Issuu on Google+

estka


W serii: Caroline Leavitt Szczęście w twoich oczach Karolina Monkiewicz-Święcicka Taniec z przeszłością Jojo Moyes Zanim się pojawiłeś Leslie Daniels W łóżku z Nabokovem Alina Krzywiec Długa zima w N. Vanessa Greene Klub Porcelanowej Filiżanki

W przygotowaniu: Mia March Klub filmowy Meryl Streep Katharina Hagena Smak pestek jabłek


ANKA KOWALSKA

estka


Wydawca GraČyna Smosna Redaktor prowadz­cy Katarzyna Krawczyk Korekta Olimpia Sieradzka Agnieszka Trzeszkowska-Bereza

Copyright © by Marcin Czerwiak, Tomasz Kowalski 2013

gwiat Ksi­Čki Warszawa 2013 gwiat Ksi­Čki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Ksi¿garnia internetowa: Fabryka.pl Ramanie Akces, Warszawa Druk i oprawa Abedik Dystrybucja Firma Ksi¿garska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 OČarów Mazowiecki, ul. PoznaÚska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl ISBN 978-83-7943-390-2 Nr 90089426


A kiedy twoja miÙoï° jest przyj¿ta i otwieraj­ si¿ dla ciebie ramiona – wówczas proï Boga, niechaj ocali t¿ miÙoï° od zepsucia, bo niepokoj¿ si¿ o serca po brzegi szcz¿ïciem wypeÙnione. Antoine de Saint-Exupéry Citadelle

1 Wtedy jej powiedziaÙam, Če nie wytrzyma, nie wytrwa, Če si¿ po prostu zabħa. – Bój si¿ Boga – powiedziaÙam i powtórzyÙam to par¿ razy, caÙkiem bezwiednie. Ale jeszcze wtedy nic takiego nie czuÙam poza rodzajem urazy, Če sama nie dostrzegÙam dramatu, maj­c go tuČ obok, i Če nie byÙam powiadomiona o najwaČniejszej sprawie w Čyciu osoby, któr­ miaÙam prawo nazywa° przyjacióÙk­. Ludzie nie lubi­ by° niedoinformowani, nie lubi­ nosi° w sobie faÙszywego obrazu swoich bliĊnich, chociaČ do stworzenia prawdziwego nie s­ zdolni; to byÙy jej sÙowa. OkazaÙo si¿, Če i ja nie byÙam do tego zdolna, i natychmiast poczuÙam si¿ dotkni¿ta. PowiedziaÙam: – Bój si¿ Boga – i zamilkÙam, patrz­c na ni­, któr­ znaÙam od tylu lat, przez tyle rozmów, tyle gniewów i spi¿°, przez ten caÙy dÙugi bieg przyjaĊni. I nagle prócz urazy odnalazÙam w sobie cieÚ satysfakcji. Przez te wszystkie lata nie mogÙam za ni­ nad­Čy°: uruchamiaÙa przy sobie i przez siebie tylu ludzi, tyle napi¿°, zdarzeÚ, rozmaitych odkry° i olïnieÚ, tyle nastrojów nigdy niepÙyn­cych równ­ fal­. BiegÙam zawsze z tyÙu, mogÙam zaledwie mie° udziaÙ w obserwowaniu, w komentowaniu tego Čywego Čycia i tego tylko w tym Čyciu, co mi przynosiÙa sama, co przede mn­ rozkÙadaÙa w rozmowach, wyznaniach, relacjach. ByÙa tak ruchliwa, tak wsz¿dobylska, tak wszystkiego ciekawa; z tego rodza-

5


ju ruchliwoïci­ do twarzy jest tylko kobietom Ùadnym lub uwaČanym za Ùadne, a nawet i to jeszcze nie wystarcza. W kaČdym razie ja nie mogÙam by° taka – mnie poczytano by jej cechy za wïcibstwo. I wówczas pomyïlaÙam, Če oto j­ mam, Če j­ schwyciÙam caÙ­, a nie tylko jej palec czy jedn­ myïl, albo jeden z nastrojów. I pomyïlaÙam teČ, Če przyszÙa, Če zawróciÙa do mnie sama, sama oddaÙa si¿ w moje r¿ce, i nie musiaÙam juČ dogania° jej albo prosi° o chwil¿ rozmowy, o spotkanie, w którym weĊmiemy udziaÙ tylko my dwie. Bo zawsze byÙam zazdrosna o te jej wszystkie sprawy, ludzi, telefony, odejïcia i powroty, o ten jej udziaÙ we wszystkim i udziaÙ, jaki inni w niej mieli. Ale teraz przyszÙa do mnie sama i sama powiedziaÙa, Če dÙuČej nie chce ukrywa° przede mn­ tej najwi¿kszej sprawy w swoim Čyciu. – Wszystko inne jest obok – powiedziaÙa, i z tego miejsca braÙa si¿ moja uraza, bo przez te wszystkie lata i przez wszystkie nasze najgÙ¿bsze rozmowy ja jednak znaÙam wyÙ­cznie to „obok”, a ona we mnie wszystko; moČe dlatego, Če Čadnego „obok” we mnie, w moim Čyciu nie byÙo. Z tego teČ miejsca braÙa si¿ owa satysfakcja, Če tamten Čywy strumieÚ spraw i ludzi, szcz¿ï° i kl¿sk, to, czego jej tak zazdroïciÙam, nie byÙ jednak tym, w czym istniaÙa naprawd¿. To, w czym istniaÙa, byÙo zÙe, gorzkie, u samych korzeni faÙszywe. I pomyïlaÙam, Če ona, ta godna zazdroïci, jest po prostu nieszcz¿ïliwa. – Wszystko inne jest obok – powiedziaÙa. I wtedy zacz¿Ùam jej powtarza° to moje „bój si¿ Boga”. LeČaÙa w fotelu w zielonej spódnicy, opalona od pierwszych dni maja, kr¿ciÙa w palcach kosmyk czarnych wÙosów, a ja staÙam z czajnikiem do herbaty w r¿ku na progu mi¿dzy korytarzem i pokojem, i pami¿tam, Če zerwaÙa si¿ nagle albo raczej zsun¿Ùa z fotela przy pomocy tych swoich faluj­cych póÙruchów i póÙobrotów, jak to ona. Szpilki zastukaÙy. Agata zÙapaÙa czajnik, powiedziaÙa stanowczo: – Ty mnie Bogiem nie strasz. Nie strasz mnie Bogiem. I si­dĊ. Marz¿ o herbacie. Przy herbacie cz¿sto sp¿dzaÙyïmy caÙe godziny, obie zwi-

6


ni¿te na tapczanie, i to wÙaïnie ona zazwyczaj parzyÙa herbat¿ bardzo ciemn­ i bardzo pachn­c­, jak­ nauczyÙam si¿ pi° i lubi° dopiero od niej. Teraz teČ ona przyniosÙa i podaÙa mi ÞliČank¿, sama uÙoČyÙa si¿ na tapczanie z westchnieniem zwierz­tka, wielki kubek dymiÙ spomi¿dzy jej dÙoni; nigdy nie mogÙam jej namówi°, Čeby nalewaÙa sobie do czegoï bardziej przypominaj­cego naczynie. „Ja lubi¿ duČo” – odpowiadaÙa uparcie i uparcie twierdziÙa, Če nigdy nie jest naprawd¿ „duČo”, chociaČby w pi¿ciu czy dziesi¿ciu ÞliČankach. To ona sama wyszukaÙa mi¿dzy moimi garnkami ten kubek niebieski w wielkie biaÙe grochy. „Taki sam miaÙam, kiedy byÙam malutka” – powiedziaÙa z zadowoleniem, i nawet gdy nie byÙyïmy same, kiedy stawiaÙyïmy przed goï°mi mój kolorowy serwis, który wÙaïnie Agata przyniosÙa kiedyï z wielk­ dum­ z Cepelii w dzieÚ moich imienin, nawet wtedy musiaÙam jej nalewa° herbat¿ do tego ohydnego kubka koloru farbki. Ze zdumieniem zobaczyÙam, Če wszystko jest tak samo jak zawsze, Agata rozerwaÙa now­ paczk¿ papierosów, strzepn¿Ùa szpilki z nóg, wydaÙa z siebie westchnienie zwierz­tka, jej twarz, wsparta na Ùokciu, byÙa maÙa i kr­gÙa. Pokr¿ciÙa gaÙk­ radia, zaniosÙo si¿ nagle urokliwym gÙosem Earthy KiĴ. PatrzyÙam na ni­ zza g¿stniej­cej mgieÙki, nie chciaÙam da° si¿ zepchn­° w nasz stary znajomy ïwiat, który dla niej okazaÙ si¿ istnie° zaledwie „obok”. PowiedziaÙa: „Staruszko” – jej gÙos byÙ rzeczowy i prosz­cy, usÙyszaÙam leciutki brz¿k bransoletek; myïlaÙam, Če mnie obejmie, pÙakaÙam juČ caÙkiem jawnie – i po swoim strachu przed jej Ùzami, przed otwarciem si¿ jej rozpaczy poznaÙam, Če nie chc¿, aby zacz¿Ùa liczy° na moje siÙy, na ĊródÙa bħ­ce we mnie. – Staruszko – powiedziaÙa Agata i powiedziaÙa coï jeszcze, a ja myïlaÙam, Če musiaÙam Ċle zrozumie° jej sÙowa. PodniosÙam gÙow¿, skór¿ na policzkach ïci­gaÙy obsychaj­ce Ùzy, popatrzyÙam na t¿ twarz maÙ­ i kr­gÙ­. – Jak to? – zapytaÙam. – Jak to? – I myïlaÙam, Če zwariowaÙa. Bo ona powiedziaÙa to raz jeszcze: – Jestem szcz¿ïliwa.

