Page 1

nr 25 (76) ZIMA 2017

cena 15 zł

(w tym 5% vat)

USA

D a i l a m M o n a o s k A L E D ! L E I I T N E

W NUMERZE M.IN.: WYWIAD Z RAFAŁEM WOSIEM  •  NOWA WALKA KLAS PODSTAWOWY DOCHÓD GWARANTOWANY – TO DZIAŁA FESTIWAL DEGLOMERACJI  • SPRAWIEDLIWOŚĆ SPOŁECZNA I KATOLICYZM


EDYTORIAL

1

Zamiast wstępu – prośba o pomoc Remigiusz Okraska

O

ddajemy w Wasze ręce 76 numer „Nowego Obywatela”. Być może to już ostatnia edycja, po 17 latach istnienia pisma. Sytuacja finansowa czasopisma jest bardzo ciężka i jeśli nie otrzymamy pomocy od osób sympatyzujących z nami, będziemy zmuszeni zakończyć działalność. Przywykliśmy do spartańskich warunków. Takie są losy inicjatyw, które nie idą na łatwiznę. Nie przyłączaliśmy się do żadnego z wpływowych obozów ideowopolitycznych w Polsce. Publikowaliśmy treści mniej lub bardziej niewygodne dla wszystkich z nich. Unikaliśmy owczych pędów i modnych poglądów. Nie chcieliśmy być ślepo „europejscy” i „nowocześni”, gdy było to na fali. Nie staliśmy się równie ślepo „patriotyczni” i „narodowi”, gdy takie postawy zyskały na popularności. Ceniliśmy sobie krytycyzm, ale też równą miarę dla wszystkich. Pochwały czy sympatie nie zwalniały nas z wytykania błędów. Staraliśmy się – brzmi to górnolotnie, ale tak było – służyć Polsce, ale przede wszystkim zwykłym Polakom i Polkom. Przez długie lata broniliśmy interesów warstw słabszych. Na naszych łamach, jako jednego z niewielu mediów w Polsce, prezentowano problemy chyba wszystkich grup poszkodowanych, wykluczonych, marginalizowanych. Znów pod prąd zwyczajowych podziałów. I wbrew interesom tych, którzy mają pieniądze, a pieniądze zwykle mają krzywdzący – nie krzywdzeni. Robiliśmy czasopismo w warunkach spartańskich, za cenę różnych wyrzeczeń, kosztem rozmaitych wygód i profitów. Ani się nie chwalimy, ani nie narzekamy – taki przyświecał nam cel i taką drogę świadomie wybraliśmy. Dziś coraz trudniej jednak nawet o to. Różne wpływy – ze sprzedaży czasopisma, ze sporadycznych niewielkich dotacji – nie pokrywają wszystkich kosztów i konieczności ponoszenia ich co miesiąc. Lokal redakcyjny, telefony, druk, księgowość, obsługa biura, bardzo skromne wynagrodzenia – wszystko to oznacza stałe wydatki. Mimo ograniczenia ich do minimum, nasze czasopismo w ostatnich latach było rozwijane: od roku 2015 jego

