Issuu on Google+

1


2


Od redakcji Szanowni Fantaści! Tak więc macie przed sobą pierwszy numer Krukona, którego zamysł powstał dokładnie miesiąc temu w dziwnych okolicznościach znanych tylko nielicznym, a o których być może kiedyś opowiemy ;) Także jak widzicie, dokładnie miesiąc czasu zajęło nam przygotowanie czasopisma, czyli wszystkiego co tutaj widzicie. Traktujemy je hobbystycznie, bez deadlineów, bez parcia na słupki poczytności, na zasadzie od fanów fantastyki dla fantów fantastyki. Jest to dla nas jeden ze sposobów wyrażania nas samych, naszych myśli, naszych ambicji, naszych wrażeń i wszystkiego co mamy w głowach, a chcielibyśmy się tym podzielić. Krukon będzie ukazywał się regularnie co cztery tygodnie w formacie pdf do pobrania ze strony, a także w formie drukowanej kiedy tylko będzie to możliwe.

Redakcja Damian DamSon Frukacz Konrad Czeslav Pawlus Kinga Fiore Siążnik Ilustracje do opowiadań Sibrien Ilustracje do artykułów Fiore Kontakt

To tyle. Zapraszamy do czytania! :) Redakcja 3

www.krukon.czest.pl redakcja@krukon.czest.pl


D'où venons nous? Que sommes nous? Où allons nous? Takimi oto słowami, podpisany jest obraz francuskiego mistrza. I tymi, że Słowami pragnę rozpocząć i zatytułować mały cykl historyczno - publicystyczny na temat Słowian. Motywuję swój pomysł tym iż, z reguły w szkołach uczy się tylko i wyłącznie kultury cywilizacji basenu Morza Śródziemnego i Bliskiego Wschodu, po czym od razu przeskakuje się do dorobku chrześcijańskiego średniowiecza. Uprzedzę wszelakie wątpliwości – nie bagatelizuję wpływu kultury starożytności klasycznej, ani dokonań mieszkańców Międzyrzecza i Egiptu – wręcz przeciwnie, uważam ich naukę i znajomość jako niezwykle konieczną.

4

Jednak przez ten czas, Polak przestaje pamiętać, że stąpa po ziemi przesiąkniętej krwią jego przodków, a niektórzy myślą, że po 966 roku, gdy Mieszko pochylił głowę nad chrzcielnicą, Polacy dopiero zeszli z drzewa i dowiedzieli się co to takiego ta cała „cywilizacja”. Oczywiście, proszę wybaczyć przesadę, aczkolwiek i takie słyszałem poglądy. Więc zadanie jest proste – w przystępny sposób zaprezentować kulturę naszych przodków i pokazać, że Polska to nie tylko Chopin, Sarmacja i Grunwald. To także Lech, Siemowit, Krak i Góra Ślęża.


Lingwistyka vs. Genetyka Najlepiej, jak to się mówi zacząć od początku. A początki naszego ludu są spowite tajemnicami, których przez długi czas nie będzie dane nam odkryć, jeśli w ogóle. Legenda głosi, że jakoby trzy szczepy, przewodzone przez Lecha, Czecha i Rusa osiedliły się na terenach środkowej i wschodniej Europy, dając początek trzem narodom – Polakom, Czechom i Rusinom. Znamy tą historię „tu, gdzie orzeł wije gniezno swoje, ja i swoje Gniezno uwiję”. - rzekł Lech, wbijając włócznie w ziemię, która karmiła potem gród Polan. Teorii na temat pochodzenia Słowian wysnuto mnóstwo, a naukowcy i historycy po dziś dzień toczą spory, wytaczając co raz to nowsze argumenty, wysnute ze zdobyczy najnowszych technologii. Jest ich mrowie, lecz z powodu ograniczonego miejsca, ograniczę się do najważniejszych: Koncepcja autochtoniczna, zakłada iż Słowianie przed rozpoczęciem swoich wędrówek zamieszkiwali tereny między Odrą a Bugiem. Zaś koncepcja allochtoniczna zakłada, że Słowianie przybyli z Europy Wschodniej, lub, co śmielsi uważają, że nawet ze stepów Środkowo-Azjatyckich. Inne lokacje prakolebki Słowian to: Podle lub Wołyń (J.Kostrzewski, J.Czekanowski, W. Mańczak), tereny wokół rzeki Don(po czym Naddniestrze i wyparcie przez Scytów na tereny między Odrą a Bugiem – tak twierdzi językoznawca Z. Gołąb), tereny Nadbałtyckie ( po czym po inwazji Scytów, mieszkające tam ludy Bałtyckie miały się z nimi połączyć, tworząc nowy etnos –

5

Słowianie – koncepcja Martynowa), środkowy Dunaj (koncepcja Turbaczowa.) Powyższe teorie i domysły oparte są w głównej mierze na badaniach lingwistycznych, co sprawia, iż nie wiadomo jak dokładne by były, mogą nie pokazywać dokładnego rodowodu Słowian, a jedynie przypuszczalne kierunki ich ekspansji, ponieważ języki, naleciałości językowe mogły powstać w wyniku podboju i zniewalania plemion oraz slawizacji. Z pomocą przychodzi nam genetyka – dzięki badaniom, wyodrębniono haplogrupę chromosomu Y oznaczoną R1a1. Haplogrupa ta powtarza się wśród wszystkich narodów słowiańskich, a także, ku zdziwieniu, pokrywa się także z DNA Scytów, Persów, a także Ariów i Wedów. Po naniesieniu danych na mapę, odkrywamy, iż pasmo R1a1 ciągnie się od Północnych Indii aż po Środkową Europę, tam się zatrzymując. Najwyższe stężenie R1a1 posiadają Serbowie Łużyccy, mieszkający na terenie dzisiejszych Niemiec, zaraz po nich jesteśmy my (ponad 60%!) A następnie Węgrzy (sic!) i Rosjanie, oraz pozostałe narody słowiańskie. Czyżby Węgrzy byli braćmi nie tylko od szabli i szklanki, ale także i od krwi? Lecz to materiał na inny artykuł. Słowianie: Ludzie Mówiący. Pochodzenie samej nazwy naszego etnosu jest równie zagadkowe i interesujące. Według etymologii


ludowej „Słowianie” pochodzi od „słowa”, co wskazuje, iż Słowianie u zarania dziejów uważali, że potrafią mówić (używać słów zrozumiałych) w przeciwieństwie do obcych plemion, takich jak Teutoni, Germanie (Niemiec – niemy, ktoś kto nie mówi <zrozumiałym językiem>). Językoznawcy Henryk Łowmiański i J. Peiskel wskazują na znaczenie „slova” czyli błoto, mające wywodzić się od upodobania naszych przodków do mieszkania na terenach bagnistych, podmokłych, a także w dorzeczach rzek. Zdaniem ich, hydronim zachował się do dzisiaj w nazwach rzek (dawne Sława, Sławica). A. Bruckner odrzuca koncepcje „słowa”, sięgając do łaciny klasycznej, w której sclavus oznacza „jeniec, braniec”. Piętą achillesową tej teorii jest fakt, iż Słowianie pojawiają się w kronikach i pismach historycznych w momencie, gdy łacina klasyczna wychodzi z użycia. Dokąd zmierzamy ? Jak widać, początki naszych dziejów są spowite mrokiem tajemnicy, co w moim osobistym odczuciu czyni je bardzo interesującymi i pięknymi. Nauka cały czas się rozwija i wiemy co raz więcej, lecz spory i kłótnie będą trwały nadal, ginąc i rodząc się na nowo. Ostrzec w tym miejscu muszę, że dalsze nasze dzieje wcale nie były mniej tajemnicze, ale z tym zmierzę się w następnym felietonie. Dla Kocicy