7


2 Dawno przedtem, zanim to powiedziaÙa, siedziaÙ u mnie – na tym fotelu – PaweÙ, z rysami jeszcze na wpóÙ dziecinnie mi¿kkimi, wargi drČaÙy mu jak pÙacz­cej dziewczynie. Par¿ dni przedtem odprowadzaÙam ich na dworzec, oboje byli w spodniach, swetrach, z plecakami, zazdroïciÙam im wyprawy na jeziora i pot¿piaÙam j­. – Macie dwa namioty? – zapytaÙam z nadziej­. – Idiotka – odpowiedziaÙa z przekonaniem Agata. W kilka dni póĊniej PaweÙ zapukaÙ do moich drzwi. ByÙ opalony, ale pod opalenizn­ szary. W progu powiedziaÙ, Če Agata odeszÙa. Trzeciego ranka obudziÙ si¿ bardzo wczeïnie, a wÙaïciwie obudziÙa go ona, zobaczyÙ w otworze namiotu jej znikaj­c­ stop¿, wiatr szarpn­Ù pÙótnem. – Zasznuruj si¿ – usÙyszaÙ z zewn­trz gÙos Agaty. – Okropny wiatr. – I zasn­Ù. Dopiero gdy wstaÙ po dwóch czy trzech godzinach, zauwaČyÙ w namiocie tylko jeden plecak. ZostawiÙa list, maÙy ïwistek papieru wetkni¿ty pod rzemieÚ plecaka. „Za par¿ lat byÙoby duČo trudniej. To moja wina, ale sk­d miaÙam wiedzie°? To ty byÙeï mój pierwszy. A.”. – ByÙo przecieČ dobrze – mówiÙ PaweÙ. – Sabina, sÙuchaj. WytÙumacz mi to. WytÙumacz jej. SÙuchaj, Sabina, byÙo przecieČ dobrze. – Gdzie ona jest? – W Kazimierzu. – Sk­d wiesz? – DepeszowaÙa do mnie tu, do Warszawy. Zl¿kÙa si¿, Če pomyïl¿… kiedy tak znikn¿Ùa… – ByÙeï tam? PrzyjechaÙ do mnie prosto stamt­d. ZnalazÙ Agat¿ na plaČy daleko od miasta; kawaÙek ïnieČnobiaÙej Ùachy wïród sitowia, wprost po drugiej stronie WisÙy wieČa zamku w Janowcu, za plecami polïniewaj­ca stromizna kamienioÙomów. Agata leČaÙa na brzuchu, gÙow¿ trzymaÙa w zgi¿ciu Ùokcia.

8


– Niepotrzebnie – powiedziaÙa, gdy podszedÙ. PoÙoČyÙ r¿k¿ na jej szyi, gÙaskaÙ jej plecy; gdy to mówiÙ, widziaÙam, Če cierpi; kochaÙ j­. Agata wstaÙa, wci­gn¿Ùa przez gÙow¿ sukni¿, miaÙa oczy wroga – powiedziaÙ PaweÙ; gÙoïno przeÙkn­Ù ïlin¿. – Po coï tu przyjechaÙ? Chc¿ by° sama. – Agata. – Nie. Stali na ci¿Čkim sÙoÚcu, rybitwy krzyczaÙy, nieco w górze po prawej r¿ce PaweÙ miaÙ Kazimierz; kiedyï byli tu razem, moČe rok przedtem, i Agata ïpiewaÙa na plaČy przez caÙy dzieÚ. Ich ïlub wyznaczono na wrzesieÚ, byÙ czerwiec. ZawoÙaÙ: – Dlaczego?! – Kolana mu drČaÙy, przysiadÙ. A ona obok niego i obj¿Ùa go; zacz­Ù caÙowa° jej oczy sÙone i zamkni¿te, i uÙoČyÙ j­ tam na biaÙym gor­cym piasku, a ona zgodziÙa si¿ na wszystko i byÙo dobrze. Ale gdy uniósÙ gÙow¿ znad jej piersi, zobaczyÙ jej oczy otwarte w samo sÙoÚce. Odsun­Ù si¿, ugodzony. PowiedziaÙa: – PaweÙ. PrzecieČ to nie jest miÙoï°. – Agata. – Nie. Nigdy przez ciebie nie cierpiaÙam. Ani ty przeze mnie. Taka jestem ci niepotrzebna. Ani ty mnie. Daj papierosa. Zapalili, wiatr gasiÙ zapaÙki, czarne wÙosy Agaty uderzyÙy PawÙa po twarzy, r¿ce mu si¿ trz¿sÙy. – Kochasz kogoï innego. – Naprawd¿ nie moČesz zrozumie°?! – krzykn¿Ùa. Krzykn¿Ùa rybitwa, w koïciele uderzyÙy dzwony. Agata powiedziaÙa ciszej, nagle zupeÙnie spokojna, obj¿Ùa r¿kami kolana (twarz miaÙa zachwycon­, zachwycon­ – powiedziaÙ PaweÙ): – Chc¿ by° szcz¿ïliwa. Tak j­ zostawiÙ. DoszedÙ do skraju szosy, pod ïcian­ kamienioÙomu stan­Ù, obejrzaÙ si¿ na Ùach¿ i na WisÙ¿. Nie widzieli si¿ wi¿cej. PaweÙ pisaÙ do niej, ale nie odpowiadaÙa; uwaČaÙam, Če powinna odpisa°. – Jesteï za dobrze wychowana – powiedziaÙa zgryĊliwie. – Czy s­dzisz, Če jemu zaleČy na geïcie kurtuazji? Nie mogÙam poj­°, Če moČna by° z kimï tak zupeÙnie – wtedy

9


dowiedziaÙam si¿ od PawÙa, Če oni z sob­ Čyli, byÙ to dla mnie wstrz­s – i nagle odejï°. Dostatecznie Ċle byÙo, Če z nim spaÙa; jeszcze to niedorzeczne zerwanie? – Jesteï caÙkowicie amoralna – powiedziaÙam. SzÙyïmy Ujazdowskimi, wymħaÙyïmy spacerowiczów, Agata zatrzymaÙa si¿ z nagÙymi Ùzami w oczach, jak to ona. – Spanie z kimï bywa tak samo niemoralne w maÙČeÚstwie jak poza nim – powiedziaÙa. – Zrozum. Tak samo; jeïli nie dzieje si¿ nic wi¿cej. WolaÙabyï, Čebym spaÙa z nim do koÚca Čycia? Tak ot? Jakbym jadÙa chleb z masÙem? Ludzie si¿ ogl­dali, jakaï pani sykn¿Ùa. ZÙapaÙam Agat¿ za r¿k¿, poci­gn¿Ùam siÙ­ do parku, usiadÙyïmy na Ùawce. – Ale przecieČ mówiÙaï, Če si¿ nic mi¿dzy wami nie zmieniÙo. A jednak nagle zerwaÙaï. NarysowaÙa na piasku wielki iks, patyk trzasn­Ù jej w palcach. – Sabina, chociaČ ty spróbuj zrozumie°. PrzecieČ to proste. To, Če si¿ nic nie zmieniÙo mi¿dzy nami, to wÙaïnie byÙ powód. PopeÙniÙam dwa bÙ¿dy: pierwszy, kiedy myïlaÙam, Če to miÙoï°. Drugi, kiedy si¿ zgodziÙam na maÙČeÚstwo. A przez ten caÙy czas nic si¿ nie zmieniÙo – we mnie nic. To przecieČ znaczy, Če byÙam pusta – pusta w ïrodku, rozumiesz? ByÙo mi przyjemnie. Przyjemnie! – parskn¿Ùa. GoÙ­b goniÙ wróbla u naszych stóp, odp¿dziÙa goÙ¿bia, ale wróbel odfrun­Ù. – I caÙe te dwa lata, i wszystko to na nic? – zapytaÙam smutno. Krzykn¿Ùa z gniewem: – Jak to na nic! To, Če si¿ nauczyÙam… czym miÙoï° nie jest – to nic?

3 Wszystko pami¿tam, Borys, ja pami¿tam wszystko, ja jestem jak antypowieï°; wiesz: czas przeszÙy, zaprzeszÙy, przyszÙy, rzeczy potrzebne i niepotrzebne, wszystko pomieszane,