sprzedaż w sieci Empik wzrosła dwukrotnie, a liczba prenumeratorów – ponad dwukrotnie. To wszystko niestety w niewielkim stopniu przekłada się na kondycję finansową. Marża pośredników, wzrost cen różnych usług i opłat oraz utrzymanie ceny pisma tak, żeby nie była zbyt wysoka dla uboższych odbiorców – sprawiają, że nasza sytuacja jest kiepska. Inne czasopisma utrzymują się z drogich reklam opłacanych przez biznes, z hojności zamożnych politycznych przyjaciół lub ich twórcy mają więcej prywatnych środków i możliwości niż my. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać, potrzebna jest Wasza pomoc. Po kolejnej redukcji kosztów (w tym kolejnej zmianie siedziby redakcji na tańszą), musimy każdego miesiąca mieć co najmniej 4 tysiące złotych, aby opłacać najbardziej konieczne wydatki. Oznacza to, że konieczne jest znalezienie co najmniej 200 osób, które co miesiąc będą nas wspierały cykliczną darowizną w wysokości 20 zł, niezależnie od środków, jakie pozyskujemy czasami z innych źródeł. Oczywiście wielu osób nie stać na taki wydatek, ale mogą przekazywać mniejsze kwoty (5 czy 10 zł każdego miesiąca), a z kolei zamożniejsi – wpłacać więcej. Wystarczy ustawić zlecenie stałego przelewu ze swojego konta. 200 osób to nie tak dużo, ale zarazem sporo – jeśli każda pomyśli, że nie wpłaci, bo na pewno ktoś inny to zrobi, wówczas nie uzbiera się grono niezbędne do uratowania nas. Jeśli możesz nas wspierać – zrób to bez oglądania się na innych. Prosimy o wpłaty na konto: Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, Bank Spółdzielczy Rzemiosła w  Łodzi, numer rachunku: 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001 – koniecznie z dopiskiem „Darowizna na cele statutowe”. Możecie nas wesprzeć także w  inny sposób – przekazując 1% swojego podatku przy najbliższym rozliczeniu PIT (należy wpisać nasz numer KRS 0000248901) lub nabywając prenumeratę. Od Was zależy, czy niniejszy numer „Nowego Obywatela” będzie ostatnim. Czas biegnie szybko – oby równie szybko nadeszło wsparcie.


2

SPIS TREŚCI 6 Wiele dróg do lepszej pracy

wywiad

Z RAFAŁEM WOSIEM ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

6

22 Eksperymenty z dochodem podstawowym DR MACIEJ SZLINDER

30 Nowa walka klas MICHAEL LIND

50 Siła świata pracy motorem postępu JAN J. ZYGMUNTOWSKI

Powszechne jest dziś przekonanie, że nowoczesny postęp oznacza szeroką kategorię zjawisk na styku globalizacji gospodarek narodowych, elastycznej pracy, gadżetów technologicznych czy wreszcie konsumpcjonizmu i wkradania się logiki rynkowej w każdą dziedzinę życia. Szczególną rolę odgrywają także roboty i zagrożenie automatyzacją, które regularnie przypomina z medialnych nagłówków o niepewnych warunkach pracy w dobie innowacji i czwartej rewolucji przemysłowej. Obserwowana stagnacja ekonomiczna jest rezultatem bardzo wielu procesów, wśród których znajduje się także spowolniona adaptacja owoców rozwoju technicznego. Złożoność tego procesu nie ulega wątpliwości, jednak w powszechnej narracji od dawna przeceniano wątki wygodne dla klas posiadających.

58 Czy prawo chroni słabych? Klauzula propracownicza w przetargach i minimalna stawka godzinowa KATARZYNA DUDA

Minęło pięć lat od inauguracji najgłośniejszej w Polsce kampanii wymierzonej w umowy cywilnoprawne. Towarzyszyło jej hasło „Stop umowom śmieciowym” i wizerunek postaci Syzyfa, który stał się symbolem osoby zatrudnionej na podstawie stosunku cywilnoprawnego – prekariusza. Pierwszym rezultatem akcji, poprawiającym sytuację osób zatrudnionych na śmieciówkach, było objęcie ich ubezpieczeniem społecznym z dniem 1 stycznia 2016 r.

Nie walczę o ulice imienia Karola Marksa czy Róży Luksemburg. Mam za to głębokie przekonanie, że zdecydowanie zbyt mało w naszym społeczeństwie jest ludzi, którzy mogą zajmować się czymś poza pracą i konsumpcją. Potrzebujemy czasu wolnego, choćby po to, żeby odzyskać partycypację społeczną, żeby ludzie mieli czas na samorozwój i twórczość, na rodzinę, przyjaciół i hobby, na troskę o zdrowie. Chciałbym, żeby pojawiła się siła polityczna, która zrozumie tę kwestię i wyciągnie ją na swoje sztandary.

22

W eksperymencie udział wzięło 20 wiosek. Okazało się, że wpływ dochodu podstawowego był niezwykle pozytywny na wielu płaszczyznach. Jedną z nich była znacząca poprawa jakości produktów nabywanych przez mieszkańców. Jedynym artykułem spożywczym, którego konsumpcja wyraźnie spadła, był alkohol. Tym samym jedno z popularnych, także w naszej kulturze, klasowych uprzedzeń wobec osób ubogich, jakoby nie należało przekazywać im gotówki, ponieważ ją przepiją, okazało się całkowicie błędne.