Konrad Czesław Pawlus

6

Źródła: P. Koczanowski, M. Parczewski – Archeologia o początkach Słowian, W. Bogusławski – Początki Słowiańszczyzny PółnocnoZachodniej, A. Bruckner – Mitologia Słowiańska i Polska, Słownik etymologiczny. http://www.tropie.tarnow.opoka.org.pl/polacy.htm


Blizborz - częstochowski muzyk, tworzący głównie Black Metal, a także Ambient i NeoFolk. Twórca projektów takich jak: Arioslavia, Lodowe Wrota, Klasa Robotnicza. Zadebiutował kasetą Arioslavia - Wschodni Mróz za pośrednictwem Lower Silesian Stronghold. Preferuje jednak publikacje w Internecie. Kanał na YT: youtube.com/user/ToporPeruna Blog: http://blizborz.blogspot.com Czesław Pawlus: Przyznam się szczerze, iż śledzę twój kanał od wczesnych jego początków, gdy w głównej mierze dominował tam projekt jakim była Arioslavia, Ołtarz, Lodowe Wrota. Czyli przeważnie Black Metal i Ambient oraz połączenie owych. Jednak wraz z rozwojem muzyki od strony technicznej zauważyłem też rozwój horyzontów samego autora - skąd taka multi tematyczność twojej twórczości? I przy okazji, jakbyś mógł w kilku zdaniach przybliżyć czytelnikom tematykę swojej twórczości. Blizborz: Multi tematyczność, a może raczej tendencja do tworzenia rozmaitych rzeczy zależnie od nastroju - to w zasadzie konsekwencja chaosu mojego życia.

7

Moim jednak zdaniem różnorodność sprzyjała rozwojowi mojej twórczości. Nauczyłem się tworzyć rzeczy bardziej wszechstronnie. Są oczywiście momenty, które uważam za ważniejsze i bardziej owocne. Wszystko też zmierza w pewnym konkretnym kierunku, którego już jestem praktycznie w stu procentach świadom. W gruncie rzeczy to co robię wcale nie jest tak bardzo wielotematyczne. Ot, po prostu w swoich utworach dotykam tematyki bardziej ludzkiej i wzniosłej niż większość kapel śpiewających o kulcie Szatana, czy o innej przysłowiowej "dupie Maryny". Wszystkiemu co robię przez większość czasu - od samego początku towarzyszyła pewna spójność myślowa. Jedynie zmieniał się balans zainteresowania poszczególnymi sprawami, będącymi cały czas elementami tej samej spójnej i składnej ideologii (czy jak kto woli – religii). Tematyka mojej twórczości jest przeważnie historyczna, utrzymana w charakterze heroicznego, antycznego mitu. Polacy (jak z resztą cała współczesna Europa) potrzebują legendy, herosów, wiary w coś wyższego. Tymczasem to czym


jesteśmy karmieni od wieków to wszechobecna miernota i marność. Dla naszych (jak to pogardliwie mawiają ci "uduchowieni", ci których królestwo jest "nie z tego świata") pogańskich przodków słońce wiary świeciło w twardego, mężnego wojownika. W tym dumnym barbarzyństwie tkwiliśmy nawet po wstrzyknięciu nam szczepionki przeciw człowieczeństwu. W moich utworach nie przywołuję więc jedynie wspomnień tych, których umysły były w 100% niepokalane "pobożnością pokory ducha". Mówię też o tych, którzy pomimo pozornego chrześcijaństwa żyli jak przystało "poganom". Mówię o żołnierzach Armii Krajowej, którzy mężnie bronili kraju przed Niemcami i wszelkimi innymi wrogimi nam siłami. Oni umierali jak herosi. W świetle myśli ewangelicznej byli "grzesznikami". Bo jak to powiedział sam sprawca filozofii judeochrześcijańskiej, zła zwalczać nie należy. Trzeba pokornie nadstawiać drugi policzek. Tym samym, dla naszych niewątpliwych bohaterów zamknęły się wrota niebios. Chciałbym kiedyś spotkać się z nimi pośród Nawii i razem przeprowadzić szturm na wrota judeochrześcijańskich niebios. Ale tu odzywa się moja miłość od fantastyki, do mitologii. Najprawdziwsza walka toczy się na arenie świata żywych. Co będzie po drugiej stronie przekonamy się dopiero idąc na tamten świat. Niestety nikt na ten temat żadnej wiedzy nie posiada (chyba, że za źródło wiedzy uznamy mity sprzed tysięcy lat, napisane przez tych samych ludzi, którzy gnali kozła na pustynię żeby zabrał od nich grzechy). Tak więc na nas młodych Polakach, Lechitach, którzy ocknęli się z tego koszmarnego snu o miłosierdziu, przebaczeniu i pokorze (z tego perfidnego koszmaru, gdzie wielki brat bozia zniszczy nas, jeśli będziemy żyć w zgodzie ze swą naturą) spoczywa

8

niesamowicie wielka odpowiedzialność. Trzeba pokonać tego demona lub chociaż zrobić wszystko co w naszej mocy dla idei woli stworzycielskiej. To w sumie po krótce podsumowanie tego, co chcę przekazać w swoich utworach. Chciałbym by kiedyś to, co robię, urosło do rangi muzyki popularnej (lecz nie „spopiałej”, skomercjalizowanej) na tyle, by dać choć części młodych ludzi zastrzyk świeżej idei - lek na pandekadentyzm otaczającej nas rzeczywistości. C.P.: Które momenty w twoim procesie twórczym są najbardziej owocne? B.: Momenty bardziej owocne - mogę je raptem policzyć na palcach, a każdy sam (choćby po brzmieniu) będzie w stanie ocenić ich wartość. Mam na myśli utwory takie jak: Arioslavia – „Wojowie Antychrysta”, Arioslavia – „Polska Armia”, Blizborz – „Goreją Wici”, Blizborz – „Żołnierz”. Czasami nawet żałuję, że opublikowałem takie multum rzeczy, kiedy mogłem ograniczyć się tylko do tych najlepszych utworów. Niemniej jednak im więcej tworzę tym więcej takich rzeczy powstaje i więcej się uczę. A szkoda byłoby wyrzucić do śmieci pełne kompozycje, które choć nie świetne - są wciąż dobre. C.P.: Jesteś, że tak to ujmę muzycznym, samotnym wilkiem? Sam wiem, że ciężko jest znaleźć muzyków chętnych do współpracy, tym bardziej takich by ich ideologia choćby w 80% pokrywała się z ogólnymi celami zespołu. Przy użyciu czego tworzysz swoje dzieła?


