku znowu jedzie na rowerze naszych okularów. Cóż mogłoby w tym być złego. A jednak niby smutny byk trzeba pochylić łeb, ze środka kryształowej cegły przepchnąć się na zewnątrz ku temu innemu tak niedaleko nas, nieuchwytnemu jak pikador, choćby stał najbliżej byka. Dręczyć oczy patrzeniem na to, co przesuwa się po niebie, chytrze podszywając się pod zarejestrowaną w naszym umyśle nazwę chmury. Nie wyobrażaj sobie, że telefon poda ci numery, które chciałbyś nakręcić. Dlaczego miałby ci je podać? Jedyne, co nastąpi, to to, co już przygotowałeś i zadecydowałeś, ponure odbicie twych nadziei, ta małpa, co na stole czochra się i drży z zimna. Rozbij tej małpie łeb, wal od środka ku ścianom i przebij się na zewnątrz. Och, jak śpiewają o piętro wyżej! Jest nad nami piętro, a na nim inni ludzie. Jest nad nami piętro, gdzie żyją ludzie, co nawet nie podejrzewają, że istnieje niższe piętro, i że wszyscy tkwimy wewnątrz szklanej cegły. Jeżeli nagle mól przysiadzie na brzeżku ołówka pulsując niby błędny ognik, popatrz na niego – ja patrzę, dotykam jego maleńkiego serduszka i słyszę je, ten mól dźwięczy w masie zamrożonego szkła, nie wszystko jest stracone. Kiedy otworzą się drzwi, a ja wychylę się i spojrzę w dół klatki schodowej, będę wiedział, że tam, na dole zaczyna się ulica; nie jej zaakceptowany model, nie domy już wiedziane, nie hotel z przeciwka: ulica – zdyszana dżungla, gdzie

6


7

każda chwila może runąć na mnie magnolią, gdzie twarze będą stawały się, gdy na nie spojrzę, gdy posunę się o krok w przód, gdy łokciami, rzęsami, paznokciami doszczętnie rozwalę się o szklaną masę cegły i postawię życie na jedną kartę, idąc krok za krokiem po gazetę na rogu.


Jak Płakać Instrukcja Nie bacząc na przyczyny, skupmy się na prawidłowym sposobie płakania, pod czym należy rozumieć podchlipywanie ani nie wywołujące większego poruszenia, ani nie będące afrontem dla uśmiechu przez swą równoległość i tępe podobieństwo. Zwykłe, przeciętne chlipanie polega na ogólnym skurczu twarzy i dźwięku, któremu towarzyszą łzy i smarki, te ostatnie dopiero pod koniec, bowiem płacz kończy się, kiedy energicznie wysiąkać nos. Aby płakać, skieruj wyobraźnię na siebie samego, a jeżeli ci się to nie uda, ponieważ nabrałeś zwyczaju wierzenia w świat zewnętrzny, pomyśl o kaczce, którą oblazły mrówki, albo o tych zatokach w Cieśninie Magellana, do których nie wpływa nigdy nikt. Przechodząc do płaczu jako takiego, należy efektownie zakryć twarz obiema rękami, dłonie do wewnątrz. Dzieciom poleca się płakanie w rękaw kurteczki, najlepiej w rogu pokoju. Średni czas trwania płaczu – trzy minuty.

8


10

Jak Się Bać Instrukcja – przykład W pewnym szkockim miasteczku sprzedają książki z białą stronicą w środku tomu. Kto otworzy książkę na tej stronicy o trzeciej po południu – umrze. Na Piazza del Quirinale w Rzymie istnieje punkt (do dziewiętnastego wieku znany wtajemniczonym), skąd widać przy pełni księżyca posągi Dioskurów, jak z wolna poruszają się walcząc ze swymi stającymi dęba końmi. W Amalfi, tam gdzie kończy się strefa przybrzeżna, jest molo wchodzące w morze i w noc. Hen poza ostatnią latarnią słychać szczekanie psa. Pewien pan wyciska pastę z tubki na szczotkę do zębów. Nagle widzi drobną figurkę kobiety leżącej na wznak, z koralu lub miękiszu chleba, pociągniętego farbą. Gdy otwierasz szafę, by wyjąć koszulę, wypada na ziemię stary kalendarz, który rozlatuje się, pokrywając bieliznę tysiącami brudnych motyli z papieru. Słyszano o pewnym komiwojażerze, którego zaczął boleć lewy nadgarstek, dokładnie pod zegarkiem. Kiedy zdjął zegarek, trysnęła krew: na ciele był ślad drobnych spiczastych ząbków. Doktor kończy swe badanie, a diagnoza uspokaja nas: jego niski, kordialny głos poprzedza leki, na które, siedząc za biurkiem, właśnie wypisuje receptę. Od czasu do czasu podnosi głowę i  uśmiecha się, by dodać nam otuchy: nie ma się czym przejmować,


za tydzień będziemy zdrowi. Uszczęśliwieni mościmy się w fotelu i z roztargnieniem rozglądamy dokoła. W półcieniu pod stołem widzimy nogi doktora: podkasał sobie spodnie ponad kolana i widać, że na nogach ma damskie pończochy.

11


Jak Rozumieć Trzy Sławne Obrazy Instrukcja a) Miłość niebiańska i miłość ziemska TYCJANA Ten nieznośny obraz przedstawia czuwanie przy zmarłym nad brzegiem Jordanu. Nieczęsto tępocie malarza udało się z większą pogardą potraktować nadzieję rodzaju ludzkiego na Mesjasza, który świeci nieobecnością; nieobecny na obrazie, który jest światem, straszliwie błyszczy w nieprzystojnym ziewnięciu marmurowego grobowca, podczas gdy anioł,obarczony misją ogłoszenia wiadomości o zmartwychwstaniu jego udręczonego ciała, tępo czeka, aż dopełnią się znaki. Zbędne jest tłumaczenie, że anioł jest postacią nagą, prostytuującą się w swojej cudownej pulchności i przebraną za Marię Magdalenę w chwili, gdy jak na pośmiewisko prawdziwa Maria Magdalena powoli idzie ku nam drogą (gdzie dla kontrastu puchnie trujące bluźnierstwo dwóch królików). Dziecko wkładające rękę do grobowca – to Luter, a może Diabeł. A o postaci przyodzianej w suknie powiadają, że jest Glona, która za chwilę ma ogłosić, że wszelkie ludzkie ambicje dokładnie mieszczą się w misce; ale jest źle namalowana i skłania do myślenia o sztucznym jaśminie albo błyskawicy z kaszki manny.

12


b) Dama z jednorożcem RAFAELA Saint–Simon dopatrywał się w tym portrecie wyznania herezji. Jednorożec, narwal, plugawa perła w medalionie udająca gruszkę i spojrzenie Magdaleny Strozzi utkwione z przerażeniem w miejscu, w którym ewentualnie mogłaby dojrzeć sceny lubieżne lub okrutne: Rafael Sanzio wykłamał tu swoją najstraszliwszą prawdę. Intensywnie zielony kolor twarzy tej postaci długi czas przypisywano gangrenie lub też wiosennemu przesileniu dnia z nocą. Jednorożec, zwierzę falliczne, musiał zarazić ją, w jej ciele drzemią grzechy świata. Później odkryto, że wystarczy zmyć pokłady farby położone przez trzech zaciekłych wrogów Rafaela: Carlosa Hog, Wincentego Grosjean zwanego „Marmurem” i starszego Rubensa. Pierwsza warstwa była zielona, druga zielona, trzecia biała. Nietrudno dopatrzyć się w tym troistego symbolu ćmy, której skrzydła, przymocowane do trupiego kadłuba, sprawiają, że trudno ją odróżnić od płatków róży. Ileż razy Magdalena Strozzi ścinała białą różę i słyszała, jak jęczy jej między palcami, wykręca się i skomlę słabiutko, niby drobna mandragora lub jedna z  tych jaszczurek, które śpiewają jak ptaki–liry na widok lustra! Lecz było za późno i ćma–trupia główka ukłuła ją. Rafael wiedział o tym, wyczuł, że jest bliska śmierci. By wymalować ją wiernie, dodał jej jednorożca, symbol czystości, baranka

13


i narwala równocześnie, który pije z ręki dziewicy. Ale malując ją widział ćmę, więc ten jednorożec zabija swą panią, w jej majestatyczną pierś wbija z pożądliwością swój nieczysty róg, powtarza czynność leżącą u źródeł. To, co kobieta trzyma w dłoniach – to tajemny kielich, z  którego wszyscy piliśmy nie wiedząc, pragnienie, które zaspokajaliśmy przez inne usta, wino czerwone i pieniste, z którego biorą się gwiazdy, robaki i dworce kolejowe. c) Portret Henryka Ósmego HOLBEINA Na tym obrazie chciano widzieć polowanie na słonie, mapę Rosji, konstelację Liry, portret papieża przebranego za Henryka Ósmego, burzę na Morzu Sargassa lub owego złocistego polipa, który żyje w okolicach Jawy, pod wpływem cytryn lekko kicha, po czym umiera wydając cichutki gwizd. Każda z tych interpretacji jest słuszna, jeżeli chodzi o ogólny układ obrazu, zarówno gdy patrzymy na niego tak, jak wisi, jak gdy zawiesimy go bokiem lub do góry nogami. Różnice polegają na szczegółach: pozostaje środek, który jest ZŁOTEM, cyfrą SIEDEM, OSTRYGĄ dostrzegalną w rejonach kapelusz–sznureczek z główką – PERŁĄ (błyszczącą kępką pereł na ubraniu lub też centralnie położonym krajem) i ogólny KRZYK absolutnie zielony, bijący z całości.

