Issuu on Google+

Rozdział 1 No

– przecież kostucha nie pociągnie za tobą furgonu do przeprowadzek! Hanna Swensen odwróciła się w stronę drzwi, bo rozpoznała charakterystyczny głos swej przyjaciółki, Claire. Słyszała jej śmiech w korytarzu plebanii – najwyraźniej rozśmieszyła ją parodia znanego powiedzenia: „Przecież do grobu tego nie weźmiesz”. – Claire? – zawołała Hanna, jednak nie doczekała się odpowiedzi. To dziwne. Mogłaby przysiąc, że słyszała Claire, a to oznaczałoby, że przyjaciółka wraz ze swym nowym mężem, wielebnym Bobem Knudsonem, wróciła już z odwiedzin u chorych parafian w szpitalu w Lake Eden. – Bob? Claire? – Hanna zawołała jeszcze raz, lecz nikt nie pojawił się w drzwiach. Spoza przytulnego salonu, w którym siedziała Hanna, nie dobiegał żaden dźwięk. Hanna przyszła w odwiedziny do babci wielebnego Boba, pani Priscilli Knudson, i właśnie w tym momencie notowała udostępniony jej przez staruszkę przepis na Czarci Tort. ~9~


Wreszcie wstała i podeszła do okna, by sprawdzić, czy nie widać gdzieś samochodu Boba. Widok, jaki ukazał się jej oczom, przypominał świąteczną pocztówkę. Na brzozie rosnącej po drugiej stronie podjazdu kłębiły się zimowe ptaki. Zajadały się słoniną, którą gospodyni, nazywana przez wszystkich po prostu „babcią Knudson” porozwieszała na gałęziach drzewa. Były tam i czerwone ptaki, i niebieskie, zielone i czarne – ich pióra mieniły się w słońcu wszystkimi barwami tęczy. Wydawało się, że każda gałąź, bez wyjątku, ma swojego lokatora. Hannie nagle przyszły na myśl ozdoby wiszące na delikatnym łańcuszku z białego złota. W miasteczku Lake Eden w stanie Minnesota zima czasem bywała cudowna... Było zimno, ale pięknie. Jeżeli prezenter zapowiadający pogodę się nie mylił, to rtęć w termometrze zamarznie na dolnym krańcu skali, wychyli się odrobinę zaledwie na moment, po czym znów schowa się na samym dnie szklanej rurki. Hanna spuściła wzrok i spojrzała na podjazd, który rozciągał się na całą szerokość domu i kończył się w garażu. Na świeżym śniegu nie było widać śladów opon. Czyżby Bob i Claire z jakiegoś powodu zaparkowali przed plebanią? Zaciekawiona Hanna podeszła do drzwi i wyszła na korytarz, żeby się rozejrzeć. W pobliżu nie było żywej duszy. Już miała wrócić do salonu, kiedy z kuchni wyłoniła się babcia Knudson. Niosła tacę z kawą i pokrojonym na kawałki ciastem, nazywanym przez nią najlepszym gościnnym przysmakiem. – Czy Claire i Bob już wrócili? – spytała Hanna, czym prędzej odbierając ciężką tacę z rąk gospodyni. – Jeszcze nie. Powiedziałam Bobowi, żeby zadzwonił, gdy wyjdą ze szpitala, to na ich przyjazd zaparzę świeżej kawy. Hanna wróciła do salonu i położyła tackę na stoliku przed kanapą, którą babcia Knudson nazywała „Davenport”. W zeszłym miesiącu kanapa wróciła od tapicera z nowym obiciem. Tapicer ~ 10 ~


