Issuu on Google+

INDEKS 379891

8,90 pln (w tym 7% VAT)

CD GRATIS:

04 (67) czerwiec 2009

TRUST YOUR BRAIN

POLSKA

FEST

NA zabawy na powietrzu

DJ VADIM

PEACHES

drugie życie

brzoskwinia z kremem

beth i spółka

GOSSIP

04(67)

czerwiec 2009

8,90 pln (w tym 7% VAT)

KAMP!

CRAZY P

FLYING LOTUS

SCRATCH PERVERTS

THE FIELD

XDS

PARISTETRIS

MOCKY


16

laif na fest LETNIE ZABAWY CZAS ZACZĄĆ

18

the gossip

<---------

JAK TO MOŻLIWE, ŻE DZIEWCZYNA, KTÓRA NIE MIEŚCI SIĘ W GŁOWACH ORTODOKSYJNYCH FASHIONISTÓW, ZOSTAŁA IKONĄ WŁASNEGO, NIEPOKORNEGO STYLU I JEDNĄ Z NAJBARDZIEJ POŻĄDANYCH CELEBRITIES OSTATNICH LAT?

<---------

WIELKA GWIAZDA OPEN'ERA

22

scratch per verts

32

”GRAFOMANI“ NA BOOGIE BRAIN

24

nasza płyta

flying lotus

LATAJĄCA GWIAZDA NOWEJ MUZYKI

28

crazy p ”ORGANICZNE“ GRANIE NA AUDIORIVER

36

peaches

44

xds

*--------<

DOJRZAŁY OWOC

dj vadim WSZYSTKO OK

OFFOWE POLA

34

TRUST YOUR BRAIN

40

the field

46

GAŻE ARTYSTÓW

paristetris POLISHPOP

-------<

48 -----------------

kamp! GORĄCE TRIO

Nasza kultura produkuje tyle obrazów, dźwięków i opinii, że tak naprawdę już nie ma kto tego konsumować.

51

recenzje muzyczne SUBIEKTYWNE OPINIE

74 WYDAWCA Media Advertising Sp. Z o.o. ul. Locci 30, 02-928 Warszawa

REKLAMA Ilona Kaczmarska ilona@laif.pl tel. 022 852 26 54

DYREKTOR GENERALNA Anna Rozwadowska

OKŁADKA FOTO: SONY MUSIC

REDAKTOR NACZELNY Przemek Karolak przemek@laif.pl

DRUK Zakłady Graficzne „Taurus”

PROJEKT GRAFICZNY PRZYGOTOWANIE I SKŁAD Positivo Consulting

ADRES REDAKCJI ul. Locci 30, 02-928 Warszawa tel. 022 852 17 31, fax. 022 899 29 45

laifquest SLG W OGNIU PYTAŃ

WSPÓŁPRACOWNICY Norbert „Bert” Borzym, Andrzej Cała, Jarek „dRWAL” Drążek, Marcin Flint, Paweł „r33lc4sh” Hadrian, Marcin „Harper” Hubert, Łukasz Iwasiński, Jarek Jazz Angelika Kucińska, Łukasz Lubiatowski, Piotr Nowicki, Tomek Rawski, Sebastian Rerak, Jacek Skolimowski („Dziennik”), Maciek „Maceo” Wyrobek

Redakcja nie odpowiada za treść reklam, nie zwraca materiałów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do skracania i redagowania tekstów. Rozpowszechnianie materiałów redakcyjnych bez zgody Wydawcy jest zabronione.


*

*

---------------<

-----*

PS Cieszymy się, że nasza nowa makieta przypadła wam do gustu (przynajmniej tym, którzy się do nas odezwali). A to jeszcze nie koniec...

PISZCIE: przemek@laIF.PL

N

edytorial

*

LAIF NA FEST

iezmiennie co roku, tak jakoś pod koniec czerwca, nachodzi nas delikatne mrowienie w stawach skokowych. Jakby tego było mało, mamy trudności z zebraniem myśli, kładziemy się nad ranem i wstajemy w południe, miast nowalijek hurtowo kupujemy paprykarz szczeciński, piwo przelewamy do plastikowych kubków i łapiemy się na tym, że przechodząc obok toi-toi’a, wzdychamy nostalgicznie. Nie, nie, to nie oznaka starości, to odwieczny pęd ku doznaniom, jakich nie doświadczamy na co dzień. Wakacje mają to do siebie, że bez względu na wiek pozytywnie konotują. Kiedyś kojarzyły się z kolonijnymi miłostkami, smarowaniem klamek pastą do zębów, względnie szczeniackimi wypadami pod namiot – pierwszym pawiem, kacem czy zabawami z koleżankami w śpiworze, teraz wszystko sprowadza się do jednego – letnich festiwali. Jeszcze kilka lat temu mogliśmy ekscytować się ledwie kilkoma eventami, które w większości poziomem organizacji i atrakcji nie ustępowały gminnym dożynkom czy świątecznym odpustom. Z zazdrością spoglądaliśmy na Duńczyków, Anglików czy Hiszpanów, którzy mieli swoje Mekki – Roskilde, Glastonbury i Sónar, i nawet przez myśl nam nie przeszło, że już za chwilę to oni będą nam zazdrościć. Przez ostanie kilka lat dorobiliśmy się kilkunastu imprez plenerowych. Niektóre obrosły zasłużoną legendą, inne starają się jak mogą, są takie, które mają wielkie ambicje, ale i takie, które nie wytrzymują presji. Jak co roku, przygotowaliśmy dla was ściągę najlepszych polskich festiwali. Z niektórymi znamy się od dawna (Open’er, Audioriver), z innymi krótko, ale intensywnie (Boogie Brain), z kolejnymi dopiero się badamy (Off, Nowa Muzyka), ale za te wszystkie znajomości ręczymy głową – możecie polegać na nich, jak na najlepszym fumflu. Nie mogliśmy nie wspomnieć w magazynie o nowej płycie naszej ulubienicy Peaches, której nauki najwyraźniej poszły nie tyle w las, co na dyske, i DJ Vadima, z którym ostatnio los mocno pogrywał, ale który nie dał się draniowi i wraca megapozytywną produkcją. Oczywiście kilka stron oddajemy naszym rodzimym twórcom, tym razem wirtuozerskiej grupie ParisTetris i najgorętszej formacji ostatnich miesięcy Kamp! Naszą płytę, która jest swoistą wizytówką muzyczną szczecińskiego festiwalu Boogie Brain, przygotowali dla nas fantastyczni ludzie, którzy wkładają mnóstwo pasji w organizację tego eventu. Dla nich, jak również dla wszystkich, którzy próbują urozmaicić nam wakacje ambitnym programem rozrywkowym – wielkie dzięki. Widzimy się w akcji.


*

*

6

informer

*


*

MOCKY MOCKY

��� ��������

� � � � � � ��

� � � �� ��

� � �� �����

A

utor prześmiewczego hitu „Mickey Mouse Mothefucker” powraca nową produkcją, która może nieco zmylić największych fanów Kanadyjczyka. Człowiek orkiestra grający na niemal wszystkim, co potrafi wydawać dźwięki, pan „sto pomysłów na minutę”, w przeszłości członek takich formacji, jak: Puppetmastaz, The Shit czy Son, w końcu ziomal Jamie’ego Lidella, Gonzalesa i Feist nagrał wyjątkowo, jak na siebie, spokojną płytę. Na „Saskamodie” znalazło się dwanaście kompozycji utrzymanych w zwiewnej stylistyce, ni to soulowej, ni to jazzującej (etykietki lounge unikamy jak ognia). Co ciekawe, większość kompozycji jest instrumentalna, a takie bajery, jak choćby flet czy karaibskie przeszkadzajki, sprawiają, że całość jest wyjątkowo lekkostrawna, żeby nie powiedzieć relaksująca. Nasuwają się porównania z Lidellem (zresztą występującym gościnnie na płycie), ale to żadne jawne zapożyczenie, a raczej kierunek, który akurat obrał sobie Mocky. Potrzebował takiej płyty – trochę innej od swoich szalonych kawałków do tańca przy wódce, co nie oznacza, że wariat z „Navy Brown Blues” zniknął bezpowrotnie. Spokojnie, na koncertach nie ma sobie równych. Naczelny może wam to zaświadczyć. Swojego czasu, podczas występu Mocky’ego wdał się w swoistą grę z artystą. Zaczął podbierać mu sprzęty sceniczne, podając dalej w tłum, co najpierw wszystkich rozbawiło, a potem zirytowało ochroniarzy, ale o tym sza...

www.RADIOKAMPUS.waw.pl

7


*

*

informer

*

DLA

POTOMNYCH

KRÓTKO (NIE) NA TEMAT

Niektórzy mają tak, że o ich sukcesie decyduje czysty przypadek. Ot, znaleźli się w odpowiednim czasie i miejscu; inni przez całe życie pragną splendoru i fejmu – w końcu ich trudy zostają nagrodzone, ale są i tacy (co tu dużo mówić, dotyczy to znakomitej większości muzyków i artystów), którzy bardzo chcą, ciężko pracują, rezygnują z luksusów, żeby tylko być rozpoznawalnymi na ulicy, i dupa – nie idzie. Wtedy to albo dają sobie spokój i wracają do sprzedawania ubrań w sklepach, albo wpadają na fantastyczny pomysł. Ot, przytoczymy pierwszy z brzegu przykład. Otóż, kanadyjski artysta Gonzales został wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa, po tym jak przez 27 godzin napinał na pianinie 300 kawałków w kółko i bez przerwy. Nie no szacunek. Choć ciśnie nam się na usta: ale po co? Czym różni się ponaddobowy set od 100 hot dogów zjedzonych w ciągu 5 minut? Nie jesteśmy pewni, czy chcielibyśmy zapisać się na kartach historii tuż obok człowieka, który ma 13 palców u nóg...

8

1

DYJNEJ PŁYTY. HELL, YA! NUJĄ WYDANIE NOWEJ STU PLA ACH ACJ WAK PO S BOY BEASTIE Mike Skinner na tyle przejął się świńską grypą, że dedykował jej kawałek „He’s Behind You, He’s Got Swine Flu” – jest śmiesznie i strasznie. Szukajcie w sieci.

3

2

towania. Ą SŁUCHY, do koncer a c a r w i ALE CHODZ j , e U i T p R e E l C N ę O GO K je si U POLSKIE ację, czu GO TERMIN zedł oper E s W e O z N r p E Z n C a Z S Dave Gah PODALI JE ORZY NIE . ORGANIZAT Ń E I S TO WRZE ŻE BĘDZIE

4

Duet Husky zawies ił działalność. chcą sk

Członkowie upić się na inny ch projektach, je dnak nie wykluczają, że ki edyś reaktywują grupę.


*

*

informer

*

MĄŻ I SIOSTRA

Chyba raz na zawsze sprawa charakteru związku Jacka i Meg White z The White Stripes została wyjaśniona. Najpierw wszyscy utrzymywali, że z racji nazwiska muszą być rodzeństwem, potem gruchnęła plota, że Meg jest żoną Jacka – stąd to samo nazwisko. Później ktoś próbował udowadniać, że to córka z ojcem, względnie matka z synem, ewentualnie dwoje kompletnie obcych sobie ludzi, którzy po prostu noszą to samo nazwisko. Koniec spekulacji! Meg wyszła za mąż, za niejakiego Jacksona Smitha – syna Patti Smith, a cała ceremonia odbyła się w rezydencji Jacka. Czyli co? No na pewno Jack i Meg nie są małżeństwem!

10


*

*

informer

KOLEJKA PO REMIKSY

*

Trochę z taką nieśmiałością przyglądamy się temu, co robi młody Szkot Calvin Harris. Nigdy nie kryliśmy, że jego debiutancka płyta „I Created Disco” urzekła nas wielce i z wypiekami na twarzy wypatrujemy kolejnego krążka. No i mamy nie lada zagwozdkę. A mianowicie jakoś nie możemy przekonać się do premierowego singla „I’m Not Alone”, takim transiwem nam zalatuje, że aż boimy się, co będzie dalej. Ot, nasze zboczenie zawodowe, a do Calvina ustawiła się długa kolejka chętnych do zremiksowania kawałka. I tak, własne wersje popełnili Deadmau5, Herve i Tiesto. A podobno dopominają się też Fake Blood i High Contrast.

MECYJE! „KIEDYŚ NIENAWIDZIŁEM MUZYKI HOUSE, SZCZERZE NIE CIERPIAŁEM POPU – TERAZ JEST INACZEJ. MÓJ NOWY ALBUM DALEKI JEST OD GRIME’U. ILE MOŻNA BYĆ HARDCORE’OWCEM?” – POWIEDZIAŁ DIZZEE

RASCAL NA TEMAT

SWOJEJ NAJNOWSZEJ,

MOCNO TANECZNEJ

PŁYTY.

SIECIOWY DEBIUT? Autor naszej marcowej płyty Michell Phunk przekonał chłopaków z net-labela Brennnesell do sieciowego wydania swojego materiału. Iście francuskie granie prosto z miasta Świętej Wieży dla tych, którzy przegapili płytkę dołączoną do LAIFa, do ściągnięcia za free. Bierzcie i cieszcie się w pokoju.

DJ KILLER

Jeszcze czasem robimy sobie podśmiechujki z naszego ulubionego didżeja-zielarza Grooveridera, głównie dlatego, że nie mamy się z kogo nabijać. To jest, nie mieliśmy, bo oto objawił nam się nowy mistrzunio. Producent Abe Duque został zatrzymany na lotnisku JFK, po tym jak znaleziono pokaźną maczetę w jego podręcznym bagażu. I teraz uwaga, nie wiemy już, czy bardziej bawi nas jego wytłumaczenie, czy to, co powiedział policjantom. Otóż, chłopak utrzymuje, że wcale nie planował pakować scyzoryka, ale zapewne kozik sam wpadł mu do torby. I tu byłoby dość zabawnie, gdyby nie to, że Abe po zatrzymaniu zaczął się zwierzać ochronie lotniska, że lubi nosić przy sobie takie cudeńka, bo przypominają mu się wtedy czasy służby w szeregach Marines. Przesłuchujący podobno zzielenieli i posłali po panów w prochowcach z legitymacjami FBI. Koniec końców nasz bohater nie poniósł żadnej dotkliwej sankcji. No może poza tym, że od teraz będziemy go bacznie obserwować. Jak raz się wygłupił, zrobi to pewnikiem jeszcze nie raz.

POLSKIE BIAŁE NOCE

Midnight Sun jest fińskim świętem celebrowanym od wieków. Mieszkańcy tego urokliwego kraju tłumnie witają nadejście lata zbierając się nad brzegami jezior. A że słońce przez 73 dni nie chowa się za horyzont, czasu na zabawę jest mnóstwo. Tradycją stały się również spotkania tuż przed letnim przesileniem (17 czerwca) przyjaciół Finlandia Vodka na dalekiej Północy, podczas których można cieszyć się przyrodą, lokalnymi przysmakami i fińską kulturą. Fenomen białych nocy stał się pretekstem do powitania lata również w Polsce. W maju w wyselekcjonowanych klubach odbył się cykl imprez pod szyldem Finlandia Midnight Sun. Zabawa przy sztucznych ogniskach, barach lodowych i specjalnie przygotowanej scenografii trwała do rana. Podczas imprez wyłoniono 20 osób, które wraz z osobami towarzyszącymi pojadą do Laponii na światowe obchody Midnight Sun. Ci którzy przegapili cykl nie muszą się martwić, kolejna odsłona Midnight Sun już latem w najlepszych klubach nad polskim morzem.

11


*

*

informer

*

*

informer

*

CHWILOWA PRESJA Taka naszła nas niedawno refleksja. Startowali mniej więcej w tym samym czasie, podobne wiązano z nimi nadzieje, ale to o jednych zrobiło się naprawdę głośno. Mowa tu o Justice i Simian Mobile Disco. Niektórzy uważają nawet, że Justice już się skończyło, czego nie można powiedzieć o tych drugich. Na sierpień planowana jest premiera nowego albumu SMD zatytułowanego „Temporary Preasure”. Wśród gości: Beth Ditto, Alexis Taylor z Hot Chip, Jamie Lidell i Gruff Rhys. Już zacieramy rączki.

NA ZAMÓWIENIE KONFLIKT POKOLEŃ

Nie tak dawno pisaliśmy o zjawiskowym debiucie La Roux. Płyta na tyle się spodobała, że podobno do duetu zaczęli zgłaszać się różni artyści z prośbą o napisanie dla nich kawałka. Elly Jackson – piękniejsza połowa grupy – przyznała, że bardzo chętnie powymyśla utwory dla innych – zastrzegła jednak, że będzie to robić anonimowo, i dodała, że jak wymyśli coś superfajnego, to zachowa to oczywiście dla siebie – inni mogą liczyć jedynie na odrzuty z sesji. Ooo, może tak wspomóc Massive Attack, którzy już po raz sto pięćdziesiąty czwarty przenieśli premierę swojego krążka, tym razem na listopad. Elly szast-prast sieknie i po wakacjach będzie gotowe.

12

„Jest jedna rzecz, która bardzo zmieniła dzisiejszą scenę muzyczną. Piętnaście lat temu walczyliśmy o naszą muzykę. Mieliśmy gdzieś, czy ktoś nam robi zdjęcia albo czy jesteśmy na okładkach magazynów, chcieliśmy wyrażać siebie właśnie przez muzykę. Dziś wszystko sprowadza się do tego, jak wyglądasz, w co jesteś ubrany i jaki jesteś rock’n’rollowy”. Co to? Kto to? Dlaczego? Otóż markiz ciepłych brzmień house’opodobnych mosieur Laurent Garnier chyba nie może poradzić sobie ze starością. Albo może uznał, że jego najnowszy album „Tales Of A Kleptomaniac” jest na tyle słaby, że przydałby się jakiś skandalik, taki malusi, subtelny i elegancki. Czyli co? No trzeba po kimś się przejechać. A kto tak rozsierdził naszego bohatera? Otóż, personalnie Busy P, a ogólnie młode pokolenie dejotów, które to miast skupiać się na muzyce, woli szopki odstawiać. A że Busy? Był pod ręką, a może Garnier ciągle ma za złe, że Mr. Oizo opuścił szeregi jego labela i przystał do trupy Ed Banger? Żeby już całkiem nie wyjść na zgryźliwego tetryka, dodał, że fascynuje go dubstep – że niby jest szczery i płynie prosto z serca.


*

13


*

*

informer

*

PIONA

Z BERTEM LA ROUX – BULLETPROOF (ZINC REMIX) (POLYDOR) Cieszę się, że Zinc zwolnił tempo i dla odmiany zaczął nagrywać house. Puryści zapewne zawyją z rozpaczy... Bez obaw – bas został, i to równie miażdżący. I to taki, że nawet najbardziej zacietrzewieni fani drum’n’bassu zamlaszczą z uznaniem. Wielbiciele brudnego electro też znajdą cośdla siebie – remiks Francuza Tepra. Pozostałym polecam oryginał. AUTOKRATZ – ALWAYS MORE (YUKSEK

REMIX) (KITSUNÉ) Yukseka nie będę przedstawiał – co miesiąc o nim piszę. U Francuza nic się nie zmieniło – dalej grzebie w brudnym electro, ale na szczęście nie zapomina, że melodia i bas też są ważne. Po raz kolejny jego wersja jest lepsza niż oryginał. Imprezowy pewniak. KNIGHTLIFE – II (CUTTERS) W kostiumie krzyżowca ukrywa się Mike z Melbourne, autor dwóch singli i kilku udanych remiksów, m.in. dla Cut Copy i Gophera. Australijczyk specjalizuje się w brzmieniach disco-electro-house i wychodzi mu to naprawdę nieźle. Na pewno będzie o nim bardzo głośno. Zakład? KAMP! – BREAKING A GHOST’S HEART (BRENNNESSEL) Rezydują w Łodzi i Wrocławiu, a nagrywają niczym rodowici Angole. Właśnie ukazał się ich kolejny singiel i mam nadzieję, że będzie to duży przebój. Trzymam kciuki za sukces tego „polskiego Friendly Fires” – już niebawem będzie można ich usłyszeć na dużych polskich festiwalach. Nie przegapcie okazji. THE UNITS – HIGH PRESSURE DAYS

(RELISH) Headman, szef wytwórni Relish tak długo mieszkał w Berlinie, aż w końcu znudził mu się.. Miał dość minimalu i zaściankowości tamtejszej sceny muzycznej. Wrócił do Szwajcarii i reaktywował swoją wytwórnię Relish (przypomnę, że debiutował tu sam Yuksek). Na „dzień dobry” Headman opublikował nowe wersje nowofalowego klasyka z 1979 roku „High Pressure Days” The Units. Oba remiksy, jego własny i Rory’ego Phillipsa, uważam za bardzo udane. RADIO EURO DJ Pasmo – każdy czwartek od 20.00 do 22.00 Kluboteka – każda sobota od 21.00 do północy

14

WSZYSTKIE RYŚKI TO FAJNE CHŁOPAKI Są takie gwiazdy, które same się proszą o to, żeby o nich pisać. Od jakiegoś czasu do tej jakże wielbionej przez nas grupy dostarczycieli polewki należy Wielki Elektron o minusowym ładunku Ryszard Hawtin. Czasem głupio się czujemy, bo mamy wrażenie, że to nie wypada tak prostacko nabijać się bądź co bądź z legendy muzyki elektronicznej. Dobra, rzadko się tak czujemy, więc ciągle zrywamy boki. I to nie tylko my. Jakiś angielski magazyn opublikował listę dziesięciu najgłupszych pomysłów Mr. Hawtina. I tak w zestawieniu nie mogło zabraknąć legendarnego już Sześcianu (Cube) – pamiętacie, polewaliśmy z tego czas temu jakiś, czy wymyślnych fryzur ZWIASTUN Rycha. Oczywiście ręczniki plaNa wrzesień planowana jest nowa płyta formacji żowe i kolczyki z logo M_nusa Plazmatikon. Materiał będzie nosił tytuł „Klezmateż zajęły poczesne miejsce. tikon” i prócz charakterystycznych rozbieganych Ostatnim intrygującym pomydźwięków wiekowych urządzeń elektronicznych słem człowieka renesansu wzbogacony będzie o elementy muzyki klezmerjest linia odzieżoskiej. Dla niecierpliwych singiel z dwoma utworawa, którą stworzył mi delikatnie zdradzającymi klimaty krążka. razem z japońską projektantką Isolde Richly. Dajemy pięć punktów za wielce odkrywczą nazwę Richly.Hawtin. Śmiać się czy płakać? Może do Księgi Rekordów napisać? CZEKAJĄC NA MOBY’EGO Pod koniec czerwca ukaże się kolejny album Moby’ego. Dzieło zatytułowane jest „Wait For Me”. Artysta w każdym wywiadzie biadoli, jak to bardzo się namęczył, nagrywając tę płytę, jak wiele kosztowała go energii i czasu, ale dodaje też, że się opłacało. Całość powstała w jego domowym studiu, oprawę graficzną sam przygotował, a zaproszeni goście byli jego przyjaciółmi, których – i tu cytat: „możecie nie znać”. Zatem wszystko okej? No chyba nie do końca. Moby jakoś dziwnie się tłumaczy, mówiąc, że nagrał dobry materiał, jest z niego zadowolony, ale ma gdzieś, czy się sprzeda. Niby nic, ale jak dodaje, że ma świadomość, że dziś ściąga się pojedyncze kawałki, a on bardzo by chciał, żeby jego dzieło było słuchane w całości, to coś zaczyna podśmierdywać. No zobaczymy.


*

FINAŁ COKE LIVE FRESH NOISE 2009

M E I K A N POD Z BRZMIEŃ NOWYCH

MY+KEY

F.I.S.Z.

Organizatorzy koncertu finałowego Coke Live Fresh Noise 2009, który odbył się 22 maja w Palladium, postawili na stylistyczny miszmasz. Afromental to coraz popularniejsza grupa r’n’b, O.S.T.R jest instrumentalistą i przedstawicielem hip-hopu, twórczość Fisza i Emade wyrasta z rapu, ale czerpie również z jazzu i muzyki elektronicznej, a Muchy są bodaj najwybitniejszymi reprezentami nowego rocka w Polsce. Mozaika gatunków i osobowości artystów gwarantowały dobrą zabawę dla wszystkich na ponad sześć godzin. Dziewczęta i chłopaki z fryzurami emo bawili się z fanami hip-hopu w bejsbolówkach, a fani ciężkich brzmień – z sympatykami r’n’b. Darmowe wejściówki na koncert finałowy Coke Live Fresh Noise rozeszły się błyskawicznie. O.S.T.R w przerwach pomiędzy kolejnymi utworami opowiadał publiczności o byciu ojcem oraz rozprawiał o butach – a w zasadzie o ich braku („stoję przed wami bosy, ale nie to jest najważniejsze”). Fisz i Emade pojawili się w przebraniach, które są nieodłącznym elementem ich scenicznego wizerunku od czasu ostatniej płyty, ale perkusista musiał z przebrania zrezygnować, „bo się zgrzał”, jak usłyszeliśmy od Fisza. Zabawnych dialogów z publicznością było sporo. Poziom wystąpień, jak zwykle w wypadku gwiazd tej rangi, nie pozostawił nic do życzenia. Również debiutanci zachwycali i wzruszali. Mariija wniosła na scenę Palladium powiew liryzmu i kobiecej wrażliwości. Inspiracje brytyjskim i amerykańskim niezależnym popem można było usłyszeć w melancholijnych utworach We Call It A Sound, świetnych również w warstwie tekstowej. Hip-hop był reprezentowany przez duet Zaginionebity Skajsdelimit. Rockowy zespół Twin Peaks wykonał m.in. utwór „In This Mess”, a podczas występu My Key publiczność falowała w rytmach r’n’b. Piątka finalistów Coke Live Fresh Noise pokazała się od najlepszej strony. Koncert odbywał się pod znakiem prezentacji nowych brzmień, którymi żyje dziś polska scena muzyczna i nowe, polskie brzmienia z całą pewnością się obroniły. Na koncercie bawiło się 1400 osób. Jeśli byliście w Palladium i chcielibyście oddać głos na któregoś z młodych wykonawców, macie czas do 8 czerwca. Głosować możecie po zalogowaniu się na: www.coke.pl/cokelivefreshnoise/artysci.aspx. Zwycięzca Coke Live Fresh Noise wystąpi w sierpniu na Coke Live Music Festival w Krakowie.

