Page 1

lapsus

nr 5 (1) czerwiec/2017 ISSN: 2450-4521

ca l a m i

Wywiad numeru: „Każdy dobrze zredagowany tekst to zarazem nowe doświadczenia i umiejętności”

Korektor – zawód (nie)potrzebny?   Bodajże od stycznia 1999…   Kim jest redaktor?   Miejsce, w którym czas się zatrzymał  Na nocnej zmianie


Praca redaktora/korektora temat numeru


Od redakcji Z nowym (już piątym) numerem „Lapsusa” przyszło wiele zmian. Przede wszystkim w składzie redakcji – postawiliśmy na studentów pierwszego roku edytorstwa, którzy wprowadzili do naszego zespołu dużo nowego, świeżego spojrzenia, co więcej, są gwarancją, że „Lapsus Calami” nie skończy się na tym numerze. Zmieniliśmy też co nieco layout czasopisma – bardziej nowoczesny wygląd okładki jest najwidoczniejszym przykładem zmian. Mamy nadzieję, że przypadnie Wam do gustu! W środku również znajdziecie kilka różnic w stosunku do wcześniejszych numerów, ale o tym już przekonacie się sami, przeglądając kolejne strony :) A co jeszcze znajdziecie w nowym „Lapsusie”? Głównym motywem, którego dotyczą tematy tekstów, jest praca redaktora/ korektora, a więc to, co edytorzy lubią najbardziej (a przynajmniej powinni!). Mamy nadzieję, że artykuły poszerzą Waszą wiedzę, pomogą Wam w teraźniejszej i przyszłej pracy oraz po prostu będą się dobrze czytać. Teksty do numeru pisali redaktorzy, którzy mają za sobą kilka lat pracy, a ich rady i uwagi są bardzo cenne dla nas, młodych edytorów: przeczytacie w „Lapsusie” tekst profesora Wojciecha Kruszewskiego, wywiad z panią Magdaleną Byrską czy artykuł Justyny Karolak. Ale to oczywiście nie wszystko! W numerze znajdziecie też różne spojrzenia na pracę redaktora, korektora, a także tłumacza. Jesteśmy przekonani, że wszystkie te teksty zbierają w całość ważne rady i uwagi od tych mniej i bardziej doświadczonych au-

torów-edytorów. W piątym numerze znajdą też coś dla siebie miłośnicy literatury fantastycznej (i nie chodzi mi tylko o gatunek fantasy!) – Na nocnej zmianie Anny Szumacher to zwycięski tekst z pierwszej edycji konkursu Pióra Falkonu. Tym, którzy nie znają jeszcze opowiadania, zdradzę tylko, że podczas czytania będą otwierać wiele drzwi do niesamowitych i nieprawdopodobnych krain. Ale najpierw „uchylcie drzwi” nowego „Lapsusa”, który, mamy nadzieję, też będzie dla Was niesamowity! Aleksandra Stronkowska Redaktor naczelny


Sekretarz redakcji

Z-ca redaktora naczelnego/DTP

Zuzanna Markowska

Krzysztof Abramowski wschod-studio.pl

Z-ca redaktora naczelnego

Fotografie

Mateusz Tutka

agafotografuje.blogspot.com

Redaktor

Ilustracje

Viktoria Kopaczewska

Mateusz Kaczoruk

Agnieszka Zarek

facebook.com/artofcloud

Redaktor

Skład/DTP

Monika Błaszczak

Aleksandra Liszka

Redaktor Michał Nowakowski

Recenzja tekstów naukowych

dr hab. Dariusz Pachocki

Wydawca

Koło Edytorów KUL Al. Racławickie 14, 20-950 Lublin

Numer ISSN: 2450-4521

Kontakt

Masz pytanie? Napisałeś coś ciekawego? Chciałbyś się tym podzielić? Zachęcamy do nadsyłania tekstów: facebook.com/e.Lapsus.Calami lapsuscalamikul@gmail.com


W numerze: Od edytora Bodajże od stycznia 1999…

6

Biały reportażysta na egzotycznym kontynencie

8

Publicystyka Tłumaczyć każdy może?

15

Korektor – zawód (nie)potrzebny?

19

Kim jest redaktor?

22

Miejsce, w którym czas się zatrzymał

30

Człowiek do połowy pełny

32

Wywiad numeru „Każdy dobrze zredagowany tekst…” – wywiad z Magdaleną Byrską

35

Twórczość Na nocnej zmianie

39


Bodajże od stycznia 1999… Wojciech Kruszewski

B

odajże od stycznia 1999 (nie chce mi się sprawdzać, od kiedy dokładnie) rozpocząłem pracę w Wydawnictwie KUL. Wtedy nazywało się to Redakcja Wydawnictw KUL. O ile się nie mylę (tego też nie chce mi się sprawdzać), pracowałem tam jakieś trzy i pół roku. Różnica między ówczesnym wydawnictwem kulowskim a tym samym wydawnictwem dzisiaj jest ogromna. Przepaść.

Przede wszystkim zupełnie inna była struktura wydawnictwa. Nie było marketingu. A co było? RW KUL to była nie tylko redakcja, ale i dział komputerowy (zwany fotoskładem), kolportaż z ogromnym magazynem oraz tzw. produkcja (maszyny offsetowe Heidelberg, falcerki, niciarki, maszyna do klejenia, noże introligatorskie… dwa piętra maszyn, które wprawiały w drżenie cały czteropiętrowy budynek). I to mi pierwsze przychodzi na myśl, gdy próbuję sobie przypomnieć moje redakcyjne początki: pracowałem otoczony zapachem farby, kleju, rozcieńczalników… I często podłoga pode mną drżała. Miało to swoje zalety. To znaczy: ta struktura wydawnictwa, nie opary chemii czy wibracje parkietu na czwartym piętrze. Proces produkcji książki (wiedza, moim zdaniem, niezbędna w redakcyjnym fachu) poznałem na wylot i, rzekłbym, na mocno spersonalizowanym „kursie”. Kolega z produkcji długo, cierpliwie i wnikliwie tłumaczył

6 

 Od edytora

każdy etap i każdy proces. Dlaczego płyta offsetowa łapie farbę w określonym miejscu, a nie na całej powierzchni? Jak wygląda naklejanie kalek na astralon? Jaki mechanizm odpowiada za wrzucenie arkusza papieru na bęben maszyny? Wszystkiego tego dowiedziałem się nie z podręcznika, nie na wycieczce, ale od kolegów z pracy. Komputerowy skład książek dopiero się zaczynał. W moich redakcyjnych początkach funkcjonowały dwa równoległe zespoły składaczy. Jeden pracował na pecetach (wtedy szczyt zaawansowania wyznaczał bodajże program QuarkXPress, InDesign wszedł na rynek właśnie w 1999), a drugi zespół pracował na linotypach. Miało to swoje znaczenie dla nas, redaktorów. Bo jak wyglądają szpalty do korekty wyrzucone z drukarki, wie każdy. (Redakcja nie pracowała na komputerach, tylko na wydrukach, co do dziś uważam za jedyny właściwy sposób pracy na tekście w większo-


ści edytorskich zatrudnień. Ale to na inną wypowiedź). Szpalty wydrukowane z linotypów wyglądały zupełnie inaczej. Zdefiniowane były: krój pisma, jego stopień, interlinia i szerokość kolumny (to tak w skrócie); ale wysokość kolumny tekstowej była ustalana później. Dlatego redaktorzy pracowali jeszcze nożyczkami i klejem. Docinali (już nie ja, ale na moich oczach) kolumny, sztukowali je, przyklejali… Żywa pagina robiona była osobno. Dość skomplikowane. Nieustannie pielgrzymowano z fotoskładu i na fotoskład. Nieustannie się siebie nawzajem (redaktorzy i składacze) radzono, korygowano swoją pracę na bieżąco. No i sama redakcja była inna. W dzisiejszych wydawnictwach już tak nie jest. Przede wszystkim była to redakcja wielopokoleniowa. Najstarsza wiekiem i stażem redaktorka miała niebywały autorytet. Najmłodsi redaktorzy po prostu się jej bali. Dyrektor wydawnictwa dostosowywał się do niej, a ona pracowała w swoim, delikatnie mówiąc: niespiesznym tempie. Średni stażem redaktorzy formowali tych najmłodszych. Znów, coś jakby jednoosobowe kursy zawodowe. No i sama redakcja miała określoną strukturę. Była redakcja teologiczna, filozoficzna, wiadomo było, kto redaguje książki historyczne, a kto jest najlepszy w indeksach. Miałem też w redakcji kolegę, który rozstrzygał najtrudniejsze problemy natury technicznej. Do dziś pamiętam, jak dostałem kiedyś do redakcji około 1500 stron książki o dość skomplikowanej kompozycji. Trzeba było zaprojektować do tego odpowiednią tytulaturę. Zaprosiłem kolegę do mnie do domu po pracy. W salonie rozłożyliśmy na podłodze kartki, chodziliśmy po nich i porządkowaliśmy je zgodnie z jakimiś wizjami całości, układając w stosiki. Robiliśmy to bez komputera, a więc bez możliwości podejrzenia, jak będzie wyglądało to, co zaprojektowaliśmy. Pamiętam, że gdy czegoś nie rozumiałem (to były chyba zasady normujące projektowanie odstępów nad i pod tytułem roz-

działu), kolega tłumaczył mi to na przykładzie drzwi i futryny. To była w Polsce epoka początków internetu. Słowniki były wyłącznie na półce, a nie online. Dlatego dobrzy redaktorzy znaczną część swojej pracy wykonywali w bibliotekach, a w redakcji spędzali dwa dni tygodniowo. Bez dobrej biblioteki nie można było poważnie myśleć o dobrym przygotowaniu publikacji. Czasami patrzę na studentów, którzy realizują program studiów edytorskich układany m.in. przeze mnie. Patrzę i myślę, że w jakiejś mierze są oni też uczniami tych nieznanych im redaktorów RW KUL sprzed już prawie 20 lat. To byli ludzie, dla których nie było niemożliwych zadań redakcyjnych. Mam nadzieję, że takich redaktorów udaje się wykształcić teraz nam. ¶

Od edytora 

 7


Biały reportażysta na egzotycznym kontynencie Niewidzialni Mateusza Marczewskiego w perspektywie antropologiczno-kulturowej

Magdalena Jaremek

P

rzedmiotem tejże próby interpretacyjnej jest reportaż podróżniczy młodego globtrotera, Mateusza Marczewskiego, pt. Niewidzialni. Autor podaje do rąk czytelników relację ze swojej wyprawy w głąb Australii, gdzie spotyka rdzennych mieszkańców kontynentu – Aborygenów.

Książka ukazała się w styczniu 2008 roku nakładem Wydawnictwa Czarne i znalazła się w finale konkursu literackiego Fundacji Kultury. Autor, być może znany niewielu, publikował w takich czasopismach jak: „Znak”, „Tygodnik Powszechny” czy „Polityka”. Młody pisarz poszczycić się może także utworami poetyckimi – w 2000 roku opublikował tomik Naprawiacz ptaków. Wszechstronne zainteresowania i umiejętności autora przyczyniły się do powstania barwnej pod wieloma względami panoramy – innej niż utrwalona w naszych wyobrażeniach – Australii. Mateusz Marczewski jest jednym z kontynuatorów reportażu podróżniczego. Autor podejmuje problem nierówności społecznych wyrosłych z kolonialnego podziału świata, a więc porusza tematykę nurtującą mistrza polskiego reportażu – Ryszarda Kapuścińskiego. Punktem wyjścia do ujęcia pracy Marczewskiego z perspektywy antropologiczno-kulturowej będzie klasyczna krytyka orientalizmu Edwarda Saida. Orientalizm rozumiany jest w tym wypadku jako zespół 8 

 Od edytora

praktyk dyskursywnych, uwarunkowanych przewagą sił militarnych, uwikłanych w zależności polityczne, historyczne, ewolucyjne. Said wskazuje na uproszczone obrazy myślowe funkcjonujące w wielu tekstach o tematyce egzotycznej. Analizując Niewidzialnych, chciałabym uzyskać odpowiedzi na nastę-


pujące pytania: jak reportażysta sytuuje się wobec dyskursu orientalistycznego? W jakiej mierze przedmiot opisu prowadzi do modelowania strategii narracyjnej, a w jakiej – autor nakłada swoją uprzednią wiedzę na prezentowany świat? Jak Marczewski radzi sobie ze stereotypami – czy dokonuje ich rewizji i negacji? By odpowiedzieć na te kwestie, przyjrzę się perspektywie reportażysty-podróżnika wychodzącego naprzeciw Innemu; wyjaśnię sposoby oddania punktu widzenia rdzennych mieszkańców Australii oraz próby nawiązania relacji między przedstawicielem Zachodu jako podmiotem narracji a Innymi jako jej obiektem. Mateusz Marczewski, wyruszając w nieznane, wytycza sobie perspektywę poznawczą, odrębną od wzoru kategoryzacji ludzi według rasy czy koloru skóry. Reportażysta wybiera inny sposób patrzenia na obce sobie kultury: „mentalność ponad mentalność” 1. Autor, wyrosły w tradycji judeochrze­ ścijańskiej, jest świadomy swojego bagażu wiedzy, który może ograniczać spojrzenie na Innych. Także kolor jego skóry ma ogromne znaczenie, gdyż wywołuje wśród Aborygenów nieprzyjemne skojarzenia. Z tego powodu reportażysta niejednokrotnie czuje się intruzem na australijskiej ziemi: „Ta ziemia chciała nas z siebie wypluć, odrzucić jak wirus, z którym każdy zdrowy organizm próbuje walczyć. Byliśmy tu niczym nieusprawiedliwieni, mieliśmy w sobie zwykłą ciekawość, a to przecież za mało, żeby wadzić się ze światem, który nas nigdy nie zapraszał” 2. Marczewski jest świadomy swoich ograniczeń, jednakże imperatyw poznania Innego dodaje mu sił, by stoczyć walkę z nieokiełznaną materią. Eksplorator wie, że koniecznym środkiem do celu jest wyzbycie się uprzedzeń i stereotypów: „Teraz czas na deformację. Musimy zmienić się, aby przyjąć obraz, do którego jedziemy, takim, jaki on rzeczywiście jest” 3. Mateusz Marczewski, Niewidzialni, Wołowiec 2008, s. 5.

1 

2 

Antropologia literatury uświadamia problem reprezentacji Innego. Ważne jest, by biały reportażysta zrezygnował z epistemologicznych pewników i otworzył swój umysł na nowe doświadczenia. Autor Niewidzialnych proponuje poznanie poprzez spotkanie. Taka strategia umożliwia zobrazowanie rzeczywistości, która zakorzeniona jest właśnie w dialogu z etnicznym Innym 4. Marczewski staje w szranki z nieuporządkowaną materią i stara się ją wytłumaczyć: „Nie można tego zjawiska nazwać, ale można spróbować je opisać. Opisać obrazy, które być może coś wyjaśnią, nakreślą jakąś prawdę. Te obrazy są wciąż żywe. Będą więc służyć za ilustracje” 5. Autor zastrzega, że nie będzie nakładał barwnej kalki na Inny świat – zamierza rzetelnie przestrzegać genologicznych ram reportażu. Będąc podmiotem podróży, doświadcza Innego i zarazem w tym, co obce, odnajduje własne. Reportażysta jako przybysz, „który znajduje się w okolicznościach wykraczających swoim kształtem poza jego sposób myślenia, zaczyna widzieć siebie” 6. Nowa rzeczywistość okazuje się pretekstem do ugruntowania własnej tożsamości. Istotną rolę w kontekście podjętego problemu pełnią strategie narracyjne zastosowane przez autora. Marczewski, będąc podmiotem relacji z podróży, posługuje się narracją pierwszoosobową. W niektórych momentach, poprzez wprowadzenie liczby mnogiej – my, daje wyraz identyfikacji z Europejczykami, a zarazem z czytelnikami. Tę strategię stosuje zazwyczaj wtedy, gdy chce podkreślić swoje niezrozumienie, jak w sytuacji, kiedy tubylcy nie uznają reguł funkcjonowania przestrzeni miejskiej: „My tego nie rozumiemy. Ścieżka parkowa, stojak na rowery, koszyk w sklepie mają swoje ściśle określone przeznaczenie” 7. Niekiedy autor instynktownie zmienia strategię narracyjną z osobowej Zob. James Clifford, Kłopoty z kulturą. Dwudziestowieczna etnografia, literatura i sztuka, tłum. E. Dżurak, J. Iracka, E. Klekot i inni, Warszawa 2000, s. 278. 4 

5 

Mateusz Marczewski, dz. cyt., s. 5.

Tamże s. 80.

6 

Tamże s. 45.

Tamże s. 71.

7 

3 

Tamże s. 21.

Od edytora 

 9


na bezosobową, by oddalić z pola widzenia pozycję narratora. Dzięki tzw. zmiennej ogniskowej 8 narracja jest bardziej plastyczna i pozwala uniknąć jednostronnych ocen. Marczewski niejednokrotnie daje wyraz zdystansowania się od swojej rasy – białych mieszkańców Australii z nutą pogardy nazywa „białasami”, stylizując swą wypowiedź na komentarz z punktu widzenia Innego.

