Issuu on Google+

Adam Georgiev

Planeta samych chłopców W świecie nagiej konsumpcji wszystkiego i wszystkich przełożył Karol Furmański


Wszystkie osoby, imiona, miejsca i wydarzenia zamieszczone w niniejszej książce są zmyślone. Jakiekolwiek podobieństwo z rzeczywistością jest przypadkowe.

Kiedy serce cierpi, dla jego uzdrowienia granice zaświatów przekroczysz i już nie powrócisz.


SĹ‚awnej pisarce


Gdzieś w oddali pojawia się mgliste uczucie niepewności Berlin. Jadę z lotniska na stację Zoo. Autobusem X9 na ostatni przystanek Zoologischer Garten. Masakra. Rzeczywiście jestem w Berlinie i jadę na tę znajomą stację. Mark mówił po angielsku Zuugarden. Mamy się spotkać koło jakiegoś kościoła. No, jestem. Niezwykła budowla z nadgryzioną wieżą. Później się dowiem, że to od bomb. Mark kieruje mnie na srebrną rzeźbę. Jakiś nowoczesny koszmar. Jest tu sporo fajnych chłopców. Nie nadążam się obracać. Mark już jest przebrany. Na sportowo. Dziś pójdziemy na sportswear party. Jutro do skinheadów. Mark zarzuca moją torbę na ramię i wchodzimy do hotelu. Podobno mieszkał tu Reagan. W dwuosobowym pokoju śpimy we trójkę. Mark i jego kumpel z Australii Jim przyjechali wcześniej, pociągiem. Jim wyleguje się na łóżku i gapi się na


8

CNN. Jim generalnie dużo się obija i ciągle by pił. Dopiero co skończył 22 lata. Ten trip jest właściwie prezentem urodzinowym dla Marka. Wczoraj piliśmy koktajle w Cowboys, skąd widać Pragę, a Mark spytał go, ile bierze. Uczy angielskiego czy czegoś. To takie proste życie. Wystarczy gdzieś się urodzić. Powiedział, że czterdzieści, ale kłamał. Mark sprawdził, czy ma pieniądze, jest ciągle bez kasy, ale za wszystko i tak musi płacić on. Jak skończą, idziemy coś zjeść. Mark bierze ze sobą kundla, którego tutaj przywlókł. Ma takie dwie małe włochate kulki, ale ze sobą wziął tylko jedną, nazywa się Andy. Tego lubisz bardziej? – zapytałem. – Nie, tak o tym nie myślę, jeden z nich jest mi bliższy. – Bliższy? – pytam. – Przecież między nimi nie ma różnicy. Dwie zupełnie identyczne kulki, które tuptają po marmurowym korytarzu pałacu na Barrandovie. Ma tam taki house, do którego otwiera bramę pilotem. – They have different mentalities – mówi mi. Już widzę te mentalności, ten pies jest słabiutką jednostką całkowicie uzależnioną od swojego pana. A warczy jak buldog francuski. Szczególnie kiedy zacznie się bawić. Ten pies nie jest niczemu winien, Mark zajmuje się nim jak dzieckiem, a ponieważ na wszystko mu się pozwala, pies każdemu


9

wchodzi na głowę. Ale on tak sobie to wyobraża – tę strukturę związku. Aby psy były od niego uzależnione. Tak też postępuje z chłopcami. Zatrudnił Jakuba za trzy kafle na rękę, chłopak wysłał parę e-maili i na tym się jego robota skończyła. Wszystko przegrał w kasynie. To dopiero story. Mark ma przyjaciela, z którym żyje osiem lat. Igor to dobry chłopak z Białorusi, mówi świetnie po angielsku. Pracuje dla niego, Mark robi w szkle, sprzedaje w Stanach szklaną tandetę z Jablonexu. Jak mówi, mają open relationship. W realu to znaczy, że się kochają, sypiają ze sobą rzadko (z tego, co wiem, to tylko w Nowym Jorku, bo tam nie ma innego wyjścia, a czasami po prostu trzeba), ale obaj używają sobie gdzie indziej. – Seks nie może ci rozwalić związku – mówi mi Mark w berlińskim barze samoobsługowym Marché – a uczucia tak. I tak to jest. Podczas gdy Igor jest niewierny tylko seksualnie, Mark głównie uczuciowo. Mówi, że Igor go do tego zmusił, ponieważ nie znosi dotykania się, trzymania za rękę i takich tam. Całkowicie go rozumiem. To facet, po co by to robił. Mark więc szuka romantyki. Znajduje dwudziestoletniego Słowaka, Jakuba, który lubi dziewczyny, ale ponoć jest bi. Albo może i jest do końca gejem. Pałac na Barrandovie jest chyba