AFROMENTAL

OSTR

MUCHY

MARIIJA

FISZ I EMADE

ZAGINIONEBITY +SKAJSDELIMIT

TWIN+PEAKS

15


*

NA

FEST

BOOGIE BRAIN Kiedy: 17-18 lipca Gdzie: Szczecin Za ile: 40-70 PLN

Kto: Sabbia & J. Mazurkiewicz (live), Eastwest Rockers, Robert Owens, Inner City Dwellers, Jazzanova, Roy Ayers Scratch Perverts, Robert Busha feat. Eva Navrot, Tymański Yass Ensemble,DJ Storm & MC Rage, Coki & Sgt Pokes Prosumer & Murat Tepeli feat. Elif Bicer

OFF FESTIVAL

Kiedy: 6-9 sierpnia Gdzie: Mysłowice, Słupna Park Za ile: bilet jednodniowy – 65 PLN, karnet dwudniowy – 95-105 PLN Kto: The National, Maria Peszek, Rolo Tomassi, Kumka Olik, Skinny Patrini, Gaba Kulka, Muzyka Końca Lata, Cool Kids Of Death, Komety, High Places, Woody Alien, Health, Spiritualized, The Pains Of Being Pure At Heart, George Dorn Screams, Micachu And The Shapes, Monotonix, Von Zeit, The Car Is On Fire, Armia, Grupa KOT, Crystal Stilts, Ben Butler & Mousepad, Dictaphone, Miłość, Ólafur Arnalds, Ballady i Romanse, El Perro Del Mar, Fucked Up, The Thermals, Lech Janerka, Loco Star, BiFF, Muariolanza, Wavves, Mahjongg, Errors, These New Puritans, The Complainer & The Complainers, ParisTetris, Pawilon, The Week That Was, The Field, Pustki, Disasteradio, Iowa Super Soccer, Mark Kozelek (Red House Painters), Crystal Antlers, Jeremy Jay, Frightened Rabbit, Andy, Karl Blau, Lucky Dragons, Final Fantasy, Brenda Lee DVD i Siupa, Casiotone For The Painfully Alone, Tiny Vipers

TAURON NOWA MUZYKA

Kiedy: 28-30 sierpnia Gdzie: Katowice, tereny byłej kopalnii „Katowice” Za ile: bilety jednodniowe – 60-70 PLN, karnet trzydniowy – 105-125 PLN Kto: Flying Lotus, Dan Le Sac vs. Scroobius Pip, Tim Exile, Speech Debelle, Fever Ray, Ebony Bones, Hudson Mohawke, Jon Hopkins, ONRA, Pivot

16


*

HEINEKEN OPEN’ER

Kiedy: 2-5 lipca Gdzie: Gdynia, Lotnisko Babie Doły (Kosakowo) Za ile: bilety jednodniowe – 100140 PLN, karnety trzydniowe – 280300 PLN, karnety czterodniowe – 320-340 PLN Kto: Arctic Monkeys, Basement Jaxx, Buraka Som Sistema, Crystal Castles, Duffy, Emiliana Torrini, Faith No More, Gossip, Hjaltalín, Kings Of Leon, Late Of The Pier, Lily Allen, M83, Madness, Moby, Pendulum, The Kooks, Peter Bjorn and John, Placebo, Priscilla Ahn, Q-Tip, Santigold, Speed Caravan, The Prodigy, The Ting Tings, White Lies

AUDIORIVER

Kiedy: 7-9 sierpnia Gdzie: Płock Za ile: 70-100 PLN

Kto: Richie Hawtin, The Whip (live), Chase & Status feat. MC Rage, Telefon Tel Aviv (live), Moderat (live), James Holden, Crazy P (live), Daniel Bell (live), Caspa & Rusko feat. MC Rod Azlan, Ulrich Schnauss (live), Gui Boratto (live), The Mole (live), Dirtyphonics (live), Radio Slave, Ewan Pearson, Seba & Paradox (live) feat. Robert Manos, Joris Voorn, MyMy (live), Efdemin, Mistabishi

17


*

18


*

*

gossip

*

DOBRO WRACA

Zespół większy osiągnięciami czy wokalistką? Zawdzięcza pozycję naturalnej,

nieweryfikowanej modami charyzmie czy może tylko fetyszystycznym zboczeniom mediów? Prawda leży tam, gdzie zawsze, czyli pośrodku, choć nie da się ukryć, że potęgę Gossip mierzymy głównie potęgą ich liderki. Beth Ditto pokazała, że w dobie bezbarwnych, przycinanych pod szablon gwiazdek

można odnieść sukces, będąc tak po prostu kimś innym - rozmiarem, orientacją, pochodzeniem, wszystkim. To jest to, co Rick Rubin lubi najbardziej. „Nie chcę się zmieniać. Większość dzieciństwa straciłam, próbując się zmienić, aż miałam tego dość. Nie chcę wyglądać jak Britney Spears, po prostu nie chcę. Ona jest przecież niedorzeczna” – Beth Ditto to estetyczna twardzielka, nie nagina się do niezdrowych kanonów. Taka pewność siebie i demonstracyjne, dumne odstawanie od umownej normy zaprowadziło ją prosto na szczyt zestawienia cool ludzi, a potem okładkę sensacyjnego brytyjskiego tygodnika „NME”. Po drodze zgubiła modne ciuszki – i ten zabieg okazał się jedną z bardziej spektakularnych marketingowo nagości ostatniej pięciolatki. Manewr powtórzy jeszcze raz, na okładce „Love”, już jako postać znana, choć akurat w tym wypadku sens obnażenia nie zależy od punktu siedzenia. Beth Ditto uznaje wyłącznie rozbieranki z treścią. Ta dziewczyna ma misję. OSOBLIWA IKONA Jest otyłą lesbijką z konserwatywnego amerykańskiego Arkansas. Pochodzi z biednej rodziny i do pierwszego poważnego sukcesu Gossip funkcjonowała na granicy ekonomicznego minimum. Wierzy w ideały feminizmu. Nic dziwnego, że buzuje, iż jest tak niebezpiecznie zdeterminowana, skoro formatywny czas w życiu Beth Ditto przy-

pominał klasyczny survival w amazońskiej dżungli ze stępionym scyzorykiem. Pasmo wyznań i wyzwań, nigdy wyrzeczeń. To najpierw trudne wątki rodzinne. Ditto jest jednym z ośmiorga rodzeństwa, a jej matka do dziś pracuje w lokalnym McDonaldzie. „Bycie biednym dzieciakiem w państwowej szkole ssie. Ale bycie grubym biednym dzieciakiem w państwowej szkole to największy koszmar. Dostawaliśmy na przykład zadanie, by w okolicy Bożego Narodzenia dostarczyć puszki ubogim rodzinom, bo dostawaliśmy za to punkty ekstra na świadectwie. Puszki natychmiast lądowały w moim domu. Byliśmy ubogą rodziną. Pewnie dlatego jest we mnie tyle empatii dla ludzi – czasem takich, których kompletnie nie znam – bo nie chcę, żeby ktokolwiek czuł się tak, jak ja się czułam”. Dorastanie w socjalnej nędzy i wśród bogobojnych drwali, farmerów i robotników hartuje trwale, ale nie od razu. Zanim Beth Ditto stała się hardą gwiazdą nowego rock and rolla, musiała się zmierzyć z intymnymi strachami. „Błagałam mojego licealnego chłopaka, żeby mnie zapłodnił, bo nie chciałam coming outu. Chciałam zajść w ciążę, żeby nie mieć problemu z Bogiem i wyprowadzką. Wszyscy moi przyjaciele wyjechali do Olympii, a ja nie wiedziałam, co robić. Ale przeznacze-

nie to twarda suka – tyle powiem”. Ditto nie przebiera w słowach. I nie tylko w słowach. Dziewczyna jest radykalna posturą i zapatrywaniami higienicznymi. Uważa, że depilacja to rozrywka dla mięczaków, i na łamach ładnej, stylowej prasy zapewnia, że nie używa antyperspirantów, bo najlepsze zapachy to te naturalne. Nie lubimy eufemizmów? Punk rock śmierdzi. Tyle że ją ten punk rock zaprowadził na pachnące salony. Od nagiej okładki i absurdalnej, ale jednak szeroko komentowanej cool listy do przyjaźni z Kate Moss i autorskiej poradnikowej rubryki w „Guardianie”, gdzie wypowiada się w przyziemnych kwestiach dotyczących stylizacji i wygłasza żarliwe emancypacyjne manifesty. Jak to możliwe, że dziewczyna, która nie mieści się (tylko metafora, przysięgam) w głowach ortodoksyjnych fashionistów, została ikoną własnego, niepokornego stylu i jedną z najbardziej pożądanych celebrities ostatnich lat? Ciężko tak po prostu poddać się hurraoptymizmowi i uznać sławę Ditto za jaskółkę długoterminowych zmian. To bardziej ekscentryczny wyjątek niż nowa reguła. Ciekawostka, cyrk osobliwości, kobieta z brodą i człowiek guma. Znudzi się, gdy na horyzoncie mignie następny inny, którym hipokrycki showbiz wyczyści sobie sumienie. Chyba że...

19


* X-RAY SPEX ULUBIONY ZESPÓŁ BETH DITTO. WOKALISTKA GOSSIP JEST NATURALNYM KONTYNUATOREM SŁUSZNEGO SHOWBIZOWEGO ALTRUIZMU, KTÓREMU NIEGDYŚ HOŁDOWAŁ KURT COBAIN, A KTÓRY KILKA LAT TEMU WSKRZESIŁ JACK WHITE. BO TEŻ WYKORZYSTUJE WŁASNĄ POPULARNOŚĆ, BY WESPRZEĆ NIEPOPULARNOŚĆ CUDZĄ, TYLE ŻE ONA ODGRZEBUJE ZAPOMNIANYCH. X-RAY SPEX, POZOSTAJĄCA W CIENIU SEX PITOLS I THE CLASH, BRYTYJSKA PUNKOWA GRUPA POŁOWY LAT 70., ZAWDZIĘCZA DITTO INTENSYWNĄ POŚMIERTNĄ REKLAMĘ. NAWET W ROZRYWKOWYM „THE SUNDAY NIGHT PROJECT”, GDZIE BYŁA GOŚCIEM, DOMAGAŁA SIĘ SZACUNKU NALEŻNEGO LEGENDZIE, WYZNAJĄC NA ANTENIE CHANNEL 4, ŻE NIC JEJ NIE OBCHODZI REAKTYWACJA JAKICHŚ LED ZEPPELIN, BO JEDYNY COMEBACK, NA KTÓRY CZEKA TO POWRÓT X-RAY SPEX. NA MARGINESIE: ZESPÓŁ WRÓCIŁ W 2008 ROKU JEDNYM KONCERTEM W LONDYŃSKIM THE ROUNDHOUSE.

20


* RUBIN I KARMA Chyba że obroni się tym, co w pierwszej kolejności usprawiedliwia jej obecność na galach i bankietach – muzyką. Tego najważniejszego już udowadniać nie musi. Gossip to żaden zespół ściema. Nie grają z niskiej potrzeby splendoru, bo swoje odpracowali hektolitrami potu wylanymi na scenie. Trio (egzotyczne: pyskata i wystrojona wokalistka, wytatuowana, filigranowa perkusistka i konieczna porcja testosteronu w postaci gitarzysty) działa od dziesięciu lat. Dwie pierwsze pełnometrażowe studyjne płyty nagrali dla niszowej, ale opiniotwórczej wytwórni Kill Rock Stars. Cieszyli się mikrorespektem amerykańskiej sceny punkowej, ale trzeba było czasu i przeboju, żeby ognistą mieszankę rock and rolla i soulu pokochała reszta świata. „Standing In A Way Of Control”, singiel pilotujący trzecią płytę Gossip, zmienił wszystko. WSZYSTKO. O notowaniach już było, czas na resztę. Przebój sezonu, w dodatku zaangażowany, bo kawałek powstał, po tym kiedy George W. Bush zajął oficjalne stanowisko w kwestii legalizacji związków homoseksualnych (wiadome). Wersja zremiksowana przez Soulwax reklamowała „Skins”, brytyjski serial o rozrywkowej młodzieży i dla rozrywkowej młodzieży. Rok triumfu przypieczętowali występem na festiwalu Glastonbury – na scenie Johna Peela (a w zasadzie dziś już bardziej scenie w hołdzie Johnowi Peelowi). Takie zaszczyty podkręcają presję, ale i podbijają rangę. Przy nowej, czwartej płycie Gossip mogli więc sobie pozwolić na gwiazdorski budżet, który słychać w bogatym, wypracowanym i modnym singlu. „Heavy Cross” to esencja Gossip. Punkowy hałas gitar, żarliwy gospel w głosie, taneczny puls w refrenie. Trzeba się wczytać, żeby wiedzieć, że za produkcją stoi Rick Rubin, bo człowiek o złotym dotyku raczej zachęca, niż ingeruje. Beth: „Wierzę w karmę, wierzę, że jeśli traktujesz ludzi tak, jak sam chcesz być traktowany, dobro do ciebie wróci. Nie bez przyczyny pracujemy ze sobą. Nigdy wcześniej nie traktowałam poważnie siebie jako kompozytorki. Rick wyzwolił we mnie pewność siebie”. Jeśli wziąć powyższy cytat zupełnie serio, wyjdzie, że Ditto przed „Songs For Men” (wymowny tytuł nowej płyty) była zahukaną, wystraszoną piosenkareczką z trzecioligowego zespołu. Strach pomyśleć, co będzie po... Czyli już. Tekst Angelika Kucińska Foto Sony Music

MODNA DITTO JESZCZE TEGO LATA DO BRYTYJSKICH SKLEPÓW MA TRAFIĆ ZAPROJEKTOWANA WE WSPÓŁPRACY Z MARKĄ ODZIEŻOWĄ EVANS KOLEKCJA DLA DUŻYCH DZIEWCZYN. BETH DITTO ODGRAŻA SIĘ, ŻE PRZEŁAMIE KONSERWATYWNY, NUDNY WIZERUNEK FIRMY ODWAŻNĄ I BŁYSZCZĄCĄ LINIĄ GLAMROCKOWĄ. RAD, JAK PORUSZAĆ SIĘ W BEZWGLĘDNEJ BRANŻY MODOWEJ, UDZIELAŁA PRZYJACIÓŁKA, MODELKA I PÓŁETATOWA PROJEKTANTKA KATE MOSS.

21


*

*

scratch perverts

*

IMPREZY, cuty i skrecze

Powiedzmy sobie szczerze - przez lata hiphopowi didżeje i turntabliści nie byli zanadto cenieni poza swoim środowiskiem. Nazwiska największych wymiataczy sceny klubowej znali balangowicze z całego świata. Tych, którzy swoimi precyzyjnymi ruchami zmieniali pierwotne znaczenie nośnika winylowego, rozróżniali głównie fanatycy czarnych brzmień, i to ci bardziej nastawieni na underground.

K

ilku formacjom turntablistyczno-didżejskim udało się jednak wybić ze swojej wąskiej szuflady. Beat Junkies, Invisbl Skratch Piklz, The X-Ecutioners czy Brytyjczycy ze Scratch Perverts to najjaśniejsze przykłady. Tych ostatnich będziemy mogli w końcu zobaczyć i w Polsce! Scratch Perverts w pełnym, trzyosobowym składzie zagrają 17 lipca w Szczecinie podczas drugiej edycji festiwalu Boogie Brain. Założona w 1996 roku grupa początkowo składała się z czterech osób: Tony’ego Vegasa, Renegade’a, First Rate’a i Mr Thinga. Co by nie mówić – prawdziwa śmietanka, mająca na koncie m.in. mistrzostwo świata DMC. Był czas, gdy obok podstawowej czwórki do SP przynależeli też Prime Cuts, Harry Love, Killa Kela i Plus One, ponieważ w swoich założeniach Scratch Perverts absolutnie nie mieli być sztywnym, niedostępnym kolektywem magików gramofonu, lecz luźną ekipą ludzi, którzy hip-hop widzą inaczej. Oczywiście taka idealistyczna wizja nie mogła za długo przetrwać, bo tam, gdzie didżejów ośmiu, tam za mało gramofonów

22

i miejsca w klubach. Panowie na przełomie wieków się pożarli i na chwilę każdy poszedł w swoją stronę. Reaktywowali się w 2000 roku, ale już tylko w trójkę – Tony Vegas, Prime Cuts i Plus One. Inny skład, inne też podejście do grania imprez. Wcześniej Scratch Perverts byli ekipą stawiającą przede wszystkim na atakowanie widzów umiejętnościami stricte turntablistycznymi. Ich sety były fuzją dziwnych rytmów i gęstych jak solidna grochówka skreczy oraz precyzyjnych, ostrych jak brzytwa cutów. Świetnie sprawdzało się to w przypadku nagrywania mikstejpów i form stricte hiphopowych, gorzej było, gdy Brytyjczycy chcieli zaprezentować się publiczności o trochę innych gustach. Brakowało im wszechstronności. Ale jako ludzie otwarci na nowości i przede wszystkim kochający muzykę szybko zrewidowali swój punkt widzenia na granie. Postawili na rozrywkę, chociaż wciąż mającą mnóstwo wspólnego ze sztuką, a nie rzemieślnictwem. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W latach 1999–2000 perwersyjni skreczerzy zdobyli mistrzostwo świata za to, jak precyzyjnie szorowali płytami. Od

roku 2003 można im regularnie przyznawać medale za to, jak doskonale miksują i mieszają płyty. Wychodząc w swoich setach od hip-hopu, przemierzają pola innych gatunków. Klasyczna elektronika, jungle, drumy, sporo oldskulowego electro, ale i najnowsze dokonania przeróżnych artystów z tego pola. Na deser alternatywny rock (panowie są wszak wielkimi fanami Radiohead, ale lubią też chociażby Iana Browna), klasyczny funk i soul, a od tego już tylko krok do disco. To, co teraz stanowi punkt wyjścia w imprezowej działalności wielu popularnych didżejów i grup didżejskich, oni mają od lat w małym palcu. Najlepszym dowodem tego były chociażby „Badmeaningood Vol.4” i przede wszystkim „Fabriclive.22” – bez wątpienia jedna z najciekawszych


*

kompilacji z tego cyklu. Związek z Fabriciem ponadto nie ograniczył się tylko do składanki. Scratch Perverts byli regularnie zapraszani do grania w tej jakże popularnej imprezowni, co zaowocowało rarytasowym miksem „Fabric Big Issue”, dołączonym do magazynu „Big Issue”. Oni mają to po prostu we krwi – miksują to, co naprawdę ciekawe, bez patrzenia na listy przebojów na Billboardzie, Pitchforku czy Juno. „Muzyka jest pojęciem o tyle fascynującym, że otwiera przed tobą wszystko. Dziś miksujesz The Roots z Guru, jutro Armanda Van Heldena z Peaches. Jedyne, co się liczy, żeby efekt końcowy był majstersztykiem. Kiedyś robiliśmy z imprez nasze indywidualne show. To było piękne i wciąż tak robimy. Z jednym wyjątkiem – gramy dla ludzi” – zdanie Pri-

me Cutsa stanowi jedną z dewiz brytyjskiego kolektywu. Hip-hop w ostatnich latach ewoluował. Najlepsi didżeje-turntabliści zaczęli przymilać się masie, ale – o dziwo, patrz przykład A-Traka – umieli zachować charyzmę i wprowadzać do klubów nową jakość. Scratch Perverts są tego kolejnym dowodem. Czego możecie się spodziewać podczas ich setu? „Gramy trochę z falą. Zaczynamy od naszych klasycznych inspiracji, ale nie jesteśmy ślepo wierzącymi we własną wielkość typami, którzy nie umieją dostosować się do publiki. Nie gramy popu, ale umiemy zagrać popularne numery. Nie gramy rapu, ale jesteśmy w swoich setach w pełni oddani hip-hopowi. Nie kłaniamy się muzyce klubowej, ale bardzo nas inspiruje. Jeśli rozumiesz, co mam na myśli, będziesz

się dobrze bawił, przychodząc na naszą imprezę” – powiedział kiedyś Tony Vegas. Zacieranie wszelkich barier pomiędzy gatunkami jest tym, co wygłodniałe dobrej muzyki, po prostu dobrej muzyki!, niedźwiadki lubią najbardziej. Dziś jest w modzie tech-house, wczoraj jungle, jutro electro-pop z blogów. I to jest piękne, ale tylko wtedy, gdy za deckami stoją ludzie, którzy rozumieją znaczenie terminu „eklektyczna balanga”. Brytole ze Scratch Perverts wiedzą o tym od lat. Dlatego zanim przyklaśniesz zmieszaniu Oasis z Jay-Z na Glastonbury w 2008 roku, zobacz, kto lata temu mieszał The Verve z Gang Starrem, Pati LaBelle i Daft Punk. Tekst Andrzej Cała Foto Mat. promo

23


* *

nasza płyta

*

Trust Your

Brain

Festiwal, koncerty jazzowe, imprezy w klubach, wystawa, kino

off, wolontariat – to współrzędne składające się na szczeciński

projekt Boogie Brain

– wielowymiarowe wydarzenie społeczno-

kulturalne integrujące pod jednym hasłem wiele fascynujących wydarzeń. Jednym z kluczowych z tej listy jest kompilacja

dołączona do najnowszej edycji magazynu LAIF – „Trust Your Brain”. Szesnaście numerów zebranych przez szczecińskiego DJ Jerry’ego to imponująca panorama elektronicznych dźwięków, sondująca rejony od jazzu, przez drum’n’bass, po techno i avant pop. Jedyne w swoim

rodzaju wydawnictwo wpisujące się w eklektyczny charakter projektu Boogie Brain, a zarazem jedyna taka idea między Odrą a Bugiem,

kiedy festiwalowe wydarzenie muzyczne promowane jest przez niezależnych artystów zebranych na ekskluzywnej kompilacji.

24


* 1. Good Paul - Stars

K

rakowski twórca z Mixtura Kolektyf, wraz z którym prezentuje projazzowe gatunki muzyczne, jak future boogie, broken beats, jazz dance, funk, hip-hop, latin i deep house. „Trust Your Brain” otwiera jego instrumentalny „Stars”. Idealne preludium o laidbackowym odcieniu, wprowadzające w doskonały nastrój. Dope. WWW.MYSPACE.COM/GOODPAUL

2. Wojtek Grabek - Farvel

C

złowiek orkiestra, niepokorny skrzypek z piekła rodem. Uwielbia łączyć style. Przez ostatni rok szukał w muzyce własnego „ja”. Zwieńczeniem okresu poszukiwań jest wydany w tym roku debiutancki minialbum „mono3some”. Niepokojący „Farvel” to raczej zabawa formą, krok do dalszych poszukiwań w muzyce i treści. WWW.MYSPACE.COM/WOJTEKGRABEK

3. Ines Bloom - The Sun

P

rojekt Agnieszki Startek. Powstaje z notorycznych zakochań w momentach, w ludziach, i w ich większych i mniejszych niesamowitościach, z zamyśleń nad pięknem i nieprzewidywalnością chwili oraz z fascynacji muzyką we wszelkich jej odmianach. WWW.MYSPACE.COM/INESBLOOM

4. Wojtek Urbański - Mushrooms (feat. Tymek Borowski)

P

roducent, eksperymentujący perkusista. Zafascynowany przede wszystkim jazzowymi schematami rytmicznymi oraz rasową, trzeszczącą elektroniką, czego dowodem jest „Mushrooms”. Zadebiutował w 2007 roku EP-ką wydaną dla niemieckiego Compost Records. Pozamuzycznie realizuje się jako student rzeźby na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. WWW.MYSPACE.COM/WOJCIECHURBANSKI

5. L'eau du Robinet - Tap Lazy Jazz

W

ielbiciel klasyki filmowej, Deadelusa, Amona Tobina, Sayage Jazz Machine i Skalpela. Nad aranżacją sampli pracuje już trzeci rok. Płodnie, bo wydał w tym czasie dwa albumy (do ściągnięcia z angielskiego netlabelu Random Flow). Trzecia płyta „Innocent Magician” zostanie wydana na licencji Creative Commons i dostępna będzie w kilku miejscach w sieci.

6. Bandfx - Rundorun

L

ive act i zespół producencki reprezentują szeroko pojęty jazz, z uwzględnieniem elementów nie tylko abstract jazzu, metalu, lecz także noise czy free. Niepokorne brzmienie spodobało się Mary Anne Hobbs, która zagrała ich numer podczas swojej audycji w BBC One. Na „Trust Your Brain” sygnalizują zmianę stylistyki, pozostawiając za sobą delikatne brzmienia, ciągle jednak pozostając w kanonie poszukiwań jazzowych. Amon Tobin byłby dumny. HTTP://WWW.MYSPACE.COM/BANDFXMUSIC

7. Plazmatikon - Dżemsesja nr 25

A

utorzy jednego z ciekawszych krajowych albumów z 2007 roku – „Dżemsesje”. Grywali na imprezach z muzyką improwizowaną, obok twórców z Ninja Tune, oraz megawydarzeniach typu Coke Live Festival. Chcąc odpowiedzieć na pytanie, jak brzmiałyby broken beat, nu jazz czy avant pop, gdyby powstały za żelazną kurtyną w latach 70. i 80., sięgnęli po oryginalne beat maszyny enerdowskiej Vermony oraz po instrumenty klawiszowe radzieckiej Elektroniki i polskiej Unitry. Do tego dodali freejazzową gitarę i transowy bas. Odpowiedzią są „Dżemsesje” w wersji nr 25. WWW.MYSPACE.COM/PLAZMATIKONDZWIEKSYSTEM

8. Chris Fou & Ines Bloom - Trust It

P

opowy potencjał ujawniony w głosie szczecińskiej wokalistki, poparty taneczną produkcją powstałą na Wyspach Brytyjskich. Groove & Soul & Dance. Na parkiet idealne. WWW.MYSPACE.COM/CHRISFOU WWW.MYSPACE.COM/INESBLOOM

9. MacBeat & Lady K-tee - In Revolt

N

adchodzą fani głębokich basów i liquidowych brzmień. Projekt łódzko-wrocławski przygotowuje rewoltę, której nie oparłby się żaden porządny sound system. Lekkość didżeja Marky’ego, taneczność High Contrast i atmosfera rodem z Good Looking. WWW.MYSPACE.COM/KTEEMC WWW.MYSPACE.COM/DJMACBEAT

WWW.MYSPACE.COM/EAUDUROBINET

25


* 10. Off Pop - Lily B (feat. Sonia Miki)

D

uże zaskoczenie ze strony projektu kojarzonego dotąd z tech house’em i dość oszczędną formą wyrazu. Wprawdzie Off Pop wciąż nie rezygnuje z jak najbardziej minimalnej oprawy dźwiękowej, dawkując bit z dużym wyczuciem, ale numer istnieje tak naprawdę dzięki świetnej wokalistce Zosi Mikuckiej (Sonia Miki). Pop, jakiego potrzebuje każdy z nas. WWW.MYSPACE.COM/OFFPOP WWW.MYSPACE.COM/SONIAMIKI WWW.TYPICALREC.COM

11. Automatik - 3

E

ksperymentalny, elektroniczny trans z elementami jazzu i muzyki tanecznej, wzbogacany brzmieniem instrumentów akustycznych.

WWW.AUTOMATIK.FAN.PL

12. Das Komplex - U mnie jak w trumnie

Ż

art słowno-muzyczny rodem z Polski północno-zachodniej i okolic. Przeciągłe spojrzenia, chwytliwe refreny, lekki przytup, szczypta kabaretu, czyli spotkamy się w trumnie. Wszyscy. WWW.MYSPACE.COM/SIGNOREMARTINI

13. Eltron John - Ice Dance (extended disco mix)

M

ężczyzna z Krakowa mieniący się wszystkimi barwami dyskotekowej kuli. Zaprasza do naprawdę lodowatego tańca ze wszystkimi tego konsekwencjami. Uwaga, w tym momencie robi się bardzo gorąco! WWW.MYSPACE.COM/ELTRON_JOHN

14. Dubai Quartet - More Channels

K

wartet bardzo jednoosobowy. Z zawodu kontemplator molekuł akustycznych z różnych zakątków wszechświata, począwszy od esencji lat 70., a skończywszy na nowoczesnych brzmieniach opartych na samplicystycznych fascynacjach autora. Piewca historii Szczecina ze wskazaniem na kolektyw Szczecin Główny. Wiosną objawia się na solowym projekcie „6th Sense EP”. Gościnnie nie wystąpi Bruce Willis.

