Page 1


Jeff Noon

WURT OKRUCHY Z PAŁACU SNÓW

WYDAWNICTWO MAG WARSZAWA 2013


Tytuł oryginału: Vurt. Fallout from the Dream Palace Copyright © 1993, 2013 by Jeff Noon Copyright for the Polish translation © 1998, 2013 by Wydawnictwo MAG Redakcja: Joanna Figlewska Korekta: Urszula Okrzeja Projekt graficzny serii oraz opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Ilustracja na okładce: Curtis McFee Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń ISBN 978-83-7480-363-2 Wydanie II rozszerzone Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 22 813 47 43 e-mail: kurz@mag.com.pl www.mag.com.pl Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl Druk i oprawa: drukarnia@dd-w.pl


WURT

PRZEŁOŻYŁ JACEK MANICKI


SKITROWCY

Mandy wyszła z całodobowej Wurtciarni, przyciskając kurczowo do piersi torbę z towarem. Nieopodal siedział autentyczny pies, z krwi i kości; z tych, co to się ich już nie widuje. Istny kolekcjonerski okaz. Siedział przywiązany do słupka sygnalizatora ulicznego. Sygnalizator nakazywał: STAĆ. Pod sygnalizatorem kulił się robosmutas. Miał szopę dredów na głowie i trzymał wyświechtaną karteczkę z nabazgranym odręcznie napisem: „głodny i bezdomny. proszę o wsparcie”. Mandy minęła go drobnym, paralitycznym kroczkiem, głowa latała jej na wszystkie strony. Smutas podniósł karteczkę ze swoim błagalnym apelem troszeczkę wyżej, a wychudzony pies zaskamlał. Zobaczyłem przez szybę furgonetki, że Mandy coś do nich mówi; z ruchu jej warg odczytałem: „A odchromolcie się, smutasy. Dajcie żyć”. Coś w tym stylu. Obserwowałem to wszystko w aureoli nocnych świateł. Ostatnio wypuszczaliśmy się w miasto tylko po zmroku. Na pokładzie mieliśmy Stwora, a to było ciężkie przestępstwo; posiadanie żywych narkotyków, pięć lat pierdla niewyjęte. Czekaliśmy w furgonetce na nową dziewczynę. Żuk siedział z przodu, w damskich rękawiczkach naciągniętych na natarte Vazem dłonie. Lubi prowadzić lekko nasmarowany. Ja przycupnąłem z tyłu na osłonie lewego koła. Na osłonie prawego kimała Bridget. Z jej skóry unosiły się pasemka rozrzedzonego dymu. Między nami, na tartanowym dywaniku, wił się i podrygiwał Stwór-z-Kosmosu. Zapaskudził już całą podłogę olejem i woskiem, i taplał się w kałuży własnych wydzielin. 15