B.: Tak, tworzę jak do tej pory sam kompozycje (każda jedna nutka), teksty (każdy jeden wers), wykonanie - to wszystko dzieło jednego człowieka, czyli mnie. Moje dzieła tworzę przy pomocy wyśmiewanych w środowisku metalowców programów komputerowych. Muzyka, którą robię jest w zasadzie elektroniczna. Jeśli pojawiają się tam gitary to są to po prostu sample lub syntezatory. Jestem kompozytorem, tekściarzem, powiedzmy wokalistą - ale nigdy nie byłem gitarzystą i chyba już nigdy takowym nie zostanę. Jeśli chodzi o ludzi do zespołu to bardzo ciężko jest kogoś znaleźć - od lat nie znalazłem absolutnie nikogo. Nie ubolewam już nad tym. Po prostu odkładam pieniądze na lepszy sprzęt, na porządne studio, porządny software etc. C.P.: W twojej twórczości da się wyodrębnić dominację gatunków takich jak Black Metal, Ambient, Oi! Punk (lub Street Punk) i Folk. Dlaczego właśnie te gatunki? B.: Słucham bardzo różnorodnej muzyki. Oi! to idealna forma, dla kawałków prześmiewczych, acz żywiołowych i buntowniczych. To taka współczesna "poezja sowizdrzalska" w świecie młodzieżowej muzyki. To krytyka kapitalizmu – systemu, w którym genetycznie beznadziejny osobnik dominuje nad hordami lepiej przystosowanych jednostek. To krytyka ustroju, gdzie byle odpadek, o niskim poziomie inteligencji i niskiej (lub wręcz ujemnej) wartości duchowej (o innych walorach nie wspominając) jest nagradzany bogactwem i sukcesem. Folklor, muzyka ludowa - to najbardziej tradycyjna forma. Dodać do tego średniowieczne, czy starożytne wręcz inspiracje i mamy idealną recepturę

9

na muzykę wojownika - człowieka dumy i honoru, idącego twardo po chwałę (pozostawiając za sobą sterty tych, którzy ośmielili się stanąć mu na drodze). Black Metal (jeśli pod tym hasłem kryje się muzyka pokroju Graveland czy Burzum) i Ambient wrzuciłbym do jednego worka jeśli chodzi o to jak wpływa on na odbiorcę. Ja Ambient i Black Metal odbieram jak ochładzający, mroźny powiew starożytnego wiatru. To zimno, hartujące serca, wyciąga z człowieka wilczą naturę. Ta zaś wilcza natura jest naturą zimnego, mądrego pomimo swej młodości drapieżcy. Ah jakaż szkoda, że zamiast szprycować nasze potomstwo pseudo-moralnym (i antyartystycznym) szambem wspakultury, nie puszcza się naszym młodzieńcom właśnie zimnej muzyki. C.P.: Dlaczego przybrałeś imię Blizborz? Czy wiąże się z tym imieniem jakaś historia? B.: Blizborz – historia jest zabawna. Pierwszy rodzimowierca, którego spotkałem, przybrał imię Blizbor. Do tego etymologia tego słowa – Bliz – blisko: Bor, Borz – walka, bój. Stąd Blizborz oznacza wojownika walczącego w bliskim dystansie, w zwarciu. Nieraz w życiu napytałem sobie biedy - nienawiść i siła były czymś nowym i nie umiałem się tym posługiwać. Przez to skakałem nieraz w najgorszą paszczę lwa, kończąc w najgorszym gównie, po drugiej stronie wyżej wymienionego zwierza (wszystko to, to oczywiście okraszona smacznym humorem metafora <śmiech>). Tak czy owak, to imię mi bardziej odpowiada. Jest odpowiednie


dla mężczyzny, Lechity. C.P.: W twoich wypowiedziach, jak i w twórczości przewijają się słowa takie jak "tworzycielstwo" czy "wspakultura", które jednoznacznie przywodzą mi na myśl dorobek filozoficzny Zadrugi twórczość Stachniuka czy Wacyka. W jakim stopniu identyfikujesz się z ich ideologią? B.: Zgadzam się ze Stachniukiem i Wacykiem(jak i z Fryderykiem Nietzsche) co do kwestii Judeochrześcijaństwa. Zgadzam się z analizą rozwoju polskiej myśli (jak i całej Słowiańszczyzny). Zgadzam się, że potrzebujemy religii narodowej - nowej formy duchowości, która mogłaby potęgować w nas to, co nazywamy nadludzkim. Jestem też o wiele bardziej pozytywnie nastawiony do ruchów neopogańskich pokroju Słowiańskiej Wiary, do ruchów teistycznych, niż był Stachniuk, który równał takie fronty myślowe z balwierstwem. Uważam, że ludzie są

różni. Nie ma uniwersalnej prawdy dla każdego. Zgadzam się z klasycznymi zadruzanami co do kwestii gospodarczych, co do kwestii organizacji społecznej

10

(kolektywizm narodowy). Podobnie jak ich, mnie również urzeka mgła legendy dawnych Słowian i podobnie jak oni nie uważam, że mamy bezmyślnie rekonstruować to, co było kiedyś. Nie potrzebne nam dogmaty ani prorocy czy księgi wiekuiste. Nam potrzeba duchowości prawdziwej i idącej z duchem wieku. Duchowość jest narzędziem człowieka w drodze ku dalszej ewolucji świata. To czyni nas bliższych Bogom. No i właśnie koncepcja istnienia czegoś poza tymże światem, który znamy, czegoś inteligentnego. Mnie ta koncepcja nie odrzuca tak jak odrzucała Stachniuka. C.P.: I tu dochodzimy do arcyciekawego pytania: co z Siłami Wyższymi? Jak je postrzegasz? B.: Dawniej byłem przekonany, że żadne takowe siły nie istnieją. Ale skądże ja mogę o tym wiedzieć? Świat jest czymś absolutnie niezwykłym i niezbadanym. Często fantazjuję sobie o różnych koncepcjach Bogów. Może jesteśmy Bogami tego świata, stworzonymi w wyniku eksperymentów genetycznych, przez wyższych Bogów, przybyłych z innego świata? Może teraz my, modyfikując własne geny, urośniemy do rangi tak inteligentnej formy bytu, że odwiedzimy naszych stwórców? Może jest taka hierarchia, że oni powstali w wyniku jednakowego eksperymentu? A może świat po prostu jest? Może nie ma odpowiedzi? To, że w naszej głowie wszystko musi mieć koniec i początek może mieć się nijak do wszechświata. Ale to wydaje się mało prawdopodobne. Osobiście wierzę, że są Bogowie - ale bardziej