15. Pol_on - Gordon

P

rofesjonalne zgłębianie struktur oszczędnych bitów wyrosłe na niwie katowickiej Akademii Jazzowej i parkietów warszawskich klubów. Pozytywny ferment osobowości współtworzących Pol_on zaowocował frapującym objawieniem nazwanym „Gordon”. Weźcie lepiej głęboki oddech. WWW.MYSPACE.COM/POLONMUSIC

16. Deckard - Distant Echoes

Z

jego stażem na scenie w służbach mundurowych byłby już emerytem. Wciąż na stałe związany z sopockim Sfinksem, w 2001 roku założył pierwszy polski netlabel – S!te Records. Odnajduje się w klimatach oscylujących dookoła deep house’u, techno czy ambientu. WWW.MYSPACE.COM/DECKARDSITE

17. Jerry (NovaForma/The Saturday Smokers)

O

dpowiedzialny za dobór muzyki na krążku didżej i producent mieszkający w Szczecinie. Prezentując muzykę, nie zamyka się w jednym stylu muzycznym, dlatego trudno określić konkretny gatunek, w którym gustuje. Dokładnie ten sam klucz przyjął podczas zbierania dźwięków na „Trust Your Brain”. Jest założycielem projektu NovaForma. Ostatnio mocno zaangażowany w tworzenie autorskiej muzyki we własnym studiu. Autor muzyki do przedstawień teatralnych i filmów. Pomysłodawca serii kompilacji „Szczecin Główny”, promującej dokonania szczecińskich artystów. Współtworzy kolektyw The Saturdays Smokers, gdzie jako didżej prezentuje muzykę z pograniczna detroit techno i tech house’u. WWW.MYSPACE.COM/NOVAFORMA

18. Dominik Bułka

Z

a oprawę graficzną płyty odpowiada szczeciński rysownik Dominik Bułka. O swoich pracach pisze: „tylko czysta forma, landrynkowe kolory, cytaty ze srebrnego i złotego ekranu, cynizm, brecht, rozluźnienie obyczajów i nabijanie się z kultu ciała, tudzież przemocy, popkultura pełną gębą bez roszczenia sobie praw do odpowiedzi na pytania nurtujące młodego Wertera, do cholery z nim!”. WWW.DOMINIK-BULKA.BLOGSPOT.COM Tekst: Jarek Jaz

WWW.MYSPACE.COM/DUBAIQUARTET

26


*

*

crazy p

*

N

ośne, acz niekoniecznie parlamentarne, nazwy zespołów mają to do siebie, że podobają się publiczności i samym muzykom, ale jednocześnie zamykają skutecznie dostęp do komercyjnych mediów. Wiedzą o tym choćby Fuck Buttons, bohaterowie laifowego wywiadu sprzed trzech numerów, wiedzą nowo-rave’owcy z Shitdisco i wiedzą także bohaterowie tego artykułu. Crazy P wystartowało bowiem pod nazwą Crazy Penis. Za fallicznym szyldem nie kryła się żadna głębsza refleksja – założycielom grupy, Chrisowi Toddowi i Jimowi Baronowi chodziło jedynie o prowokację. „Wybraliśmy tę nazwę, aby przykuwać uwagę – przyznaje z rozbrajającą szczerością Todd. Liczył się walor szokowy, po prostu”. Panowie poznali się na studiach w angielskim Nottingham w okolicach roku 1995. Jako że obu ciągnęło w stronę muzycznej produkcji, znajomość zaowocowała współpracą i powstaniem pierwszych nagrań. Debiutanckie tracki Szalonego Prącia zyskały pewną popularność na lokalnej scenie oraz błogosławieństwo takich tuzów, jak: Ashley Beedle czy Laurent Garnier. Idąc za ciosem, Todd i Baron popełnili pełnometrażowy album „A Nice Hot Bath With...” (1999) – zbiór dziewięciu rozbudowanych downtempowych kompozycji. „Gdy ukazał się nasz pierwszy długograj, zaczęliśmy dostawać propozycje występów na żywo – wspomina Chris. Zagraliśmy więc kilkakrotnie we dwójkę, ale szybko przekonaliśmy się, że nie wychodzi to zbyt ciekawie przy instrumentalnej, dość skomplikowanej muzyce. Jedynym wyjściem było skompletowanie pełnego zespołu i tak też zrobiliśmy”. W 2002 roku Crazy Penis rozrósł się do rozmiarów kwintetu, po tym jak założyciele grupy wciągnęli na pokład basistę Tima Daviesa (współprodukował „A Nice Hot Bath With...”), perkusistę Matta Klose’a i wokalist-

28

Walor

szokowy


*

Autorzy parkietowego killera ”Ready For The Floor“ doskonale odnajdują się w przebojowym funk-disco-house'owym koktajlu brzmień. Brytyjczycy z Crazy P nie są jednak pierwszymi z brzegu sierotami po staromodnej dyskotece.

kę Danielle Moore. Wraz z dojściem tej trójki zmieniła się także muzyka – nowe utwory, przedstawione na płycie „The Wicked Is Music” (2002), przeszły subtelny proces upiosenkowienia, w czym duży udział miał ciepły głos Danielle. Drugi album Anglików umocnił ich pozycję wśród klubowej gawiedzi, a dobrą passę podtrzymało wydanie kolekcji remiksów, zatytułowanej „24 Hour Psychedelic Freakout” (2003). Hitowy potencjał Crazy Penis potwierdził jego trzeci long, „A Night on Earth” (2005). „Fani zespołu nie powinni być zaskoczeni tą efektowną fuzją house’u, disco i jazzu, jednakowoż krystaliczna produkcja i sama jakość kompozycji zostały niebotycznie wyśrubowane – zachwalał album recenzent BBC Music. Dostarczając idealnego panaceum na epidemię osowiałego rocka, Crazy P uwodzi nas dziełem niekłamanego piękna”. Cóż po pochwałach i słowach uznania, gdy frywolna nazwa nadal blokowała Brytyjczykom dostęp do co większych stacji radiowych. Z koncertami także bywało różnie, o czym muzycy przekonali się już na początku działalności, gdy wezwano ich na posiedzenie rady miejskiej Nottingham i wymuszono tymczasowe przechrzczenie na Crazy Denny. Wyjściem kompromisowym była modyfikacja nazwy i skrócenie jej do Crazy P. Tak zresztą już wcześniej nazywali zespół dyskdżokeje zdjęci strachem o utratę posady. Już jako Crazy P weseli Angole pojawili się latem 2007 roku na gdyńskim Open’erze, dowodząc wówczas trafności deklaracji Jima Barona: „Jesteśmy otwartymi, rozrywkowymi, wyluzowanymi ludźmi i wychodzi to na jaw także wtedy, gdy jesteśmy na scenie”. Rok później neodyskotekowy kwintet zrealizował longa „Super Space Return”, najbardziej chyba przebojowe wydawnictwo w jego dorobku. Kolorowa orkiestra z Nottingham objeżdża właśnie Europę ze swoimi energetycznymi koncertami. Kto będzie miał okazję zobaczyć sceniczne pląsy piątki wesołków, niech zrobi to śmiało. A jeśli się waha, to może jego wątpliwości rozwieje wypowiedź Danielle Moore, zapytanej o to, która ze składowych trójcy: seks, narkotyki i rock’n’roll jest ulubioną członków Szalonego Członka: „Najlepsze jest rozsądne połączenie wszystkich trzech. Różnorodność stanowi treść życia!”. Szalonego Penisa będziecie mogli obejrzeć podczas festiwalu Audioriver. Tekst Sebastian Rerak Foto Mat. promo

29


FESTIWAL ŚWIATA NIEZALEŻNEGO AUDIORIVER WE WSPÓŁPRACY Z MUZZO.PL I MAGAZYNEM LAIF OGŁASZA KONKURS DLA ZESPOŁÓW MUZYCZNYCH I PRODUCENTÓW, W KTÓRYM GŁÓWNĄ NAGRODĄ JEST WYSTĘP NA TEGOROCZNEJ EDYCJI TEJ PRESTIŻOWEJ IMPREZY. 10 WYTYPOWANYCH

W GŁOSOWANIU ZWYCIĘZCÓW DOSTANIE GODZINĘ, BY ZAPREZENTOWAĆ SIĘ W PŁOCKU W DNIACH 8–9 SIERPNIA 2009 ROKU.

E I S R U K Audioriver! N O K W Ł j na A a r g I a z Z i D WEŹ U

„Już od pierwszej edycji festiwalu jesteśmy zasypywani e-mailami i telefonami od ludzi chcących wystąpić na naszym evencie. Niestety, na naszpikowanej zagranicznymi gwiazdami plaży zawsze brakowało miejsca dla młodych, ale obiecujących artystów. Dlatego w tym roku, wraz z poszerzeniem formuły imprezy, postanowiliśmy także rozbudować się o kolejną scenę, która ma na celu właśnie promowanie dobrze rokujących polskich wykonawców. Scena ta stanie na rynku Starego Miasta i grać będzie za dnia – w sobotę i niedzielę” – komentuje Łukasz Napora, rzecznik prasowy Audioriver. WARUNKIEM UCZESTNICTWA W KONKURSIE JEST WYPEŁNIENIE FORMULARZA ZNAJDUJĄCEGO SIĘ NA STRONIE AUDIORIVER.MUZZO.PL. NALEŻY UPRZEDNIO ZAŁOŻYĆ PROFIL SWÓJ LUB SWOJEGO ZESPOŁU (MAKS. 5-OSOBOWEGO) I UMIEŚCIĆ TAM UTWÓR MUZYCZNY, KTÓRY MA ZOSTAĆ PODDANY OCENIE JURY W SKŁADZIE: PIOTR ORLICZ-RABIEGA (ORGANIZATOR AUDIORIVER), ŁUKASZ NAPORA (RZECZNIK PRASOWY AUDIORIVER), PIOTR LEOWSKI (DYREKTOR ARTYSTYCZNY AUDIORIVER), MATEUSZ NOWAK (SPECJALISTA DS. MARKETINGU INTERIA.PL), PRZEMEK KAROLAK (REDAKTOR NACZELNY LAIF). STYL MUZYCZNY UTWORU JEST DOWOLNY. MAKSYMALNIE 10-MINUTOWY UTWÓR MUSI BYĆ AUTORSKĄ PRODUKCJĄ, NIE SETEM DIDŻEJSKIM ANI REMIKSEM, I MUSI ZOSTAĆ ZGŁOSZONY NAJPÓŹNIEJ DO 21 CZERWCA DO GODZINY 23.59. TERMIN ROZPOCZĘCIA PRZYJMOWANIA ZGŁOSZEŃ TO 1 CZERWCA.

30 CZERWCA ZOSTANIE OGŁOSZONYCH 30 ARTYSTÓW, KTÓRYCH

JURY WYTYPOWAŁO DO FINAŁU. ZWYCIĘZCÓW W DNIACH

1–26 LIPCA WYBIERAĆ BĘDĄ JUŻ SAMI INTERNAUCI ZA

POŚREDNICTWEM PORTALU MUZZO.PL. KAŻDY UŻYTKOWNIK

MA PRAWO ODDAĆ JEDEN GŁOS W KONKURSIE. 10 ARTYSTÓW

Z NAJWIĘKSZĄ LICZBĄ GŁOSÓW ORGANIZATORZY AUDIORIVER

ZAPRASZAJĄ NA WYSTĘP DO PŁOCKA, ZAPEWNIAJĄC IM

ZAKWATEROWANIE I ZWROT KOSZTÓW PODRÓŻY.

N GULAMI OWY RE Ł Ó G E U Z SZC KURS NA KON I STRO NA: Ę JĄ SI U D J A N Z ZO.PL ER.MUZ V I R O I AUD


awtin ichieauH R Ulrich Schn ss

The Whip Telefon Tel Aviv Zoot Woman Moderat (Modeselektor + Apparat + PfadďŹ nderei) Muzyka | Kino | Teatr

James Holden Chase & Status feat. MC Rage Crazy P Daniel Bell Caspa & Rusko feat. MC Rod Azlan Gui Boratto Dirtyphonics Radio Slave Ewan Pearson Seba & Paradox live feat. Robert Manos Joris Voorn MyMy Efdemin Mistabishi The Mole

www.audioriver.pl


*

*

the field

*

Technicznymarzyciel 32


* DEBIUT THE FIELD - ”FROM HERE WE GO SUBLIME“ Z 2007 ROKU BYŁ JEDNYM Z NAJSZERZEJ KOMENTOWANYCH WYDAWNICTW Z KRĘGU TECHNO W OSTATNICH LATACH. TERAZ DOSTAJEMY DRUGI ALBUM PROJEKTU ”YESTERDAY AND TODAY“, A PODCZAS OFF FESTIVALU BĘDZIE MOŻNA USŁYSZEĆ GO NA ŻYWO.

K

olońska wytwórnia Kompakt od dekady pokazuje, jak inteligentnie uwspółcześniać i poszerzać granice muzyki tanecznej, jednocześnie pozostając wierną jej najgłębszej istocie. Twórczość szwedzkiego producenta Axela Willnera aka The Field z tą ideą doskonale koresponduje. Za młodu grał on na gitarze w kapelach zainspirowanych amerykańskim punkiem i hardcore’em, potem poznawał scenę indie, postrocka, współczesną poważkę i wiele innych dziedzin, co dało mu bardzo wszechstronny wgląd w muzyczną tradycję; w końcu zaczął eksperymentować z elektroniką – działał jako Lars Blek, porte, Cordouan, James Larsson czy też współtworzył projekt Speedwax. Dopiero jednak po wydaniu debiutanckiego singla „Things Keep Falling Down” w 2005 roku pod swym aktualnym, najbardziej znanym szyldem, rozpisywać zaczęła się o nim blogosfera, a dwa lata później, gdy światło dzienne ujrzała pierwsza duża płyta – „From Here We Go Sublime” został bohaterem muzycznych mediów w całym cywilizowanym świecie i tym samym jedną z najjaśniejszych gwiazd Kompaktu. Jako The Field Willner sięgnął po patenty znane z twórczości działających na pograniczu minimalizmu, ambientu i shoegaze’u prekursorów postrocka w stylu Seefeel i połączył je ze stylowym, zmysłowym, głębokim tech-house’em, z którego od swego zarania słynęła kolońska oficyna. Eteryczne pętle rodem ze Steve’a Reicha, rozpływające się w mgielnych, pełnych ulotnych detali fakturach zderzone zostały z miarowym podkładem na 4/4. Całość, mimo jednostajności i melodycznego redukcjonizmu, miała stosunkowo lekki, organiczny,

a przy tym niepozbawiony eksperymentalnego zacięcia sznyt – przez co pogodziła fanów z najróżniejszych muzycznych obszarów. Była bardziej nostalgiczna, chłodna i skupiona od twórczości Lindstroma, a przede wszystkim wolna od jej pretensjonalności. Remiksy m.in. dla Battles czy Thoma Yorke’a, jak też udział w firmowych składankach Kompaktu – „Pop Ambient” 2007 i 2008 – ugruntowały mocną pozycję Szweda. Druga, wydana w maju tego roku płyta The Field była w niektórych kręgach jedną z najbardziej wyczekiwanych premier ostatnich miesięcy. „Yesterday And Today” przynosi muzykę bardziej zróżnicowaną od poprzedniczki, łączącą typowy dla Willnera deep-technowy trans z emotronikową wrażliwością – znalazło się tu nawet miejsce dla utworu z wokalem, bliższego piosenkowej strukturze „Everybody’s Got To Learn Some Time” (cover formacji The Korgis sprzed ponad ćwierćwiecza). Z drugiej strony, np. w „Sequenced” mamy hipnotyczną, niemal krautrockową psychodelię. Jakkolwiek do sporej części krążka pasowałaby etykietka „dream-techno”, jako całość wyraźniej od debiutu wyłamuje się on z ram gatunku, co dodatkowo uwypuklają występujący gościnnie muzycy, m.in.: gitarzysta Johan Grimlund, pianista Ole Keijer czy znany m.in. z hardcore’owej legendy zespołu Helmet, dziś kojarzony z Battles perkusista John Stanier (!). Wszak The Field zagra na festiwalu kojarzonym przede wszystkim z szeroko pojętą rockową alternatywą. Tekst: Łukasz Iwasiński Foto: Mat. promo

33


*

*

Kalifornijski producent Steven Ellison aka Flying Lotus okrzyknięty został największym odkryciem abstrakcyjnego, instrumentalnego hip-hopu ostatnich lat. Artysta wystąpi w sierpniu na festiwalu Nowa Muzyka.

W

ydawać by się mogło, że ekspresja hip-hopu opierała się przede wszystkim na słowie. Pewnym paradoksem jest więc fakt, iż ostatnio najciekawsze rzeczy dzieją się w jego instrumentalnym wydaniu. Oczywiście można dyskutować, na ile uprawnione jest określanie mianem hip-hopu (a ściślej – abstract hip-hopu) osadzonej na synkopowanych bitach samplodelii. Wszak to inna poetyka, czerpiąca jedynie z pewnych typowych dla tego gatunku środków i technik. Tak czy owak podążający jej tropem artyści, jak właśnie Flying Lotus, Hudson Mohawke, Lukid czy Prefuse 73 (którego śmiało można uznać już za klasyka tej stylistyki), w ostatnich miesiącach bili na głowę wszystkich nawijaczy. W pewnym sensie dokonania wyżej wymienionych są dla hip-hopu tym, czym IDM było dla techno. IDM wyrugowało z muzyki klubowej to, co stanowiło o jej istocie – dosadną, transową, fizyczną energię, koncentrując się na projektowaniu dźwiękowych pejzaży przeznaczonych do kontemplowania w domu. Z kolei przedstawiciele nowej fali instrumentalnego hip-hopu konkretny, dobitny przekaz, jaki zawsze był domeną tego gatunku, zastąpili abstrakcyjnymi formami, niekiedy akcentując także metafizyczny wymiar swej twórczości. Podobnie jak reprezentanci post-techno, którzy przenieśli swą

34

flying lotus

*

ABSTRAKCYJNA gwiazda


* muzykę z parkietu do salonów, tudzież sypialni, nadali oni dźwiękom bardziej intelektualny sznyt. Nie powinien więc dziwić fakt, że ważni producenci z tego kręgu (w tym Flying Lotus) wydają w kluczowej dla IDM wytwórni – Warp. „Ta muzyka ma cię poruszyć. Nie do tańca, ale w bardziej emocjonalny sposób. Na poziomie duchowym” – mówi Ellison o swej twórczości. Już pierwszy sygnowany nazwą Flying Lotus album zatytułowany „1983”, opublikowany nakładem Plug Research w 2006 roku, uczynił z niego gwiazdę. O płycie sam autor dumnie mówił jako o pokoleniowym manifeście – jednak nie tyle w kontekście globalnej abstract-hiphopowej fali, co w bardziej lokalnym wymiarze, promując tym samym młodych kalifornijskich artystów. „Chcę powiedzieć światu, że to jest nasz czas. Dzieciaki z mojego pokolenia mają swoje inspiracje i słyszą muzykę po swojemu – ludzie tacy jak ja, Georgia Anne Muldrow, GB, Black Milk, Gaslamp Killer, Samiyam,

Blu i wielu innych. 1983 to dedykacja dla mojej generacji, a także refleksja nad aktualnym czasem. Wiedziałem, że ludzie potrzebują czegoś nowego, innego brzmienia od tych nieustannych imitacji Donuts Dilli”. Pomimo tej deklaracji wpływ zarówno legendarnego J Dilli na cały szeroko pojęty abstract hip-hop, jak i samego Flying Lotusa jest przemożny. Zresztą kalifornijski producent wcale się od niego nie odżegnuje, podkreśla jednak, że źródłem natchnienia była dla niego przede wszystkim osobowość tego zmarłego w 2006 roku wizjonera. „Ludzie myślą, że Dilla był dla mnie wielką muzyczną inspiracją. Jednak, szczerze mówiąc, wyrosłem, słuchając Dr. Dre – jego twórczość przywiodła mnie do klejenia bitów, gdy byłem nastolatkiem. Dilla inspirował mnie bardziej jako człowiek – swoją determinacją, skromnością i pracowitością”. Inną postacią, która w znaczący sposób odcisnęła piętno na życiu Ellisona była ciotka – Alice Coltrane, nieżyjąca od dwóch

lat żona legendarnego Johna i partnerka jego najbardziej mistycznych artystycznych poszukiwań. „Straciłem więcej niż ciotkę. Straciłem więcej niż muzycznego mentora. Straciłem duchowego przewodnika” – mówił zapytany o jej odejście. Na wyśmienitej drugiej, odnotowanej w czołówkach wielu zeszłorocznych podsumowań płycie Lotusa, zatytułowanej „Los Angeles”, znalazł się zresztą hołd dla Alice (utwory „Auntie’s Harp” oraz „Auntie’s Lock/Infinitum”). Album wypełniają wielowarstwowe, pełne brzmieniowych niuansów kolaże – łączące wiele obszarów post-techno, przyprawione szczyptą etno, ewokujące nastrój tajemniczości i kuszące surrealistycznym kolorytem. Jedynie mocne, synkopowane, niekiedy przesycone plemiennym duchem rytmy nie pozwalają im odpłynąć w kompletną abstrakcję. Ci, którzy widzieli Amerykanina na scenie, twierdzą, że na żywo jego muzyka wypada jeszcze bardziej sugestywnie. Warto się o tym przekonać! Tekst Łukasz Iwasiński Foto Mat. promo

35


*

*

peaches

*

a i DOJRZAŁA n i w k s o z br

Definitywnie zgoliła brodę, odpuściła

wszystkim prezydentom świata, wyrzuciła gitary i wciągnęła falbanki. Peaches jest kobietą. Bo brak skandalu to też skandal, tylko taki bardziej przewrotny.

J

est taka durna teoria, że to dziewczyny i ich błahe ciągoty ku dyskotece zabiły punk rocka. Trzeba było minimum dwóch dekad, by symbolicznie zakończyć nieuzasadniony konflikt anarchicznych hałasów i parkietów. Analogicznie do przypadków panny Peaches? Nie, ta niech sobie dalej będzie wyjątkiem od wszystkiego. Zresztą rock and roll po czterdziestce to sytuacja, z której bez wstydu wywiązuje się wyłącznie Keith Richards. Kalendarz nie kłamie. Nic więc dziwnego, że Peaches wraz z nową płytą wieńczącą dekadę niecenzuralnych harców przybrała nowe, potulne, miękkie i umiarkowanie subtelne oblicze. Zabiła w sobie punk i poszła w disco. CH CH CH CHANGES „Ten album jest totalnie disco. Wcześniej bardzo się starałam, aby za dużo nie śpiewać. Nie chciałam być klasyfikowana jako wokalistka. W ogóle nie chciałam robić za dużo czegokolwiek. Minimalizm był absolutnie świadomym wyborem. Wiele się dzięki takiemu podejściu nauczyłam. Byłam bardzo krytyczna w stosunku do siebie i ten rygor pozwolił mi rozwinąć się literacko. Na nowej płycie więcej śpiewam czy może bardziej: więcej rapuję. Doszłam do takiego punktu w swojej karierze, że mogę się nazwać artystką hardkorową i zrobić wszystko, na co tylko mam ochotę” – tak Peaches tłumaczy ideologię „I Feel Cream”, czwartego wydawnictwa

36

nagranego pod pseudonimem wyciągniętym ze starej i smutnej piosenki Niny Simone. To nie koniec zmian. Nowym albumem Peaches zrywa z imponującym statusem artystki produkcji własnej. Do tej pory wszystko robiła sama – pisała, komponowała, nagrywała, produkowała. Tym razem postanowiła zawierzyć ekspertom. „Myślałam, że będę miała ze współpracy z innymi sporo frajdy i że taka kolaboracja będzie pouczającym doświadczeniem. Nie chciałam spędzać zbyt wiele czasu sama”. Do kręcenia gałkami zaprosiła Simian Mobile Disco, Soulwax, Drums Of

Death, wciąż świeżych, już doświadczonych. Wyhamowała generalnie. Już na wysokości „Impeach My Bush” troskliwa prasa przestrzegała, że na szoku długo nie pociągnie, bo to ograniczona praktyka, i przyjdzie taki moment, w którym zwyczajnie nie będzie w stanie bardziej wstrząsnąć światem. Na wspomnianej płycie do swoich klasycznych gierek z powszechnym wyobrażeniem o płci i seksualności dorzuciła komentarz polityczny. Dziś już tylko w sporadycznych wywiadach mówi, że Baracka Obamę zgubi jego żarliwa religijność, otwarta i jednoznaczna polityka jej nie interesuje. Gdzieś po drodze zapomniała też o dobrych skutkach legendarnego cytatu: „Nie jestem przeciwna miłości, ale dziewczyna na moich płytach jest antychrystem”. Palnęła dobrych pięć lat temu i ot tak poszło w niepamięć, bo na „I Feel Cream” dziewczynie z jej płyt coś ewidentnie stępiło różki i podkuliło ogonek. Nie dajcie się zwieść zachęcającemu „Call Me Nasty” padającemu niepostrzeżenie w jednej z piosenek. „The teaches of Peaches” poszły w las, dziś Merrill Nisker rzuca zalotne spojrzenia spod słomkowych kapeluszy, by odwrócić uwagę od największego skandalu, na jaki sobie pozwoliła: bycia obyczajowo poprawną. ELEKTROWSTRZĄSY BEZ WSTRZĄSÓW Dobre czasy higienicznej swobody już nie wrócą. Nadmierne owłosienie, znak firmowy Peaches, było dla nowego feminizmu


*

37


*

Definitywnie zgoliła brodę, uściła wszystkim zydentom świata, wyrzuciła gitary i wciągnęła falbanki. ches jest bietą. Bo k skandalu to też kandal, tylko taki bardziej przewrotny. 38


*

tym, czym niestosowne grzywki Beatlesów dla muzyki pop. Symbolem. Nonszalanckim podejściem do depilacji Peaches wyrażała swoje równie nonszalanckie podejście do płynnej granicy pomiędzy tym, co kobiece i męskie, i tym, co homo i hetero. Agresywnie nieładna i spocona stała się rzeczniczką feministek, ikoną środowisk gejowskich i pieszczochem branży modowej. Wielkość Peaches nie była mierzona liczbą sprzedanych płyt, bo komercyjnie nie osiągnęła wiele. Niszowe kilkadziesiąt tysięcy każdego albumu. Ale alternatywne zawsze wpływało na masowe – i tu trzeba szukać potwierdzenia pozycji Peaches. Jej piosenki towarzyszyły pokazom kolekcji Givenchy i Prady. Oficjalnie namaścił ją „Vogue” – mimo kwestionowania kanonów. Madonna trenowała w rytm „Fuck The Pain Away”. Britney Spears poprosiła o piosenkę. Peaches odmówiła, bo w wyrazie uznania węszyła podstęp. I nie pomógł nawet pamiętny publiczny

pocałunek Madge i Brit, za który może się czuć ideologicznie odpowiedzialna. Podobnie jak za Katy Perry – amatorkę cudzego chopsticka – na listach przebojów. Tę ostatnią nawet próbowała wybronić przed ostracyzmem lesbijek oburzonych koniunkturalizmem „I Kissed A Girl”. Bo jej dziesięć lat temu też wyrzucano dużo – z przerostem prowokacji nad treścią na czele. Inna sprawa, że jeśli chodzi o elektrowstrząsy, planowała wyłącznie electro, bez wstrząsów. „Nie golę się pod pachami, bo nie lubię używać potem tych wszystkich produktów. Ale nie sądziłam, że ludzie zrobią z tego takie wielkie halo. Zrobili, więc postanowiłam to wykorzystać”. Korzystała na potęgę, bo miała trzydzieści lat spokoju do odreagowania. Dzieciństwo w prywatnej żydowskiej szkole w Toronto. I karierę nauczycielki muzyki i aktorstwa. Uczyła dzieci do szóstego roku życia, począwszy od kursów w lokalnym YMCA, na prywatnych placówkach skończywszy. Jak Mary Poppins z drugą, rozpustną twarzą. Pojechała do Berlina, tam zadebiutowała płytą z lateksowymi szortami na okładce. Późno, bo dopiero po trzydziestce, dla czego dziennikarki „Cosmopolitan” znalazłyby stosowne powody, adekwatne do treści pierwszych przebojów. Bezkompromisowa i bezpruderyjna Peaches zapunktowała „Cute And Fantastic” u Iggy’ego Popa, który wsparł ją na kolejnym albumie, „Fatherfucker”, z okładką, na której chciała wyglądać jak Abraham Lincoln. Miała szczęście i do okładek, i do gości, którzy tłocznie stawili się na nagraniach „Impeach My Bush” (Josh Homme, Feist – żeby wymienić ulubionych). Producencka niesamodzielność przy okazji „I Feel Cream” to tylko kolejny krok w dzieleniu się obowiązkami i słuszna marketingowa zagrywka. Nie powinno zaskakiwać. Bo jedyne, co dziś dziwi i rusza, to fakt, że nic już nie dziwi i nie rusza. Poza najważniejszym, z premedytacją zostawionym na finał: Peaches umie śpiewać!