10


ale wszystko jest. Naciskasz jeden klawisz, a odzywa si¿ dwadzieïcia. Dawniej myïlaÙam, Če to kalectwo, kl¿ska, Če przez t¿ zdolnoï° pami¿tania wszystkiego – waČnego i potrzebnego z niewaČnym i niepotrzebnym – jestem jak ïmietnik, na którym znajduj­ si¿ rzeczy podarte, zniszczone, na nic nieprzydatne, na którym nic zdrowego nie moČe si¿ urodzi° ani nawet zachowa°. Dopiero ona mnie nauczyÙa od tego wÙaïnie oczekiwa° najwi¿cej. To ona mówiÙa, Če ludzie przegrywaj­ najcz¿ïciej przez strach przed pami¿taniem. Starzejemy si¿ nie przez to, mówiÙa, Če coraz wi¿cej jest w nas wspomnieÚ, twarzy, zdarzeÚ, zakoÚczonych spraw, tylko przez oddalanie si¿ od nich, przez przyzwalanie na rosn­cy w nas dystans odlegÙoïci. MusiaÙa to mówi° i tobie, bo zÙoïciÙa si¿ w swoim dzienniku na twój szacunek dla dystansu wobec minionego, na ten powszechny pogl­d, wedÙug którego pami¿° ma by° podobna do segregatora, do buchaltera pilnie sumuj­cego dochód i rozchód, do buchaltera, dla którego waČna jest tylko cyfra ostatnia, suma. „MoČe to i jest m­droï° – napisaÙa – ale nie dla czÙowieka, nie tu na ziemi” – napisaÙa. Najpierw myïlaÙam, Če chodzi jej o niemoČliwoï° zamkni¿cia czÙowieka, wszystkiego, co jest czÙowiekiem, w jak­kolwiek sum¿, jeden wynik, ale nie. Bo tam byÙo jeszcze takie zdanie: „Nic, co zostaÙo czÙowiekowi dane, nie zostaÙo dane na darmo; nic, co uczyni, nie zostanie mu zapomniane. Bóg, jeïli istnieje naprawd¿, musi by° Pami¿ci­ DoskonaÙ­”. Jej Bóg byÙ czymï jeszcze bardziej niepoj¿tym niČ Ten znany powszechnie; draČniÙ mnie ten Bóg do wïciekÙoïci, ale poczekaj, teraz chc¿ o czym innym, nie mog¿ zaczyna° od najbardziej niezrozumiaÙego. No wi¿c to ona wÙaïnie nauczyÙa mnie od tego „ïmietnika” oczekiwa° najwi¿cej. Zreszt­ ona teČ wszystko pami¿taÙa, ona teČ tak samo szczegóÙowo patrzyÙa na ïwiat, na Ù­k¿, na ludzi w tramwaju, wszystko to skÙadaÙa, zbieraÙa, gromadziÙa jak borsuk – tylko Če potraÞÙa o tym opowiada°, a ja nie. Z ni­ tak, z ni­ ja takČe umiaÙam. Kiedy bywaÙyïmy tylko we dwie, zapadaÙyïmy w t¿ mieszanin¿ wszelkich czasów i waČnego z niewaČnym

11


jak w ïwiatÙo. Bo potraÞÙa mnie przekona°, Če to wÙaïnie jest ïwiatÙo, z którego pÙynie rozeznanie. Jeïli dziï nie st­d, nie z tej pami¿ci, z tej próby odtworzenia minionego ono przyjdzie, to juČ nie przyjdzie znik­d.

4 Od mojej rozmowy z ni­ po zerwaniu z PawÙem upÙyn¿Ùy wszystkie te lata i pewnego dnia powiedziaÙa mi, Če jest szcz¿ïliwa. Zapal, Borys, czekaj – daj i mnie. Tego najbardziej nie rozumiem; ty wiesz o tym wi¿cej ode mnie: ona wi¿c byÙa z tob­ szcz¿ïliwa. A moČe nie z tob­, tylko z miÙoïci­ do ciebie, ja nie wiem. Ale szcz¿ïliwa byÙa. WidziaÙam j­. Wiem. Ale nie wiem, jak to by° mogÙo. Gdyby ČyÙa Čyciem zakonnym, ïwi­tobliwa panna klasztoru, rozumiaÙabym, co to jest. To jednak, w czym ČyÙa, nic wspólnego nie miaÙo z Čyciem zakonnym. Czy wiesz, jak­ sukni¿ miaÙa na sobie wtedy, gdy ciebie poznaÙa? Widzisz, a ja wiem, i wiem teČ, Če nic w tobie nie dostrzegÙa wówczas, Čadnego znaku, Čadnej zapowiedzi, cieszyÙa si¿ z zabawy i kpiÙa ze mnie. Wyst¿powaÙam na tym „balu” po raz pierwszy w roli szcz¿ïliwej maÙČonki. Przyszliïmy w trójk¿, z ni­ i Józefem, ona byÙa jak zwykle bez partnera i to, jak zwykle, nie mogÙo si¿ podoba° kobietom. Na owej uroczystoïci wszyscy pracownicy otoczeni byli rodzinami, nudna zabawa wïród starych znajomych, ich Čon i kuzynów, ale Agata bawiÙa si¿ doskonale. Ani Józef, ani ja nie taÚczymy, ona za to szalaÙa. Nic si¿ nie staÙo tego dnia. Nie odebraÙa Čadnego znaku, Čadnej zapowiedzi, patrzyÙam na ni­ cz¿sto i wiem, Če nie taÚczyÙa z tob­ wi¿cej niČ z innymi. Nie zapami¿taÙabym ciebie z tego wieczoru, gdyby nie Teresa. Bo to ona wiedziaÙa pierwsza. ChodziÙam zawsze na niskich obcasach, wydawaÙo mi si¿, Če nie dla mnie wszystkie te strojne, wysokie szpilki, a poza tym od dzieciÚstwa weszÙam w sportowe suknie. To znaczy, ja uwaČa-

12


Ùam, Če s­ sportowe i stworzone wprost dla mnie, dopiero Agata orzekÙa, Če to nie s­ suknie w ogóle. To ona skutecznie zohydziÙa mi te moje worki i nieïmiertelne koÙnierze pod szyj¿, ale na szpilki nie zdecydowaÙam si¿ pr¿dko. Za to lubiÙam na nie patrze°, byÙa to nami¿tnoï°, któr­ ukrywaÙam z najwyČszym trudem. UpadÙy mi zapaÙki, Józef siedziaÙ za daleko, Čeby si¿ po nie schyli°, pochyliÙam si¿ ja aČ pod stoj­ce za Þlarem krzesÙo, i zobaczyÙam czyjeï szpilki. ByÙy czarne, w­skie, ostro zakoÚczone i gÙ¿boko wyci¿te, a cienkie obcasy nie miaÙy wi¿cej niČ trzy centymetry wysokoïci, takie, jakie dopiero potem zacz¿to do Polski sprowadza°, a jeszcze potem w ogóle w Polsce produkowa°. PomyïlaÙam z zazdroïci­: „ciuchowe” – i przyjrzaÙam si¿ ich wÙaïcicielce. Kobieta siedziaÙa w trzech czwartych zwrócona w moj­ stron¿, nie znaÙam jej. Ciemna suknia nie ukrywaÙa w­tÙoïci jej kolan i piersi, w­skie r¿ce leČaÙy na niej jak wyci¿te z kartonu. Nie zatrzymaÙabym na niej uwagi; jej twarz nie byÙa ani Ùadna, ani brzydka, nie bardzo mÙoda i chyba chorowita, i nie wiedziaÙam, dlaczego patrz¿ na t¿ twarz, dlaczego jej si¿ dziwi¿, aČ zobaczyÙam, Če ustawienie jej gÙowy na szyi nie jest zgodne z ustawieniem caÙego ciaÙa, a szyja tej kobiety jest nienaturalnie napi¿ta, z wysiÙkiem przegina si¿ w stron¿, od której odwróciÙo si¿ caÙe ciaÙo. To wÙaïnie zauwaČyÙam, a potem jej wzrok: ostre, suche, niech¿tne oczy, umykaj­ce z uporem ku czemuï, co znajdowaÙo si¿ prawie poza polem widzenia wyznaczonym przez kierunek, w którym tak niewygodnie zwracaÙa twarz. WidziaÙam, jak przytrzymuje na wargach uïmiech, uprzejmy, peÙen asekuracji; wygl­daÙo to, jakby przezwyci¿ČaÙa wielk­ trudnoï°, uïmiech zanikaÙ, odpÙywaÙ, przywoÙywaÙa go z powrotem, umieszczaÙa na w­tÙej pÙaszczyĊnie policzków, u brzegu nieposÙusznych warg. Jej spojrzenie nie naleČaÙo do tej twarzy zwróconej prawie en face w moj­ stron¿, nie naleČaÙo do uïmiechu oÞarowywanego tak uporczywie bezimiennemu gwarowi roztaÚczonego parkietu; szÙo za czymï ruchomym, za czym musiaÙo si¿ z wolna przesuwa°, wci­Č tak samo napi¿te i surowe: twardy, lïni­cy wzrok spod peÙnego znuČenia czoÙa. PoszÙam za tym wzrokiem.

13


ByÙa to Agata w biaÙej sukni, obnaČone ramiona i plecy, rytm od szyi do nóg. Znów Agata i znów to samo: napi¿cie m¿Čczyzn i napi¿cie kobiet; poczuÙam litoï° dla tej kobiety, jeszcze jednej, która nie mogÙa ufa° ani Agacie, ani swojemu m¿ČczyĊnie. Agata taÚczyÙa rocka, taÚczyÙa z Sewerem – etatowym podrywaczem naszej pracowni – w samych prawie drzwiach, zasÙaniaÙeï mi j­, stoj­c tyÙem do mnie, patrzyÙeï na nich, obracaÙeï w ïlad za nimi kark. WidziaÙam jednak jej czarn­ gÙow¿ i biodra, byÙo tak samo jak wówczas, kiedy zobaczyÙam j­ po raz pierwszy na studenckim wieczorku. KoÚczyÙam wtedy studia, ona zaczynaÙa, i kiedy j­ po raz pierwszy zobaczyÙam, taÚczyÙa. PomyïlaÙam, Če nigdy jej nie polubi¿, rozdraČniÙa mnie natychmiast agresywnoï° jej wygl­du i poruszania si¿, nami¿tnoï°, z jak­ poddawaÙa si¿ ramionom partnera, caÙy jej sposób zamieszkiwania przestrzeni. Zreszt­ i potem, gdyïmy juČ byÙy blisko, pozostaÙam przy zdaniu, Če nawet gdy nic nie mówi, nic nie robi, kiedy jest smutna, sama, w towarzystwie staruszki albo moim, albo psa – zawsze zachowuje si¿ wyzywaj­co, zawsze jest jakaï „znacz­ca”, agresywna, i nie moČna przesta° na ni­ zwaČa°, zapomnie°, Če jest, a nawet trzeba j­ nieustannie ïledzi°, notowa° te wszystkie póÙporuszenia i póÙgesty, pÙynne, niepotrzebne, draČni­ce. Wtedy tak wÙaïnie taÚczyÙa w caÙej sobie ruchliwa, niby nie, ale jednak tak, Sewer okr¿caÙ j­ dokoÙa ramienia. TrwaÙeï w progu tuČ przed nimi, juČ teraz póÙproÞlem do mnie – i widziaÙam kierunek twoich Ċrenic. – Borys! – zawoÙaÙa ta kobieta, mogÙam teraz wiedzie°, kim jest: ile moČe by° takich imion? Uïmiech zsun­Ù jej si¿ z twarzy, nie schwyciÙa go w por¿, uciekÙ poza miejsce, sk­d mogÙaby go jeszcze przywoÙa°. – Borys! – zawoÙaÙa raz jeszcze, ton staÙ si¿ cokolwiek szorstki, twoje plecy drgn¿Ùy, odwróciÙeï si¿ ku kobiecie, staÙa sztywno, nieprzejednanie, jej r¿ka pow¿drowaÙa do obojczyków, na palcu zalïniÙa obr­czka. PodszedÙeï do Teresy, miaÙeï cierpliwy wyraz twarzy, suche, wraČliwe rysy. Teresa powiedziaÙa: – Chc¿ iï° do domu – podniosÙeï brwi, wydaÙeï mi si¿ znuČony i niemÙody, powiedziaÙeï:

14


– Jeïli chcesz. Tak wÙaïnie byÙo. Pami¿tam wszystko i wiem, Če jeïli coï si¿ zdarzyÙo tego wieczoru, to nic nie zdarzyÙo si¿ Agacie. MoČe jedynie mnie; bo to ja wówczas po raz pierwszy zobaczyÙam prawdziwie tragiczn­, prawdziwie Čenuj­c­ mask¿ zazdrosnej kobiety, twarz Teresy.

5 Wi¿c jak to jest, sÙuchaj: czÙowiek budzi si¿ rano w poniedziaÙek, pi­tek; czerwiec albo listopad; ParyČ, Warszawa, Grójec. Budzi si¿ z tym samym nosem, z którym wieczorem zasn­Ù, patrzy w to samo okno znad tej samej poduszki. DzieÚ rozpocz­Ù si¿, wchÙon­Ù ci¿ w swoje ïwiatÙo, ciepÙo, deszcz, ulice, s­dzisz, Če mieszkasz w nim jak w domu, w którym wszystko jest od dawna rozpoznane. Ale ty nie wiesz. Nie dzwoni­ dzwony. Nie ïpiewaj­ syreny. Nie ma na niebie komety. Dopiero kiedyï dowiesz si¿, Če to zacz¿Ùo si¿ dziï. Wieczorem kÙadziesz si¿ spa°, nakr¿casz budzik. Jezus Maryja, sÙuchaj: staÙo si¿ dzisiaj nieszcz¿ïcie, które poznasz, szcz¿ïcie, któregoï nie przywoÙaÙ, naznaczono ci¿, przypiecz¿towaÙ si¿ twój los. A ty kÙadziesz si¿ spa°. Dopiero po latach wspomnienie tego dnia rzuci ci¿ na kolana. Zaczniesz dzieli° czas przeszÙy na „przedtem” i „potem”. Daj papierosa, Borys, dziï b¿d¿ paliÙa, cho° nawet Agata nie nauczyÙa mnie pali° naÙogowo; nie mam nami¿tnoïci. Powinnam moČe powiedzie°: nie miaÙam. Pierwsze nami¿tne uczucie, jakie w sobie stwierdziÙam, to pragnienie, które mam teraz: wejïcia w gÙ­b… Och, to, co powiedziaÙam o „naznaczeniu”, o „przypiecz¿towaniu”, nie znaczy, Če jestem fatalistk­. Nigdy ni­ nie byÙam; rozprawia° o kismecie to dla katolika tyle, co mie° w swoim pokoju wïród innych bibelotów takČe meksykaÚskiego boga deszczu, prawda? CzÙowiek jest wolny, naturalnie, czÙowiek

15


sam konstruuje swój los, to zostaÙo mu dane. Ale czy sÙowo „wolny” oznacza cokolwiek, zanim nie dopeÙnimy go innym sÙowem, okreïlonym kontekstem? „Wolnoï°” – i koniec; taka wolnoï° nie istnieje, musi to by° przecie wolnoï° od czegoï albo wolnoï° „dla” lub „do”. I, widzisz, nie jesteïmy wolni od niczego; nigdy, nigdzie. Ci, którzy wierz­, nie s­ wolni od Boga, a wi¿c od wszystkich nakazów, zakazów, norm, poczucia grzechu, poczucia odpowiedzialnoïci, od troski o zbawienie. Ci, którzy nie wierz­, nie s­ wolni od – cho°by samych siebie; to i tak duČo, jeïli s­ ludĊmi myïl­cymi. W koÚcu wi¿c jedyna nasza wolnoï° – zreszt­ przeraĊliwie ogromna, czasem straszniejsza niČ najstraszniejsze niewolnictwo – to wolnoï° ograniczona przyimkiem „do”. Jesteïmy wolni do wyboru, do wybierania. W sytuacji wyboru wolno nam wszystko; w tym znaczeniu sami wybieramy nasz los; w tym znaczeniu wybieramy go nawet wtedy, kiedy pozostajemy bierni. Ale posÙuchaj: gdy nadchodzi, gdy si¿ w Čyciu czÙowieka konstruuje nowa sytuacja caÙkowicie nowych koniecznoïci wyboru, okazuje si¿, Če nie teraz dopiero, tylko wczoraj, rok albo dziesi¿° lat temu spotkaÙo go coï, a moČe coï uczyniÙ, a moČe jemu samemu coï takiego uczyniono, co nosiÙo w sobie embrion tego dziï, tej chwili, w której wybiera° musi mi¿dzy sprawami, jakie o nim przes­dz­. Przed tym wyborem stoi wolny i samotny, on jeden nie do zast­pienia przez nikogo i nic: jednoosobowa konferencja na szczycie. Z tego szczytu, kiedy spojrzy w dóÙ, w którejï z dolin, na jednej ze ïcieČek swego Čycia, zobaczy tamten znak, tajemne ziarno, z którego rozwin¿Ùo si¿ dziï. Po tym jubileuszowym balu naznaczon­ i nieïwiadom­ naznaczenia Agat¿ odwiózÙ do domu Sewer, paliÙ si¿ do niej. MiaÙam o to pretensj¿. Sewer jest Čonaty (przyszedÙ wtedy bez Čony). – Czy mu coï zrobi¿? – spytaÙa ze zdumieniem. – Wiesz, Če prawie nigdy nie pozwalam si¿ odprowadza°. Ale mieszkamy, okazuje si¿, w tej samej dzielnicy i jest trzecia w nocy. Jej doskonaÙy egocentryzm, jak pÙaszcz nieprzemakalny. W taksówce, oczywiïcie, daÙa mu odpraw¿, dowiedziaÙam si¿ nast¿pnego dnia. PotraÞÙa to robi° doskonale, ale najwi¿kszy

16


sprzeciw budziÙa we mnie w takich razach ïwiadomoï°, Če „do niczego nie doszÙo” wyÙ­cznie z powodu braku jej zainteresowania, nie z zasady. BaÙam si¿ o ni­. Po historii z PawÙem peÙna byÙam niepokoju, Če si¿ nie utrzyma na powierzchni. Jej samotnoï°, temperament i wiecznie Ùasz­cy si¿ do niej m¿ČczyĊni – sam wiesz. Tyï jej teČ nigdy zanadto nie dowierzaÙ, wiem to z jej pami¿tnika. Tego dnia baÙam si¿ o Sewera, z nim najwi¿cej taÚczyÙa. CóČ, ja przecieČ teČ nie odebraÙam znaku. Przez nast¿pne trzy lata równieČ byÙam ïlepa. glepa i gÙupia. Nast¿pnego dnia wszyscy przyszli do pracy niewyspani, oci¿Čali, Sewer miaÙ kaca. Ale nikt z was nie zapomniaÙ o jej istnieniu. OdpowiedziaÙam na dziesi­tki pytaÚ: tak, znamy si¿ dawno, koÚczy studia; na imi¿ jej Agata, narzeczonego nie ma. Mieszka sama (o, cholera! – obudziÙ si¿ Teodor), matka zostaÙa w Gdyni. Nigdzie jej nie chowaÙam przez ten czas (pracowaÙam z wami juČ póÙ roku), zdawaÙa egzaminy, wi¿c nie miaÙa czasu, chorowaÙa matka, wi¿c ci­gle jeĊdziÙa do domu. Sewer powiedziaÙ: – gwietna babka. CaÙy czas nic nie mówiÙeï, pracowaÙeï wïciekle jak zazwyczaj, nagle si¿gn­Ùeï po papierosa i powiedziaÙeï z ironi­ ponad potrzeb¿: – CóČ to, w Gdyni nie ma wyČszej uczelni? WypuïciÙa si¿ córeczka do stolicy na podboje. Przy mamusi pewnie za maÙo swobody? LubiÙam ci¿ najbardziej z tamtych, przede wszystkim za to, Če nie byÙeï nigdy ordynarny i nigdy si¿ nie oblizywaÙeï, gdy zjawiÙa si¿ w naszym pokoju mÙoda i Ùadna interesantka. Byliïmy troch¿ zaprzyjaĊnieni, Ù­czyÙa nas ambicja wykonywania dobrze naszej pracy. Wszystkie komentarze tamtych zniosÙam cierpliwie, do wszystkiego moČna si¿ przyzwyczai°. RozgniewaÙeï mnie dopiero ty. – Pohamuj si¿ w swoich ocenach: to jest czÙowiek, a nie kociak; chciaÙbyï by° tak utalentowany jak ona. I powiedziaÙam ci, Če Agata ma za sob­ debiut poetycki, który uznano za interesuj­cy. Sk­d mogÙam wiedzie°, Če weszÙam w ten sposób w rol¿,

