Issuu on Google+

ASTRAL

Anna Wódczak-Kalińska

~1~


Astral Anna Wódczak-Kalińska

~2~


~3~


© Copyright by Anna Wódczak-Kalińska Wszelkie prawa zastrzeżone. Wersja do użytku domowego. Używanie komercyjne w całości lub części niniejszej publikacji zabronione bez pisemnej zgody autorki.

Tekst i okładka: Anna Wódczak-Kalińska Astral Anna Wódczak-Kalińska Self-publishing Free edition 2013

~4~


Mojej wspaniałej rodzinie

~5~


- Nigdy nie sądziłam, że mogło to spotkać właśnie mnie. Mimo to zawsze przeczuwałam, że istnieje coś więcej niż to, co można poczuć węchem, dotknąć dłonią czy zobaczyć na własne oczy. Nierealne zdawało się być złudzeniem wykreowanym przez szalony umysł i miało trwać całe moje dotychczasowe życie aż do momentu, w którym to, co niewidzialne dla oka, stało się dla mnie jedyną prawdziwą rzeczywistością. Mając osiemdziesiąt trzy lata i za sobą burzliwe życie, mogłabym już przemilczeć to, co faktycznie zmieniło moje spojrzenie na ten świat. Jeśli jednak komukolwiek moja opowieść sprawi jakąkolwiek ulgę, będę spokojna, że nie żyłam na próżno – powiedziała, uśmiechając się do mnie, brązowooka staruszka gibająca się na, niemalowanym od dawna, bujanym fotelu. *** Rozmawialiśmy przez kilka długich godzin na surowym tarasie szkieletowego domu usytuowanego nad – bezgranicznie czystym ~6~


– jeziorem. Zawsze będę pamiętał tę osobliwą atmosferę panującą tego dnia. Wywiad z Werą uświadomił mi, że nie wszystko jest tym, czym wydaje się być w rzeczywistości, że są na tym padole rzeczy niezależne od naszej wyobraźni i jestestwa. Uzmysłowił mi, że istnieją zjawiska, które nie śniły się największym filozofom, a żadna nauka nigdy nie odważy się o nich orzec całemu światu. Nie potrzebowałem wiele czasu, by się o tym dowiedzieć. Właściwie wiedziałem o tym całe życie. Wera przypomniała mi jednak o czymś bardzo ważnym, o czym już dawno zapomniałem. Gdyby nie tamto niecodzienne spotkanie z nią, zapewne do końca swojego życia żyłbym jak ślepiec w platońskiej jaskini. Przypuszczalnie byłby to mój świadomy wybór. Wera Masckethouse była popularną poetką schyłku XX wieku. Jej charyzma, talent i niesamowite poczucie humoru zawsze napawały mnie cichym optymizmem. Nie miałem śmiałości jednak, by mówić wprost ~7~


o mym światopoglądowym podziwie. Mógłbym zostać wyśmiany przez kolegów, najogólniej twierdząc. Naszą dewizą było przecież nie angażować się, nie podziwiać, dystansować, nie ufać i przede wszystkim zarabiać jak najwięcej na czyjejś historii. To decydowało o karierze, postępie zawodowym, pozycji w hierarchii. W branży nie rozmawiałeś o niczym innym, jak tylko o tym, jak dokopać się sensacji. Jedynie ona przynosiła w firmie widoczne dochody, nie wspominając oczywiście o potencjalnym awansie. Jeśli byłeś słaby, miękki lub nazbyt emocjonalnie podchodziłeś do sprawy, traciłeś prestiż. Taki ktoś był u nas zazwyczaj też pomijany w życiu towarzyskim. Jeśli traciłeś prestiż, lądowałeś na bruku albo zastępowałeś sekretarkę na macierzyńskim. Dla faceta lepiej było więc po męsku znieść to pierwsze. Przynajmniej w nowym miejscu pracy miałeś szansę, by podjąć etat bez etykiety bycia pantoflarzem. Los kolegów, którzy odeszli z pracy w tym charakterze, znacząco wystarczył pozostałym, by skutecznie wybić innym ~8~


z głowy jakiekolwiek – niestereotypowe w naszym środowisku pracy – zachowania. Od kiedy zająłem się dziennikarstwem, wiedziałem, że wywiad z Werą przypieczętuje moją karierę. Liczyłem na to. Niedługo miał odbyć się też coroczny konkurs dziennikarski. W 1993 r. wygrał go jakiś reporter z Nowego Yorku za nakręcenie makabrycznych scen z ubojni drobiu. Ja postawiłem w tym roku na kulturę z wielką nadzieją na zwycięstwo. Dlaczego? Sam do końca wtedy tego nie wiedziałem. Wera

była

kobietą

o

bardzo

silnej

osobowości i nikomu nie udało się przede mną zrobić z nią wywiadu. To stawiało mnie w firmie na bardzo wysokiej pozycji. Już sam fakt, że zgodziła się mnie przyjąć we własnym domu, było w pewnym sensie tryumfem. Chłonąłem więc wszystkiego, o czym mi opowiadała. Nie spamiętałbym wszystkiego, więc pilnie robiłem notatki. Zgodziła się też bez przeszkód na uruchomienie dyktafonu. Chciałem osiągnąć sukces jako ten, któremu nie tylko udało się ~9~


przeprowadzić kilkunastominutowy wywiad, ale wyciągnąć z niej wszystko, co było możliwe i warte pieniędzy – nawet jeśli miałbym tu zostać przez całą dobę. Miałem zapas kaset w podręcznej torbie. Nigdy ich nie użyłem. Przez kilka długich lat opanowałem praktycznie do perfekcji taktykę: Jedyny wywiad – jedyna szansa. Szekspirowskie życie chwilą stanowiło nie tylko moje życiowe motto. W pracy było moim drugim ja. To ono powodowało, że niejednokrotnie nie potrafiłem być człowiekiem innym niż mnie wytresowano. Nie umiałem już dawno być sobą, a może, co gorsza, zacząłem być sobą właściwie. Być może ten cham, łgarz i zmanierowany kulturowo prostak bez sumienia zwyczajnie przestał ukrywać, właściwą sobie, twarz. Dlatego też bałem się, że mnie wyczuje i odprawi z kwitkiem. Im dłuższa jednak była jej opowieść, tym bardziej zdawałem sobie sprawę z tego, jak mały w stosunku do niej jestem, jak pazerny. Nie byłem przecież ~ 10 ~


głupi. Miałem za sobą ukończone studia politologiczne. Zdało nas kilkunastu z czterdziestoosobowej grupy. Jak się potem okazało, nie było to sensem mojego życia. Polityka złościła mnie bardziej aniżeli miała interesować. Dlatego też – po otrzymaniu dyplomu – zostałem dziennikarzem. To, czego jednak mnie nie nauczono w żadnej – uczęszczanej przeze mnie – placówce pedagogicznej, to etyka praktyczna. Chorowałem na przewlekły brak inteligencji emocjonalnej. Jej ciężki stan ujawniał się każdego dnia i ostatnimi czasy ogromnie przybierał na sile. Nie starałem się poszukiwać lekarstwa. Byłem pewien, że to niegroźne zjawisko. Jakże potwornie myliłem się. Jak alkoholik zaprzeczałem istniejącym problemom. Dryfowałem bowiem bezwiednie w swoim wyimaginowanym żywocie jak cmentarna hiena, która czepia swoje zębiska każdej, byle słabszej od siebie, ofiary. Nie gardziłem nawet padliną, o ile mogłem wyszarpać dla siebie jakiś mały kęs. Smak zwycięstwa ~ 11 ~


często miewał gorzki smak. Ale któżby to chciał pamiętać? Było minęło. Nie miałem czasu, by myśleć o tym czy postępowałem właściwie, czy grałem fair play, czy odstawiałem farsę. Byłem zbyt zajęty teoretycznym zrywaniem skór z ofiar i serwowaniem ich symbolicznego mięsa moim przełożonym pobratymcom. Co więcej, co miesiąc brałem za to pensję czterokrotnie powyżej krajowej przeciętnej. Byłbym głupcem, gdybym to najzwyczajniej w życiu odrzucił w imię jakichś wyobrażeń, ideałów czy zasad moralnych. Nie sądziłem, że ta stara, ledwo chodząca o własnych siłach, kobieta, zmieni moje dotychczasowe życie w tak drastyczny sposób. Jeśli ktokolwiek wcześniej powiedziałby mi o tym, co mnie czeka za parę lat, zaśmiałbym mu się głośno w twarz i popukał w czoło. *** - Byłam naturalną brunetką o szczupłej sylwetce. Nigdy nie narzekałam na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Miałam też kilku prawdziwych ~ 12 ~


i sprawdzonych przyjaciół, których poznałam w szkole elementarnej i z którymi utrzymywałam kontakty do późnej starości. Obecnie każdy z nich wącha już kwiatki od dołu – zaśmiała się krótko. – Jako dwudziestolatka miałam jednak sympatię, która na zawsze będzie zajmować to szczególne miejsce w mym sercu – uśmiechnęła się zalotnie staruszka. – Jake był starszy ode mnie zaledwie o dwa lata. Dane nam było podążać w życiu tą samą ścieżką. Przeżyłam z nim najwspanialsze chwile, choć były zbyt krótkie, by się nimi w pełni nacieszyć. Dziś już jestem stara i nikomu niepotrzebna. Zanim jednak zamknę ostatni rozdział, muszę z siebie wyrzucić tajemnicę, którą strzegę od niespełna pół wieku. Tim i Ariana są dziś już na tyle dorośli, że dadzą sobie beze mnie doskonale radę. Mają swoje rodziny. Nikomu, jak do tej pory, nie opowiedziałam tej historii. – Wera bezwolnie podniosła się z fotela, który bujał się jeszcze po jej odejściu w stronę zewnętrznych drzwi jej domu. ~ 13 ~


Zaprosiła mnie do środka. Wskazała starą, skórzaną kanapę w salonie, sama odchodząc w stronę – wyraźnie już nieaktywnego – kominka. Z jego wnętrza wyjęła metalowe puzdrełko kształtem przypominające płócienny kordonek. Otworzyła je wolno kościstymi, trzęsącymi się dłońmi, zakończonymi purpurowymi paznokciami, z których gdzieniegdzie odpadał lakier. Siadając po drugiej stronie kanapy, podała mi je, uważnie mi się przyglądając. Ująwszy je w dłoni, otworzyłem ostrożnie przedmiot, który zaskrzypiał, gdy odpinałem, zamontowaną na nim, zardzewiałą klamrę. W środku, na atłasowej poduszce, leżał pierścień ze starego złota, na którym niewyraźnie dostrzegłem wygrawerowany samolot z lat, jak się domyślałem, czterdziestych. - Od kogo go Pani dostała? – spytałem z nieskrywaną ciekawością. - Od mego zmarłego męża – powiedziała tajemniczo staruszka. – To długa historia, której nie sposób zrozumieć w kilka minut. ~ 14 ~


- Mam dużo czasu – powiedziałem, uśmiechając się do niej. – Chętnie posłucham – dokończyłem z nadzieją w głosie, że się nie rozmyśli. - Zapewne, chłopcze. Historia ta potrzebuje jednak odpowiedniego zrozumienia. Nie każdy je w sobie posiada, chłopcze. Wydaje mi się jednak, że jesteś inny. Twoje oczy są zagubione, ale jeszcze nie ślepe. Historia ta nie wymaga też żadnej interpretacji. Interpretacja ją zniszczy. Musi zostać pojęta wprost. Ludzie nie rozumieją wielu rzeczy, a może nie chcą rozumieć. Jeśli czegoś nie rozumieją, interpretują. Interpretacje interpretacji rodzą kolejne sfałszowane fakty, w których nie ma nawet ziarenka prawdy. Jeśli już niczego nowego nie potrafią wnieść, znowu interpretują stare kanony, by na powrót zyskać pochlebstwo mas. To błędne koło, które prawdy do życia nie wnosi, jeno zamęt, chaos i wieczną walkę. Możesz zostać źle zrozumiany. Mnie samą niedużo obchodzi, co pomyślą o mnie. Zostało mi niewiele czasu, dlatego tym