39


*

*

vadim

*

Vadim Lord Kosmiczny hip-hop niepokornego producenta i didżeja Vadima Peare'a o lata świetlne wyprzedzał londyńską konkurencję. Moc

zdecydowanie była z nim. Obecnie nie prowadzi wojen i oddalił się od

gwiazd. Bezpiecznie orbituje, nie myśląc o skokach w nadprzestrzeń.

C

hoć Vadim nie spędził dzieciństwa na rządzonym przez hutów Tatooine, to otarł się o życie w zniewoleniu, pod jarzmem rozlazłych i bezkarnych. Nie bez powodu patrzono bowiem na Związek Radziecki jak na inną planetę. Artysta jest przekonany, że gdyby do dziś pozostał w rodzinnym Sankt Petersburgu, nie robiłby muzyki. Zza Buga nie przywiózł nawet akcentu – był na to zresztą za młody. Dopiero po latach z pasją odkrywał twórczość rosyjskich awangardzistów. I przekornie igrał ze stereotypami – w tytułach jego pierwszych płyt skrót „U.S.S.R” pojawiał się często, zaś przy okładkach wykorzystywano wschodnie wzornictwo. A to dlatego, że taki zabieg z miejsca potrafił zaciekawić odbiorcę, któremu Rosjanie kojarzyli się jedynie ze zbrodniami Stalina, wódką pitą szklankami i tańcami kozackimi. alent Vadima dał o sobie znać, gdy ten, jeszcze jako nastolatek, przestał łudzić się, że zostanie tenisistą i kupił sobie sampler. Umiejętności okazały się

T

40

adekwatne do tego, co w Stanach prezentował DJ Shadow, we Francji DJ Cam, zaś w Japonii DJ Krush. Tyle że na Wyspach nie broniły się same. Sformułowanie „abstrakcyjny hip-hop” czy „instrumentalny hip-hop” z trudem przechodziło tam ludziom przez usta. Jeżeli coś odbiegało od rapowej sztancy, błyskawicznie otrzymywało etykietkę trip-hopu, a w najlepszym razie elektroniki. Artysta miał nawet na to własne wyjaśnienie – za oceanem hip-hop miał przestrzeń do rozwoju, zaś nad Tamizą w większej mierze wypełniały ją reggae i jego pochodne. Co bardziej uważny słuchacz zauważy bez trudu, że połamany rytmicznie jungle opiera się na jamajskiej linii basu, a nawijacze zniekształcają głoski karaibskim zwyczajem. Nowym Jorku Vadim Peare jeszcze przed właściwym debiutem singlami, minialbumami i remiksami zapracowałby na miano rewelacji. W Londynie był niepasującym do żadnej szufladki dziwakiem. A skoro tak, to okopał się na swojej pozycji i przez lata pracował na to, by tę reputację

W


* podtrzymać. „Nikt nie był zainteresowany tym, co zrobiłem. Nikt nie chciał tego wydać poza mną samym” – żalił się w jednym z wywiadów, pytany o własną oficynę Jazz Fudge. W końcu podpisał kontrakt z wytwórnią Ninja Tune, znajdując się tym samym w bezkompromisowym, wyprzedzającym swoje czasy towarzystwie m.in. Amona Tobina, Herbalisera, Coldcut. Przeszedł na ciemną stronę mocy, obierając szlak pełen radykalnych haseł, projektów ukrytych za tajemniczymi pseudonimami (Andre Gurov, Little Aida, później Isolationists), niezależności wykluczającej właściwie listy przebojów. Serwował słuchaczom zarówno sztuczki turntablistyczne, jak i masę niedorzecznych sampli, celując w nagraniach budowanych na strzępkach kuriozalnych wypowiedzi. „Słucham wszystkiego. Kocham nagrania z nowinkami, deklamowaną poezją, bajkami dla dzieciaków. Mam

płyty mówiące, jak dostać erekcji, przyciągnąć płeć przeciwną, odkryć w sobie homoseksualistę, właściwie mówić, zajmować się kociętami, rozpoznać wampira” – wyjaśniał z entuzjazmem wysłannikowi magazynu „Sound On Sound”. iczba używanych w kawałku próbek potrafiła sięgnąć nawet stu dwudziestu, niemniej producent starał się w pocie czoła o to, by słuchacz zbyt łatwo na to nie wpadł. W odróżnieniu od wielu eksperymentarów stawiał na brzmienie niepokojące, ale pozornie proste. Taki był pierwszy pełnowymiarowy krążek – wydane w 1996 roku, instrumentalne „U.S.S.R. Repertoire”. Trzy

L

lata późniejsze „U.S.S.R – Life From The Other Side” jest już pełne zbieranych po całym świecie, znakomitych zwrotek. Z wizytą wpadło mocno alternatywne towarzystwo – ówczesny król chorych brzmień, szefujący wydawnictwu Def Jux nowojorczyk El-P, będący wizytówką kanadyjskiego rapu zespół Swollen Members, zwiastujący renesans staroszkolnego podejścia do hip-hopu Iriscience (z Dilated Peoples), jak też feminizująca poetka Sarah Jones. Jako że najważniejsze krążki poznajemy nie po tym, kto je poleca, ale po tym, kto usiłuje je zagłuszyć, warto dodać, że emitowanie utworu z udziałem Jones było w Stanach zabronione. O ironio, zarzucono jej propagowanie tego, z czym

41


* walczyła. Vadim oczywiście nie ugiął się i kolejna, zaprezentowana w 2002 roku płyta „U.S.S.R – The Art Of Listening” przyniosła kolejne gościnne popisy – choćby dysponującego najlepszym warsztatem na świecie Gift Of Gaba (z Blackalicious), francuskich awangardowców z TTC czy naszej jazzmanki Urszuli Dudziak. To wciąż było niebanalne, elitarne grono, wiele (i dobrze) mówiące o zapraszającym. d tamtego czasu powstały dwa bardzo przyzwoite albumy. „Soundcatchera” i „U Can’t Lurn Imaginashun” dzieli mały krok – prowadzący od eklektyzmu wciąż jeszcze poszukującego do eklektyzmu konformistycznego, podanego za to w bardziej wymyślnym opakowaniu. Oczywiście brzmienie jest bezbłędne, producenckiej precyzji pozostaje pozazdrościć, i tak dalej. Niemniej w 2008 roku życie Vadima nie oszczędzało. Jego ojciec niemal oślepł, matka cudem uniknęła zlicytowania domu, przypłacając kryzys napadami lękowymi, chorowała żona – malutka, słodka, niezmiennie hipnotyzująca facetów na występach Yarah Bravo – a on sam walczył

O

DJ Vadim i Yarah Bravo

42

z nowotworem. I po tym wszystkim światło dzienne ujrzała przyjemna mieszanka reggae, dubu, hip-hopu i elektroniki, przy której można przysypiać, opalając się, czy jeździć samochodem (i to zatrzymując się na pasach). niknął gdzieś niepokorny londyńczyk rosyjskiego pochodzenia, szczery do przesady facet, który kazał wyrzucać nam telewizor przez okno, na płytach umieszczał zaś informację, iż jest „głuchy na trip-hop”, a współczesne r’n’b to pierwszy symptom agonii muzyki hiphopowej. Zastąpił go kolejny, zdolny, otwarty na muzykę nowojorczyk z kontraktem w prestiżowym BBE i ściśle zapełnionym terminarzem koncertowym. Niby w porządku. Tylko kiedy Lord Vader nas fascynował? Przecież nie wtedy gdy w „Powrocie Jedi” stał się na końcu lubianym przez wszystkich jegomościem. Wspominamy sceny, gdzie miotał się świadom własnej mocy i nie sposób było przewidzieć, co za chwilę zrobi.

Z

Tekst Marcin Flint Foto Sonic


*

*

xds

*

-------------------------------

ARTYSTY PŁACA a n l a m mini

------------------------------Jest w ich muzyce jakaś atrakcyjna brzydota, ewentualnie odstręczający urok... i cała masa innych antylogii. Duet

z Portland tworzy nieokrzesany miks art punka, no wave, math rocka i garażowego popu na tanecznych bitach. Coraz mniej już u niego elektroniki, więcej zaś prób klecenia piosenki popularnej dla tańczących humanoidów. Kiedy gitarzysta Jesse Hall i pochodząca z Japonii

perkusistka Shoko Horikawa przybyli do Krakowa wystąpić na festiwalu Off Off, nie mogłem odmówić sobie rozmowy z dwojgiem muzycznych stomatologów.

P

ODOBNO LUBICIE OGLĄDAĆ WSPÓLNIE FILMY. CO OSTATNIO WIDZIELIŚCIE?

JESSE: Chyba „To nie jest kraj dla starych ludzi”, chociaż ja oglądałem w nim tylko sceny z udziałem Javiera Bardema. To niesamowity aktor! SHOKO: Na pokładzie samolotu do Europy widzieliśmy jeszcze „Sekretne życie pszczół”. Zaskoczyło nas, bo zazwyczaj w trakcie lotów puszcza się kiepskie filmy, a ten jest bardzo dobry. OGLĄDACIE FILMY, PODRÓŻUJECIE, JADACIE, SPĘDZACIE RAZEM DUŻO CZASU. TAKA TOWARZYSKA RELACJA WPŁYWA CHYBA JAKOŚ NA DYNAMIKĘ WEWNĄTRZ ZESPOŁU?

J.: Jest na pewno inaczej, niż gdy graliśmy jako tercet. O wiele łatwiej porozumieć się z jedną osobą, zwłaszcza gdy przebywa się tak często w jej towarzystwie. Możemy wspólnie z Shoko ustalić, ile zaangażowania wymaga od nas zespół. Dlatego też ćwiczymy codziennie – głównie dlatego, że daje nam to zwyczajną satysfakcję. Przez zespół przewinęło się kilku perkusistów, a żaden z nich nie był w stanie przychodzić na próby częściej niż trzy razy w tygodniu. Wolimy grać codziennie! S.: I w duecie jest to możliwe. Częste próby były niezbędne, abym mogła okiełznać bębny, bo wcześniej grałam na klawiszach. Nasz duet jest także dowodem na istnienie harmonii między przeciwień-

44

stwami. Jesse jest nieokrzesaną stroną zespołu, a ja tą wyważoną i przytomną. Nie powiem, żeby źle nam było w czasach tercetu, ale gra we dwójkę jest bardziej naturalna. To zupełnie inna chemia! NAWET WE DWÓJKĘ POTRAFICIE OSIĄGNĄĆ NIEZŁE BRZMIENIE, BARDZO SKOMPRESOWANE I GĘSTE. W KAŻDYM UTWORZE AŻ ROI SIĘ OD POMYSŁÓW.

J.: To niestety obraca się często przeciwko nam. Zwłaszcza w przeszłości cierpieliśmy na klęskę urodzaju pomysłów. Zbyt wiele staraliśmy się upchać do każdego kawałka. To tak jak z grafiką – ktoś stworzy plakat z mnóstwa zdjęć i wyjdzie z tego wielki bałagan, a kto inny wykorzysta jedną wyrazistą fotografię i osiągnie znacznie lepszy efekt. Każdy zespół powinien pozbywać się nadmiaru pomysłów, aby ograniczyć je do esencji. My też zmierzamy w tym kierunku, ale droga jeszcze daleka (śmiech). Wciąż zdarza mi się przesadzać z różnymi gitarowymi patentami, ale na szczęście Shoko temperuje moje zapędy (śmiech). „FOREST FIELD”, NOWY ALBUM, JEST BARDZIEJ ORGANICZNY NIŻ POPRZEDNIE WASZE NAGRANIA, KTÓRE CECHOWAŁ PEWIEN ELEKTRONICZNY SZNYT.

J.: To prawda. Lubię syntetyczne dźwięki, ale moja gra na gitarze jest na pewno bardzo organiczna. Korzystamy teraz z klasycznego, bazowego instrumentarium, więc osiągamy żywsze brzmienie. Rozmawia-

w


* liśmy jednak o planach na kolejne nagrania i na pewno zamierzamy wykorzystać w nich więcej sampli. Jedyne, czego zawsze będziemy unikać, to wykorzystywanie przygotowanych wcześniej dźwięków na koncertach. Puszczając muzykę z puszki, ignoruje się publikę i jej reakcje danego wieczora. Dlatego, kiedy zapętlam jakiś riff, dostosowuję się do wibracji koncertu. Elektronika ma jednak tę zaletę, że oferuje paletę brzmień nieosiągalną dla gitary. Używam różnych przystawek, ale chciałbym wrócić do korzystania z sampli, bo te znacznie poszerzają pole działania. UDOSTĘPNILIŚCIE „FOREST FIELD” DO ŚCIĄGNIĘCIA ZA DARMO, ALE PŁYTA DOSTĘPNA JEST TEŻ NA NORMALNYCH NOŚNIKACH. JAK SPRZEDAJĄ SIĘ ZATEM POCZCIWE KOMPAKTY I WINYLE?

J.: Raczej tak samo, jak poprzednie albumy. Postanowiliśmy nieodpłatnie udostępnić „Forest Field” z kilku powodów. Po pierwsze, pieniądze nie są dla nas jakoś szczególnie ważne – możemy utrzymać się z koncertów i prac, jakie wykonujemy. Po drugie, chcemy dzielić się muzyką, i to w jak najbardziej bezpośredni sposób. Podjęliśmy pewien eksperyment i teraz widać, że przebiega on po naszej myśli. Muzycy nie powinni nastawiać się na zyski, zwłaszcza w obecnej sytuacji. Zarobki artysty to dziś płaca minimalna.

CZY MOŻLIWE JEST OPISANIE W ZWIĘZŁY SPOSÓB MUZYKI EXPERIMENTAL DENTAL SCHOOL I EMOCJI, JAKIE JEJ TOWARZYSZĄ?

J.: Dla mnie jest to po prostu rock’n’roll, może z artystycznym zacięciem. Ludzie często mówią, że uprawiamy dziwną muzykę, choć chyba nawet to się zmienia, skoro „Forest Field” spodobał się mojej mamie (śmiech). Zrobić coś kuriozalnego jest łatwo, o wiele większą sztuką jest stworzenie muzyki interesującej i przystępnej zarazem. Paradoksalnie, muzyka pop stała się naprawdę bardzo progresywna, a to, co uznawaliśmy przez lata za sztukę eksperymentalną, wydaje się wyjątkowo konserwatywne (śmiech). S.: Niektórzy sądzą, że my gramy właśnie muzykę eksperymentalną, ale to chyba tylko siła sugestii nazwy zespołu. NO WŁAŚNIE, NAZWA! KRYJE SIĘ ZA NIĄ JAKIŚ PRZEBIEGŁY POMYSŁ?

J.: Raczej jedynie fakt, że chcielibyśmy ją zmienić (śmiech). Wymyśliliśmy ją dziesięć lat temu, tuż przed pierwszym koncertem. Wówczas była adekwatna do naszego ówczesnego brzmienia, które było komiczne i bolesne zarazem (śmiech). Dziś wydaje nam się jednak nieco nieaktualna, więc jeżeli ktoś z czytelników ma dobry pomysł na nazwę zespołu, to może śmiało słać mi e-maila. Tekst Sebastian Rerak Foto Mat. promo

Jest w ich muzyce jakaś atrakcyjna brzydo ewentualnie odstręczający urok... i cała masa i

antylogii. Duet z Portland tworzy nieokrzesany miks art p wave, math rocka i garażowego popu na tanecznych bitach. Coraz u niego elektroniki, więcej zaś prób klecenia piosenki popularnej 45


*

P

arisTetris tworzy trójka muzyków: Marcin Masecki – pianista jazzowy i klasyczny, jego małżonka Candelaria Saenz Valiente – argentyńska malarka, pisarka i instrumentalistka oraz Macio Moretti, wedle słów zaprzyjaźnionego inżyniera dźwięku: „człowiek, który gra w stu zespołach na stu różnych instrumentach”. Pod szyldem ParisTetris zebrali się niecały rok temu. MARCIN: ParisTetris powstało na jesieni 2008 roku. Inicjatorem naszego spotkania był Mirek Olszówka, na co dzień menedżer Voo Voo. Po współpracy przy „Męskiej muzyce” z rodziną Waglewskich namawiał mnie na nagranie płyty z Candi. My z kolei zwróciliśmy się do Macia Morettiego. MACIO: Projekt powstał niejako na zamówienie. Płyta miała wyjść u zupełnie innego wydawcy, ale z różnych przyczyn do tego nie doszło, więc z wielką radością wydaliśmy ją sami.

D

ebiut grupy ukazał się nakładem Lado ABC, jednej z ciekawszych oficyn niezależnej fonografii. Nagrywany był w podwarszawskim domu Macia, a później rykoszetował między trzema kontynentami – postprodukcja odbywała się w Buenos Aires i Waszyngtonie, miks – w Otwocku w studiu Nagrywex, a mastering – w częstochowskim Studiu 333. MACIO: Gros materiału nagraliśmy u mnie w domu. Dopiero postprodukcja przebiegała w trybie interkontynentalnym. MARCIN: Na początku września zainstalowaliśmy się na tydzień u Macia, w Radości pod Warszawą. Cały drewniany domek przearanżowaliśmy na studio. Przez trzy dni ustawialiśmy mikrofony, ciągnęliśmy kable i organizowaliśmy przestrzeń. Już na początku Candi miała kilka gotowych piosenek, potem w trakcie pracy napisała jeszcze parę kolejnych tekstów i szkiców. Wiele utworów powstało spontanicznie podczas nagrywania. Po tygodniu pracy polecieliśmy z Candi do Buenos Aires. Cała postprodukcja przebiegała w internecie. Codzienne łapanie się na Skype’ie, przesyłanie sobie plików na FTP, wspólne podejmowanie decyzji... CANDI: W trakcie pracy towarzyszyło nam pewne przekonanie co do warunków, jakie powinien spełniać ten album. Czuliśmy, że musi zawierać długie kompozycje przeplatane muzycznymi happeningami. Miało to być coś bliższego ścieżce dźwiękowej do filmu niż regularnej płycie pop.

46

*

paristetris

*

POWIEDZ GŁOŚNO

POP!

Trójstronny mityng indywidualności zaowocował urokliwymi piosenkami o zbieraniu kwiatów i hodowli ziemniaków. ParisTetris to projekt, jakiego dotąd nie było: czysty absurd podłączony do wzmacniaczy w służbie radośnie wierzgającej muzyki pop dla myślących.


N

ieograniczeni żadnymi założeniami muzycy stworzyli fantastyczny brikolażowy zlepek brzmień – od abstrakt popu, poprzez surf, electro, piosenkę kabaretową, punk i bit pop, po noise. Na płycie znalazło się także miejsce dla piosenki z filmu „Blue Velvet”, nagranej z inicjatywy Candelarii, wielkiej admiratorki maestra Lyncha. CANDI: „BBQ” i „Paris” – utwory, które znalazły się na początku i na końcu albumu, napisałam na długo przed pojawieniem się pomysłu na ten zespół. Przez lata także nosiłam się z pomysłem nagrania koweru „Blue Velvet” i teraz wreszcie miałam ku temu okazję. „Black Sheep” powstało na kilka dni przed tym, jak zebraliśmy się wspólnie, po czym przearanżowaliśmy ten kawałek w wersję hardcore. Z kolei piosenkę „Golem” skomponowałam w przerwie między nagraniami. Na płycie znalazły się także utwory będące zupełnymi improwizacjami. Marcin, Macio i ja spontanicznie nagraliśmy „Nor-

* berta” i „Smells Like Fish to Me”. MACIO: Pracowało nam się bardzo dobrze. Tak dobrze, że połowa utworów powstała przypadkiem, nawet nie zauważyliśmy kiedy. Candi: Bardzo często włączaliśmy nagrywanie i pozwalaliśmy taśmie się kręcić. Tak m.in. powstało „Electrodomestics” – Marcin zagrał linię melodyczną, po czym ja i Macio dołączyliśmy ze swoimi dźwiękami. „Tetris” i „Surf Rock My Ass” są natomiast wynikiem prac nad określonym pomysłem, a „Zissou” to osobliwy przypadek, jako że częściowo nagrane zostało przez Macia w Warszawie, a częściowo przeze mnie w Buenos Aires.

W

powstawaniu albumu uczestniczyło także kilku zaproszonych gości, m.in.: grający na fagocie Kuba Kossak (Baaba), gitarzysta Bartek Magneto (Mitch & Mitch), turntablista DJ Lenar oraz Kuba Jezierski, który oprócz gry na trąbce

wsławił się także zaprojektowaniem logotypu ParisTetris i oprawy graficznej płyty. To jednak nie wszystkie kolaboracje, jakie zawiązały się podczas studyjnych prac. MARCIN: W pewnym momencie przypomnieliśmy sobie, że Jesse Rivkin, mój znajomy z czasów studiów w Bostonie, jest jednym z najlepszych wokalistów na świecie. Zaprosiliśmy go do współpracy, a on nagrał u siebie w domu parę dodatkowych śladów („Golem”, „BBQ”). Nie było to wszystko łatwe, ale daliśmy radę. Tak naprawdę najwięcej problemów mieliśmy z okładką. Każdy miał inny pomysł graficzny i dopiero po wielu tygodniach naginań i przekonywań doszliśmy do kompromisu.

K

lasą samą w sobie są w ParisTetris teksty – swobodne rekapitulacje codziennych perypetii, przenicowane przez sito absurdu. Zwyczajność życia skonwertowana na nonsensowny żart i błyskotliwie zinterpretowana przez Candelarię. CANDI: Teksty spisywałam naprędce na serwetkach i ulotkach z pizzerii. Nie zamierzałam zawierać w nich żadnych głębokich przemyśleń, po prostu przelewałam na papier to, co przychodziło mi do głowy. Teksty piosenek są dla mnie dodatkiem do muzyki, ponieważ to dźwięki powinny być głównym nośnikiem przekazu.

P

owstawanie tego kapitalnego zbioru piosenek miało wybitnie luźny charakter, ale czysto zabawowy proces przyniósł frapujące rezultaty. ParisTetris udała się rzadka sztuka wprawienia na powrót kłów muzyce pop – stworzenia czegoś chwytliwego i zaczepnego zarazem. CANDI: Bardzo się cieszę, że zaliczyłeś album ParisTetris do muzyki pop. Miło jest powiedzieć głośno POP! i mieć poczucie, że jest to uzasadnione skojarzenie. Kąśliwość naszego materiału leży już jednak w gestii słuchacza. Ja zbytnio zaangażowałam się w proces tworzenia muzyki, aby móc wczuć się w rolę odbiorcy, niemniej cieszy mnie w muzyce ParisTetris zarówno ta zaczepność, jak i element popu. MACIO: Poważny wydawca wycofał się z wyprodukowania tej płyty, więc jeśli jest to pop, to najprawdopodobniej bardzo źle skalibrowany. Tekst: Sebastian Rerak Foto: Tomasz Dubiel

47


*

*

kamp!

*

Trzeba ogarniać! Czekaliśmy, czekaliśmy, aż w końcu uznaliśmy, że warto przyjrzeć się bliżej projektowi Kamp!, za którym stoją trzej dżentelmeni z dwóch miast - Łodzi i Wrocławia...

W

OSTATNIM NUMERZE LAIFA BERT NAPISAŁ, ŻE ZA CHWILĘ BĘDZIE O WAS GŁOŚNO. NOVIKA PRZYZNAJE, ŻE NA PŁYCIE DOŁĄCZONEJ DO NASZEGO MAGA WASZ KAWAŁEK JEST JEDNYM Z LEPSZYCH NA KRĄŻKU. KAMP! TO, KAMP! TAMTO... JAK RADZICIE SOBIE ZE STATUSEM NADZIEI POLSKIEJ SCENY?

RADEK: Nie czujemy się nadzieją polskiej sceny, nie mamy mesjanistycznych ciągotek;) Trochę na poważniej gramy od niecałego roku, ale potrzeba tworzenia była dla nas od zawsze oczywista, niezależnie od tego, czy robiliśmy to do szuflady, czy mieliśmy zamiar to publikować i coś z tym dalej robić. Dlaczego dopiero teraz? Pomysłów zawsze było mnóstwo, zmieniły się natomiast umiejętności, nauczyliśmy się warsztatu na tyle, że nie mamy poczucia obciachu przy publikacji naszej twórczości. ZACZYNALIŚCIE OD PROJEKTÓW GITAROWYCH. CÓŻ ZATEM TAKIEGO SIĘ STAŁO, ŻE WIOSŁA POWIESILIŚCIE NA KOŁKU I ODDALIŚCIE SIĘ BEZ RESZTY ELEKTRONICE?

R.: W okresie kiedy stawaliśmy się tzw. świadomymi słuchaczami, sięgaliśmy głównie po takich wykonawców, jak: Bauhaus, The Clash, Talking Heads, Blur czy King Crimson, szczególnie z lat 80. Naszym guru jest David Bowie. Wszystkich, w większym lub mniejszym stopniu, można wrzucić do wora gitarowego, a ponieważ to, czego słuchaliśmy, miało odzwierciedlenie w tym, co próbowaliśmy tworzyć, to i gitary musiały być. Potem odkryliśmy synth pop lat 80., z Soft Cell i Visage na czele, zbiegło się to w czasie z zainstalowaniem programu Fruity Loops na kompie. Dalej nie trzeba chyba wyjaśniać.

48

JĘZYK POLSKI PIĘKNY I GIĘTKI JEST, A I MELODYJNY BYWA. CZEMU WIĘC ŚPIEWACIE PO ANGIELSKU?

TOMEK: Z różnych przyczyn, najczęściej prozaicznych. Nie potrafimy wydobyć tego piękna, gładkości i melodyjności z naszej ojczystej mowy. Brzmi nam siermiężnie w połączeniu z elektroniką, a w szczególności przepuszczoną przez wokoder. Poza tym za naszymi tekstami nie stoi żaden konkretny przekaz, który sugerowałby śpiewanie w języku polskim. To nieskomplikowane teksty i proste wokale.


* ZOSTAWMY ZATEM ODLEGŁĄ HISTORIĘ I SKUPMY SIĘ NA TERAŹNIEJSZOŚCI. SŁYNIECIE Z WYSTĘPÓW NA ŻYWO. GRALIŚCIE GŁÓWNIE W NASZYM KRAJU, ALE ZDARZYŁY SIĘ WAM RÓWNIEŻ ZAGRANICZNE SZTUKI. JAKIEŚ NIEZAPOMNIANE WRAŻENIA?