Lovecraftowsko biologiczni niż dziwne duchowe stwory z bajek. Bogowie stworzyli nas wysyłając na naszą planetę bakterie. Jesteśmy eksperymentem. Jeśli eksperyment się uda będziemy modyfikować siebie do tego stopnia, że sami będziemy jak Bogowie. A nieśmiertelność? Kiedy uda nam się kopiować dane z mózgu, jak z komputera, a może i rozgryźć czym jest dusza (świadomość) i dlaczego maszyna biologiczna jest bardziej żywa niż maszyna cyfrowa - może dzięki transgenicznej eugenice dotrzemy do tego punktu, że sami będziemy nieśmiertelni i boscy? Taka wizja świata mi się podoba. Chciałbym w nią wierzyć i w sumie wierzę (choć nie zastanawiam się nad tym i nie buduję sobie dogmatów wiary). Nad Bogami, którzy nas powołali do życia pewnie byli Bogowie, którzy ich powołali do życia w tenże sam sposób. A gdzieś tam na szczycie może jest coś jeszcze wyższego? Dowiemy się może, gdy dojrzejemy choćby do poziomu naszych stwórców. Nazwij mnie fantastą, ale to wydaje mi się dużo bardziej wesołym mitem (przy czym dużo mniej baśniowobzdurnym) niż wszelkie Biblie dawnych ludów semickich. C.P.: A co z życiem po śmierci? Nawia, Valhalla, czy może reinkarnacja? B.: Co do życia po śmierci fizycznej - może to instynkt w mojej łepetynie (pozwalający mi nie myśleć o nicości, która czekałaby mnie po śmierci) ale wierzę, że dusze przodków żyją w nas. Że my kiedyś do nich dołączymy. Że połączymy się z wszechświatem, może reinkarnujemy, tak jak wierzyli odlegli w czasie Ariowie? A może złączymy się z Bogami najwyższymi? No powiedzmy, że wierzę w to na przekór zdrowemu rozsądkowi. Po śmierci przekonam się (albo nie

11

przekonam, hehe) czy miałem rację w tym swoim wierzeniu. Nie uważam jednak, by taka wiara była słabością, nawet jeśli miałaby okazać się bzdurą. Nawet ze stuprocentowo materialistycznego punktu widzenia, coś co odwraca moją uwagę od depresyjności myślenia o śmierci, to bardzo korzystny instynkt. C.P.: A co z Rodzimowierstwem? B.: Rodzimowierstwo to ciągłość tradycji rodowych. To także naturalna, ludzka i ziemska religia, tak bardzo inna od upajającej mocy duchowych absyntów z egzotycznych krain. To przede wszystkim naturalna, zdrowa pożywka dla ducha, po której nie będziemy mieć osuszającego kaca i która nie zamieni nas w beznadziejnych, marnych degeneratów. Wręcz przeciwnie - to pełnowartościowe pożywienie dla duszy (nie jakiś tam fast food z pustynnego świata). C.P.: Co sądzisz o wyodrębniającej się subkulturze Pogańsko Black Metalowej? B.: Moim zdaniem subkultura "Pagan Black Metalowa", która jest pomostem pomiędzy narodową "skinerką", a równie narodowym "metalowaniem", może być dobrym wyborem na nowy nurt alternatywnej mody młodzieżowej. Z resztą właściwie już staje się taką alternatywą. Cieszy mnie to niepomiernie. Subkultury są młodzieńcze (choć nie muszą być dziecinne). To taki mundur - naturalnie wokół tego formuje się stado wilcząt, zorganizowanych wokół jednej idei. Bardzo podoba mi się ta tendencja


w polskiej muzyce - rodzima, słowiańska tendencja. C.P.: Czyli z tego wynika, że tak zażartuję, że narodowiec może mieć długie włosy? B.: Co do fryzury - podejrzewam że tacy narodowcy z krwi i kości, jak na przykład wojowie Masława odpierający judeochrześcijańskich najeźdźców, mieli co do jednego czupryny, wąsiska i brody. Fryzura to fryzura. Styl to styl. Jeśli modniejsze dziś są długie włosy, to niechże narodowcy noszą długie włosy. Tym sposobem zaciekawią więcej młodych ludzi poszukujących prawdy i wiary. C.P. : Pozwól, że wrócę do spraw nieco bardziej przyziemnych. Jak wygląda twój plan wydawniczy na najbliższy okres? B.: Obecnie mam zamiar stworzyć serię utworów o charakterze Ambientowym, z dużymi naleciałościami średniowiecznego Folku Europy. Będzie trochę czystego wokalu, trochę recytacji. Będą też fragmenty Black Metalowe. Utwory raczej będą długie, trwać będą około 15 minut jeden. Muzyka będzie czymś zupełnie nowym, tysiąckroć lepszym od wszystkiego, co do tej pory nagrałem. Zupełnie nowa jakość brzmienia i dużo bardziej złożone kompozycje. Każdy utwór będzie płynącą Ambientową falą, wypełnioną echami bitew, przechodzącą stopniowo w energiczną, inspirowaną Chopinem kompozycje, jak najbardziej stylizowaną na klasykę. Dalej będą fragmenty recytacji, elementy Black Metalowe. Żaden utwór nie będzie jednostajny i jednolity, jeśli chodzi o styl. Płyta będzie możliwie długa, a tekstom poświecę więcej uwagi niż do tej pory. Będzie w warstwie tekstowej sporo

12

nawiązań do Stachniuka, Wacyka (co za tym idzie do Nietzschego również), do legend, mitów nie tylko słowiańskich, ale i perskich, indoaryjskich, bałtyjskich. Będzie to mistyczna podróż po krainie herosów i mitów o bohaterstwie. Będzie to wszystko okraszone dźwiękami natury. Tak to wygląda w mojej głowie. Produkt końcowy zobaczymy w ciągu miesiąca (jak dobrze pójdzie, bo mam problemy ze sprzętem i wymaga on zdecydowanej modernizacji). Inspiracją tego projektu jest dorobek Lord' Wind, Graveland, Wojnar, a przede wszystkim arcymistrza polskich kompozytorów – Fryderyka Chopina. C.P.: Nie mogę się doczekać. To by było na tyle, dzięki za udzielenie wywiadu. Ostatnie słowo należy do ciebie. B.: SŁAWA BOGOM, PRZODKOM I PRZYSZŁOŚCI! OBY BYŁA PEŁNA ZWYCIĘSTW I SŁAWY!