Zauważyłem jakieś poruszenie w powietrzu nad parkingiem. O, cholera! Widmoglina! Emitujący się ze ściany sklepu, uaktywniający swoje mechanizmy; mrugające światełka w dymie. I po chwili pomarańczowy rozbłysk; z oczu widmogliny strzeliła infowiązka. Padła na Mandy, zaczęła zasysać wiedzę. Mandy dała nurka pod wiązką i z całych sił załomotała pięścią w drzwi furgonetki. Pies, wystraszony światełkami, zawarczał na gliniarza. Uchyliłem drzwi na szerokość chudej dziewczyny. Mandy wcisnęła się w tę szparę. Pies skoczył gliniarzowi do nogawek i oba jego kły zatrzasnęły się na pustce – nic tylko mgła. Pies zbaraniał! Mandy podała mi torbę. – Masz? – spytałem, wciągając ją do środka. Mandarynkowy rozbłysk na zewnątrz, powódź światła. – Mam trochę Ślicznotek – odburknęła, przekraczając rozwalonego na podłodze Stwora. – A to masz? Mandy nic nie odpowiedziała; tylko na mnie patrzyła. Na zewnątrz coś przeraźliwie zawyło. Zerknąłem przez ramię; biedny pies hajcował się jak pochodnia, widmoglina szedł na nas, przeładowując broń. Skupioną infowiązkę kierował na naszą tablicę rejestracyjną. Numer stanowił zbitkę przypadkowych cyfr. Nie znajdziesz go w swoich bankach. Drzwi Wurtciarni otworzyły się nagle z hukiem i wypadł z nich młody, spietrany mężczyzna. – To Seb – szepnęła Mandy. Za nim ze sklepu wyskoczyli dwaj gliniarze. Wersje z krwi i kości. Ciałogliny. Osaczali Seba, zaganiając go na płot z drucianej siatki, który ciągnął się wzdłuż jednego boku parkingu. Odwróciłem się do Żuka. – To kocioł! – krzyknąłem. – Ruszaj, Żuczek! Wyrywamy stąd! I wyrwaliśmy. Najpierw na wstecznym, od pachołków. – Uważaj! – wydarła się Mandy, wkurzona jak diabli, bo w momencie, kiedy furgonetka ruszała z kopyta w tył, ścięło ją z nóg i wylądowała na Stworze-z-Kosmosu. Ja trzymałem się parcianych uchwytów. Brid, wyrwana brutalnie z drzemki, wytrzeszczała półprzytomne oczy. Stwór oplótł sześcioma mackami Mandy. Dziewczyna wrzeszczała. 16


Furgonetka podskoczyła na krawężniku i wpadła tyłem na trotuar. Przemknęło mi przez myśl, że Żuk chce umknąć wiązkom, i może tak w istocie było, ale my wyczuliśmy tylko przyprawiający o mdłości głuchy chrzęst i rozdzierający skowyt kolekcjonerskiego okazu, któremu tylne lewe koło skracało cierpienia. Ruszyliśmy z piskiem opon do przodu, zostawiając za sobą smutasa zawodzącego nad swoim psem i przeszywającego pięściami cień widmogliny. Zarzuciło nami i zanim Żuk zdołał zapanować nad kierownicą, jeszcze raz przesunęła mi się przed oczyma cała scenka – widmoglina, smutas, rozjechany pies. Mandy szamotała się ze Stworem-z-Kosmosu, klnąc go na czym świat stoi. Widziałem ponad ramieniem Żuka wybiegający nam na spotkanie płot z drucianej siatki. Seb zeskakiwał właśnie na szyny tramwajowe po jego drugiej stronie. Dwaj ciałogliniarze wdrapywali się na płot. Żuk zapalił reflektory, przyszpilając ich snopami długich świateł do drucianej siatki. Z okrzykiem: „Juhuuu!!! Śmierć glinom! Śmierć glinom!” wdepnął gaz do dechy i Skitrowóz pomknął prosto na nich. Gliniarze odpadli od siatki. Aż miło było patrzeć na ich gęby skąpane w blasku reflektorów; ciałogliny srające ze strachu w portki. Teraz oni rzucili się do ucieczki przed szarżującą furgonetką, ale Żuk im odpuścił; w ostatniej chwili, jak stary rajdowiec, skręcił kierownicą. Skitrowóz zawrócił z poślizgiem i pomknął w kierunku bramy. Z klekotem i łomotem przewalających się po podłodze śmieci z tysiąca eskapad weszliśmy w ciasny nawrót, wpadliśmy w Albany, potem wiraż w lewo, i już byliśmy na Wilbraham Road. Mignęła mi jeszcze ściana Wurtciarni, a na jej tle widmoglina nadający w eter komunikaty. Z robosmutasa pozostała dymiąca kupka stopionego plastiku i ciała. W ciemnościach wyła gliniarska syrena. – Siedzą nam na ogonie, Żuczek! – krzyknąłem. – Daj po garach! Żuk nie kazał sobie tego dwa razy powtarzać. Kurczę, wprost frunęliśmy! Skitrowcy! Zjeżdżający z piórkami na chatę! Przyśpieszenie wepchnęło Mandy jeszcze głębiej w lepkie objęcia Stwora. – Odpierdol się ode mnie! – wrzasnęła na niego. Czepiając się kurczowo parcianego uchwytu, wypuściłem z drugiej ręki torbę z towarem, i schyliwszy się, trąciłem Stwora w brzuch. Jedyne czułe miejsce, wrażliwe na łachotki. Ależ on to uwielbiał! Gdzieś z głębi cielska, z głębokości tysięcy mil, dobył się chichot. Zaczął się, skubany, skręcać ze śmiechu i Mandy udało się wreszcie wyślizgnąć z jego uścisku. 17