17


jak­ przeznaczyÙ mi dzieÚ, który min­Ù wczoraj? Tak zaczynaÙ si¿ akt pierwszy; kilkanaïcie godzin temu podniesiono kurtyn¿. – Wi¿cej dziï poetów niČ szewców – powiedziaÙeï. Wtedy wywróciÙam do góry nogami szußady biurka, na dnie którejï z nich leČaÙ Graal Agaty. „Graal i nic zamiast niego” – napisaÙa dla mnie patetycznie na karcie tytuÙowej, rozrzucone, gwaÙtowne pismo, zbyt mocno przyciïni¿ta stalówka zadrapaÙa papier w sÙowie „Agata”. – MoČesz to przetrzyma° par¿ dni – powiedziaÙam. Pami¿tam, Če t¿ walk¿ o Agat¿ toczyÙam wówczas podwójnie. Dwa tygodnie przedtem wyszÙam za m­Č i zjawiÙam si¿ na tym balu z Józefem po dwutygodniowej nieobecnoïci w pracy. Ale na ten temat, na temat Józefa, którego po raz pierwszy zobaczyli, nikt nie powiedziaÙ ani sÙowa. Powinnam si¿ przyzwyczai° do swego Čycia w jej cieniu. Ale to nie zawsze moČliwe. To ta podwójna irytacja sprawiÙa, Če rzuciÙam ci tomik na biurko. ZwalczaÙam i w sobie cieÚ niech¿ci do jej istnienia. Jej wierszy zreszt­ nigdy nie przetÙumaczyÙam sobie na wÙasny j¿zyk. Nie to, Čeby byÙy trudne, ty wiesz. To, co stanowiÙo ich powierzchni¿, byÙo do odczytania bez dziur, wydawaÙoby si¿, bez cierpliwszej wspóÙpracy czytelnika. Ale gdzieï w jakimï sÙowie, niebacznie potr­conym, natraÞaÙeï na tajemn­ klamk¿, ukryty w winoroïlach guzik: otwieraÙo si¿ wejïcie. Tym wejïciem nie chciaÙam wchodzi°. Kryjówka, do której mnie prowadzono, zawieraÙa wszystko, czemu byÙam przeciwna, do czego nie przywykÙam. ChciaÙam zawsze spokoju, Ùadu: tam dotykaÙo si¿ nadziei takiej, jak­ moČna mie° tylko w rozpaczy. I to okropne nieprzejednanie Agaty. Opór stawiany oczywistoïciom. Graal i nic zamiast Graala; daj papierosa. ByÙam tak ïlepa i gÙupia, Če zapomniaÙam o tym incydencie. MiaÙam wÙasny dom, wÙasne Čycie. Agata wyjechaÙa do matki na dwa tygodnie, w lipcu miaÙa wróci° na egzamin, w fotelu, w którym siedzisz, Józef czytaÙ gazet¿; na niedziel¿ piekÙam ciasto. Oboje weszliïmy w maÙČeÚstwo jak w wygodne buty. Nigdy nie umiaÙam robi° kilku rzeczy naraz. Praca i dom to wystarczaj­ce zaj¿cie.

18


A przecieČ któregoï z dni nast¿pnych zapytaÙeï, nie podnosz­c gÙowy, z jakim ïrodowiskiem warszawskiej cyganerii zwi­zana jest Agata. – Z Čadnym – powiedziaÙam równie jak ty mimochodem, byÙam zaj¿ta, przyszedÙ interesant, rozmowa prawie niezacz¿ta nie miaÙa teČ dalszego ci­gu. A w kilka dni póĊniej sÙyszaÙeï przez radio jej sÙuchowisko. SpytaÙam: – Pewnie o miÙoïci? – Kiwn­Ùeï gÙow­: – Nie podobaÙo si¿ mojej Čonie. Teresa, przypomniaÙam sobie jej twarz. WyobraČam sobie doskonale, z jak­ pasj­ w sercu musiaÙa siedzie° obok radia, z którego szedÙ do niej i do ciebie gÙos Agaty, cho° to nie byÙ jej gÙos; autorka – powiedziaÙeï bezosobistym tonem – wzi¿Ùa w tym sÙuchowisku stron¿ „tej trzeciej”. Uïmiechn¿Ùam si¿. – No tak, jeden z koników Agaty. Twierdzi zawsze, Če w Čyciu i literaturze z obowi­zku i urz¿du monopol na szacunek, wspóÙczucie i sÙusznoï° maj­ maÙČonkowie zdradzani. OdgraČa si¿, Če napisze kiedyï wielki epos o „miÙoïci na lewo”. „I to wÙaïnie b¿dzie miÙoï° na prawo” – zapowiada. – Teresa mówi, Če kierunek sympatii tej pani zmieni si¿, kiedy sama b¿dzie Čon­. – Tak powiedziaÙeï: Teresa mówi. Przez caÙy czas nie byÙo w tym twego wÙasnego zdania. – Ona nie chce by° niczyj­ Čon­. Nikt w to nie wierzy, ale tak jest naprawd¿. – To niemoČliwe. Niem­dre. – Ja teČ uwaČam, Če niem­dre. Ale moČliwe. ZadzwoniÙ Józef, poprosiÙam go, Čeby kupiÙ chleb, u nas miaÙa by° tego dnia konferencja. Gdy rozmawiaÙam z Józefem, poÙoČyÙeï przede mn­ tomik Agaty. Wtedy przyszÙa Teresa. Józefowi teČ wypadÙo coï po poÙudniu, nie wiadomo, kto z nas miaÙ kupi° chleb, rozmowa przeci­gn¿Ùa si¿, podzi¿kowaÙeï Čonie za jak­ï wiadomoï°. Graal, czarno-niebieski, leČaÙ na kraw¿dzi naszych biurek. Teresa wzi¿Ùa go do r¿ki. Wiotkoï° skóry w okolicach jej oczu zdradzaÙa znuČenie. A jednak kiedyï musiaÙa by° przystojna, nie tak dawno. Od ilu lat chorowaÙa, juČ wtedy, od szeïciu? A zatem od okoÙo dziesi¿ciu byliïcie maÙČeÚ-

19


stwem, rozchorowaÙa si¿ podobno po bliĊniakach. Ale jej maÙČeÚstwo wydawaÙo si¿ starsze niČ twoje. PoÙoČyÙam sÙuchawk¿ na wideÙki, podaÙyïmy sobie r¿ce; „moja Čona” – powiedziaÙeï. W uïcisku kostek jej dÙoni odczuÙam niech¿°. Jeszcze nie domyïlaÙam si¿, dlaczego. – A wi¿c to pani przyjacióÙk­ jest ta obiecuj­ca literatka – uïmiechn¿Ùa si¿ Teresa z tomikiem w r¿ku. Obydwa sÙowa byÙy dobrze skomponowane, przymiotnik „obiecuj­ca” obdarzony zostaÙ lekkim naciskiem, mi¿dzy nim a doï° niepowaČnie brzmi­cym okreïleniem „literatka” rozpostarto jak gdyby od niechcenia dwuznaczn­ przestrzeÚ dÙuČsz­ od tire, krótsz­ od pauzy. PoczuÙam litoï° i coï w rodzaju lojalnoïci. ByÙyïmy jednak po tej samej stronie barykady, tylko Če Józef baÙ si¿ Agaty jak kotów. We mnie zaï nie byÙo materiaÙu na Mede¿. – WÙaïnie rozmawialiïmy o niej z m¿Čem pani – powiedziaÙam. – Przez trzy wieczory nie rozstawaÙ si¿ z t­ ksi­Čk­ – potrz­sn¿Ùa Graalem Teresa. RozpoznaÙam jej uïmiech z zabawy. – Nie mogÙam go uprosi°, Čeby zgasiÙ lamp¿. Mog¿ to sobie wyobrazi°: lampa przy biurku, Teresa na tapczanie wpatruj­ca si¿ w twoje plecy, bliĊniaki w drugim pokoju, z kuchni twoja matka mówi „dobranoc”. Ale noc nie jest dobra, Teresa zna juČ tomik, jego agresywnoï°, wiersz WoÙanie o miÙoï°. „Odrzuc¿ z ciebie kamieÚ, uczyni¿ róČ­ wieczn­”. – IdĊ juČ spa° – mówi Teresa jak wszystkie Čony na ïwiecie. – Zd­Čysz si¿ tego nauczy° na pami¿°, jak wyjad¿ do sanatorium. – Twoje plecy nie poruszaj­ si¿, szelestu stron prawie nie sÙycha°; dÙugo, po par¿ razy czytasz kaČdy wiersz; i gdy czytasz, tu i ówdzie twoja ÙódĊ ukazuje poÙatane burty. „W nas jest nasze ocalenie przed nami”. – Nakr¿° budzik – mówi Teresa, twoja Čona. Co wieczór nakr¿casz budzik. Jak Józef; jak m¿Čowie na caÙym ïwiecie. Nakr¿casz budzik. Ale wracasz do biurka. „RóČ­ wieczn­”. Plecami dotykasz milcz­cej niech¿ci Teresy.