15


Zdobądź się na prosty eksperyment: pojedź do Rzymu i połóż rękę na sercu króla, a zrozumiesz genesis morza. Jeszcze prościej jest przybliżyć zapaloną świecę do jego oczu. Wtedy widać, że to nie jest twarz, że oślepiona głowa księżyca, ścięta niby głowy męczenników pańskich, toczy się po tle z przejrzystych kółeczek i poduszeczek. Nie błądzi ten, kto widzi w tej burzliwej skamielinie walkę leopardów. Ale są i powolne sztylety z marmuru, paziowie zżerani nudą w długich krużgankach, zawiły dialog pomiędzy halabardami a trądem. Królowanie człowieka jest tylko stronicą historii, lecz on nie wie o  tym i  obojętnie igra z rękawiczkami i jelonkami. Ten człowiek, który na ciebie patrzy, powraca z piekła. Odsuń się od obrazu, a wtedy zobaczysz, jak powoli się uśmiecha, bo jest wydrążany, nadziany powietrzem, z tyłu podtrzymują go suche ręce niby figurę z kart, kiedy ustawia się zamek i wszystko drży. A oto morał: „Nie ma trzeciego wymiaru, ziemia jest płaska, człowiek pełza. Alleluja”. Może mówi to diabeł, a może chcesz w to wierzyć, bo mówi ci to król.

16


Jak Nakręcać Zegarek Instrukcja Tam w głębi tkwi śmierć, lecz nie bój się. Weź zegarek w jedną rękę, palcami drugiej uchwyć prztyczek do nakręcania i powoli nim obracaj. I oto otwiera się inny wymiar, drzewa rozwijają liście, lodzie stają do regat, czas niby wachlarz samorzutnie się rozkłada, z niego kiełkuje powietrze, powiewy ziemi, cień kobiety, zapach chleba. Czego chcesz więcej, czego chcesz więcej? Prędko załóż go na rękę, pozwól mu pulsować do woli, naśladuj go zazdrośnie. Strach przeżre kotwiczkę, każda rzecz, która jest osiągalna a została zapomniana, będzie powodowała rdzewienie żył zegarka, wywołując gangrenę w chłodnej krwi jego maleńkich rubinów. Tam w głębi tkwi śmierć, chyba że pośpieszymy się, przybiegniemy przed nią i zrozumiemy, że to już nie ma znaczenia.

17


Pozory

Jesteśmy dziwaczną rodziną. W tym kraju, gdzie wszystko robi się albo z musu, albo żeby komuś zaimponować, lubimy zajęcia niezależne, prace ot tak sobie, pozory, które do niczego nie służą. Posiadamy pewną wadę: brak nam oryginalności. Niemalże wszystko, do czego się zabieramy, jest inspirowane – szczerze mówiąc: kopiowane – ze sławnych modeli. Tylko w razie konieczności wnosimy coś nowego: anachronizmy, niespodzianki, skandale. Najstarszy z moich wujów twierdzi, że podobni jesteśmy do kopii robionych przez kalkę, identycznych z oryginałem, tyle że w innym kolorze, na innym papierze, w innym celu. Moja trzecia siostra przyrównuje się do mechanicznego słowiczka Andersena. Romantyzm jej może przyprawić o mdłości. Jest nas dużo i mieszkamy przy ulicy Humboldta. Robimy różne rzeczy, ale dość trudno jest to zreferować, ponieważ w opowiadaniu brak zasadniczych czynników: niepokoju i oczekiwania na niespodzianki, o tyle przecież ważniejszego niż ich rezultaty, oraz upadków, kiedy to cała rodzina wali się na ziemię niby domek z kart, a w ciągu długich dni słychać tylko westchnienia lub wybuchy śmiechu. Mówienie o tym, co robimy, jest niejako sposobem wypełnienia nieuniknionych próżni,

19


20

nieraz bowiem bywamy biedni, uwięziem lub chorzy, nierzadko (o czym smutno wspomnieć) któreś z nas umiera, któreś zdradza, rezygnuje albo bierze posadę w urzędzie podatkowym. Z tego nie należy jednak wnioskować, że powodzi się nam źle albo że jesteśmy smutni. Mieszkamy w dzielnicy Pacifico i jak tylko możemy – robimy coś. Jest nas dużo i mamy pomysły oraz dobre chęci wprowadzania ich w życie. Na przykład szubienica; do dziś nie jesteśmy zgodni co do genezy tego pomysłu; moja piąta siostra twierdzi, że wymyślił ją jeden z naszych ciotecznych braci, wielkich filozofów; najstarszy z wujów utrzymuje, że to jemu wpadło do głowy po przeczytaniu pewnej noweli de capa y espada. W gruncie rzeczy nie ma to znaczenia, jedyną sprawą ważną jest robić coś i dlatego mówię o tym niechętnie, tylko po to, aby wypełnić jakoś pustkę dżdżystego popołudnia. Przed domem jest ogród – na ulicy Humboldta rzecz raczej rzadka. Nie jest większy niż zwykłe patio, ale wznosi się o trzy stopnie ponad chodnik, co daje mu efektowny wygląd estrady, wymarzone miejsce dla ustawienia szubienicy. Ponieważ ogrodzenie jest połączeniem muru i krat, przechodnie nie mogą wchodzić do domu, mogą jednakże całe godziny gapić się, oparci o sztachety, ale nam to nie przeszkadza. „Zaczniemy przy pełni” – rozkazał ojciec. W dzień jeździliśmy więc kupować drewno i żelazo w składach przy Ave nida


22

Juan B. Justo, siostry zostawały w salonie, ćwicząc wycie wilków, gdyż moja najmłodsza ciotka twierdziła, że szubienice przyciągają wilki i podniecają je, żeby wyły do księżyca. Kuzyni zajmowali się zdobywaniem zapasów gwoździ i potrzebnego żelastwa, najstarszy z wujów wyrysowawszy plany omawiał z matką i z młodszym wujem różnorakość i rodzaje narzędzi tortur. Przypominam sobie zakończenie dyskusji: zgodzili się na spore podwyższenie, na którym ustawi się szubienicę i koło, i pozostanie jeszcze sporo miejsca na tortury i ewentualne ścinanie głów, zależnie od okoliczności. Najstarszemu z wujów takie rozwiązanie wydało się o wiele uboższe i skromniejsze od jego pierwotnej idei, jednakże wymiary ogródka i ceny materiałów z konieczności ograniczyły rodzinne ambicje. Do budowy przystąpiliśmy pewnej niedzieli po południu; na obiad były ravioli. Jakkolwiek nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, co pomyślą sąsiedzi, było jasne, że nieliczni gapie są przekonani, iż zamierzamy dobudować parę pokoi, aby powiększyć dom. Pierwszy dał wyraz zdziwieniu don Cresto, staruszek z przeciwka, który przyszedł zapytać, po co instalujemy taką estradę. Siostry zebrane w kącie ogrodu parokrotnie zawyły. Zeszło się sporo ludzi, ale nie przerwaliśmy roboty aż do wieczora, wykończyliśmy podwyższenie i zrobiliśmy stopnie w dwóch miejscach (dla księdza i dla skazańca, bo nie powinni wcho-


dzić razem). W poniedziałek część rodziny poszła do swych zwykłych zajęć, bo przecież z czegoś trzeba umierać, pozostali zaś zaczęli wznosić szubienicę, podczas gdy najstarszy z wujów studiował budowę koła tortur na starych sztychach. Uważał, że należy umieścić je możliwie wysoko na jakimś klocu, na przykład na przyzwoicie ociosanym pniu topoli. Ażeby zadowolić go, mój drugi brat i moje cioteczne rodzeństwo pojechali ciężarówką po topolę; w tym samym czasie najstarszy z wujów wraz z mamą zakładali szprychy w piastę koła, ja zaś przygotowywałem żelazną obręcz. Były to chwile cudownej zabawy, odgłosy młotka dochodziły ze wszystkich stron, siostry wyły w salonie, sąsiedzi pchali się u krat wymieniając między sobą wrażenia, zaś na lilioworóżowym tle zachodu rysował się profil szubienicy i sylwetka mojego młodszego wuja, który siedząc okrakiem na poprzeczce przykręcał hak i przygotowywał stryczek. W tej sytuacji przechodnie raczej nie mogli nie zorientować się, co robimy, i chór protestów i gróźb podniecał nas, aby zakończyć dzień zmontowaniem koła. Niektórzy śmiałkowie usiłowali przeszkodzić mojemu drugiemu bratu oraz ciotecznemu rodzeństwu we wniesieniu do nas przecudownego pnia topoli, który właśnie przywieźli. Zalążek bójki został jednak od miejsca do miejsca wygrany przez zjednoczoną rodzi