10

generalnie dobrą wytwórnią gejów, wygląda dość okazale, a na tym Markowi szczególnie zależało. Jakub jest z nim dziewięć albo dziesięć miesięcy, pozwala, żeby Mark mu kupił samochód, jeżdżą razem po Europie. Pewnej nocy znika. Wraca rano cały zapłakany. Łzy leją się na poduszkę. Napadli go i zabrali mu całe trzydzieści tysięcy, które miał ze sobą. Przyłożyli mu nóż do gardła. Właściwie mieszkali w pałacu we trzech (M. i I. mają swoje pokoje, więc jest dobrze), Igor zaczął się na niego drzeć po czesku, że jest kłamcą. Mark wstawia się za dwudziestoletnią ofiarą: – Proszę cię, nie krzycz na niego, przecież przeżył szok. Chłopak bierze wszystkie rzeczy i znika. Igor mówi: – Wyobraź sobie, że w nocy był w kasynie. Znajdują w domu bilet parkingowy z jednej ulicy, idą tam, na ulicy są nawet trzy kasyna, krupier poznaje Jakuba na zdjęciu. Kiedy Mark sprawdził listę rozmów, dowiedział się, że Jakub w czasie weekendu dzwonił pod jeden numer chyba z osiemdziesiąt razy. Nie wie, jak się z tym wyrobił. Numer jest słowacki, a po drugiej stronie dziewczyna. Jasna sprawa. Dwudziestolatek pod presją dzisiejszych czasów, pieniędzy i drogich wozów pieprzy się dziewięć miesięcy z facetem, a za zarobione pieniądze szuka szczęścia w kasynie. Kiedy zgarnia jackpota, wraca z pełnym kontem do ukochanej.


11

– Wiesz co, w sumie nic nie straciłem i się opłacało. Ja dałem, on dał. Jim nałożył sobie na tacę co mógł, a teraz dokłada truskawkowy torcik. Pokazuje mi jeden wielki kawał – strawberry! I śmieje się swoim przenikliwym śmiechem. Pies ciągle wyłazi z torby, a ja muszę go trzymać, żeby nie wlazł na stół. Mark przechadza się z psem w nocy po Berlinie i wracamy do pokoju. Tam zaczyna się przygotowanie do nocy. Mark pokazuje mi tusz do rzęs i mówi: – Wiesz, że Jean-Paul Gaultier przygotował linię dla mężczyzn? Ta maskara nie jest czarna, jest naturalnie brązowa, tylko podkreśli ci rzęsy. Krzywię się, te rzeczy wydają mi się śmieszne. Jeszcze nie jestem ciotą. To jest właśnie pedalski paradoks. Im bardziej nie jest facetem, tym bardziej dba o siebie. Im bardziej dba o siebie, tym mniej jest facetem. Wychodzimy, a Mark ciągle nadaje o tym, jak bardzo będzie mi się w Berlinie podobać. Tego, co tutaj przeżyję, na pewno jeszcze nigdy w życiu nie przeżyłem. Na drzwiach gejklubu jest napisane: Sportswear. Wchodzimy, płacę 6 euro. No to sobie was pooglądam, panowie. Są jacyś starzy. Przechodzę, głowy się odwracają, biorę z baru wodę i idę dalej. Za barem się dzieje, jeden sie-