– Ja chromolę! Jezu! – Cała była roztrzęsiona po tych zapasach. Zobaczyłem przez tylne okno wóz gliniarzy z błyskającym na dachu kogutem. Rozległo się głośne, przeszywające zawodzenie syreny. Żuk, nie zdejmując nogi z gazu, skręcił ostro w Alexandra Road. Uwieszona uchwytu Brid, desperacko próbowała spać. Skórę miała pełną cieni. Stwór-z-Kosmosu rozpaczliwie starał się czegoś uczepić. Mandy już się trzymała, a ja torbę z towarem miałem z powrotem w wolnym ręku. Żuk dzierżył kierownicę. Każdy niech się łapie, czego może. Za prawymi oknami majaczyła ciemna dżungla Alexandra Park. Mijaliśmy teraz Butelkowo, i bez wątpienia park był pełen demonów; alfonsy, kurwy i dealerzy – rzeczywiści, Wurtowi, albo robo. – Dyskoteka nas dochodzi, Żuk! – zawołałem. – Trzymta się, ludzie – powiedział, jak zawsze spokojny, skręcając ostro w prawo, w Claremont Road. – Dalej nam depczą po piętach – poinformowałem go, obserwując skręcające za nami światła radiowozu. Żuk gnał na złamanie karku. Przecięliśmy Princess Road i wpadliśmy w labirynt Rusholme. Gliniarze nadal siedzieli nam na ogonie, ale pracowały przeciwko nim trzy czynniki: Żuk znał te ulice jak własną kieszeń, wszystkie ruchome części silnika były nasmarowane Vazem, Żuk był uzależniony od szybkości. Trzymaliśmy się kurczowo, czego kto mógł, a on skręcał raz po raz to w prawo, to w lewo. Z tym trzymaniem to nie była taka prosta sprawa, ale co to dla nas. – Gazu, Żuczek! – krzyknęła Mandy, która ubóstwiała takie przygody. Po obu stronach ulicy przemykały staromodne, tarasowe budynki. Na jednej ze ścian ktoś nagryzmolił słowa: „Das Uberpies”. A pod spodem: „czysty to zakała”. Nawet ja nie wiedziałem już, gdzie jesteśmy. To właśnie cały Żuk. Pełna orientacja, nabuzowany Dżemem i Vazem. Teraz skręcił w jakiś wąski prześwit między domami i pędził dalej, zdrapując lakier z obu burt Skitrowozu. No i w porządku. Furgonetka to przeżyje. Szybki rzut oka przez tylne okna – gliniarze przemknęli za nami ulicą w pogoni za cieniem. Krzyżyk wam na drogę, pacany! Wypadliśmy z prześwitu i już wiedziałem gdzie jesteśmy. Moss Lane East. Żuk skręcił w prawo, w stronę domu. – Zwolnij trochę, Żuczek – powiedziałem. – Pieprzę powolność! – odparł, grzejąc dalej ile wlezie. 18