Aborygenki, według reportażysty, powinny być „bardziej kobiece w naszym rozumieniu” 11. Uprzedzenia natury estetycznej są symptomami „dzikości” Innych 12. Towarzyszą one autorowi, jednakże nie przesądzają o jego stosunku do tubylców. Kreślone obrazy układają się w tzw. klasyczne opozycje binarne  13 – autor utrwala zarówno negatywne, jak i pozytywne sylwetki Abo-

Autor używa dychotomicznych rozróżnień My/Oni, a takie przeciwstawienie może wypływać z ugruntowanych przez niego stereotypów. Zastanowię się zatem nad następującym problemem: jak reportażysta radzi sobie ze stereotypami, czy pojawiają się w tekście jakiekolwiek przebłyski „gotowych wyobrażeń na temat Innych” 9? Uproszczone prezentacje Aborygenów mają miejsce wtedy, gdy mowa o warunkach ich życia: „Brudne ściany, na środku pokoju materac, na którym bawi się brudne dziecko i nieoswojony, parchaty dingo. W kącie jeden mebel – telewizor. Nie mogę przestać o tym myśleć jako o legowisku, norze, zamkniętej i osobnej 10. Marczewski wtóruje także stereotypom na temat aborygeńskich kobiet, które przedstawia, posługując się obrazami zastygłymi w jego wyobrażeniach.

rygenów. Tym samym przełamuje stereotypy: „Kobieta z recepcji kampu […] będzie powtarzać, że w centralnej Australii trzeba uważać tylko na Aborygenów i mieć zawsze wodę w butelce. Ale te dzieci w nich nadal są. Wciąż schowane pod maską obojętności ukutą na powitanie” 14. Obok obrazu dzikich, nieokiełznanych tubylców prezentuje także wizerunek Aborygenów naznaczonych piętnem kolonizacji. Marczewski nie powiela strategii orientalistycznych Saida. Zawiesza swoje uprzedzenia oraz bagaż wiedzy, by odkryć prawdę o Innych poprzez poznawcze zbliżenie. Stara się przezwyciężać swój europocentryzm uwarunkowany pochodzeniem i afiliacją kulturową, co nie znaczy jednak, że staje po stronie Aborygenów. Marczewski zajmuje pozycję ambiwalentną zarówno w stosunku do białych, jak i rdzennych mieszkańców Australii.

8  Termin zastosowany przez Małgorzatę Czermińską w: „Punkt widzenia” jako kategoria antropologiczna i narracyjna w prozie niefikcjonalnej, „Teksty Drugie” 2003, nr 2–3, s. 15.

Mieczysław Dąbrowski, Swój/Obcy/Inny. Z problemów interferencji i komunikacji międzykulturowej, Izabelin 2001, s. 32. 9 

10 

Mateusz Marczewski, dz. cyt., s. 85.

10 

 Od edytora

11 

Tamże, s. 104.

Por. Maciej Ząbek, Biali i Czarni. Postawy Polaków wobec Afryki i Afrykanów, Warszawa 2007, s. 193.

12 

13  14 

Tamże.

Mateusz Marczewski, dz. cyt., s. 8–9.


Do perspektywy reportażysty przedonia tożsamości ciała (osoby) jest pamięć” 15. staje się punkt widzenia tych, o których piTo ona jest nośnikiem kultury Aborygenów, sze. W dwóch podmiotach dialogu interkuldzięki niej wiedzą, kim są, skąd pochodzą i są turowego odbija się wzajemne postrzeganie. świadomi bycia elementami większej całości. Różnica polega na tym, że Aborygeni poBadacz proponuje ujęcie tego problemu za zostaną przedmiotem narracji prowadzonej pomocą opozycji kategorialnej – historyczprzez Marczewskiego. Przedstawienie punkności i pozaczasowości. Ciało (osoba) podtu widzenia tubylców jest tylko pośrednie. legałoby procesom historyczności – a więc Reportażysta reprezentuje cywilizazmianom, przeszczepom, amputacjom 16. I tak cję, która skolonizowała Australię. Dlatego Aborygeni odwiedzają supermarkety, piją też stosunek przedmiotu narracji do autococa-colę, jedzą chipsy, wdają się w relacje ra nie będzie jednoznaczny, z kulturą białych ludzi. Natogdyż wyrasta z doświadcze- Wyższość białego miast niezmienna pozostaje nia krzywdy. Genezy napiępamięć o przodkach i prapoczłowieka, tych relacji między białymi czątkach – element pozaczaa tubylcami upatrywać nalektóry okazał się sowy 17. ży w kolonializmie. NierówInteresującą kwestią ukao wiele groźniejszy, ności społeczne, gospodarzaną w Niewidzialnych jest pocze, ekonomiczne między jęcie czasu, który Aborygeni spowodowała, hegemonicznymi podbijająpostrzegają zupełnie inaczej że mieszkańcy cymi a tubylcami spowodoniż biali. Dla tubylców ma on Australii wały nieodwracalne konsecharakter względny. Nie pokwencje. Rdzenne plemiona trafią przemieszczać się jak zostali nie miały narzędzi do walki Europejczycy, od punktu do ekonomicznie z przemocą. Wyższość białepunktu, oni toną w czasie, pogo człowieka, który okazał się zwalają mu przepływać, ich i kulturowo o wiele groźniejszy, spowobezczynność sama w sobie upodrzędnieni dowała, że mieszkańcy Aujest spełnieniem. Teraźniejstralii zostali ekonomicznie szość Aborygenów jest wciąż i kulturowo upodrzędnieni. Wcześniejszy zakotwiczona we wspomnieniu mitycznemagiczny świat Aborygenów legł w gruzach, go Czasu Snu, który uchodzi za początek przez co zaczęli oni powątpiewać we właich historii, kiedy to istnieli stwórcy i pierwsną tożsamość zbudowaną na bogactwie si przodkowie. Przeszłość idealizują, a to, co kulturowym i religijnym. Rdzenne plemiodzieje się na ich oczach, nazywają „chwilona powoli traciły świadomość siebie – Bóg wym epizodem z białymi”. ludzi białych wygrał walkę z mitycznym Nośnikiem tożsamości rdzennych mieszstwórcą – Wanarrem. kańców jest niebo: „Każdy klan widzi przecież Marczewski daje przemówić uciśnioswój totem na niebie”. „Niewidzialni” traknym tubylcom, dla których miasta powstatują gwieździste mapy jako swoiste dekałe na ich rdzennych terenach są narzucologi tożsamości. Tradycja plemienna rdzenną, sztuczną i obcą konstrukcją: „Teraz jest nych mieszkańców Australii opiera się przede tutaj nowe. Przyszło nowe. Nie wyniesiewszystkim na przekazie ustnym. Autor przymy się stąd. A przecież kiedyś tu miasta nie tacza rozmowę starego Aborygena z białym, było”. Ludzie, którzy zamieszkiwali tereny który zarzuca tubylcom brak podstaw kulAustralii od wieków, dostrzegają szerszy kon15  Mieczysław Dąbrowski, dz. cyt., s. 154. tekst tego zjawiska. Mieczysław Dąbrowski, 16  Tamże. pisząc o tożsamości na poziomie antropolo17  Tamże. gicznym, stwierdza, że „warunkiem zachowaOd edytora 

 11


tury, argumentując to tym, że nie posiadają oni bibliotek, miast ani zabytków. W odpowiedzi na ten zarzut słyszy: „a my mamy pieśni i rysunki, w których zawarty jest cały świat”. Kultura Aborygenów nie potrzebuje rozgłosu, wręcz przeciwnie, powinna pozostać owiana tajemnicą i dostępna tylko rodowitym plemionom. Marczewski pokazuje, jak destrukcyjny wpływ na lokalną tradycję miało pojawienie się kolonizatorów. Odwołuje się w tym celu do malarstwa kropkowego. Opowieści wyłaniające się z symbolicznych obrazów przekazywano z pokolenia na pokolenie od ponad dziesięciu tysięcy lat – budowały tożsamość tubylców. Przełomowy był rok 1971, kiedy to z inicjatywy nauczyciela Geoffreya Bardona kilku młodych Aborygenów stworzyło mural – malowidło kropkowe pt. Sen mrówki. Od tego momentu ruszyła lawina – „mit i podanie, odwieczne, podstawowe elementy tożsamości Aborygenów, elementy święte i ponadczasowe, poprzez umiejętne przeniesienie ich na płótno stały się zwykłym towarem rynkowym 18”. Rozpoczęto handel tabu, które dotąd konstytuowało tożsamość tubylców. Jednostki za to odpowiedzialne uległy akulturacji, gdyż zmienił się ich system wartości, nastawienie do życia, a także przyjęte zostały mechanizmy kierujące bytem społeczeństwa zewnętrznego. Wartości materialne okazały się cenniejsze niż wielowiekowa tradycja. Niewidzialnych Mateusza Marczewskiego można rozpatrywać jako zapis refleksji interkulturowej. Narrację wyznaczają cztery elementy: świadomy własnych uwarunkowań obserwator, przedmiot obserwacji – Aborygeni, czynnik dopełniający tę relację – biali mieszkańcy australijskich miast oraz kulturowo osadzony odbiorca. Dialog międzykulturowy prowadzony przez Marczewskiego stanowi rezultat uświadomienia sobie różnorakich granic: historycznych, mentalnych, socjologicznych oraz przestrzennych. Stosunek podmiotu Niewi-

dzialnych do Innych i odwrotnie opiera się na długotrwałym procesie kolonializmu. Choć inaczej dziś patrzymy na egzotykę, m.in. za sprawą prac Saida, lata imperialnej władzy w krajach Trzeciego Świata odcisnęły piętno na całych pokoleniach. Owe historyczne podwaliny warunkują następną z granic – barierę mentalną. Sposób myślenia Aborygenów znacznie różni się od postrzegania rzeczywistości przez białych, jak podaje Marczewski: „nie udało się, jak na razie, rozpoznać ich mentalności – prozaicznego innego oglądu świata” 19. Reportażysta zarzuca, podążając za Jamesem Cliffordem, postawę antropologa outsidera 20 – próbuje przeniknąć hermetyczny świat Innych. O sposobie, w jakim porozumiewają się tubylcy, pisze z empatią: „komunikują się okiem do oka. Sercem do serca i umysłem do umysłu. W ten sposób – jak sami mówią – mogą usłyszeć wewnętrzny głos człowieka” 21. Kolejną z barier blokujących komunikację międzykulturową jest pozycja rozwojowa. Socjologiczne umiejscowienie kultury Aborygenów pokazuje, jak wielka 19 

Mateusz Marczewski, dz. cyt., s. 19.

20  18 

Tamże, s. 53-54.

12 

 Od edytora

21 

James Clifford, dz. cyt., s. 275–298.

Mateusz Marczewski, dz. cyt., s. 27.


przepaść dzieli ich od technologicznie rozwiniętego świata białych. Owe różnice spowodowały podział społeczeństwa zamieszkującego jeden teren. Pogranicze kulturowe, które powstało na ziemiach Australii, można traktować w „kategoriach enklawy, czyli swoistej jakości socjalno-kulturowej wyodrębnionej z innych” 22. Wskazuje na to getto, które uruchamia dwojakie konotacje: oznacza wyosobnienie danej grupy oraz ma charakter represyjny. Marczewski zauważa przy tym paralelę między dawnym i obecnym traktowaniem rdzennej ludności przez białych osadników. Niegdyś, w celu asymilacji, traktowano tubylców strychniną, by wyeliminować jednostki niesubordynowane. Obecnie, po prawnym usankcjonowaniu ich obywatelstwa, są oni wciąż izolowani od reszty społeczeństwa: „Mengen to nic. […] To wykarczowany plac, czerwony plac, gigantyczny okrąg, na którym bez ładu i składu, niespodziewanie wylądowała armada domów z blachy falistej. Sztucznych domów dla Aborygenów” 23. Niewspółmierny rozwój cywilizacyjny spowodował powstanie swego rodzaju granic przestrzennych. Marczewski zauważa podział na swojskie i obce. Różnice historyczne, mentalne, socjologiczne zbudowały barierę, która wyraża się poprzez prozaiczne elementy przestrzeni, takie jak szlaban, blaszany płot, chodnik. Miejsca styku dwóch kultur są swoistą walką o resztki tożsamości: „Nie chcemy was u siebie, jeśli wy nie chcecie nas – mówią [Aborygeni – M. J.]. Taka mechaniczna reakcja na szowinizm białych – szowinizm aborygeński” 24. Niechęć ze strony białych budzi złość w Aborygenach, co podsyca wzajemną walkę o poczucie przynależności do świata, który nigdy już nie będzie własnością tylko jednej strony. Mateusz Marczewski, wyruszając w podróż, pragnie przybliżyć się do nieznanego świata. Ma świadomość, że toczy walkę nie tyle z obcą materią, co z samym sobą, by 22 

Zob. Mieczysław Dąbrowski, dz. cyt., s. 61.

Mateusz Marczewski, dz. cyt., s. 81.

25 

Tamże, s. 19.

26 

23  24 

przezwyciężyć granice kulturowe utrudniające poznanie. Autor wie, że spotkanie z Innym może przybrać wymiar etyczny tylko wtedy, gdy nie przybędzie na nie z gotowym schematem poznawczym. By dostrzec prawdziwe oblicze Aborygenów, nie może ulec aż dwóm żywiołom: z jednej strony porządkującemu racjonalizmowi, który systematyzuje rzeczywistość według schematów poznawczych przywiezionych ze świata białych, a z drugiej – pozaracjonalnego zachwytu egzotyzmem, który to żywioł również prowadzi do „orientalizowania” obcej przestrzeni, czyli dostrzegania w niej tylko tego, co chce zobaczyć biały przybysz, by spełnić swoje fantazje o egzotycznym miejscu i jego mieszkańcach. Marczewski obu tym żywiołom się przeciwstawia, subtelnie wchodząc w symetryczną interakcję z Innym i dyskretnie o nich opowiadając z pozycji bliskiej ich perspektywie. Autor stosuje strategię zdystansowanego obserwatora, który nie narzuca się przedmiotowi opisu, ale pozwala się mu oswoić, co owocuje przyjazną rozmową z tubylcem, a nawet spojrzeniem prosto w oczy, jak równy z równym 25. Podróżnik staje się w takich momentach sprzymierzeńcem Aborygenów – pokonuje bariery dialogu międzykulturowego. Stara się zachować w swoim świadectwie wiarygodność, pokazuje różne punkty widzenia, nie narzuca czytelnikowi jednoznacznych ocen. Podążając za badaczem, zaryzykuję stwierdzenie, iż narracja prowadzona przez Marczewskiego ma charakter kosmopolitycznego dyskursu 26, w którym biały reportażysta przechodzi ponad podziałem rasowym, niweluje różnice kulturowe. Nie sygnalizuje postawy epistemologicznej wyższości, stara się przezwyciężyć obcość, by zbudować pomost kulturowy łączący skrajnie odmienne społeczeństwa i, co za tym idzie, ujrzeć tytułowych „niewidzialnych” w pełnym świetle. ¶

Tamże, s. 116–118.

Mieczysław Dąbrowski, dz. cyt., s. 87.

Od edytora 

 13


Typoduchy Dom Słów, październik 2016

14 

 Od edytora


Tłumaczyć każdy może? O zawodzie tłumacza słów kilka

Joanna Mirek

P

odczas praktyk pedagogicznych w gimnazjum pewna uczennica zapytała moją koleżankę z roku, jaki kierunek studiuje. Jako że nazwa „lingwistyka stosowana” brzmi dla wielu dość enigmatycznie, koleżanka od razu doprecyzowała, że w przyszłości będzie nie tylko nauczycielem języków obcych, ale także tłumaczem. Na to gimnazjalistka odparła ze zdziwieniem, graniczącym niemal z lekceważeniem: „No ale to bez sensu, przecież jest Google Translate!”. Reakcja dziewczyny była znamienna, bowiem odzwierciedla poglądy dużej części naszego społeczeństwa na temat tłumaczy i ich pracy. Jako że i ja stoję u progu kariery w tym zawodzie, pozwolę sobie na krótkie sprostowanie kilku błędnych przekonań związanych z tą profesją. Chociaż Umberto Eco ogłosił ponad 20 lat temu, że „przyszłym językiem Europy jest przekład”  1, a Ryszard Kapuściński przyznał, że „obecność tłumacza, to jest kogoś, kto przełoży czy to rozmowę, czy też tekst, staje się warunkiem istnienia i współżycia wspólnoty ludzkiej – rodziny

Justyna Sobolewska, Niewidzialny jak tłumacz, „Polityka” 2016, nr 28 (3067), s. 85. 1 

człowieczej”  2, to należy zauważyć, że zawód tłumacza jest wyraźnie deprecjonowany przez nasze społeczeństwo. Wielu sądzi, iż znajomość języka obcego oraz korzystanie ze słowników w zupełności wystarczy, aby pracować w tej profesji. Niektórzy nawet są święcie przekonani, że wspomniany wyżej translator jest doskonałym substytutem prawdziwego tłumacza, bo ma nad nim ogromną przewagę – dokonuje przekładu w ciągu kilku sekund, a w dodatku całkowicie za darmo. Wprawdzie takie naPrzemówienie wygłoszone w Krakowie 12 maja 2005 roku podczas I Światowego Kongresu Tłumaczy Literatury Polskiej zorganizowanego przez Instytut Książki w: Podróże z Ryszardem Kapuścińskim – opowieści trzynastu tłumaczy, Kraków 2007, s. 8. 2 

Publicystyka 

 15


rzędzie może sprawdzić się w przypadku nieskomplikowanych, stereotypowo używanych tekstów, jednak nietrudno zorientować się, że w zdecydowanej większości przypadków nie jest to profesjonalne tłumaczenie… W potocznym rozumieniu przekład polega na przyporządkowaniu słowom w języku A ich słownikowych ekwiwalentów w języku B. Inaczej mówiąc – wierność tłumaczenia pojmowana jest jedynie w kategoriach dosłowności. To błędne przekonanie zaważyło na powstaniu tezy przypisywanej Wolterowi, który twierdził, że „tłumaczenia są jak kobiety – albo piękne, albo wierne”. W imię tej maksymy tłumaczenia mogą być zatem albo dosłowne i brzydkie, albo piękne, ale za to nieoddające istoty oryginału… Tymczasem przekład bynajmniej nie sprowadza się do zastąpienia słów oryginału słowami w języku docelowym. Te bywają wszakże wieloznaczne, odwołują się do specyficznego kontekstu, funkcjonują w innej kulturze i społeczności, mogą też nie mieć dokładnych odpowiedników w języku docelowym. Zdania w różnych mowach konstruowane są według odmiennych reguł składniowych i ich bezmyślne przenoszenie prowadziłoby do powstania potworków językowych czy niezrozumiałych kalk gramatycznych  3 (a takie właśnie możemy podziwiać przy korzystaniu z Tłumacza Google). Należy zatem uwzględnić normę językową języka docelowego, aby przekład nie raził obcością. Teksty mogą zawierać również idiomy, wyrażenia slangowe, specyficzne konotacje czy zabarwienia stylistyczne, nierzadko opierają się również na grach słownych, których nie sposób oddać w innym języku, przekładając je dosłownie. Tłumacz musi być także świadomy specyfiki kulturowej danej wspólnoty komunikacyjnej – chociażby po to, aby móc adekwatnie przetłumaczyć wulgaryzmy (tutaj naNa podstawie: Arkadiusz Belczyk, Poradnik tłumacza, Bielsko-Biała 2014, s. 9-11. 3 

16 

 Publicystyka

suwa się skojarzenie ze znanym skeczem w wykonaniu Macieja Stuhra  4). Nawet stuprocentowe przełożenie tekstu słowo po słowie może doprowadzić do poważnego zafałszowania wymowy oryginału. Chodzi więc o to, aby skonstruować przekład w takiej formie, w jakiej napisałby go sam autor, gdyby tworzył w języku przekładu. Należy przy tym podkreślić, że tłumaczenie jest przede wszystkim procesem komunikacji międzyjęzykowej, tzn. jest zawsze osadzone w określonej sytuacji i stanowi pewien komunikat – musi więc uwzględniać jego nadawcę, adresata, cel, a także zamiar wywołania określonych reakcji odbiorcy. Jest to zatem nie tylko proces zmiany kodu językowego, ale też działanie mające na celu wywołanie „tożsamego efektu komunikacyjnego”  5. Osiągnięcie go pociąga za sobą często konieczność modyfikacji lub uzupełnienia tekstu. Dlatego też tłumaczenie spełniające kryterium wierności to w rzeczywistości bardzo rzadko tłumaczenie dosłowne. Warto przy tym wspomnieć, że polski czasownik „tłumaczyć” sugeruje istotną prawdę. Proces przekładu polega nie tylko na przetłumaczeniu – odnajdywaniu odpowiedników w języku docelowym, ale też na wytłumaczeniu – opisaniu istoty danego zjawiska, uwzględniając „horyzont poznawczy”5 adresata. Przykład? Dosłowne przekładanie na język obcy doskonale znanych Polakom wyrażeń typu „gest Kozakiewicza”, „cud nad Wisłą” czy nawet aluzji zawartej w tytule tego artykułu będzie pozbawione znanych nam konotacji. Z tego powodu należy adresatom docelowym objaśnić, co te zwroty oznaczają i z jakimi wydarzeniami się wiążą, a więc użyć ekwiwalentu opisowego. Innym przykładem może być zastosowanie przez tłumaczkę Kubusia Puchatka, Irenę Tuwim, ekwiwalentu funkcjonalnego Skecz Macieja Stuhra dostępny online: https://www. youtube.com/watch?v=KbIohLTzuvU [03.08.2016].