12

dzi nad drugim, a ten mu obmacuje bose nogi. Nie brakuje obowiązkowych ekranów z porno, ale w odróżnieniu od Pragi na każdym ekranie jest inny film. Na jednym jakiś brutalny anal, na drugim grupen młócenie jednego. Te sceny są już dla mnie jak dobranocka. Idę dalej. Na prawo dwie słabo oświetlone toalety z kilkoma kabinami. Na lewo prawie ciemno. Darkroom. Ponury obraz. Jednemu robią laskę, w czasie kiedy on wwąchuje się w buta, ma w nim nos i usta. To przecież technika resuscytacji niemowlęcia. Wracam, siadam na krześle. Nikt mi się nie podoba. Naraz pojawia się jeden bardzo wysoki, taki koszykarz w bejsbolówce. Podchodzi do mnie i rozpoczyna rozmowę. Mówi po angielsku z francuskim akcentem, mieszka w Niemczech, ale często jeździ do Paryża. Możemy sobie kiedyś zorganizować weekend w Paryżu – zaprasza mnie. Stoi mu, przykładam tam rękę, żeby nie powiedział, że nic nie robię. Zaczynamy się całować, o mało mnie nie pożre. Ale jest dobrze. Zaczyna na mnie napierać, czuję jego siłę. Już wcześniej zauważyłem jednego chłopaka z rozrośniętym torsem. Jest rozebrany do pasa. Teraz stanął tuż obok mojego krzesła. W czasie kiedy całuję się z Francuzem, rzucam okiem w jego


13

stronę. Gapi mi się na nogi. Ciągle ze spuszczonym wzrokiem. To będzie jakiś fetysz. Chyba leci na moje czarne adidasy. Dostarczę mu emocji. Jedną ręką rozpinam zamek na lewej nogawce dresów. Wystarczy tylko chwila, schyla się. Zjeżdża ręką po mojej nodze i sięga pod skarpetkę, zaczyna całować but. Głowę ma całkowicie łysą. Łapię go za nią. Wszyscy się gapią, chłopaki się śmieją. Potem też inny gość się odważa, schyla się do mojej drugiej nogi, ma zamiar się dołączyć. Tego już za wiele. Do moich nóg dostanie się tylko ten, kto mnie nie brzydzi. – Too much – mówię Francuzowi. Poruszam nogą i podnoszę się z krzesła. Francuz daje mi swój numer and see you. Przechadzam się, szukając fetysza z rozbudowanym torsem. Stoi tutaj w wąskim korytarzu i zabawia się z jakimś nudziarzem. Staję dokładnie naprzeciwko niego. Szybko spławia kolesia i ciągle gapi mi się na nogi. Czasami na sekundę podnosi wzrok, wpatruję się w niego. Uczucie pożądania to ogromna siła, która ma nad tobą całkowitą władzę. Celowo stoję w rozkroku, potem opieram się jedną nogą o ścianę. Podchodzi i zagaduje. Jest z Mediolanu, nazywa się Max. Max jak Maximiliano. Faceta nie ma.


14

– Dlaczego? Nikt ci nie pasuje? – Ciężka sprawa. W końcu mówi, że w łóżku nie interesuje go nic poza nogami. – To przecież nic złego – mówię. – Masz seksowne ciało. Seksowną twarz. Jaki masz numer buta? – pyta się. – Czterdzieści cztery. Patrzy w dół, co chyba znaczy, że fajnie. Idziemy do jednej z łazienek, włażę do kabiny. Panuje całkowita ciemność, a on te nogi musi widzieć. Idziemy więc do drugiej, ale zostajemy na zewnątrz. Klęka i liże mi adidasy. Robi to dość długo, zaczynam dokładnie czuć, jak wilgoć przenika do moich butów. Jeszcze mi się rozpadną – mówię sobie. Ale pozwalam mu na to. Zdejmuję drugiego buta, ściągam skarpetkę. Niech to do czegoś zmierza. Czasami go przyduszam butem albo kładę adidasa na jego nagich plecach. Patrzę w lustro naprzeciwko, żuję gumę. W ogóle mnie to nie rusza, zdaje mi się, że jestem kimś. Przychodzi jakiś inny i rzuca mi się na drugą nogę. Odpycham go. Max podnosi głowę, klęczy i wali sobie. Kopię go butem w klatę. Nawet jak dobrze siądzie, jest jak kamień. Najbardziej mu się podoba między piersi. To chyba musi boleć.