30

Po zakończeniu Zimnej Wojny rozpoczęła się walka klas. Wybuchła ona jednocześnie w wielu krajach i toczyła się pomiędzy sektorem korporacyjnym, finansowym i profesjonalnym a populistycznymi ugrupowaniami klasy robotniczej. Ten ponadnarodowy konflikt jest już odpowiedzialny za Brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA – a kolejne szokujące niespodzianki jeszcze przed nami.

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017


3

68 Przedsiębiorstwa państwowe – lekcje z Urugwaju KRZYSZTOF MOLENDA

Kwestia publicznej własności przedsiębiorstw jest ważna dla ustroju państwa. Nie tylko ze względów ekonomicznych, ale także z punktu widzenia rzeczywistego działania instytucji i społeczeństwa. Jest to jeden z elementów, który decyduje o możliwości i kierunku zmian. W polskiej debacie publicznej ta kwestia jest właściwie pomijana. Opisany tu Urugwaj ma o tyle szczęście, że elity rządzące od kilkunastu lat potrafią zdefiniować oczekiwaną wizję państwa i realizować jej wcielanie w życie – m.in. korzystając z firm państwowych jako narzędzi w zmienianiu kraju.

84 Świadoma konsumpcja to kłamstwo ALDEN WICKER

Ruch świadomej konsumpcji wydaje się być słuszny moralnie i odważny. Jednak odbiera on obywatelom ich siłę i sprawczość. Drenuje nasze konta bankowe i naszą wolę polityczną, odciąga uwagę od autentycznych sprawców zamieszania i od podejmujących decyzje, a zamiast tego koncentruje naszą uwagę na niewielkich skandalach mających miejsce w korporacjach oraz na walce o moralną wyższość.

88 Czy sankcje powstrzymają Rosję? DR JAN PRZYBYLSKI

Prawdopodobnie najbardziej dotkliwa dla Rosji byłaby stymulacja przez Zachód, dzięki obustronnie korzystnej polityce, w tym gospodarczej, budowy silnego, zwartego i zamożnego państwa ukraińskiego, które mogłoby skutecznie przeciwstawiać się zakusom potężnego sąsiada i mieć orientację prozachodnią opartą na korzyściach, nie nadziejach. To jednak wydaje się mało realne, tak z uwagi na jakość elit ukraińskich, jak i kadr, które trafiają tam z zagranicy, w tym i z Polski. A przede wszystkim z uwagi na nasze własne, często gorzkie, doświadczenia z okresu po 1989.

76 Festiwal deglomeracji KAROL TRAMMER

W polskiej debacie publicznej trudno wskazać drugi temat cieszący się tak szerokim – ponadpartyjnym oraz ponadlokalnym – poparciem jak deglomeracja. Trudno jednocześnie znaleźć inny temat, który – mimo tak szerokiego poparcia – właściwie nie byłby wdrażany.

94 Co z tą piosnką?

wywiad

Z JARKIEM SZUBRYCHTEM ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

Uważam, że disco polo to gwałt na estetyce. Ale rozwój tego gatunku świetnie pokazuje fenomen niedoceniany w Polsce przez lata: jeśli czegoś nie pokazujesz w inteligenckiej i wielkomiejskiej prasie, to wcale to nie znika. Jeżeli nie umiemy o czymś rozmawiać, a tylko wyszydzamy, to nie powoduje, że to przestaje istnieć. W przypadku disco polo szyderstwa nie brakowało, zabrakło za to porządnej i powszechnej edukacji muzycznej.