23


24

nę, która, w zdyscyplinowanym wysiłku ciągnąc topolę, wtaszczyła ją do ogródka wraz z nieletnim dziecięciem uczepionym u korzeni. Ojciec we własnej osobie zwrócił dziecię zdesperowanym rodzicom, uprzejmie podając je poprzez kratę, ale podczas gdy ogólna uwaga skupiała się na tych sentymentalnych epizodach, najstarszy z wujów, przy pomocy ciotecznych braci umocowawszy koło na pniu, ustawiał pionowo całą machinę. Policja przybyła w chwili, gdy zgromadzona na podwyższeniu rodzina z ożywieniem omawiała tak udaną szubienicę. Nie opodal drzwi znajdowała się tylko moja trzecia siostra, tak iż jej osobiście przyszło rozmawiać z podkomisarzem. Bez trudności wytłumaczyła mu, że pracujemy na własnej posesji nad dziełem, które dopiero w użytkowaniu mogłoby kolidować z założeniami konstytucji, czyli że wzburzenie sąsiadów jest wyłącznie owocem zazdrości i nienawiści. Nadejście nocy uratowało nas od dalszej straty czasu. Przy świetle karbidówki zjedliśmy kolację na szafocie, podglądani przez co najmniej setkę zawistnych sąsiadów. Nigdy duszony prosiak nie wydał się nam lepszy, wino tak ciemne i  słodkie. Północny wiatr lekko kołysał stryczkiem, ze dwa razy skrzypnęło koło, jakby kruki już usiadły na nim w oczekiwaniu żeru. Gapie zaczęli się rozchodzić, żując nieokreślone pogróżki, ale ze trzydzieści osób nie re-


zygnując nadal wisiało u  kraty. Po kawie zgasiliśmy karbidówkę, aby obejrzeć księżyc, wznoszący się ponad balustradą tarasu, siostry zawyły, kuzyni i wujowie powoli przeszli się po podwyższeniu, które drżało pod ich krokami. W ciszy, jaka potem nastąpiła, księżyc oświecił pętlę; wydało się nam, że po kole przesuwa się chmurka o posrebrzanych brzegach. Patrzyliśmy na to wszystko tak szczęśliwi, że trudno opisać, ale sąsiedzi szemrali u kraty, jakby zawiedzeni. Zaczęli zapalać papierosy i oddalać się po jednym, niektórzy w piżamach, a niektórzy wolniej. Pozostała ulica, gdzieś w dali gwizd policjanta i mikrobus sto osiem, przejeżdżający od czasu do czasu; my już spaliśmy i śniły nam się zabawy, słonie i jedwabne szaty.

25


Wchodzenie Po Schodach Instrukcja Każdy zauważył, że nierzadko podłoga załamuje się w ten sposób, że część jej ustawiona jest pod kątem prostym do jej powierzchni, następnie zaś inna jej część równolegle do tejże podłogi, aby umożliwić ustawienie nowego kawałka prostopadłego, a cała rzecz powtarza się spiralnie lub w linii łamanej do najrozmaitszych wysokości. Schyliwszy się i umieściwszy rękę lewą na części pionowej, prawą zaś na części poziomej, człowiek staje się krótkotrwałym posiadaczem schodka, czyli stopnia. Każdy z tych stopni, składający się, jak widać, z dwóch elementów, znajduje się odrobinę wyżej i odrobinę dalej niż poprzedni, która to zasada nadaje schodom sens, jako że każda inna kombinacja wytworzyłaby formy może piękniejsze i bardziej malownicze, lecz niezdolne do przenoszenia nas z parteru na piętro. Na schody wchodzi się przodem, bowiem tyłem i bokiem jest niebywale niewygodnie. Naturalna pozycja jest stojąca, ręce zwieszone, głowa prosto, nie na tyle jednak, aby oczy nie widziały wyższych stopni niż te, po których się stąpa, a oddychać trzeba powoli i rytmicznie. Ażeby wejść na schody, trzeba zacząć od podniesienia prawej dolnej części ciała, opakowanej prawie zawsze w  skórę albo zamsz, niemalże bez reszty mieszczącej się na schodku. Kiedy wyżej wymieniona część ciała, którą dla uproszczenia nazwiemy nogą,

26


zostanie już umieszczona na pierwszym stopniu, należy unieść odpowiadającą jej lewą część (również zwaną nogą, nie mylić z uprzednio wymienioną), po czym uniósłszy ją, tak ażeby noga spoczęła na drugim stopniu, przenieść całe ciało aż do umieszczenia nogi na następnym stopniu, na którym znowu spocznie noga, podczas gdy na pierwszym jeszcze spoczywa noga. (Pierwsze stopnie są zawsze najtrudniejsze, aż do chwili zdobycia nieodzownej koordynacji ruchów. Koincydencja nazwy pomiędzy nogą a nogą utrudnia nieco instrukcję. Uwaga: nie podnosić równocześnie nogi i nogi.) Dotarłszy tym sposobem do drugiego stopnia, należy na zmianę powtarzać wyżej wymienione ruchy i w ten sposób znajdziemy się na najwyższym stopniu schodów. Schodzi się z nich bez trudności, przy pomocy lekkiego ruchu pięty, który wpiera ją w należne miejsce, ażeby nie ruszyła się aż do chwili, kiedy skończymy schodzenie.

28


Zgubienie i Odnalezienie Włosa

W walce z pragmatyzmem i obrzydliwą tendencją do konsekwentnego dążenia do celu mój najstarszy kuzyn propaguje następujący proceder: wyrwać sobie z głowy jeszcze całkiem dobry włos, zawiązać go na supełek i pozwolić mu powoli spłynąć przez ściek umywalki. Na wypadek gdyby zatrzymał się na siateczce, jaką niektórzy wmontowują do umywalek, wystarczy otworzyć kran, ażeby całkowicie znikł nam z oczu. Z tą chwilą należy przystąpić do poszukiwania włosa. Pierwsza operacja zasadza się na odkręceniu syfonu i sprawdzeniu, czy aby włos nie utknął na jakiejś chropowatości rury. Jeżeli go tam nie widać, należy odśrubować rurę, łączącą syfon z głównym ściekiem. Naturalnie w tej rurze zobaczymy dużo włosów, wobec czego trzeba będzie skorzystać z pomocy całej rodziny, ażeby je przepatrzyć jeden po drugim. Jeżeli włosa nie będzie, staniemy przed interesującym zagadnieniem przebadania rur aż do parteru, co jest połączone z większym wysiłkiem, bowiem przez okres ośmiu do dziesięciu lat trzeba będzie popracować w  jakimś ministerstwie czy innej spółdzielni, ażeby zgromadzić pieniądze, które by umożliwiły wykupienie wszystkich czterech apartamentów leżących poniżej mieszkania najstarszego kuzyna, wszystko to pod groźbą, że w ciągu tych ośmiu do dziesięciu lat pracy włos może opuścić przewody i  że właściwie tylko przedziwny zbieg okoliczności

