Issuu on Google+

***

Dzień zaczął się jak co dzień. Nie znam człowieka, który by lubił poniedziałkowe poranki, ale mnie one nie przeszkadzały. Lubiłam przychodzić wcześnie do The Buttered Bun, włączać wielki termos bufetowy na herbatę, przynosić skrzynki z mlekiem i pieczywem z podwórka na tyłach i gawędzić z Frankiem, gdy przygotowywaliśmy się do otwarcia. Lubiłam dusznawe, lekko pachnące bekonem ciepło kawiarni, powiewy chłodnego powietrza, gdy drzwi otwierały się i zamykały, cichy gwar rozmów, a kiedy nie było klientów, radio Franka brzęczące w kącie. To nie był modny lokal – na ścianach wisiały zdjęcia zamku na wzgórzu, stoliki wciąż były pokryte laminatem, a menu nie zmieniło się, odkąd zaczęłam tu pracować, pojawiło się tylko kilka nowych batoników, a do tacy z drożdżówkami dodano czekoladowe ciastka z orzechami i muffinki. Ale najbardziej lubiłam klientów. Lubiłam Keva i Angelo, hydraulików, którzy przychodzili prawie każdego ranka i przekomarzali się z Frankiem, wymyślając, gdzie kupuje mięso. Lubiłam panią Dmuchawiec, którą nazywałam tak z powodu rozwichrzonych siwych włosów. Codziennie od poniedziałku do czwartku jadła u nas sadzone jajko z frytkami, a potem siedziała, czytając darmowe gazety i sącząc powoli dwie filiżanki herbaty. Zawsze starałam się z nią pogawędzić. Podejrzewałam, że to być może jej jedyna rozmowa w ciągu dnia. Lubiłam turystów, którzy wstępowali do nas po drodze na zamek albo z zamku, hałaśliwe dzieciaki, które wpadały po szkole, stałych klientów z firm przy tej samej ulicy oraz Ninę i Cherie, fryzjerki, które wiedziały, ile kalorii ma każda pozycja w menu The Buttered Bun. Nie przeszkadzali mi nawet irytujący klienci, tacy jak ruda właścicielka sklepu z zabawkami, która co najmniej raz w tygodniu czepiała się, że wydano jej za małą resztę. Przyglądałam się, jak przy stolikach związki zaczynają się i kończą, jak rozwiedzeni małżonkowie przekazują sobie dzieci, widziałam pełną poczucia winy ulgę rodziców, których przerastało gotowanie, i potajemną błogość emerytów jedzących jajka na bekonie. Przewijali się tu przeróżni ludzie i niemal z każdym udawało mi się zamienić słowo, przerzucić się żartem albo jakąś opinią nad parującym kubkiem herbaty. Tato zawsze mówił, że nigdy nie można przewidzieć, co powiem, ale w kawiarni to nie miało znaczenia. Frank mnie lubił. Sam milczący z natury, powiedział, że ożywiam atmosferę. Czułam się trochę jak barmanka, z tym że nie musiałam znosić pijaków. I nagle dziś po południu, kiedy skończyła się pora lunchu, a w kawiarni nagle zrobiło się pusto, Frank wytarł ręce w fartuch, wyszedł zza kuchenki i obrócił wiszącą na drzwiach tabliczkę, tak by pokazywała „zamknięte”. – Czekaj, Frank, przecież ci mówiłam. Napiwków nie wlicza się do płacy minimalnej. – Frank był, jak ujął to tata, dziwny jak niebieskie gnu. Podniosłam wzrok. Nie uśmiechał się. – Ojej. Chyba nie wsypałam znów soli do cukierniczek? Gniótł w dłoniach ścierkę i wyglądał na bardziej zdenerwowanego niż kiedykolwiek. Przemknęła mi przez głowę myśl, że może ktoś się na mnie poskarżył. A potem dał mi znak, żebym usiadła. – Przykro mi, Louisa – powiedział, kiedy już wyjawił mi straszną prawdę. – Ale wracam do Australii. Z ojcem nie jest dobrze, poza tym wygląda na to, że na zamku otwierają kawiarnię. Przechlapane. Siedziałam z otwartymi ustami. A potem Frank wręczył mi kopertę i odpowiedział na moje pytanie, zanim zdążyłam je zadać. – Wiem, że nigdy nie podpisałem z tobą żadnej formalnej umowy, ale nie zostawię cię bez niczego. Tutaj jest kasa za trzy miesiące. Zamykamy jutro. ***

– Za trzy miesiące! – wybuchnął ojciec, a mama wetknęła mi do rąk kubek posłodzonej herbaty. – Cóż za hojność, biorąc pod uwagę, że harowała tam jak dziki osioł przez ostatnie sześć lat.


– Bernardzie. – Mama rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, kiwając głową w kierunku Thomasa. Rodzice zajmowali się nim codziennie po szkole, zanim Treena nie wróciła z pracy. – I co u diabła ona ma teraz ze sobą zrobić? Mógł jej o tym powiedzieć trochę wcześniej niż na dzień przed. – Cóż... będzie musiała znaleźć sobie inną pracę. – Ale Josie, nie ma pracy. Wiesz to równie dobrze jak ja. Jesteśmy w samym środku cholernej recesji. Mama na moment przymknęła oczy, tak jakby zbierając siły. – To bystra dziewczyna. Coś sobie znajdzie. Ma już spore doświadczenie na koncie, prawda? Frank wystawi jej dobre referencje. – Och, po prostu fantastyczne: Louisa Clark rewelacyjnie smaruje grzanki masłem i dobrze sobie radzi ze starym czajnikiem. – Dzięki, że tak we mnie wierzysz, tato. – Tylko tak mówię. Wiedziałam, czego obawia się tato. Moja pensja była ważna. Treena zarabiała grosze w kwiaciarni. Mama nie mogła pracować, bo musiała zajmować się dziadkiem, który miał bardzo marną emeryturę. Tata stale się martwił o swoją pracę w fabryce mebli. Jego szef od kilku miesięcy mamrotał coś o możliwych zwolnieniach. W domu rozmawiano ukradkiem o długach i żonglowaniu kartami kredytowymi. Dwa lata temu pewien nieubezpieczony kierowca skasował ojcu samochód i to wystarczyło, żeby chwiejna konstrukcja, jaką stanowiły finanse moich rodziców, wreszcie się rozpadła. Moje skromne zarobki były ważną pozycją w codziennym budżecie, dzięki nim rodzina mogła jakoś przeżyć z tygodnia na tydzień. – Spokojnie. Lou powinna pójść jutro do biura pośrednictwa i zobaczyć, co mają. Na razie ma z czego żyć – mówili tak, jakbym nie stała obok. – I jest bystra. Jesteś bystra, prawda, kochanie? Może mogłaby pójść na kurs maszynopisania. Zatrudnić się w jakimś biurze. Siedziałam na kanapie, podczas gdy rodzice rozmawiali o tym, do jakiej jeszcze pracy nadawałabym się przy moich ograniczonych kwalifikacjach. Praca przy taśmie, operator maszyn, smarowacz kanapek. Po raz pierwszy tego popołudnia poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Thomas patrzył na mnie wielkimi, okrągłymi oczami, po czym w milczeniu wręczył mi połowę rozmiękłego herbatnika. – Dzięki, Tomciu – powiedziałam bezgłośnie, po czym go zjadłam. ***


Zanim się pojawiłeś