~ 15 ~


bardziej chciałabym pomóc komuś, kto tej pomocy potrzebuje. W życiu jest za wiele destrukcji, małostkowości, grubiaństwa. Ludzie przestali prawdziwie kochać samych siebie i świat, który ich do istnienia powołał. Na świecie jest niewiele tych, którzy dzierżą w dłoniach pochodnie. Ich rola jest największa, a wdzięczność żadna. Pamiętaj o tym, zanim dokonasz w swoim życiu jakiegokolwiek wyboru. - Proszę się o nic nie martwić, Pani Wero. Opublikuję to, co Pani uzna za stosowne – odpowiedziałem. - Nie, Karl. Opublikujesz wszystko albo nic – odrzuciła prędko. – W życiu trzeba być konsekwentnym. Jeśli zrozumiesz przekaz, opowiesz innym. Jeśli nie pojmiesz, odrzucisz, poszukasz bardziej sprzedajnych tematów – odparła, jakby mnie znała na wylot. Jej oczy przeszywały moje intencje jak rentgen. – Chciałbyś ode mnie pewnie jakieś niepublikowane zdjęcia z gangsterskimi vipami czy ściśle tajne dane. A może kilka, ukrytych w szufladach, starych poematów? ~ 16 ~


Jednak to, o czym Ci dziś opowiem, jest więcej warte. Tamte rzeczy są niczym w porównaniu z tymi informacjami, które pragnę Ci przekazać. – I zaczęła swoją, niemal niekończącą się, opowieść. - Jake od dzieciństwa był nieznośnym kompanem. Bujał się na trzepaku, żeby mi pokazać, że potrafi to lepiej ode mnie, a kiedy samotnie skakałam w gumę przy kamienicy, w której mieszkaliśmy z rodzicami, z okna swojego domu z trzeciego piętra, potrafił napluć mi na głowę, żeby tylko mnie zaczepić. Jakże ja go nie znosiłam! Były jednak chwile, gdy musieliśmy bez przekory zostawać razem. Nasi ojcowie pracowali dla jednego człowieka. Ich praca była niebezpieczna, ale dochodowa. Rozwozili nielegalny alkohol dla jakiegoś macho w okolicy. Panowała recesja, kwitł czarny rynek, a gangi Al Capone radziły sobie ze wszelkimi problemami we własny niezawodny sposób. Bałam się o tatę każdego dnia. Tymczasem Jake stracił matkę, mając dwa lata. Umarła na gruźlicę.

~ 17 ~


Nami opiekowała się moja mama, poniekąd i jemu zastępując matczyną czułość. Do dziś czuję w ustach jej miętowe, litewskie pierogi. Była cudowną kobietą. Ojciec poznał ją na polskiej wycieczce. Bardzo ją kochał. A ja nie przeżyłabym spokojnie tego trudnego okresu, gdyby nie jej ciągłe zapewnienia i mocne przekonanie, że wszystko co złe, kiedyś się kończy. Całymi dniami chodziliśmy z Jake’iem jako dzieci na kolanach, poszczekując na siebie. Gdyby założono nam wtedy kagańce, ktoś mógłby rzeczywiście pomylić nas z rozwydrzonymi, bezpańskimi psami i zadzwonić po hycla. Tak nasze dzieciństwo zleciało na beztroskiej zabawie, nieograniczonej problemami okresu politycznego, w którym przyszło nam żyć. Po kilku długich latach chadzaliśmy do tej samej szkoły. Jake, o dwie klasy starszy, służył mi radą i pomocą przy lekcjach, a ja wdzięcznie wzdychałam do niego w ukryciu. Do kamienicy wracaliśmy razem, bo tak było bezpieczniej. Rozmowy były ogólnie ~ 18 ~


o niczym, ale były zabawne. Zawsze było się z czego pośmiać. Nikt na świecie nie opowiadał takich dowcipów jak Jake. W drodze popychaliśmy się, zaczepialiśmy, opowiadaliśmy zakazane historie. Z nim każdy dzień wyglądał wyjątkowo i był pełen barw. Pamiętam, jak pod koniec mojej szkoły, gdy on uczęszczał już do liceum, spoglądał na mnie z nieskrywanym zaskoczeniem, jak podrosłam. Wcześniej traktował mnie jak kumpla albo młodszą siostrę. Parę lat później, gdy spotykaliśmy się gdzieś na korytarzu tej samej kamienicy, a nasze drogi już nieco bardziej się rozeszły, spojrzał na mnie w końcu jak na kobietę. Mając dziewiętnaście lat, wyglądałam na dużo starszą i miałam bardzo duże powodzenie u rówieśników przeciwnej płci – rzuciła, wskazując na swój, przykryty swetrem i apaszkami, obwisły biust z wdzięcznym uśmieszkiem byłej nastolatki. – Kandydatów było co niemiara: studenci, budowlańcy, straganiarze. Mimo trudnej sytuacji, stać ~ 19 ~


nas było, bym studiowała angielski. Miałam jednak głowę pełną innych pomysłów. Pisałam swoje pierwsze wiersze do szuflady i nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by później ktoś mnie po wielu latach wspominał jako zdeterminowaną patriotkę czy wieszcza w kobiecej postaci. Byłam sobą, w swoim żywiole, pragnęłam krzyczeć i bronić ojczyzny, praw człowieka i jego wolności. Byłam bardzo zajęta i odganiałam męczących adoratorów. Zresztą nie byli w moim typie. Gdy o tym wszystkim zapominałam, na pierwszym planie był Jake, młody mężczyzna o ciemnych, prostych, dłuższych włosach, które niezdarnie okalały mu, beżowo zabarwioną, twarz. Zielone, wyraźne oczy, gdy wpatrywały się we mnie, a mogłabym się w nich bez tchu zapomnieć, bez słów mówiły mi wszystko, o czym chciałam od nich usłyszeć. Nie był najprzystojniejszym facetem na Ziemi. Był po prostu wyjątkowy. W istocie bardziej urzekł mnie swoją niezwykłą osobowością.

~ 20 ~


Jego zainteresowania zawsze kręciły się wokół samolotów myśliwskich i pasażerskich. Kolekcjonował modele, zbierał informacje o przelotach. Jego pragnieniem było zostać pilotem. Był inny niż wszyscy. Miał tę, nieposkromioną w sobie, pasję, której był wierny do końca. Kilka lat później tworzyliśmy już rodzinę w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie wyobrażałam sobie inaczej. Musieliśmy być razem. Byliśmy sobie przeznaczeni. Nasza młodość spędzona już wspólnie była burzliwa w sensie pozytywnym. Ta część naszego żywota tworzyła romans jak w niejednej idyllicznej książce dla starych panien. Było w niej sporo pikanterii, żarliwej namiętności, które jednak trwały dość krótko. To były cudowne lata. Zachowam je w mej pamięci na zawsze. Potem przyszła szara codzienność. Jake pracował na lotnisku w Bostonie dla linii lotniczych Continental, a ja próbowałam swoich sił w dziennikarstwie, ale skończyło się na pisaniu lokalnych, darmowych ~ 21 ~


artykułów. Odrzucano też moje podania do redakcji, twierdząc, że nie spełniam warunków z powodu braku doświadczenia. W międzyczasie zdecydowaliśmy z Jake’iem, że czas powiększyć rodzinę. Bardzo tego pragnęliśmy. Czuliśmy, że gdzieś w nas wykluł się instynkt przetrwania gatunku, przed którym staraliśmy się egoistycznie ukrywać przez ostatnie miesiące. Najpierw, w 1935 r., na świat przyszedł Tim, a trzy lata później – ku naszemu zaskoczeniu – śliczniutka Ariana. Byliśmy szczęśliwi. Dzieci wzbogaciły nas o kolejne piękne doświadczenia. Za nic oddałabym tych chwil.

na

świecie

nie

W sumie Jake utrzymywał całą naszą rodzinę. Zarabiał dość dużo na tamte czasy i nie miał z tym większych problemów jako cywilny pilot. Nigdy nie był materialistą. Myślę, że świetnie poradziłby sobie w każdej jednej innej pracy. Po prostu umiał tak szczerze cieszyć się tym, co posiadał. Pamiętam, jak w 1940 r. kupił nam pierwsze radio. Kosztowało masę pieniędzy, a on ~ 22 ~


zwyczajnie nam je przywiózł, uśmiechając się od ucha do ucha. Wreszcie mieliśmy kontakt ze światem. To było niesamowite, kiedy dowiadywałeś się o tylu sprawach naraz i to z jednego źródła. Czuliśmy się tak, jakby nas ktoś obudził z jakiegoś głębokiego snu. W rok po urodzeniu Ariany i ja zaczęłam poszukiwać zatrudnienia. Jednak wciąż nie miałam szczęścia, by otrzymać jakiś porządny angaż. Aby ulżyć mężowi, imałam się garmażerki, a potem pomagałam odpłatnie sąsiadce przy wychowywaniu dzieci. Później, gdy Jake otrzymał awans, podjęliśmy decyzję, bym poświęciła się poezji, która dawała mi wiarę we własne siły. To pozwoliło mi zajmować się domem i dziećmi, a jednocześnie odbudowało moją wiarę we własne siły. To był jego pomysł i do dziś jestem mu wdzięczna za to, że zawsze był dla mnie oparciem, motywował mnie duchem i zarażał tym swoim niepowtarzalnym optymizmem.

~ 23 ~


Potem przypadkiem dowiedziałam się o jego śmierci. Zginął w 1943 r. podczas lotu do Chicago. Tej katastrofy nie przeżył nikt z załogi ani żaden z dwudziestu jeden pasażerów. Informację podało mi jego ulubione radio. Douglas DC-3, którym Jake latał dość często, miał być sprawdzony przed tym lotem. Najpierw podejrzewano błąd pilota, ale ja dobrze znałam Jake’a. Zresztą była z nim załoga – świetni ludzie, profesjonaliści. On często latał tym samolotem i mówił, że żadnej maszyny nie zna tak dobrze, jak tej. W końcu, po oględzinach silników, moje przypuszczenia się potwierdziły. To była awaria sprzętu. Łożysko turbiny od silnika się zatarło. Szczątki wraku znaleziono w górzystych terenach Whitesville w stanie Nowy York, a więc niemal w połowie drogi. Ciał nie udało się w całości zidentyfikować. Większość nie odnaleziono. W jakiś miesiąc po wypadku, zostałam zaproszona do Nowego Yorku, by zidentyfikować jego zegarek i metkę od