NOWY

BYWATEL  NR 25 (76) · ZIMA 2017

Redakcja, zespół i stali współpracownicy Remigiusz Okraska (redaktor naczelny)

SPIS TREŚCI 110 Droga do Indii

Krzysztof Wołodźko (zastępca redaktora naczelnego)

JACEK ŻEBROWSKI

Rafał Bakalarczyk, Mateusz Batelt, Joanna Duda-Gwiazda, Bartłomiej Grubich, Katarzyna Górzyńska-Herbich, dr hab. Rafał Łętocha, Bartłomiej Mortas, Krzysztof Mroczkowski, Magdalena Okraska, dr Jan Przybylski, Marceli Sommer, Szymon Surmacz, dr Joanna Szalacha-Jarmużek, Piotr Świderek, dr hab. Jarosław Tomasiewicz, Karol Trammer, Piotr Wójcik

Żyje tam miliard trzysta dwadzieścia pięć milionów ludzi, jest 6000 kin, a dochody z box office’u wynosiły w 2016 r. dwa i pół miliarda dolarów amerykańskich. Indie produkują dziś rocznie ponad 1600 filmów w 35 językach. Kino południowoazjatyckie jest nadal wielkim nieodkrytym rezerwuarem świetnych dzieł i twórców mających do powiedzenia wiele na tematy społeczne.

Rada Honorowa dr hab. Ryszard Bugaj, Jadwiga Chmielowska, prof. Mieczysław Chorąży, Piotr Ciompa, prof. Leszek Gilejko , Andrzej Gwiazda, dr Zbigniew Hałat, Grzegorz Ilka, Bogusław Kaczmarek, Jan Koziar, Marek Kryda, Bernard Margueritte, Mariusz Muskat, dr hab. Włodzimierz Pańków, dr Adam Piechowski, Zofia Romaszewska, dr Zbigniew Romaszewski , dr Adam Sandauer, dr hab. Paweł Soroka, prof. Jacek Tittenbrun, Krzysztof Wyszkowski, Marian Zagórny , Jerzy Zalewski, dr Andrzej Zybała, dr hab. Andrzej Zybertowicz Nowy Obywatel ul. Sienkiewicza 36/16, 40-031 Katowice, tel. 530 058 740 propozycje tekstów: redakcja@nowyobywatel.pl reklama, kolportaż: biuro@nowyobywatel.pl

nowyobywatel.pl

ISSN 2082–7644 Nakład 1500 szt. Wydawca Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” ul. Sienkiewicza 36/16, 40-031 Katowice Redakcja zastrzega sobie prawo skracania, zmian stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do druku. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Nie wszystkie publikowane teksty odzwierciedlają poglądy redakcji i stałych współpracowników. Przedruk materiałów z „Nowego Obywatela” dozwolony wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody redakcji, a także pod warunkiem umieszczenia pod danym artykułem informacji, że jest on przedrukiem z kwartalnika „Nowy Obywatel” (z podaniem konkretnego numeru pisma), zamieszczenia adresu naszej strony internetowej (nowyobywatel.pl) oraz przesłania na adres redakcji 2 egz. gazety z przedrukowanym tekstem. Sprzedaż „Nowy Obywatel” jest dostępny w prenumeracie zwykłej i elektronicznej (nowyobywatel.pl/prenumerata), można go również kupić w sieciach salonów prasowych Empik i RUCH oraz w sprzedaży wysyłkowej. skład, opracowanie graficzne Mariusz Mortas okłaDKa Kooperatywa.org Wykorzystano motyw z rządowego plakatu powstałego w latach 30. XX wieku w okresie New Deal w USA Druk i oprawa Drukarnia READ ME w Łodzi 92–403 Łódź, Olechowska 83 druk.readme.pl

Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

114 Chłopi, rewolucja rosyjska i republiki ludowe DR MICHAŁ RAUSZER

Historia chłopów polskich to dwa zlewające się ze sobą dogmaty: stalinowska polityka wymazania pamięci o niewolniczym charakterze pańszczyzny oraz historia Polski pisana z perspektywy narodu szlacheckiego i ziemiaństwa. W obu tych opowieściach chłop funkcjonuje jako naga, bezmyślna tłuszcza, opanowana przez prymitywne popędy. Przejawy chłopskiego samostanowienia, jak republiki tarnobrzeska czy pińczowska, są przykładami tego, że chłopi potrafili działać solidarnie na rzecz wspólnego dobra.