– Jesteśmy tu z tyłu jak jajka, Żuk – powiedziała Mandy. I Żuczek wreszcie trochę zbastował. Bo widzicie, jest parę rzeczy, które utemperują Żuka; na przykład, szansa na przypodobanie się nowej kobiecie. Bridget musiała to wyczuwać; ciskała nowej mordercze spojrzenia, tak się starała dostroić do myśli Żuka, że aż jej dymiła skóra. Chyba nie za bardzo jej to wychodziło. Mniejsza z tym. Jechaliśmy teraz w miarę spokojnie, puściłem się więc uchwytu, wziąłem torbę z towarem i wysypałem zawartość na tartanowy dywanik. Wyfrunęło z niej pięć niebieskich piórek Wurta. Złapałem dwa w locie i spojrzałem na drukowane etykietki. – Termoryba! – odczytałem na głos. – Brałem to. – Skąd miałam wiedzieć? – zaperzyła się Mandy. Przeczytałem następną. – Miodopijawki! No nie, kurwa! Gdzie to jest?! – Następnym razem, Skrybo – powiedziała Mandy – ty pójdziesz po zakupy. – Gdzie Angielskie Voodoo? Obiecałaś mi. Myślałem, że masz dojścia. – Miał tylko to. Odczytałem pozostałe trzy etykietki. – Brałem. Brałem. Tego nie brałem, ale z samej nazwy widać, że do dupy. – Z niesmakiem wypuściłem piórka z palców. Rozfrunęły się po furgonetce. – Są bardzo piękne. – Wzrok Mandy przeskakiwał nerwowo z piórka na piórko, kiedy to mówiła. – Gdzie reszta...? – warknąłem. – Jaka reszta? – Nie wnerwiaj mnie. Gdzie to najważniejsze? Angielskie Voodoo? Dawaj. Jedno niebieskie piórko osiadło na brzuchu Stwora-z-Kosmosu. Sięgnął po nie macką, chwycił spiczastymi palcami i w jego ciele rozwarł się ociekający lepką wilgocią otwór. Obrócił piórko w czułkach i wsunął je sobie prosto do tego otworu. Zaczął się zmieniać. Nie miałem pewności, które piórko załadował, ale ze sposobu, w jaki poruszał teraz czułkami, domyśliłem się, że pływa z Termorybą. O, tak, znałem to falowanie. 19


Na odgłos fal Żuk się obejrzał. – Bierze sam! – krzyknął. – Nikt nie ma prawa brać sam! Żuk miał obsesję na punkcie Wurtowania w pojedynkę. Upierał się, że po tamtej stronie potrzebny jest ktoś do pomocy, potrzebni są przyjaciele. A ściślej mówiąc – on tam jest potrzebny. – Spoko, Żuczek – powiedziałem. – Patrz lepiej, jak jedziesz. Żeby zrobić mi na złość, dodał gwałtownie gazu, ale ja trzymałem się mocno uchwytu. Nie ze mną takie numery. Spojrzałem znowu na Mandy. – Dawaj! – Chcesz? – spytała Mandy. – Chcę. Załatwiłaś Voodoo? Skręcaliśmy właśnie w prawo, w Wilmslow Road. Mandy sięgnęła za pazuchę denimowej kurtki i wyciągnęła z jej zakamarków skitrane tam piórko. Było czarne. Bezwzględnie nielegalne. – Nie. Ale załatwiłam to... – Co to jest? – Seb powiedział, że nazywa się Czaszkowe Szambo. Jak myślisz, udało mu się zwiać? – A pies go trącał! To wszystko, co masz? – Powiedział, że jest cholernie trefne. Nie pasuje ci? – Jasne. Pasuje. Tylko, że nie o to mi chodziło. – No to się wypchaj. – Mandy! – Czułem, że je tracę. – Chyba nie zdajesz sobie... Jej płomiennorude włosy stawały w ogniu w blasku każdej mijanej latarni ulicznej; musiałem trzymać się od nich z dala. Ta nowa działała na mnie. Mandy mówiła, że jak się dobrze trafi, to w Wurtciarni można kupić spod lady lewy remiks. Handlował nimi Seb. Mandy nazywała go dostawcą. Sprzedawał same legalne sztuki, a na boczku dorabiał sobie czarnorynkowymi snami. Tak mówiła Mandy. No więc wysłaliśmy nową po Angielskie Voodoo. Dziewczyna wróciła z pięcioma tandetnymi Błękitami i niebezpieczną Czernią. To wszystko do kupy wzięte nawet się nie umywało do Voodoo. Dziewczyna nawaliła. Furgonetka weszła w ostry wiraż i wszystkich nas rzuciło na ścianę. Czarne piórko wymknęło się Mandy z palców. Stwór zamachnął się macką, żeby je pochwycić, ale był tak rozfalowany, a do tego dociśnięty do ściany furgonetki, że stracił czucie w czułkach i chybił. 20