należał do parafii Zbawiciela. Sam wybrał materiał i kolor obicia: pierwotnie kanapa była soczyście zielona i doskonale komponowała się z tapetą w zielono-żółte pasy, lecz teraz obito ją jaskraworóżowym pluszem o odcieniu przywodzącym Hannie na myśl antybiotyk w zawiesinie, który brała będąc dzieckiem. – Nalejesz kawy, Hanno? – spytała babcia, kiedy Hanna znów usiadła na różowej kanapie. – Wiem, że młode damy, takie jak ty, wolą raczej kubki, ale delikatne filiżanki są takie eleganckie i wytworne. Hanna wyciągnęła ręce w kierunku srebrnego imbryczka i po chwili ostrożnie nalewała kawę do dwóch filiżanek. Postawiła je na spodeczkach z tej samej zastawy i już miała wręczyć przyjaciółce jeden z nich, lecz się zawahała. – A może byłoby lepiej, gdybyśmy wypiły kawę w kuchni? – zaproponowała, zerkając na pokaźne kawałki czekoladowego przekładańca z grubą warstwą masy, które gospodyni nałożyła na talerzyki deserowe z tego samego kompletu co filiżanki i spodki. – A to niby dlaczego, kochanie? – Obawiam się, że mogłabym rozlać coś na ten piękny różowy... davenport. – Ależ nie przejmuj się tym! – odparła babcia Knudson, sięgając po swoją filiżankę i spodeczek. – Siadając tu, zawsze mam nadzieję, że coś wyleję. Niestety, odkąd kanapa wróciła od tapicera, strzeże jej jakaś siła nieczysta, żadne plamy się jej nie imają. – No... to chyba dobrze. – Niedobrze! To oznacza, że jestem skazana na to różowe paskudztwo, które pewnie mnie przeżyje. Hanna sama nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Trochę chciało jej się śmiać, bo babcia Knudson najwyraźniej nie cierpiała tego koloru i celowo próbowała zniszczyć obicie. Z drugiej strony jednak zbierało jej się na płacz, bo staruszka ~ 11 ~


uważała, że umrze, zanim zdąży ponownie oddać mebel do tapicera. Jako że koniec końców Hanna nie wymyśliła stosownej odpowiedzi, podniosła swój talerzyk i ugryzła upieczony przez babcię czekoladowy Czarci Tort. – Mmmm – Hanna mimowolnie zamruczała z zadowolenia. Pyszna, słodka, ciągnąca i rozpływająca się w ustach masa znakomicie współgrała z intensywnym czekoladowym smakiem samego ciasta. – Dziękuję, Hanno – powiedziała z uśmiechem babcia Knudson. – Cieszę się, że ci smakuje. I naprawdę bardzo mi miło, że twoja mama chce podać ten tort na swoim wieczorze autorskim. A z innej beczki... Dlaczego myślałaś, że Claire i Bob już wrócili? – Byłam pewna, że słyszałam z korytarza głos Claire. I jestem prawie pewna, że słyszałam jej śmiech. – Jakub. – Co takiego? – Wcale nie słyszałaś Claire. Słyszałaś Jakuba. – Przecież to był głos Claire. Słyszałam wyraźnie. – Jakub potrafi naśladować Claire. Co takiego mówił? – „Przecież kostucha nie pociągnie za tobą furgonu do przeprowadzek” – Hanna powtórzyła zasłyszane słowa. – W takim razie to z pewnością był Jakub. Był razem z Claire i Bobem w kancelarii parafialnej, kiedy szukali czegoś, co nadałoby się na niedzielną tablicę. Ale się uśmieją, jak im powiem! Na pewno się ucieszą, że nauczył się czegoś nowego. Hanna czuła, że jakiejś informacji jeszcze jej brakuje, postanowiła zatem zapytać wprost: – Kto to jest Jakub? – To gwarek. Należy do Pete’a Nunke. Bob zgodził się nim zająć przez jakiś czas, bo Pete dochodzi do siebie po operacji kręgosłupa. ~ 12 ~


Hanna roześmiała się. – No to nieźle mnie nabrał. Byłam przekonana, że to Claire. Ciebie też naśladuje? – Nie, mnie nie. Boba też nie. Przynajmniej jeszcze nie. Ale za to mówi dwie rzeczy, których nauczył się jeszcze od Pete’a. – Co takiego? – spytała Hanna i odkroiła sobie widelczykiem solidny kawałek ciasta. Było tak wyśmienite, że miała ochotę pochylić się i wdychać intensywny czekoladowy aromat. – Mówi: „Brr, ależ tam zimno”, a drugiej rzeczy ci nie powiem. To było, zdaje się, że gdzieś jest ciemno jak... gdzieś tam indziej. Hannie przyszło do głowy pewne hasło, ale za nic nie powiedziałaby go na głos na plebanii. – A odkąd Jakub jest u was, nauczył się jeszcze czegoś nowego? – Nie. Ale nie dlatego, że go zaniedbujemy. Bob i Claire próbowali go nauczyć, by się przedstawiał, lecz nie wydaje się tym zainteresowany. Stojący na drugim końcu stołu telefon nagle zadzwonił. Hanna odkroiła kolejny kęs tortu, a babcia Knudson podniosła słuchawkę. Warstwy biszkoptu miały lekko czerwonawy odcień. Hanna przypomniała sobie, że w przepisie wymieniono pół szklanki kakao. Ciasto mające w swym składzie kakao, często przybiera ciekawą, mahoniową barwę. Przeczytała jeszcze raz przepis od babci Knudson i zorientowała się, że intensywny, ciężki smak, którego na początku nie mogła z niczym powiązać, to musiała być mocna kawa, znakomicie uzupełniająca czekoladę. Nic dziwnego, że ciasto było takie pyszne! – To Bob – powiedziała babcia, odkładając słuchawkę. – Już tu jadą. Mówili, że mają dla mnie niespodziankę. – Co by to mogło być? ~ 13 ~