29


zdołałby sprawić, by przez cały ten czas pozostał on zaczepiony o jakiś sterczący kawałek zardzewiałej rury. Kiedy nadejdzie ów dzień, że będziemy mogli rozbić wszystkie rury we wszystkich mieszkaniach, przez całe miesiące będziemy żyli pośród misek i innych naczyń pełnych mokrych włosów, a także w otoczeniu pomagierów i żebraków, którym będziemy hojnie płacić za szukanie, segregowanie, klasyfikowanie i przedstawianie nam niektórych włosów w celu zdobycia tak upragnionej pewności. Jeżeli włos nie pojawi się, wkroczymy w etap dużo mniej konkretny, natomiast bardziej skomplikowany, bowiem następny krok prowadzi nas do głównych kolektorów miejskich. Nabędziemy ochronne stroje i przejdziemy kurs schodzenia późną nocą do ścieków, w tlenowych maskach, z mocną latarnią w dłoni, i będziemy przeszukiwali większe i mniejsze galerie, przy pomocy ciemnych indywiduów z „marginesu”, z którymi nawiążemy stosunki i którym będziemy musieli oddawać większą część pieniędzy zarabianych w ciągu dnia po ministerstwach czy domach towarowych. Nierzadko będziemy mieli wrażenie, że już–już wywiązaliśmy się z zadania, bo znajdziemy (lub przyniosą nam) wiele włosów podobnych do tego, którego szukamy. Ale ponieważ nie znane są przypadki, ażeby włos miał supełek nie związany ręką ludzką, niemal zawsze dojdziemy w końcu do wniosku, że dany włos po prostu posiada zgrubie

31


nie (jakkolwiek i takie wypadki nie są nam znane), ewentualnie, że osadził się na nim jakiś silikat, rdza lub też inny produkt długiego przebywania w wilgoci. Jest możliwe więc, że będziemy posuwali się wieloma kanałami, – większymi i  mniejszymi, aż dojdziemy do kolektora głównego, uchodzącego do rzeki, burzliwego zbiorowiska wszelkich odpadków i  nieczystości. Jest to miejsce, do którego nikt nie zdecyduje się zejść, gdzie już żadne pieniądze, żadne szantaże, żadne przekupstwo nie umożliwią nam dalszych poszukiwań. Ale może się zdarzyć, że wcześniej, nawet o wiele wcześniej, na przykład o kilka centymetrów od spustu umywalki na drugim piętrze albo też w pierwszej rurze pod poziomem ulicy natkniemy się na włos. Wystarczy pomyśleć o radości, którą to nam sprawi, o astronomicznej cyfrze przez czysty przypadek zaoszczędzonych wysiłków, ażeby usprawiedliwić, wybrać, nawet polecać podobne zajęcia, jakich każdy sumienny nauczycie! powinien wymagać od swoich uczniów od ich najmłodszych lat zamiast mordować dzieciaki regułą trzech albo historią wojen punickich.

32


Ciotyka W Tarapatach

Dlaczego też nasza ciotka tak strasznie boi się upaść na wznak? Od lat rodzina walczy o uleczenie jej z tej obsesji, ale oto nadchodzi chwila, że musimy przyznać się do porażki. Cokolwiek robimy, ciotka wciąż boi się upaść na wznak, która to niewinna mania daje się we znaki wszystkim; ojciec po bratersku towarzyszy jej na każdym kroku badając, czy podłoga nadaje się, by po niej stąpać, mama z wielką starannością wiele razy dziennie zamiata patio, siostry zbierają piłki tenisowe, którymi się bawią na tarasie, zaś kuzyni sprzątają wszystkie ślady po psach, kotach, żółwiach i kurach, których nie brak w domu. Ale wszystko na darmo. Po długich wahaniach, nie kończących się próbach i  ostrych słowach do dzieci, znajdujących się na jej drodze, ciotka zaledwie waży się przejść przez pokój. Gdy wreszcie rusza, najpierw opiera jedną nogę i szura nią niby bokser w pudle żywicy, potem opiera drugą i przenosi ciało ruchem, który w dzieciństwie wydawał nam się majestatyczny; droga od jednych drzwi do drugich trwa dobrych parę minut. Niech Bóg broni. Parokrotnie rodzina usiłowała zmusić ciotkę, aby w jakiś logiczny sposób wytłumaczyła ten lęk przed upadkiem na wznak; i choć nieraz natykaliśmy się na milczenia, które można było krajać nożem, pewnej nocy, po swojej szklaneczce hesperydyny, ciotka wyznała wreszcie, że gdyby upadła na wznak, już by nie mogła się podnieść. W  odpowiedzi na

33


elementarne spostrzeżenie, że przecież cała 32–osobowa rodzina gotowa jest skoczyć jej na pomoc, zareagowała tęsknym spojrzeniem i dwoma słowami: „bez różnicy”. Dzień później mój najstarszy brat wezwał mnie nocą do kuchni i pokazał mi karalucha leżącego na wznak na ziemi nie opodal zlewu. Bez słowa asystowaliśmy jego daremnej i długiej walce, aby się odwrócić, podczas gdy inne karaluchy, zwalczywszy onieśmielenie światłem, maszerowały po podłodze ocierając się o tego, który leżał jak neptek. Poszliśmy do łóżek wyraźnie melancholijni i z tej lub innej przyczyny nie wróciliśmy do wypytywania ciotki, ograniczając się do przynoszenia ulgi w jej lęku, odprowadzania jej i przyprowadzania, brania pod rękę i  kupowania wielkich ilości pantofli o  nie ślizgających się podeszwach oraz innych przedmiotów ułatwiających zachowanie równowagi. Życie potoczyło się dalej, nie gorsze od życia innych.

34


Usadzanie Tygrysów

Na długo przedtem, zanim wcieliliśmy nasz pomysł w życie, wiedzieliśmy, że usadzanie tygrysów przedstawia podwójny problem: emocjonalny i moralny. Pierwszy nic tyle dotyczy sadzania, ile samego tygrysa, bowiem te drapieżniki nie lubią być usadzane i z całą swoją energią, która jest ogromna, opierają się temu. Czy w takim wypadku należy zwalczać ich idiosynkrazję? Ale to pytanie przenosi nas w  problem moralny, gdzie każda inicjatywa może być przyczyną lub efektem tak zaszczytów, jak i niesławy. Nocami w naszym domku przy ulicy Humboldta medytowaliśmy pochyleni nad filiżaneczkami ryżu na mleku, który nawet zapominaliśmy osłodzić i  posypać cynamonem. Nie byliśmy tak zupełnie pewni, czy uda się nam usadzić tygrysa, i to nas bolało. W końcu zdecydowaliśmy się usadzić jednego, wyłącznie w celu przebadania mechanizmu sprawy w całej jego rozciągłości; postanowiliśmy, że potem ocenimy jego rezultaty. Nie będę na tym miejscu mówił o tym, jak doszliśmy do posiadania pierwszego tygrysa: przedsięwzięcie to wymagało subtelności i zabiegów, latania po konsulatach i drogeriach, skomplikowanych kombinacji biletów kolejowych i lotniczych i studiowania słowników. Pewnej nocy moi kuzyni przyszli cali pojodynowani: a więc sukces. Tak schlaliśmy się sikaczem, że moja młodsza siostra musiała czyścić stół grabkami. Och, w owym czasie byliśmy znacznie młodsi...

36


Teraz, kiedy nasze doświadczenie dało już wiadome rezultaty, mogę służyć wszelkimi szczegółami usadzania. Może najtrudniejsze jest to wszystko, co dotyczy pokoju, bowiem należy mieć izbę niemalże pozbawioną mebli, o co niełatwo przy ulicy Humboldta. Na samym środku umieszcza się mechanizm: dwie skrzyżowane deski, sporą ilość giętkich drążków oraz parę glinianych garnków z mlekiem i wodą. Samo usadzanie tygrysa nie jest aż tak trudne, jakkolwiek może się zdarzyć, że operacja się nie uda i wtedy trzeba zaczynać od początku. Prawdziwe trudności pojawiają się z chwilą, gdy tygrys, już usadzony, wydostanie się na wolność i zademonstruje – na wiele najrozmaitszych sposobów – że ma zamiar z niej korzystać. Na tym etapie, który nazwę pośrednim, wszystko zależy od reakcji rodziny, od tego, jak się zachowają siostry, od zręczności, z jaką ojciec z powrotem go usadzi, manipulując nim niby garncarz gliną. Najdrobniejszy błąd może spowodować katastrofę: korki przepalone, mleko na podłodze, przerażenie w fosforyzujących oczach smagających ciemność, ciepłe strugi przy każdym zadrapaniu. Nie chcę sobie tego wyobrażać, skoro do tej chwili usadzaliśmy tygrysa bez tych zgubnych konsekwencji. Zarówno mechanizmy, jak i to, co wszyscy musimy wykonywać, począwszy od tygrysa a skończywszy na moich dalszych krewnych, działa prawidłowo i układa się harmonijnie. Dla nas sam w sobie