Zgarnąłem zakazane piórko w dłonie. Furgonetka znowu skręciła, pewnie, żeby ominąć jakichś durnych piechurów. – Pieszochuje złamane! – wrzasnął przez okno Żuk. – Samochód se kupcie! Prowadził jak owad – bez myślenia, instynktownie. Był na haju. Na Dżemie. Wiecie chyba, jak lata mucha? Zawsze z największą szybkością, a mimo to omija bez trudu wszystkie przeszkody. Tak właśnie prowadził Żuk. Mówią: „dżemowałeś, nie jedź”, ale my wierzyliśmy bezgranicznie w jego mistrzostwo. Tak przydżemował, że przestał odczuwać strach, i to było piękne. Obróciłem czarne piórko, żeby odczytać etykietkę. Była wypełniona ręcznym pismem, co zawsze zapowiadało dobrą zabawę. – Czaszkowe Szambo... – To dobre? – spytała Mandy. – Czy dobre?! Oj, przestań! – Nie chcesz? – spytała. – Brałem je już kiedyś. – I co, do kitu? – Nie. W porządku. Nawet niezłe. – Seb mi powiedział, że jest świetne. – Owszem, świetne – odparłem. – Tylko że to nie Voodoo. – I co, Skrybo, załatwiła? – zareagował na tę nazwę Żuk. – Chuj tam, załatwiła. – Chamisko! – prychnęła Mandy. – A tak. Pieprzone chamisko! – warknąłem. – Hej, wy tam. Ździebko ciszej – wymamrotała Bridget tym swoim przydymionym głosem widmodziewczyny. – Tu niektórzy próbują spać. – Bridget była kochanką Żuka i chyba widziała już na swoim miejscu nową. – W grobie się wyśpisz – odparowała jednym ze swoich sloganów Mandy. – Już prawie jesteśmy – oznajmił zza kierownicy Żuk. Jechaliśmy przez Rusholme, szlakiem curry. Mandy zaczęła opuszczać szybę ręczną korbką. Zdołała ją uchylić na jakieś półtora centymetra, a potem pordzewiały mechanizm się zaciął. Ale bogata mieszanina woni rozmaitych przypraw, wdzierająca się przez tę wąską szparę, sprawiła, że ślinka napłynęła mi do ust; kolendra, kminek, cynamon, kardamon – wszystko to genetycznie dopracowane do perfekcji. 21