20


6 Tomik widziano na twoim biurku przez trzy dni, oddaÙeï mi go po szeïciu czy siedmiu. ByÙ to zarazem szósty czy siódmy z kolei dzieÚ od tamtego, w którym, nic o tym nie wiedz­c, Agata zostaÙa naznaczona. Tymczasem jednak siedziaÙa w Gdyni, podobno kuÙa do egzaminu, ale czerwiec byÙ niby szczyt lata i dostaÙam od niej poczt­ zdj¿cie z plaČy podpisane: „…yj¿ i caÙuj¿, destylowana wodo”. Masz, zobacz: oto Agata, promienna i pewna siebie, nieskaČona wiedz­ o twojej rozpocz¿tej juČ ku niej w¿drówce; o swojej w¿drówce do tej godziny, w której wszystko stanie si¿ przebyte i wiadome, Agata obiecuj­ca róČ¿ wieczn­. Ten mÙody czÙowiek za ni­ to jakiï jej nadmorski podbój – przyjeČdČaÙ tu póĊniej wiele razy, dzwoniÙ do niej, nagabywaÙ j­; strasznie byÙa nim wreszcie znudzona. Ta pani obok to jej matka; znaÙeï j­? Szkoda, Če nie. Trzeba byÙo j­ zna°, matk¿ Agaty, aby Agat¿ tym wyraĊniej zobaczy°. Jej zalety i wady stawaÙy si¿ jaskrawe, bardziej czytelne i bardziej zrozumiaÙe: znaÙam j­ trzy lata, gdy zobaczyÙam jej dom i j­ na jego tle – szkic Agaty nabraÙ wówczas w moich oczach cech portretu. Nie odziedziczyÙa po matce ani owej uroczej Ùagodnoïci i ïciszenia, ani Ùatwoïci usuwania si¿ w cieÚ, ani delikatnej nieïmiaÙoïci i peÙnej wdzi¿ku pogody, która si¿ bierze z m­drego dystansu i wewn¿trznego porz­dku. Od pani ZoÞi, jej sposobu bycia, uïmiechu, szÙa ku tobie serdecznoï°, koÙo niej byÙo ciepÙo, rozumiesz? Obok Agaty temperatura byÙa zawsze za wysoka, ona si¿ wydawaÙa wiecznie spr¿Čona do skoku, do opowiedzenia si¿ za albo przeciw; zachwycona czymï, oburzona, poruszona do gÙ¿bi, ïmiertelnie nudziÙa si¿ dopiero wszelkimi „letnimi” ukÙadami rzeczy. Ale to mogÙo jej si¿ zdarza° tylko rzadko, bo tyle czynnoïci, obserwacji, wewn¿trznych przygód

21


potraÞÙa zmieïci° w krótkim czasie, Če na t¿ nud¿ ïmierteln­ pozostawaÙo go bardzo niewiele. Tych podróČy od emocji do emocji dostarczaÙo jej niemal wszystko, zawsze si¿ tym zdumiewaÙam. MogÙa teČ równie dobrze wymyïli° sobie sama jak­ï tortur¿ nie do opisania, wiesz o tym najlepiej. Wypowiedziane nagle sÙowo albo przebiegaj­ca myïl, jakiï widok, odebrane wraČenie – odwalaÙy w niej nagle jakby gÙaz z rozwieraj­cej si¿ czeluïci, zaczynaÙa obÙ¿dnie na przykÙad cierpie° od wizji ciebie chorego, do którego nie ma dost¿pu, oddalona o istnienie Teresy pochylonej nad tob­, peÙnej wÙadzy i prawa do niesienia ci pomocy. Kiedyï wyobraziÙa sobie, Če umrzesz, zanim ona umrze; powiedziaÙa to przy mnie i zamilkÙa. UsypiaÙam Marka i nawet nie zareagowaÙam na jej sÙowa i na jej milczenie. Kiedy spojrzaÙam na ni­, siedziaÙa ze zbielaÙymi kostkami palców wbitych w por¿cz krzesÙa, powieki ciasno zamykaÙy jej oczy. Podïwiadomoï° zwróciÙa mi dopiero wtedy caÙe zdanie, które przed chwil­ powiedziaÙa; wykrzykn¿Ùam: – Agata, nie b­dĊ gÙupia! Ale nie otworzyÙa oczu, wi¿c pogÙadziÙam j­ po twarzy. PóĊniej, gdy si¿ opanowaÙa, rozmawiaÙyïmy o stu oboj¿tnych rzeczach. Wszystko jednak byÙo nie tak, zostaÙ zerwany kontakt, coï w niej jak gdyby zmarzÙo, herbata stygÙa przed ni­ na stole, zacz¿Ùa si¿ ubiera°. StaÙa przed lustrem i malowaÙa usta, rzuciÙa szmink¿, oparÙa si¿ o ïcian¿. – Sabina. Niech ja umr¿ sama. Niechby nikogo, kto cho° lubiÙ. Ale niech on nie umiera przede mn­. Poza mn­. Tego nikt nie moČe chcie° ode mnie, Sabina. Tego nie. – Na miÙoï° bosk­, przecieČ on nie myïli umiera°! – zawoÙaÙam. PopatrzyÙa na mnie ze zdziwieniem. – Jak ty nic nie rozumiesz, Sabina. Jak ty nic nie wiesz. – Jesteï zwyczajn­ histeryczk­. – Ja, Sabina, kocham – powiedziaÙa. – Zadr¿czasz si¿, nie kochasz. ZaČyj bromu i idĊ spa°. Poza tym kaČdemu z nas grozi to co tobie.

22


PodeszÙa do drzwi, otworzyÙa je, wyszÙa; z korytarza odwróciÙa si¿ jeszcze, ïwiatÙo latarni zza okna na klatce schodowej wybieliÙo jej twarz jak mask¿. – Ty nie wiesz. Ty myïlisz, Če ja o tym… Če nie mogÙabym Čy° bez niego. A ja nie. Tylko ty nie wiesz, co to znaczy: nie mie° prawa ani do jego Čycia, ani ïmierci. Ja, widzisz, jedno juČ znam. I poszÙa. Dopiero wtedy zrozumiaÙam. ByÙo to w par¿ miesi¿cy po ïmierci jej matki; na pogrzeb nie jeĊdziÙeï, bo nie mógÙbyï tego wytÙumaczy° Teresie. I wyobraziÙam sobie z kolei to, o czym ona musiaÙa pomyïle°: o prawie i bezprawiu, i o ïmierci, która tamtych nie wyrównuje. ZbiegÙam ze schodów za ni­, potkn¿Ùam si¿ o wycieraczk¿ pod drzwiami na pierwszym pi¿trze, na dworze oïlepÙam od deszczu, krzykn¿Ùam: Agata! ObejrzaÙa si¿, zacz¿Ùa biec ku mnie. Obj¿Ùyïmy si¿ mokrymi r¿kami, powiedziaÙam, Če przecieČ, jeïli juČ ïmier°, to nic nie ma znaczenia, ból jest ten sam, z obr­czk­ na palcu czy bez, i nie wiedziaÙam, czy to deszcz obmywa jej twarz, czy Ùzy. – SÙoik – powiedziaÙa. – SÙoik z miodem. On lubi miód, wiesz. Ja nie. I ten napocz¿ty sÙoik z miodem stoi tam u mnie. Stoi na stole. To jest jedyny znak, Če istnieje Borys. Na cmentarzu obok niej nie wolno byÙoby mi pÙaka°. SzÙabym do tego sÙoika jak na prawdziwy grób. – Kochanie, jego znak to miÙoï°. To niewaČne, na co spadaj­ Ùzy. Agata. – MyïlaÙam tak. Przedtem. – Kiedy przedtem? – Zanim umarÙa mama. Tego wspomnienia mogÙam tobie i sobie oszcz¿dzi°. Ostatecznie byÙby to drobiazg prawie bez znaczenia – histeryczny l¿k, wizja, która nigdy si¿ nie speÙni. Ale okazuje si¿, Če nie byÙo to takie bez znaczenia. Masz, przeczytaj: zrobi¿ tymczasem herbaty. To opowiadanie znalazÙam w jej papierach.

23


7 NIEDZIELA – IdĊ juČ, idĊ – powiedziaÙa i uïmiechn¿Ùa si¿. Kiedy odejdziesz, odwrócisz si¿ jeszcze, pomachasz r¿k­, a moja matka zacznie natychmiast znowu umiera°, sÙuchaj; ona umiera znowu, gdy tylko zostaj¿ sama. Kiedy znalazÙam ten list, poÙoČyÙam na stole, patrzyliïmy na siebie. Potem ubraÙam si¿ i pojechaÙam do Grandu. Nie pomyliÙam si¿, w maÙym barze wsparty na obu Ùokciach siedziaÙ MichaÙ. List leČaÙ w moim pokoju, MichaÙ zerwaÙ si¿ ze swego miejsca, ust­piÙ mi niewygodnego stoÙka. Piliïmy koniak, barmanka VioleĴa, pÙowa i rosÙa, przypominaÙa wielk­ kocic¿. Spotykam j­ rano w autobusie, czasem towarzyszy jej mÙody chÙopak; oto i on, przyszedÙ, gdyïmy pili ten koniak. Barmanka VioleĴa powiedziaÙa „hellou”, chÙopak zamamrotaÙ „hallo, mama”, odebraÙ od niej jak­ï ksi­Čk¿, wyszedÙ. PodniosÙam do ust kieliszek. MichaÙ pstrykn­Ù zapalniczk­ w koniuszek mojego papierosa, przyjrzaÙam si¿ uwaČnie barmance i niedorzecznie powiedziaÙam: – Ona jest starsza od mojej matki. – MichaÙ, który byÙ na pogrzebie, popatrzyÙ na mnie, powiedziaÙ: nie pħ wi¿cej. – IdĊ – powiedziaÙa i uïmiechn¿Ùa si¿. Sobotnia histeria juČ ogarn¿Ùa ulice, na przystankach rozpocz¿Ùy si¿ obl¿Čenia, w poszukiwaniu nieosi­galnej taksówki jedni przed drugimi ludzie wyskakiwali na jezdni¿. SzarzaÙo Þoletowo przedwiosennym wieczorem, przewidziana co szeï° dni niedziela traÞaÙa w nieprzygotowane – jak zawsze – miasto, natychmiast peÙne spazmów nierozpoznanej nadziei. W nocy wzi¿Ùam proszek nasenny i zasn¿Ùam nachylona nad ni­ z drewienkiem owini¿tym w mokr­ lignin¿; zasn¿Ùam, zwilČaj­c tym drewienkiem maÙe, miÙe wargi mojej matki: wargi miÙe, maÙe, róČowe, jakby wcale nie umieraÙa, powtarzaÙy upar-