37


fakt usadzania tygrysa nie jest ważny, ważne jest, by ceremonia odbyła się aż do końca bez zakłóceń. Ważne jest, żeby tygrys albo zgodził się, by go usadzono, albo zachowywał się tak, aby zarówno jego zgoda, jak sprzeciw nie miały żadnego znaczenia. W chwilach, które miałoby się ochotę nazwać krucjalnymi – albo ze względu na dwie skrzyżowane deski, albo dlatego, że jest to wyrażenie tak poręczne – rodzinę ogarnia niebywała egzaltacja, matka nie jest w stanie ukryć łez, cioteczne rodzeństwo konwulsyjnie splata i rozplata palce. Usadzanie tygrysa ma w sobie coś z pełnego spotkania, coś zbliżającego się do absolutu. Powodzenie całej imprezy wymaga takiej dokładności w szczegółach, a płacimy za nie tak drogo, że krótkie chwile, które następują po usadzeniu i które decydują o jego perfekcji, niejako wyzwalają nas z nas samych, zmiatają tak tygrysiość, jak i ludzkość w jednym nieruchomym ruchu, który jest zawrotem głowy, zawieszeniem, dojściem. Nie ma tygrysa, nie ma rodziny, nie ma mechanizmu. Nie sposób zrozumieć, co pozostało: jakieś drżenie, które nie jest z tego ciała, skoncentrowany czas, esencja kontaktu. A potem wszyscy wychodzimy na zakryte patio, zaś ciotki przynoszą nam zupę i jakby coś śpiewało, jakbyśmy byli na chrzcinach.

38


39

Zachowanie na Veloriach

Nie chodzimy ani dla anyżówki, ani dlatego, że tak wypada. Pewno się już domyślacie: chodzimy, bo nie jesteśmy w stanie znieść demonstracyjnej hipokryzji. Moja najstarsza siostra cioteczna podejmuje się przebadać charakter rozpaczy i jeżeli jest ona szczera, jeżeli plączą dlatego, że płacz jest jedyną rzeczą, jaka pośród zapachu lilii i kawy pozostała tym mężczyznom i tym kobietom, zostajemy u siebie w domu, współczując im z daleka. Najwyżej mama wpadnie na chwilkę w imieniu całej rodziny; wcale nie chcemy naszym obcym życiem zakłócać ich rozmowy z cieniem. Ale jeżeli z rozsądnej inwestygacji mojej wyżej wymienionej kuzynki wynika, że na zakrytym patio albo też w salonie odchodzi czysta udawanka – wtedy wbijamy się w najlepsze garnitury, wyczekujemy, aż velorio „dojdzie”, i pojawiamy się nie wszyscy razem: po kolei, lecz nieubłaganie. W dzielnicy Pacifico rzecz prawie zawsze odbywa się na patio pełnym doniczek i radiowej muzyki. W tych okazjach sąsiadki zgadzają się na wyłączenie swoich aparatów, tak że pozostają tylko jaśminy i krewni, podpierający ściany. Przybywamy pojedynczo lub parami, pozdrawiamy osierociałych, których nietrudno poznać po wybuchach płaczu na widok każdego nowo wchodzącego, i idziemy pochylić głowy przed zmarłym, eskortowani przez kogoś z najbliższych. W jakieś dwie godziny później cała nasza rodzina już się znajduje


w domu żałoby, ale chociaż sąsiedzi dobrze nas znają, zachowujemy się tak, jakby każde przyszło na własną rękę i prawie między sobą nie rozmawiamy. Całe nasze postępowanie jest dokładnie zaplanowane; wybieramy sobie rozmówców, z  którymi wychodzimy do kuchni, pod pomarańczowe drzewko, do sypialni, do korytarzyka, od czasu do czasu na ulicę, aby wypalić papierosa, przejść się naokoło bloku, pogadać o polityce i sporcie. Wybadanie prawdziwych uczuć osieroconej rodziny nie wymaga zbyt długiego czasu: kieliszeczek canii, słodzone matę, papierosy – i  jest punkt zaczepienia. Przed północą już wiemy wszystko i możemy działać bez skrupułów. Przeważnie najmłodsza siostra bierze na siebie pierwszą zaczepkę: zręcznie ułożywszy się u stóp trumny, zakrywa oczy fioletową chusteczką i zaczyna płakać najpierw cicho (mocząc chusteczkę do granic), potem z czkawką i zadyszką, w końcu dostaje takich spazmów, że sąsiadki kładą ją do łóżka, zazwyczaj przygotowanego na wszelki wypadek, pocieszają, podsuwają jej pod nos nalewkę z  kwiatu pomarańczowego. Przez ten czas sąsiedzi mają pełne ręce roboty z  najbliższą rodziną zmarłego, najczęściej zarażoną tym atakiem. Przez jakiś czas w drzwiach jest tłok, zapytania i odpowiedzi rzucane półgłosem, ktoś wzrusza ramionami, ktoś się przepycha. Zmęczeni wysiłkiem, który zmuszeni byli solidnie wykonać, najbliżsi wreszcie wyczerpują

40


objawy swojej rozpaczy, lecz dokładnie w tej samej minucie moje trzy kuzynki zaczynają płakać, bez najmniejszej afektacji i  bez krzyku, ale tak przejmująco, że rodzina i  sąsiedzi czują się zdystansowani rozumiejąc, że jest niemożliwe, aby oni próżnowali, podczas kiedy obcy ludzie z sąsiedniej ulicy tak się przejmują; dość że po raz wtóry dołączają do ogólnego lamentu, po raz wtóry należy szykować łóżka, wachlować kobiety w podeszłym wieku, rozluźniać paski konwulsyjnie drżącym starcom. Zazwyczaj z braćmi oczekujemy tego momentu, ażeby wkroczyć do pokoju i  podejść do katafalku. Jakkolwiek mogłoby się to wydawać dziwne, jesteśmy naprawdę przejęci, bo kiedy rozlega się płacz sióstr, nieogarniona boleść wypełnia nam piersi, przypominając przeżycia z dzieciństwa, jakieś pola w Villa Albertina, tramwaj, który zgrzytał zakręcając w ulicę Generał Rodriguez w Banfieid, te rzeczy, zawsze takie smutne. Wystarcza nam widok złożonych rąk nieboszczyka, ażeby porwał nas nagły szloch, zmuszając do wstydliwego zakrycia twarzy rękami, i oto jesteśmy, pięciu mężczyzn płaczących na velorio, podczas gdy ożałobieni biorą rozpaczliwie oddech, żeby nam dorównać, czując, że za wszelką cenę muszą zaakcentować, że to ich velorio, że tylko oni mają w tym domu prawo do łez. Ale jest ich mniej i kłamią (co wiemy przez naszą najstarszą kuzynkę, i stąd czerpiemy siły).

42


43

Nadaremnie komasują czknięcia i omdlenia, nadaremnie co lojalniejsi sąsiedzi usiłują dawać im rady, robić uwagi, podnosić na duchu i zachęcać, by po odpoczynku włączyli się do walki. Teraz już wkraczają nasi rodzice i najstarszy z wujów, i jest coś, co zmusza do szacunku, w bólu tych dojrzałych ludzi, którzy specjalnie przyszli aż z ulicy Humboldta, pięć bloków licząc od rogu, ażeby czuwać przy drogim nieboszczyku. Sąsiedzi zaczynają tracić grunt pod nogami, co logiczniej myślący porzucają żałobników i  idą do kuchni popić grapy i pogadać. Niektórzy krewni zmarłego, wyczerpani półtoragodzinnym szlochem, zasypiają kamiennym snem. My zaś podnosimy się po kolei, pilnie przy tym bacząc, by się nie wydało, że cokolwiek zostało ukartowane, i  oto przed świtem jesteśmy bezspornymi właścicielami veloria; większość sąsiadów rozeszła się do domów spać, rodzina wala się po kątach w  najróżniejszych posturach i  w  najróżniejszych stopniach wyczerpania; nad patiem wschodzi jutrzenka. O tej porze nasze ciotki zabierają się energicznie do przygotowania przegryzki, podają wrzącą kawę; patrzymy na siebie, kiedy się mijamy w pokojach lub na korytarzu; jest w nas coś z mrówek, gdy tak chodzimy tam i na powrót, w przejściu ocierając się czułkami. Kiedy zajeżdża karawan, dyspozycje są wydane, moje siostry podprowadzają osieroconą rodzinę, aby się pożegnała ze zmarłym, zanim trumna


zostanie zamknięta. Podtrzymują ich i  pocieszają, podczas gdy kuzynki i  bracia usiłują ich odepchnąć, skrócić ostatnie pożegnania i pozostać sam na sam z nieboszczykiem. Wyczerpani, zagubieni, coś niecoś rozumiejący, lecz niezdolni do najmniejszej reakcji, żałobnicy dają się przyprowadzać i odprowadzać, popijając, gdy im się coś przytknie do ust, i odpowiadając na pieszczotliwe starania moich sióstr i kuzynek lekkimi protestami. Kiedy przychodzi godzina opuszczenia domu pełnego przyjaciół i znajomych, niewidoczna, lecz bezbłędna organizacja decyduje o każdym posunięciu, dyrektor zakładu pogrzebowego z szacunkiem wysłuchuje dyspozycji mego ojca, przeniesienie trumny odbywa się zgodnie ze wskazówkami najstarszego wuja. Czasami krewni zmarłego, przybyli w ostatniej chwili, występują z  jakimiś nietaktownymi roszczeniami: lecz sąsiedzi, przekonam, że wszystko odbywa się tak, jak należy, patrzą na nich ze zgrozą, zmuszając do zamilknięcia. W karawanie zasiadają nasi rodzice i wujowie, do następnego wozu wsiadają bracia, kuzynki zgadzają się na przyjęcie do trzeciego pewnej części żałobników, którzy sadowią się, owinięci w krepy, czernie i fiolety. Reszta towarzystwa wsiada jak Bóg da, część rodziny zmarłego poluje na taksówki. I jeżeli niektórym z nich, pod wpływem rzeźwego poranka i długiej drogi, marzy się, że odzyszczą coś na nekropolii – gorzkie będzie ich