4 

Krzysztof Lipiński, Vademecum tłumacza, Kraków 2000, s. 22-23.

5 


dla angielskiego „extract of malt”, czyli dosłownie „wyciąg ze słodu”, który przetłumaczyła na… swojski „tran”. Polskim dzieciom, a więc adresatom przekładu, niełatwo byłoby bowiem zrozumieć, dlaczego Maleństwo wzdrygało się przed wypiciem wyciągu ze słodu, ale w przypadku tranu sprawa miała się zupełnie inaczej – w końcu same też nie znosiły tego specyfiku. Taki odpowiednik to nierzadko słowo lub określenie, którego nie zawiera żaden słownik – trzeba je odnaleźć na podstawie analizy czynników uczestniczących w danym procesie przekładu i znajomości realiów, w których żyją adresaci tłumaczenia. Mitem jest również przekonanie, jakoby dobry tłumacz powinien w mgnieniu oka uporać się z dowolnego rodzaju przekładem. Każda praca z tekstem, zwłaszcza wysoce specjalistycznym, wymaga ogromnego wysiłku. I tak na przykład zanim utwór literacki zostanie odesłany do druku, powinien przejść wszystkie etapy procesu określanego jako TEP (ang.: translating, editing, proofreading). Najpierw tłumacz tworzy więc szkic docelowej wersji językowej tekstu, aby potem dokonać wielokrotnej, wnikliwej autoweryfikacji jakości swojej pracy. Na tym etapie przekład powinien zostać skonsultowany z redaktorem i korektorem, z których uwagami ma obowiązek zapo-

znać się autor tłumaczenia. Współpraca ta może okazać się bardzo owocna, ponieważ ciągłe naprzemienne obcowanie z językiem obcym i ojczystym nieraz osłabia wrażliwość językową tłumaczy. Nawet najlepszym zdarzają się potknięcia. Dlatego właśnie taki proces jest konieczny, aby zapewnić jak najwyższą jakość przekładu. Rola profesjonalnego tłumacza jest nie do przecenienia bez względu na to, w jakiej dziedzinie się specjalizuje. Od jakości jego pracy zależy bowiem bardzo wiele. I tak na przykład tłumacze literatury urastają do rangi ambasadorów autorów w określonych krajach – w dużej mierze to właśnie od nich zależy, czy dzieła danego twórcy utrzymają się na rynku. Jeszcze większa odpowiedzialność ciąży na tłumaczach tekstów specjalistycznych. Przekłady prawnicze rodzą bowiem określone skutki prawne, techniczne – związane są z konstrukcjami, których awaria może spowodować poważne konsekwencje, natomiast błędne tłumaczenie tekstów medycznych może kosztować pacjenta zdrowie, a nawet życie. Autor przekładu nieposiadający solidnej wiedzy merytorycznej, zdany jedynie na słownik, prawdopodobnie nie przetłumaczy tekstu specjalistycznego w sposób właściwy. Z kolei w przypadku tłumaczeń na arenie międzynarodowej nietrudno o spekta-

Publicystyka 

 17


kularne potknięcie, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z tłumaczeniami ustnymi. Niebagatelną rolę odgrywa tu m.in. panowanie nad stresem, refleks, doskonała pamięć, nienaganna dykcja, umiejętność notowania, a nierzadko także znajomość protokołu dyplomatycznego. W tamtym roku mogliśmy zaobserwować wypaczenie wypowiedzi prezydenta Baracka Obamy w trakcie szczytu NATO w Warszawie  6 czy papieża Franciszka podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie  7 w tłumaczeniu na język polski (notabene, jak mogliśmy się przekonać, tego typu zadań niestety nie zawsze podejmują się tłumacze sensu stricto). Skutki błędnego przekładu mogą okazać się jednak o wiele bardziej dalekosiężne i nadwyrężyć stosunki dyplomatyczne. Wystarczy tu chociażby wspomnieć wystąpienie Nikity Chruszczowa z 1956 roku, które wywołało burzę na Zachodzie. Wypowiedź sekretarza generalnego KPZR odnosiła się do tego, że socjaliści będą „obecni na pogrzebie” kapitalistów, tzn. socjalizm „przeżyje” kapitalizm. Tymczasem dosłowne przetłumaczenie tej wypowiedzi na „pogrzebiemy was!” („We will bury you!”)  8, cytowane przez media w oderwaniu od kontekstu, zostało odebrane jako realna groźba ataku nuklearnego. W takich przypadkach zarzut traduttore traditore  9 nie okazałby się całkiem bezzasadny… Prawdą jest, że olbrzymi popyt sprawia, że za tłumaczenia biorą się często osoby niedoświadczone i niepotrafiące właściwie

ocenić swoich umiejętności. Jednak kompetentnego tłumacza z prawdziwego zdarzenia nic i nikt nie zastąpi. Jak to określił prof. Krzysztof Lipiński: „Mimo koniecznych i nieusuwalnych różnic między oryginałem i przekładem tłumaczenie jest jedynym możliwym – i w rezultacie bardzo pożądanym – sposobem komunikowania się ludzi posługujących się różnymi językami i należącymi do różnych kultur”  10. Podsumowując, należy stwierdzić, że doskonała znajomość zarówno języka obcego, jak i ojczystego (zbliżona do dwujęzyczności) jest wprawdzie warunkiem koniecznym do wykonywania zawodu tłumacza, ale z pewnością niewystarczającym. Nie mniej istotną rolę odgrywa bowiem m.in. znajomość realiów kulturowo-historycznych danych wspólnot komunikacyjnych oraz strategii i technik tłumaczeniowych, a także dogłębna wiedza merytoryczna, kreatywność i ogromne wyczucie językowe. Gdy więc, drogi Czytelniku, następnym razem Twój znajomy będzie chciał zaoszczędzić na tłumaczeniu strony internetowej swojej firmy i poprosi o przysługę kuzyna, który kilka lat temu był na Erasmusie w Hiszpanii, doradź mu, aby dla własnego dobra zainwestował w profesjonalistę. Chodzi w końcu o najwyższą stawkę – o język, a w konsekwencji – o komunikację. A na tym powinno nam wszystkim zależeć. ¶

Por. http://wiadomosci.onet.pl/kraj/ambasada-usa-publikuje-tlumaczenie-slow-baracka-obamy/blkxv8 [03.08.2016]. 6 

Por. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomos­ ci/7,114871,20463651,pomylka-tlumacza-zmylilapielgrzymow-pod-papieskim-oknem-apel.html#MT2 [03.08.2016].

7 

Na podstawie: Fiona MacDonald, The Greatest Mistranslations ever. Dostęp online: http://www.bbc. com/culture/story/20150202-the-greatest-mistranslations-ever [03.08.2016]. 8 

Włoskie powiedzenie oznaczające po polsku „tłumacz-zdrajca”. 9 

18 

 Publicystyka

10 

Krzysztof Lipiński, dz. cyt., s. 182.


Korektor – zawód (nie) potrzebny?

Bożydar Cudo

I

le razy zdarzyło Wam się, czytając jakąś książkę, gazetę, artykuł na stronie internetowej, a nawet oglądając film z napisami w kinie, narzekać na błąd ortograficzny, literówkę albo przecinek w nieodpowiednim miejscu? Zapewne parę takich sytuacji miało miejsce. Najczęściej wtedy wielu z Was zaczyna skarżyć się i na nic zdają się tłumaczenia, iż jest to jedyna taka pomyłka w powieści. Ten tekst powstał w szczególności dla narzekaczy, którym kiedyś także byłem, a teraz jednak biję się w pierś.

Możliwe, że już się domyślacie, dlaczego zdecydowałem się na studiowanie edytorstwa. Chciałem stać na straży jakości wydawanych w Polsce książek. Być tym publikującym teksty idealne językowo pod każdym względem. No to ruszyłem w bój, ucząc się i pracując, zdobywając cenne doświadczenie. Zapoznając się z kulisami pracy, której zbawicielem chciałem zostać – i zostałem… szybko sprowadzony na ziemię. Dowiedziałem się jednej rzeczy, wielkiej oczywistej tajemnicy, będącej też zagadką dla większości ludzi – tekst idealny nie istnieje, zarówno jeśli chodzi o treść, jak i poprawność językową. Człowiek jest istotą omylną oraz niedoskonałą, więc nie może stworzyć czegoś, co można byłoby uznać za idealne. Czy to jednak oznacza, że nie mamy próbować?

Odpowiedź na pytanie wydaje mi się oczywista. W takim razie skoro jesteśmy skazani z góry na porażkę, dlaczego w ogóle redaktor i korektor są potrzebni? I tu odpowiedź jest raczej prosta – by wydać tekst jak najdoskonalszy. Jakież to poetyckie i heroiczne, ale prawdziwe: pracą edytora jest dążenie do doskonałości. Jaki ta minimalizacja może mieć ważny wpływ na odbiór książki, niech uświadomi Wam prosty przykład. Gdybyście mieli wybrać do przeczytania utwór, sięgnęlibyście po wydanie zawierające 100 czy 1000 literówek? No właśnie. Jeżeli w tym momencie przekonałem kogoś do tego, że edytorzy są prawdziwymi bohaterami, a pierwszoroczniaków – do słuszności ich wyboru, muszę Wam zdra-

Publicystyka 

 19


dzić też coś, co bardzo łatwo wysnuć z moale korzeni takiej nieświadomości doszukiich wcześniejszych słów. Każda heroiczna wałbym się w naszej mentalności. Polacy postawa – włączając w to redakcję i kow końcu na wszystkim znają się najlepiej, rektę – jest o tyle szlachetna i ujmująca, co a duma nie pozwala nam przyznać się przed niesamowicie niewdzięczna i niedoceniana. innymi do nieznajomości ojczystej mowy. Niestety, ale taka jest tego cena. To jeden No bo jak to? Jestem rdzennym użytkowz tych zawodów, w których jak zrobisz coś nikiem polskiego, więc błędów nie popełdobrze – nikt nie zauważy, ale jak tylko poniam. A to nieprawda, bo przecież każdy kiepełnisz prosty błąd – bardzo szybko to do dyś słyszał „szłem” albo „włanczać” użyte ciebie wróci. Dlatego każdy edytor musi w mowie. Nie wspominając już o pisowni. być mocny psychicznie; umieć pogodzić się Wiedza Polaków na temat wszystkiez faktem, że jest tylko człowiekiem i gafy go, co modne w danym momencie, to rówpopełniał, popełnia i popełniać będzie. Nie nież ciekawa kwestia. A wydaje mi się, że wiem, nie mam porównania, może kiedyś bycie purystą językowym jest coraz potego się tak nie odczuwało, ale w dobie pularniejsze. Widać to zwłaszcza na przyinternetu i hejterów trzeba być szczególkładzie internetowych celebrytów, którzy nie odpornym. często, niezależnie od tematu przewodnieNajlepszą rekompensatą, jaką redakgo swojej działalności, bardzo chętnie twotor albo korektor może dostać (poza wyrzą wpisy w stylu: „10 najbardziej denerpłatą), jest własna satysfakcja. Wcale przy wujących mnie błędów językowych”. Niby tym nie żartuję. Świadotemat szlachetny, ale styl mość pomocy autorowi przy lepiej przemilczeć. O taZawód redaktora jego tekście to niesamowikich wpisach myślę tylko lub korektora te uczucie, szczególnie gdy jedno – łatwo jest wytypracuje się nad dziełem dekać komuś błędy, nie zdając nie powstał bez biutanta, spełniając jego masobie sprawy z własnych. powodu i również rzenie o publikacji. Radość Niech również inny ze znalezienia się na karcie przykład uświadomi Wam, nie bez powodu redakcyjnej jest niemniejjak bardzo kaleczymy jęistnieją studia szym powodem do dumy zyk: oto grałem niedawniż obecność nazwiska na poszerzające naszą no przez internet w grę okładce. Przynajmniej takie komputerową. W pewnym wiedzę o nim. odniosłem wrażenie na podmomencie jeden z graczy stawie swoich doświadczeń. bardzo „uprzejmie” (ale czeCieszę się równie mocno, gdy ktoś opubligo się spodziewać od użytkowników glokuje artykuł mojego autorstwa w czasopibalnej sieci) zaczął wyjaśniać innym zaśmie bądź internecie, jak i wtedy gdy wywiłości odmiany obcych imion i nazwisk. stępuję w stopce redakcyjnej jako osoba Może bym zignorował fakt, że wprowadza odpowiedzialna za korektę. wszystkich w błąd, gdyby nie wspomniana Zupełnie oddzielną kwestią od tych po„uprzejmość” – czyli po prostu demonstroruszanych powyżej jest postrzeganie rewanie swojej wyższości podczas wyrażania daktorów i korektorów przez innych ludzi, własnych opinii. Niestety nie udało mi się niezwiązanych z językoznawstwem. Niektógo przekonać do właściwych zasad, gdyż rzy nawet nie zdają sobie sprawy, że teksty w pewnym momencie nie chciał już ze mną tłumaczone również powinno się oddać do dyskutować. opracowania redaktorowi bądź korektorowi. W każdym razie chciałbym uświadoNie wiem, jak ma się to w innych krajach, mić Wam, drodzy Czytelnicy, że zawód

20 

 Publicystyka


redaktora lub korektora nie powstał bez powodu i również nie bez powodu istnieją studia poszerzające naszą wiedzę o nim. Tak, poszerzające, bo nie da się zdobyć pełnej wiedzy o języku, ponieważ ten stale się zmienia. Nawet osoby z 20-letnim doświadczeniem w zawodzie muszą cały czas aktualizować swoją wiedzę. Teraz mogę niektórych zaskoczyć, ale proces poprawiania książki to bezustanny ciąg podejmowania decyzji, naprawdę trudnych. Nie wszyscy bowiem będą popierać dokonane przez redaktora ustalenia. Dojść do porozumienia trudno z jednego powodu – w pewnych sprawach nawet językoznawcy nie są zgodni – czasem należy wybrać „mniejsze zło”. Nieważne, czy takie znajdziemy. Bez strażników poprawności językowej świat pewnie byłby w stanie funkcjonować, ale miałby niepotrzebnie utrudnione zadanie. Nie po to przez tyle lat nasi przodkowie starali się usystematyzować reguły obowiązujące w piśmie, byśmy mieli je teraz ignorować. Zresztą język ma to do siebie, jak już wspomniałem, że płynnie się rozwija – w zasadzie oznacza to, iż staje się prostszy i przystępniejszy dla użytkownika. Jeżeli ktoś mi nie wierzy, niech zda sobie sprawę, że kiedyś w języku polskim istniało coś takiego jak czas zaprzeszły albo liczba podwójna. „Zwyczajny” użytkownik mowy polskiej nie zaprząta swojej głowy takimi niepotrzebnymi (do codziennej komunikacji) niuansami, ale zawodowcy muszą – by lepiej rozumieć naturę tworzywa, którym posługują się przy wykonywaniu swojej pracy. Choćby po to, by odróżnić wyrażenie potoczne od oficjalnego i nie pozwolić na niefrasobliwe pojawienie się nieodpowiedniego słowa w pismach służbowych. Teraz przede mną trudne zadanie podsumowania i spięcia tego artykułu w zgrabną całość. Wydaje mi się, że nie powinienem do tego, co napisałem, dokładać jakichś szczególnych filozofii – jeżeli jesteś przyszłym edytorem, wszystko, o czym tutaj napisałem, już niedługo będzie dla Ciebie codziennością i sam będziesz bronił

kolegów po fachu. Natomiast jeżeli czytasz ten artykuł, bo tytuł wydał Ci się ciekawy – uświadom sobie i doceń, jak ważną pracę wykonują redaktorzy i korektorzy, oraz proszę, nie krytykuj pochopnie. W tej branży błędy się po prostu popełnia, mimo wszystko jesteśmy jej potrzebni – tak samo mocno, jak ona nam. ¶

Publicystyka 

 21


Kim jest redaktor? Justyna Karolak Redaktor naczelny działu Literatura serwisu Toster Pandory (www.tosterpandory.pl), powieściopisarka, publicystka, felietonistka, autorka baśni dla dorosłych i dla dzieci.