~ 24 ~


spodni. Rozgoryczona i totalnie załamana postawiłam mu w Bostonie symboliczny pomnik, na którym corocznie, w dniu jego śmierci, stawiam zawsze świeże goździki. To kwiaty, które mi kupił, gdy się oświadczył. Dzieci miały po pięć i osiem lat. Moje życie właściwie legło w gruzach. Mój żal był niezmierny, a cierpienie bezgraniczne. Dzieci także nigdy nie pogodziły się ze śmiercią swojego taty. Utraciłam sens na kilka dobrych lat, a myślałam, że do końca życia będę żyła już jak wrak człowieka. Życie nabrało barw szarości, straciło swój tęczowy blask. Każdy kolejny ranek był dla mojej małej rodziny trudny do przetrwania. Wszystkie obowiązki spadły na mnie jak grom z jasnego nieba. Z początku nie potrafiłam sobie z tym wszystkim poradzić. To było ponad moje siły. Za dnia wegetowałam niczym zaprogramowany robot, by nocą łkać do poduszki jak zarzynane cielę. Dla dzieci musiałam pełnić podwójną rolę. Byłam im matką i ojcem. Choć było to ciężkie zadanie, nigdy tak ~ 25 ~


naprawdę nie poddałam się. Nie było mi wolno. Tęskniłam za nim tak bardzo. Serce kroiło mi się na kawałki, gdy patrzyłam, jak tęsknią dzieci. W rzeczywistości nie potrafiłam im go zastąpić. Pewnej nocy miałam dziwny sen. Śnił mi się Jake. Wyciągał do mnie swoje, niemal przezroczyste, ramiona. Płakałam ze szczęścia, że znów będziemy razem. Kiedy tylko próbowałam go dotknąć, obudziłam się rozczarowana, że był to tylko sen. Pamiętam, jak próbowałam zasnąć jeszcze raz, by przyśnił mi się ponownie. Niestety, nie udało mi się. Znów byłam sama, potwornie samotna, zrozpaczona. Jakże wtedy pragnęłam być tam razem z nim! Tak egoistycznie pragnęłam umrzeć i być z nim! Lecz nie mogłam. Musiałam wychować dzieci. *** Wszystko zmieniło się w pewien jesienny poranek. Było to kilka lat po katastrofie. Pracowałam w elementarnej szkole na tymczasowym kontrakcie jako nauczyciel ~ 26 ~


angielskiego. Tim kończył już średnią szkołę w innej części miasta. Ariana miała kłopoty w nauce i pomimo że dużo z nią ćwiczyłam, wiedziałam, że właściwym powodem był brak ojca. Tęskniła za nim. Była wtedy za malutka, by zrozumieć, że to był wypadek. Tim radził sobie z tym lepiej, ale uciekał w nieodpowiednie towarzystwo. Wtedy odprowadzałam Arianę do jej nowej korepetytorki. Miałam ją odebrać dwie godziny później. W drodze po córkę postanowiłam zrobić niewielkie zakupy na obiad. Przechodziłam przez ulicę w kierunku sklepu po brukowej kostce. Wtedy zdarzył się niespodziewany wypadek. Uderzył we mnie samochód, gdy byłam już prawie na przeciwległym krawężniku. Nic więcej nie pamiętam. O wszystkim dowiedziałam się w szpitalu. Pielęgniarki troskliwie się mną opiekowały, a lekarze ratowali mi życie. Na szczęście, oprócz śpiączki, doznałam tylko niewielkich obrażeń ciała, miałam złamaną nogę i wstrząs mózgu. Żyłam i to było ~ 27 ~


najważniejsze. Kilka dni w szpitalu leżałam nieprzytomna. Mówiono mi, że mogło być o wiele gorzej. W tym czasie dziećmi opiekowała się moja starsza siostra, która przyleciała z Tennessee natychmiast, gdy tylko dowiedziała się o wypadku. Jej pomoc była doprawdy nieoceniona. Sprawowała opiekę nad dziećmi, załatwiała za mnie wszystkie formalności i prowadziła dom. Sama nie założyła rodziny. Była wędrownym typem kobiety, z którym żaden mężczyzna nie mógł wytrzymać. Nie miała dużych obowiązków, dlatego nie sprawiało jej trudu zastępowanie mnie praktycznie na pełnym etacie. Moja rehabilitacja trwała długo. Dochodziłam do siebie około roku, ale byłam zdyscyplinowana i udało mi się. Potem odbyła się trudna i moja pierwsza w życiu rozprawa sądowa. Otrzymałam, co prawda, odszkodowanie powypadkowe. Zajęło mi to mnóstwo czasu i nadwyrężyło nerwy. Sprawcą wypadku był mężczyzna, który spieszył się do pracy i niepostrzeżenie

~ 28 ~


wjechał na chodnik w momencie, w którym na niego wchodziłam. Nie wiadomo, dlaczego zjechał z ulicy. Na początku sprawiał mnóstwo problemów, lecz pod koniec sprawy dał za wygraną. Otrzymałam symboliczne pieniądze, które może nie dawały wielkiej satysfakcji, ale na pewno sprawiły, że sprawiedliwości stało się zadość. Wróciłam do pracy w szkole. W końcu musieliśmy z czegoś żyć. Kate zbyt długo nas finansowała. Ta sytuacja bardzo mnie zmieniła, a przede wszystkim zbliżyła mnie i siostrę, z którą od lat nie rozmawiałam po śmierci naszych rodziców. Po tym wypadku nasz kontakt bardzo się poprawił. Dzieci szybko wydoroślały, stały się bardzo samodzielne i odtąd bardzo mi pomagały. Ale nade wszystko zmieniło się coś jeszcze. Całe moje nastawienie do życia uległo diametralnej zmianie. ***

~ 29 ~


Pewnego dnia dzieci były w szkole. Przebywałam w tym okresie na tygodniowym urlopie. Tylko od czasu do czasu dzwoniono z sekretariatu szkoły w sprawie bieżących uzgodnień i decyzji. Zamierzałam jednak odpocząć, póki miałam ku temu okazję. Choć tęsknota za Jakem wciąż była silna, bieżąca rzeczywistość zmuszała mnie do myślenia o problemach dnia codziennego. Myśli o nim pomału się zacierały, a ja zapominałam o tym, jak wyglądał. To sprawiało mi dotkliwy ból. Zamierzałam przyszykować obiad, by dzieci po szkole zjadły. Potem planowałam pomóc im przy lekcjach. Postanowiłam najpierw wyczyścić stary kominek przed rozpaleniem, więc poszłam do salonu. Stałam zamyślona, wpatrując się w niego i wspominając. Zbudował go Jake. Zawsze, gdy w nim rozpalałam, myślałam o nim. Wtedy zobaczyłam w palenisku wysoki płomień ognia, który po niecałej minucie zniknął. Nie rozpalałam w nim tego dnia jeszcze, dlatego byłam poważnie zdziwiona. Po kilku

~ 30 ~


sekundach zjawisko zniknęło i byłam przekonana, że było to jednak przywidzenie. To mógł być skutek uboczny wstrząsu mózgu, jakiego doznałam w wypadku – przeszło mi przez myśl. To niemożliwe, by takie rzeczy działy się naprawdę – pomyślałam i zabrałam się do rozpalania drew. Chwilę jeszcze ogrzewałam się przy kominku, pilnując ognia. Zamknęłam szklane drzwiczki i wyszłam do kuchni, przygotować obiad. Krojąc warzywa na zupę, pogrążyłam się we wspomnieniach o Jake’u. Świetnie gotował. Zawsze wszyscy woleliśmy, jak przygotowywał posiłki. Odwrócona od wewnętrznej strony drzwi w kuchni, poczułam chłód, który przeszył mnie po plecach. Odwróciłam się naprędce, ale nic nie zauważyłam. Sprawdziłam w całym domu wszystkie okna, ale były zamknięte. Nie mogło dojść do przeciągu. Zamknęłam drzwi wejściowe. Będąc lekko zaniepokojona, skończyłam przygotowanie obiadu i postanowiłam poczekać na powrót dzieci.

~ 31 ~


Zapomniałam o tym incydencie naprędce, gdy tylko pomyślałam o czytaniu. Udałam się do salonu, aby przeczytać kolejny rozdział mej ulubionej książki i przeczekać do powrotu Tima i Ariany ze szkoły. Po dłuższej chwili w kominku trzasnęły drwa. Zerknęłam na rozpalające się kawałki, wpatrując się w jasny, ciepły ogień. Nie zauważyłam, kiedy książka osunęła się z moich dłoni i wypadła na podłogę. Moje ciało przestało reagować. Odczułam, że był to brak reakcji na ciele fizycznym, jak to teraz precyzyjnie umiem określić. Wtedy nie do końca chyba sobie zdawałam z tego sprawę. Miałam jednak pełną świadomość tego, co się ze mną dzieje. Przy zamkniętych powiekach, półleżąca na kanapie, wyczułam lub usłyszałam trzy postacie w moim domu. Widziałam przy zamkniętych powiekach światło, jakie ich otaczało. Później długo rozwiązywałam zagadkę, w jaki sposób udało mi się je dostrzec. Słyszałam jakby rozmowy, gwar i ich nagłe wtargnięcie do salonu. Postacie poruszały się szybko w moim

~ 32 ~


kierunku w jakimś ściśle określonym celu. Nie mogłam się ruszyć, aby pospiesznie uciec. Nie zauważyłam też, kim były. Odczuwałam paniczny lęk, lecz moje ciało było bezwładne, sparaliżowane. Bardzo szybko poczułam, jak mnie podźwignęły i uniosły. W zastraszająco szybkim tempie wyrwały mnie z ciała fizycznego, by potem zniknąć w bezcielesnej otchłani. Podróżowałam gwałtownie w kierunku wyobrażonym przeze mnie jako pionowy, poruszając się szybko w górę. Była to podróż poprzez tubopodobny, pierścieniowaty wir. To doświadczenie było realistyczne, porównywalne do rzeczywistości fizycznej mi znanej do tej pory, ale nie było rozumiane przeze mnie naówczas. Czułam, czym ona jest, ale nie potrafiłam jej opisać w dostępnym sobie języku. Szybkość, z jaką się poruszałam, była zawrotna. Do dnia dzisiejszego nie potrafię określić prędkości. Rezultatem podróży była rzeczywistość jeszcze bardziej niepojęta.

~ 33 ~


Znalazłam się w ogromnym hangarze, w którym stał, jakiegoś starego typu, samolot, wedle moich spostrzeżeń, konstrukcji początku XX w., ale ta rzeczywistość nie wyglądała na ten okres w historii, jaki z doświadczenia pamiętam. Samolot wyglądał na maszynę samodzielnie zbudowaną – w dodatku dość nieudolnie albo przynajmniej nielogicznie. Samolot był jakiś dziwnie powyginany. Koło niego stał pewien mechanik w szarym, pobrudzonym kombinezonie, który coś naprawiał. Podeszłam nieśmiale. Z zaskoczeniem zauważyłam, że nie stąpam po twardej ziemi, lecz kilka centymetrów nad nią. Uczucie było dziwne. Nie czułam zupełnie nic: żadnych wrażeń, zapachów, fizycznych czynników. Nie czułam grawitacji. Człowiek zdawał się mnie nie zauważać lub mnie lekceważył. Był blondynem średniego wzrostu z twarzą o wyraźnych nordyckich rysach. Majstrował dość pedantycznie i zaciekle przy, amatorsko wyglądającej, konstrukcji lub wraku. Kiedy dotknęłam ~ 34 ~


jego pleców, odwrócił się, rozejrzał, patrząc jakby przeze mnie, odwrócił się ponownie i pochłonął na nowo pracą. Było w nim coś zupełnie znajomego. To wrażenie było nieodparte, silne. Zdegustowana jednak byłam jego gburowatym zachowaniem, brakiem kulturalnego przywitania. To raczej brak taktu albo bezczelność – pomyślałam natychmiast. – Mógłby przynajmniej się przywitać. Co za gbur! Postanowiłam jednomyślnie wyjść z hangaru i rozejrzeć się co nieco. Coś mi tu nie pasowało. Dlaczego zamiast iść, sunę jak płaz? – doszukiwałam się jakichś logicznych rozwiązań. Moje ciało zdawało się rozpuszczać. – A może on mnie po prostu nie widział? Czy jestem duchem? Gdzie ja jestem? Umarłam? – pytałam samą siebie jakby bez końca. – Nie teraz! Nie mogę zniknąć teraz! – spojrzałam na własne dłonie i z przerażeniem dostrzegłam zamiast nich palczaste plamy rozpływające się w powietrzu. Ku memu zaskoczeniu, dolna połowa mojego ciała już nie istniała. To było

~ 35 ~


zbyt przerażające, by było prawdziwe. Toteż zaczęłam się uspokajać myślą, że tylko w snach takie zjawiska są możliwe. Znikanie ustąpiło na dłuższe parę chwil. Mimo wszystko w kierunku domu

usilnie podążałam znajdującego się za

hangarem. Ciekawość była silniejsza ode mnie. To ludzkie wścibstwo, nie tyle ciekawość – pomyślałam znowu. Dom był prawdopodobnie kanadyjskiej konstrukcji lub przynajmniej bardzo ją przypominał. Koło niego krzątała się filigranowa kobieta z – luźno związanymi z tyłu – włosami w najjaśniejszym odcieniu platyny, jaki kiedykolwiek widziałam. Posuwałam się coraz ciężej, jakbym płynęła w morzu smoły. Gdy tylko jednak pomyślałam o tej kobiecie, bez trudu znalazłam się tuż przy niej i zaskoczona pojęłam, że nie musiałam się specjalnie przemieszczać w jej kierunku i nie wymagało to ode mnie takiego mozolnego wysiłku, jak wcześniej. Straciłam przy tym też mniej energii.