44


45

rozczarowanie. Zaledwie trumna przybywa na miejsce, bracia otaczają mówcę, wyznaczonego przez rodzinę czy też przyjaciół zmarłego, a łatwego do rozpoznania po okolicznościowym wyrazie twarzy oraz ruloniku, wypychaj ącym jedna z kieszeni. Wśród uścisków dłoni moczą mu klapy łzami, poklepują go z miękkim odgłosem tapioki, tak że wkrótce nie jest w stanie sprzeciwić się temu. co się dzieje. A wtedy mój młodszy wuj wstępuje na trybunę i otwiera przemówienia modlitwą, oracją zawsze będącą wzorem dyskretnie podanej prawdy. Trwa ona trzy minuty, dotyczy wył ącznie zmarłego, wymienia jego cnoty, zdaje sprawę z jego wad, i pełna jest humanitaryzmu. Wuj jest tak przejęty, że nieraz z trudem przychodzi mu doprowadzić przemówienie do końca. Zaledwie zszedł, na trybunę wchodzi mój starszy brat i w imieniu sąsiedztwa wygłasza panegiryk, podczas gdy uprzednio z  góry wyznaczony do tego sąsiad usiłuje przecisnąć się między mymi siostrami a kuzynkami, czepiającymi się jego kamizelki. Wtedy uprzejmy, lecz stanowczy ruch ojca mobilizuje personel zakładu pogrzebowego, który zaczyna z  wolna krążyć wokół trumny, podczas gdy upatrzeni przez rodzinę mówcy stojąc u stóp trybuny spoglądają na siebie, mnąc w spotniałych dłoniach przygotowane przemówienia. Zazwyczaj nie fatygujemy się, by odprowadzać nieboszczyka do kata-


kumb czy też grobu, po prostu zawracamy i wychodzimy wszyscy razem, komentując perypetie minionego veloria. Z daleka widzimy, jak krewniacy w popłochu rzucają się, ażeby uchwycić którykolwiek ze sznurów zwisających od trumny, biją się z sąsiadami, którzy już tych sznurów dopadli i nie chcą z nich zrezygnować, bo wolą je nieść, aniżeli pozwolić, żeby je niosła najbliższa rodzina.

46


47

Zakaz Wprowadzania Rowerów

W bankach i domach towarowych tego świata guzik kogokolwiek obchodzi, że człowiek tranżoli się z główką kapusty pod pachą albo z tukanem, albo wypuszczając z gęby, niby sznureczek, piosenki, które mi śpiewała mamusia, albo prowadząc za rękę szympansa w pasiastym trykocie. Ale niech ktokolwiek zjawi się z rowerem, natychmiast zaczyna się istne piekło i  wehikuł zostaje gwałtownie wyrzucony na ulicę, na właściciela zaś spada istny grad gwałtownych napomnień. Dla roweru, stworzenia łagodnego i  o  potulnym sposobie bycia, obecność napisów zakazujących mu przekraczania pięknych oszklonych drzwi jest upokorzeniem i  zniewagą. Wiadomo, że rowery na wszystkie sposoby usiłowały zapobiec swojemu smutnemu losowi. Ale we wszystkich bez wyjątku krajach świata zabrania się wprowadzania rowerów. Niektórzy dodają „i psów”, co potęguje tak w rowerach, jak i w psach ich kompleksy niższości. Kot, zając, żółw mogą w zasadzie wejść do firmy „Marc and Spencer” lub do kancelarii adwokackiej przy ulicy San Martin, wywołując najwyżej pewne zaskoczenie, zachwyt pośród żądnych wrażeń telefonistek, a w najgorszym wypadku wydanie portierowi polecenia, ażeby wyrzucił wyżej wymienione zwierzę na ulicę. To ostatnie może się zdarzyć, ale nie jest upokarzające, po pierwsze bowiem jest tylko jedną z wielu możliwo-


49

ści, a po drugie, da się rozumowo uzasadnić, nie będąc zimnym, z góry przygotowanym spiskiem, obrzydliwie wydrukowanym na miedzianych lub emaliowanych plakietkach, tablicach nieubłaganego prawa miażdżącego prostą bezpośredniość rowerów, tych jakże niewinnych stworzeń. W każdym razie – uwaga, szefowie! Róże także są niewinne i pełne słodyczy, ale może wiecie, że w wojnie róż poginęli książęta, którzy byli niby czarne pioruny oślepione płatkami krwi. A nuż któregoś ranka rowery pokryją się kolcami, ich rączki urosną i zaatakują, opancerzone wściekłością ruszą legionem na lustrzane drzwi towarzystw ubezpieczeń, i tego nieszczęsnego dnia akcje spadną na głowę, zarządzona zostanie narodowa żałoba (przefarbowujemy w dwadzieścia cztery godziny) i będą rozsyłane zawiadomienia o zgonach i listy kondolencyjne.


Możliwość Abstrakcji

Od lat pracuję w Unesco i innych organizacjach międzynarodowych, a mimo to zachowuję pewne poczucie humoru, w szczególności niemałą zdolność abstrakcji, czyli że jeżeli jakiś typ mi się nie podoba, skreślam go z mapy mocą samej decyzji i podczas gdy on gada i gada, ja jadę sobie na wyspę Melville, a on, biedaczysko, wyobraża sobie, że go słucham. Tym samym systemem, jeżeli podoba mi się jakaś babka, zaledwie znajdzie się w moim polu widzenia, mogę wyabstrahować ją z sukienki i w czasie kiedy ona unosi się nad chłodem poranka, długo podziwiam jej pępuszek. Łatwość, jaką mam w tej dziedzinie, czasem bywa wprost niezdrowa. W zeszły poniedziałek to były uszy. W chwili kiedy wszyscy szli do pracy, wręcz niebywała ilość uszu przepychała się do wyjścia. W moim pokoju natknąłem się na sześcioro uszu; w południe w stołówce było ich przeszło pięćset, ustawionych symetrycznie w podwójnych rzędach, Zabawne było patrzeć, jak od czasu do czasu dwoje uszu opuszczało ogonek i oddalało się. Wyglądały jak skrzydła. We wtorek wybrałem sobie rzecz, która wydawała mi się mniej częsta: zegarki. Ale naciąłem się, bo w czasie obiadu zauważyłem coś koło dwustu zegarków, fruwających nad stołami tam i na powrót, tam i na powrót, ruchem dziwnie przypominaj ącym krajanie mięsa.