T.: Do najważniejszych wydarzeń zaliczamy zdecydowanie nasz pierwszy zagraniczny koncert w Brnie, gdzie graliśmy przed Dat Politics. Organizatorzy naprawdę postarali się, aby wszystko było zapięte na ostatni guzik, a bardziej żywiołowej publiki jeszcze nie mieliśmy. Często wspominamy też nasz występ w radiowej Trójce, gdzie walczyliśmy za sprzętem, który wyłożył się akurat, jak wchodziliśmy na antenę. Tak naprawdę mamy jednak nadzieję, że te niezapomniane wrażenia koncertowe dopiero przed nami. JAK OCENIACIE POLSKĄ SCENĘ ELEKTRONICZNĄ?

DWÓCH Z WAS MIESZKA W ŁODZI, JEDEN WE WROCŁAWIU. CZY W JAKIKOLWIEK SPOSÓB WPŁYWA TO NA WASZĄ PRACĘ?

R.: Na pewno. Spotykamy się właściwie tylko przed koncertami, najczęściej do dyspozycji mamy dwa, góra trzy wieczory, w czasie których musimy sobie przypomnieć cały materiał. Wtedy też staramy się dodawać nowe elementy do seta i często przy tej okazji powstają nowe utwory. Zdarza się również, że przesyłamy sobie kawałki czy po prostu jakieś fragmenty, które każdy na własną rękę stworzył. Do tego pozostali dogrywają swoje pomysły i weryfikujemy to wszystko przy następnym spotkaniu. Generalnie jest tak, że pomysły powstają na próbach, a dopracowywanie i szlify poszczególnych elementów robimy już każdy u siebie. Potem wszystko ląduje u mnie w laptopie i zaczyna się etap miksowania. CO OZNACZA TYTUŁ WASZEJ EP-KI „THALES ONE”?

T.: To pewne nawiązanie do kultury antycznej Grecji, która dość mocno nas intryguje. Na pewno będziemy w jakiś sposób wykorzystywać te antyczne motywy w przyszłości, niech więc Tales pozostanie wstępem. MOGLIBYŚCIE ROZWINĄĆ WASZĄ FASCYNACJĘ ANTYCZNĄ GRECJĄ. CZEMU NA ZEUSA TALES, A NIE NP. ATENA, AFRODYTA ALBO CHOĆBY PITAGORAS?

R.: Nie ma tu żadnej większej ideologii, oprócz wspomnianej inspiracji starożytną Grecją. Tales brzmi jakoś mniej pretensjonalnie niż Pitagoras czy Arystoteles. A miał być koniecznie filozof, a nie żaden mitologiczny bóg, także Atena, Afrodyta, a tym bardziej Zeus nie wchodzili w grę:)

R.: Nie siedzimy w niej za bardzo, więc trudno nam ocenić ją jako całość. Natomiast jest kilka projektów godnych uwagi, chociażby Capitan Commodore, którego precyzyjne, matematyczne electro i ciekawe połączenie eksperymentu z muzyką klubową robi na nas duże wrażenie. Poza tym oczywiście Skalpel. Być może formuła czystego samplingu już się wyczerpała, ale mam nadzieję, że znajdą nową. Co jeszcze? Bardzo przypadają mi do gustu okołodubowe produkcje Vitalisa Popoffa, świetna produkcja i przestrzeń – to, czego w elektronicznym dubie głównie poszukuję. No i trzymam kciuki za Furię Futrzaków, którzy już na tym etapie działalności mają swój rozpoznawalny sound i pomysł na siebie. MICHAŁ: Skoro jesteśmy przy Capitanie, warto wspomnieć o SLG, łódzkim producencie, który od dłuższego czasu jest obecny w świadomości klubowiczów na całym świecie i wydaje dla takich wytwórni, jak: Trapez czy Trenton. Poza tym król disco z Sosnowca, czyli Maximilian Skiba. Rozpoznawalne brzmienie, świetne live acty i płyta z Kathy Diamond dla Gomma Records. Światowy poziom. Zarówno SLG, jak i Max w Polsce są znani tylko wybranym. A szkoda. PYTAM NIE BEZ POWODU, PIJĘ DO WASZEGO NETLABELA. SZCZYTNY CEL STATUTOWY: PROMOCJA INTERESUJĄCYCH ARTYSTÓW TO TROCHĘ WYŚWIECHTANA FORMUŁKA. POZA TYM UDOSTĘPNIACIE WYDAWNICTWA ZA FREE. PO CO? DLACZEGO?

M.: Rzeczywiście, „promocja interesujących artystów” to stwierdzenie dość banalne, nabiera jednak nowego znaczenia, jeśli zrobisz sobie przegląd polskich netlabeli. Nie chcielibyśmy generalizować, ale odnosimy wrażenie, że większość tego typu przedsięwzięć stawia na ilość, a nie na jakość. Dlatego też stworzyliśmy Brennnessel. Netlabel, który ma promować „interesującą” muzykę, nie tylko na forach internetowych, poświęconych danemu gatunkowi, lecz także wszędzie tam, gdzie to możliwe. Muzyka to produkt, który trzeba ładnie opakować i „sprzedać”, czytaj:

49


*

rozpropagować. Tylko takie „kapitalistyczne” – dla wielu „bezduszne” – podejście do tematu daje szanse na dotarcie do szerszego, ale i świadomego grona odbiorców, a przecież o to chodzi. Dobra elektronika nigdy nie będzie mainstreamem, ale przykłady Capitana Commodore’a, SLG czy Maksa Skiby pokazują, że sporo jest do zrobienia.

R.: Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to będzie to druga połowa 2010 roku. Brennnessel ukaże się, w wypadku gdyby absolutnie nikt nie chciał wydać naszego materiału.

A NAZWA LABELU? „POKRZYWA” MA SUGEROWAĆ, ŻE PRODUKCJE WYDAWANE POD SZYLDEM OFICYNY BĘDĄ PARZYĆ?

T.: Przeraża nas trochę liczba twórców i krytyków publikujących w sieci. Nasza kultura produkuje tyle obrazów, dźwięków i opinii, że tak naprawdę już nie ma kto tego konsumować. Dobrze jest, kiedy w tej wielkiej masie nadprodukcji można wychwycić jeszcze atrakcyjne projekty i propozycje. Trzeba po prostu ogarniać;)

M.: Historia powstania nazwy jest bardzo banalna. Mieliśmy materiał na EP-kę, która miała ukazać się w naszym labelu, ale brakowało nam nazwy. Po długich rozmyślaniach wyszliśmy się przewietrzyć i stanęliśmy przy pokrzywie. Tomek i ja studiowaliśmy germanistykę i w pewnym momencie zaczęliśmy się zastanawiać, jak mówi się „pokrzywa” po niemiecku. Tak powstała nazwa labelu. Brzmi to dość absurdalnie, ale tak właśnie było. JAK MYŚLICIE, JAK ZA LAT NAŚCIE BĘDĄ WYGLĄDAŁY KANAŁY DYSTRYBUCJI I PROMOCJI MUZYKI? CZY ARTYŚCI BĘDĄ W STANIE UTRZYMAĆ SIĘ Z GRANIA?

R.: Formy i łatwość dystrybucji na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat tak bardzo się zmieniały, że nie podejmujemy się wróżyć z fusów. Jeśli cokolwiek da się przewidzieć, to to, że pieniądze będą leżeć głównie na scenie. Muzyka w pewnym sensie wróci do swoich korzeni, do czasów kiedy utrwalanie nagrań i ich późniejsze odtwarzanie leżało w powijakach, a obcowanie z muzyką równoznaczne było z uczestniczeniem w koncercie i bezpośrednim kontaktem z muzykami. KIEDY UKAŻE SIĘ PŁYTA I CZY WYDACIE JĄ ZA FREE W WASZYM LABELU?

50

CO SĄDZICIE O ZJAWISKU BLOGOSFERY, O SIECIOWYCH ARTYSTACH?

NIE MOGĘ NIE SPYTAĆ O WASZE OSTATNIE WYDAWNICTWO „MY ELECTRIC EMOTION” MICHELLA PHUNKA. PRZYPADEK, CHŁOPAK OD DAWNA BYŁ NA WASZYM CELOWNIKU. CZY MOŻE USŁYSZELIŚCIE JEGO PRODUKCJE NA PŁYCIE DOŁĄCZONEJ DO MARCOWEGO LAIFA?

R.: Phunka poznaliśmy przez MySpace, zainteresował nas swoją muzą, brzmiała bardzo profesjonalnie. Zawsze mieliśmy słabość do french electro/house, jego muza kojarzyła nam się z dokonaniami Alana Braxe’a czy Daft Punk z drugiej płyty i zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie zaproponować mu współpracy. Później okazało się, że Michał napisał do nas, bo szukał wokalu do swojego nowego kawałka, my z kolei zaproponowaliśmy mu opublikowanie płyty w Brennnessel. Tak doszło do współpracy, mamy nadzieję że jesienią uda się również zagrać jakieś wspólne gigi. Tekst: Przemek Karolak Foto: Tomasz Szpaderki


RECENZJE RECENZJUJĄ BERT

MACEO

DRWAL

HARPER

PIOTR NOWICKI

ŁUKASZ LUBIATOWSKI

RAWSKI

SEBASTIAN RERAK

REELCASH

JACEK SKOLIMOWSKI


*

V/A KITSUNE MAISON 7 '

KITSUNE

<----------------

ELECTRO/INDIE POP/HOUSE

****

Nie lubię Ed Banger – hałas, którym nas zalewa, doprowadza mnie do furii. Na szczęście muzyka z Francji to nie tylko Pedro Winter i Mr. Oizo, ale także Kitsuné – moja ulubiona francuska wytwórnia płytowa. Szefowie tej oficyny właśnie zaprezentowali siódmą odsłonę swojej słynnej kompilacji. Jak zawsze każdy znajdzie dla siebie coś miłego. Label nie zamyka się na jeden styl – stawia na muzyczny eklektyzm reprezentujący różne style i gatunki. Znajdziemy tu indie pop (rewelacyjny Classixxx Version „Lisztomanii” Phoenix lub „Make It Reverse” Men), synth pop (Golden Filter), electro wymiatacze sygnowane przez Francuza Yukseka i Japończyków 80kidz. Przypomina też o sobie Australijczyk Beni, tym razem w świetnym „Fringe Element”. Nie brakuje znanych z wcześniejszych wydawnictw Chew Lips czy „Counterpoint” Delphic. Kilka nagrań niestety trafiło kulą w płot – skąd tu nudziarze z Helsinek – Renaissance Man? Co nowego wnoszą Tanlines? Bez względu na to, jaka jest odpowiedź na te pytania, płyta prezentuje się doskonale i wbrew temu, co twierdzą lokalni hipsterzy, Francuzi dalej dają radę.

Le Disco: Tele Music Remixed djhistory.com

------------------------------------*

-----------------------------------------------*

V/A

downtempo/nu jazz/deep house

*****

W 1979 roku czołowi brytyjscy i francuscy muzycy sesyjni z formacji Arpadys i Voyage nagrali kilkadziesiąt utworów w stylu disco. Seria płytowa „Disco & Co” nigdy nie została oficjalnie wydana i trafiła do biblioteki muzycznej Tele Music. Niemal dwie dekady później muzyczni historycy Bill Brewster i Frank Broughton, twórcy strony djhistory.com, wyciągnęli te zapomniane rarytasy i wydali je w nowych editach i remiksach. Do współpracy zaproszono czołówkę współczesnej sceny disco/space disco, m.in.: Faze Action, Idjut Boys, Leo Zero, Prinsa Thomasa, Toby’ego Tobiasa i Pete’a Herberta. Płyta ukazała się w idealnym momencie – muzyka disco, jak pewnie każdy wie, przeżywa renesans. A rewelacyjne nagrania z wytwórni Tele Music dowodzą, że disco to nie tylko komercyjne Abba i Boney M. Prawdziwe lata 70. znajdziecie na tym krążku.

------------------------------->

Faze Action

Stratus Energy Faze Action nu disco

Bracia Robin i Simon Lee mieli niedawno zagrać w Warszawie. Wszystko było dograne, ale artyści... nie przylecieli. Podobno agent zapomniał ich powiadomić o występie! Tym, którzy chcieli ich zobaczyć na żywo, pozostaje pocieszenie w najnowszym albumie Anglików. „Stratus Energy” to trzeci album braci w ich prawie 15-letniej karierze. Podobnie jak ich cały dotychczasowy dorobek, także i ta płyta utrzymana jest w stylistyce nu disco (tym terminem określano ich brzmienie w latach 90.). Ten bardzo imprezowy pakiet otwiera przebojowy „Good Lovin’”, na albumie umieszczono także inne single – „Keep It Coming”, „Hypnotic”, „Stratus Energy” i „Disco Warrior”. Warto zwrócić uwagę na nowe nagrania – świetne „I Wanna Dancer” i „Venus & Mars”. Rewelacja.

52

& Departures

Vol. 2

Galapagos

disco/space disco

*****

V/A Arrivals

*****

Nie jest łatwo pisać o płycie zaprzyjaźnionego redakcyjnego kolegi, zwłaszcza gdy na klawiaturę cisną się... same superlatywy. Pal licho posądzenia o kumoterstwo – zamierzam napisać dobrze i basta... Autorem tego dwupłytowego wydawnictwa jest Rawski, członek kolektywu Beats Friendly, producent, didżej i radiowiec – w skrócie, człowiek, który zna się na swoim fachu jak mało kto. Na kompilacji (to już jej druga część) króluje muzyczny eklektyzm – znak firmowy autora. Znajdziemy tu mnóstwo muzycznych rarytasów w różnej stylistyce, od downtempo, neo funk po nu jazz i deep house. Na „Arrivals & Departures” usłyszymy m.in. rewelacyjny cover „Seven Nation Army” w wykonaniu The Dynamics, „So Good Today” Bena Westbeecha, „Don’t Turn It Off ” 40 Thieves i... 27 innych, równie dobrych nagrań. Pięknie wydany album zdobi podtytuł „Lounge Connections”. Czy autor miał na myśli tzw. muzykę lounge – modny termin lanserów-szpanerów? Jeśli tak, to jedyna rzecz, która mnie drażni w tej świetnej kompilacji.

Wielbiciel kotów, piłkarz amator, badacz starożytnego Rzymu i namiętny czytelnik książek Arturo Pereza-Reverte. Didżej, radiowiec, promotor i producent. Współtworzy: Boogie Mafię, Electricity i Defucted.Prowadzi klubową audycję w radiu Euro.

BERT


Z-Audio dubstep

****

i pół

Zaczynał od muzyki drum’n’bassowej, a dziś jest jedną z czołowych i najbardziej płodnych postaci coraz bardziej zatłoczonej sceny dubstep. „Trooper” to pierwsza autorska płyta Roba złożona z dwóch krążków – tego właściwego, będącego zamkniętą i barwną całością, zdominowaną przez spokojniejsze, bardziej przestrzenne i „muzyczne” utwory, oraz dodatkowego CD, wypełnionego cięższymi parkietowymi nagraniami o mocnym rozedrganym basie (premierowe i starsze produkcje, a także remiksy autorstwa TRG, Bar 9 czy Reso). Słychać, że Rob Sparx to dojrzały i wszechstronny producent poszukujący inspiracji zarówno w techno czy soulu, jak i w jungle, reggae czy w epickich „bladerunnerowych” poczynaniach Vangelisa. Jego produkcje, podszyte emocjami i miejską melancholią, wciągają i hipnotyzują. Te z bonusowego krążka wgniatają w ziemię, porywają do tańca i niskimi częstotliwościami skutecznie pobudzają perystaltykę jelit.

*--------------------------------------------------------------

Trooper

Green Jesus

Leśna Strona Dźwięku Weź się uczesz Records big beat z lasu To już dwunasta (!!!) płyta Green Jesusa – warszawskiego twórcy, o którym wielki świat jeszcze nie słyszał, choć już dawno powinien, natomiast pierwsze wydawnictwo artysty szerzej dostępne, wydane na płycie CD i do tego w barwnej oprawie (nakład limitowany). Jeśli wyobrazicie sobie skrzyżowanie Fatboy Slima z jego pierwszych dwóch albumów z brzmieniowymi grepsami rodem z Jean-Jacques’a Perry’ego, reggae czy muzyką rodem z „Reksia”, a całość okrasicie „leśno-grzybowymi” samplami ze starych polskich bajek, tudzież polskich kabaretowych piosenek (też tych starych), to jesteście gdzieś w połowie drogi do rozszyfrowania radosnej i absolutnie niezwykłej twórczości naszego bohatera. Twórczości, która nikogo nie pozostawia obojętnym, za to u każdego pozostawia jeden wielki uśmiech na twarzy. Bez oceny, bo to rzecz bezcenna. Zresztą zamiast gwiazdek musiałyby być grzybki. Ba, cały kosz!

<------------------------------------------------------

Rob Sparx

*

Kinny

Idle Forest Of Chit Chat Tru Thoughts soul

*****

Pierwszy studyjny album mieszkającej w Norwegii Kanadyjki Kinny (Caitlin Simpson), nagrany na jej własny rachunek – bez dotychczasowego muzycznego partnera Espena Horne. W głosie Kinny słychać operową strzelistość, będącą zasługą odpowiedniego muzycznego wykształcenia, przede wszystkim jednak słychać jazzową wolność, luz oraz wielki soulowy żar. To wszystko sprawia, że artystka śpiewa jak nikt inny. Naturalnie, pewnie, a kiedy trzeba, potężnie i z pasją. Organicznie brzmiąca, dość oszczędna, ale barwna muzyka będąca zasługą takich twórców, jak Souldrop, Tm Juke Diesler, Hint, Quantic czy Unforscene, świetnie prowadzi i dopełnia wokalne poczynania Kinny, doskonale radzącej sobie zarówno z akustyczno-bluesową materią, jak i z funkowymi petardami. Jeśli dodamy do tego znakomite kompozycje, a takie właśnie tutaj są, wówczas otrzymujemy jeden z najlepszych soulowych albumów tego roku.

----------------------------------------------*

-->

DJ Vadim

U CAN'T LURN IMAGINASHUN HIP-HOP/REGGAE/SOUL/POP BBE/SONIC

**** i pół Słuchając nowej płyty Vadima, trudno uwierzyć, że artysta przechodził niedawno najgorszy okres w całym swoim życiu (finansowe i zdrowotne kłopoty rodziców, ciężka choroba żony oraz zwalczony rak oka). W zestawieniu z radosnym i dynamicznym singlem promującym cały materiał („Hidden Treaure” utrzymany w rytmach ska) brzmi to wręcz nieprawdopodobnie. Powiedzenie „co cię nie zabije, to cię wzmocni” w przypadku Vadima sprawdziło się doskonale, bo ten po zwycięskiej walce z przeciwnościami losu odwdzięczył się najbardziej dojrzałą i przystępną płytą w całej swojej karierze. Na albumie nie ma specjalnych zmian w zestawieniu z krążkiem „Soundcatcher” sprzed dwóch lat (amalgamat hip-hopu, soulu i reggae), więcej tu jednak klawiszowych brzmień na tropach J Dilly czy Flying Lotusa. Po raz pierwszy również Vadim próbuje swych sił w roli wokalisty, przetwarzając swój głos poprzez wokoder, co przydaje materiałowi bardziej cyfrowego charakteru (wśród wokalnych gości prym wiedzie świetna soulowa wokalistka Sabira Jade). Właściwie każde nagranie na płycie to majstersztyk i popis wielkiej muzycznej wyobraźni ich autora. Problem pojawia się w drugiej połowie albumu, kiedy utwory zaczynają się zlewać i nieco nużyć. Ukrócić całość o kwadrans, a będzie doskonale.

HARPER Boogie Mafioso, członek kolektywu Beats Friendly oraz Euro-radiowiec. Za deckami Zwierzak, a poza tym funkowy romantyk na tropie perfekcyjnego (stutonowego) beatu i groove’u. Podobno trochę wie.

53


Thirteen Stories Selfreleased

beats melodies

****

Pogięło? Inicjały tego producenta powiedzą wam wszystko… RMB. Tak, to ten niemiecki duet, którym Rolf z Faridem Gharadjedaghim atakował listy przebojów od 1993 roku takimi rave’owymi hitami, jak „Spring”, „Reality” czy „Deep Down Below”. Więc dlaczego pogięło? Odpowiedź jest prosta – to fajna letnia płyta z pomysłem. Rolf, niczym BT, wykorzystuje bity i melodie, ciągnie z dorobku downtempo, breakbeatu, transu, ozdabiając warstwę rytmiczną klimatycznymi padami, przestrzeniami, smyczkami, fortepianem, a nawet marimbą w kojącym „1971”. Pomysł na pierwszy solowy album zrodził się jakiś czas temu. Rolf chciał opowiedzieć historię o budynkach, miejscach, wydarzeniach, które opisze jedynie dźwiękami, bez wokali. I faktycznie to bardzo malownicza, instrumentalna płyta. Jedynie okazyjny głos Doris Lauerwald pojawia się w „Echovalley” – numerze inspirowanym twórczością P.K. Dicka. W większości kawałków czuć rękę kompozytora hitów RMB, ale słucha się ich z przyjemnością i bez wstydu za autora.

Jalebee Cartel

OnePointNothing Dada Music

progressive/prog-breakz/ downtempo

****

Indie (chodzi o kraj, a nie ciągle modną rockową alternatywę) znalazły się wreszcie na mapie EDM. I to nie za sprawą prowincji Goa czy muzyki A.R. Rahmaniego (odpowiedzialnego za obraz „Slumdog”), ale dzięki imprezowemu kartelowi Jalebee, który panoszy się po rodzimych festiwalach gdzieś tak mniej więcej od 2005 roku. Poza imprezami w swojej bogatej, kilkuletniej historii kwartet zaliczył nawet singiel na Baroque (zatytułowany „When We Fall”). Obecnie zebrał siły, by tuż przed letnim sezonem pokazać się z pełnowymiarowym krążkiem. Muzycy wykorzystują laptopy, klawisze, ale także bas i instrumenty perkusyjne. Nie brakuje tu również wokali. Ich muzyka nie jest czymś wyjątkowym – to wypadkowa tego, co już znamy z dokonań choćby kultowych Underworld, BT, Chicane czy młodszych, jak Jaytech. Podana sprawnie, przystępnie, ale i koncertowo-widowiskowo. Można posłuchać, warto zobaczyć, koniecznie poszaleć… Naprawdę warto!

*------------------------------------------------------------------------

Rolf Maier Bode

*------------------------------------------------------------------------

*

Sharam

Get Wild Ultra

house w odmianach

*****

To nie miała być dobra płyta! Po kiczowatych, acz urokliwych singlach „P.A.A.T.” i „The One” zapowiadało się, że połowa kultowego Deep Disha, Sharam Tayebi, wykona bezczelną przewrotkę w kierunku list przebojów, a wyszło mu „salto mortale”! Przyznam się, wątpiłem, i to bardzo, bo przecież Dubfire solówkami pokazał, że to on był siłą kreatywną Deep Disha. Analogicznie Sharam musiał być tą komercyjną połówką dbającą o sukces duetu na listach. Cóż, myliłem się! No, może nie aż tak bardzo; Dubfire w istocie skojarzony jest z techno, jednak Sharamowi nie można przypiąć łatki tandeciarza. To, co przedstawił w postaci (dwupłytowego) albumu, zaspokaja zarazem komercyjne, jak i te ambitniejsze gusta. Sharamowa wizja house ociera się o electro, disco, techno, progressive – kawałki raz są lżejsze, raz mocniejsze, czasem bardziej transowe, z wokalami i bez nich, a z zaproszonych gości wypada wymienić Morela, Diddiego (w kapitalnej wersji „P.A.A.T.”) czy Tommy’ego Lee. Dwa krążki, jak przystało na didżejskie standardy, są zmiksowane i słucha się ich niczym zróżnicowanego, lecz spójnego seta. Z pozycji zaskakujących trzeba odnotować „She Came Along” – house-coutry’ową, przezabawną przyśpiewkę z wokalem Kid Cuti. A z zabójczych – z pewnością utwór tytułowy oraz „Say Yeah” i „Duck You Sucker”. „Get Wild” jest swego rodzaju koniem trojańskim, podpuchą, której się nie spodziewacie, płytą, która może grać „wiosna – lato – jesień – zima”.

-----<-<-<---------<-------<-<-<---------<-----<-<-<-

Tom Middleton

ONE MORE TUNE RENAISSANCE

EMO HOUSE

***** Pozwoliłem sobie zażartować z określeniem gatunku, bo ta płyta z emo (rockowym) nie ma nic wspólnego. Jednak chciałem uniknąć szufladkowania tej twórczości jako deep house. Zresztą sam autor określa swoje produkcje jako „emocjonalne”. Tyle wstępem. Mr. Middleton to kultowa postać elektronicznej sceny. Jest odpowiedzialny za jedną z moich trzech najważniejszych płyt (jako Reload z Markiem Pritchardem), a szerszemu gronu znany z Global Communications, Jedi Knights czy Cosmos. Po sukcesie kompilacji 3D dla „renesansu” Tom przygotował kolejną, będącą selekcją

ulubionych tanecznych kawałków, które w większej części poddał swojej remikserskiej obróbce. Zmiksowane w jednym bicie suną w przestrzeń, by dać słuchaczowi chwilę relaksu, obcowania z muzyką ciepłą, a zarazem nieźle kręcącą i niebanalną. Warm-upowy klimat trzyma przez 70 minut, a jeśli komuś mało, to na CD2 Tom zamieścił pełne 9 z 15 numerów w swojej edycji. Plaże i letnie puby będą tego roku bogatsze o te dźwięki.

DRWAL

54

Niedoszły romantyk, naginacz prawdy i gubernator własnego przewodu pokarmowego. Zamiłowania do majsterkowania nauczony od gnomów. Dzięki premii od charyzmy stał się bardem-gramofonistą. Z LAIFem od zarania dziejów.


*

Planetary Assault System TEMPORARY SUSPENSION OSTGUT TON TECHNO!

>----------

***** Pod tym pseudonimem Luke Slater, szara eminencja techno-światka, prezentuje zwykle mocne, acz wyrafinowane w formie łomotanie, którym podniecają się imprezowicze. Omawiany album z jednej strony wpisuje się w tę formułę, a z drugiej łączy się brzmieniowo z poprzednimi płytami podpisanymi przez artystę własnym nazwiskiem, a na upartego odnajdziecie w nim odwołania do „Freek Funk”, magnum opus artysty sprzed lat. Porażający Luke od pierwszych taktów zapodaje atmosferę strachu i dźwięki obijania młotkiem rur w piwnicy, zmieszane z baśniową atmosferą i hardkorowymi wizjami z pogranicza fantastyki i klinicznej psychiatrii. Umiejętnie preparuje szelest perkusyjnych patternów we „Whoodoo” i buduje dramaturgię, wrzucając pauzę i quasi-orkiestrowe intro w finale numeru – taki patent jest też na „Freak Funk”. Dalej leci podobnie: brzmieniowo to dość oldskulowa muza, a mięsista i zarazem sterylna produkcja ubarwiona typowymi dla Slatera elektrowstrząsami pozbawi was jakichkolwiek ludzkich odczuć i wpędzi w klaustrofobię. Odbieram album z mieszanymi uczuciami, bo zmutowany Luke montuje z jednej strony solidne rzeczy, a z drugiej, mimo zawodowego warsztatu, nie prezentuje pomysłów rozkładających na łopatki jak przed laty. Daję wysokie noty za styl, bo nikt tak nie „zamyka w klatce” jak Luke Slater.