C

hciałabym opowiedzieć Wam nie tylko o tym, na czym polega praca redaktora – wskażę też przyczyny, dla których pozostaje ona ważna zarówno dla wydawcy, jak i twórcy. Mam nadzieję, że artykuł ten pomoże dostrzec, że jako pisarze nie jesteśmy „jedyni we wszechświecie”. Nasze wysiłki literackie podlegają pod wymierne procesy wydawnicze, których istotną część stanowi współpraca pisarza z redaktorem. Spróbuję omówić kluczowe jej aspekty – zalety i wady…

Zacznę od tego, że choć Twoim priorytetowym celem jako pisarza nie jest bezwzględna higiena językowa – ktoś o tę higienę dbać jednak musi. I tą osobą jest redaktor. Wytrawny adiustator to prawdziwy skarb dla każdego wydawnictwa – zawsze to powtarzam. Dlaczego tak sądzę? Bo to jego oczom nie umknie najmniejszy językowy lapsus; bo to redaktor pilnuje, by tekst przyjęty do druku ukazał się w jak najlepszej formie. Ale co to znaczy: najlepsza forma tekstu? Mowa nie tylko o dążeniu do uzyskania wysokiej jakości stricte językowej – mówimy tu również o prawidłowej konstrukcji powieści, z której wynika kilka znaczących elementów: wartki rytm i gładka melodia opowiedzianej w książce historii (tekst literacki musi stosownie „płynąć”), stopniowanie napięcia emocjonalnego, umiejętne prowadzenie czytelnika przez poszczególne odsłony fabuły (prowadzenie w kierun-

22 

 Publicystyka


ku rozwikłania tajemnicy przedstawionych zdarzeń lub po prostu ku finalnej puencie)… Poważne, prężne wydawnictwo zatrudnia kilku odrębnych strażników słowa pisanego – inaczej mówiąc, powieść powinna przejść w wydawnictwie kilka korekt i redakcji wykonanych przez różne osoby. Na przykład: pierwsze czytanie równa się pierwszej korekcie, która wyeliminuje z powieści wszystkie błędy językowe. Kolejna osoba, czyli już nie korektor, a redaktor, przystąpi do drugiego czytania. To jest czas, w którym zostaną wyeliminowane nie tylko błędy oraz niedostatki stylistyczne – redaktor może także zasugerować autorowi zmiany w budowie powieści, jej tytule lub w tytułach rozdziałów, a nawet zaingerować w treść, czyli zgłosić potrzebę zmiany zakończenia czy fragmentów powieści. O ile z interpunkcją i literówkami trudno polemizować (chociaż zmiana miejsca położenia pojedynczego przecinka potrafi kategorycznie zmodyfikować sens całego zdania!), o tyle ingerencja z zewnątrz w strukturę powieści może przyprawić autora o, nie wstydźmy się tego przyznać, gniew albo przysłowiową czarną rozpacz. Wiem dobrze, o czym mówię, bo na chleb zarabiam, będąc redaktorem – natomiast literatura jest moją miłością. To bycie pisarzem nadaje mojemu życiu sens. Ale znam obie strony medalu: wiem, co to znaczy być pisarzem, który podlega pod cudzą korektę i redakcję – wiem też, co to znaczy być redaktorem cudzej literatury. Obie role są wymagające, przy czym każda z nich niesie ze sobą własne cele, ścieżki dochodzenia do zadowalającej jakości. Ale to nie tak, że albo pisarz ma rację, albo redaktor – na ogół, jak to w życiu, prawda leży pomiędzy… Kluczem do wspólnego sukcesu jest niełatwa, ale jednocześnie zbawienna, sztuka kompromisu! Skoro powieść została przez wydawnictwo zakwalifikowana do druku, czego wyrazem jest zawarcie umowy na piśmie między autorem a wydawnictwem, oznacza to bezsprzecznie, iż wydawca uznał, że

powieść ma potencjał nie tylko artystyczny, ale – mówiąc brutalnie – również marketingowy. Obojętne, czy zawarta umowa dotyczy ukazania się na rynku wydawniczym projektu literackiego w tradycyjnej postaci, czy w formie e-booka, czy z wykorzystaniem innych jeszcze nośników; istotne w tym kontekście jest coś innego: jeżeli wydawca zaakceptował powieść, to znaczy, że uznał ją za „dobrą” (np. taką, która może sprzedać się w przynoszącym zyski nakładzie, bądź taką, która wpisując się w dany profil wydawniczy, wesprze firmę w procesie budowania jej renomy itd.). A jeśli powieść została przyjęta – w związku z tym nie ma wytycznych, wedle których autor musi zgodzić się na wszystkie poprawki zaproponowane przez korektora i redaktora. Oczywiście warto wnikliwie przestudiować warunki umowy z wydawcą, którą podpisujemy jako autorzy: powinna ona klarownie opisywać wszystkie prawa i obowiązki obu stron – a więc jasno określać, co oraz w jakim czasie z powieścią uczyni wydawca, jak i to, na co autor się zgadza, a na co nie, a także w jakich sytuacjach może dojść do anulowania umowy oraz bezbolesnych odstąpień od wcześniej przyjętych ustaleń. Osobiście – jako pisarz – nie wyobrażam sobie podpisania umowy, która zmuszałaby mnie do zaakceptowania bez prawa do polemiki absolutnie wszystkich zmian wprowadzonych do mojej powieści przez redaktora wydawnictwa. Nie wiem zresztą, czy takie umowy w ogóle „w przyrodzie występują” – wiem natomiast, że wszelkie ingerencje powinny być ze mną rzeczowo skonsultowane, czyli w świetle podpisanej umowy, jako autor, muszę mieć zagwarantowany czas na tzw. autoryzację, zgodnie z którą zaakceptuję modyfikacje wprowadzone przez redaktora albo je odrzucę. A teraz, skoro w powyższym akapicie ochroniłam interesy i wolność wypowiedzi pisarzy, odwrócę stronę medalu! Młodzi twórcy, czasami naprawdę warto posłuchać redaktora – zaufać mu, zdać się na jego świadomość, intuicję językową oraz na uniPublicystyka 

 23


kalne doświadczenie wynikające z pracy nad książkami. Nie na tym ta zabawa polega, że wszystko, co stworzę – napiszę w bezsenne noce, orząc w materii słownej z entuzjazmem do każdej sylaby i każdego przecinka – powinno trafić w ręce czytelnika w tej właśnie pierwotnej, autorskiej postaci. Jako pisarz, uważam, jestem zobligowana względem czytelnika nie tylko do tego, żeby przekazać mu intrygującą opowieść, niezwykłą fabułę itd. Jestem zobligowana również do tego, by czytelnik otrzymał ode mnie jak najszlachetniej oszlifowany diament – a życie okazuje się przewrotne w odniesieniu do tej metafory i tezy zarazem, bo praca pisarza polega na odkrywaniu diamentów, zaś praca redaktora na ich szlifowaniu. Dlatego, będąc autorem, koniecznie pozwól redaktorom wypełnić ich rolę: pozwól im nadać szlify Twojemu słowu pisanemu. Wysłuchaj argumentów, odrzuć prywatną dumę, zdystansuj się do swojej powieści – zerknij na zmiany życzliwie, z otwartą głową. Dyskutuj wyłącznie wtedy, kiedy jesteś absolutnie pewny, że się nie mylisz – pamiętaj, że pisarzowi niekiedy trudno jest dostrzec popełnione przez siebie błędy, nie tylko stylistyczne, ale przede wszystkim konstrukcyjne, koncepcyjne, merytoryczne. Fikcja literacka także wyposażona jest w warstwę merytoryczną; nie dotyczy ona jedynie literatury faktu czy opracowań naukowych. A redaktor to właśnie ten człowiek, który pilnuje logiczności zaprezentowanych w dziele wydarzeń – szeregu „rzeczy”, które twórcy literatury pięknej mogą, choć oczywiście nie muszą, wymknąć się spod kontroli. I znów odwrócę medal! Każda grupa zawodowa – silnie zaangażowana w wykonywaną pracę – zwykła charakteryzować się osobniczymi i czasem niechlubnymi „dziwactwami”. Mówi się o tym, że np. lekarze swobodnie rozprawiają o chorobach czy wnętrznościach w czasie domowego obiadu z rodziną, a prawnicy przejawiają trudności w opowiadaniu o prywatnych radościach i kłopotach w sposób nieprzesiąknięty żargonem prawniczym. Analogiczną przywarą tej grupy zawodowej, 24 

 Publicystyka

jaką stanowią redaktorzy, jest z kolei specyficzna drobiazgowość, która prowadzi do „wąskotorowości” intelektualnej. Tymczasem bycie redaktorem wytrawnym wymaga od człowieka umiejętności zachowania niezmanierowanego i niezakleszczonego umysłu. Na polskim rynku wydawniczym działa wielu redaktorów, ale tylko nieliczni spośród nich zasługują na ten zacny epitet: „wytrawny”. Rzecz jasna w dowolnej grupie zawodowej znajdziemy dwojakich przedstawicieli danej profesji: zdarzają się lekarze opryskliwi, zupełnie niezainteresowani pacjentem, jak i, na szczęście, ci o tyleż kompetentni, co empatyczni. Podobnie wśród redaktorów: są tacy, którzy nie widzą niczego więcej poza sztywnymi regułami cytowanymi ze słowników, są – szczęśliwie – też tacy, którzy potrafią „wczuć się w autora” […] warto i dokonywać zmian wy- wnikliwie łącznie w tych miejscach powieści, gdzie są one przestudiować absolutnie niezbędne. warunki umowy W pracy redaktoz wydawcą, którą ra – pod warunkiem, że chce się być prawdziwie podpisujemy jako dobrym w tym zawoautorzy: powinna dzie – trzeba wiedzieć, a przede wszystkim ro- ona klarownie zumieć, kiedy warto po- opisywać prawić autora, a kiedy należy pozwolić mu na wszystkie prawa popełnienie pewnych i obowiązki obu „błędów”, to znaczy na stron celowe zastosowanie „okaleczeń języka”. Bycie profesjonalnym redaktorem polega na świadomym poszukiwaniu najlepszych rozwiązań semantycznych, ale w pracy tej trzeba powściągnąć fantazję i wyrzec się wirtuozerii – bo to pisarz pozostaje pełnoprawnym autorem powieści. Powiem Wam wprost: to, że sama jestem pisarzem, bardzo usprawnia, oczyszcza moje działanie, kiedy pracuję nad cudzym utworem. Co prawda ani w jednej, ani w drugiej dziedzinie nie jestem bezbłędna… Ale dzięki temu, że jestem pisarzem – kiedy wchodzę w skórę redaktora,


staram się podążać za autorem, wyjść mu naprzeciw, odczytać jego intencje… To ważne, aby redaktor umiał uszanować intencje twórcy – zdziwicie się ogromnie, gdy wskażę, do jakich nadużyć potrafią posunąć się ci niewytrawni… W środowisku spotkałam się z sytuacją, w której redaktor zadał kolegom po fachu pytanie: Zainspirowałem autora do napisania tej książki, to znaczy podsunąłem mu ogólny temat do przemyślenia. Autor zdecydował się napisać książkę na ten temat, a ja pracowałem [jako redaktor] przy tej książce. Jak myślicie, czy mam prawo żądać, aby moje nazwisko wystąpiło na okładce tej książki w roli jej współautora?

Inny przykład (mówi redaktor): Pracuję nad redakcją romansu – autorka tej powieści użyła samych sztampowych metafor i epitetów: „miękkie nogi”, „ucisk w dołku”, „powabna szyja”, „intensywne spojrzenie” etc. Konsekwentnie zmieniam autorce wszystkie te żałosne zwroty na bardziej wysmakowane i oryginalne, bo powieść w tej postaci, w jakiej została napisana, to rasowa grafomania.

I cóż Państwo powiedzą na te dwa przykłady? W pierwszym przypadku mamy do czynienia z przerostem ambicji zawodowych, a tak naprawdę – osobowych, wynikających z ego. W drugim – z uzurpowaniem sobie przez redaktora prawa do odgórnego (z pozycji krytyka literackiego) wartościowania pod względem literackim otrzymanej do redakcji prozy; zachowania kompletnie nie do przyjęcia. Owszem, skoro ustaliliśmy w obrębie tego artykułu, że redaktor jak najbardziej ma prawo do zasugerowania ulepszeń w konstrukcji i treści utworu – powinien mieć prawo również do sugestii dotyczących zmian użytych przez pisarza metafor czy innych figur stylistycznych. Dobrze, niech zatem redaktor przeka-

że pisarzowi swoją (zwięzłą i merytoryczną) opinię o użytych w powieści, niefortunnych jego zdaniem, metaforach – ale z pewnością do zadań redaktora nie należy rugowanie zwrotów, które nie przypadły mu do gustu, gdyż redakcja nie ma nic wspólnego z osobistym gustem redaktora! Mało tego – może warto skonsultować się z przełożonym, czyli z wydawcą: być może zakwalifikował on tę powieść do druku właśnie z uwagi na obecność owych nieskomplikowanych, oględnie mówiąc, metafor? Może dostrzega właśnie w tychże przenośniach wyraźny profit, na przykład finansowy? Opowiem Wam, jak przebiegała moja współpraca jako pisarza z redaktorem wydawnictwa, które jako pierwsze mi zaufało – o mojej technicznej drodze do wydania powieściowego debiutu. Zrobię to dlatego, żeby udokumentować plusy oraz minusy wspólnej podróży autora i redaktora – opowiem sprawiedliwie oraz szczerze, zgodnie z tym, jak ta konkretna podróż się odbyła, nie pastwiąc się ani nad sobą jako niedoświadczonym wówczas pisarzem, ani nad redaktorem pracującym w wydawnictwie. Otóż chwilę po podpisaniu umowy z wydawcą moja powieść trafiła do redaktora, który poinformował mnie w pierwszej wiadomości mejlowej, co nastąpi dalej: „Pani Justyno, Pani powieść bardzo mi się podoba, niemniej od razu uprzedzam, że czeka nas dużo zmian, włącznie z ingerencją w treść”. Przyjęłam tę wielce zaskakującą nowinę ze strachem, ale wymusiłam na sobie opanowanie. W kolejnym mejlu otrzymałam od redaktora moją powieść – z wykreślonymi obszernymi fragmentami, które zdaniem redaktora winny zupełnie wypaść z powieści; z zaznaczonymi zdaniami i akapitami, które zostały przez redaktora „wyprostowane pod względem językowym”; a także z następującą informacją: Pani Justyno, rozdział trzeci jest do kompletnej przebudowy [tu padły konkretne argumenty, co zdaniem redaktora jest źle, co zgrzyta; dlaczego i po co; że dziu-

Publicystyka 

 25


ry logiczne itd.]. Proponuję Pani dwa wyjścia: albo zgodzi się Pani napisać ten rozdział od nowa, biorąc pod uwagę moje wskazówki, albo ja przeredaguję treść tego rozdziału w Pani imieniu i Pani odniesie się do nowego kształtu rozdziału. Jeśli żadne z tych wyjść nie będzie Pani odpowiadało, rozważam usunięcie tego rozdziału, choć uważam, że byłaby wielka szkoda, bo sam pomysł jest dobry i rozdział wiele wnosi do fabuły; sądzę, że byłoby świetnie powalczyć o niego.

Jak ustosunkowałam się do tych nowin, informacji i sugestii? Nie spałam przez dwie lub trzy noce z rzędu, krok po kroku zagłę-

białam się w swoją powieść, która nagle, bardzo gwałtownie w mej percepcji, przestała być moja. Ostatecznie część fragmentów pozwoliłam z powieści usunąć, przyznając rację redaktorowi – bo rzeczywiście poza wypełnieniem klimatu i tła niewiele one wnosiły – o inne fragmenty walczyłam jak lwica. I wygrałam. Rozdział trzeci postanowiłam napisać raz jeszcze, wysłuchawszy pilnie uwag redaktora. Wtedy były one dla mnie szokiem oraz łzami smutku, dziś jestem za nie wdzięczna! Faktycznie – nowy