~ 36 ~


Być może stąd to znikanie, będące objawem utraty sił. Myśl stała się jednocześnie działaniem, ale to działanie nie podpadało pod aktywność fizyczną w żadnym, pojmowanym przeze mnie, sensie. To było wprost niesamowite. Odkrycie to dawało ogromne możliwości. Gdyby tak można było przemieszczać się na co dzień, niepotrzebne byłyby żadne środki lokomocji! Podróżowanie stałoby się banalnie proste! – uśmiechałam się znów do siebie, nie czując żadnych grymasów własnej twarzy, do czego właściwie już się przyzwyczaiłam. Kobieta grabiła liście rozdmuchane przez wiatr. Gdy już zgrabiła ich znaczną część, wiatr rozdmuchiwał je ponownie, a ona znów cierpliwie je zbierała. Co było dziwne w tej czynności, liście zbierały się nad ziemią i jej nie dotykały. Pod koniec pracy, kobieta wyjęła z kieszeni delikatny, przezroczysty woreczek i otworzyła go, unosząc powyżej łokci. Powiedziała głośno kilka słów, lecz jej nie rozumiałam. Mówiła w nieznanym mi języku. Liście wskoczyły do środka. Zaniosła

~ 37 ~


je, stojące nieopodal, rozłożyste drzewo. Otworzyła sakiewkę i – ku memu zaskoczeniu, liście powędrowały z powrotem na ogołocone uprzednio gałęzie, tworząc piękną ukoronowaną roślinę. Zjawisko to wstrząsnęło na tyle moim rozumieniem prawdy i fikcji, że po powrocie długo nie mogłam się pozbierać. Przyglądałam się tej kobiecie z boku, próbując wyszukać w niej kogoś znajomego, ale ona nikogo mi nie przypominała. Miała na sobie, delikatnie ozdobiony, pas upleciony jednolitym wzorem wzdłuż całego ciała. Na stopach nie miała żadnego obuwia, ale nie dostrzegłam, by się specjalnie jego brakiem przejmowała. Poruszała się z niebywałą gracją. Jej bose stopy wydawały się być odporne na chropowatą powierzchnię, po której stąpały. Jej twarz była młoda, szczupła, niezwyczajnie spokojna. Biła od niej równowaga, którą trudno byłoby odnaleźć w niejednym moim znajomym. Od czasu do czasu spoglądała

~ 38 ~


w wyczekiwaniu hangar.

na,

nieopodal

stojący,

Miałam wewnętrzną pewność, że ci dwoje są parą. W okolicy dało się wyczuć atmosferę bliskości dwojga, mocno kochających się, osób. Nagle poczułam wyraźne napięcie. Było to nieznajome uczucie nalegające do natychmiastowego wycofania się z tego miejsca, znacznie niekomfortowe. No cóż. Wiedziałam, że nie mam wiele czasu, ale nie chciałam odchodzić. Byłam bardzo ciekawa losu tych dwojga. Wyczuwałam też jakieś nadchodzące wydarzenia, które miały zburzyć ten harmonijny porządek rzeczy, którego byłam świadkiem. Myśli jednak krążyły wokół mego domu. Przypomniałam sobie o nim automatycznie. Zniknęły moje dłonie i chyba znaczna część astralnego ciała. Nie zdążyłam już jednak tego zauważyć. Gdy tylko napłynęły znajome obrazy domu, dzieci, kominka, poczułam fizyczne, wyraźne odczucie zespolenia z ciałem fizycznym, ~ 39 ~


czułam fizykalny ruch dłoni, stóp, powiek. Pierwsze ruchy członków po obudzeniu trwały bardzo dugo i były z lekka bolesne. Otworzyłam powoli oczy. Byłam w tym samym miejscu, które zapamiętałam ostatnio. Przede wszystkim było rzeczywiste i znajome. Nie było nikogo oprócz mnie, żadnych obcych postaci, żadnego światła. W kominku tlił się, ledwo widoczny, wygasający żar. Dom był nieznacznie wychłodzony. Zegar wskazywał godzinę czwartą popołudniu, więc nieco godzinę później niż pamiętam. Odrętwienie ciała powoli ustępowało. Książka leżała w nieładzie na drewnianej, froterowanej podłodze. W końcu, do moich uszu dotarł hałas. Rozlegało się miarowe pukanie do drzwi i z trudem ruszyłam się, aby je otworzyć. Dzieci stały u progu, niecierpliwie wołając: - Mamo, dlaczego zamknęłaś domu? Nie mogliśmy wejść!

drzwi

od

- Ach, zrobiłam to chyba niepostrzeżenie, zanim się zdrzemnęłam. Wchodźcie, bo wiatr ~ 40 ~


wieje. Obiad już na stole. Zaraz wam nałożę – wymamrotałam jeszcze ospała, pomagając zdjąć im kurtki, jak zwykle zapominając, że dzieci już od dawna były samodzielne. - Nigdy nie zapadałaś w drzemkę. Naprawdę spałaś w dzień, mamo? – spytała mnie podejrzliwie Ariana, przechodząc przez próg korytarza. - Tak jakby, kochanie. Poprzedniej nocy nie mogłam zasnąć. To pewnie dlatego byłam zmęczona – odparłam bez namysłu. Przy

obiedzie

dzieci

przekrzykiwały

się

wzajemnie, opowiadając sobie o wszystkich wydarzeniach, jakie ich dzisiaj spotkały. Ariana z przekorą przedrzeźniała starszego brata, a on w poważny sposób kontynuował swoje codzienne szkolne spostrzeżenia. Wpatrywałam się w ich uśmiechnięte twarze. Usiłowałam uczestniczyć w ich dyskusji, chłonąc każdej chwili bycia z nimi, a jednocześnie myślami byłam w tym odległym miejscu, które odwiedziłam w moim dziwnym, popołudniowym śnie. Kim

~ 41 ~


byli ci ludzie? Co ja tam robiłam? Czy to zdarzyło się naprawdę? Choć dobrze wiedziałam, że sny raczej się nie powtarzają, a tym bardziej z reguły nie miewają swoich kontynuacji, bardzo chciałam powrócić do miejsca, które zmuszona byłam opuścić. Coś mówiło mi, że to nie był zwykły sen. Doświadczenie było zbyt realne, by mogło być wyobrażeniem sennym. Cóż to za sen, który jest poprzedzony doświadczeniem z pogranicza jawy i snu? – zastanawiałam się bez ustanku. W jakiś dziwnie zrozumiały dla mnie sposób postacie, które wtargnęły do mego domu, wtargnęły do niego nie bez przyczyny. Nie zrobiły mi krzywdy, lecz pomogły opuścić moje ciało fizyczne, które zaiste było czymś odrębnym ode mnie samej. Czułam, że samodzielnie nigdy bym tego świadomie nie dokonała. W jakim celu więc to uczyniły? Postanowiłam to zbadać w niedługim czasie. ***

~ 42 ~


Kolejnego dnia o tej samej porze miałam okazję się tego dowiedzieć. Jak zwykle, po rutynowych obowiązkach domowych, zasiadłam przed kominkiem, aby odpocząć. Nie zamierzałam tym razem czytać, aby mieć pełną świadomość swojego stanu zasypiania. Miałam obawy, że nie usnę, bo od dziecka miałam trudności ze snem. Wszelkie prace umysłowe zawsze wykonywałam nocą. Domownicy spali i spokojnie mogłam ze wszystkim zdążyć. Z drugiej strony rzadko zasypiałam o normalnych, nocnych porach. Najczęściej były to ranki. Ten tryb życia utrudniał mi z lekka komunikację z innymi. Tym razem chodziło jednak o inne doświadczenie, z czego już zdawałam sobie sprawę. Wiedziałam, że nie można go nazwać marzeniem sennym ani złudzeniem. Zapewne było to doświadczenie z pogranicza jawy i snu, ale odbywające się w innym, niefizycznym miejscu. Było całkowicie realne, namacalne. Jednak trudno było mi natenczas określić dokładny czas i miejsce.

~ 43 ~


Usiadłam więc wygodnie na kanapie, opierając się o jej zagłówek. Zamknęłam oczy i skupiłam się na oddychaniu, próbując odrzucać jakiekolwiek natrętne myśli, które próbowały zajmować mój, notorycznie pracujący, umysł. Po niedługim czasie poczułam niewypowiedziany spokój umysłu i a wszelkie troski i problemy codziennego żywota zdawały się bezpowrotnie odchodzić. Najpierw przez moje stopy przeszło kojące mrowienie, które opanowywało stopniowo całe moje ciało w kierunku głowy. W pierwszym momencie straciłam poczucie dotyku. Ten brak czucia w późniejszym etapie przemienił się w lekkie odrętwienie, a potem w swoisty paraliż. W międzyczasie skupiłam swoje myśli na oddechu. Czułam, jak z każdym wdechem wchłaniam dobrą i leczniczą energię. Ciepło rozchodziło się stopniowo po moim ciele. Przy wydechu odchodziły wszelkie negatywne myśli oraz toksyny zanieczyszczające moje ciało i umysł. Tych technik nauczyłam się samodzielnie dzięki doświadczeniom

~ 44 ~


w astralu. Nauczyłam się słuchać własnego ciała i umysłu. I choć było to z początku trudne, nigdy nie żałowałam podjętych wysiłków. Otrzymana wiedza i umiejętności okazały się bezcenne. W momencie, w którym nie czułam już fizycznie własnego ciała, a jedynie miałam świadomość jego istnienia, umysł począł pracować jakoby sam dla siebie. Wrażenie bycia czystym umysłem było wręcz ogromne. Przenikające mnie ciepło zdawało się nie mieć końca. Spokój, jaki mnie opanował, był nie do opisania. Byłam umysłem, spokojem, ciszą. To nieziemskie uczucie szczęścia nie było mi znane do tej pory. Zdałam sobie sprawę, że to ja jestem jego wytwórczynią. Przez chwilę pomyślałam ze smutkiem o tylu straconych latach, kiedy to nie miałam świadomości istnienia tego stanu. Uczucie to jednak było chwilowe. Bez trudu wypchnęłam je z mojej pamięci, by na powrót zostać sama ze sobą. Zatracałam się w bezcielesnej otchłani, którą przygotował

~ 45 ~


dla mnie mój własny świat, którego zaczęłam nazywać Astralem. W pewnym momencie wyobraziłam sobie miejsce, które opuściłam poprzedniego dnia. Miałam przemożne pragnienie znów tam dotrzeć. Poczułam silne oderwanie, jakby coś wypychało mnie do przodu. Wtem, jakby w lustrzanym odbiciu, dostrzegłam siebie samą, półleżącą na kanapie. Wyglądałam, jakbym spała. Obserwowanie siebie z punktu widzenia obserwatora było bardzo ciekawe. Nie wyobrażałam sobie nigdy siebie w takim ujęciu. Właściwie nigdy nie myślałam, że mogę tak wyglądać. Byłam wręcz jakaś sobie obca, a jednak to byłam ja. Spojrzałam więc na siebie obecną, by się dowiedzieć, kim lub czym właściwie jestem. Mając świadomość posiadania kształtu ludzkiego, byłam jego doskonałą kopią, a jednocześnie, gdy tylko dogłębnie obserwowałam swoje wyobrażone członki, rozmywały się one w okamgnieniu. Gdy je formowałam w myślach, formowały się na,

~ 46 ~


właściwy sobie kształt fizyczny.