Fantasmagoria architektoniczna Za co lubimy fantastykę ? Ano za to, że potrafi przenieść nas do świata, który jest dla nas totalną odskocznią od tego, z czym mamy do czynienia na co dzień. Wszechogarniająca i przytłaczająca kanciasta bezbarwność, oblepiona milionami kolorowych i bezużytecznych informacyjnych wytworów naszej cywilizacji skutecznie przenika do naszego umysłu bez jakiegokolwiek oporu. Powodując zmętnienie naszej wyobraźni. Dlatego aby zachować równowagę na tej płaszczyźnie albo długo śpimy albo pochłaniamy książki, gry, filmy itp. tylko po to, aby przez ten krótki okres czasu znaleźć się w przestrzeni, w której prymat wiedzie nasza nieograniczona wyobraźnia. Jakkolwiek tego typu media dla niektórych wciąż mogą okazać się niewystarczające dlatego też, sięgamy po środki urzeczywistniające nasze wyobrażenia. Architektura wraz z budownictwem należą do jednych z nich. Pozwalają na namacalną w większości aspektów kreację czegoś, co do tej pory istniało tylko w naszej głowie.

13

Bishop Castle budowa tego obiektu rozpoczęła się w 1969 roku. Początkowym zamysłem budowniczego Jim'a Bishop'a był zwyczajny rodzinny domek. Jednakże kiedy Bishop postanowił otoczyć swój dom kamieniami kilkoro z jego sąsiadów stwierdziło, że budowla zaczęła przypominać zamek. Bishop podłapał temat i postanowił przerobić swój dom na pełnoprawny zamek.


Mushroom House jest to współczesna rezydencja znajdująca się w miejscowości Perinton w Nowym Yorku. Całość swoim wyglądem przypomina gigantyczne muchomory wyrastające z ziemi gdzieś pośrodku lasu. Każdy grzyb składa się z 80 tonowego betonowego kapelusza spoczywającego na żelbetonowej podstawie.

Innerdalen – malownicza dolina położona w Norwegi, podobno każdy kto ją odwiedził jednoznacznie stwierdził, że to najpiękniejsze miejsce w jakim kiedykolwiek się znalazł. Drewniane chaty, które możemy w niej napotkać zostały wybudowane w czasach, w których Innerdalen przeżywała swoją świetność jako raj dla ludzi parających się wspinaczkę górską i skałkową. Jakkolwiek tradycje wspinaczkowe do tej pory jeszcze nie wygasły i domki do dziś pełnią swoją rolę goszcząc turystów z całego świata poszukujących nowych wrażeń.

14


Straw Bale Dome – czyli tzw. dom ze słomy. Ostatnio coraz większą popularność zdobywają projekty tanich, energooszczędnych i przyjaznych dla środowiska domów, do których możemy zaliczyć tzw. Straw Bale. Domy ze słomy budowano już od wieków i doszliśmy do czasów, w których odkrywamy tę technologię na nowo. Mad House wybudowany przez Dang Viet Nga. Lokalni mieszkańcy, jak i inni Wietnamscy komuniści niechętnie widzieli tę konstrukcję w swojej okolicy. Jakkolwiek w tym przypadku nie mieli wiele do powiedzenia, ponieważ ojciec właściciela domu był wysoko postawionym urzędnikiem państwowym. To co widzicie powyżej to przykład takiego domku. Swoim wyglądem bez wątpienia przywodzi na myśl kopiec Hobbitów. Budynek pełni on rolę biura architektonicznego, a także znajdują się w nim sale wykładowe, które są wykorzystywane w celu propagowania naturalnego budownictwa.

Świątynia znajdująca się w prowincji Sangkhlaburi w Tajlandi. Czyżby wieża magów z zamierzchłych czasów.

15

Damian DamSon Frukacz


16


Why did I come to this world Of sorrow why is this true Where is my dagger of sacrifice ~Burzum, Key to the gate Prolog Jesienny wiatr świszczał w ruinach starego bunkra z okresu II Wojny Światowej. Noc była zimna, a niebo zaciągnięte chmurami, które za nic nie pozwalały przebić się światłu gwiazd. Na obdrapanych murach widniały różnorakie napisy od "Wiśniewski to chuj" (z maksymalną ilością błędów ortograficznych) po "Kocham cię Zośka ". Wokół walały się butelki, pudełka po prezerwatywach i inne artefakty świadczące, iż ruiny były świadkiem niebywałych hulanek i swawoli. Wysoki mężczyzna o długich, czarnych włosach, uprzątnął śmieci w kąt, po czym przejechał po podłodze umazaną w krwi ręką, kończąc pięcioramienną gwiazdę. Podszedł do leżącej obok dziewczyny z rozerwanym gardłem, na oko szesnastoletniej. Spojrzał w jej martwe oczy, na których śmierć zamroziła przerażone spojrzenie. Ustawił ją mniej więcej na środku przestrzeni rytualnej. Nie była dziewicą. Czego mógł się spodziewać, skoro wytrzasnął ją z jakiegoś rynsztoka? A taki purytański ten kraj by się wydawał. Taka krew będzie musiała wystarczyć. Podniósł starą książkę o pożółkłych kartach. Grimoire, jak na swój wiek, trzymał się nader dobrze. Ręce trzęsły się niemiłosiernie, a oddech przyśpieszył. Teraz, skurwysyny, zobaczymy kto będzie na górze... Zapalił kadzidła i rozpoczął inkantacje. Początkowo, nie czuł nic. W pewnej chwili miał ochotę zwątpić, lecz uparcie dalej z trudem odgadywał wymowę słów zaklęcia zapisanych po starohebrajsku. Po chwili, wicher zadął agresywnie, rozpędzając dym kadzideł i podrywając liście do tańca. Mury schronu zadrżały. Działa! Młodzian uśmiechnął się do siebie i jeszcze bardziej