26 

 Publicystyka

rozdział trzeci, zgodnie z prognozami, dał powieści oddech, bardziej intrygującą narrację i, co najważniejsze, słusznie podsycił czołową tajemnicę kryjącą się w fabule. W czasie tej współpracy zdarzyły się również akcenty, powiedziałabym: „błaho-zabawne”. Na przykład pewnego dnia redaktor posyła mi mejl o następującej treści: „Pani Justyno, zmieniam wyrażenie żółcień cytrynowa na żółć, ponieważ żółć także oznacza kolor” (w tym miejscu redaktor linkuje trzy definicje słowa „żółć” oznaczające kolor, zawarte w trzech różnych słownikach). Odpowiedziałam, że nie miałam na myśli słowa „żółć”, tylko nazwę „żółcień cytryno-

wa” – i chcę, żeby tak w powieści pozostało. Redaktor nie dał za wygraną. Nasz ping-pong trwał długo… Rozwiązanie przyniósł dopiero mój mejl, brzmiący tak oto: Swego czasu ukazała się książka pt.: Gabinet żółcieni. Proszę sobie wyobrazić, co odczułby czytelnik, co zobaczyłby w swojej fantazji, gdyby biorąc tę książkę do ręki, przeczytał tytuł: Gabinet żółci. Czyż nie jest jasne, że czytelnik skojarzyłby tytuł ten ze stołem operacyjnym i pęcherzykiem (wo-


raturę piękną, a nie tylko banalne sprawozautora było, aby czytelnik doświadczył skodania z życia”. Otrzymałam wspaniały komjarzenia z odcieniem emocji, a nie z płynem plement – wszystko dobrze się skończyło! ustrojowym? Oboje wybrnęliśmy ze „starcia” z tarczami, co szalenie mile dziś wspominam, kłaniaNapisałam również, że jestem także jąc się owemu redaktorowi z wdzięcznoplastykiem, w związku z czym, jeśli użyścią. Notabene to właśnie on nauczył mnie wam zwrotu „żółcień cytrynowa”, nie czypoprawnie zapisywać dialogi, bo – jak okanię tego przez przypadek ani w wynizało się w czasie naszej współpracy – zuku nieznajomości słów, tylko dlatego, że pełnie tego nie potrafiłam! Rozstaliśmy się akurat mam na myśli dokładnie tę barwę, więc we wzajemnym szacunku i przyjemten pigment wręcz, który nazywa się żółnej atmosferze. cienią cytrynową, a nie żółcią. Udało się! Po co o tym wszystkim wspominam? Ostatecznie w mojej debiutanckiej powiePo to, aby wykazać czarno na białym, że ści uświadczycie więc zwrot „żółcień cyrelacja redaktora z autorem prawie nigdy trynowa”, ale ścieżka do owej żółcieni nie nie należy do oczywistych. Ale nie zawarbyła prosta. Już po zakończełam w swej opowieści tej ar[…] relacja niu współpracy z redaktorem cyważnej części naszego diamoja powieść powędrowała logu, w której redaktor starał redaktora do specjalisty od składu – pousilnie przekonać mnie do z autorem prawie się tem znów przywędrowała do diametralnej zmiany zakońnigdy nie należy czenia. Właśnie ta rozmowa mnie do autoryzacji. Wówczas sam wydawca zapytał była dla mnie najtrudniejsza, do oczywistych. mnie: „Pani Justyno, to jak ma bo moim zdaniem taka mow końcu być: ta żółć, czy ten żółtocień?”. dyfikacja zaowocowałaby niczym więcej Odparłam: „Ani to, ani to. Ma być: ta żółaniżeli śmiercią mojej książki. Mogłam zgocień cytrynowa…”. dzić się na wiele – mielić w swoim umyI to są, proszę Państwa, różne smaśle sugestie i zabiegi redaktora, mierzyć ki współpracy autora z redaktorem. Żeby się z nimi, niektórym z nich przyznać rabyło jeszcze dowcipniej, kiedy wydawca docję – ale tego jednego zwyczajnie nie mowiedział się (przypuszczam, iż od redaktogłam zrobić. Nie dlatego, że nie potrafiłam ra), że jestem również plastykiem, zapytał, technicznie, tylko dlatego, że nie chciałam. czy nie chciałabym mieć wpływu na okładUważałam, i nadal uważam, że zmiana pierkę (a więc moja „walka” stoczona o żółcień wotnego zakończenia Tropiąc jednego wilcytrynową się opłaciła). Pewnie, że chciaka byłaby kastracją całej powieści, czymś, łam! Projektu okładki dokonał oczywiście pod czym stanowczo, przenigdy, bym się grafik zatrudniony przez wydawnictwo, ale nie podpisała. Nie wyraziłam aprobaty dla wysłuchano moich pomysłów, co ogromnie pomysłu zmiany finału, ale walka o to, w co mnie ucieszyło. Żeby w tej opowieści pozowierzę, była piorunująco intensywna i wystać sprawiedliwą, dodam, że byłam – dla czerpująca. Z drugiej strony, w tyle głowy redaktora – autorem niezwykle uciążliwym… pobrzmiewa mi zgoła inna prawda… Jest Inaczej mówiąc – było ze mną bardzo dużo taka powieść, nosi ona tytuł Piknik pod Wipracy. Wiele dyskusji musieliśmy wespół szącą Skałą – znakomita książka napisana stoczyć, zanim mój debiut wydawniczy stał przez Joan Lindsay, która w roku 1975 dosię faktem. Na koniec tej współpracy redakczekała się równie cennej adaptacji filmotor napisał do mnie: „Pani Justyno, cieszę wej w reżyserii Petera Weira. Kto zna to się, że młodzi ludzie w Polsce tworzą litedzieło – zarówno pierwowzór książkowy, reczkiem) żółciowym – podczas gdy celem

Publicystyka 

 27


jak i film – doskonale wie, że sensem tej historii jest tajemnica; stos pytań, na jakie twórcy nie udzielili ni grama odpowiedzi, ani choćby malutkiej wskazówki. Tymczasem wieść niesie, że autorka tej powieści znała rozwiązanie sekretu, umieściła je w książce. Wydawca przekonał ją jednak, że dla dobra – wartości i artyzmu – powieści należałoby się tegoż wyjaśnienia pozbyć. Posłuchała, usunęła ze swej książki pierwotne zakończenie, pozostawiając w jego miejscu kuszące, magnetyczne niedopowiedzenie i… O rety, jak to dobrze, że posłuchała! W rezultacie otrzymaliśmy bowiem dzieło wybitne – perfekcyjnie wyważone pod względem konstrukcji, opływające w unikalną, rozpoetyzowaną atmosferę… Wydawca – redaktor – miał rację! Jako pisarze powinniśmy umieć wsłuchiwać się w te dobre, jakościowe podszepty, inteligentnie odcedzając je od tych złych, chybionych, niesłużących. Praca redaktora jest niewątpliwie światu potrzebna – tak jak nie wystarczy umieć obsługiwać programy graficzne, by tworzyć ilustracje, reklamy i bannery prawdziwie dobre, tak nie wystarczy nauczyć się kształtu liter, mając sześć czy siedem lat, by potem cieszyć się „umiejętnością pisania”. Praca z tekstem – świadomość oraz intuicja językowa – to coś znacznie szerszego niż niebycie analfabetą; coś, co wymaga od człowieka nie tylko zasobów wiedzy stricte lingwistycznej, ale także pewnej plastyczności, zdolności wkraczania w różne style wypowiedzi, przy jednoczesnym zachowaniu chłodu ocen wobec cudzego tekstu i procesu jego naprawy. Natomiast tak jak artykuł ten nie powinien być rozumiany jako zachęta dla młodych pisarzy do szerzenia nieprzemyślanej niedbałości językowej, tak samo nie powinien być rozumiany jako zachęta dla redaktorów do pielęgnowania w sobie poczucia „niezastąpioności”… Drodzy Redaktorzy, teksty bez Waszej dobroczynnej ingerencji i tak będą się rozsiewały po świecie. Drodzy Pisarze, bez Waszej „uważności” językowej literatura,

28 

 Publicystyka

którą tworzycie, nigdy nie stanie się wielką – umieć opowiedzieć historię, to za mało, aby pisarzem być. ¶

Artykuł stanowi przedruk z autorskiego cyklu publicystycznego Warsztaty Pandory, dostępnego na łamach serwisu kulturalnego Toster Pandory: http://tosterpandory.pl/lekcja-11-poprawnosc-jezykowa-kim-jest-redaktor/


Miejsce,

w którym czas się zatrzymał Aleksandra Stronkowska

M

ity i legendy towarzyszą nam od dziecka. Poznajemy je z bajek dla dzieci, omawiamy w szkole Mitologię Parandowskiego, mityczni bohaterowie pojawiają się w naszych ulubionych filmach. Każdy z nas potrafi wymienić najważniejszych antycznych bogów Greków i Rzymian oraz wie, kim był Twardowski. Legendy i mity ostatnio cieszą się popularnością – wystarczy przywołać serię Legend Polskich stworzoną przez Allegro i wydawnictwo Powergraph oraz filmy o Thorze i Lokim. Co wpływa więc na atrakcyjność mitów?

Myślę, że przede wszystkim świetnie skonstruowany świat, w którym wszystko ma swoją przyczynę, a bohaterowie są nietuzinkowi, heroiczni i posiadają nadprzyrodzone moce. Pamiętajmy, że legendy zostały stworzone przed wiekami, aby tłumaczyć ludziom mechanizmy sterujące naturą, światem bądź też człowiekiem. Są one przez to w pewien sposób tajemnicze. Czy jednak wszechobecna popularyzacja mitologii nie sprawiła, że mity straciły ową zagadkowość? Z przeświadczeniem, iż usłyszę właśnie nieznane oraz ciekawe historie, poszłam do Domu Słów na Opowieści w drodze – legendy huculskie, spotkanie z Michałem Tragarzem i Michałem Wolnym. Nie zawiodłam się – opowiadali oni mity pochodzą30 

 Publicystyka

ce z obszaru Karpat Wschodnich. Klimat do słuchania tych opowieści też był idealny: w pomieszczeniu panował półmrok, a na dworze – mróz i śnieg, brakowało tylko ognia w kominku oraz herbaty. Huculszczyzna już od wieków uważana była za tajemnicze miejsce. Nie dość, że niemożliwym było zdobycie map tego regionu, to nie istniały tam przejezdne drogi, a mieszkańcy tych ziem – Huculi – stanowili wyróżniającą się grupę górali. Ze względu na ciągle zmieniające się granice państw (w okolicach Karpat Wschodnich Polska graniczyła do II wojny światowej z Rumunią oraz Węgrami) nacja ta miała przodków wśród Rusinów, Cyganów, Ormian, Polaków i Węgrów. Na temperament ich charakte-


ru wskazywał też zapewne fakt, iż w lokalnej gwarze „hucuł” znaczył to samo, co rozbójnik, opryszek. Dodatkowo górale byli bardzo przywiązani do ziemi. Nie uprawiali roli, ponieważ uważali to za wyrządzanie krzywdy naturze. Zajmowali się rękodziełem i pasterstwem. Zainteresowanie Huculszczyzną miało zapewne swój początek jeszcze wcześniej niż pierwsze pisemne wzmianki o niej, pochodzące z XVIII wieku. Dzikie krainy, niepokonane przez nikogo szlaki, nieokiełznana przyroda – idealne miejsce dla pisarzy i malarzy. Do grona osób, które przełożyły swe zainteresowanie Huculszczyzną na karty książek czy płótna obrazów należą: Wincenty Pol, Jarosław Iwaszkiewicz, Józef Jaroszyński czy Oskar Kolberg. Ten ostatni zarejestrował wiele mitów i legend, dzięki czemu zachowały się one do dziś. Za największego jednak piewcę Huculszczyzny uważany jest Stanisław Vincenz, twórca dzieła pt. Na wysokiej połoninie, w którym zmitologizował obszar Karpat Wschodnich 1. Książki i obrazy przedstawiające Huculszczyznę są jednak tematem na oddzielny artykuł. A o czym są mity i legendy huculskie oraz jak wygląda ten magiczny świat? Podań jest wiele. Duża część z nich opowiada o stworzeniu świata. Według opowieści huculskich Bóg stworzył bowiem Ziemię płaską, natomiast góry, doliny i rzeki powstały na skutek szatańskiego gniewu. Sam szatan też nie jest taki, jakim go znamy. Z wizytą do czarta może przyjechać każdy, ponieważ nie ma on swojej siedziby w głębiach piekieł, ale mieszka obok wioski w warownym zamku – ba, w jednej z legend ma nawet żonę. Jego władza rozciąga się tylko nad złymi ludźmi, a wieśniacy często u niego goszczą i zazwyczaj opuszczają jego siedzibę obdarowani. Huculska wizja nieba i piekła jest dosyć ciekawa. Mity Zob. Stanisław Sławomir Nicieja, Moje Kresy. Magia Huculszczyzny. Dostępny online: http://www.nto. pl/magazyn/reportaz/art/4191243,moje-kresy-magia-huculszczyzny,id,t.html [09.02.2017].

przedstawiają je jako dwa domostwa (jedno piękne, drugie straszne) znajdujące się obok siebie. Często w tych domach jest przejście, dzięki któremu można bez problemu poruszać się między jednym miejscem a drugim. Ważną rolę w opowieściach pełnią wiedźmy – są one w stanie straszyć nawet zza grobu (szczególnie swoich dawnych kochanków). Jednak zwykły człowiek potrafi je zazwyczaj rozpoznać, z niektórymi może nawet walczyć. W mitologii pojawiają się również istoty, które nie są powszechnie znane. Na przykład molfary, czyli czarownicy o niezwykłej mocy, chmarnicy, którzy odpędzają chmury burzowe i gradowe, oraz czuhajstrzy – leśni ludzie, którzy zostali zaklęci przez sąsiada słowami: „Idź, abyś był do sądnego dnia w lesie”. Mitologia huculska skrywa wiele tajemnic i niesamowitych historii. Dzięki takim spotkaniom – jak to w Domu Słów – można zaszczepić w sobie chęć poznania mniej popularnych legend. Szukając więc książek, dzięki którym mogłabym bliżej poznać mity, znalazłam zbiór opracowany przez Olę Hnatiuk Wiedźmy, czarty i święci Huculszczyzny. Mity i legendy. Można w nim natrafić na bardzo dużo opowiadań oraz ilustracji obrazujących niektóre sceny z przytoczonych wierzeń. Jest to idealna pozycja dla kogoś, kto interesuje się nieznanymi mitami oraz legendami. Na koniec chciałabym przytoczyć kilka słów z posłowia Oli Hnatiuk, które moim zdaniem świetnie przedstawią klimat Huculszczyzny:„Huculszczyzna jest miejscem […], w którym zatrzymał się czas, wydawałoby się po to, by ocalić od zapomnienia pozostałości barwnego, wręcz pstrokatego świata, by dać nam szansę podziwiania kultury ludowej […]. Coś z magii tego miejsca przetrwało do dziś nie tylko w literaturze czy w przekazach ludowych, ale i w ludziach, i krajobrazie ich otaczającym”  2. ¶

1 

Wiedźmy, czarty i święci Huculszczyzny. Mity i legendy, oprac. O. Hnatiuk, Warszawa 1997, s. 250. 2 

Publicystyka 

 31


Człowiek do połowy pełny Rzecz o nalewaniu, przelewaniu i wylewaniu w twórczości Edwarda Stachury

Dorota Sembratowicz

J

akkolwiek zabawnie to zabrzmi, Stachura zawsze wydawał mi się jakoś dziwnie… mokry. I nie chodzi nawet o te ciągłe kąpiele czy – trzykrotnie opisane w Siekierezadzie  1 – ochlapywanie mordy lodowatą wodą ze studni. Raczej o pewną specyficzną płynność oraz ciekłość kreowanych przez niego światów. Powstała już bardzo dobra praca o żywiołach w twórczości tego poety  2, w której znalazł się obszerny rozdział dotyczący wody, jednak to nie żywioł w sensie dosłownym jest tym, co buduje tę osobliwą wodnistość. W artykule chciałabym skupić się na trzech słowach – dzban, wazon, naczynie. W utworach Stachury wyrazy te w znaczeniu dosłownym pojawiają się epizodycznie – zaledwie raz czy dwa. W charakterze przenośnym występują za to znacznie częściej, bo od trzech do sześciu razy. Te niewielkie liczby wydawać się mogą śmieszne, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w znaczeniu metaforycznym dzban, wazon i naczynie są traktowane jako synonimy i użyte zostały w podobnych kontekstach, można stwierdzić, iż ich występowanie nie jest przypad-

Zob. Edward Stachura, Siekierezada albo Zima leśnych ludzi, Toruń 2002. 1 

2  Zob. Krystyna Walc, Żywioły w poezji Edwarda Stachury, [w:] W stronę współczesności. Studia i szkice o literaturze polskiej po 1939 roku, red. Z. Andres, Rzeszów 1996, s. 135.

32 

 Publicystyka


kowe, bo autor nadał tym słowom szczególną funkcję. Na początek porównam paralelne cytaty z dwóch różnych tekstów prozatorskich – Oto i Fabula rasa: Słuchać znaczy być uszami. […] To znaczy być naczyniem. Oczywiście pustym. Gdyż tylko do pustego da się nalać. Jeżeli, słuchając, nie jesteś tylko i aż uszami, lecz czymś „więcej”: myśleniem, interpretowaniem […] i temu podobne – znaczy, że piękne wazony twoich uszu są nabite po brzegi, znaczy, że nie da się do nich nalać, […] wcale nie słuchasz 3. Ale człowiek-Ja tak nie słucha […]. Uszy jego (te cudowne muszle, te konchy), cała głowa jego (to cudowne naczynie, ten dzban na najpiękniejsze kwiaty) – przepełnione są aż po brzegi […] wszelakiego autoramentu i asortymentu „danymi”  4.

Oba fragmenty dotyczą czynności słuchania. Człowiek przyrównany zostaje do naczynia – słuchanie jest napełnianiem, przekazywane treści są napełniającą cieczą. Umysł, czyli metonimiczna głowa, to dzban; opowiadanie jest przelewaniem z jednego dzbana do drugiego. Aby można było do niego cokolwiek nalać, naczynie musi być puste – to postawa biernego słuchacza, wolnego od wszelkich dopowiedzeń, interpretacji; kogoś, kto na chwilę wyzbywa się całego siebie, żeby móc przyjmować. Taka poza nieobca jest bohaterowi Stachury – postawa chłonięcia ludzi, natury, życia. Idąc tym tropem, można w ciekawy sposób interpretować jeden z niewielu erotyków Stachury, czyli Noc albo w oczekiwaniu na śniadanie:

a twój kolczyk jak ucho na dzban […] Ty się pochyl róża-bóg ty się do mnie pochyl we mnie Wytryśniemy jak słońce wytryśnie  5.

Wiersz ten przez internautów (bo niestety, jak dotąd, tylko do takich pseudointerpretacji udało mi się dotrzeć) określany jest jako jeden z bardziej dosadnych, a wręcz wulgarnych utworów o charakterze erotycznym. Powszechnie interpretuje się picie z dzbana jako zmysłowe pieszczoty. Nie przeczę, że dzieło ma wydźwięk sensualny, a bohaterowie liryczni to kochankowie, którzy są ze sobą bardzo blisko. Jeślibyśmy jednak, podobnie jak w przykładach poprzednich, zinterpretowali dzban jako coś bardziej głębszego niż figura stylistyczna oparta na homonimii (ucho naczynia i organ), uzyskalibyśmy przepiękny obraz zbliżenia totalnego, będącego syntezą ciała oraz duszy. Dzban to bardzo pojemne źródło czułości – taka miłość byłaby więc przelewaniem z dzbana do dzbana. Przelewaniem wzajemnym, tak, by oba naczynia były pełne. Dlatego kochanek prosi: „ty się do mnie pochyl”– kochanka pochyla się tak, jak przechyla się dzban, by z niego nalać. Rezultatem napełnienia obu naczyń jest wspólne wytryśnięcie, eksplozja. W opowiadaniu Pokocham ją siłą woli dzbanem nazwane zostaje serce. Jest ono zarazem miłością i tożsamością –„ja”osoby: Patrzyła w okno, a ja patrzyłem na nią, na jej profil i myślałem: sercem nie mógłbym, bo serce miałem kiedyś jedno i mi się potrzaskało straszliwie i doszczętnie, i nie udało się pokleić skorupek tego dzbanka, ani łzami – tym klejem białym, ani krwią – tym klejem czerwonym, i tak

Moje ucho ma dzban

nie mam serca  6.

z niego pić tylko tobie nikomu 3 

Edward Stachura, Oto, [w:] tegoż, Wiersze pozostałe, red. P. Marszałek, Toruń 2000, s. 123.