24


cie i rytmicznie drobne sÙowo „mamo”, ale zasn¿Ùam i nie doczekaÙam juČ chwili, gdy nagle zaprzestaÙa tego j¿ku czy szeptu, i tak, uciszywszy siebie i mnie – róČowymi wargami zapytaÙa niegÙoïno, wyraĊnie i rzeczowo: – Dlaczego? – IdĊ – powiedziaÙa i uïmiechn¿Ùa si¿, lubiÙ jej uïmiech. Musisz zostawi° mnie, musisz p¿dzi° na poci­g; a gdzie ja mam pójï°, dok­d uciec od jej umierania, niech umiera beze mnie, ja to juČ widziaÙam, wiem wszystko od pocz­tku do koÚca. Powie znów swoje „mamo”, gÙowa na poduszce zacznie si¿ przekr¿ca° w prawo i lewo, w prawo i lewo jak moja w miÙoïci, str­c¿ ze stolika pisank¿ wielkanocn­ z palemk­ w otworku skorupki. T¿ pisank¿ przywiozÙam jej z Warszawy tydzieÚ przedtem. WeszÙam do separatki, trzymaj­c j­ w r¿ku, a matka zawoÙaÙa: – Ach! – Str­c¿ j­ wi¿c ze stolika, kolorowe skorupki rozsypi­ si¿ z delikatnym chrz¿stem, nie wytrzymam jej oboj¿tnoïci, w przeraČeniu zachrypi¿: mamusiu. Ale teraz nie b¿dzie Čadnego odwoÙania, Čadnego ratunku, ona musi umrze° absolutnie doskonale, bardziej niČ wtedy, kiedy umieraÙa naprawd¿, bo wtedy przecieČ jeszcze mógÙ sta° si¿ cud, a w kaČdym razie moČna byÙo si¿ o to modli° i myïle°, Če nagle zaprzestanie swego umierania, niech tylko zachrypi¿: mamusiu. Teraz nic takiego nie moČe si¿ sta°, jak zreszt­ nie staÙo si¿ wtedy; do koÚca mego Čycia b¿dzie juČ tylko woÙaÙa egoistycznie i nierozs­dnie mamo, mamo, jakby jej wÙasna matka ČyÙa jeszcze, jakbym to nie ja liczyÙa si¿ przede wszystkim w jej Čyciu albo nie ojciec, jej m­Č. Nic si¿ nie stanie i znowu pomyïl¿, Če caÙkiem tak samo ja b¿d¿ mówiÙa, umieraj­c, b¿d¿ j­ wywoÙywaÙa z grobu, jak gdyby wÙaïnie ona mogÙa poradzi° coï na moje umieranie, tak jak dawaÙa mi jeï°, gdy byÙam gÙodna. – JeČeli spóĊnisz si¿ na poci­g… – powiedziaÙa i uïmiechn¿Ùa si¿, lubiÙ jej uïmiech. Ty masz swój poci­g, ja mam ten list na stole. KaČdemu to, co mu przeČy° naleČy. Nie b¿d¿ mogÙa nic zrobi°, Čeby umarÙa szybciej; dziï jeszcze tak, ale jutro nic nie b¿d¿ mogÙa zrobi°: jutro jest niedziela.

25


Jutro b¿dzie niedziela; w niedziel¿ nie moČna popchn­° ani oszuka° czasu, niedzielnego czasu, rozci­gliwego jak guma czasu Marcela Prousta. W niedziel¿ nie jest si¿ starszym ksi¿gowym ani szewcem, nie ma si¿ uïwi¿conego na ziemi miejsca przy biurku ani za lad­ sklepow­, niczego, co zostaÙo do czÙowieka dodane. W niedziel¿ ogl­da si¿ przed lustrem swoj­ wÙasn­, odkryt­ duszyczk¿, swoje maÙe prywatne Čycie. Masz tutaj czyst­ koszul¿, mówi Čona i wkÙada najlepsze buty, chociaČ pada deszcz; obiad b¿dzie si¿ skÙadaÙ z trzech daÚ, i tatusiu, mamusiu, czy pójdziemy do cyrku, a jeČeli chcesz, moja droga, kupi¿ bilety do kina, mówi m­Č. I tak mħa niedziela. Niedziela jest dla starych i zm¿czonych, niedziela jest dla maÙČeÚstw, niedziela jest dla szcz¿ïliwie zakochanych. Samotni sami s­ sobie winni, a niedziela jest kar­ dla winnych. W tym rozlegÙym dniu tyle jest miejsca na miÙoï°, na odpoczynek, na radoï° co na cierpienie, na celebrowanie cierpienia. Nigdy nie kochaÙam ciebie bardziej niČ w niedziel¿. Tylko w niedziel¿ potraÞ¿ ci¿ tak nienawidzi°. PozbawiÙeï mnie nawet ostatniej deski ratunku: ch¿ci podniesienia sÙuchawki telefonu. – No, idĊ – powiedziaÙa – biegnħ. – PoÙoČyÙa r¿k¿ na jego ramieniu, uïmiechy ich spotkaÙy si¿ na wietrze i chÙodzie. CzerwonowÙosa starsza pani spojrzaÙa nieprzyjaĊnie na to spotkanie uïmiechów i zwróconych ku sobie twarzy. – No, idĊ – powiedziaÙa. I powiedziaÙa: – Do poniedziaÙku. Nim przyjdzie poniedziaÙek, wyprawi¿ swoj­ matk¿ na tamten ïwiat, powtórz¿ z pami¿ci kaČdy ruch jej gÙowy w prawo i lewo, w prawo i lewo; i maÙe pi¿° minut, podczas których, potykaj­c si¿, musz¿ zebra° i zwin­° w jej niebieski szlafrok wszystkie te ïmieszne rzeczy: ranne pantoße, odwini¿ty z papierka cukierek, moje listy uÙoČone w szußadzie, oÙówek, torebk¿, lusterko i szmink¿; zachrypi¿ „mamusiu”, a ona mi nie odpowie. Na korytarzu podsÙuchuj­ca wïród nocy chora zapyta nieïmiaÙo: juČ? – juČ, odpowiem. – Do poniedziaÙku – powiedziaÙa, przytrzymuj­c na twarzy

26


uïmiech, i wtedy dotkn­Ù dÙoni­ koÙnierza jej pÙaszcza, starsza pani wzruszyÙa ramionami. – Poczekaj – powiedziaÙ. – Poczekaj. I powiedziaÙ: – Przyjad¿ jutro. ƒle usÙyszaÙam, a moČe mi si¿ przyïniÙo albo ty pomyliÙeï dni. Mylisz si¿ tylko w sprawach drobnych, zapominasz tylko o bÙahych, ale rzeczy drobne i bÙahe czasem przestaj­ by° bÙahe i drobne. – Jutro? – zapytaÙa. Ja ci¿ przecieČ nie pytam, dlaczego tylko ty decydujesz o naszych spotkaniach. Twoje depesze i telefony brzmi­ zawsze: „PrzyjeČdČam dziï”. Wyrzucam bilet do teatru, albo przyjechaÙa ciotka, mówi¿ przyjacioÙom, mówi¿, niestety, musz¿ zaÙatwi° coï bardzo waČnego, przepraszam, mówi¿. Nie pytam takČe, dlaczego nigdy nie przyjeČdČasz w niedziel¿. Co szeï° dni wchodz¿ w ni­ jak do klatki lwa, który odsÙania kÙy. Zwierz¿ w jednym koÚcu, ja w drugim, sÙuchaj: jeïli nie poprosiÙam, Čebyï byÙ ze mn­ w t¿ jutrzejsz­, w t¿ jedyn­ niedziel¿, to dlatego, Če mógÙbyï mi odmówi°. MógÙbyï mi odmówi° delikatnie i ze smutkiem, a w twoim gÙosie odkryÙabym smuČk¿ zdziwienia, które chciaÙbyï zatai°, bo jeden czÙowiek taktem musi naprawia° nietakt drugiego. OdmówiÙbyï wi¿c, a ja powiedziaÙabym „to nic, to nic”, i staÙaby si¿ rzecz nie do naprawienia, maÙa, drobna, bÙaha rzecz nie do naprawienia, bo pomyïlaÙabym wtedy, Če nie wiem, po co jest miÙoï°, jeïli nie po to, by si¿ trzyma° za r¿ce w ciemnoïciach peÙnych przeraČenia. – Jutro? – zapytaÙa maÙym i nikÙym gÙosem. – Jutro? – I dodaÙa sucho: – Jutro jest przecieČ niedziela. – Jutro jest przecieČ niedziela – powiedziaÙa raz jeszcze z nadziej­ w gÙosie, ze strachem w gÙosie, z niepewnoïci­; lew ukryÙ kÙy pod spienion­ warg­. – Wiem – powiedziaÙ z triumfem. WidziaÙa go mi¿dzy rz¿sami: nic nie wiedziaÙ o swoim cudotwórstwie, niczego nieïwiadomy prowadziÙ ku jej r¿kom lwa Ùaskawego jak przyjazny pies. – Wiem – powiedziaÙ. – To jest prezent dla ciebie. I dla mnie – powiedziaÙ. – Czekaj na mnie od pi­tej.