15

Z bliska gapi się jeden zrobiony czarnuch, jest mały, ale klata pierwsza klasa. Unoszę nogę w powietrze jak kick bokser i też go kopię w prawą pierś. Nachylam się do Maxa i pytam. – W porządku? No… chce to powtórzyć gdzieś na osobności, na przykład jutro. Idę. Widzę dwóch młodych, którzy się na nas gapili. Muszę podciągnąć skarpetkę i założyć buta. Wydaje mi się to zabawne. – Elo chłopaki – zagaduję do tych młodych – jesteście Niemcami, nie? Ten w czerwonej bejsbolówce jest całkiem przyjemnym chłopaczkiem. I właśnie on mi odpowiada. – Czterdzieści euro, moja cena. – Sorry? Moje zdziwienie nie trwa długo. – Wyglądam, jakbym musiał kupować sobie chłopaka? W sumie to i tak jesteś dość tani. Obracam się i pryskam daleko od tego nadętego dupka. Przechodzę koło Francuza. Zamieniamy parę słów i walę go w klatę. Idzie za ciosem, chwyta mnie za głowę i przewracamy się. – Nie baw się ze mną – mówi. Hm, więc ten lubi się bić. Fajnie tak w trakcie naprawdę dostać po mordzie. Dowiaduję


16

się, że ma przyjaciela. O dwa lata starszego. Jest bardzo ładny. Idę zajrzeć do darkroomu. Ktoś tu stęka. Wszyscy zebrali się w rogu za ścianą. Jeden łysy bierze drugiego łysego od tyłu. Wejścia są powolne i krótkie. Czuję w tym ból. Przestrzeń wypełniona jest gęstym powietrzem, w którym nie jest mi dobrze. Gdzieś w oddali pojawia się mgliste uczucie niepewności, które znam sprzed lat. Ale to już nie jestem ja. Nic już we mnie nie wywoła lęku. Wszystko jest normalne i oczywiste. Chyba jestem już dorosły. Dopytuję się o miejsce pracy fetysza. – Bodyguard? – Robię w banku. Wydaję cash. – Więc pieniądze są u ciebie bezpieczne. Ci dwaj niemieccy młodzieńcy na pewno są tylko przyjaciółmi. Rozglądali się już dość długo, a z kimś podrzędnym sobie użyć nie mogą. Więc się pieprzą nawzajem. Dobry kumpel zawsze pomoże. Wszystko tutaj to teatr. Bejsbolówka ukrywa wzruszenie pod zamkniętymi oczami. Berlinale jest już za nami, inaczej na pewno byś dostał nagrodę. Przyjaciele są zaspokojeni i na tym show się kończy.


17

Idziemy do innego klubu. Wszędzie spotykamy łysoli w skórach i uniformach. Mark mówi: – Poszczęści ci się, ja nie jestem w berlińskim stylu. Nie mówię, że nie jest w berlińskim stylu. W Pradze ci chłopcy lecą na amerykański paszport i amerykańskie pieniądze. A w Berlinie każdy ma to w dupie. – Ten tu jest gejem? I ten też jest gejem? – pytam się z niedowierzaniem, jak jakiś wieśniak. Tutaj każdy jest gejem, jesteśmy w gejowskiej dzielnicy – poucza mnie Mark. Przechodzimy przez parę klubów, nigdzie nie dzieje się nic interesującego. Tylko Jim dał się przelecieć w jednym darkroomie. Dochodzimy do dyskoteki Connection. Wielkość i złożoność tutejszych darkroomów robi na mnie wrażenie. Są jak labirynt w katakumbach. Sekcja A, sekcja B… Dobry niemiecki porządek. Albo raczej burdel. Kiedy już się chwilę nudzę, idę do ciemnego pomieszczenia. Jeden się do mnie przystawia, w mroku staram się rozeznać, jak wygląda i ile mniej więcej ma lat. Wiem, że nic z tego nie będzie, chłopaczek nic do mnie nie mówi, ale pozwalam mu, żeby mnie zmacał. Już dawno nie jestem wrażliwy na punkcie swojego ciała. To tylko mięso.