5 

Edward Stachura, Wiersze, red. P. Marszałek, Toruń 2011, s. 8.

4  Edward Stachura, Fabula rasa (rzecz o egoizmie), Olsztyn 1985, s. 159.

6  Edward Stachura, Pokocham ją siłą woli, [w:] tegoż, Opowiadania, red. T. Bereza, t. 2, s. 394.

Publicystyka 

 33


W tym fragmencie serce rozumiane jest oczywiście metaforycznie. To miejsce, w którym rodzi się miłość; organ, który może kochać; źródło czułości zarazem nieustannie jej spragnione – dzban. Serce narratora to zbite naczynie: nie da się do niego nic nalać, nie jest zdolne do okazywania czułości. Jest za to puste beznadziejnie, nieoczekująco. To chyba dobry moment, aby zacytować Senekę: „Czym jest człowiek? Jest to naczynie, które pęka od pierwszego lepszego wstrząsu, od pierwszego lepszego poruszenia”  7. Porównanie człowieka do naczynia nie jest czymś nowym – znający Pismo Święte od razu przypomną sobie koncepcję człowieka-naczynia stworzonego, napełnianego i używanego przez Boga. Stachura jednak, nawet jeśli zainspirował się biblijnym toposem, potraktował go po swojemu. To nie Bóg jest tutaj tym, kto nalewa; też i pustość staje się bardziej pożądana niż pełność. Życie jest ciągłym procesem napełniania się oraz wylewania tego, co zbędne. Stachura nie zdefiniował jednoznacznie, czym jest naczynie; czym jest dzban – czy człowiekiem, czy sercem jedynie, czy umyLucujusz Anneusz Seneka, Myśli, Gdańsk 2000, s. 43.

7 

34 

 Publicystyka

słem – nie wyjaśnił także, czym jest ciecz: czym innym przecież w doświadczeniu rozmowy, a czym innym w przeżyciu miłosnym. Jedno pokrywa się jednak we wszystkich aspektach: nalewanie. To nalewanie jest obecne przy odbieraniu świata – bohater Stachury chłonie, przyjmuje. On stale się napełnia, ale czasem i sam wylewa to, co wcześniej w niego wlano, aby… napełnić się znowu. Jak dzban. ¶


„Każdy dobrze zredagowany tekst to zarazem nowe doświadczenia i umiejętności” – wywiad z Magdaleną Byrską

M

agdalena Byrska od lat działa na polu zawodowym redakcji i korekty – jest freelancerem, ale również stale współpracuje z wydawnictwami Fabryka Słów i Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego oraz prowadzi zajęcia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II. Nam zdradza swoje początki w zawodzie, tajniki pracy oraz radzi, jak zostać dobrym redaktorem i korektorem.

Śmiało można powiedzieć, że poprowadziła Pani kilkaset książek od pierwszych szkiców powieściowych do pełnoprawnego wydania. Jak wyglądało u Pani rozpoczęcie przygody z pracą korektora/redaktora? Określenie „przygoda” jest w moim przypadku bardzo trafne, ponieważ miałam zupełnie inne plany zawodowe, a praca korektora/redaktora, można powiedzieć, przyszła do mnie sama. Wszystko zaczęło się od tłumaczenia artykułów naukowych na język niemiecki (tak, jestem z wykształcenia germanistką, nie polonistką). To niełatwe zajęcie, zwłaszcza jeśli językiem docelowym przekładu jest język obcy, a głównie takie zlecenia mi się trafiały. W trakcie pracy translatorskiej łatwo się przekonać, jak ważna jest precyzja w wyrażaniu myśli, ile pułapek znaczeniowych może się kryć w na pozór zgrabnie napisanym tekście, jak bar-

dzo może zmienić się sens zdania na skutek błędnego użycia przecinka itd. – sprawa oczywista dla każdej piszącej osoby, a jednak często okazywało się, że w tekstach, które przeszły już przez sito redakcji i recenzji, nadal jest sporo niejasności, błędów logicznych czy merytorycznych, gdzieniegdzie gubi się sens. A podczas tłumaczenia trudno raczej coś przeoczyć. Konsultując przekład z autorem, wskazywałam te miejsca i sugerowałam poprawki. I tak pojawiły się zlecenia również na redakcję językową i korektę. Początkowo traktowałam to bardziej hobbystycznie, jako odskocznię od pracy w szkole – przez kilkanaście lat moim głównym zajęciem było nauczanie języka niemieckiego. Ale powoli to się zaczęło zmieniać, zleceń było coraz więcej, nawiązałam stałą współpracę z wydawnictwami, koniec końców na dwie równoległe ścieżki zawodowe zabrakło miejsca i od kil-

Wywiad numeru 

 35


ku lat zajmuję się z wielką przyjemnością wyłącznie pracą edytorską. Nasze pismo czyta spory odsetek studentów filologii i edytorstwa – gdyby mieli dopiero wybrać tę drogę zawodową, jakie przestrogi by im Pani dała?

A

Przede wszystkim należy uzbroić się w cierpliwość i niekoniecznie nastawiać się na szybki spektakularny sukces i stałe zatrudnienie od razu po studiach. Branża wydawnicza jest wymagająca i tak jak Jedni będą inne, a może nawet bardziej, ceni sobie osoby ze mieli problem sporym doświadczeniem ze znalezieniem zawodowym i konkretnyczasu na pracę, mi umiejętnościami. Warto więc to doświadczenie drudzy – na zdobywać już na studiach, życie rodzinne nie bać się wyzwań i wciąż warsztat. Każdy i obowiązki zdoskonalić pewnością chciałby redomowe. dagować literaturę ambiti współpracować twórrozdzielenie tych ną czo ze znanymi autorami dwóch sfer jest i wydawcami, ale droga do konieczne. takiej pozycji zawodowej prowadzi przez mozolną pracę z książką nie zawsze ciekawą, często słabo napisaną, z dziedziny, która nas zupełnie nie interesuje, itp. Ten pierwszy etap, zanim wypracujemy sobie markę i zdobędziemy zaufanie wydawcy, może wyglądać zniechęcająco, ale każdej publikacji warto poświęcić należytą uwagę i staranie, sztuki redagowania nauczymy się najlepiej właśnie na tekstach słabszych. Każdy dobrze zredagowany tekst to zarazem nowe doświadczenia i umiejętności. A jakkolwiek bogate byłoby nasze CV, oceniani będziemy wyłącznie na podstawie efektów naszej pracy. Osób poszukujących zatrudnienia w branży wydawniczej jest sporo, ale naprawdę dobrych redaktorów/korektorów ciągle brakuje. Załóżmy, że w wydawnictwie X leży kilkadziesiąt podań o pracę korektora. Cóż z tego, skoro tylko jedno zostało napisane z bez36 

 Wywiad numeru

błędną interpunkcją? Nie wystarczy lubić książki i być dyspozycyjnym, jak się wydaje niektórym kandydatom. Potrzebne są odpowiednie kompetencje. Pracując w branży korektora, łatwiej być etatowcem czy może freelancerem? Jak to wygląda czasowo? Obie formy mają swoje wady i zalety. Chyba łatwiej być etatowcem, co nie znaczy, że lepiej. Etat wiąże się z większym poczuciem stabilności – stałe wynagrodzenie, sztywne godziny pracy, określony typ tekstów, ci sami współpracownicy. Z drugiej strony może pojawić się poczucie monotonii i czasami brak możliwości rozwoju. Nie możemy też decydować, jakie teksty przyjmujemy do opracowania. Freelancer sam kieruje swoją drogą zawodową, co jest oczywiście trudniejsze, ale daje poczucie niezależności i, moim zdaniem, stanowi silniejszą motywację do rozwoju. Nie bez znaczenia są też kwestie finansowe. Freelancer może negocjować stawki za wykonaną pracę. Sam też decyduje, które zlecenia przyjąć, a których nie. Według moich doświadczeń oznacza to w konsekwencji większe możliwości zarobkowe. Natomiast jak to wygląda czasowo? Jedni będą mieli problem ze znalezieniem czasu na pracę, drudzy – na życie rodzinne i obowiązki domowe. A rozdzielenie tych dwóch sfer jest konieczne. Sama jestem freelancerem i mimo że nie zamieniłabym się na etat, dostrzegam również minusy. Należę raczej do tej grupy, która zbyt dużo czasu przeznacza na pracę. Trudno mi jest też efektywnie odpocząć w domu, ponieważ stale towarzyszy mi poczucie, że jestem w pracy. Naprawdę relaksuję się dopiero poza domem. Czym powinien kierować się adept edytorstwa w swojej pracy? Cóż, proponowałabym przede wszystkim nie wierzyć we własną nieomylność. Myślę, że Hipokratesowe „primum non nocere” z po-


wodzeniem znajdzie zastosowanie również w pracy redakcyjnej. Nie wiem, mam wątpliwości – nie zgaduję, sprawdzam, szukam informacji. Edytor jest w tej komfortowej sytuacji, w przeciwieństwie do wielu innych zawodów, że w zasadzie nigdy nie musi działać ad hoc. Każdą decyzję można rozważyć, skonsultować itd. Z drugiej strony nasuwa mi się taka uwaga, wynikająca z moich obserwacji w trakcie zajęć ze studentami edytorstwa, że nie możemy czuć się w naszej pracy niewolnikami norm poprawnościowych i edytorskich zaleceń. Nie bójmy się nietypowych rozwiązań i nie „ugrzeczniajmy” tekstu podług jednego wzorca. Nie namawiam oczywiście do językowo-edytorskiej anarchii, tylko do indywidualnego podejścia do każdego dzieła i jego twórcy. No właśnie – za dziełem stoi autor, i to nie my nim jesteśmy. Tymczasem pokusa „ulepszania” tekstu według własnego upodobania bywa silna. I ulegają jej nierzadko zarówno adepci edytorstwa, jak i doświadczeni redaktorzy. Przejrzała Pani mnóstwo książek, więc wie Pani, jak powinna wyglądać dobrze napisana historia. Nie myślała Pani kiedyś o napisaniu własnej? Zdecydowanie nie. Krytyk teatralny też wie, jak powinna wyglądać dobrze wyreżyserowana i zagrana sztuka, co nie znaczy, że może sam wyjść na scenę i zachwycić publiczność. A skoro nie można zachwycić, to czy warto marnować energię? Wolę być dobrym redaktorem niż miernym pisarzem. Poza tym nie wiem, czy nie skończyłoby się na ciągłym poprawianiu „dzieła” i czy w ogóle zdołałabym osiągnąć taki stopień zadowolenia ze swojego tekstu, żeby zdążyć go wydać za życia. Czy dostrzega Pani jakąś tendencję panującą wśród debiutujących autorów? To temat rzeka. Nie chciałabym tutaj wchodzić w szczegóły, zresztą poradników dla

debiutujących pisarzy już trochę powstało. Natomiast wspomnę może słówko o szczególnym charakterze współpracy na linii redaktor – autor debiutujący. Młodzi pisarze rozpaczliwie potrzebują akceptacji i redaktorskiego wsparcia, a jednocześnie bywają bardzo przywiązani do swoich tekstów – do każdego słowa, dla jasności. Przeforsowanie jakichkolwiek zmian wymaga sporej dozy cierpliwości i dyplomacji. Chociaż oczywiście zdarzają się wyjątki. Idąc tym tropem, autorzy z pewnością reprezentują różne temperamenty i charaktery. Zdarzały się Pani jakieś szczególnie interesujące historie związane z kontaktem z pisarzem? Przede wszystkim ważne jest tutaj wzajemne zaufanie. Redaktor jest tak naprawdę pierwszym czytelnikiem i krytykiem, rozsądny autor będzie brał pod uwagę jego sugestie co do spójności fabuły, sposobu prowadzenia postaci, realiów itd. Pamiętam książkę „odchudzoną” po redakcji o jedną trzecią objętości. W innej z kolei autor uśmiercił jednego z głównych bohaterów i już w następnym rozdziale zdążył o tym zapomnieć. Czasem gubią się wątki czy postacie, czasem redaktor podsunie jakąś puentę. Autorzy miewają bardzo różne podejście do swojej pracy, jedni dopieszczają tekst w każdym detalu, inni oddają do redakcji prawie że pierwszy szkic. I różne są też oczekiwania autorów co do współpracy z redaktorem. Zdarzają się tacy, z którymi trzeba negocjować każdy wstawiony przecinek, a bywa też, że autor daje redaktorowi wolną rękę i nawet niespecjalnie kontroluje zmiany, chociaż trzeba przyznać, że takich sytuacji jest mniej. Większość śledzi jednak poczynania redaktora do ostatniego szlifu. A że się przy tym ścierają temperamenty, to chyba naturalne. Zwykle autor szuka redaktora, z którym będzie się najlepiej dogadywał, i jeśli już takiego znajdzie, współpracuje z nim na stałe. Chociaż trafiają się też tak Wywiad numeru 

 37


zwani autorzy trudni, co to „aż do Żoliborza mają wszystkich redaktorów poobrażanych”, i problem spada na wydawcę przy każdej nowej książce. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że w drugą stronę też to działa, to znaczy jeśli redaktor traktuje autora z góry i prezentuje postawę „to ja zawsze mam rację, a w ogóle to sam bym to lepiej napisał” – nie ma szans na dobrą współpracę. Istnieją eksperymenty, aby roboty (sztuczne inteligencje) napisały własną powieść. Póki co, jest to zlepek słów i liter ułożonych w logiczny ciąg. Czy komputery mogą zastąpić zawód korektora? Już teraz Word podkreśla nam błędy ortograficzne, stosuje autokorektę. Ja akurat autokorektę wyłączyłam, jest podstępnie szkodliwa, a sprawdzanie pisowni w Wordzie traktuję jako narzędzie pomocnicze, bardzo przydatne, owszem, ale szans na zastąpienie zawodu korektora przez komputery nie widzę. Podobnie jak translatory kontekstowe nie zastąpią zawodu tłumacza. Sztuczna inteligencja może napisać tekst użytkowy, informacyjny, może podręcznik, ale na pewno nie

38 

 Wywiad numeru

powieść. To znaczy technicznie jest to możliwe, tylko po co? Kto będzie czytał powieść, w której nie ma ducha? Za tymi „literami i słowami ułożonymi w logiczny ciąg” szukamy przecież emocji i drugiego człowieka – nie tylko myślącego, ale czującego. Słowem – aby roboty napisały powieść, którą warto by było przeczytać, musiałyby mieć duszę. Jaka jest wg Pani przyszłość zawodu korektora, albo szerzej, firm wydawniczych? Świat zmienia się dzisiaj zbyt szybko. Dorastałam w rzeczywistości bez komputerów, e-booków, internetu… Trudno powiedzieć, co będzie się działo nawet za dziesięć czy dwadzieścia lat. Ale prawdopodobnie nie przestaniemy się komunikować, więc nie przestaniemy również czytać. Mogą się zmienić formy przekazu, a co za tym idzie metody i narzędzia pracy edytora, jednak nie przekonują mnie pesymistyczne wizje, jakoby książka miała całkowicie pójść w zapomnienie.

Wywiad przeprowadził: Krzysztof Abramowski


Utwór nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla za 2016 rok w kategorii OPOWIADANIE. Tekst zwyciężył w Ogólnopolskim Konkursie Literackim Pióra Falkonu 2016 i został opublikowany w antologii wydawnictwa Fabryka Słów.

Na nocnej zmianie Anna Szumacher Robert Żeromski, doktor fizyki kwantowej i chemii molekularnej, był przeszczęśliwy, kiedy zatrudnili go w Castoramie jako stróża nocnego. To był szczyt jego marzeń, a także prosta droga do sławy, chwały, bogactwa i tytułu profesora. Nie był co prawda pewien, czy oczekiwane granty i Nagroda Nobla zaspokoją go co do bogactwa, ale po co myśleć o kocie Schrödingera przed otwarciem pudełka. A wszystko zaczęło się dwa miesiące temu, kiedy jeden z jego trzeciorocznych, wcale nie wybitnych studentów znowu spóźnił się na poranny wykład i przyszedł z kolejną wymówką. Tym razem Żeromski musiał przyznać, że wyobraźnia chłopaka dobrze się napracowała, kiedy ten utrzymywał, że będąc nocą w pracy i nudząc się jak mops, zaczął łazić po terenie zamkniętej Castoramy i przestawiać różne rzeczy. Odkręcać kurki. Jeździć wózkiem widłowym wokół regałów. Przekładać śrubki i miarki. Otwierać drzwi. Na otwieraniu skończył, bo po pociągnięciu za którąś z kolei klamkę odkrył przejście do pustynnego świata z trzema jasnozielonymi słońcami. Tak nim to wstrząsnęło, że uciekł z pracy i do rana pił u najbliżej mieszkającego kumpla. Żeromski, wykładowca na wydziale fizyki fazy skondensowanej, był w stanie uwierzyć w ucieczkę z pracy i picie do rana u kolegi. Cholera, kiedyś przecież sam był studentem. Ale w świat równoległy, do którego przechodzi się przez drzwi w sklepie? Wolne żarty… – Udowodnię panu doktorowi! – wykrzyknął wtedy student, nadal lekko się za-

taczając. – Przyniosę dowody, a wtedy wszyscy się przekonają! Wybiegł z sali, potykając się w progu i wymachując pięścią w powietrzu. $1 Na następnym wykładzie nie pojawił się w ogóle. Ani na jeszcze kolejnym. W końcu Żeromski, zirytowany wyraźnym ignorowaniem jego przedmiotu, który był przecież najważniejszym wykładem na trzecim roku, zaczepił po zajęciach jednego ze studentów i zapytał, czemu jego kolega nie chodzi na uczelnię.