17

dziarsko zaczął skandować imię ducha, którego moc pragnął posiąść. - Meshuggah! Meshuggah! Meshuggah! I wtedy pojawił się. Ciężko było opisać tego ducha – wiecznie zmieniający się, purpurowo-niebieski obłok, w którym mężczyzna zdołał wypatrzyć pojawiające się i znikające twarze mężczyzn, kobiet, wiązki wyładowań elektrycznych, oczy, usta. Zjawisku towarzyszyły też słowa wypowiadane niemal losowo po polsku, suahili i norwesku, przeplatając się z obłąkańczym śmiechem. Młodzian zamknął usta i potrząsnął głową. Zauważył, że klęczy. Natychmiast poderwał się na równe nogi. Przecież to on jest tutaj szefem! Chciał coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Co właściwie miał mówić? Nigdy wcześniej tego nie robił. - Na imię mi Kruk... i masz się mnie


słuchać! Będziesz czynił moją wo... Histeryczny śmiech, niemal sprawił, że czarownikowi wybuchły bębenki. Zatoczył się, zasłonił uszy dłońmi. Nic to nie dało. To pochodziło ze środka jego czaszki. Nagle, runął na ziemię, jakby uderzony ciężką pałką w plecy. - Rozkazuję ci, demonie być mi posłusznym! -wrzasnął, próbując przebić się przez histeryczny śmiech. Nagle, wszystko ustało. Wiatr zelżał, bunkier drżał słabiej, śmiechy ucichły. Demon zmienił swoją postać. Teraz wyglądał jak opasły karzeł z baranimi rogami, o dwóch zrośniętych ze sobą twarzach, mnóstwem oczu porozrzucanych po całym ciele i mackami zamiast rąk. Kruk powstrzymał falę wymiotów. KONIEC TEJ BŁAZENADY – zahuczało mu w głowie. Wybałuszył oczy, miał ochotę krzyczeć, płakać, wzywać pomocy... ale tylko wycharczał coś niezrozumiale. MÓW, DLACZEGO ZABRAŁEŚ MI SPOKÓJ?! DLACZEGO SPROWADZIŁEŚ MNIE TUTAJ Z OTWARTEJ TONI CHAOSU?! - Ja... ja... - Kruk zauważył, że demon od dawna stoi w sferze wyznaczonej przez pentagram. Krew dziewicy, tworzyłaby bardziej skuteczną barierę ochronną. -Chcę... zemsty... chcę... pomścić ojca... - załkał. Słone łzy popłynęły mu po policzkach, a płacz wstrząsnął ciałem. Na obu ustach obleśnego karła pojawił się uśmiech obnażając podobne do igieł zęby.

18

I Ojcze nasz któryś jest w Niebie Święć się imię Twoje przyjdź królestwo Twoje bądź wola Twoja jako w Niebie tak i na ziemi chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie … ale nas zbaw ode Złego... Wiktor uczynił znak krzyża. Zawsze to robił przed pracą. Ksiądz mówił, że to ma mu pomóc. Osobiście wolał jednak naszyjnik z pazura bazyliszka - wyzwala więcej energii ochronnej. Poprawił ów amulet, by nie rozwiązał się tak jak ostatnio i zszedł po drabinie. Na dole przywitał go odór zgnilizny. Ciężkie, wojskowe buty plasnęły, gdy stanął w szlamie. Naciągnął kominiarkę na usta i nos, by warstwa materiału oddzielała go od tego obrzydliwego smrodu. Czego się spodziewać po miejskiej kanalizacji. Już nawet przestał myśleć o tym, jakie choróbska i rządne krwi bakterie przywlecze po robocie do domu – dostałby schizofrenii paranoidalnej, czy coś. W milczeniu przeładował swój P83. Dobra, polska zabawka – nigdy go jeszcze nie zawiodła. „Wychodź, skurwysynu... Zatłukę cię i wydostanę się z tego smrodu" Wyjął z plecaka foliowy, skrupulatnie zawiązany woreczek i dźgnął go końcówką noża. Wołowa krew zaczęła wylewać się przez otwór, mieszając się ze szlamem. Żwawym krokiem popędził między kanałami, często biorąc zakręty. Gdy nakreślił krwawą ścieżkę, pozostało mu czekać. Położył latarkę pod stopami , przyklęknął na jedno kolano i zaczął powtarzać mantrę. To pozwalało mu uspokoić tętno i wyostrzyć wszystkie zmysły. Czekał. Słyszał wszystkie przejeżdżające samochody, czuł aurę trzech mężczyzn,


pewno milicjantów, bo energia ich myśli ogniskowała się głównie na zepsutym kogucie w radiowozie. Mogło by być nieciekawie, gdyby nagle usłyszeli huk wystrzału – na szczęście, oddzielało ich kilka metrów betonu. I miał tłumik. Wreszcie, zbliżyło się do niego coś bardziej plugawego od otaczającego go odoru... Aura głodu i wyczerpania. Jeść, jedzenie jest blisko. Krew, krewcia, dobra krewcia... Mam cię, wodniku. Nie najadłeś się szambo-nurkiem, co? Szamaj. Czuł go coraz bliżej. W końcu usłyszał plaskanie błoniastych łap po szlamie. Żabia głowa sunęła po szlamie, łapczywie zlizując brunatny płyn. Nagle demon usztywnił się. Ohydne oczyska spojrzały na Łowcę. Wiktor strzelił dwa razy. Pokryty łuskami i śluzem tors szarpnął się do tyłu pod mocą pocisków, upadł w kałużę szlamu. Znieruchomiał. Uśmiech zawitał na twarzy łowcy. Podszedł do Wodnika i pochylił się. Przypominał człowieka o twarzy ropuchy, o nienaturalnie mizernych i chudych członkach. Wiktor dobył karabeli ( większość takich jak on używa do tego celu maczet, ale on dostał tę karabelę od dziadka i miał do niej sentyment – myślokształt ostrza jest wtedy silniejszy, lepiej działa na demony – żadnej broni nie byłby w stanie obdarzyć takim uczuciem) i uniósł do góry. Ksiądz to bardzo staroświecki typek. Nie wystarczy mu krew, czy chociażby sam fakt, że żaden inżynier instalacji komunalnych już nie zginie. O nie, on musiał mieć głowę potwora żeby mi zapłacić za robotę. Jak w średniowieczu. Nagle wodnik złapał go za rękę i z niezwykłą siłą wykręcił, przetaczając Wiktora na plecy. Skurwysyn udawał. „Mogłem posłać jeszcze ze dwa strzały” – skarcił się w myślach Łowca. Kurwa mać. Z połączonych błoną palców wydobyły się dziesięciocentymetrowe szpony. Wiktor nie mógł dobyć broni, oblech siedział mu na biodrach i przyblokował kolanem rękę. Łowca szarpnął się gwałtownie. Cios rozerwał mu skórę na policzku, omijając szczęśliwie oko, zaś