w

świecie

materialnym,

Moje myśli szybko jednak podążyły ku parze nieznajomych, których pragnęłam zobaczyć powtórnie, by dowiedzieć się czy ich byt był moim marzeniem sennym, czy może istnieli rzeczywiście. Byłam tak podekscytowana doświadczeniem bycia duchem, że niemal o nich zapomniałam. Lewitowałam swoim ciałem astralnym nad ciałem fizycznym. Rozglądałam się dookoła, nie odwracając swej postaci w żadnym kierunku. Natychmiast jednak, gdy tylko o nich pomyślałam, znalazłam się dokładnie w tym samym miejscu blisko hangaru, który doskonale pamiętałam z poprzedniego razu. Biorąc pod uwagę konieczność logicznej kontynuacji, powinnam spotkać tam zamiatającą podwórko kobietę lub mężczyznę naprawiającego samolot. Byłoby to zgodne z ideą – pojmowanego powszechnie – snu, skoro można wywołać w nim wszystko, co człowiekowi się żywnie podoba, jeśli już uzyskał kontrolę na ~ 47 ~


własnymi snami. Ja jednak nie posiadałam w tym czasie żadnej kontroli ani nad snami, ani nad tymi nowymi dla mnie doświadczeniami, które do kategorii snów trudno było mi zaliczyć. Wszystko, czego doświadczałam, było nowe i jeżeli czegokolwiek udało mi się w tym stanie dokonać, stanowiło to kwestię przypadku bardziej aniżeli jakichś wyobrażonych czy kuglarskich mocy. Nie uzyskałam więc tego, czego oczekiwałam. Oczekiwałam obalenia tezy o istnieniu innej rzeczywistości fizycznej. Życie w tym miejscu zdawało się bytować faktycznie, choć w innym tempie, to jednak niezależnie ode mnie. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że świat, którego w inny sposób doświadczam, istnieje naprawdę. Hangar był zamknięty. Pomyślałam o wraku i natychmiast znalazłam się wewnątrz budynku. Długo się zastanawiałam, jak znalazłam się w środku, nie przechodząc przez drzwi. Były przecież zamknięte na sztabę i być może jakiś kluczyk. Po prostu ~ 48 ~


tam się znalazłam. Samolot wisiał u stropu pochylony przodem do dołu, podwiązany ciężkimi łańcuchami po bokach. Czy nie byłoby łatwiej go postawić na podłożu? – pomyślałam. – Ciekawe, po co został spięty łańcuchami... Krążyłam wokół niego, zaglądałam do środka, siedziałam na skrzydle. Przeskakiwanie z miejsca na miejsce niestrudzenie mnie bawiło. Samolot był raczej niedokończony, niż mi się wcześniej zdawał wrakiem. Na pewno nigdy nie latał. Konstruktor od podstaw zdawał się go składać i na pewno zajmie mu to masę czasu, by go uruchomić. Maszyna była częściowo podobna wyglądem do znanych mi samolotów, lecz była o wiele mniejsza i dziwniejsza. Mocne skrzydła były wykonane z nieznanego mi tworzywa. Były nieproporcjonalnie za długie do kadłuba. Ogon był krótki, ale szeroki. Na jego końcu posiadał wirnik, który najpewniej miał na celu podnieść konstrukcję w powietrze. Dziwna maszyna jednak – jak dla mnie – nie

~ 49 ~


była konstruowana według standardowych zasad budowania konstrukcji lotniczych. Skrzydła i ogon zdawały się mieć opierzenie, choć może brzmi to nielogicznie. Wewnątrz z kolei nie było wiele miejsca dla pilota. Na desce rozdzielczej widniał jedynie masywny zegar z numeracją mi całkowicie nieznaną, a za nią przymocowane były do podłogi dwa niskie, okrągłe fotele. Nagle usłyszałam bicie serca. Rozejrzałam się dookoła, ale nie dostrzegłam nikogo żywego. Nie byłam też naiwna, by sądzić, że dźwięk pochodził od strony mego organu. Byłam przecież myślową kopią, fizyczne ciało leżało wiele mil stąd.

której

Szukałam żywej istoty. Nie słyszałam już tego tętna. Zanikło. Przeniknęło mnie dziwne uczucie lęku. Postanowiłam jednak nie poddawać się ludzkim emocjom, by nie tracić, niezbędnej mi w astralu, energii. Rozejrzałam się po zdawała się gęstnieć.

przestrzeni,

która

Przeszłam swobodnie przez ścianę hangaru. Doświadczenie to bardzo mnie rozbawiło. ~ 50 ~


Przyjrzałam się sobie. Wciąż byłam półprzezroczystą plamą ledwie o zarysie ludzkiej postaci. Kontrolowałam swawolnie kształtem moich wyobrażonych dłoni i stóp, które pojawiały się i znikały. Już nie obawiałam się, że zniknę. Znikałam okazjonalnie, gdy nie myślałam o sobie, jak o człowieku. W znacznej większości byłam więc – wciąż zmieniającą kształt – plamą, chmurą lub obłokiem o materii dużo lżejszej niż ciało fizyczne. Nie działała na mnie prawie wcale grawitacja, jeśli można tak to określić. Panowała jakaś dziwna pogoda. Na tle fioletowego nieba widoczny był żółtozielony puch, przypominający śnieg. Wygląd i konsystencja tego opadu bardzo mnie zaskoczyły. Zamiast sypać z nieboskłonu, odrywał się od powierzchni podłoża i rozpylał się ku górze, tworząc przepiękne wzory przypominające zorzę. Widok ten był niesamowity. W najśmielszych snach nie widziałam przenigdy takiego zjawiska. Jeśli była to rzeczywistość realna, lecz innego

~ 51 ~


wymiaru, nieznana ludziom w naszym tradycyjnym, fizycznym świecie, to wszyscy powinniśmy bardzo żałować, że nie mamy takiej swobodnej możliwości, by ją dostrzec. Jeżeli zaś był to sen, to najpiękniejszy, jaki mi się kiedykolwiek przyśnił. Postanowiłam skupić się na domu, który stał nieopodal. Gdy się tam znalazłam, dostrzegłam dwie – siedzące w pokoju – postacie, już mi znajome z poprzedniego doświadczenia. Wydawały się rozmawiać ze sobą. Ciekawa podsunęłam się bliżej i opadłam bezwolnie w pobliżu ich siedzisk, które miały kształty koliste, lecz wydawały się być niewymownie miękkie i przytulne. Uginały się pod ich ciałami jak mech, by wstać sprężyście, gdy nikt na nich nie spoczywał. Co więcej, zaczynały się uginać, zanim się na nich siadało, a wyginały się do góry, zanim domownik podjął decyzję o wstaniu z siedziska. Chciałabym móc zamówić taką tapicerkę. Pewnie niejeden tapicer uznałby mnie za wariatkę, gdybym

~ 52 ~


zaczęła tłumaczyć, o jaki pokrowiec mi chodzi – pomyślałam z uśmiechem. Nie słyszałam, co mówią, ale intuicyjnie ich rozumiałam. Komunikowali się w nieznanym mi języku. Mężczyzna planował ukończenie konstrukcji w hangarze i tłumaczył swej partnerce doniosłość jego dzieła w bardzo podekscytowany sposób. Ona, co chwila milcząc, smutniała i nie była zachwycona pomysłem. Wtedy wziął ją za rękę i patrząc jej w oczy, zdawał się tłumaczyć, żeby się nie martwiła. Wówczas coś się stało nie po mojej myśli. Nagle znalazłam się na jej miejscu i poczułam miękki dotyk jego dłoni. Patrzyłam na niego wyraźnie i czułam, jak bardzo go kocham. Powiedziałam mu: - Nie rób tego, proszę. To niebezpieczne. Nie musisz im nic udowadniać. - Celesio, jeśli tego nie dokonam, będziemy musieli wyjechać. To jedyna szansa, by aspirować na komandora jednostki przeciwlotniczej. Będzie wojna z Trylionami, którzy chcą przejąć władzę nad Ziemią. Brakuje nam konstrukcji. Potrafię to zrobić. ~ 53 ~


Zobaczysz, że ją ukończę. Ona się samoistnie nie zregeneruje. Zostało mi niewiele czasu. Z drugiej strony, to ostatni kandro, jaki pozostał w tej okolicy. Musiałem go związać. - A jeśli coś ci się stanie? Nie chcę cię stracić. W moim wyobrażeniu twoje przedsięwzięcie jest samobójstwem. Jeśli nie będziemy się wtrącać do tej wojny, nic nam nie będzie. Już i tak po niezależności. Ziemianie nie mają szans. Straciliśmy swoją szansę miliony lat wcześniej, gdy zatruliśmy powietrze, samych siebie i zabiliśmy wszystkie inne gatunki zwierząt. Nawet nie posiadamy broni. Zostały nam tylko kandro. Nie wiem jednak czy one przypominają bardziej zwierzęta czy technologię, którą powołaliśmy miliony lat wcześniej do życia. Z kim chcesz teraz walczyć? - Jak to, z kim? Z wrogiem. Pamiętaj, że zawsze o tym marzyłem. zaprzepaścić takiej szansy. spróbuję, nie będzie tu dla nas miejsca. Nikt już nie wierzy, ~ 54 ~

Nie mogę Jeśli nie wszystkich że kandro


można oswoić. A ja pamiętam, jak budował takiego mój dziadek. Nauczył mnie tego na taką chwilę, jak ta. Jeśli Ziemianie przegrają tę strategiczną bitwę, staniemy się niewolnikami i nie wiadomo, co z nami dalej będzie. Trylioni chcą nam zabrać wszystko: dostęp do wody oraz tlen. Śmierć samego siebie to ryzyko, które muszę ponieść dla geonu. Geon był wszystkim, o co walczyli nasi przodkowie, choć nie mieli o nim pojęcia. To pranatura, powrót do korzeni. Na tym etapie nie możemy myśleć o sobie samych, Cel. Szczęśliwe życie to porażka, którą poniesiemy od razu, mając złudzenie lepszego życia. Tymczasem nikt z nas nie przeżyje nawet dnia, jeśli tylko będziemy obserwować, jak nas wykańczają. Oni nie pozwolą nam żyć. - Tak się boję, Kirk – łkałam. – Wolałabym być nawet na uwięzi, by mieć pewność, że jesteś przy mnie. - To moja jedyna szansa, by chociaż spróbować – odparł mężczyzna. – To jedyna... ~ 55 ~


Wyrwało mnie z powrotem i poczułam naglący znak powrotu. W oddali słyszałam, niezrozumiałą już dla mnie, kontynuację rozmowy, w której w dziwny sposób uczestniczyłam parę chwil wcześniej. Nie chciałam wracać, bo to wszystko było dla mnie jak magnetyczne pragnienie uczestniczenia w ich życiu. Czułam się, jakbym pamiętała tę rzeczywistość, jakbym do niej należała. Właściwie stałam się jej częścią. Znów stałam obok i obserwowałam, jak się czule obejmują. Dryfowałam w pierścieniowatym wirze w szalonym tempie w kierunku swojego domu. Wbiłam się w swoje ciało i otworzyłam w nieruchomej twarzy szeroko oczy. Kolejna podróż, jaką odbyłam w to miejsce, przywiodła mnie tam bezwiednie bez mojego specjalnego pragnienia. Po raz wtóry miałam obserwować egzystencję dwojga bliskich sobie osób, z którymi łączyło mnie coś wyjątkowego. Dlaczego byłam chwilowo tą kobietą i rozumiałam wszystkie jej myśli? Dlaczego bez pamięci kochałam jej męża?

~ 56 ~


Choć wydawało mi się to nielogiczne, znów podążałam w kierunku tego miejsca, szukając ich. Nie było. Nie znalazłam śladu żadnego z nich. Porozrzucane belki domu leżały w nieładzie. Został po nim – straszący pustkami – szkielet. Hangar też był zmieciony z powierzchni tego niesamowitego świata. Nie było w nim żadnego samolotu. Nie było żadnej żywej duszy. Fioletowe niebo iskrzyło się promieniami pomarańczowego wielkiego słońca, które zawisło tuż nad Ziemią. Grunt pode mną zdawał się rozchodzić. Coś było nie tak, jak trzeba. Miałam wrażenie istnienia końca tej rzeczywistości, którą – ledwo co – poznawałam. Wtem uniosłam się wzwyż, aby zobaczyć więcej. Podążałam instynktownie poszukując czegoś ważnego. Nagle zatrzymałam się w osłupieniu. Dlaczego? – dopytywałam siebie z wyobrażonymi łzami. Wiele mil dalej odnalazłam zesmażony szkielet znanej mi już konstrukcji, a gdy znalazłam się tuż ~ 57 ~


obok niej, dostrzegłam dwa martwe ciała, trzymających się za dłonie, znajomych mi osób. Obok wraku leżała niedopalona, dymiąca jeszcze, bomba. Pod wrakiem płynęły litry zielonej, gęstej substancji, która jeszcze parowała. Dotknęłam konstrukcji. Zdawała się poruszać ostatkiem sił, jakby była żywą istotą. Była miękka. Przód maszyny odwrócił się w moim kierunku, po czym trzasnęła szyba. Maszyna uginała się chwilę w miarowy sposób, jęknęła, by na końcu znieruchomieć. Na moich oczach przybrała smolistej barwy i w mgnieniu oka skruszała. To zapewne kandro, o którym mówił mechanik. Być może to jego bicie serca słyszałam w hangarze. A więc ten samolot posiada serce – zamyśliłam się. Ten wrak był właściwie pół technologicznie przetworzoną konstrukcją, pół żywą istotą. Była to świadoma konsekwencja wytępienia gatunków zwierząt przez człowieka, który zapragnął władać wszystkim, co go na Ziemi otaczało. Ironio losu! Jakże egoistyczna istota mogła doprowadzić do upadku własnego gatunku i wyginięcia pozostałych? ~ 58 ~


Tylko człowiek jest zdolny do samozniszczenia! Tylko człowiek potrafiłby stworzyć żywą maszynę wyłącznie dla zaspokojenia własnych ambicji, nawet kosztem jej samej! Dopadł

mnie

niekończący

się

smutek.