Twórczość 

 39


– No wie pan – zaczął tłumaczyć Żeromski, zadzierając głowę, by spojrzeć dwumetrowemu dryblasowi w oczy – taki, co się zawsze spóźniał, dorabiał sobie w Castoramie. Jak mu tam… Maciek, Marcin… Duży wyraźnie posmutniał. – To pan doktor jeszcze nic nie słyszał o Marianie? Zaginął dwa tygodnie temu. Nikt nie wie, co się z nim stało. Zupełnie jak kamień w wodę, wszyscy go szukają, rodzina, znajomi… – Pokręcił głową. – Kurde, strach wyjść na ulicę, nawet nie wiadomo, czy jeszcze żyje… Przepraszam, muszę iść na seminarium. – Oczywiście – przytaknął wykładowca, przepuszczając go w drzwiach. Właśnie wtedy, gdy patrzył za oddalającym się dryblasem, w jego głowie po raz pierwszy zrodziło się pytanie: A co, jeśli?… $1 Postanowił zbadać sprawę empirycznie. Poszedł następnego dnia do Castoramy i zaczął otwierać wszystkie drzwi wiszące na wystawie, zaglądać za nie i pod nie, dopóki jakiś pracownik nie zainteresował się, co robi. – A tak sobie tylko oglądam – mruknął speszony wykładowca. – Wie pan, drzwi. Jak chodzą i tak dalej. – Szuka pan czegoś konkretnego? – nalegał człowiek w niebieskich spodniach z szelkami. – Nie, nie. – Żeromski machnął ręką i uciekł do innej alejki. Musiał spojrzeć prawdzie w oczy: w sklepie nie było ani śladu po wejściu do równoległego świata, zresztą jak mógłby być, chyba ktoś by to zauważył. Nie było również śladu po zaginionym studencie. Żeromski postanowił porzucić głupie fantazje i wrócić do swojego spokojnego naukowego życia na politechnice. $1 Plotki rozchodziły się szybko, jak w każdej zamkniętej społeczności. O tym, co znaleziono w mieszkaniu zaginionego Mariana, do40 

 Twórczość

syć szybko zaczęli mówić wszyscy, tak więc wieści dotarły również do Roberta Żeromskiego. A przynajmniej ich strzępy. Na pierwsze natrafił koło toalety. – …znaleźli u niego ukradzione z pracowni sto trzydzieści pięć B przyrządy do mierzenia ciśnienia atmosferycznego i gleby… – grupka studentek dyskutowała dosyć głośno. – Wiecie, jakby się szykował na wyprawę na Marsa. – Podobno na biurku miał rozrysowany plan jakiegoś ręcznie robionego kombinezonu, wszędzie walały się fragmenty folii aluminiowej, taśmy izolacyjnej, pocięty plastik i szkło, no w ogóle totalny burdel. Umilkły, gdy zobaczyły wykładowcę. Żeromski, który broń Boże nie podsłuchiwał, odszedł szybkim krokiem. $1 Koledzy Mariana byli mniej oględni w jego ocenie i nie przejmowali się tym, czy ktoś usłyszy ich zdanie, czy nie. – Zupełnie mu odbiło. Przestał rozmawiać z ludźmi, cały czas tylko misja i misja – mówił ktoś pod oknem. – Japońskie kreskówki wypalają mózg… – Założę się, że poszedł w jakieś prochy i nawet się dupek nie podzielił – stwierdził inny. – Może nie zapłacił i wiecie… – Jeden z chłopaków wykonał przy szyi ruch przecinania. – Albo betonowe buty i do najbliższego stawu. – Albo nawąchał się klejów na nocnej zmianie – zakończył ktoś ze śmiechem. – Ostatnio brał wszystkie nocne dyżury, musiało go strasznie przycisnąć z kasą, znikał w Castoramie o zachodzie słońca i nie wychodził przed świtem… A kiedyś to był taki fajny gość do chodzenia na browara… Żeromski znikł w gabinecie. Od zachodu do wschodu? $1 – Technikum elektryczne – powiedział Żeromski, drapiąc się po dwudniowym za-


roście. – Potem, tego… zarabiałem trochę w Niemczech u kuzyna, robiłem w Londynie, jakieś takie sezonówki. W sumie nic na stałe. Nie żeby można to było wsadzić w ten, no, życiopis. – Przerwał na chwilę, zaskoczony własną kreatywnością językową. – A, i jako stróż nocny to też pracowałem. Tu i tam, jak była potrzeba. Ale dobry jestem, solidny i nie piję, słowo! – dodał, patrząc w oczy jednego z pracowników Castoramy, zajmującego się rekrutacją. – Może znajdzie się jakaś robota? Z tabliczki wynikało, że rekrutuje go Zenon Śmigalski. Zenek, dobre, mocne imię. – No, możemy spróbować – powiedział w końcu Zenon, zerkając na dokumenty rekrutacyjne i list motywacyjny najeżony błędami ortograficznymi. Westchnął. – Na okres próbny. Akurat zwolniło nam się jedno miejsce stróża nocnego, a nikt się jeszcze nie znalazł na jego stanowisko. Kiedy może pan zacząć? Żeromski z bólem pomyślał o jutrzejszym wykładzie o ósmej rano. Ale były rzeczy ważne i ważniejsze. – Dzisiaj! – powiedział stanowczo. Sprawdzi te cholerne drzwi dla spokoju ducha i więcej się tu nie pojawi. Niespecjalnie obawiał się reperkusji i ewentualnego znalezienia przez władze lub kogokolwiek innego, jako że przedstawił fałszywe CV z nieco zmienionymi danymi. Technikum, dobre sobie… – To niech pan przyjdzie o dwudziestej drugiej, zmieni pan innego pracownika. – Jasne, szefie! – Żeromski włożył w to zdanie całe swoje serce. – Będę! $1 Castorama po zamknięciu wyglądała trochę upiornie i bardzo, bardzo cicho. Obsługa już dawno opuściła halę, podłogi lśniły czystością, a odgłos kroków Żeromskiego i pracownika, którego miał zmienić, niosły się echem po olbrzymim pomieszczeniu. – Paweł jestem. Powiem ci o najważniejszych rzeczach i spadam do młodej żonki – mówił mężczyzna. – Alarm działa tylko

na drzwi wejściowe, więc możesz spokojnie chodzić po wnętrzu. A jakby coś się działo, na przykład pożar, to kod jest zero, zero, zero, zero. Ogólnie możesz siedzieć w okolicy informacji czy reklamacji, ale raz na godzinę, no, mniej więcej, rób obchód. To nie jest jakaś cholernie trudna praca, możesz sobie przynieść krzyżówki albo mały telewizorek. Kamery niby są, ale nie nagrywają, pokazują tylko obraz w czasie rzeczywistym, więc się w ogóle nimi nie przejmuj. Cholera, nie powinienem był tego mówić. – Nie ma sprawy – uspokoił go Żeromski. – Mam wybiórczy słuch i akurat tego nie słyszałem. – To dobrze – zaśmiał się Paweł. – To ja spadam. Koło szóstej powinien przyjść kolejny, żeby cię zmienić. I nie przejmuj się, na początku tutaj wszystko brzmi dosyć niepokojąco, drewno trzaska, podkładki się obsuwają, ten budynek żyje nocą, ale na pewno nie ma tu żadnych duchów. Po jakimś czasie się przyzwyczaisz. – Dzięki, stary. Ta praca dużo dla mnie znaczy – zapewnił go doktor fizyki. – To ja spadam – powtórzył Paweł, odwrócił się i po chwili znikł za drzwiami. $1 Robert Żeromski został zupełnie sam, nie licząc duchów przeszłości i wielkich nadziei. Było kilka minut po dziesiątej, a to oznaczało, że miał osiem godzin na sprawdzenie wszystkich zakamarków Castoramy. Jeśli nic nie znajdzie, będzie miał jeszcze czas na porządną drzemkę. Bez wahania skierował się w stronę alei, w której wisiało kilkadziesiąt par drzwi. Były wewnętrzne i zewnętrzne, drewniane i metalowe, pełne i przeszklone. Brzydkie i ładne. A za którymiś z nich… Nacisnął klamkę i pociągnął pierwsze z brzegu drzwi. Za nimi znajdował się tylko podtrzymujący stelaż i metalowa ściana. Niezniechęcony pierwszą porażką Żeromski zaczął otwierać kolejne; drugie, trzecie, czwarte… Przy piątych zaczął wyrzucać Twórczość 

 41


sobie własną głupotę i naiwność, i właśnie wtedy dotknął okrągłej, lśniącej metalowej gałki, która okazała się lodowato zimna. Zaskoczony przekręcił złotawy metal i z rozmachem pociągnął za uchwyt. Po drugiej stronie przejścia szalała śnieżyca i, prawdę mówiąc, niewiele było widać. Żeromski zamarł, patrząc na przewalające się sterty śniegu i delikatny zarys wysokich gór na horyzoncie. Zamknął drzwi. Otworzył. Śnieg nadal padał. Zatrzymywał się na granicy framugi, jakby jakaś bariera powstrzymywała go przed wpadaniem do wnętrza sklepu. Kierując się odruchem, doktor fizyki i chemii włożył dłoń przez metalową ramę i wyciągnął ją w tym samym momencie, czując, jak ciało przymarza mu do kości. Zachowałem się bardzo nieprofesjonalnie, zganił się w myślach, trąc przemarzniętą w kilka sekund rękę. A więc jednak sława i bogactwo! – miał ochotę krzyknąć, kiedy inna myśl przykuła jego uwagę. Zaraz, zaraz… Ten student mówił coś o pustyni, czyżby występowały aż takie różnice temperatur? Podbiegł do następnych drzwi i otworzył je gwałtownie. Z wewnątrz wyglądała na niego gwiaździsta noc. Nawet nie zamykając poprzednich, zaczął otwierać na oścież kolejne i kolejne, po obu stronach długiego i wysokiego korytarza. A wewnątrz co którejś z otworzonych przestrzeni zamiast sklepowych półek natykał się na co innego: zielone pola, bujną dżunglę, słoneczną prerię, drzewa w deszczu, wielki wodospad, noc nad urwiskiem, słoneczną plażę, lodowiec, jaskinię i w końcu trzy zielone słońca

42 

 Twórczość

i dwa niebieskie księżyce zawieszone wysoko nad pustynią. Zatrzymał się przy końcu alei, z dłońmi opartymi na kolanach, niezdolny do złapania tchu. Dopiero po jakimś czasie odważył się odwrócić głowę i spojrzeć przed siebie w długi korytarz. Chyba będzie potrzebował pomocy. Drżącymi dłońmi wyciągnął telefon z kieszeni i zastanowił się głęboko. Do kogo mógłby… kogoś godnego zaufania, lekko szalonego i potrafiącego trzymać gębę na kłódkę… W końcu zdecydował się na dwie osoby i wybrał pierwszy numer. Po kilku sygnałach rozległ się zaspany głos: – Robert, kuźwa, czy ty wiesz, która jest godzina?! – Godzina chwały… – wychrypiał Żeromski w słuchawkę. $1 – Zero, zero, zero, zero – powtarzał półgłosem Żeromski, wystukując o drugiej nad ranem kod do bocznych drzwi. Za nimi, paląc papierosa, stał Adam, jego najlepszy przyjaciel jeszcze z czasów studenckich. – Doszedłem do wniosku, że nic mi tak nie poprawi nastroju jak obudzenie kogoś innego w środku nocy. Więc zdążyłem zirytować kilka osób i przyprowadziłem pomoc – powiedział, wskazując jeszcze troje kolegów, ziewających i pocierających ramiona z wyrazem niedowierzania na twarzy. Pewnie każde z nich zastanawiało się, jak dało się namówić na to szaleństwo i co tu właściwie robi.


– Ale czy… – zaniepokoił się Żeromski. – Ręczę za nich – odpowiedział Adam. – Sama śmietanka, której jeszcze nie wyłapali goście z psychiatryka. Nieraz udowodnili, że można na nich polegać. A jeśli to, co mówisz, jest prawdą, przyda ci się każda para rąk. I jak najwięcej sprzętu. To jest Michał, tamten zmarznięty to Krzysztof, a to w kapturze to Anka. Każde z nich obudzone w środku nocy wyrecytuje ci tablicę Mendelejewa, choć pewnie Ance musiałbyś za to zapłacić. Interesowna kobitka, ale spec w swoim fachu. Możemy wejść? Zimno… – Jasne. – Żeromski odsunął się od drzwi, wpuszczając przybyłą czwórkę do sklepu. – Alejka czterdzieści dwa. – Dobra, to jedziemy z tym koksem. – Kobieta przedstawiona jako Anka ściągnęła kaptur i ruszyła w głąb sklepu. – No już, panowie, ruchy, ruchy! Nie mamy całej nocy! Posłusznie podążyli za nią. $1 Żeromski pokazał swoim wspólnikom, co odkrył. – Mam tu wszystko rozpisane i ponumerowane. – Machał plikiem kartek. Wolną dłonią nacisnął klamkę. – O, proszę. Numer siedem. „Wodospad”. Szarpnął. Po drugiej stronie była ściana wody – szumiąc i porykując, spływała za framugę i znikała w innym świecie. – O cholera – wyrwało się Krzysztofowi, który odruchowo wyciągnął rękę w stronę wodospadu. – Nie dotykaj! – Robert szybko zamknął drzwi. – Kto wie, czy to nie jest silnie żrące. – Nie wspomniał o tym, że sam prawie odmroził sobie rękę. – Nie miałem przecież ani czasu, ani sprzętu, żeby to zbadać. Sami rozumiecie, mamy ograniczone możliwości, w środku nocy, w Castoramie. – Gdyby tak można było przebadać to w warunkach laboratoryjnych… – rozmarzył się Michał. – A nie można? – zapytała Anka.

– No jak? – Adam uśmiechnął się sarkastycznie. – Wy tak serio? – Kobieta popatrzyła zdumiona po towarzyszach. – A odkręcić tego i wynieść to, przepraszam, nie można? Podmienić na jakieś inne drzwi? Przecież to tylko głupia ruchoma wystawa. Adamowi ugięły się kolana. – Kobieto, wyjdź za mnie! – zawołał, uciszony szybko przez rozglądającego się trwożliwie Roberta. – Później, Adam. – Machnęła ręką. – Teraz trzeba jakoś ściągnąć te drzwi. Ktoś wie, jak to jest zamocowane? $1 – No dobra, ale warto było spróbować. Siedzieli zniechęceni na podłodze, po dobrej godzinie szarpania się z drzwiami, za którymi znajdował się świat oznaczony jako „Dżungla”. Kiedy w końcu udało im się zdjąć ze stelaża przejście do innego wymiaru, okazało się, że drzwi wróciły do swoich normalnych właściwości i po otwarciu pokazywały tylko wnętrze sklepu. Przechylali je, stawiali w innych miejscach, potrząsali nimi i kładli w poziomie. Nic nie działało. Po równie mozolnym i długotrwałym zawieszaniu drzwi na miejsce ciemnozielony las wrócił. Przez otwarte przejście widzieli, jak nad dżunglą przeleciało coś, co mogło być niebieską papugą z głową ryby. – Przynajmniej go nie zepsuliśmy – westchnął Żeromski. – Przynajmniej wiemy, że jest tam powietrze – dodał Adam pocieszająco. – No nie wiem – burknęła wciąż spocona Anka. – Cholera wie, czym to coś oddychało. Tej nocy odechciało im się dalszych eksperymentów. Wciąż byli pozytywnie zszokowani, ale jednocześnie zmęczeni i lekko zniechęceni. – O której jutro? – zapytał Adam na odchodnym. Żeromski zastanowił się.

Twórczość 

 43


– Koło dziesiątej, jedenastej? I pomyślcie, kogo ewentualnie można by wciągnąć w projekt. – I skąd wziąć przyrządy badawcze – dodał Michał. – Może nie da się wynieść tych światów, ale przecież taki drobiazg nas nie powstrzyma! Podniesieni na duchu naukowcy rozjechali się do domów. Robert zamknął za nimi drzwi i wrócił na stanowisko stróża. Rano z lekkiego snu obudziły go kroki zmiennika. $1 Od odkrycia drzwi minęły ponad dwa tygodnie. O tym, że dzieje się coś niecodziennego, mogliby co nieco powiedzieć studenci doktora Żeromskiego, traktowani ostatnio wyjątkowo ulgowo przez wykładowcę, który zamiast katować ich formułkami, drzemał na zajęciach, oraz właściciele sklepów zoologicznych w całym województwie, którzy do ostatniej wyprzedali białe myszki. Także mieszkańcy bloków stojących niedaleko Castoramy, wyprowadzając wieczorem psy, mogli zaobserwować podejrzany ruch pod sklepem dawno po jego zamknięciu. Anka już drugiej nocy stwierdziła, że pozostawianie aut na pustych miejscach postojowych pod marketem szybko ściągnie im na kark policję albo zarządzających sklepem. Dlatego też między okolicznymi blokami około dwudziestej drugiej zaczynały pojedynczo parkować zupełnie nieznane mieszkańcom osiedla samochody. Wysypywali się z nich ludzie w okularach, ściskający w dłoniach metalowe teczki lub niosący pudła o dziwnych kształtach. Przebiegali przez parking i wpadali do wnętrza Castoramy, czujnie rozglądając się na boki. Wewnątrz sklepu szybko kierowali się do alei z drzwiami, gdzie rozbrzmiewały podekscytowane głosy. – No wreszcie – westchnął Robert Żeromski, kiedy jedna z rozstawionych na korytarzu maszyn pisnęła trzykrotnie. – Czy ktoś może zapisać? Michał, tak? Czym się zajmujesz?