19

wodnik stracił równowagę i spadł z mężczyzny. Ten błyskawicznie ujął za rękojeść P-83 i strzelił. Pociski poleciały w ścianę, gdyż demon uskoczył w bok. Z żabiej paszczy z syknięciem wystrzeliła dymiąca, zielonkawa ciecz. Łowca wrzasnął, gdy kwas przeżarł kamizelkę taktyczną i złapał się za bark. Wodnik skoczył i wbił pazury w spodnie na udach, impetem przyciskając mężczyznę do ściany. Ten natychmiast wypłacił prawego sierpowego w brzuch wodnika, zrzucając go z siebie. Ujął pistolet mocniej i przycisnął spust. Tym razem, wodnik nie zdołał uskoczyć, nie miał szans. Trzy kule dobiły go na amen. Chwile jeszcze drgał w konwulsjach, po czym zastygł wśród szlamu. Łowca oparł się o ścianę kanału. Jeszcze z tak twardym wodnikiem się nie spotkał. Ewoluują, kurwa, czy co? Te dwa pierwsze strzały powinny go zabić. Może źle wymierzyłem? Ważne, że demon nie żyje. Karabela gładko oddzieliła głowę od reszty cielska. Trofeum zajęło godne miejsce w plecaku, po uprzednim owinięciu w folię. Zdekapitowane truchło również zostało zapakowane w wór. Nie mogło tu zostać. Łowca wziął łupy na plecy i zatrzymał się na chwilę. Skupił uwagę na aurach znajdujących się na powierzchni. Żywej duszy. Świetnie. Ujebany w gównie, śmierdzący koleś z foliowymi worami na plecach, z bronią przy pasku, wygląda o drugiej w nocy co najmniej dziwnie. Właściwie... to o każdej porze dnia wyglądałby dziwnie. *** Zatrzymał forda, gdy uznał, że cywilizacja jest wystarczająco daleko. Wywlókł truchło, rozerwał worek. Wodnik przy pomocy benzyny i zapałek zajął się ogniem. Jako dodatkową podpałkę Wiktor użył roboczych ciuchów, z których zdążył się przebrać. Dolał jeszcze trochę środku


neutralizującego zapach i wyjął z kieszeni paczkę Zefirów i zapalił jednego. Przy okazji dotknął zaklejonego oparzenia na klatce piersiowej. Nie było tak źle, większość kwasu zużyła się na wypalenie dziury w kamizelce. Rana nie była groźna, zagoi się. Bardziej zabójcę martwiła szrama na twarzy. Znowu się ludzie będą dziwnie gapić. Nie miał już żony ani przyjaciół, więc nie musiał się nikomu tłumaczyć, ale mimo wszystko, gdy każdy przechodzień patrzy na ciebie jak na jakiegoś zakapiora z trzema szwami na ryju to nie jest przyjemnie. Kiedyś, gdy Ania jeszcze przy nim była, wymyśliłby jakąś historię, że... pomagał kumplowi przy wypadku. Wiesz, szyby rozpierdoliły się w drobny mak, a ja siedziałem niedaleko i akurat poharatały mi twarz. Kurwa, żenujące. Właśnie przez takie gadki go zostawiła. Może jakby jej powiedział, że nie pracuje w hurtowni papieru, tylko... „Zgłupiałeś? Wyśmiałaby cię." zahuczało z zakamarków jego czaszki. Głos miał rację. Nawet jeśli by pokazał jej głowę bazyliszka, łapę wilkołaka, skradzionego homunkulusa... Nie poradziłaby sobie z tym. Nie ma szans. Ten pierdolony zawód... on zmusza do bycia outsiderem. Wiktor cisnął ze złością peta w dopalające się zwłoki. Szarpnął za klamkę i po chwili już był w drodze do domu. *** - Pochwalony. - Wiktor wszedł do zakrystii i zamknął drzwi za sobą. Ksiądz Teodor był sam, siedział za swoim biurkiem. - Na wieki wieków... Udało się? Wiktor bez słowa trzasnął torbą o blat, rozsunął zamek i wydobył foliowy worek. Odwinął. Pomieszczenie owiał smród ścieków, zgnilizny i zdechłej ryby. Żabie oczy patrzały się bez wyrazu na kapłana, zaś otwarte szczęki pełne drobnych ostrych ząbków odsłaniały długi i lepki język. Katolik wzdrygnął się i przysłonił nos stułą. Jedną ręką założył okulary i zaczął uważnie przyglądać się głowie wodnika. „No i czego się tak patrzysz, z gliny tego nie ulepiłem" - łowca niecierpliwie zagryzł wargi.

20

- Dobra – powiedział Teodor – schowaj to. Pięć tysięcy, starczy? - Starczy. - Wiktor wiedział, że ze starym nie ma co się targować. Nie narzekał na płacę. - Skąd on się tam wziął? Domyślasz się może? Może być ich tam więcej? - Ślady, które znalazłem wskazywały na obecność tylko i wyłącznie jednego wodnika. Skrzeku nie złożyłby – to był samiec. Teraz można bezpiecznie łatać dziury w kanalizacji. - Wiktor wyszczerzył się – Czuję się bohaterem. Uratowałem częstochowskie ścieki. Teodorowi jednak nie było do śmiechu. Jak zawsze, ponury. Założył okulary i przejrzał jakieś papiery. - Masz szanse zostać nim jeszcze raz, Wiktorze. - Zlecenie? Tak szybko? Jestem pod wrażeniem, proszę księdza. Kapłan skarcił go spojrzeniem. Uśmiech spełzł z twarzy Wiktora, zostawiając jedynie cienką kreskę ściśniętych warg. Wiktor przysiadł naprzeciw księdza, oparł się. - Słucham. Co to jest? - Coś grubszego. Nie żaden demon w ściekach czy na wysypiskach... Ale płaca będzie proporcjonalna. Wiktor już czuł kłucie w splocie słonecznym. Lubił adrenalinę i wyzwania. Lubił szmal, dużo szmalu. Szykuje się coś ciekawego. Ksiądz zdjął okulary i spojrzał na niego swoimi wodnistymi, okolonymi zmarszczkami oczyma. Jak zawsze gdy rozmawiali, przychodził taki moment gdy milkł, bacznie mu się przyglądał i taksował wzrokiem. Przyzwyczaił się już. Na początku myślał, że próbuje czytać jego myśli w aurze, ale powieka nie drgnęła mu nawet, gdy przez głowę łowcy przelatywało „ty stary pierdoło, dziadu jeden, gadajże". Ot, taka osobliwość. - Czarownik Wilkomir... - zaczął Teodor - Nie zabijam ludzi.- warknął nagle Wiktor, lecz pohamował się natychmiast. Już raz miał z nim przyjemność, kiedy mag bawił się w porywanie dzieci. Nie udało mu się