50


W środę miałem ochotę na coś bardziej zasadniczego i zdecydowałem się na guziki. Ale ci widowisko! Powietrze pełne było ławic nieprzezroczystych oczu. W windzie nasycenie stało się nie do opisania: setki nieruchomych lub zaledwie poruszających się guzików zamkniętych w zdumiewającym sześcianie ze szkła. Specjalnie wryło mi się w pamięć pewne okno (było to po południu), wychodzące na szafirowe niebo. Osiem czerwonych guzików zaznaczało delikatnie linię pionową, zaś tu i ówdzie migotały dyskretnie niewielkie perłowe owale. Musiała to być bardzo piękna kobieta. Uznałem, że środa popielcowa to dzień, kiedy procesy trawienne mogą być doskonałą ilustracją tego przypadku, i o wpół do dziesiątej niechętnie patrzyłem na setki torebek pełnych szarej papki, produktu pomieszania kornflaków, białej kawy i bułeczek. W stołówce ujrzałem, jak pomarańcza rozpada się na oddzielne ćwiarteczki, które w określonej chwili zaczęły tracić swój kształt i spływać jedna po drugiej, formując na pewnej wysokości białawy osad. W tym stanie pomarańcza udała się do korytarza, zeszła cztery piętra w dół, po czym skierowawszy się do pokoju znieruchomiała w punkcie pomiędzy dwiema poręczami fotela. Nie opodal w stanie podobnego spoczynku widać było ćwierć litra mocnej herbaty. Jako ciekawy nawias (moja zdolność do abstrahowania ma tendencję do samowoli)

51


mogłem jeszcze dojrzeć haust dymu, który rurą schodził w dół i dzielił się pomiędzy dwa przezroczyste pęcherze, z kolei taż rurą wznosił się w górę, wdzięcznymi esami–floresami rozpływając się w barokowych efektach. Potem (już w innym pokoju) znalazłem pewien pretekst, aby odwiedzić pomarańczę, herbatę i dym. Ale dym znikł.a zamiast pomarańczy i herbaty były dwie raczej nieprzyjemnie poskręcane rury. Nawet abstrakcja ma swoje przykre strony: ukłoniłem się rurom i wróciłem do siebie do biura. Moja sekretarka płakała czytając dekret, który zwalniał mnie z  pracy. Ażeby się pocieszyć, zdecydowałem się wyabstrahować jej łzy i przez chwilę zachwycałem się tymi małymi krystalicznymi fontannami, które rodziły się w powietrzu i rozbijały o teczki, bibułę i dziennik ustaw. Życie jest pełne podobnych cudowności.

53


Codzienna Gazeta

Jakiś pan wsiada do tramwaju, uprzednio kupiwszy gazetę i  wsunąwszy ją pod pachę. W pół godziny później wysiada z tąż gazetą pod tą samą pachą. Ale to już nie jest ta sama gazeta, teraz jest to parę zadrukowanych arkuszy, które pan zostawia na ławce na placu. Same na ławce, arkusze znowu przemieniają się w gazetę, którą jakiś chłopiec znajduje, czyta i pozostawia, zmienioną w arkusze. Same na ławce, arkusze ponownie stają się gazetą, którą jakaś staruszka znajduje, czyta i  odkłada zmienioną w  arkusze. Ale potem zabiera je do domu, po drodze opakowuje w nie szpinak, taki bowiem jest los gazety po owych podniecających metamorfozach.

54


56

Koniec Końca Świata

Ponieważ skryby przetrwają, czytelnicy, i tak już nieliczni, zmienią swoje zajęcia i również zostaną skrybami. Coraz więcej krajów będzie należało do skrybów i fabryk papieru i atramentu – skryby w dzień, a maszyny w nocy, żeby wydrukować to, co skryby wypisały. Pierwsze wystąpią z brzegów domowe biblioteki, a zarządy miejskie zadecydują (już się o tym mówi), że na rozszerzanie ich trzeba poświecić tereny ogródków dziecięcych. Później padną teatry, domy matki i dziecka, rzeźnie, stołówki, szpitale. Biedacy zamiast cegieł używają książek łącząc je cementem i lak powstaną ściany, a potem całe chałupki z książek. Ale wtedy książki występują z miast i zajmują wsie, tratując zbiory i pola słoneczników, a zarządowi dróg ledwie udaje się uratować szosy biegnące pośród wysokich książkowych ścian. Czasami któraś z tych ścian wali się, powodując straszliwe katastrofy samochodowe. Skryby pracują bez przerwy, bowiem ludzkość ma szacunek dla powołania, tymczasem druki dochodzą już do brzegu morza. Prezydent republiki dzwoni do prezydentów innych republ ik i wysuwa inteligentną koncepcję, by nadmiary książek wrzucać do morza, co odbywa się równocześnie na wszystkich plażach świata. W ten sposób skryby syberyjskie widzą, jak ich książki pochłania morze lodowate, skryby indonezyjskie etc. To pozwala skrybom na powiększenie produkcji, bowiem na ziemi znowu jest miejsce na gromadze-


57

nie książek. Nie myślą o tym, że morza mają dno i że na tym dnie już zaczynają się tworzyć góry druków, z początku w postaci lepkiej, a później skawalonej masy, wreszcie twardej podłogi, która, stale się podnosząc, pewnego dnia dojdzie aż do powierzchni. Wtedy wielkie wody zaleją ziemię, nastąpi przemieszczenie kontynentów i oceanów, prezydenci różnych republik zostaną zastąpieni przez jeziora i  półwyspy, a  inni prezydenci innych republik ujrzą, że przed ich ambicjami otwierają się olbrzymie obszary etc. Algi morskie, obdarzone tak gwałtownym pędem do rozrastania się, albo znikną, albo będą szukały wytchnienia łącząc się z drukami, co wytworzy kleistą mazie, i pewnego dnia kapitanowie wielkiej żeglugi zauważą, że okręty ich ledwie się posuwają, z trzydziestu węzłów schodzą do dwudziestu, do piętnastu, że motory huczą, a śruby deformują się. W końcu wszystkie okręty zatrzymują się w rozmaitych punktach mórz, schwytane przez mazie, a skryby całego świata piszą tysiące egzemplarzy, w  których, pełni niebywałej radości, tłumaczą ów fenomen. Prezydenci i kapitanowie postanawiają przemienić statki w wyspy i kasyna, publika ciągnie pieszo po kartonowych morzach do kasyn, na wyspach, gdzie grają najrozmaitsze orkiestry, jest klimatyzacja i gdzie się tańczy do białego rana. Nowe druki gromadzą się na brzegach mórz, ale nie można ich wepchnąć do mazi, więc zaczynają rosnąć


59

ściany druków i rodzą się góry nad ich dawnymi brzegami. Skryby rozumieją, że fabryki papieru i atramentu zbankrutują, więc piszą coraz drobniejszymi literkami, wykorzystując najmniejsze skraweczki każdego arkusza. Kiedy kończy się atrament, zaczynają pisać ołówkiem. Kiedy kończy się papier, piszą na tablicach, kaflach i tak dalej. Powstaje zwyczaj wstawiania jednego tekstu w  drugi, ażeby wykorzystywać interlinie, albo też żyletkami skrobie się to, co było napisane, by móc od nowa używać papieru. Skryby pracują powoli, ale jest ich taka ilość, że druki całkowicie już oddzielają lądy od łożysk dawnych mórz. Na ziemi z trudem żyje rasa skrybów, skazana na wyginięcie, zaś na morzach są wyspy i kasyna, czyli transatlantyki, na których schronili się prezydenci republik i gdzie odbywają się wielkie fiesty i przesyła się wiadomości z wyspy na wyspę, od prezydenta do prezydenta, od kapitana do kapitana.


Bezgłowie

Jednemu panu ucięto głowę, ale ponieważ zaraz potem wybuchł strajk i nie można było go pochować, musiał dalej żyć, tyle że bez głowy, i radzić sobie jak umiał. Od razu zorientował się, że cztery z jego pięciu zmysłów znikły wraz z głową. Wyposażony jedynie w dotyk, lecz pełen dobrej woli, pan ten usiadł na ławce na placu Lavalle i po kolei dotykał liści drzew, usiłując rozróżnić je i nazwać. W ten sposób po upływie wielu dni nabrał zupełnej pewności, że ma na kolanach jeden liść eukaliptusa, jeden liść platanu, jeden liść dzikiej magnolii i jeden zielony kamyczek. Kiedy ów pan stwierdził, że to ostatnie jest zielonym kamyczkiem, przez parę dni był bardzo zaskoczony. Kamień – to było prawidłowe i możliwe, ale dlaczego zielony? Więc na próbę wyobraził sobie, że kamień jest czerwony, i w tej samej chwili odczuł coś w rodzaju gwałtownego obrzydzenia, protest przeciwko temu jaskrawemu kłamstwu czerwonego kamienia, absolutnie fałszywego, skoro kamień był całkowicie zielony, okrągły, a w dotyku bardzo słodki. Kiedy pan zorientował się, że kamień jest na dodatek słodki, przez długą chwilę był wielce zdumiony, po czym zdecydował się na zadowolenie, co jest zawsze słuszniejsze, bowiem było jasne, że wzorem pewnych insektów, którym odrastają odcięte części, znowu był

60


zdolny do wielorakiego odczuwania. Podniecony tym faktem, opuścił ławkę i ruszył ulicą Libertad ku Avenidzie de Mayo, gdzie, jak wiadomo, czuć zapachy smażeniny z licznych hiszpańskich restauracji. Stwierdziwszy ów szczegół, dowodzący, że wrócił mu jeszcze jeden zmysł, skierował się na wschód, potem na zachód (tego bowiem nie był pewny) i chodził tak niezmordowanie, z chwili na chwilę czekając, że coś usłyszy, ponieważ słuch był jedynym zmysłem, którego mu jeszcze brakowało. W rzeczy samej widział niebo blade, takie, jak bywa o świcie, dotykał własnych rąk o wilgotnych palcach i paznokciach, które wbijał sobie w dłonie, pachniał czymś w rodzaju polu, w ustach czuł smak metalu i koniaku. Brakowało mu tylko usłyszenia czegoś i dokładnie w tej samej sekundzie usłyszał, a było to niby wspomnienie, bowiem raz jeszcze były to słowa kapelana więziennego, słowa pociechy i  nadziei, same w  sobie bardzo piękne, niestety wytarte, cokolwiek zużyte od wielokrotnego mówienia, zniszczone od ciągłego dźwięczenia.