18

Z rogu przygląda mi się jeden szczupły chłopak, dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że wyciąga go sobie ze spodni. Oczywiście stojącego. Odwracam się, odchodzi. Jest z Hamburga, ma trzydzieści dwa lata. Ten z postawionym fiutem staje za mną i zaczyna mi macać tyłek. Czuję coś mokrego. Sięgam tam. Co? Ten chuj mi rozmazał lubrykant! Biegnę do sracza wytrzeć sobie tyłek. On za mną, bo sądzi, że będziemy kontynuować. Szybko mu zamykam drzwi przed nosem. Wychodzę, a on ciągle tam stoi i uśmiecha się. Jak tylko mnie zobaczył, od razu pomyślał, że jestem z Europy Wschodniej. Takich chłopaków na Zachodzie nie mają. On sam jest z Polski, ale mieszka w Londynie, pracuje tam w galerii. Jego chłopak jest Anglikiem. – Chcesz jakiś towar? – Jaki towar? – Pills, LSD… – wyliczył nie wiadomo co jeszcze. Oczywiście nic nie wziąłem, ale złe wrażenie przekrętu pozostało. – Dajesz za pieniądze? – zapytał mnie. – Nie. Dlaczego? – Jesteś attractive. Tak atrakcyjni chłopcy zazwyczaj dają za pieniądze… Powinieneś. Byłbyś bogaty. Mojemu przyjacielowi też się podobasz.


19

Po czym przez chwilę się całowaliśmy. Nie pociągał mnie, ale miał śliczny uśmiech i coś dystyngowanego w sobie. Kiedy go spotkałem po półgodzinie, zmacał mi kieszeń, w której miałem kasę. – Ktoś mi ukradł portfel. Tylko z tobą rozmawiałem. Byłbyś tak nice i odprowadził mnie do ochroniarzy? – poprosił mnie, gdy wyszedł z darkroomu. Było tam ciemno jak w dupie. – Sure – nawet nie mrugnąłem. Ochroniarze mieli ubaw, co mieli robić, jest tu z tysiąc ludzi. A on, że zadzwoni po polisze, a im było wszystko jedno. Uważaj na siebie – powiedział po ojcowsku Mark. Później wypatrzyłem sobie jednego chłopaczka, miał na szyi coś jakby ząb krokodyla. Był nieokrzesany z delikatnymi rysami twarzy. Przez chwilę zachowywał się jakby nigdy nic. Ale potem przyszedł i nagle chwycił mnie za rękę. Zaczęliśmy się całować, po czym zabrał mnie do kabiny. Na drzwiach już godzinami wisiał jakiś azjatycki mieszaniec, tu się oferował. Tylko gestem mu pokazał, że ma znikać do swoich i zamknęliśmy się w środku. Moją bluzę rzucił na jakąś ozdobę na suficie, ściągnął mi koszulkę. Był tam taboret, usiadłem, zaczął robić mi laskę. Całowaliśmy się


20

i waliliśmy sobie, aż nagle poczułem, że chce, by nad nim dominować. Szybko podniosłem się z taboretu, zrzuciłem go udami na podłogę, w róg, stałem nad nim i waliłem sobie. Patrzył na mnie z tej podległej pozycji, uwydatniały się jego kobiece rysy twarzy, w oczach miał żądzę, pragnienie i całą prawdę o swojej tożsamości. Tego spojrzenia nie zapomnę. Wytrysnąłem mu na język i lewy policzek. Kiedy sobie dokończył, starał się to wypluć. Ściągnął mi z góry bluzę. Nigdy nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa.


Adam Georgiev, Planeta samych chłopców