27


I powiedziaÙ: – Odjad¿ dopiero w nocy. Daleko w perspektywie Alej ukazaÙo si¿ pudÙo autobusu, kolejka spi¿trzyÙa si¿ bezÙadnie, wszyscy spojrzeli na siebie ze wzmoČon­ niech¿ci­. Jej wÙosy znalazÙy si¿ na jego piersiach, schwyciÙa go za r¿kaw, poÙoČyÙ jej palce na swojej twarzy. Odpocznħ, powiedziaÙ, czekaj na mnie, odwróciÙa si¿ na stopniach, rozsta° si¿ nie mog­, powiedziaÙ zÙoïliwy gÙos, podniosÙa rami¿, podniósÙ rami¿. SzedÙ wzdÙuČ chodnika, prosz¿ przesuwa° si¿ do przodu – zawoÙaÙ konduktor, a oknem pÙyn¿Ùa juČ caÙkiem inna ulica. JuČ przez to samo, Če przyjdziesz w niedziel¿, moja matka umiera troch¿ mniej. Jutro b¿d¿ ci¿ trzymaÙa za r¿ce, wreszcie podobna do kobiety, która tuČ obok siebie ma kogoï do milczenia i pÙaczu, b¿d¿ jak zwyczajna kobieta, która nad grobem ojca albo matki stoi wsparta o m¿Čczyzn¿ peÙnego strachu o jej ból i przeraČenie, i przez to samo juČ mniej przeraČona i nie tak gÙ¿boko pogr­Čona w ciemnoïciach. Gdy odchodziÙam od ïwieČego usypiska, od kopca wst¿g i kwiatów, wyszedÙeï do mnie na chwil¿ spomi¿dzy obcych, powiedziaÙam dzi¿kuj¿ jak wszystkim innym. Nawet nie wiedziaÙam, Če jesteï, nie dawaÙam ci przecieČ zna°; od kogo si¿ dowiedziaÙeï? Nie zna ciebie nikt z mojej rodziny ani nikt z moich przyjacióÙ; oni stali razem, naprzeciw. WidziaÙam ich twarze, miaÙam czas policzy° ich jak sztuki zÙota po Þnansowym krachu. Przyjechali, poprzyjeČdČali z daleka, stamt­d, sk­d i ja przyjechaÙam na trzydniowy spektakl jej ïmierci. Dla mnie tam stali, zm¿czeni, zzi¿bni¿ci: jedyna kobietasojusznik, m¿ČczyĊni, z którymi pracowaÙam i marzyÙam, a wïród nich jeden, który byÙ ze mn­ przed tob­, i drugi, o którym wielu myïli, Če ze mn­ ïpi. Ale nie oni mogli przeprowadzi° mnie przez ciemnoïci. Za cmentarnym murem gÙoïnik ïpiewaÙ Marina-Marina. StaÙam odarta z miÙoïci bez zasÙug, za nic i za to, Če gdy byÙam maÙ­ dziewczynk­, mówiÙam na wod¿ „joda”. WÙaïnie t¿ miÙoï° chowano i tamt­ maÙ­ dziewczynk¿; mokra ziemia spadaÙa na uczennic¿ z warkoczami pÙacz­c­ w matczyny fartuch nad pierwszym zakochaniem; we wÙaïciwym czasie ziemia przyj-

28


mie w siebie wszystkie kolejne metamorfozy uczennicy – takČe i t¿, któr­ znasz tylko ty. WyszedÙeï z tÙumu obcych, Čeby uïcisn­° mi r¿k¿, powiedziaÙam dzi¿kuj¿, wróciÙeï pomi¿dzy obcych. Z twojej dÙoni nie wzi¿Ùam nic, tego nie moČna zapomnie°, ale jutro ci to zapomn¿, wszystkie winy zostan­ odpuszczone. – Czy pan wysiada? – zapytaÙa, grubas poÙoČyÙ brzuch na oparciu Ùawki, przez to troch¿ miejsca przesun¿Ùa si¿ do wyjïcia, grubas omiótÙ j­ spuchni¿tymi oczyma, cichutko zacukaÙ. Gong byÙ zapchany jak zwykle, nagle caÙa Warszawa zacz¿Ùa pi° herbat¿. Ale znad baru podniosÙa si¿ do niej wesoÙa r¿ka, Krzysztof zeskoczyÙ ze stoÙka, Jan pobiegÙ do szatni z jej pÙaszczem. Cieszyli si¿, Če przyszÙa, uïmiechaÙa si¿ do nich, lubili jej uïmiech, ale dlaczego masz podkr­Čone oczy? – zapytaÙ Jan, musiaÙa dobrze narozrabia° wczoraj – mrukn­Ù Krzysztof, zadajesz si¿ z samymi zboczeÚcami – powiedziaÙ Jan. RozeïmiaÙa si¿. – Krzysztof, czy napisaÙeï coï nowego? – zapytaÙa i Krzysztof rozjaïniÙ si¿ od wewn­trz, jak gdyby jego twarz byÙa kloszem od Lampy Aladyna. SkoÚczyÙ wczoraj olbrzymi­ proz¿ poetyck­, wyïl¿ j­ do „Twórczoïci” – powiedziaÙ nieïmiaÙo i tkliwie. Jan, natychmiast surowy, zaČ­daÙ: przeczytaj. By° poet­ jak Krzysztof, by° krytykiem jak Jan, nosi° w sobie tak­ Lamp¿ Aladyna niezaleČn­ od ludzi ani od dnia w tygodniu. Dobre dni odchodz­, ludzie umieraj­ albo przestaj­ kocha°: zapalana i gaszona poza mn­ moja lampa nie ma nic wspólnego z Aladynem. – ZostawiÙem to w domu – powiedziaÙ Krzysztof cicho i tkliwie; nie przypÙyn­ wi¿c zielone kwiaty ani jaskóÙki wylatuj­ce z wÙosów, nie b¿dzie zanurzenia w jego miÙosnej nostalgii, z daleka od pokoju, w którym niemo i wytrwale czeka list. Od tego listu wszystko moČe si¿ zacz­° znów: „…pisz cz¿ïciej, córeczko…” pozbieram wszystkie jej drobne rzeczy w pusty niebieski szlafrok, wpuszcz­ mnie do kostnicy – nie, o kostnicy nie – – Jutro – powiedziaÙa. – Jutro, Krzysztof. Jasiek, przyjdziemy do niego, chcesz, po poÙudniu nie mog¿, ale przyjdziemy do nie-

29


go, do ciebie, przed poÙudniem, o jedenastej, o dwunastej, kiedy chcecie, o pi­tej musz¿ by° w domu, przynios¿ butelk¿ wina – mówiÙa, spogl­daÙa na nich jasno i gor­co, gor­co i jasno, poÙoČyÙa obie r¿ce na r¿ce Krzysztofa. – Dzi¿kuj¿ – powiedziaÙa w stron¿ kelnerki, herbata parowaÙa; Jan potrz­sn­Ù gÙow­: rano zrobi¿ szkic artykuÙu, wiesz, ten cykl o funkcji krytyki, reszt¿ niedzieli obiecaÙem Baïce. O, powiedziaÙ z Čalem Krzysztof, jutro musz¿ pracowa°, wykoÚcz¿ Anhoe, ona jest podobna do ciebie – powiedziaÙ; czy juČ sÙodziÙaï? By° poet­ jak Krzysztof, albo Baïk­ Jana, mie° prawdziw­ Lamp¿ Aladyna; zreszt­ nie jest tak Ċle, od pi­tej b¿d¿ mogÙa pÙaka° tym nietrudnym pÙaczem, jakim si¿ pÙacze tylko wtedy, kiedy si¿ pÙacze komuï; b¿d¿ kochana, b¿d¿ kochaÙa, b¿d¿ jak Anhoe Krzysztofa. Gdy o pi­tej zadĊwi¿czy dzwonek, potraÞ¿ nawet wzi­° ten list ze stoÙu i schowam go do szafy, pod walizki, pod koce, pod stos ksi­Ček. PowiedziaÙa lekko, z ustami nad kraw¿dzi­ szklanki: – A wi¿c w poniedziaÙek. – I powiedziaÙa: – Jaki to pi¿kny dzieÚ, poniedziaÙek. – OszalaÙaï? – spytaÙ rzeczowo Jan, Krzysztof milczaÙ daleko, Anhoe; odpowiedziaÙa: – Bo najgorzej jest czÙowiekowi w niedziel¿. – Dlaczego? – zapytaÙ Jan; niedziela jest dobra, powiedziaÙ, juČ w sobot¿ jest zupeÙnie inaczej, mog¿ do póĊna spa° – – …mog¿ dokoÚczy° artykuÙ, mog¿ by° dÙugo z Baïk­ – powiedziaÙ Jan. – Tak – powiedziaÙa i uïmiechn¿Ùa si¿. – Niedziela jest dobra. Dla artystów. Albo dla starych i zm¿czonych, albo dla maÙČeÚstw. A juČ cholernie dobra jest niedziela dla szcz¿ïliwie zakochanych. – CzyČbyï byÙa nieszcz¿ïliwie zakochana? – zapytaÙ ironicznie Jan. – Nie uwierz¿. PokÙóciÙaï si¿? – zapytaÙ, a ona strzepn¿Ùa pyÙek z jego swetra, powiedziaÙa: – Teraz stawiam wino. Odprowadzili j­ do autobusu; histerycznymi ulicami sobot-

30


Pestka autorstwa Anki Kowalskiej (fragment książki)