62


63

Geografie

Jest dowiedzione, że mrówki to prawdziwe królowe stworzenia (czytelnik może przyjąć to jako hipotezę lub fantazję: w każdym razie nie zaszkodzi mu trochę antropoeskapizmu). A oto stroniczka ich geografii: (str. 84 książki: w nawiasach zaznaczono ewentualne ekwiwalenty pewnych wyrażeń według klasycznej interpretacji Gastona Loeba)„...równoległe morza (rzeki?). Nie kończąca się woda (morze?) rośnie w pewnych chwilach niby bluszczbluszczbluszcz (pojęcie jakiejś wysokiej ściany, które miałoby wyrażać przypływ?). Jeżeli się idzie–idzie–idzie (to samo pojęcie w  zastosowaniu do odległości), dochodzi się do Wielkiego Zielonego Cienia (zasiane pole? zarośla? las?), gdzie Wielki Bóg wznosi nieustanny spichlerz dla swych Najlepszych Pracownic. Ta okolica obfituje w Potworne Wielkie Stwory (ludzi?), które niszczą nasze ścieżki. Po drugiej stronie Wielkiego Zielonego Cienia zaczyna się Twarde Niebo (góra?). I wszystko jest nasze, chociaż zagrożone. Ta geografia została zinterpretowana również w inny sposób (Dick Fry i Niels Peterson Jr.). Cały ustęp odnosiłby się topograficznie do małego ogródka przy ulicy Laprida 628 w Buenos Aires. Równoległe morza – to dwa ścieki. Nie kończąca się woda – sadzaweczka dla kaczek, Wielki Zielony Cień – grządka sałaty. Potworne Wielkie Stwory – prawdopodobnie kaczki albo kury, jakkolwiek nie należy wykluczać możliwości, że faktycznie cho-


65

dzi tu o ludzi. Na temat Twardego Nieba toczy się polemika, która nieprędko się skończy. Przeciw opinii Fry’a i Petersona, którzy widzą w tym ściankę działową z cegieł, występuje Guillermo Sofovich, upierający się przy bidecie, porzuconym wśród sałaty.


Krok w Przód i Krok w Tył

Wymyślono szkło, przez które mogły przelatywać muchy. Mucha przyfruwała, lekko uderzała łebkiem i pstryk – już była po drugiej stronie. Nieopisywalna radość muchy. Wszystko zrujnował uczony węgierski, który odkrył, że mucha może wejść, ale nie może wyjść albo też odwrotnie, a to z powodu sknocenia szklanych włókien, które okazały się za bardzo włókniste. Natychmiast wymyślono pułapkę na muchy przy pomocy wkładania do środka kostki cukru i wiele much marnie zginęło. W ten sposób zakończyła się szansa zbratania się z tymi zwierzętami, godniejszymi lepszego losu.

66


68

Opowiadanie Bez Morału

Pewien człowiek sprzedawał okrzyki i  słowa i  nieźle mu się wiodło, chociaż ludzie kwestionowali ceny i  żądali zniżek. Człowiek prawie zawsze ustępował i  w  ten sposób udawało mu się przehandlować wiele krzyków sprzedawców ulicznych, westchnienia, które kupowały starsze rencistki, reklamy, slogany, szyldy, wytarte dowcipy i  fałszywe okoliczności. Wreszcie człowiek zrozumiał, że nadeszła godzina, i  poprosił o  audiencję u  tyranika rządzącego krajem, podobnego wszystkim swoim kolegom, który przyjął go w otoczeniu generałów, sekretarzy i Filiżaneczek czarnej kawy. – Przychodzę sprzedać panu pańskie ostatnie słowa – powiedział człowiek. – To bardzo ważne, bo na poczekaniu nie przyjdą panu na myśl, a  przecież wypada powiedzieć je w krytycznym momencie, ażeby retrospektywnie nabrały historycznego znaczenia. – Przetłumacz, co powiedział – rozkazał tyranik swemu tłumaczowi. – Mówi po argentyńsku, ekscelencjo. – Po argentyńsku? To dlaczego nic nie zrozumiałem? – Wasza Wysokość doskonale zrozumiał – powiedział człowiek. – Powtarzam, że przychodzę


69

sprzedać panu pańskie ostatnie słowa. Tyranik podniósł się, jak to się praktykuje w takich chwilach, i powstrzymując drżenie rozkazał, aby zaaresztowano człowieka i wrzucono do specjalnego więzienia, zawsze pod ręką przy tego typu rządach. – Szkoda – powiedział człowiek, gdy go brali. – Rzecz w  tym, że będzie pan chciał powiedzieć swoje ostatnie słowa, kiedy nadejdzie chwila, i będzie ich pan potrzebował, ażeby retrospektywnie nabrały historycznego znaczenia. To, co miałem zamiar panu sprzedać, było dokładnie tym, co będzie pan chciał powiedzieć, tak że nie ma tu mowy o nabieraniu. Ale skoro nie chce pan zawrzeć transakcji, skoro nic pozna pan z góry tych słów, nie będzie pan mógł ich wymówić, kiedy nadejdzie chwila, że będą miały pojawić się po raz pierwszy na pańskich ustach. – Dlaczego miałbym nie móc ich wymówić, jeżeli to będą te, które będę chciał powiedzieć? – zapytał tyranik pijąc następną filiżankę kawy. – Bo nie pozwoli panu strach – odparł smutno człowiek. – Bo będzie pan miał sznur na szyi, bo będzie pan w  koszuli tylko, drżący ze strachu i  zimna, bo zęby będą panu szczękały i nie będzie pan w stanie wymówić słowa. Kat i jego pomocnicy, wśród których


71

będzie paru z tu obecnych panów, poczekają dla pozoru parę chwil, ale gdy usłyszą tylko jęk przerywany czkawką i  błaganiem o  przebaczenie (bo to uda się panu bez wysiłku) zniecierpliwią się i powieszą pana. Oburzeni, ludzie ze świty, a  przede wszystkim generałowie, otoczyli tyranika prosząc, aby natychmiast wydał rozkaz rozstrzelania owego człowieka. Ale tyranik, blady jak sama śmierć, wykopsał ich i zamknął się z człowiekiem, ażeby jednak kupić od niego swe ostatnie słowa. W tymże czasie generałowie i sekretarze, upokorzeni tym, co ich spotkało, zrobili powstanie i następnego dnia o świcie pojmali tyranika, zaskoczywszy go, gdy zajadał winogrona w swej najulubieńszej gloriecie. Ażeby nie mógł powiedzieć swych ostatnich słów, zastrzelili go na miejscu. Po czym zabrali się do szukania człowieka, który znikł z pałacu, i znaleźli go bez trudu, chodził bowiem po targu sprzedając okrzyki linoskoczkom. Wepchnąwszy go do więziennej karetki, zabrali do twierdzy i zaczęli torturować, żądając, żeby im zdradził, jakie miały być ostatnie słowa tyranika. Ponieważ nie udało im się zmusić go do wyznania, tak go skopali, że umarł.


72

Sprzedawcy uliczni, którzy kupowali od niego okrzyki, w dalszym ciągu wykrzykiwali je po rogach i jeden z tych okrzyków w przyszłości posłużył jako hasło i odzew kontrrewolucji, która wykończyła generałów i sekretarzy. Niektórym przed śmiercią przeszło przez myśl, że w  sumie wszystko to było łańcuchem tępych nieporozumień i  że słowa i  okrzyki w  ostateczności mogą być sprzedawane, lecz – jakkolwiek to brzmi absurdalnie – nie mogą być kupowane. I wszyscy pognili, tyranik, człowiek, generałowie i sekretarze, tylko okrzyki od czasu do czasu w dalszym ciągu rozbrzmiewają na rogach ulic.


Jc opowiadania