– Jezu! – westchnęła Mandy. – Wszamałabym coś z curry! Kiedy my ostatnio jedliśmy? – W czwartek – odparł Żuk. – A jaki dzisiaj dzień? – wymamrotała Bridget z półmroku świata Widm. – Któryś z weekendowych – powiedziałem. – Tak mi się przynajmniej wydaje. Stwór-z-Kosmosu stanowił teraz rozmazaną plamę rozfalowanych czułków i wydawało mi się, że widzę płynącą jego żyłami Termorybę. Budziło to we mnie zazdrość. – Może mi ktoś powiedzieć, po jakie licho wozimy ze sobą to obce ścierwo? – spytała Mandy. – Może by go przehandlować? Albo zjeść? – W furgonetce zapadło milczenie. – A tak w ogóle, to po co my się uganiamy za piórkami? Przecież mamy pod ręką Stwora. Piórka nam niepotrzebne! – Stwór jeździ z nami wszędzie – powiedziałem. – Nikt go nie tknie! – Ty się zwyczajnie chcesz wymienić – powiedziała Mandy. – Coś cię gryzie w tym temacie, Mandy? – spytałem. – Dojedźmy wreszcie do tego domu. – W jej głosie pojawiło się wyzwanie. – Weźmy coś. – Weźmiemy. – Nagle zaczęła mnie pociągać. Była nowa, dwa dni w grupie, i tryskała wolą przypodobania się. Tylko trudno jej się dostosować. – Wiem, że dałam plamę w Wurtciarni. Nie wiedziałam, czego szukać. – Przecież ci tłumaczyłem, nie? Jak chłop krowie? – Powurtujmy dzisiaj przez całą noc – zaproponowała. – Przygotujemy sobie coś do żarcia z tych resztek, co się walają w lodówce. Nie kładźmy się spać. – Tak zrobimy – obiecałem jej. Wszystko, byle uciec przed bólem. Skręciliśmy ostro w Platt Lane, a zaraz potem jeszcze raz na miejsce postojowe za domem. Furgonetka gwałtownie zahamowała i zatrzymała się. Rzuciło nas wszystkich na tylne drzwi. – Jesteśmy w domciu – oznajmił Żuk. Jakbyśmy nie wiedzieli. Tylko Stwór pozostawał w błogiej nieświadomości; jego ciało pełne było rozfalowanej wiedzy, wurtwiedzy. Wpłynął w drzwi, a potem od nich odpłynął, spodobało mu się. I nagle usłyszałem głos: – Skrybo... Skrybo... Skrybo... 22


Słowa wzlatujące w górę nie wiadomo skąd, wywołujące moje imię. – Skrybo... Głos Desdemony... Rozejrzałem się, ciekaw, kto to się wygłupia. O, cholera. Przecież to niemożliwe, żeby ktoś przemawiał tym głosem. I naraz doznałem krótkiego przebłysku wspomnień, ujrzałem Desdemonę odpływającą ode mnie w żółtą pożogę... – Kto to powiedział? – warknąłem. – Co powiedział, Skrybo? – spytała Mandy. – Moje imię! Kto je, kurwa, wypowiedział? W furgonetce zaległa cisza. – Wypowiedział... głosem Desdemony... – Musimy ją wciąż wspominać? – burknęła niechętnie Mandy. – Tak. Tak, musimy. Wspominać wciąż Desdemonę. Nie wolno nam nigdy o niej zapomnieć. Nie wolno, dopóki jej nie odnajdę. I już na zawsze będziemy razem. Wsłuchiwałem się w zamierający szelest rdzy osypującej się z karoserii furgonetki. Skitrowcy patrzyli na mnie. Nawet Żuk się odwrócił i wlepiał we mnie zadżemowany wzrok. – Nikt niczego nie mówił, Skrybo. Ale ja znowu go usłyszałem, znowu dobiegł mnie ten głos. – Skrybo... Skrybo... I już wiedziałem, skąd pochodzi: od Stwora. W jego cielsku otworzyła się szrama, odsłaniając parę czarnych dziąseł, obłażących z próchniejących zębów, i poruszający się między nimi mięsisty język. – Skrybo... Ale tylko ja to słyszałem. Dlaczego tylko ja i dlaczego on przemawiał tym głosem? Pięknym głosem... – Ruszmy się! – zmącił nastrój Żuk. – Do środka! Od Platt Fields doleciał krzyk sowy. Rzeczywistej, Wurtowej, albo robo – kto potrafi to jeszcze rozróżnić? Mniejsza z tym. Była w tym krzyku tęsknota.


Wurt - Jeff Noon (fragment książki)  
Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you