Pakkas Levyt elektronika/dub/minimal i pół

*****

Monoder to pseudo Jussi-Pekka Parikka, kolejnego wizjonera chłodnej elektroniki z Północy, który w tytułowym numerze urzeka kameralną, intymną atmosferą, delikatnym pulsem, fortepianowymi akordami w tle, dystansem i hipnotyczną muzą budzącą skojarzenia z obrazkami fiordów i skutych lodem zatok. Fender Rhodes w „Cold Plain View” i prosty deep house’owy bit, mimo że nie są to wyjątkowo wyszukane rozwiązania, to jednak chwilami zapierają dech w piersiach. Prymitywny bębenek w „Angry Mother” i urocze stoickie brzęknięcia gitary malują wspomnienie z dzieciństwa, a „Mesh” zaskakuje twardym techno z dźwiękami synth smyka czy dęciaka zawieszonego ponad motoryczną figurą rytmiczną. W „Nevertheless” spodobało mi się połączenie syntezatorowego light motive’u w basie z brzmiącą naturalistycznie perkusją i głosami z vocodera w tle. Niby surowe, ale efektowne. Przestrzenne downtempo znów z elpianem w roli głównej odkryjecie w „95 Strings”, w „Valkyrians” jest podobnie, tyle że rytm bliższy jest hip-hopowi. Dojrzała muzyka minimalna w formie, ale powalająca nagromadzeniem emocji. Niezwykle malownicza, iście skandynawska, więc refleksyjna i chłodna, doskonała, sprzyjająca rozmyślaniom odskocznia od dnia codziennego.

-------------------------------------------------------------------->

--------------------------------------------------* Hunger Forest

Mario Masullo & Andrea Gabriele Les couleurs ne meuvent pas les peuples Persistence Bit

ambient/elektronika i pół

****

Panowie Masullo i Gabriele grają razem w Symbiosys Orchestra. Tworzą też muzę na własny rachunek, eksperymentując do woli, jeśli chodzi o formę. Tutaj puścili wodze fantazji i korzystając z rozmaitych elektronicznych zabawek, tudzież trąbek, fletów, puzonów i gitar, zaprezentowali swoją wizję lounge’owej muzyki w dobrym stylu, pełnej ambientowej przestrzeni i uroczych wycieczek brzmieniowych. Nazwanie ich włoskim Air byłoby najprostszym określeniem, aczkolwiek nie w pełni adekwatnym do tego, co tworzą. Ta teatralna, ilustracyjna muzyka potrafi zaskakiwać w „Breathless” akcentami instrumentów dętych, beztroskim, ogniskowym pogwizdywaniem przy gitarce w „Picnic”, a taki „Fantastic Trees” to... opowieść o tym, że nikomu nie chce się zrobić obiadu (czujecie klimat?), z wariacjami szkolnej dziatwy na fletach pod koniec. Ot, ambitne downtempo, dalekie od papki spotykanej na komercyjnych składankach. Najlepiej słuchało mi się tej płyty w duszny wieczór, podczas oczekiwania na zapowiedzianą przez meteorologów burzę, która nie nadchodziła. Wrzućcie na luz i sprawdźcie tę muzę także w innych warunkach.

-------------------------------------------------------------------->

Monoder

Butane

Endless Forms

Crosstown Rebels minimal

***

i pół

Przeflancowany ze Stanów do Berlina Butane, czyli Andrew Rasse, zdecydował się dalej rzeźbić w minimalowej formie, a podbudową ideologiczną albumu jest hołd dla Darwina (tego od ewolucji). Identyfikując się z jego przygodami, Andrew Rasse czerpał z nich inspiracje i oparł idee utworów na niektórych teoriach, co głównie ma przekładać się na ewolucję utworów od prostej formy na wstępie aż do finału. O ile „His Story”, czyli prosty, ale dobrze zrobiony, techniczny minimal czy podobnie oszczędny „Nite Vision” można uznać za próby ewolucji w kategorii „bit i niewiele ponad nim”, o tyle „Mutation”, pozbawiony świeższych pomysłów, trochę przynudza. Ciekawsze rzeczy dzieją się przy końcu. To chyba jakaś zmowa producentów – nie pierwszy raz trzy ostatnie utwory faktycznie coś wnoszą. Polecam jeszcze „Idle”, który niesie w sobie tajemnicę, być może aż tak przerażającą, jak wyniki selekcji i ewolucji na wyspie doktora Moreau. Całość produkcji to mniej lub bardziej udana zabawa z cyzelowaniem detali. Doceniam czas poświęcony na rzeźbienie (czytaj: ewolucję formy), ale za dużo tu naukowej mechaniki, a za mało spontanu.

PIOTR NOWICKI

Niezależny krytyk i dziennikarz muzyczny. Rzecznik prasowy dwóch edycji festiwalu Creamfields. Faworyzuje niemieckie produkcje, toleruje drum’n’bass,nie lubi hip-hopu (z małymi wyjątkami).

55


Ms. One & The Gang Stones Throw

future soul hip-hop

****

Chyba najbardziej przystępne z dotychczasowych dzieł Georgii. Nie tyle mniej bezkompromisowe niż jej wcześniejsze dokonania, co po prostu bardziej różnorodne, a to za sprawą sporej liczby zaproszonych gości. Na pierwszy rzut oka wygląda to na składankę, gdyż poszczególne utwory firmują m.in.: Dudley Perkins, Illicit Child, Stacy Epps, Big Pooh & Black Milk oraz Eagle Nebula. W gruncie rzeczy to jednak bardzo spójna, choć zarazem wielowymiarowa płyta. Zaangażowany hip-hop swobodnie miesza się tu z soulem. Początkowo mamy do czynienia z firmowym brzmieniem ePistrophic Peach Sound, jednak później forma staje się bardziej klarowna, a struktura delikatniejsza. Przesiąknięty p-funkową elektroniką „Sundaze” ujmuje wokalem D-Moe, „Motivation” wzrusza, jak to mają w zwyczaju kawałki pani Stacy Epps. „80’s freestyle” to ciekawa wariacja na temat lat osiemdziesiątych i stylu RUN D.M.C. Wykonująca ją Ms. Dezy jawi się jako kolejne odkrycie raperki na miarę Nebuli. „Near & Far” to znowu kawał solidnego soulu, tym razem z refrenem o Jah, zaś „Magic Walk” to już prawdziwe reggae i tyle. Tekstowo album zawieszony jest pomiędzy surowym komentarzem rzeczywistości a astralnym odlotem w hipisowski spirytualizm. Nie brakuje też afirmacji prawdziwej kultury hiphopowej i lekkiej dozy humoru. Ogólnie bardzo świeżo, z klasą i na czasie. Stones Throw po raz kolejny nie zawiodło.

<---------------------------------------------------------------------------

Georgia Ann Muldrow Presents

Rich Medina And Bobbito The Connection Volume One R2

afro-beat/afro-latin

*****

Rich Medina, znany głównie jako poeta, wokalista i producent, jest również cenionym didżejem odpowiedzialnym w dużej mierze za renesans popularności Feli Kuti w ostatniej dekadzie. Z kolei Bobbito, kojarzony głównie ze sceną hiphopową, jest również niestrudzonym propagatorem latin jazzu, funku i soulu. Razem panowie dzielą się swoimi fascynacjami z klubowiczami na całym świecie w ramach imprez z cyklu „Happy Feet”. Ich wspólna kompilacja dla R2 doskonale oddaje klimat wieczorów, które w kontekście rodzimej definicji klabingu należałoby nazwać raczej antyklubowymi. Mamy tu do czynienia z bogato zaaranżowaną muzą o korzeniach afrykańskich i latynoskich. Połamane bity, soczyste dęciaki, znakomite wokale i głęboki przekaz – to wszystko to, czego brakuje komercyjnej scenie klubowej. Wśród imponującego zestawu artystów znajdziemy takich współczesnych klasyków, jak: Blaze, Soul Ascendants, Louie Vega, Wunmi, Reel People czy Quantic; jak również wielu innych czarodziejów rytmu, którzy pozwalają wierzyć, że prawdziwa muzyka wciąż ma się dobrze. Mój osobisty faworyt w tym zestawie to Grupo X w utworze „Sunshine”. Ale jestem pewien, że znajdziecie też swoje typy, bo to naprawdę idealne dźwięki na wiosnę i lato, zarówno do słuchania, jak i do tańca.

<------------------------

*

Finale

A Pipe Dream And A Promise iM Culture

hip-hop i pół

***

Kolejny mocno hajpowany MC z Detroit debiutuje zestawem beatów wyprodukowanych przez mistrzów gatunku na czele z J Dillą (ciekawe, ile jego niewykorzystanych podkładów jeszcze zostało), Oddisee, Waajeedem i Black Milkiem. Finale to niewątpliwie sprawny raper, jednak mam wrażenie, że brakuje mu trochę finezji, która charakteryzuje rymy Milka czy Oddisee. Podobny zarzut miałem niegdyś do Guilty Simpsona, skądinąd ulubionego rymiarza Dilli. Nie ma wątpliwości co do tego, że to prawdziwy hip-hop, a mimo to zestaw piętnastu utworów na dłuższą metę nieco nuży. Otwierający płytę perkusyjny „Arrival & Departure” zapowiada niezłą jazdę, jednak obietnica spełnia się tylko w kilku kawałkach, takich jak „Pay Attention”, „Motor Music”, „Heat”, „The Senator”, czy tytułowym „A Pipe Dream And A Promise”. Ogólnie trochę zbyt hard-core’owo i monotonnie jak na mój gust, ale wiem, że wielu fanom gatunku może się to podobać.

------<-<-<-------<---------<-<-<---------<---------<

Samon Kawamura UNFOLD NESOLA ELECTRONICA/HIP-HOP

****

Być może w końcu Japończykom wyrósł godny następ-

ca Mitsu The Beats. Pochodzący z Tokio producent Samon Kawamura w kunsztowny sposób potrafi łączyć downtempową elektronikę i lounge z hip-hopem i soulem. Już otwierający płytę „Sugar Hill” z gościnnym udziałem Om’Mas Keitha z Sa-Ra zapowiada stylową jazdę na czasie. A dalej jest już tylko lepiej. „Love And Sex” to wysokiej próby soultronica, „Still Significant” i „Right Here” to sztosy na miarę Rakima, a „Try” zwiastuje powrót Aloe Blacca w znakomitej formie wokalnej. „Let’s Do It” brzmi jak Slum Village,

a „No Te Puerto Ver” w niebanalny sposób wykorzystuje piosenkę latynoską. Poza tym dużo tu krótkich instrumentali, pośród których nietrudno odnaleźć kilka prawdziwych perełek. Pod koniec płyty pojawia się futurystyczno-industrialny „Cp2sk”, wyprodukowany do spółki z Christianem Prommerem. Zamykające zestaw „Outro” wyrywa nas z miejskiego zgiełku i przenosi w inne, zgoła spokojniejsze miejsce. W sumie fajnie opowiedziana dźwiękami historia; może nic szczególnie odkrywczego, ale zostawia po sobie całkiem pozytywne wrażenie.

MACEO 56

Didżej, koneser, współtwórca kolektywu Niewinni Czarodzieje. Fascynują go różne gatunki - od jazzu, funku i soulu po hip-hop, broken beat i techno. Nigdy nie ogranicza się w poszukiwaniu tego, co naprawdę wartościowe.


*

Scratch LOSS 4 WORDZ GOLD DUST BEAT BOX

****

Lista gości spełnia swoją funkcję. Nie ma sposobu, żeby ominąć płytę, na której występują Damon Albarn, Talib Kweli, Kanye West i Musiq Soulchild. A to niejedyni zaproszeni do tego projektu artyści! Nie jestem specjalnym fanem beatboksu, oczywiście z całym respektem dla wszystkich plujących rytmicznie w mikrofon, doceniam ten rodzaj aktywności i wiem, że można kreatywnie wykorzystać taką umiejętność. Popisy skreczowania paszczą są naprawdę fascynujące – tak mniej więcej przez dwie minuty. Do mistrzów parskania zalicza się zdecydowanie Scratch, znany ze współpracy z filadelfijską orkiestrą The Roots. Zgodnie ze swoim pseudonimem na „Loss 4 Wordz” artysta skreczuje gębą, robi nią bity i wydaje inne bardziej lub mniej podobne do czegokolwiek dźwięki. Jednak siła tej płyty nie tkwi w nadprzyrodzonych umiejętnościach wyginania języka przez Scratcha, a bardziej w wyczuciu, kiedy się nimi posługiwać. Beatboxer nie stara się zamlaskać swoich gości na siłę, wie, kiedy się wycofać, a kiedy zrobić sztuczkę. Dobór gości też jest dosyć przemyślany. Niewielu producentów ma odwagę zaprosić na ten sam album wcześniej wspomnianego smutnego chłopaczynę z Anglii, dodać chicagowskiego egomaniaka oraz pokrzykujących strażaków z MOP, rozcieńczyć to Danielem Bedingfieldem i Jaymesem Samuelsem (świetny numer z jego udziałem), a na koniec ściągnąć białego śpiewaka reggae prosto z Niemiec (Gentleman, ya man!). Aha, no i jeszcze jest ten house...

Melting Pot

instrumentals

****

Na chwilę zapomniałem o Melting Pot, a jak historia potwierdza, Niemców raczej nie należy lekceważyć. MPM zjednoczyło swoje siły z fotografem Robertem Winterem i daje nam wydawnictwo, które najbardziej zainteresuje hiphopowych fetyszystów, czyli dobrą muzykę i możliwość podejrzenia warsztatu współczesnych beatmakerów. Testiculo Y Uno to projekt Hulka Hodna i Twit One’a, producentów rezydujących w Kolonii. Wspólnie składają bardzo przyzwoite i łatwo przyswajalne instrumentale hiphopowe. Jest trochę jazzowo, trochę soulowo, mogę się też założyć, że wieczorami Hulk i Twit modlą się do okładki Petestrumentals. Drugi składnik wydawnictwa to zdjęcia dokumentujące kulisy powstawania bitów. Niestety tylko ci, którzy trafią na limitowaną wersję wydawnictwa, będą mogli nacieszyć oczy zdjęciami empecetek i słuchawek należących do kogoś innego. Choć podobno to nic straconego – wkrótce zdjęcia mają trafić do galerii.

<-----------------------------* Zwicker Songs Of Lucid Dreamers Compost

songs of lucid dreamers

*****

Wytwórnia Compost odżywa! Co prawda nie za sprawą odrodzenia nu jazzu, ale dzięki rozsądnej polityce i przewidywaniu/kreowaniu trendów. Oto wydają bowiem płytę znanego dotychczas głównie z wydawnictw Compost Black Label artysty o pseudonimie Zwicker. To album dla tych wszystkich, którzy do tej pory śnili na jawie o pojawieniu się płyty, która zadowoli fanów disco i deep house’u, a zarazem będzie wypełniona piosenkami, które mają uwodzące melodie i bujający rytm. Bardziej obrazowo – to także płyta dla tych, którzy słuchają The Whitest Boy Alive i Crazy P na zmianę. No może nie jest takich ludzi zbyt dużo, ale jeżeli istnieją, to będą zachwyceni. „Songs Of Lucid Dreamers” to płyta dla wszystkich, którzy lubią sobie potańczyć, ale raczej nie przy ludziach. Tak ideę płyty tłumaczy Cyril Boehler, człowiek odpowiedzialny za ten cudowny środek rozweselający: „Większość piosenek na tym albumie jest o snach. Ja i zaproszeni wokaliści jesteśmy muzykami, którzy podążają za swoimi snami za dnia i nocą. W moich snach i w moich piosenkach śnię na jawie”. A ja płytę polecam i idę spać.

RAWSKI

<-------------------

Hi-Hat Club Volume 1

<----------------------------------------

-------------------------------*

Testiculo Y Uno

Ghost

Freedom Of Thought Breakin Bread

late night tales

*****

Od pewnego czasu śledzę poczynania Ghosta i muszę powiedzieć, że warto było na niego postawić. Skoro DJ Shadow się zagubił, RJD2 postanowił poszukać dla siebie innego stylu niż instrumentalny hip-hop, a Blockhead... No właśnie, czy ktoś jeszcze pamięta Blockheada? To wielbicielom mrocznych, nastrojowych, lirycznych lub zwyczajnie spokojnych bitów pozostał jedynie Ghost. Ten brytyjski producent już dawno wyrobił sobie styl i nie są to pseudosoulowe, niedorozwinięte rytmy udające J Dillę, ale charakterne, pełne, płynące sekwencje sampli. Co pewien czas na albumie pojawiają się gościnne występy raperów znakomicie wpisujących się narracją w klimat płyty. Jeżeli macie dość swoich dotych-

czasowych soundtracków do nocnych podróży po mieście, oto Ghost. Nadchodzą wakacje z duchami.

Didżej i producent, członek kolektywu Beats Friendly. Obecnie utanecznia utwory innych swoimi remiksami. Możecie usłyszeć go na falach Radio Euro. Zastanawia się czy chce zostać nowym Gillesem Petersonem...

57


*

Peaches I FEEL CREAM XL RECORDINGS/SONIC ELECTRO I INNE TAKIE Zacznę od pozytywów. Jest tu kilka bardzo przyzwoitych tracków, np. hiphopowe „Trick Or Treat”, przyciężkawe electro „More” albo sofciarski numer tytułowy z czujnym beatem i grecką linią melodyczną. Niczego sobie jest i zjadliwy „Mommy Complex” poświęcony matronom łaknącym towarzystwa młodych faworytów (co by nie mówić, artystka sama już łapie się do kategorii dojrzałych dam). Cały szkopuł w tym, że po kilku sparingach z albumem do RAMu mojego mózgu wprosił się koszmarny singiel „Talk To Me”, numer tyleż chwytliwy, co i podśmierdujący cienką rockowizną. Jest jeszcze kilka takich fragmentów, w których kanadyjska Picz przebiera się za Donnę Summer przy synth rockowym akompaniamencie, a już pretensjonalne „Lose You” każe się zastanawiać, czy aby

amazonka femino-electro nie zeszła z drogi emancypacji. Z jednej strony więc fucki w tekstach, jędrne electro, brud i pogięty plastik, z drugiej – pozostałości po zabawach z cock rockiem, każące zastanawiać się, czy Freud nie miał aby racji, pisząc o tzw. Penisneid. Być może to faceci pomagający Peaches przy pracy nad płytą (Gonzales, Soulwax, Digitalism, Simian Mobile Disco) zawiązali jakiś samczy spisek mający na celu osłabienie kobiecych mocy naszej bohaterki, bo „I Feel Cream”, chociaż zawodowy, profesjonalny i aż się błyszczy, to niestety nie porywa.

<-----<-<-<-

*** i pół

--<<--<-<-<-------<---------<-<-<---------<----------Green Day Niepisana przyszłość 21st Century Breakdown

Reżyseria: Julien Temple

power pop/punk'n'roll

*****

Warner Music

****

Gutek Film

Joe Strummer był człowiekiem z innej epoki – takim błędnym kowbojem ze starego westernu, który nie wiedzieć czemu ubierał się na czarno, a który zjawił się w samym środku wielkiej zawieruchy Lata Nienawiści A.D. 1977, żeby zaprowadzić porządek. Film Juliena Temple’a, jednego z czołowych punkowych dokumentalistów, przypomina losy wielkiego szermierza rock’n’rollowej donkichoterii – od dzieciństwa spędzonego w prywatnej szkole (co za plama na życiorysie dla punkersa!), poprzez staż w pub rockowych The 101ers, ścieżki chwały z The Clash, epizody filmowe, do znakomitych, folkowo-latino-rockabillowych The Mescaleros. Zeszły w grudniu 2002 roku na atak serca Strummer przeżył tyle, że nawet dwugodzinny dokument nie jest w stanie oddać mu pełni honorów. Nie szkodzi jednak, bo ogląda się go znakomicie. Temple czuje punkowego ducha, prowadząc narrację szybko, dynamicznie, rewolwerowo. Przyznaję się: obejrzałem i przeczytałem niemal wszystko, co dotyczy The Clash, a jednak w kilku momentach przeżyłem wielkie zaskoczenie, zwłaszcza na widok archiwalnych nagrań wydobytych chyba z jakichś pilnie strzeżonych sejfów. Saluty nieżyjącemu herosowi składa też cały zastęp różnych sław: Steve Jones, Bobby Gillespie, John Cusack, Steve Buscemi, Johnny Depp, Jim Jarmush, a nawet padre Scorsese. Trzeba przyznać, że „Niepisana przyszłość” to bardzo zacny hołd, ale także w pełni zasłużony.

*-----------------------------<

Można się było tego spodziewać – ósmy album Kalifornijczyków jest poprawką po mistrzowskim „American Idiot”. Znów dostajemy zaprojektowany do grania na wielkich scenach epicki pop punk z pełną paletą brzmieniowych smaczków, chórkami, ładnymi wokalnymi harmoniami i dobrze naostrzonym szponem politycznego przekazu. Wezwanie do walki z przymusem i wyzyskiem wymodelowano w trzyaktową, punkową operę. Rozmach? A i owszem, choć muzycznie to dość proste granie, jakby spotkanie The Kinks, Cheap Trick i The Clash. Do tego odrobina country, balladowe wstępy, jakaś niby-klezmerka. Instrumentacje świetne, ale też nigdy chłopakom struny nie myliły się pod palcami. Kandydatów na wielkie przeboje jednak nie dostrzegam, więc sukcesu poprzedniej płyty raczej nie zdublują, ale i tak rzecz to wybitnie sympatyczna. Niech też nikogo nie dziwi pompatyczność nowego wcielenia Green Day. Skoro lalusie z klasy średniej udają dziś punkowców i grają proste trzyakordowce, to stare panczury muszą iść pod prąd i porywać się na wielkie formy. Póki zaś w tej formie jest wystarczająco dużo treści i pomyślunku, to spokojna głowa – alles in ordnung.

<--------------------------------------------------

58

Scary Mansion

Every Joke Is Half the Truth Zum Records

folk/sadcore

****

Smutno, mrocznie, niepokojąco. Rezydencja, w której straszy, należy do nowojorskiej piosenkopisarki Leah Hayes, która przy wsparciu muzykalnych przyjaciół demonstruje niezły dryg do zimnego, konfesyjnego folku. Siłą tej muzyki jest nastrój, ale propozycja to dla śmiałków gotowych skakać na główkę w depresję na głębokość kilku tuzinów sążni. Leah wokalnie przypomina Cat Power i Rosie Thomas, a jej kompozycje są zazwyczaj prostymi kilkuakordowcami obudowanymi wcale niekiepskimi aranżami. Tu atmosferyczne gitary na przesterach, tam akustyczne brzdąkanie, a wszystko okryte czernią antyfolkowej neurozy. Weźmy choćby takie „Sorry, We Took All Your Money” – motorycznie monotonne, prościutko zagrane z suchą melodeklamacją Leah, a jednak przy odrobinie zaangażowania może przyprawić o ciarki na grzbiecie. Rzadkiej urody muzyka dla zrównoważonych psychicznie.

SEBASTIAN RERAK Tajny agent kabalistycznej organizacji, dążącej do ideologicznego zawłaszczenia popkultury. Uprawia dywersję, pozorując pracę dziennikarza. Niczego nieświadomi redaktorzy jeszcze mu za to płacą.


post rock

***

i pół

Kanadyjski kolektyw, chwalono za debiut, choć ich propozycja stanowiła raczej ciekawe rozwinięcie poszukiwań Rachel’s i rodaków z GYBE niż nową jakość. Muzycy z Montrealu znudzeni kanonem gitarowym odkryli wzniosłość kompozycji Arvo Parta i intensywność nagrań Kronos Quartetu, jednak ich instrumentalne impresje, pomimo orkiestracyjnych aranży, mocno tkwiły korzeniami w tradycji avant i post rocka. Pierwsza płyta mogła drażnić zadęciem typu: „gęby na kłódkę, gramy poważkę”, na drugiej tej pretensji nie słyszę. Echa współczesnej kameralistyki i minimal music naturalnie łączą się tu z postrockowymi strukturami i brzmieniami. „Stripes” świetnie otwiera płytę przesterowanymi dęciakami, „Bucephalus Bouncing Ball” zaskakuje mathrockowym jazgotem, z kolei finałowy „Air Lines/ Land Lines” uwodzi eleganckimi pasażami smyczków. Fajny analogowy sound tych nagrań to z pewnością także zasługa ich producenta – Johna McEntire’a z Tortoise. Nie wszystkie kompozycje Kanadyjczyków się bronią, można zarzucić im skłonność do patosu.

<------------------------

Moderat Moderat

Bpitch Ctrl indie-techno

***

i pół

Panowie Bronsert i Szary (Modeslektor) oraz Sascha Ring (Apparat) w studio spotykają się nie po raz pierwszy. Album projektu przede wszystkim zwraca uwagę wycyzelowanym brzmieniem. To ono nadaje głównego smaku tej płycie, dopiero później dostrzega się jej stylistyczne bogactwo. Syntetyczne dubstepowe basy i rymujący Paula St.Hillaire, fragmenty postrockowe i liryczne piosenki, mocne rave’owe klawisze i IDM-owe beaty, zamiast zachwycać epickim rozmachem, budzą jednak dezorientację w zestawieniu z jednolitym dźwiękowym konceptem. Sterylny sound nie pasuje szczególnie do quasi-jamajskich wprawek – zamiast skanky groove’u czy czarnej futurystyki słyszę jedynie pracusiów ślęczących nad zadaniem domowym. Precyzyjne beaty fajnie za to wybrzmiewają z wokalem Ringa. Docenić należy też poszukiwanie złotego środka pomiędzy avantrockową piosenką i taneczną motoryką w obu częściach „Porc”. Sercem tej płyty są jednak hipnotyczne kompozycje napędzane maszynowym rytmem: masywny i chłodny jak alpejskie szczyty „Nasty silence”, techdubowo rozbujany „No.22” czy finałowy, śpiewany przez Apparat „Out Of Sight”.

Everybody's Talkin, Nobody's Listening Fabric/Isound

dubstep wobble

***

Londyńczyk Gary McCan ksywkę wybrał na cześć Caspra – skretyniałego gówniarza z serialu „Kids”, a dubstepowi puryści zarzucają mu zdradę undergroundowych ideałów, parcie na szkło i pozerkę macho.Caspa brata się też z naspeedowanymi hoolsami z Rotterdamu, a miałem okazję się przekonać, że to niepospolite palanty. Anglik zrobił jednak niemało dobrego – prowadzi label Dub Police, nagrał fajnego singla „Cockney Violin” i kilka świetnych remiksów, a także wraz z Rusko mix w serii Fabriclive. Jego debiutancki album ma swoje momenty; brutalne basowe naloty w „The Terminator” czy „Rat-A-Tat-Tat” (z Dynamite MC) robią w głowie przyjemny bałagan, a obśmiewany cockney-grime-pop „Disco Jaw” – choć głupkowaty, wydaje mi się całkiem zabawny. Z kolei „Low Blow”, monotonny i niewyszukany, poraża metalicznym chłodem à la The Mover. Monochromatyczne brzmienie, oparte na potężnym syntetycznym basie oscylującym w dość wąskich rejestrach, szybko jednak nuży. W intro zasłużony selector Dave Rodigan przypomina jamajskie źródła dubstepu. Caspa zna więc historie, wybrał jednak dość toporny styl wobble – gdzieś pomiędzy korzennym groove’em a brutalnym minimalizmem basowych riffów i prostej stukanki. To całkiem niegłupi pomysł na kilka kawałków, jednak na cały album nie starczy. Caspa chciał odegrać twardziela i, jak to często bywa, z takimi szpanerkami zwyczajnie przynudził.