Musiałam odejść z tego miejsca czym prędzej. Dotarło do mnie, że nie jest tu już bezpiecznie. Ziemia pękała w zastraszająco szybkim tempie. Powietrze stało się ciemnofioletowe, a zewsząd dochodziły do mnie ogłuszające świsty i huki wystrzałów. Gdy je opuszczałam, z oddali dostrzegłam monumentalne, raczej trójkątnego kształtu, konstrukcje naruszające w kierunku Ziemi. Ziemianie przegrali tę wojnę. Najpierw, przez wiele milionów lat, bez przerwy niszczyli Ziemię i to, czym troskliwie się opiekowała. Później, w zaledwie kilka godzin, zniszczono ich samych. Zemsta przybyła z zewnątrz. *** Innego razu, gdy już odpoczęłam od tej wizji, poczułam nieodparte pragnienie poznania przyczyny tego wszystkiego, w czym ~ 59 ~


właściwie uczestniczyłam. Krążyłam wytrwale w jakiejś innej, ale dziwnie znajomej, rzeczywistości. Świat, w którym przebywałam, był podobny do tego, w którym żyłam na co dzień i nie przypominał dziwnego miejsca, gdzie poznałam rodzinę pilota. Przebywałam w pomieszczeniu, po którym biegały małe dzieci, a pilnująca je młoda kobieta krzątała się po domu. Odczuwałam z jej strony silny chłód, powodowany zapewne bezsilnością, biedą i samotnością. Po kamiennych ulicach jeździły bryczki konne, a ludzie spacerowali zwykłym tempem. Kobieta nie mogła mnie zauważyć, jednak w zaskakujący sposób oglądała się za siebie w moim kierunku. Na stole leżała gazeta. Były na niej informacje codzienne. Na druku widniały napisy francuskie i data z 1887 roku. Wtem

zwróciłam

uwagę

na

małą

dziewczynkę, która nie bawiła się z dwójką biegających w izbie. Siedziała cichutko na wypukłej kanapie z lalką w rączkach. Nie miała jednej, chyba prawej, nóżki, a jednak ~ 60 ~


nie wyglądała na zmartwioną. Biała haftowana sukienka skrupulatnie ukrywała kalectwo. Być może się taka urodziła, biedactwo – przeszło mi przez myśl. Poczułam pewien nieokreślony spokój umysłu i znak powrotu. Innego razu przebywałam w tym samym mieście bardzo krótko. Myśląc o dziewczynce bez nóżki, coś poniosło mnie na lokalne ówczesne cmentarzysko. Dostrzegłam w powietrzu ból, ciężką zakaźną chorobę i cierpienie dziecka. Nigdy już nie powróciłam do tego miejsca. Moje doświadczenia przenosiły mnie tu i ówdzie w przestrzeni i czasie. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy. Trudno było mi zrozumieć dokładne przyczyny tego zjawiska. Nie zawsze miałam przecież dokładną orientację, pomimo że zawsze z uporem szukałam punktu zaczepienia. Doświadczenie z dziewczynką podsunęło mi myśl, że wszystkie konsekwencje mają swoje przyczyny. Pamiętam dokładnie, jak od dzieciństwa miałam problemy z prawą nogą. ~ 61 ~


Od czasu do czasu dostawałam całkowitego paraliżu od uda do stopy na kilka godzin i tylko w tej jednej nodze. Mówiąc wprost, w ogóle nie czułam jednej nogi. Działo się to co kilka tygodni. Lekarze nie potrafili mi pomóc. Niektórzy dla przykładu uważali, że przyczyn należy szukać w złym odżywianiu, inni stawiali na genetykę albo postępujący zanik mięśni. Żadne jednak z objawów typowo diagnozowanych przez nich schorzeń nie pasowały do mojego przypadku. Rok po doświadczeniu astralnym, w którym odwiedziłam rodzinę beznogiej kilkulatki, zdałam sobie sprawę, że już od wielu miesięcy nie miałam kłopotów z nogą. Nasze doświadczenia splatały się w jedną wspólną układankę, której rozwiązanie było dla mnie nie lada zaskoczeniem. Doznałam przekonania, że w poprzednim życiu to ja byłam tą niepełnosprawną dziewczynką, która przedwcześnie zmarła. Rodziło się tylko pytanie, dlaczego dowiadywałam się o tym, kim byłam w tych różnych rzeczywistościach? Czy ci dwoje ~ 62 ~


w żywej machinie latającej to Jake i ja w innym wymiarze? Wszystko zaczęło układać się w końcu w jedną logiczną całość. Postacie, których losy obserwowałam, były mną lub moimi bliskimi w innym miejscu i czasie. Gdy uświadamiałam sobie związki i uwarunkowania, rozwiązywane zostawały moje bieżące problemy w fizycznej rzeczywistości. Jednym słowem, uczyłam się samej siebie i wciąż od nowa przemierzałam świat wraz z kolejnymi, trudnymi pytaniami. Odpowiedzi tym razem znajdowały się zawsze. *** Innym razem odbyłam podróż w niesamowite miejsce, które stało się dla mnie miejscem niezwykle ważnym. Była to rzeczywistość umiejscowiona pomiędzy światem rzeczywistym a światem czystych dusz, miejsce, w którym przebywają zmarli. Widziałam piękne aleje, w których wyczekiwali na kogoś lub tułali się po omacku. Wszyscy czekali na swoich bliskich. ~ 63 ~


Kiedy tam weszłam, nie czułam zażenowania, pomimo że nie pasowałam do reszty. Doskonale wiedzieli, że żyję, a jestem jedynie odbiciem astralnym mojego wcielenia w fizycznym, ludzkim świecie. Biło tam od nich wszystkich życzliwością i nieopisaną otwartością. W końcu, gdy tak posuwałam się do przodu i widziałam te szczęśliwe postacie, zrobiło mi się dotkliwie smutno. Na mnie tu nikt nie czekał. W końcu nie umarłam. Jestem tylko podróżnikiem – pomyślałam. W pewnym momencie ktoś zaszedł mnie od tyłu. Odwróciłam się i zobaczyłam – ku memu niedowierzaniu – Jake’a. Nie sposób mi trafnie opisać, jakie opanowało mnie wtedy szczęście. Nasza rozmowa była intuicyjną wymianą myśli i nic nie mówiąc, opowiedzieliśmy sobie właściwie wszystko w zaledwie jednej, niekończącej się chwili. Nie chciałam odchodzić, chciałam zostać. Jednak Jake usiłował mi wytłumaczyć, że nie jest jeszcze pora, że muszę pozostać na Ziemi, by wypełnić swoje przeznaczenie.

~ 64 ~


Wtedy powiedział mi o wszystkim, co wiąże się z życiem astralnym i o tym, że – będąc w tym stanie – nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo. Mój rozwój duchowy był w pewnej mierze z góry ustalony, dlatego też przemierzam dalszą część życia w tym stanie, by zwiększyć szansę na ponowne odrodzenie się w lepszym życiu, gdzie ponownie się spotkamy. Mój wypadek z udziałem samochodu był także z góry określony. Tylko w ten sposób moje ciało astralne mogło doznać tak dużego, jednorazowego szoku, by nauczyć się opuszczać cielesną powłokę. Jednak mój podświadomy strach był na tyle wysoki, że przed pierwszym doświadczeniem astralnym wkroczyć musiały inne – duchowo rozwinięte – istoty, prawdopodobnie rodzinnie powiązane z moimi ostatnimi wcieleniami. Śmierć

Jake’a

natomiast

była

także

konieczna, by zmusić mnie do duchowego przewrotu. Nasze ścieżki krzyżowały się od eonów i zapewne będą się krzyżować nadal. Nasze uczucie jest wyjątkowo silne pomimo

~ 65 ~


naturalnych barier tego świata. Nie odchodzimy więc od siebie na zawsze, Wero – kontynuował Jake. Wtedy dał mi pierścień, który mam założyć dopiero w momencie, gdy już wszystko wypełnię na Ziemi. – Będę czekał – odparł czule, mówiąc do mnie swoimi myślami i zniknął tak bezszelestnie jak się pojawił. Wielokrotnie jeszcze powracałam do tego miejsca, chcąc spotkać w nim Jake’a, lecz było to bardzo trudne przedsięwzięcie. Znajdowałam w nim te same piękne aleje, ale bez Jake’a. Zastanawiało mnie to miejsce. Kto je stworzył? Kto zasadził tu te drzewa? Kto postawił ławeczki? Gdzie odszedł Jake? Miałam wielką nadzieję go spotkać ponownie i zadać mu wiele pytań, na które wciąż nie znałam jeszcze odpowiedzi. Miałam już poza tym pewność, że rzeczywistość, której doświadczałam, była realna, dla mnie samej – nawet realniejsza niż ta, która zmuszała mnie do codziennej gonitwy za przyziemnym przetrwaniem, wokół którego skupione były istoty żyjące

~ 66 ~


w świecie fizycznym. Co gorsza, przestałam chcieć wracać do tej bezdusznej, egoistycznie nakrapianej, rzeczywistości. Skoro opowiedział mi o tym Jake, była to prawda. Nikt inny nie opowiedział mi w bardziej logiczny sposób całego procesu narodzenia i umierania istot żywych, kołowrotu wcieleń i sensu doświadczania cierpienia. Przekonał mnie chłodnym sprawozdaniem, telepatyczną informacją. Mówił do mnie jak informator radiowy, a nie jak mój mąż. W jednej chwili dotarło do mnie, że prawdziwy Jake już dawno odszedł. Pozostał jego jeden z astrali wysłany bezpośrednio do mnie. Od tego momentu postanowiłam go odszukać. Nie chciałam zrozumieć, szorstko pojętego, sensu działania Wszechświata, w którym nad emocjami góruje nieustanny rozwój. Gdzie był mój prawdziwy Jake? Pewnego razu moje ciało astralne, jak je nazywałam, opuściło fizyczną powłokę i pierwowzór ducha, który zawsze pozostawał na miejscu. Było to dość dziwne ~ 67 ~


uczucie, bo gdy się zorientowałam, że zostawiam jakąś kopię siebie, zdałam sobie sprawę, że jest mnie więcej niż myślałam początkowo. To było paranoiczne uczucie bliskie rozdwojenia jaźni. Do tego spostrzeżenia popchnęło mnie doświadczenie z chłodną kopią Jake’a. W moim przypadku jednak odbyło się to dość nagle. Musiało to zdarzyć się w momencie, w którym jednocześnie obie kopie mnie postrzegały się jednocześnie. Widziałam siebie dryfującą pod sufitem, jednocześnie widząc siebie leżącą na łóżku. To jednak doświadczenie, choć niebywale uciążliwe i raczej zabierające wiele energii, było na tyle miłe, że dało mi logiczną i uspokajającą odpowiedź na moje wielomiesięczne wątpliwości dotyczące rzekomego pozostawiania pustego, fizycznego ciała. Kiedy pojęłam, że ono jednak puste po moim wyjściu nie jest, mogłam skupić się spokojnie na kolejnych doświadczeniach obserwowania innych wymiarów. Miałam wrażenie więc, że wciąż