zwyrodnialca kropnąć, toteż od tamtej pory postanowił , że nie zabije człowieka dla pieniędzy. Czarownicy to ciężcy skurwiele. Ksiądz popatrzył surowo. Łowca zauważył, że zaciera zęby, jednocześnie poczuł wstyd. Nie był jedynym łowcą w tym zaplutym mieście, choć co prawda był jedynym oddanym Eklezji. Ale to tylko kwestia pieniędzy, nic więcej. Tacy jak on, umieją szybko zmieniać wyznania. - Wiktor... zamilcz. Powinienem już dawno cię stąd wyrzucić... - Przepraszam najmocniej, proszę księdza. Dobrze wie ksiądz, że walka ze sługusami Złego... - Po prostu zamilcz i słuchaj. - Teodor warknął. Szczęki Wiktora zwarły się natychmiast niby spętane kagańcem. - Wilkomir nie żyje, zabili go mafiozi od „Grubego". Nie wiemy o co poszło, to nieistotne. Ważniejsze póki co jest, że jego syn... dosyć niewprawny mag, wnioskując po tajemniczej śmierci Grubego, o której pewnie czytałeś, pomścił swojego tatusia. – Wiktor przypomniał sobie artykuł ze wczorajszego „Metra", o tym jakoby Grublewski, lider szajki przemytniczej, nazywającej się „mafią" wydłubał sobie oczy, po czym powiesił się na poręczy własnego balkonu, używając w tym celu prześcieradła. - Problem w tym, iż demon, którego wezwał w tym celu, zawładnął jego umysłem , młodzian się przeliczył. Diabeł zniszczył jego osobowość niemal doszczętnie, nie pozostawiając mu ani grama własnej woli. W normalnych warunkach, wystarczyłby odpowiedni snajper - zmierzył Wiktora zimnym wzrokiem – ale tu trzeba twojej ręki, Wiktorze. - Co mam zrobić? - Otóż... bies ów to dosyć potężny byt, udało nam się ustalić za pomocą Widzących, że jest bardzo związany z innym wymiarem i jego obecność na tym planie wymaga zakotwiczenia go, w konkretnych punktach mocy i czerpania energii z większego obszaru... - Daemon nutrienbus - wzdrygnął się Wiktor. - Dokładnie. Więcej nie muszę ci tłumaczyć. Mapę miejsc mocy i resztę instrukcji, dostaniesz tak jak zawsze. Wiktor milczał chwilę, przetwarzając dane,

21

które przed chwilą otrzymał. To zadanie nie będzie łatwe. Jeszcze jedna, piekielnie ważna informacja. Sylwia Skuza. - Kto? - Młoda dziewczyna, mieszka na Małej, namiary również ci przyślę. Młoda ma dar, który będzie ci niezbędny w tej misji – Teodor podał mu wypis z kartoteki parafialnej, plus papiery ze szkoły. Demon posiada umiejętność tworzenia pomniejszych bytów z mazi astralnej. Sylwia potrafi je widzieć. - Ale... dlaczego... dlaczego przydzielacie mi... jakąś gówniarę? Nie mogę dostać profesjonalisty z Watykanu? A z naszego arcybiskupstwa, nie mamy nikogo na stanie, kto widziałby maź? - Ostatnim był Andrzej, który zginął przez TWOJE roztrzepanie, durniu – Ksiądz poderwał się z krzesła i nachylił gwałtownie ku Łowcy. Twarz mu poczerwieniała, a oczy zmrużył złowrogo. Wiktor mimo iż wiele paskudniejszych pysków widział, tego bał się najbardziej. Nagle uderzyła go fala goryczy. Przed oczami stanął mu obraz, jak Andrzej, upada pod ciosem japońskiego miecza, trzymanego między szponami Ghula. Poczuł jego krew bryzgającą mu na twarz. W gardle uwiązł mu krzyk. Nie zabezpieczył terenu, gdy Mistyk medytował, był pewien, że wszystkie zombie przybił osiką. Sam ledwo uszedł z tej walki żywy. - Ja uganiam się, bronię cię własnym kosztem, trzymając cię na granicy ekskomuniki, już dawno powinienem wyrzucić cię na zbity pysk i przyjąć nowego łowcę, odpowiedzialnego, słownego, a nie takiego amatora, jak ty! To jest twoja ostatnia szansa, więc zamilcz, dobrze ci radzę!!! Usiadł zdyszany. Wiktor wbił wzrok w czubki butów, jak łajane dziecko. - Znajdziesz ją i zajmiesz się jej uświadomieniem, po czym przy jej pomocy wypełnisz misję i ją nam oddasz. Coś tu jest niejasnego? Osobiście, nie dawałbym ci jej,


żeby nie skończyła jak Andrzej, ale nie mam wyboru. Czasu nie jest dużo, a demon wysysa życie z tego miasta. Wysysa życie z NASZEJ domeny! znowu się uniósł. Przecież... nie jestem pedagogiem... - Jakieś wątpliwości? - tym razem, Teodor przeszedł samego siebie. Mimo iż od Wiktora starszy był jakieś dwa razy, chwycił go za sweter i szarpnął do siebie, kładąc łowcę na stole. Ten, w normalnej sytuacji zacisnąłby palce na nadgarstku i wyprowadziłby szybkie retzev, ale zdziwienie sparaliżowało wszystkie jego bojowe odruchy. - Żadnych – wyszeptał Wiktor. Ksiądz pchnął go na krzesło. Odwrócił się i popatrzył przez okno zakrystii. - Idź już. Potrzebne papiery dostaniesz w ciągu trzech dni. Z Bogiem. - Szczęść... Boże... - Wiktor nacisnął klamkę i wyszedł. *** Widzący, warzywka i główne siły wywiadowcze Eklezji. Ludzie o zdolnościach wychodzenia z ciała i bilokacji porwani przez smutnych panów w garniturach, oślepieni, przykuci do łóżek. Ich praca polegała na dzieleniu swojej duszy na pół – jedna połówka zostawała w ciele w podziemiach katedry, by relacjonować co widzi druga połówka znajdująca się w tak zwanym golemie – specjalnie zakonserwowanym z punktu widzenia biologii, martwym ciele. Taka metoda ma wiele plusów – każdego szpiega można złapać i poddać torturom, prędzej czy później puści parę z gęby. Pastylki z cyjankiem potasu? Ktoś w to wierzy? Taki Widzący, natychmiast w takiej sytuacji ewakuuje się i wraca do swojego prawdziwego ciała, a golem nagle wiotczeje. Taki golem zapukał do drzwi domu Wiktora Białkowskiego. Tak jak reszta – ubrany w garnitur, krótko ostrzyżony, teczuszka w ręce. Nic nie mówił. Podał papiery i wyszedł. Łowca przejrzał dokumenty – mapa, papiery Sylwii, podrobione świadectwo ukończenia studiów w Wyższej Szkole Pedagogicznej, podrobiona umowa o pracę, topornie sfałszowane. Już lepiej by to napisał na kartce w kratkę. Chociaż – pomyślał –

22

środowisko tej młodej to totalne tępaki nie nadające się nawet do Pegeeru. Tyle wystarczy by ich zwieść. Rozłożył mapę. Na kartograficznym obrazie Częstochowy zaznaczone były trzy punkty łączące się w trójkąt – Pomnik Wdzięczności Armii Radzieckiej, Klub Monte i koksownia. Rzucił plik notatek i uwag Teodora do kosza. Nienawidził, gdy ktoś mu się wtryniał w robotę. On tu jest łowcą demonów i wie co jak ma zrobić, żeby było dobrze. Zapalił papierosa i zaciągnął się.

Konrad Czesław Pawlus


23


C o t o j e s t L A R P ?

Komiks Š Fiore

24


Krukon nr 1 - marzec 2013