YESTERDAY AND TOMORROW KOMPAKT/AUTOMATIK

<--------

Arts And Crafts

Caspa

---------------------------------*

As Seen Through Windows

<----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Bell Orchestre

*

The Field

INDIE TECH-HOUSE

**** i pół

Debiut The Field był dla mnie jednym z albumów 2007 roku. Bezwstydnie przyjemna, a przy tym głęboka (think: dub, minimal, zen) fuzja deep house’u, neo-trance’u i ambientu budziła skojarzenia z późnym Chain Reaction, Gas, czy M.R.I, choć wszystkie składniki serwowano tu w wersji lite. Atrakcyjny, choć prosty dźwiękowy koncept – podbite stopką zaloopowane rozmyte akordy na delayach – wydawał się jednak rozwiązaniem jednorazowym. Na szczęście „Yesterday And Today”, choć utrzymany w podobnej konwencji co debiut, nie jest tylko powtórką z rozrywki. Alex Willmer tym razem zaprosił do nagrania znajomych muzyków, m.in. Joe Staniera (Helmet/ Battles), i fajnie wzbogacił taneczną formułę o elementy krautrocka, dream popu, shoegaze’u. Słychać, że Szwed dobrze odrobił lekcje „Zuckerzeit” Cluster i „e2/e4” Gottschinga. Historycznych odniesień jest tu więcej – choćby wysamplowany fragment kompozycji „Everybody’s Got To Learn Sometime” The Korgis, spopularyzowanej w latach 90. przez niedocenionych Baby D. czy pocięty wokalny loopik z „Lorelai” Cocteau Twins. Kompozycje Willmera wciąż oparte są na logice techhouse’owego beatu, nie zdziwiłbym się jednak, gdyby na kolejnym albumie pokusił się o napisanie piosenek. Choć byłoby chyba szkoda – to właśnie abstrakcyjność techno pozwala na błogie dryfowanie w bezmiarze dźwiękowej przestrzeni pomiędzy yesterday i tomorrow.

ŁUKASZ LUBIATOWSKI Mieszka na poznańskiej Wildze. Niegdyś współtworzył magazyn „Kaktus” teraz jest wolnym strzelcem. W Berlinie stara się bywać nie rzadziej niż w Warszawie. Od klubu Watergate woli jednak Kisielice.

59


-------------------<

V/A DUB ECHOES SOUL JAZZ DUB

*****

Niedawno, nakładem wytwórni Soul Jazz, ukazał się na DVD film „Dub Echoes” dokumentujący historię muzyki dub od jej jamajskich początków do najnowszych mutacji. Wraz z filmem światło dzienne ujrzała też dwupłytowa kompilacja pod tym samym tytułem. Znajdziemy na niej największych klasyków gatunku, jak: King Tubby, Lee Perry, Prince Jammy czy Bunny Lee, oraz przedstawicieli szeroko pojętej muzyki elektronicznej, którym sztuka dub nie jest obca. Wymienić warto choćby Kode9 i jego podopiecznego LV, hiphopowego pioniera Roots Manuva, starego jungliste Congo Natty i oczywiście berliński duet Rhythm & Sound w towarzystwie Cornella Campbella. Ta kompilacja jest doskonałym przykładem na to, jak szerokim pojęciem jest słowo „dub” i jak wiele pozornie różnych rzeczy się w nim mieści. Jest też to doskonały, aczkolwiek mocno syntetyczny, leksykon tej muzyki. Doskonałe wydawnictwo dla tych, którzy chcieliby się o dubie czegoś dowiedzieć.

-------------------------------*

Mulatu Astatke & The Heliocentrics Inspiration Information 3 Strut jazz

******

The Heliocentrics to londyński kolektyw, któremu przewodzą perkusista Malcolm Catto, basista Jake Ferguson i producent Mike Burnham. W 2008 roku wystąpili u boku legendarnego etiopskiego pianisty i wibrafonisty Mulatu Astatke. Efek-

tem ich spotkania była wspólna sesja nagraniowa, która zrodziła jeden z najlepszych albumów mijającej dekady – Mulatu Astatke & The Heliocentrics „Inspiration Information 3”. Numerek 3 wziął się stąd, że jest to część cyklu wydawniczego wytwórni Strut, którego celem jest parowanie młodych muzyków z osobistościami, które doczekały się już miana postaci kultowych. Teraz czas na uzasadnienie, dlaczego jest to jeden z najlepszych albumów mijającej dekady. Ostatnimi czasy rzadko się zdarza, aby jakiś album wciągał od początku do końca do tego stopnia, że gdy kończy się ostatni kawałek, ma się ochotę włączyć płytę jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz... Następnie wrócić do niej po kilku dniach, tygodniach i znowu ta sama reakcja. Inspirowany muzyką Etiopii jazz Astatke i nowoczesne podejście do tej muzyki grupy The Heliocentrics dały w efekcie album, o którym śmiało można powiedzieć, że jest tym, czym próbował być nu jazz, ale mu nie wyszło. Znajdziemy tutaj echa Coltrane’a, Sun Ra, a nawet Jamesa Browna. Ta mieszanka ethio-jazzu, psychodelii, funky, breakbeatu i Bóg wie, czego jeszcze, nie jest jednak typowym ponowoczesnym patchworkiem. To w pełni świadoma fuzja inspiracji czerpanych z całego światowego dorobku muzycznego ostatnich 30 lat, podana w niezwykle przemyślany i spójny sposób.

60

*---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------->

*

Lee Perry with Samia Farrah VS Kode9 Yellow Tongue On U Sound dub/funky

***** Kode9 ostatnio coraz śmielej spogląda w kierunku zbasowanej, brytyjskiej sceny funky. Swojej nowej fascynacji dał upust w tym ciekawym i niestety mocno limitowanym wydawnictwie. Na tej dwunastce znajdziemy remiks klasycznego kawałka Lee „Scratch” Perry’ego i wokalistki Samia Farah. Z oryginału ostał się w zasadzie tylko zatopiony w pogłosie wokal. Reszta to już basowa orgia, podczas której Kode9 redefiniuje funk. Kawałek napędza połamana perkusja, która przypomina nieco puls broken beatu oraz house’owe loopy, nad którymi unosi się lekko odstrojna melodyka, którą basowy pionier tak sobie upodobał. Wszystko oczywiście oparte na basowym fundamencie, od którego drżą nozdrza, a szklanki z piwem spadają ze stołu. Na drugiej stronie, w klasycznym dubowym stylu znajduje się pozbawiona wokalu wersja, dzięki której tę dźwiękową ekstazę można ciągnąć w nieskończoność.

---------------------<

V/A Nigeria

70: The Definitive Story of 1970's Funky Lagos Destructive

dubstep

******

Przy okazji szperania w katalogu reaktywowanej w zeszłym roku wytwórni Strut natrafiłem na płytę, która spowodowała, że mam ochotę wywalić do śmietnika wszystkie inne wydawnictwa spod szyldu afro-beat. Wznowiona po 18 latach dwupłytowa kompilacja „Nigeria 70: The Definitive Story Of 1970’s Funky Lagos” to podróż w czasie i przestrzeni do tętniącej życiem muzycznej sceny Afryki Zachodniej lat 70. Do czasów, kiedy amerykański funk, soul i psychodelia mieszały się tam z lokalną afrykańską muzyką, tworząc coś, o czym świat dowiedział się za sprawą Fela Kutiego, a czego kwintesencją są: afrykańskie rytmy, ciepły funkowy bas, jazzujące solówki, organy Hammonda i gitary z efektem wah-wah. Wokalnie Nigeryjczycy też radzą sobie świetnie, czy to podczas śpiewania w lokalnych narzeczach, czy po angielsku. Czasem ma się wręcz wrażenie, że to delta Missisipi, a nie Afryka Zachodnia. Doskonała kompilacja na duszne letnie wieczory.

REELCASH

Człowiek o wielu mózgach - producent, promotor, a nawet didżej. Fan połamanych rytmów i głębokiego basu. Współzałożyciel Redekonstrukcje Sound System. W wolnych chwilach podróżuje i wypada z samolotu ze spadochronem.


Editions Mego

noize/muzyka współczesna

*****

<---------------------

Pixel

The Drive

Raster Noton elektronika/ soundtrack

****

Przy opisywaniu nastrojowych, elektronicznych albumów często nadużywa się określenia – „ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu”. Tymczasem Jon Ekeskov pracując nad „The Drive”, rzeczywiście postawił sobie na celu odtworzenie klimatu podróży samochodowej po Stanach, niczym w „Zaginionej autostradzie”. Ten były saksofonista i wykształcony kompozytor wykorzystał do tego przede wszystkim szumy i sprzężenia zebrane ze wzmacniacza gitarowego oraz pulsujące, minimalne rytmy typowe dla artystów z Raster Noton. Jednak w przypadku wielu produkcji z tej wytwórni akurat album „Pixel” wyróżnia się wyjątkowym nastrojem i muzycznością. Zamiast przypadkowo generowanych, mechanicznych brzmień można odnaleźć w miarę spójną narrację, a nawet melodie.

ParisTetris PARISTETRIS LADO ABC JAZZ/ROCK/KABARET

******

O tym projekcie na warszawskiej scenie było głośno już od kilku miesięcy. Wybitny pianista młodego pokolenia Marcin Masecki razem z żoną wokalistką Candelaria Saenz Valiente podczas wizyt w Polsce zaczął grywać z Maciem Morettim – charyzmatycznym perkusistą oraz liderem Mitch & Mitch. Za namową menadżera Voo Voo zabrali się do nagrywania albumu „Paristetris” – i choć w ostatniej fazie przerażony wydawca wycofał się ze współpracy, muzycy dokończyli go po swojemu. I bardzo dobrze, bo „Paristetris” to rzecz zupełnie zjawiskowa w naszym kraju. Z połączenia punkowej dynamiki i swobody komponowania bliskiej nowojorskiej scenie downtown z fantazją i groteską muzycznego kabaretu powstała zupełnie świeża i oryginalna jakość. „Surf Rock My Ass” ma moc Naked City, podobnie jak efektowne „Tetris”, a otwierające „BBQ” czy „Black Sheep” nastrojem kojarzą się z Tiger Lillies i Dresden Dolls. Na płycie pełnej nieoczekiwanych zmian akcji, rozkładanych na części pierwsze melodii i brzmień syntezatorów, zabawkowych klawiszy, banjo czy fagotu nic nie jest do końca oczywiste – nawet standard „Blue Velvet”.

<--------------------------

To album, przed którym albo można paść na kolana, albo który można po prostu podeptać i wyrzucić do śmieci. Nagrał go i wymyślił Florian Hecker, który przez ostatnie pięć lat licznymi instalacjami i kolaboracjami (m.in. Aphex Twinem) wyrósł na najbardziej progresywnego i bezkompromisowego twórcę elektronicznego. „Acid In The Style Of David Tudor” to oprócz szesnastostronicowego eseju teoretycznego istny popis pełnej swobody twórczej, w której nie ma miejsca na ograne brzmienie i zużyte rytmy. Przez blisko godzinę artysta przetwarza tutaj do woli dźwięki generowane przez analogowe modularne syntezatory, atakując celnie uszy słuchacza wysokimi częstotliwościami, szorstkimi i metalicznymi barwami czy powtarzanymi strukturami rytmicznymi, pozostawiając go w stanie zupełnego otępienia.

*---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------->

Style Of

David Tudor

-------------------------------*

Hecker Acid In The

*

Ekkehard Ehlers & Paul Wirkus Ballads

Staubgold elektroakustyka/improwizacja

*****

Co prawda Paul Wirkus już dawno zadomowił się na niemieckiej scenie elektronicznej, ale dopiero po albumach z Barbarą Morgenstern, Mapstation i solowych krążkach dla Staubgold jego kariera zaczyna nabierać pełnego kształtu. Album „Ballads” nagrany z Ekkehardem Ehlersem szczególnie może mu w tym pomóc – nie tylko dlatego, że współpracował na nim z rozpoznawalnym artystą, lecz także dlatego, że udało mu się pokazać swoje dwie twarze: twórcy laptopowego i perkusisty improwizatora. Jedenaście utworów zatytułowanych po polsku m.in. „Kwiaty”, „Wiem”, „Guma” to intrygujące, elektroakustyczne kompozycje, w których jest miejsce na jazgotliwe eksperymenty, delikatne plamy dźwiękowe oraz partie kontrabasu Wernera Dafeldeckera i klarnetu Kaia Fagaaschinskiego. JACEK

SKOLIMOWSKI

Od lat pisuje do magazynów kulturalnych i muzycznych („Glissando”, „Przekrój”, „Dziennik”). Radiowiec, niegdyś związany z Radiostacją i Radiem Copernicus, a obecnie z projektem Radio Simulator. Didżej grywający zarówno szeroko pojętą muzykę eksperymentalną, jak i dobry pop.

61


do usłyszenia w redakcji *----------------

PROMOCJA

*

Gossip

Music For Men Sony Music

Czwarta płyta w dorobku kontrowersyjnego trio i co tu dużo ukrywać – chyba najlepsza. Jest wszystko, do czego Beth z załogą zdążyła nas już przyzwyczaić. Oszczędne melodie, niewychodzące poza schemat kilku akordowych utworów (co w tym przypadku jest zaletą, a nie przytykiem) – gitary są tu oczywiście punktem wyjścia, do tego charakterystyczna maniera śpiewo-wycia pani Ditto oraz, rzecz jasna, teksty o czymś. Punkowe petardy, przy których nogi same chodzą. Jak dodamy, że nad całością pieczę sprawował jeden z najlepszych producentów, jakich zrodziła nasza planeta, czyli Rick Rubin we własnej osobie, to ręce same składają się do klaskania, a na usta cisną się słowa: brawo, brawo! LAIF Kru

---------------------*

The Horrors

Primary Colours XL/Sonic

Upiornie natapirowani chłopcy tym razem postawili na wizerunkowy umiar. Ale zmiany bynajmniej nie ograniczają się tu do fryzjerskiego pozoranctwa, mało tego – te fotogeniczne wybiegi to jakieś brzydkie mydlenie oczu, bo nie jest lżej. Jest straszniej, jest lepiej. Znany z debiutu The Horrors neogotycki łomot dziś dodatkowo dezorientuje rozstrojoną, hałaśliwą psychodelią. Wokalistka posępnym, curtisopodobnym barytonem miota się między paranoją a desperacją, rozbijając o toksyczne, niezdrowe sytuacje ostateczne. „Primary Colours” to duszne i dziwne piosenki ciężkiego kalibru. Mordercze ballady z wytłumioną melodią. Koniec jest bliski. Angelika Kucińska

62


* ---------------------*

Ben Harper and Relentless7 White Lies For Dark Times EMI

Białe kłamstwa na czarne czasy, czyli rock and roll ściemnioną receptą na kryzys wszystkiego? Ben Harper, amerykański songwriter, skrzyknął nowy zespół i ogłosił, że „White Lies For Dark Times” to jego „druga pierwsza płyta”. Jest surowo, korzennie i nawet sporadyczne folkowe wtręty (ze dwa) nie psują ogólnego wrażenia – tak klasycznie rockowo, brudno i głośno nie działo się jeszcze na żadnej z poprzednich płyt Harpera. Od tradycyjnie zbudowanych, tradycyjnie brzmiących, żarliwych kompozycji na kilometr czuć Springsteenem, a czasem jeszcze nieśmiertelnymi Stonesami. Słuszna perspektywa dla nielubiących nadążać za trendami, celne teksty, niegłupie piosenki. Angelika Kucińska

---------------------*

The Dirty Projectors Bitte Orca

Domino/Isound

David Longstreth, lider z manierą, ma papier na muzykę, i to opieczętowany nie byle jako, bo przez Yale. Poza zacnym dyplomem ma też aspiracje, by być największym intelektualistą sceny nowojorskiej. Niedawny konceptualny tribute dla hardcore punkowego Black Flag zaprowadził Longstretha i jego Dirty Projectors prosto pod skrzydła wpływowego Domino. Projectors debiutują w nowej wytwórni płytą tak nieobliczalną, że aż irytującą. Są post, są pop, progresywnie kombinują i nadużywają poważnego argumentu w postaci harmonii wokalnych. W labiryncie wątków i odniesień zdaje się gubić sam Longstreth. Puenty nie widać, piosenkę można zapamiętać tylko wtedy, gdy szczegół nie wychodzi przed ogół (dla jasności – zdarza się). Imponująca, choć bezcelowa, nerwica zapętlonych motywów. Nie ogarniecie tego rozumem. Angelika Kucińska

---------------------*

The Lost Fingers Lost In 80's Sony Music

LAIF Kru

PROMOCJA

To nie takie trudne zagubić się w latach 80. Zwłaszcza ostatnio, kiedy sentyment za tamtymi czasami zaczyna się robić nieznośny. Trzech Kanadyjczyków wzięło na warsztat największe hity tamtego okresu, ale, i to winno być istotniejsze, przerobili je na manouche’ową manierę, czyli na coś, co swoje triumfy święciło dobre kilka dekad temu. Pomysł niezły (z tym zastrzeżeniem, że nie oceniamy mocno niestrawnej koncepcji nagrywania coverów), chwyta – niektóre kawałki wywołują szczery uśmiech („Straight Up” Pauli Abdul, „Pump Up The Jam” Technotronic czy „Careless Whisper” Wham), inne nużą („Black Velvet” Alannah Myles czy „You Give Love A Bad Name” Bon Jovi). Niby okej, ale pozostaje niedosyt. Znalazłoby się kilka lepszych ejtisowych evergreenów. Płyta na wakacyjny piknik. Tak na jedno/dwa przesłuchania. Lepiej nie przedawkować, bo wtedy zaczyna porządnie nużyć.

63


*

fundata

19-21

czerwca

V Festiwal Sztuki Otwartej WISŁOSTRADA

Letnie przesilenie, najdłuższe dni w roku, najkrótsze i najintensywniejsze noce... Wisłostrada to największe w Warszawie trzydniowe święto fuzji sztuk. Swoje dokonania artystyczne prezentują zarówno nowi, jak i uznani twórcy z dziedziny muzyki, filmu, teatru, visual art, tańca współczesnego, instalacji interaktywnych, sztuki cyrkowej. Sferę stricte artystyczną dopełniają sztuka kulinarna, działania rekreacyjno-sportowe, edukacyjne i ekologiczne, a także... szeroki program warsztatów i atrakcji dla najmłodszych i ich rodziców. Ideą festiwalu jest otwartość, fuzja oraz interaktywność sztuki i jej odbiorców. Wisła stanowi oś całego festiwalu, będąc oazą spokoju i zieleni w sercu miasta, a zarazem niezwykłym, naturalnym nośnikiem kultury, dającym oddech, inspirację i energię do działań twórczych. Miasteczko festiwalowe obejmie: dużą scenę plenerową, na której wystąpią gwiazdy: Maria Peszek i Czesław Mozil, Łąki Łan i Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni, a także Tymon i Transistors, Pink Freud i Dick4Dick. Podczas festiwalu zagrają także: Wighnomy Bros, Jacek Sienkiewicz, Kenny Kotsem i Bush Chemistem, Spox, Eli, Bshosa, Lexus, Novika. DATA: 19–21.06; MIEJSCE: CYPEL CZERNIAKOWSKI, WARSZAWA

4-25

lipca Allegro Summer Tour 2009

Szykuje się klubowa trasa obejmująca osiem imprez w sześciu różnych miejscach. Nad większością zabaw będzie unosił się duch Ibizy. Projekt jest unikalny z dwóch powodów, po pierwsze: ze względu na specyficzną lokalizację – najpopularniejsze polskie beach bary, a po drugie: zestaw artystów grających pozytywne dźwięki potrafi rozruszać nawet największych leniuchów. A, i jest jeszcze jedna rzecz – różnorodność proponowanych gatunków muzycznych. Szczególną opieką otoczeni zostaną użytkownicy serwisu Allegro.pl. Organizatorzy przygotowali masę atrakcyjnych niespodzianek. Aby dowiedzieć się, jak wygrać te nagrody, wystarczy wejść na oficjalną stronę Allegro Summer Tour i wysłać zgłoszenie do konkursu. 3.07 LA PLAYA MUSIC BAR, WARSZAWA – LUKE FAIR 4.07 KRAKÓW – IMPREZA NA STATKU PŁYWAJĄCYM PO WIŚLE, Z POLSKIMI ARTYSTAMI 10.07 CHAŁUPY, SOLAR BEACH BAR – IMPREZA Z UDZIAŁEM POLSKICH ARTYSTÓW SCENY HOUSE 11.07 CHAŁUPY, SOLAR BEACH BAR – PETE HAYWOODA I POLSCY ARTYŚCI 17.07 AUGUSTÓW – IMPREZA NA STATKU – POLSCY ARTYŚCI 18.07 SOPOT, KLUB SFINKS – ZOMBIE NATION 24.07 POZNAŃ – MIGUEL MIGS 25.07 WARSZAWA, LA PLAYA MUSIC BAR – MIGUEL MIGS

16

lipca Morcheeba

No chyba nie trzeba przedstawiać? Powstali prawie 15 lat temu. Bracia Godfrey (wysoki chudzielec i niski grubasek) wraz ze zjawiskową wokalistką-bokserką Skye stworzyli niepowtarzalny styl pogodnego trip-hopu. Kto nie zna takich szlagierów, jak: „Rome Wasn’t Built In A Day”, „The Sea” czy „Otherwise”? Szkoda jedynie, że Skye już z nimi nie występuje, ale i tak warto zobaczyć dziewiczy występ Morcheeby w stolicy. DATA: 16.07; MIEJSCE: STODOŁA, WARSZAWA; START: 20.00; WJAZD: 100–110 ZŁ

64


fundata

*

Deadbeat

23 -2 lipca

sierpnia Era Nowe Horyzonty 2009

Festiwal Era Nowe Horyzonty (ENH) na stałe wpisał się do kalendarza każdego kinomana. Od pewnego czasu zwraca też na siebie uwagę wielbicieli niezależnej muzyki spod znaku ambitnej elektroniki. W ciągu 11 dni wystąpi aż 25 zespołów i projektów. W tym roku scena muzyczna festiwalu zmienia nieco swoje oblicze. Klub festiwalowy opanują artyści z krajów będących bohaterami filmowych retrospektyw ENH 2009 – Kanady, Szwecji i Węgier. Będzie to niepowtarzalna okazja, aby usłyszeć czołowych kanadyjskich didżejów, liderów szwedzkiej muzyki eksperymentalnej czy zaskakujących w swej oryginalności Węgrów! Artyści zaproponują bardzo różne brzmienia: od tanecznych, elektronicznych, do rockowych i akustycznych. Podczas festiwalu wystąpią m.in.: The Mole, Cynosure Project/Mike Shannon, Adrian Sherwood, Cobblestone Jazz, Venetian Snares, Adam Marshall, Jazzanova, Deadbeat, The Field, Junior Boys, Jeff Milligan.

��

��

��

���

DATA: 23.07–2.08; MIEJSCE:

14

sierpnia Lamb

Po raz pierwszy w Polsce wystąpi jeden z przedstawicieli bristol soundu, duet wymieniany jednym tchem razem z Massive Attack, Portishead i Hooverphonic – projekt Lamb. Charyzmatyczna wokalistka i autorka tekstów Lou Rhodes oraz producent Andy Barlow specjalizują się w lirycznych balladach przesiąkniętych mrocznym trip-hopem, a i zdarza się, że zapędzają się czasem w krainę niepokojącego drum’n’bassu. Na swoim koncie mają cztery albumy. Pięć lat temu duet postanowił zawiesić działalność, ale na początku tego roku grupa ogłosiła, że wraca do gry. Koniecznie, zanim znów się rozmyśli. PROMOCJA

DATA: 14.08; MIEJSCE: KLUB PALLADIUM, WARSZAWA; START: 20.00

65


PROMOCJA

*

14

sierpnia Elektrocity 2009

Impreza, do której podchodzimy jak kot do jeża – na większość artystów się jeżymy, ale jest kilku, którzy wywołują u nas pomruk zadowolenia. Oczywiście klimatyczna sceneria Klasztoru Cystersów nie jest tu bez znaczenia, dlatego postanowiliśmy wspomnieć o feście, tak w trzech zdaniach. Zatem z całego line-upu wyławiamy: Crookers, Luciano, Feliksa De Housecata oraz Sonic Trip. Pozostałych wykonawców szukajcie na www.1408.pl.

KLUBOWE LATO W RYTMIE ALLEGRO!

3. LIPCA PIĄTEK OTWARCIE TRASY!

LA PLAYA MUSIC BAR WARSZAWA ZAGRAJĄ:

DATA: 14.08; MIEJSCE: KLASZTOR CYSTERSÓW, LUBIĄŻ KOŁO WROCŁAWIA; WJAZD: 115 ZŁ

20-22

sierpnia

Coke Live Music Festival HANNA BERNARD I GOŚCIE

Gentleman

Kolejna edycja popularnego krakowskiego festiwalu (o evencie więcej napiszemy w kolejnym numerze) zapowiada się w tym roku wyjątkowo eklektycznie, bo wystąpią 50 Cent i Madcon, ale i Shaggy oraz Gentelmen, a wszystkich i tak pogodzi formacja The Killers. Już wkrótce organizatorzy ogłoszą kolejnych wykonawców. DATA: 20–22.08; MIEJSCE: LOTNISKO – MUZEUM LOTNICTWA, KRAKÓW; WJAZD: 100–220 ZŁ

20-22

sierpnia Hip Hop Kemp

Ósma edycja tak lubianego przez Polaków czeskiego festiwalu hiphopowego. W tym roku u naszych południowych braci wystąpi prawdziwa śmietanka gatunku, wśród gwiazd: Method Man, Everlast z kolegami z House Of Pain i gośćmi pod szyldem La Coka Nostra, Lady Sovereign, Bishop Lamont + Black Milk, Blak Twang, Devin The Dude, John Robinson (Lil’ Sci from Scienz Of Life), Killa Kela + Bashy, Strapo & DJ Spinhandz, U-N-I, Sicknature & Snowgoons, El Da Sensei & The Returnes, Torae, Reef The Lost Cauze, Termanology, Reks One, Blu & Exile, Cymarshall Law oraz B.o.B. Jako że Polacy stanowią jedną z najliczniejszych nacji podczas festiwalu, tak jak co roku na głównej scenie wystąpi reprezentacja nadwiślańskiego brzmienia. Polscy fani mają szansę zagłosować w specjalnej ankiecie na stronie www.hiphopkemp.pl, kogo w tym roku będą chcieli zobaczyć na żywo podczas imprezy. Oprócz muzyki organizatorzy przygotowali także inne atrakcje. Pośród nich znaleźć można m.in.: pokazy breakdance, wielki jam graffiti oraz możliwości aktywnego spędzenia czasu (koszykówka, pływanie, siatkówka, gokarty, frisbee, zośka, parkour czy piłka nożna).

DATA: 20–22.08; MIEJSCE: HRADEC KRÁLOVÉ; WJAZD: 178–198 ZŁ

ORGANIZATOR:

SPONSOR:

66 ZAPRASZA:


fundata

*

MGMT

4-5

września Orange Warsaw Festival

Kolejna zabawa, o której więcej napiszemy w kolejnym numerze. Rok temu nie było najlepiej, ale teraz impreza zapowiada się smakowicie. Wśród potwierdzonych gwiazd znaleźli się: Groove Armada, Calvin Harris, MGMT, N.E.R.D., a to jeszcze nie wszyscy wykonawcy. Nadstawiajcie ucha na kolejnych troublemakerów. PROMOCJA

DATA: 4–5.09; MIEJSCE: PLAC DEFILAD, WARSZAWA; WJAZD: FREEEEEEEEEEE

67


fundata/sztuka

*

WitkacyPsychoholizm sytuacji – „zatrzymania czasu”. Sama czynność wykonywania zdjęcia, tak jak i cała twórczość (pisarska, malarska, filozoficzna) była dla Witkacego „potwornym”, intensywnym przeżyciem. Fotografując zwracał szczególną uwagę na oczy; są one zawsze oświetlone naturalnym światłem, szeroko otwarte. Jako „zwierciadła duszy” pozwalają wniknąć w głąb osobowości modela. W wielu fotografiach, eliminując niepotrzebne szczegóły (tło, ramiona, włosy), twórca ograniczył kompozycję do ciasno kadrowanej twarzy – jej zbliżenia. Zestawienie na wystawie portretów z autoportretami wydobyło intrygującą sprzeczność. Te pierwsze są zagadkowe, niezwykle powściągliwe, drugie – auto-performance przed obiektywem – cechuje ekshibicjonizm i diaboliczność.