~ 68 ~


jest ono strzeżone, ochraniane i mogłam spokojniej dryfować po astralu. Zyskałam pewność, iż natura już rozwiązała problem dotyczący świadomego rozdwajania i pomnażania jaźni i że nie jest to bynajmniej nowe zjawisko. Mój pobyt w otoczeniu przyległym do poczekalni, na której widziałam ostatnio Jake’a, zdawał się być jakiś opóźniony, lecz przekaz był przeze mnie wystarczająco wyraźnie przyjęty. Jake nie odpowiadał mi na wszystkie pytania. Jego przekaz zdawał się być zarejestrowany wcześniej, choć na pewno interaktywny. Mimo że niestrudzenie usiłowałam przekroczyć to miejsce i udać się w poszukiwaniu Jake’a, nie mogłam ruszyć się z tego miejsca. Już nieraz łapało mnie to uczucie i raczej było wynikiem nierozwiązanej zagadki, stąd uporczywe przytrzymywanie mnie od samodzielnego przekroczenia, odpowiedniego dla mnie, poziomu. Postanowiłam bezwolnie poddać się przeznaczonej mi lekcji. Grunt to

~ 69 ~


przecież wartości, które były najcenniejszą nagrodą po cierpliwym ukończeniu zadania. Podążyłam do strefy powyżej alei zmarłych. Sceneria przypominała szpital, a bliżej izbę przyjęć, jednak nie dosłownie. Panował gwar i chaos trudny do opanowania przez pielęgniarzy, jak bym ich nazwała. Chodzący w kitlach sanitariusze pomagali przybyłym zapoznać się w ich sytuacji. Większość przypadków była drastyczna. Panowała ogólna panika, ale szybko była opanowywana przez sprawnie poruszających się dyżurnych. Przeszłam obok prawie niezauważona. Byłam spokojna i być może dlatego nie przywiązywali wagi do mej obecności, ale miałam pewność, że mnie widzą. Przyglądałam się ich pracy i w pewnym momencie podeszłam do jednego z nich i spytałam: - Dzień dobry! Co to za miejsce? Czy ci ludzie tutaj są bardzo chorzy? - Nie całkiem. Są nieprzytomni własnych doświadczeń. Nie pamiętają lub nie chcą pamiętać momentu własnej śmierci. Trafiają ~ 70 ~


do nas automatycznie z rozbiegu, jeśli sytuacja tego wymaga. Jesteśmy taką podręczną stacją ratunkową. W tym momencie przebiegł między nami młody, lecz siwiejący mężczyzna w koszuli w grubą kratę. Hmmm, dziwne – pomyślałam. – Skąd ja go znam? Zwróciłam się znów po chwili do rozmówcy: - Czy może mi Pan powiedzieć, dlaczego ja nie wymagam takiej pomocy? – Wy należycie do tych podróżników, co nie są nigdy zaskoczeni tym wszystkim, co jest ponad siły zwykłych śmiertelników, zagonionych fizycznym życiem, karierą, pędem cywilizacyjnym, jak to nazywacie. Oni tak szybko żyją, że jak potem nagle w wypadkach umierają, to nadal nie wiedzą, co się stało, dlaczego nie żyją i często próbują nadal prowadzić stary tryb życia. Niektórzy wciąż usiłują prowadzić tu samochód, którym się zabili albo szukają sklepów czy autobusu do pracy. To przykre, ale musimy ich wyciągać z tego marazmu,

~ 71 ~


bo sami nie zawsze wychodzą z takich stanów. Mój rozmówca nadal się krzątał, nosząc przy sobie jakieś urządzenie, które przypominało pokaźną igłę. Co jakiś czas zaglądał do leżanek, na których odpoczywali przybysze. Jedni mieli półotwarte oczy i fizycznie przypominali ludzi, drudzy byli całkowicie rozmazani, przypominali roztrzepane poduszki. - Ci ostatni – wskazał pielęgniarz – nie lubią, kiedy się na nich patrzy. Oni po jakimś czasie znikają i wtedy mamy ich z głowy, bo się inkarnują. Wiele tu przybyłych powraca więc do rzeczywistości fizycznej. To się odbywa już bez naszego udziału. Wtedy znów przebiegł między nami mężczyzna w kraciastej koszuli, krzycząc: - Stójcie! Nie wchodźcie do tej jaskini! Ona się zawali! Pielęgniarz go złapał, szybko wstrzyknął odpowiednią dawkę kleistego preparatu nieznanego pochodzenia i dwóch innych ~ 72 ~


sanitariuszy bez słowa zabrało mężczyznę na leżankę do izby obok. Podążyłam za nimi. Powoli położyli go na łóżku i zostawili w spokoju. Przyglądałam się i usiłowałam coś zrozumieć. Jego twarz szybko bladła. Ten człowiek właśnie szykował się, by odrodzić się w innym, nowym i niewinnym, życiu. Po chwili dotarło do mnie, że to przede mną leży Steve, mój znajomy, mąż mej koleżanki z pracy. Nie byliśmy przyjaciółmi, ale znaliśmy się dobrze i czasem odwiedzaliśmy własne rodziny. Mieszkali zaledwie kilka przecznic od nas. Angela uczyła matematyki w tej samej szkole, co ja angielskiego, a Steve pracował w podmiejskiej kopalni. Wszak wszyscy wiedzieliśmy, że miał niebezpieczny zawód. Niejednokrotnie żartowaliśmy, żeby uważał, by coś nie spadło mu na głowę. Już nie wróci do domu – pomyślałam w smutku. – Osierocił trójkę maluchów. O rety! Angela... czy wie o wypadku? W pracy następnego dnia Angeli nie było. Wiedziałam, jaka jest przyczyna, mimo że

~ 73 ~


pedagog już posyłała nerwowe słowa w kierunku nieobecnej koleżanki. Pani dyrektor dodała z niesmakiem, że Angela pewnie znowu na niby zachorowała i będzie chciała specjalnie wykorzystać chorobowe. Nie odzywałam się. W zasadzie nigdy nikomu nic nie mówiłam o moich przypuszczeniach, wizjach czy astralnych doświadczeniach. Była to moja strefa intymności, do której nikt nie miał wstępu. Wtem zadzwonił szkolny telefon w sekretariacie obok. Drzwi były uchylone. Za chwilę do pokoju pedagogicznego wpadła sekretarka i krzyknęła niemal w panice: - Angela jest zdruzgotana! Nie przyjdzie dziś do pracy. Jej mąż miał śmiertelny wypadek w kopalni! Opadłam na krzesło z ciężkim sumieniem, bo wiedziałam dużo wcześniej o tym nieszczęściu, a nie mogłam na to nic poradzić. Czułam się winna nawet tej całej sytuacji. Ba! Widziałam Steve’a, jak oszołomiony mota się w zaświatach, nie

~ 74 ~


dostrzegając swojego położenia. Jest w dobrych rękach – pomyślałam naprędce. *** Nie wszystkie doświadczenia przynosiły smutne nowiny. Oczywiście w większości były to spotkania ze zmarłymi lub jakieś wizje późniejszych nieszczęść albo wielkich wydarzeń, jakie miały mnie spotkać w – bliższej lub dalszej – przyszłości. Wszystkie one powodowały takie kumulowanie się energii w jednym miejscu i czasie, że automatycznie znosiły mnie ku wizji, bym doświadczyła jej teoretycznie zawczasu. Obrazy te były jednocześnie doświadczeniami, ale odgórnie danymi, jakby zaprojektowanymi. Wówczas doświadczałam ich nie bezpośrednio, lecz uczestniczyłam z perspektywy widza, czując emocje i przeżywając wydarzenie w sposób realny. Pozostawiałam czasami oznaki potu, zadrapań czy śladów na ciele fizycznym po przebudzeniu. Niekiedy, gdy sytuacja zdawała się ujawniać jako tło lub kadr, ukazywała mi jedynie symbolikę, której ~ 75 ~


zadanie odszyfrowania leżało już po mojej stronie. Niektóre symbole rozwiązywałam latami. *** Był piękny, słoneczny podchodziła tego dnia

dzień. Ariana do egzaminu

dojrzałości. Ten moment był więc pamiętliwy dla mnie jako dla dumnej matki. Tim odbywał służbę wojskową i – mimo mych próśb i nalegań – zamierzał kontynuować służbę dla kraju w trybie zawodowym. Ariana była w tym czasie dla mnie jedyną realną opoką i zajmowała mój czas na tyle, bym nie cierpiała z powodu decyzji Tima więcej niż to było potrzebne. Obawiałam się, że Tim podzieli los Jake’a. Miał jego nieposkromioną ambicję, upór i wolę walki, której powstrzymać się w żaden sposób nie dało. Pewnej nocy widziałam niebezpieczeństwo. Obrazy migały mi przed oczami: Tim, przepaść, lina... Widziałam śmierć i ból mego dziecka. Ale nie było to wyraźne doświadczenie. Z informacji, jakie Jake mi ~ 76 ~


przekazywał, niektóre wydarzenia można zmienić, jeśli ich wizja bywa nieostra lub ma się nieskazitelną pewność, że można zmienić bieg interesującego nas wydarzenia. Toteż w niecały miesiąc od wizji, Tim wyjechał na obóz przetrwania w góry w ramach ćwiczeń. Zapomniałam o wizji, gdy się z nim żegnałam. Dorosłe dzieci czasem wyjeżdżają i nie ma co szaleć z rozpaczy. Niemniej w drugą noc nieobecności Tima, otrzymałam przekaz wypadku podczas doświadczeń poza ciałem. Po przebudzeniu, natychmiast zadzwoniłam do syna. Rano miał wykonać skok z mostu nad lokalnym kanionem. Założył się z kolegami o pieniądze, że zawiśnie kilka metrów nad przepaścią. Po moich natarczywych naleganiach obiecał, że tego nie zrobi. Przekonałam go snem o ojcu. Na szczęście wrócił do domu cały i zdrowy. Tamtego dnia, zamiast Tima, zginął jego najbliższy kolega, który chciał wszystkim pokazać, w jaki sposób udowadnia się innym swoje racje.

~ 77 ~


*** Pomimo namacalnej rzeczywistości moich astralnych podróży i pewności co do nich miałam silne przeczucie, że pierścień nie zmaterializuje się w rzeczywistości fizycznej. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przebudzeniu miałam go w otwartej dłoni. Ukryłam go skrzętnie przed wścibskimi oczami i postanowiłam nigdy go nie otwierać aż do dnia, w którym zdecyduję, że już czas odejść. Wiedziałam jednak, że ten czas nie nadejdzie szybko. Przede mną było jeszcze pół życia. Podróże stawały się coraz wyraźniejsze, a odczucia bardziej realne. Zaczynałam tęsknić do nich, gdy byłam zmuszona pracować całymi dniami. Po każdym przebudzeniu czułam niesmak żywego świata. Był nieprawdziwy w swej hipokryzji, obłudzie i pretensjonalności. Był chory i nienormalny. Brzydziłam się nim, nienawidziłam go. Pisałam wiersze, które stały się odbiciem mej duszy, niejasnym tłumaczeniem obecnego stanu psychicznego. ~ 78 ~