– Lody kawowe, marynowany śledź albo pęto kiełbasy – starsza pani zachichotała niczym podlotek. – Lepiej zacznę parzyć kawę. Wszystko już jest przygotowane. Rzeczywiście uwinęła się szybko i wróciła z kuchni jeszcze zanim Hanna zdążyła dokończyć swoją porcję tortu. – Może wcale nie przywiozą mi nic do jedzenia. Tak sobie myślałam, że może po drodze spotkali jakiegoś wysokiego bruneta. Bardzo bym się ucieszyła, gdyby w ramach niespodzianki przywieźli mi wysokiego bruneta! Hanna spojrzała na nią zaskoczona. – Chciałabyś znów zacząć chodzić na randki? – Na miłość boską, nic podobnego! Po prostu fajnie byłoby powiedzieć Pam Baxter, że miała rację. To ona mi przepowiedziała, że spotkam wysokiego, nieznajomego bruneta. – No tak, jasne – Hanna przypomniała sobie, że nauczycielka Pam przebrała się za wróżkę podczas ostatniego balu karnawałowego organizowanego w liceum Jordan High. – Tobie też wróżyła, Hanno? – Tak. Powiedziała mi, że doczekam się sporych pieniędzy. – No i miała rację, Ciasteczkowa Dolina znakomicie prosperuje – babcia Knudson wymieniła nazwę należącej do Hanny cukierni i kawiarni przy Głównej Ulicy. – Widzisz, w twoim przypadku wróżba Pam się sprawdziła. – A w twoim nie? – Nie. Mój problem polega na tym, że do Lake Eden rzadko przyjeżdżają nieznajomi, a jeśli już, to raczej nie zaglądają na plebanię. W zasadzie sama nie pamiętam, kiedy ostatnio był tu jakikolwiek nieznajomy. W czasach gdy prowadziliśmy hotel, było ich więcej, to prawda... Ale teraz... – Jesteśmy! – rozmyślania babci przerwało wołanie. Hanna otwarła usta, by głośno przywitać się z Claire i Bobem, ale szybko się rozmyśliła. Czy tym razem usłyszała Claire, czy to znów Jakub? ~ 14 ~


– To Claire – upewniła ją babcia Knudson, odpowiadając na niewypowiedziane pytanie Hanny. – Jakub jest w klatce w sypialni, a głos Claire dochodził z drugiej strony domu. – No, już jesteśmy – oznajmił Bob, wchodząc do salonu razem z Claire. Stanowili doskonale dobraną parę. Ciemne, falujące włosy Boba i jego krzepka budowa wydobywały delikatną urodę Claire i jej blond fryzurę. – Cześć, Hanno. – Cześć – powitała ich Hanna. Od razu zauważyła, że Bob i Claire trzymają się za ręce. Mało tego, oboje byli uśmiechnięci i wyglądali na niezwykle szczęśliwych. Ma się rozumieć, w przypadku nowożeńców uśmiech i szczęście to nic dziwnego. Bob i Claire pobrali się w sylwestra, a teraz był raptem pierwszy tydzień lutego. – I gdzie moja niespodzianka? – babcia zwróciła się do wnuka. – Hanna i ja siedzimy tu jak na szpilkach i próbujemy zgadnąć, co by to mogło być. – I co wymyśliłyście? – spytała Hannę Claire. – Ja nie miałam zielonego pojęcia. Babcia Knudson coś wykombinowała. Podejrzewała, że to będą lody kawowe, marynowane śledzie albo pęto kiełbasy. – Nic z tych rzeczy – roześmiał się Bob. – Próbuj dalej, babciu. – Jak nic z tych rzeczy, to na pewno przywieźliście mi nieznajomego wysokiego bruneta! – Co takiego? – Bob spojrzał na babcię, otwierając szeroko oczy ze zdumienia. – Nie bądź taki zdziwiony. W zeszłym roku na balu karnawałowym w szkole Pam Baxter przepowiedziała mi, że spotkam wysokiego nieznajomego z ciemnymi włosami i... O Święta Panienko! Jest! – Wygląda na to, że Pam Baxter miała rację – powiedział nieznajomy, podchodząc bliżej i ściskając ją na powitanie. ~ 15 ~


Zagadka czarciego tortu