STANISŁAW IGNACY WITKIEWICZ, FOT. JÓZEF GŁOGOWSKI, 1931 R. BUNKIER SZTUKI, KRAKÓW 8 MAJA – 14 CZERWCA

<----

Ekspozycja obejmuje ponad sto portretów znajomych i przyjaciół oraz własnych, są to efekty eksperymentów antropologicznych dokonywanych – przy użyciu fotografii – przez Stanisława Ignacego Witkiewicza (Witkacego) na sobie i innych. Artysta uważał, że „(...) nie dość jest istnieć po prostu, nierefleksyjnie, biernie, negatywnie, trzeba jeszcze istnienie swe zamanifestować wyraźniej. Do tego służyła mu fotografia. Zdjęcia nie były jedynie na chłodno zaplanowanymi rozwiązaniami kompozycyjnymi, odznaczają się one doskonałą obserwacją, ukazują subiektywną łączność ze światem. Technika fotograficzna dawała niezwykłą możliwość posiadania „żywego” wizerunku bliskiej osoby, zarejestrowania jednego na milion wyrazu twarzy, uchwycenia przemijającej

ZDJĘCIA Z KOLEKCJI EWY FRANCZAK I STEFANA OKOŁOWICZA

Dyskretny i diaboliczny

----------------------------------------------*

Niezgrabneprzedmioty

Alina Szapocznikow oraz Maria Bartuszova, Pauline Boty, Louise Bourgeois, Eva Hesse i Paulina Ołowska

<----------------

LAMPY USTA

Wystawa stanowi próbę przedstawienia dokonań artystek-pionierek, które eksperymentując z materiałem, formą i jej wyrazem, usiłowały – często bez skutku – zaistnieć w głównym nurcie życia artystycznego swoich czasów, a obecnie znalazły się w centrum zainteresowania historii sztuki. Pochodzącą z asymilowanej rodziny żydowskiej Szapocznikow los doświadczył okrutnie: przeszła przez pabianickie getto i obozy koncentracyjne. Przeżycia te zdeterminowały jej sztukę, gdzie ekspresja przychodzi od wewnątrz. Bryły prężą się, wyginają, rozwijają w przestrzeni. Kształty nie mają w sobie nic z architektury, nic ze spiętrzonych

według wykalkulowanego porządku bloków. Wszystko tu żyje: przegina się, kurczy, rozchyla, marszczy – aktywne i elastyczne. Od początku lat 60. artystka rozpoczęła realizowanie asamblaży – rzeźb kombinowanych z różnych struktur i materiałów, m.in. z tworzyw sztucznych (poROGER GAIN, liestru i poliureSZAPOCZNIKOW PRZY tanu), używając „BRZUCHACH”, 1968 R. ich zwłaszcza do wykonywania odlewów i odcisków własnego ciała. Częstym motywem jej twórczości stało się „powielenie” jakiegoś fragmentu ludzkiego ciała, wtedy zaczęła również stosować kolor i światło. Pod wpływem choroby nowotworowej jej sztuka stała się niezwykle osobista – powstawały serie zniekształconych

autoportretów. Atrakcją wystawy są słynne „Wielkie brzuchy” wykute w 1968 roku w białym marmurze włoskim. Należą do słynnego cyklu prac Szapocznikow wykonywanych z odlewu brzucha Ariane, przyjaciółki Rolanda Topora. Dotąd w Polsce niepokazywane, były znane z cyklu zdjęć autorstwa Rogera Gaina robionych dla francuskiego miesięcznika „Elle”. Fotografie te eksponują piękno rzeźby oraz zjawiskową urodę samej Szapocznikow, która pozoruje gesty rzeźbiarza przy pracy, siedzi przy skończonym już dziele z papierosem i jamnikiem. Ważące niemal 3,5 tony „Brzuchy” zostały wypożyczone z Kröller-Müller Museum w holenderskim Otterlo, słynnym z kolekcji obrazów van Gogha. W Polsce Szapocznikow ma status wielkiej artystki, świat ją dopiero odkrywa. Według kuratorek wystawy jej twórczość – która eksponuje ciało, wątki choroby i Holocaustu, ale też nawiązuje flirt z popkulturą – staje się intrygująca dla współczesnego odbiorcy sztuki, niejako „pasuje” do naszych czasów. MUZEUM SZTUKI NOWOCZESNEJ W WARSZAWIE 14 MAJA – 6 LIPCA

*-----------------------------------------------

68


fundata/sztuka

*

w Krakowie Gdzie ”się spsić“ Maciej Piotr Prus, Wyznania właściciela klubu Piękny Pies, Wydawnictwo EMG

<--

Autorzy niekonwencjonalnego przewodnika „[KRK] Książka o Krakowie” wysuwają śmiałą tezę, że klabing w Polsce rozpoczął się pod Wawelem w połowie lat 90. XX wieku. Pierwsi didżeje ulokowali się w głębokich gotyckich piwnicach, gdzie z gramofonów wydobywali dźwięki electro, drum’n’bassu, spedd garage’u, breakbeatu. Kraków to miasto klubów i kawiarni, tylko w pobliżu Rynku jest ich ponad 600. Bar Piękny Pies przez pięć lat działał przy ul. Świętego Jana, potem trójka właścicieli przeniosła się na Sławkowską, otwierając Nowego Psa. Jeden z nich, Maciej Prus (poeta, pisarz, dziennikarz) snuje melancholijno-zabawne wspomnienia, rozpoczynając: „Piję, bo taką mam pracę”. Wyznania Prusa układają się w minipowieść o karczmarzu i ludziach przegranych, opętanych przez demona alkoholu. Czas odmierza im nie hejnał z wieży mariackiej, lecz kieliszki wypitych trunków. Do klubu walą tłumy chętnych na „spsienie się”, sposobów jest mnóstwo,np. pewnego dnia przed klubem stanął czołg (atrapa pozostawiona przez ekipę filmową), postanowiono zaatakować Rynek. Prawdziwe szaleństwo zaczyna się, gdy Krzysztof „Kiwi” Chwedczuk (drugi z właścicieli) puszcza muzykę na cały regulator; raczy wszystkich wiśniówką z cytrynką na lodzie; by za chwilę – wskoczywszy na bar – celować w rozochoconą rzeszę gazem z butli do piwa. Zdarza się, że rankiem „Kiwi” wpada na pomysł „teleportacji”: samolotem do Gdańska lub pod Giewont ultraszybkim kursem taksówką. W książce znalazły się ilustracje artystów, którzy także tańczą i pijają w klubie, m.in. Wilhelma Sasnala, Marcina Świetlickiego, Marcina Maciejowskiego.

*---------------------------------------------

Nowocześnie i folkowo Miejsce: Muzeum Etnograficzne w Warszawie, ul. Kredytowa 1

ETNOBIERKI

Jeszcze niedawno imponujący gmach w centrum Warszawy wydawał się wymarły, na klamce brakowało jedynie tabliczki „for sale”. Teraz pod wieczór z okien na parterze pada na chodnik srebrzyste światło. To wabi

BEŻ I BIEL -

BILÝ KONIČEK

szczęście. Póki co, dzięki wystawie „Wampiry, strzygi i spółka” (otwarta do końca czerwca) można się dowiedzieć, jak rozpoznać wampira, przekonać się, co w wampirach da się najbardziej lubić, pozazdrościć im zdolności znikania i bycia niewidocznymi. Aha, w Bilým Koničku najlepsze są bezy z chmurą bitej śmietany i garścią suszonych żurawin!

Jolka Wisłocka

ETNOMYDŁO

designerska klubokawiarnia Bilý Koniček (nazwa powstała z miłości nowego dyrektora do Czech!) zaprojektowana przez młodych architektów. Otwarte na hol biało-beżowe wnętrze w folkowej estetyce: drewniane stoliki na kręconej nodze, geometrycznie ażurowe krzesełka, bar z dekoracją stylizowaną na kurpiowskie wycinanki, miękkie kanapy i zwieszające się z sufitu minimalistyczne instalacje. Wrażenie metaforyczne: w kawiarni siedzi się z głową w chmurach. Ale szybko trzeba zejść na ziemię, gdy podczas licznych spotkań staje się ona miejscem konfrontacji światopoglądów, dyskusji ideologicznych i obyczajowych, pokazującym różnorodność religijną oraz etniczną ludzi mieszkających w Warszawie i... Europie. Wkrótce w Bilým Koničku do kupienia pamiątki z muzeum, brzmi żenująco? Można inaczej – etnogadżety zaprojektowane przez studentów Wydziału Wzornictwa Przemysłowego ASP w Warszawie: paczka kolorowych mydeł ułożonych w ludowy pasiak; bierki-kosy, -halabardy, -piki, -berdysze, -yari, -dwuzęby; bączek-drejdel (nazwa z jidisz), którym kręci się na

69


fundata/film

Udręczeni

(The Haunted in Connecticut) USA, 2009 reżyseria: Peter Cornwell

Młode małżeństwo, Sara i Peter, zmuszeni są zamieszkać w domu, który budzi w nich niechęć. Nie mają wyboru, ponieważ w położonej tuż obok budynku klinice musi się leczyć ich nastoletni syn, Matt. Wkrótce odkrywają, że odstręczająca atmosfera otaczająca posiadłość nie wzięła się znikąd. Matt zaczyna dość dziwnie się zachowywać. Peter i Sara odkrywają, że w ich domu znajdowała się niegdyś – uwaga, kto zgadnie? – kostnica. Film podobno oparty na faktach. Wydawać by się mogło, że to już gdzieś kiedyś było, i to nie raz („Duch”, „Smętarz dla zwierzaków”). Mimo to horror nie jest sztampowy, a motyw rodziny zmagającej się ze śmiercią syna wypadł bardzo porządnie.

Ojcze Nasz. Krew z krwi (Padre Nuestro) Argentyna, USA scenariusz i reżyseria: Christopher Zalla

Film wielokrotnie nagradzany, m.in. na festiwalach w Sundance oraz w San Sebastian. W ciężarówce przewożącej nielegalnych imigrantów z Meksyku do Stanów Zjednoczonych młody, naiwny Pedro pokazuje nowo poznanemu koledze Juanowi list, który dostał od matki. List dowodzi, że ojcem Pedra jest bogaty Amerykanin. Nazajutrz chłopak budzi się okradziony, bez grosza przy duszy. Pomaga mu Magda. Tymczasem Juan zjawia się z listem u bogacza, podając się za Pedra.

*----------------<--------

--

<----------------------------

-------------------------------------*

*

Genua. Włoskie lato (Genova)

Wielka Brytania, 2008 reżyseria: Michael Winterbottom

Wbrew pozorom (radosna twórczość tłumaczy tytułów filmowych...) nie jest to żadna komedia romantyczna ani nic w rodzaju toskańskich historii z Diane Lane, słonecznikami i psami. Po tragicznej śmierci żony Joe zabiera dwie dorastające córki i przeprowadza się do włoskiego miasta. Cała trójka chce jak najszybciej wyleczyć rany pozostałe po dramatycznym wydarzeniu. Joe rzuca się w wir kariery naukowej. Starsza córka, Kelly, szuka ukojenia w przelotnych, intensywnych romansach. Z kolei młodszej siostrze, Mary, wciąż zdaje się, że jest śledzona przez ducha matki.

70


fundata/film

Polska, 2008 reżyseria: Jan Jakub Kolski

Najnowszy film twórcy „Historii kina w Popielawach” przywodzi na myśl „Gorzkie gody” Polańskiego i „Przełamując fale” Von Triera, choć jest o wiele mniej mroczny wizualnie. W domu niedaleko opuszczonej stacji mieszka małżeństwo. On, Rafał, jest byłym zapaśnikiem, dziś wskutek wypadku niepełnosprawnym i całkowicie uzależnionym od żony. Ona, Afonia, to filmowiec – amator, patrząca na świat okiem starej kamery i mająca lekką skłonność do filozofowania. Ich spokojną, cichą stabilizację burzy przyjazd Siery, tajemniczego Rosjanina, który rozkochuje w sobie Afonię. Rafał cierpi, widząc, jak nieznajomy uwodzi jego kobietę, podczas gdy on skazany jest na bezruch – w sensie dosłownym i metaforycznym. Jednak Siera nie znalazł się w domu Afonii przypadkiem. Przyświecał mu nietypowy cel...

<----------------------

Afonia i pszczoły

*

---------------------------------------------*

Terminator: Ocalenie

(Terminator: Salvation) Niemcy, USA, Wielka Brytania reżyseria: McG

Czwarta część „Terminatora” – długo oczekiwana, lecz prawie bez Arniego. Schwarzenegger, niczym Donald Reagan, porzucił całkiem aktorstwo na rzecz polityki. Owszem, w filmie pojawia się kilka scen z umięśnionym aktorem, jednak to wyłącznie zasługa montażystów. Jest rok 2018. Tak jak przewidywała Sarah Connor, świat prawie całkiem opanowały maszyny. Trwa bezustanna walka, w której ludzie są na z góry przegranej pozycji. Przyszły przywódca ruchu oporu, John Connor (Christian Bale), jest jeszcze zwykłym szeregowcem. Nieoczekiwanie na jego drodze staje tajemniczy przybysz, Marcus Wright. Nieznajomy nic nie pamięta, lecz jego losy w dziwny sposób łączą się z przyszłością Connora.

<----------------------------*

Berlin Calling Niemcy, 2008 reżyseria: Hannes Stoehr

Dawno nie widziany na ekranach kin klubowy obraz. Martin Karow, znany też jako DJ Ickarus mieszka wraz ze swoją menedżerką, a jednocześnie kochanką, Mathilde. Kobietę drażni fakt, że Martin lubuje się w narkotykach, ale on nie zamierza się zmieniać. Niespodziewanie dostaje ataku i prosto z klubu trafia na oddział szpitalny. Lekarze stwierdzają, że winny jest połknięty przez Martina drops. Tymczasem Mathilde mając dość trwania w związku z narkomanem, zaczyna romansować z Corinną – swoją była kochanką. Berlin by night? Nie do końca, tak jakbyśmy chcieli.

71


*

TECHNOLOGIE/GADŻETY

Philips Ariaz Najnowsza seria odtwarzaczy MP3 Philipsa z linii GoGear należy do średniego segmentu cenowego, jednak wykorzystuje rozwiązania zarezerwowane dotychczas dla najlepszych przenośnych urządzeń firmy. Możliwości nowych odtwarzaczy są naprawdę imponujące. Pozwalają one na ściąganie filmów bezpośrednio z internetu i odtwarzanie ich na wbudowanym, 2-calowym ekranie. Obsługiwane formaty to MP3, MPEG4 oraz WMA, jednak dołączone oprogramowanie umożliwia konwersję materiału zapisanego w innych formatach. Konstruktorzy bardzo starannie podeszli do jakości odtwarzania muzyki. Urzadzenia wyposażono w firmową technologię FullSound, która zwiększa dynamikę dźwięku. Specjalnie zaprojektowane douszne słuchawki mają anatomiczny kształt i występują w trzech rozmiarach silikonowych wkładek, pozwalających na dokładne dopasowanie do ucha użytkownika. Dostępne są dwie, różniące się pojemnością pamięci wersje odtwarzaczy: 4 GB w cenie 329 zł i 8 GB za 369 zł.

Panasonic X10 Technologia plazmowa wcale nie zamierza odejść do lamusa. Ekrany telewizorów wprowadzonej przez Panasonica nowej serii X10 mają żywotność na poziomie 100 tys. godzin, co w praktyce pozwala zapomnieć o problemie ich przedwczesnego zużycia. Panele zostały wykonane w technologii bezołowiowej, co znacznie zmniejsza ich uciążliwość dla środowiska naturalnego. Odbiorniki wyposażono w specjalny tryb pracy Eco, który automatycznie dostosowuje jasność obrazu do warunków panujących w pomieszczeniu zmniejszając tym samym zużycie energii. Ochronę ekranów przed uszkodzeniami mechanicznymi zapewnia tafla utwardzanego szkła. Nowe telewizory są dostępne z ekranami o przekątnych 37, 42 i 50 cali i kosztują odpowiednio: 3599, 3799 i 5399 zł.

LG BD370 Zgodnie z panującym obecnie trendem integracji urządzeń AV z internetem najnowszy odtwarzacz marki LG umożliwia oglądanie filmów pobranych z popularnego serwisu YouTube. Poza płytami Blu-ray urządzenie odtwarza krążki DVD, a także obsługuje formaty DivX, MP3, WMA oraz JPG. Bardzo wygodną cechą nowego LG jest system szybkiego startu Express Reaction – urządzenie rozpoczyna odtwarzanie już po 18 sekundach od uruchomienia, co w porównaniu z konkurencją stanowi znakomity wynik. Producent zadbał też o atrakcyjne wzornictwo odtwarzacza, a jego cenę ustalił na 1299 zł.

72


*

TECHNOLOGIE/GADŻETY

Cowon D2+ Niezbyt jeszcze popularna w Polsce marka Cowon jest jednym z najbardziej cenionych na świecie producentów przenośnych odtwarzaczy muzyki. Jej urządzenia są znane z wysokiej jakości wykonania i zastosowania najnowocześniejszych technologii. Jeden z najbardziej popularnych modeli firmy, D2 doczekał się właśnie swojego następcy, oznaczonego symbolem D2+. Poza odświeżonym wzornictwem oraz interfejsem użytkownika, najważniejszą cecha nowego odtwarzacza jest system BBE+ służący uzyskaniu jak najlepszego brzmienia ze skompresowanych plików muzycznych. Odtwarzacz obsługuje wszystkie popularne formaty plików audio: MP3, WMA, OGG, FLAC i WAV, a dzięki 2,5 calowemu ekranowi pozwala też na oglądanie plików JPG, MPEG, AVI, APE oraz TXT. Dotykowy wyświetlacz urządzenia służy jednocześnie do jego obsługi. D2+ jest wyposażony w radio oraz mikrofon, a wbudowany akumulator pozwala na ponad 50 godzin pracy. Odtwarzacz jest dostępny z pamięcią o pojemności 4, 8 lub 16 GB i kosztuje od 729 do 949 zł.

JBL Onstage 400P Do najnowszych stacji dokujących iPoda dołączyło urządzenie marki JBL. Współpracuje ono ze wszystkimi odtwarzaczami firmy Apple korzystającymi ze stacji dokującej, a także odtwarzaczami innych producentów oraz komputerami. Odpowiednie natężenie dźwięku zapewniają 4 głośniki typu Odyssey, współpracujące ze wspólnym dla obu kanałów przetwornikiem niskotonowym. Brzmienie zestawu można modyfikować dzięki wbudowanemu procesorowi DSP. Producent nie daje użytkownikowi możliwości wyboru koloru obudowy, jednak elegancka czerń zestawiona ze srebrnymi maskownicami nigdy nie wychodzi z mody. OnStage 400P jest już dostępna w sprzedaży w cenie 1299 zł.

Philips BPD7300 Upowszechnienie się formatu Blue-ray skłania producentów elektroniki do oferowania nowych odtwarzaczy tego formatu w coraz bardziej atrakcyjnych cenach. Dwa najnowsze urządzenia Philipsa BDP7300 oraz BDP5000 kosztują odpowiednio 1399 i 1199 zł, oferując funkcjonalność i jakość odtwarzania, za jakie jeszcze niedawno trzeba było zapłacić kilkakrotnie więcej. Do obsługiwanych formatów należą m.in.: DivX, WMV, MP3, WMA oraz JPG. Za pośrednictwem umieszczonego na przedniej ściance złącza USB 2.0 można przeglądać zawartość przenośnych nośników danych. Odtwarzacze wyposażono w układ upskalera, zwiększającego rozdzielczość DVD do standardu HD, mogą też pracować w zyskującym ostatnio popularność kinowym trybie 24-klatkowym. Dzięki funkcji BD-Live, po podłączeniu urządzeń do internetu można uzyskać dostęp do materiałów publikowanych w sieci przez producentów filmowych. Droższy odtwarzacz obsługuje gęste formaty dźwięku dookólnego: Dolby TrueHD oraz DTS-HD w specyfikacji 7.1.

73


*

*

laifquest

*

Słyszałem już tyle głupich rzeczy, że nie pamiętam, która była najgłupsza.

SLG Tym razem na nasze głupawe pytania odpowiada zdolny łódzki producent SLG *Kim chciałeś zostać, jak byłeś mały? W sumie to, od kiedy pamiętam, zawsze chciałem być muzykiem. *Szpinak czy brukselka? Szpinak. *Twoja pierwsza miłość Podobno jako dziecko miałem w zwyczaju zakochiwać się w co drugiej koleżance mojej o siedem lat starszej siostry, ale na szczęście tego nie pamiętam. *Czy jest coś po śmierci? Zazwyczaj cmentarz. *Pecet czy Mac? To tylko komputery. *Kawa czy herbata? Ekspres do kawy to jeden z najważniejszych instrumentów w moim studiu, ale w tym momencie akurat piję herbatę. *Najgorsza impreza, na której grałeś? Grunt, żeby trafić na taką będąc w dobrym towarzystwie, wtedy nie będzie taka zła. Było parę dziwnych imprez, ale w sumie nie przypominam sobie jakiejś jednej szczególnie traumatycznej. Mam to szczęście, że na ogół trafiam na udane. *Czy wierzysz w UFO? Raz widziałem UFO, ale w końcu okazało się, że to jednak nie UFO i od tamtej pory już nie wierzę. *Pies czy kot? Catz’N’Dogz. *Cebula czy czosnek? Czosnek. *CD czy winyl? To tylko nośniki, nie ma to wpływu na poziom muzyki.

74

*Jakie jest najczęściej zadawane ci pytanie? Napijemy się? *Najgłupsza prośba, jaką usłyszałeś podczas grania? Słyszałem już tyle głupich rzeczy, że nie pamiętam, która była najgłupsza. *Spanie czy ranne wstawanie? Staram się wstawać względnie rano, ale dziś mi nie poszło. *Jaką płytę zabrałbyś na bezludną wyspę? Gdyby to mogła być tylko jedna, jedyna płyta, to wolałbym chyba nie zabierać żadnej, bo nawet ulubionej płyty nie mógłbym słuchać w kółko – nie chciałbym się nią znudzić. *Mięso czy warzywa? Mięso z warzywami. *TV czy DVD? DVD – wolę sam wybierać, co mam obejrzeć, niż być zdany na to, co ktoś podsuwa mi na talerzu. *Jakiej muzyki nie lubisz? Nie lubię muzyki bez wyobraźni. *Kto to jest Kubica? Zdrobnienie od nazwiska mojego kolegi Kubickiego, pozdrawiam. *Jaki jesteś? Same zalety.


ZAMÓW PRENUMER ATĘ

ZAMÓW NUMERY ARCHIWALNE

www.laif.pl

LAIF.pl

INDE

KS

91

8.90

*

TIS CD GRA

* ...

pl laif. KS NDE

I

891

379

8.9

ln 0 p

(w

7% tym

pln

(w

tym

7%

VAT)

03

9

�� tr �� ud ne

JU NIO SP EE C H R BOY S, D BEN D E P E CH E B E L EF CA LE C H ICJEN E M O , U, DU BP J A CI SP D E , LEN SO ISTO C E K DO S AP& L RU SK S, N A I E N K IEW , PS EM IN, W Z I PIR OJ YK CZ T E , ŁA JUN OF T EK GR T, HE AB IOR STR SUN, EK, ESS

MI

��

ZAMÓW ROCZNĄ

r � �� �����WYCH zewa za�p �d� � ni Y rŻ osz ��� O e o D zab en �� JĄ A awy ie C � A R � W �� do

j

można oszaleć

Y APARAT NIEZŁE

6)

maj

O RB THE LFO ST R RHEI CKE D NDEIN & HA L U E H T I TT FI EFT K RLD RWODÄLEK PPAH L NDE Q Y E U LF OGU ERS K SAADI L I MIN FING PHAEL RA TWO 2009

przez internet: prenumerata@laif.pl lub telefonicznie: 0 502 239 975

ACOD!GRATIS I � C � � EDZ � ��� I W O ���� P 03(6

GRATIS!

2009

) 200 (65 02 ecień kwi

�� �

2 NUMERY

maj

)

(prenumerata roczna)

PRENUMERATĘ

(66)

VAT

��

89 PLN tylko

3798

8.90

������ ������

��������

pln

(w

tym

7%

VAT)

��������

���� �������

��

VAT) tym 7% pln (w 8.90

����

��������

�������

������

�������

������ ��

ZAMÓW NUMERY ARCHIWALNE

40

41

42

43

44

45-46

47

48

49

50-51

52-53

54

przy zamówieniu 5 numerów - 6 numer gratis z każdym numerem płyta CD z muzyką GRATIS przez internet: prenumerata@laif.pl lub telefonicznie: 507 090 252

55 ...laif.pl INDEKS

379891

7% VAT) (w tym 8.90 pln

56

*CD GRATIS*

8.90 pln (w tym 7% VAT)

INDEKS 379891

03 (66) maj 2009

02 (65) 2009 kwiecień

��

�� �� ��

������

trud

� WRACAJĄ DO ŻYWYCH

ne

���� POWIEDZ CIAO!

60

61

62-63

64

nie

�������

65

EIST THE ORB LD THUNDERH & HACKER LFO MINILOGUE UNDERWOR DÄLEK KITTIN D KLF DÄ YPPAH LEFTFIEL TWO FINGERS RAPHAEL SAADIQ 8.90 pln (w tym 7% VAT)

�������������������

zewa

IS CD GRAT możn

NIEZŁE APARATY

���������������������

maj 2009

59

���

dojr

��������������

zaproszenie do zabawy

03(66)

57-58

��

JUNIOR BOYS, SPEECH D EBELLE, DEPECHE MODE , BENEFICJEN CI SPLENDORU , MICACHU, JACEK SIENKIEW ICZ, DUB PISTOLS, NAPSZYK ŁAT, SOAP&SKIN , WOJTEK GRABEK, EMPIRE OF THE SUN, JUNIOR STRESS

8.90 pln (w tym 7% VAT)

���������������������

leć a osza

66

���������������������


K O L E K C J E

CRIME & STORY

JOHN GRISHAM CENA PIERWSZEGO

TOMU TYLKO

9,95 ZŁ

Autor wielu bestsellerów, m.in.: Raportu pelikana, Klienta, Firmy, Ławy przysięgłych, Zaklinacza deszczu.

Co 2 tygodnie największe

dzieła Johna Grishama w serii Klasyka Sensacji

W sprzedaży także najlepsze pozycje literatury sensacji! W pierwszym tomie polecamy:

TYLKO

dla prawdziwych mężczyzn w serii Kolekcja Sensacji powieść pt. Fałszerz Fredericka Forsytha TYLKO

9,95 ZŁ

Positivo sp. z o. o. tel.: /022/ 499 06 53

dla kobiet powieści królowych thrillerów romantycznych, m.in. Nory Roberts i Jayne Ann Krentz. W serii Thrillery Romantyczne powieść pt. Białe kłamstwa Jayne Ann Krentz

4,95 ZŁ

książki

elektronika

easyDVD

telefony

komputery

art. biurowe


Laif 06 czerwiec 2009