*** Pewnego razu, jak zwykle, położyłam się do łóżka. Pomimo niepokoju związanego z rannym wstawaniem i codzienną, uporczywą organizacją życia do pracy i zwykłymi zmartwieniami, ustawiłam się na kolejne nowe doświadczenie. Czułam, że będzie to coś niepowtarzalnego. Wydostanie się z ciała było bardzo silne, a odległość, jaką pokonywałam, trwała tym razem nieodparcie długo. Krajobraz macierzysty, pusta dzicz, skały porośnięte mchem o wilgotnym zapachu. Wokół dało się usłyszeć pomrukiwania dzikiej zwierzyny oraz głuchy łoskot, odlegle położonych, lasów. Praktycznie żadnego śladu człowieka. Podążałam pomiędzy wysokimi, miejscowo podsuszonymi przez słońce, zaroślami. Za nimi wiecznie żółtozielona sawanna. Nikomu nie udałoby się tu raczej przeżyć. A jednak ... Jaskinia przede mną wyglądała na grotę niedźwiedzia. Ale wewnątrz żadnego nie spotkałam. Poruszałam się bezszelestnie ~ 79 ~


jakby miał mnie ktoś usłyszeć. Dziwne, ale wciąż zachowywałam odczucia ludzkich zachowań, a przecież byłam jedynie astralną powłoką swego fizycznego ciała. Ledwie słyszalne szelesty dochodziły zza narożnej skałki, której u progu nie zauważyłam. Posuwałam się w tamtą stronę, by zaspokoić, naturalną chyba każdemu stworzeniu, ciekawość. Trzy surowo kanciaste postacie toczyły prymitywną gwarą, niezrozumiały dla mnie, dialog. Ich niemal nagie ciała poruszały się koślawo w różnych kierunkach. Kobieta niskiego wzrostu w dużej łupinie rozbijała zdziczałe jagody, a mężczyzna, podkulając przy niej swoje krótkie, grube, owłosione nogi, wydobywał głośne krzyki. To wyglądało na rozmowę. Druga kobieta trzymała się nieco z dala od nich, w ciemnym kącie przeciwległej ściany, ściskając w rękach jakby zawiniątko. Po jakimś czasie dopiero dostrzegłam, kwilące cichutko, niemowlę o podobnych do niej rysach twarzy. Nie

~ 80 ~


odstępowała go na krok, właściwie prawie wcale nie ruszając się z miejsca. W grocie nie było więcej ludzi, jednak po chwili dotarły z zewnątrz odgłosy podobnych istot ludzkich, zapewne tego samego plemienia lub szczepu. Istoty wbiegły z gromkim hałasem do jaskini z krwawiącą jeszcze, ale nieżywą zwierzyną, wyglądającą na przerośniętego dzika. Był tak wielki, że trzymało go trzech krępych mężczyzn. Ich potargane, długie włosy lepiły się od czerwonej mazi. Niedługo potem prymitywnymi, ledwo zaostrzonymi narzędziami, próbowali porąbać znalezisko na dość duże kawałki, wyrywając sobie co chwila lepsze, surowe kęsy. Nie wyglądali na miłych, szczególnie gdy huczeli na siebie, bez zażenowania pochłaniając niektóre kawałki i wykrzykując do siebie jakieś zwroty w gromkim, jakże nieludzkim, śmiechu. Obrazek ten przypominał bardziej sforę rozwydrzonych dzikich hien niż istot ludzkich. To najprostsze porównanie, jakie mi przychodzi w tej chwili na myśl.

~ 81 ~


W pewnym momencie do stojących przy zwierzynie dotarł mężczyzna, który przebywał dotąd w jaskini i jak pamiętam, opiekował się kobietami pod nieobecność innych. Był starszy niż oni, co było widać po jego siwiejących włosach. Chciał zabrać im kawałek mięsa, ale jeden z przybyłych, trzymający w ręku dzidę, cisnął nią w starszego członka stada poniżej pasa w lewy bok. Kobieta niedawno rozmawiająca ze starszym mężczyzną szybko wybiegła na pomoc, jednak została pospiesznie odgoniona do jaskini. Mężczyzna wykrwawił się z bólem na śmierć. Widziałam, jak opuszcza swoje ciało. Podałam mu niewidoczną rękę, którą ujął, choć był wściekły i miałam wrażenie, że wolałby jednak walczyć ze mną, myląc mnie ze swoimi przeciwnikami na dole, szamotającymi się z pożarciem tego, co lepsze. Wtedy intuicyjnie pokazałam mu jego samego, jak brodzi we krwi na podłożu u wejściu do groty. Zaskoczony, spytał mnie, korzystając chyba z komunikacji myślowej,

~ 82 ~


którą i ja do tej pory z dobrym rezultatem się posługiwałam: - Co ja tu robię? Gdzie jestem? - Umarłeś. Takie jest prawo natury. Ale nie martw się. Nic ci teraz nie grozi. - Jestem głodny! Muszę je nakarmić. One też są głodne! – zaskowyczał przybysz. - Wiem. Wszystko będzie dobrze. Teraz musisz pójść ze mną. To będzie długa droga – odpowiedziałam mu bez wahania, nie do końca wiedząc, gdzie go zaprowadzić. Zniknął mi gdzieś po drodze. Nie zdążyłam go nigdzie poprowadzić, lecz czułam ogromną ulgę, że pomogłam mu odejść z tego miejsca. Miał przeogromnie skomplikowane doświadczenia. Tak bardzo przecież cierpiał. Bez mojej pomocy krążyłby zapewne w pobliżu groty jeszcze bardzo długo. W innym czasie dokładnie byłam na jego miejscu. Pamiętam, jak byłam tym samym siwiejącym mężczyzną i jak mocno byłam wzburzona faktem, że moi kuzyni, ~ 83 ~


upolowawszy jedzenie na wiele miesięcy, zajadali się sami, nie podzielili się nim ze słabszymi w grupie. Myślałam, że uda mi się choć kawałek im odebrać, by nakarmić kobiety i siebie, ale nie pamiętam wiele, tylko gwałtowny, ogromny ból w brzuchu, a potem już ciemność, odległą ciszę. Ktoś podał mi rękę. Nic więcej. Od dwudziestego szóstego roku życia miałam kłopoty z wątrobą. Byłam hospitalizowana wiele razy. Na początku diagnozowano wyrostek, ale później dotarło do mnie, że miewam częste zapalenia tego organu. Niestety lekarze nie potrafili mi pomóc. Przyczyn nie określono. Mój ból był ogromny. W końcu zastosowano tradycyjne stałe leczenie i potraktowano bóle jako przewlekłe i nieuleczalne. Ból dotyczył prawego boku w okolicy pleców. Jak się okazało, moja – myśląca jeszcze po ludzku – kopia astralna prawą stronę jegomościa odczytała jako lewą. O tym, że otrzymał on cios w prawy bok, dowiedziałam się z doświadczenia jego wcielenia osobiście. Był

~ 84 ~


to dla mnie kolejny dowód na realność doświadczeń astralnych. Marzenia senne nie posiadają aż tak rzeczonej logiki w swoich scenariuszach. Zrozumiałam, że moja choroba jest karmicznym skutkiem z dalekiej przeszłości, gdzie – jako mężczyzna – otrzymałam śmiertelny cios w okolice wątroby. Pojęcie tego faktu zmieniło moje spojrzenie na schorzenie, z którym przestałam już walczyć, lecz zwyczajnie je zaakceptowałam. Od tamtej chwili, od kilkudziesięciu lat, nie miałam ani jednego rzutu mej nieuleczalnej, według statystyk, choroby. Lekarze jeszcze jakieś parę lat temu nie dowierzali, domagając się dokumentów szpitalnych i potwierdzonej diagnozy sprzed lat. Część porozumiewawczo uznawała mój stan za najdłuższą znaną im remisję tego typu zaburzenia, najbliżsi z otoczenia wmawiali mi cud, a ja doskonale wiedziałam, w czym upatrywać należało autentycznej przyczyny osobliwego wyzdrowienia.

~ 85 ~


*** Pomagając sobie tamtej w odległych wcieleniach, pomagałam sobie samej w bycie teraźniejszym. Im dalej brnęłam w podróże astralne, tym bardziej odkrywałam samą siebie. Poznawałam tajemnice, które były przede mną w fizycznym życiu skrzętnie ukryte. Podróże te zawsze określały pewną część mnie samej, prowadziły do mądrych rozwiązań, wyjaśniały wiele zawiłości i niedorzeczności w niezwykle prosty sposób. Sama sobie byłam podmiotem i przedmiotem doświadczeń. Ciekawością wręcz namolną przechodziłam kolejne skomplikowane etapy samopoznawania, samodoskonalenia, o których tylko czytałam w książkach, a nigdy nie mogłam zrozumieć prawdziwego przekazu, jaki te procesy ze sobą niewątpliwie niosły. Część z nich zrozumiałam dopiero niedawno przy okazji mych niecodziennych podróży, w których uczestniczę do dnia dzisiejszego z coraz większym apetytem.

~ 86 ~


Nigdy więc nie ukończyłam definitywnie doświadczeń astralnych. Towarzyszą mi one przy wielu okazjach i wciąż są dla mnie nieocenionym pocieszeniem, a często i rozrywką. Ich kwintesencja jest mi szeroko poznana, lecz ich ostateczny cel zostanie osiągnięty dopiero u kresu mojego obecnego życia. To prawda, która jest mi – jako jedyna – niewiadoma, lecz już na tyle bliska, że nie boję się po nią bezpośrednio sięgnąć. Moje cierpienia były iluzją, z którą sobie poradziłam. Moja tęsknota była częścią mnie samej, którą przekroczyłam bez trudu, gdy zrozumiałam prawdziwy sens mojego życia. Jake nie był powodem moich cierpień. Byłam nią sama. On pomógł mi to zrozumieć swoją śmiercią, swoją obecnością po śmierci. - Co się z Panią teraz stanie? – spytał dziennikarz, badawczo patrząc w oczy Wery. - Teraz wiem, kiedy odejdę. To nie boli. Robiłam to już wiele razy – uśmiała się. Po czym wskazała pierścień. – Założę go. Już czas.

~ 87 ~


Dziennikarz pożegnał się porozumiewawczo, wskazując teczkę notatek i dyktafon. - Dziękuję – odrzekł, wpatrując się w nią z nieukrywanym zrozumieniem. Wtedy też dokończył na pożegnanie – I do zobaczenia... Uścisnął

czule

jej

pomarszczoną

dłoń

i wyszedł zakłopotany, odwracając się jeszcze kilka razy w kierunku domu Wery, która stała na tarasie, uśmiechając się do niego jeszcze jakiś czas. *** Wera położyła się do łóżka w swojej nowej sukience. Włożyła pierścień i natychmiast zamknęła oczy. Jake już przy niej stał. Młody, przystojny, jakim zawsze go pamiętała. Posuwała się nad podłogą w jego kierunku. Opanowana astralnie do perfekcji, podążała bez lęku i obaw. Tylko raz jeden rzuciła niefizycznym, perspektywicznym okiem na leżące bezwładnie, starcze ciało. Tym razem już do niego nie powróci. Nie odczuwała smutku, tylko jakąś nieposkromioną radość i podniecenie,

~ 88 ~


jednakże elementarnie wyższej jakości. Jake pospiesznie wziął ją za jej młodą rękę. Gdzie się udali? Nie wiadomo. O to już nikt nikogo nie zapyta. *** Karl Darlingtown usiadł przy swoim biurku. Rozpiął teczkę. Wyciągnął notatki, jakie spisał w rozmowie z Werą. Trzymał je w dłoniach w nietypowo długim milczeniu. Kasety leżały na blacie w nieładzie. Wiedział już, że musi zacząć od nowa. Do biura wysłał faksem ostatni wiersz Wery. Sam postanowił się spakować. Tydzień później Karla nie było już w Bostonie. Prawdopodobnie udał się do Australii, gdzie zamieszkał ze swoją rodziną na przedmieściach Melbourne. Wiadomo, że zaczął pisać książki. *** Werę znaleziono na drugi dzień. Zasnęła na zawsze. Tak mówią. Jej dorosłe dzieci nie zapomną po kres swoich dni zaklętego uśmiechu zmarłej matki. To się prawie nie ~ 89 ~


zdarza. Na palcu pozostał znak po pierścieniu. Aksamitne goździki stoją już na, podwójnie ustrojonym, marmurowym nagrobku. Przysłaniają pozłacane nazwiska. Po Werze Maskethouse pozostały wiersze, ale nikt – przynajmniej do dnia dzisiejszego – nie znał jej życia prywatnego. Zapewne większość informacji zabrał ze sobą Karl, nie chcąc ich upubliczniać dla dobrego imienia poetki. Jej ostatni poemat, na którym słono, po dziś dzień, zarabia redakcja Bullettnews, do której to Karl dosłał go przed wyjazdem, ma się całkiem nieźle. Za jego udostępnienie światu został nagrodzony pucharem niezłomnego dziennikarza w służbie dóbr kultury:

Nieprzytomna życiem Utęskniona duszą Pomiędzy światami Nieprzejednanym krokiem W kierunku domu Zmierzam Wera Masckethouse, 1994

~ 90 ~


~ 91 ~


~ 92 ~


Astral