44 

 Twórczość

– Ja… ja jestem biologiem, ale tutaj to drzwiami numer trzy i siedem. Znaczy, dokładniej rzecz biorąc, glebą. – A, nie, wyniki są z ósemki. Kto jest od ósemki? Halo?! Nie róbcie przestojów! Nie mamy całej nocy! – Żeromski powtórzył nieświadomie hasło przewodnie jedynej kobiety w grupie. Obok niego stał dryblas w niebieskiej dżinsowej kurtce. – Suszarnia jest zajęta – mówił do grubasa w białym fartuchu. – Tosty z serem się robią. Jak będą gotowe, możesz tam wsadzać swoje próbki, ale wcześniej zapomnij. – Ale… – Zapomnij, mówię! Niedaleko, siedząc za przyniesionym z działu ogrodniczego stolikiem, całkowicie zawalonym notatkami, doktor fizyki jądrowej mamrotał do profesora chemii: – …ale warto zwrócić uwagę, że wraz ze wzrostem ciśnienia dawka promieniowania zmniejsza się, tak więc w dzień, który trwa według obliczeń czternaście godzin i cztery minuty, warstwa atmosfery ulega poszerzeniu. – Hm… – mruknął tylko ten drugi. – Czy ktoś ma wyniki neutronków z DAN-a? – rozległo się z końca korytarza. – Ósemka od gleby! – rozdarł się znowu Żeromski. – Jestem, jestem! – W końcu zjawił się jakiś chudzielec z wyraźnymi zakolami na czole, podciągał właśnie spodnie. – Trzymaj. – Żeromski podał mu jeszcze ciepły wydruk. – Nie znikaj tak albo wyznacz zastępcę. Kto następny do badań? Czwórka? Chudzielec szybko zlustrował wzrokiem wynik badania. – Woda, siarka, chlor… – mruczał pod nosem, odchodząc w głąb korytarza. Po drodze minął jednego ze starszych naukowców. – Prędkość wiatru, kierunek wiatru – sprawdzał tamten, stawiając ptaszki na papierze. – Ciśnienie powietrza, wilgotność względna, temperatura powietrza, temperatura gruntu… a, jest. Temperatura grun-


tu. Intensywność promieniowania ultrafioletowego… – Praca wre, no nie? – Przy Żeromskim przystanął jego przyjaciel, chrupiąc tost. – To będzie odkrycie, które przewróci dotychczasową naukę do góry nogami. Będziesz kolejnym Einsteinem. Albo Newtonem. – A może w końcu Żeromski przestanie być kojarzony wyłącznie z nudną literaturą szkolną – odpowiedział przywódca akcji badawczej. – Spójrzmy prawdzie w oczy, bez ciebie nic by z tego nie wyszło. Razem zdo-

będziemy świat. Jak Żwirko i Wigura, dostaniemy pomniki, nazwą ulice na naszą cześć… Adam Mochomorski uśmiechnął się pod nosem. A podobno Robert nie był marzycielem i idealistą. – Żwirek kręci z Mochomorkiem? – spytała Anka, przechodząc obok ze stertą pudeł i puszczając w ich stronę oko. Żeromski uśmiechnął się, natomiast Adam lekko poczerwieniał. – Pomogę ci! – Szybko przełknął ostatni kawałek tostu i pobiegł za nią. $1 Badania dwunastu w sumie światów trwały co noc, od godziny dwudziestej trzeciej, kiedy to nocny cieć Robert zamieniał się w naukowca Żeromskiego i wpuszczał kolegów do środka Castoramy, do godziny piątej rano, gdy na dźwięk gwizdka wszyscy w panice pakowali się i uciekali, zanim któryś z pracowników porannej zmiany pojawił się w sklepie. Szłoby im o wiele szybciej, gdyby nie niedobory w sprzęcie, który i tak w większości „pożyczali” z jednostek naukowych, w których pracowali, i fakt, że co noc musieli rozstawiać wszystko od nowa. Cierpiała na tym również ich reputacja w dziennej pracy oraz stosunki towarzyskie i rodzinne. Naprawdę trudno było im logicznie wytłumaczyć, gdzie znikają na całe noce. Ale żaden z nocnych badaczy nie żałował swojego postępowania ani przez chwilę. Wiedzieli, że to, co teraz robią, jest niepowtarzalne. Porównywalne do udanego lądowania człowieka na Księżycu. I że ich nazwiska zapiszą się w historii świata. Staną się nieśmiertelni. A jak wszystko pójdzie dobrze, patrząc już z praktycznego punktu widzenia, również obrzydliwie bogaci. Musieli tylko… $1 …przeżyć okres badań. Po kolejnych trzech tygodniach mozolnego studiowania dwu-

Twórczość 

 45


nastu odkrytych światów, dwóch pozwach rozwodowych, trzech zwolnieniach z dziennej pracy, kilku zasłabnięciach, jednym załamaniu nerwowym oraz jednym niegroźnym wybuchu i niezliczonej wręcz ilości awantur urządzanych przez mężów, żony, teściów, dzieci, pracowników i współpracowników nocni badacze doszli do pewnych wniosków. – Przy obecnych środkach finansowych oraz sprzęcie, jaki posiadamy lub możemy zdobyć, musimy odrzucić dalsze badanie następujących drzwi – zaczął szef Ekspedycji Castoramiańskiej Robert Żeromski. – Pięć, kod badawczy „Preria”, z powodu zbyt wysokiej temperatury, przy której ścina się białko. Wykazały to badania temperatury powietrza wykonane za pomocą sprzętu z uniwersytetu kolegi Zbigniewa oraz jedna martwa mysz. To samo z numerem sześć. Niegroźnie wyglądające opady w obiekcie badawczym „Las” okazały się silnie żrące dla wszystkiego, co próbowaliśmy wstawić do środka, nie tylko dla obiektów biologicznych, ale również plastiku i metalu. Jak wiecie, wstępne badania były przeprowadzane przy „słonecznej” pogodzie, dlatego nasza czujność została uśpiona i podczas opadów straciliśmy jeden chromatograf gazowy. Numer konta, na które przyjmujemy wpłaty za sprzęt kolegi Romka, podam na koniec spotkania Przerwał na chwilę i podrapał się po głowie, przyglądając się uważnie słuchaczom. Jedenastu śmiałków, którzy zmienią historię świata i postrzeganie rzeczywistości. Kto by pomyślał, że tyle prawdy kryje się w słowach, że wszystko jest względne… Rozmyślania przerwało mu kaszlnięcie jednego ze współpracowników. – A tak. – Spojrzał na kartkę. – Nie wiemy, co jest za wodospadem w numerze siedem, niestety, wszystkie łaziki pozostają poza naszym zasięgiem, a samochodzik na baterie synka Michała nigdy nie wrócił. Odpada dziewiątka, toksyczne opary nad „Plażą” są chwilowo nie do pokonania. Tak samo jedenastka, „Jaskinia”. Niby wszystkie badania w normie, ale dwie myszy, wstawione 46 

 Twórczość

w różnym czasie, wybuchły w momencie przetransportowania przez framugę. Nawet nie było czego badać, wszystkie resztki biologiczne wyparowały. Możemy przypuszczać, że dwunastkę, „Zielone Słońca”, próbował zbadać ktoś przed nami, jednak wszelki słuch po nim zaginął. Świat jest w każdym razie otwarty na dalsze badania. Uczcijmy minutą ciszy pamięć naszego młodego, choć zapalczywego kolegi Mariana. Przez chwilę było słychać tylko posapywanie i sporadyczny kaszel. – Dobrze, a teraz konkrety. – Twarz Żeromskiego rozjaśniła się w uśmiechu. – Pozostają nam światy numer jeden, dwa, trzy, cztery, możliwe, że siedem, osiem, dziesięć i dwanaście, co daje nam… osiem dużych obiektów krajobrazowych do zbadania. Niech każdy z was przemyśli, czy czuje się na siłach, żeby podjąć osobiste badanie jednego ze światów. Wiemy mniej więcej, jakie są tam warunki atmosferyczne, grawitacja, różnice temperatur i przy odpowiednim sprzęcie, który jesteśmy w stanie zgromadzić własnymi siłami, te światy są możliwe do empirycznego i bezpośredniego badania. Nikogo oczywiście nie zmuszam do stawiania tak wielkiego kroku dla ludzkości. – Przerwał dla lepszego efektu. – Jednak ciąży na nas obowiązek wobec cywilizacji i historii, by przekazać światu dokładne i prawdziwe wyniki naszych działań. Dlatego jeśli ktoś z was się zdecyduje, niech pozamyka swoje sprawy. Nie mogę dać gwarancji, że wszystko pójdzie gładko, ale już teraz jesteście bohaterami… Wziął głęboki oddech. Układał to przemówienie od dwóch dni podczas dyżuru na uczelni. Chyba wyszło całkiem nieźle, o ile mógł to ocenić nieszczególnie humanistycznym umysłem. Tym razem cisza była dłuższa. Kilku naukowców zaczęło się niespokojnie kręcić na zbudowanych naprędce ze sprzętów sklepowych siedziskach. – A co mi tam, jak to mówią, ryzyk-fizyk – odezwał się nagle magister fizyki Marcin Wroński. – Żony nie mam, dzieci też, za-


rabiam tysiąc trzysta na rękę, i to jeszcze na umowę o dzieło. Jak mam do wyboru wyjazd do Niemiec albo to, zawsze wybiorę przygodę jak z Lema. Co poradzę, idealistą jestem… I właśnie ten człowiek przełamał uprzedzenia i niepewność wszystkich. – To ja wybieram drzwi numer jeden, góry to moja miłość! – zawołał ktoś z tyłu. – Albo ostatecznie dziesiątkę, z lodowcem! Zawsze chciałem iść na biegun. – Zaklepuję sobie niebieskie księżyce nad pustynią! – powiedział zdecydowanym głosem przyjaciel Żeromskiego, ten sam, który nieco ponad miesiąc temu pytał niegrzecznie przez telefon o powód dzwonienia o tak późnej porze. Mochomorski poczuł się właśnie jak bohater literackiej epopei. Oczy zaszkliły mu się wyraźnie, kiedy przypomniał sobie własne studia, spędzane na piciu bimbru i czytaniu książek fantastycznych. To dopiero były czasy. Wciąż będąc w podróży sentymentalnej, powiedział ledwo słyszalnie, oczami wyobraźni widząc własne wspaniałe przygody: – Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał w ślad za nim… Żeromski przyglądał się temu pospolitemu ruszeniu z mieszaniną ciekawości, radości i zdumienia. Sam chyba nie miałby odwagi przejść przez którekolwiek z tych drzwi. Był teoretykiem. Znał się na liczbach i wykresach, ale zatrudnienie się w Castoramie było prawdopodobnie szczytem jego możliwości, jeśli chodzi o niecodzienne działania. – Jutro wszyscy mają wolne! – zawołał ponad rosnącym gwarem głosów. – Spotykamy się pojutrze o tej samej porze! $1 – Nie zapomnijcie o rzeczach niezbędnych do wyprawy: ubraniach i jedzeniu – powtarzał szef ekspedycji za każdym razem, gdy ochotnicy szykowali się do konkretnych wypraw. – To samo ze sprzętem. I pamiętajcie, że możecie się dowolnie zaopatrywać

tutaj, na miejscu. Każdy musi czymś znaczyć drogę do drzwi, żeby wiedzieć, dokąd wrócić. Aha, niech wszyscy wezmą dwa zegarki, jeden elektryczny, drugi na baterie, a jak macie mechaniczny, to już w ogóle najlepiej. Nie wiadomo, który akurat zadziała. Jak czegoś nie będziecie mieli, dzwońcie, do kogo się da! $1 – Jesteś pewien, że chcesz tam iść? – martwił się Robert, siedząc wraz z Adamem na pudle z linami. Dzień, a właściwie noc wyruszenia nadeszła niespodziewanie szybko. – Jak to stwierdził nasz młody kolega, ryzyk-fizyk – odpowiedział Mochomorski, przeciągając się. Miał na sobie spodnie moro i podkoszulkę zespołu Survivor. – Czuję, że to właśnie muszę zrobić. Całe życie czekałem na jakiś znak z niebios, że nie jestem tylko zwykłym przeciętniakiem i zostałem stworzony do wyższych celów. Bardziej wyraźnego sygnału już raczej nie dostanę. Dalsze użalanie się Roberta przerwała Anka, rzucając między nich wypakowany stary plecak. – Cześć, tygrysie. Gotowy do drogi? Brwi Żeromskiego i Mochomorskiego jednocześnie powędrowały do góry. – Kto? – zapytał Robert. – Ja? – zakończył zdumiony Adam. – Survivor? Superhit „Eye of the tiger”? Błagam, nie mów, że jesteś jednym z tych gości, którzy noszą T-shirt z nazwą zespołu, bo ma fajny obrazek – powiedziała, robiąc kilka przysiadów. – Nie jestem – zapewnił ją Mochomorski. – To dobrze, bo już chciałam odwołać kolację ze śniadaniem na pustyni. Widzimy się przy dwunastce. – Chwyciła plecak i ruszyła do alejki z drzwiami. – Nie mówiłeś, że coś jest między wami! – zdenerwował się Żeromski, kiedy tylko kobieta znikła za rogiem. Adam siedział z otwartymi ustami. W końcu zamknął je za pomocą dłoni. – Sam się dopiero dowiedziałem. Nie ma mowy, żebyś mnie powstrzymał przed pójTwórczość 

 47


ściem do równoległego świata! Sam widzisz, znaki, same znaki! Zerwał się ze skrzyni. – Idę jeszcze wziąć z półek kilka rzeczy, które mogą nam się przydać. Nie masz nic przeciwko? – Ja? Skąd – odpowiedział Żeromski. – Jestem tu na fałszywych papierach, teraz kartoteka już tylko rośnie. – Machnął ręką. – Idź, idź. – Dzięki! $1 Ocenili ryzyko dokładnie. Rozpisali wszystkie wady i zalety. Mieli dokładny plan oparty na regułach stworzonych przez NASA. Przeprowadzili działania mające zminimalizować straty i byli przygotowani na wszystko, co mogło ich spotkać w innych światach. We wszystkich, tylko nie w tym, w którym sami żyli. $1 Miniwyprawy jedno- i dwuosobowe po kolei znikały za drzwiami, znacząc swoją drogę powrotu i przysięgając na życie własne, matek, ojców i członków rodzin na trzy pokolenia w każdą stronę, że znajdą się pod tymi samymi drzwiami za dwadzieścia cztery godziny. W końcu okazało się, że większość postanowiła iść. Z jedenastki, która przeprowadzała badania, z Żeromskim postanowiła zostać tylko dwójka: jedno miało dziecko, a drugie całkiem atrakcyjnie rozwijającą się karierę pisarską. – Wrócimy, zanim się obejrzysz – powtarzał po raz któryś Adam, zerkając przez ramię na kobietę, z którą miał iść. Siedziała już z nogami zwisającymi przez framugę i wyraźnie się niecierpliwiła. – No nic, lecę. Przyniesiemy wam próbki, obce formy życia i tak dalej. Zdążył już przejść przez drzwi i je zamknąć, gdy światła w Castoramie nagle rozbłysły jasno.

48 

 Twórczość

– Co, do cholery… – zaczął Robert, zerkając na zegarek. Była dopiero pierwsza w nocy. – Od wielu dni coś tu się dzieje – usłyszeli głos niosący się po hali. – Meldowałam to już wcześniej, panie władzo. Ja tu co wieczór chodzę z pieskiem i… – Dobrze, zaraz to sprawdzimy – odpowiedział inny głos. – Nic się tu nie dzieje, nie zgadzam się na interwencję policji w moim sklepie! – Trzeci głos był wyraźnie zdenerwowany. Robert nie stracił głowy. – Schowajcie się gdzieś – rzucił w stronę dwójki naukowców stojących obok niego – a ja do nich pójdę. – Ale co zrobimy z tym? – Medyk-pisarz zatoczył ręką koło, pokazując na poustawia-


ne po całej alejce sprzęty badawcze i narzędzia oraz nadmiar ekwipunku, wszystko zostawione przez badaczy. – Robert! Robert, gdzie jesteś? – wołał pracownik Castoramy. Po sile głosu dało się stwierdzić, że zbliżał się do alei z drzwiami. – Cholera, nie mogę być aresztowany, nie teraz! – syknął Żeromski. – Potrzebuję jeszcze dwudziestu czterech godzin! – Szybko, do trójki! Schowamy się tam i przeczekamy! – Jeden z naukowców rzucił się do uchylonych drzwi. – Ale jak wrócimy? – pisnął pisarz. – Ta bariera… – Wystarczy, że jeden z nas wystawi kawałek stopy albo palec, wtedy nadal będzie miał kontakt z tym światem i jak sobie pójdą, to wyjdziemy – nalegał jego kolega, stojąc już na zielonym polu i ponaglająco machając do nich ręką. – Szybko nie znikną, jak to wszystko znajdą – mruknął Robert, podążając za wspólnikami przestępstwa. – Lepsze to niż noc w areszcie. Musimy tu zostać, żeby wyciągnąć innych. Do środka, już! Zdążyli przymknąć drzwi do świata, w którym się schronili, gdy w aleję czterdzieści dwa wszedł policjant z rozbudzonym już pracownikiem sklepu. – Co, do… – Ależ tu macie burdel – zauważył mundurowy. – Nie było tego wieczorem! – Drugi mężczyzna zdenerwował się jeszcze bardziej. – Robert! Rooooobeeeeert! – A nie ma jakiejś krótkofalówki? Jak sprawdzacie, co robią wasi ludzie w czasie pracy? – mruknął policjant, oglądając stojące na podłodze pudła. – Same uczelniane sprzęty, zobacz pan, Politechnika Warszawska, Łódzka, Uniwersytet Wrocławski… Mają nawet plakietki z numerami sal. Podejrzane to wszystko… Rozejrzał się dookoła. – Dobra, zadzwonię po kolegów. Jutro państwo nie otwierają. Trzeba zabezpieczyć teren i dowody – powiedział w końcu. – A za

tym waszym Robertem, jak będzie trzeba, roześlemy listy gończe. Macie gdzieś jego papiery i zdjęcie? – Tak, wszystko jest w administracji… – Z kierownika zmiany uszło całe powietrze. – Jakieś przekleństwo z tymi pracownikami z nocnej zmiany, to już drugi w tym kwartale… – Życie – skwitował policjant i ruszył wzdłuż alei. Odruchowo, z wrodzonej pedanterii, zamknął uchylone drzwi wiszące na wystawowym regale. Nieoliwione zawiasy jęknęły jak ranny człowiek. Policjant schował dłonie w kieszenie i czym prędzej ruszył za pracownikiem Castoramy. Nigdy więcej nie weźmie nocnej zmiany. Co za upiorne miejsce, kiedy jest takie zupełnie puste. Człowiek aż się boi pomyśleć, co kryje się za najbliższymi drzwiami.

Twórczość 

 49


Za sfinansowanie niniejszego numeru pisma dziękujemy:

Patronat medialny nad pismem objęli:

Toster Pandory


Wystawa litografii Dom Słów, październik 2016


Lapsus calami nr 5  

Bodajże od stycznia 1999…, Biały reportażysta na egzotycznym kontynencie, Tłumaczyć każdy może?, Korektor – zawód (nie)potrzebny?, Kim jest...

Advertisement