5

z polski rodem

120 Sprawiedliwość społeczna i katolicyzm. Ksiądz Antoni Szymański – pionier polityki społecznej w Polsce DR HAB. RAFAŁ ŁĘTOCHA

Za najważniejszą postać reprezentującą ten kierunek należy bez wątpienia uznać ks. Antoniego Szymańskiego. Wśród licznych katolickich myślicieli i działaczy społecznych okresu międzywojennego zajmuje on pozycję wyjątkową. Śmiało można nazwać go liderem obozu katolicko-społecznego w II Rzeczypospolitej.

z polski rodem

128 Na dwa fronty. Paramilitarne struktury PPS 1919–1928 DR HAB. JAROSŁAW TOMASIEWICZ, PIOTR GRUDKA

O ile zbrojna działalność socjalistów w okresie odzyskiwania niepodległości i walki o granice jest zrozumiała, o tyle funkcjonowanie bojówki partyjnej w demokratycznej Rzeczypospolitej budzi dziś wątpliwości. Warto zatem przywołać socjopolityczny kontekst tego zjawiska. Do stosowania przemocy szczególnie skłonni byli ludzie zdesperowani, walczący o materialne warunki egzystencji, dlatego konflikty społeczne (strajki, demonstracje) miały nieraz gwałtowny przebieg.

rys. Maria Apoleika

136 Idea, która niszczy Europę

recenzja

DR TOMASZ MARKIEWKA

Sprzeciw może przybrać dwie formy. W wersji optymistycznej doprowadzi do umocnienia ruchów postępowo-lewicowych, które zreformują Unię Europejską. W wersji pesymistycznej – przyczyni się do nasilenia nastrojów nacjonalistycznych, których konsekwencją będzie rozbicie wspólnoty europejskiej. Ideologia austerity w wielu krajach już wyrządziła poważne szkody. Jest zatem wielce prawdopodobne, że jedyne, co pozostało ludziom mającym wpływ na przyszłość Europy, to zdecydować, którą z tych możliwości wolą. Nawet jeśli oni sami łudzą się, że wszystko może pozostać po staremu.


58

Czy prawo chroni słabych? Klauzula propracownicza w przetargach i minimalna stawka godzinowa Katarzyna Duda

Jesienią 2017 r. minęło pięć lat od inauguracji najgłośniejszej w Polsce kampanii wymierzonej w umowy cywilnoprawne. Towarzyszyło jej hasło „Stop umowom śmieciowym” i wizerunek postaci Syzyfa, który stał się symbolem osoby zatrudnionej na podstawie stosunku cywilnoprawnego – prekariusza.

Od

16 października do 30 listopada 2012 r. NSZZ „Solidarność”, związek zawodowy stojący za kampanią, prowadził na szeroką skalę akcję informacyjną na temat umów cywilnoprawnych. Wykorzystano do tego media (m.in. kino, telewizję i billboardy), organizowano w całej Polsce spotkania edukacyjne na temat deficytów, z którymi wiąże się zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych1. Niewątpliwą zasługą owej kampanii było zaangażowanie mediów do podjęcia tej problematyki. Na

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

temat inicjatywy ukazało się co najmniej 118 artykułów prasowych, w których na określenie umów cywilnoprawnych przyjął się termin „umowy śmieciowe”. Zamiar nadania tej podstawie zatrudnienia jednoznacznie negatywnych skojarzeń przyniósł efekty, a  kwestia zrównania umów cywilnoprawnych z umowami śmieciowymi na dobre zagościła później w  przekazach medialnych. Strategie działania na polu dyskursywnym i próby wpłynięcia na debatę publiczną na temat umów cywilnoprawnych


59

Intencje ustawodawcy, wskazane w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej, były natomiast dwojakie: „uzyskanie pozytywnej zmiany na rynku pracy przez wprowadzenie ochrony osób otrzymujących wynagrodzenie na najniższym poziomie oraz przeciwdziałanie nadużywaniu umów cywilnoprawnych”2. Celem niniejszego tekstu jest omówienie, w jaki sposób powyższe regulacje przyjęły się na rynku pracy. To znaczy na jaką skalę przepisy te są respektowane oraz co sprzyja odnotowanym przypadkom ich naruszeń.

Klauzula propracownicza

fot. Krzysztof Wołodźko

nie odniosły natychmiastowego skutku na polu prawnym, lecz zaczęły owocować po latach. W ciągu pięciu lat od inauguracji kampania przełożyła się na istotne zmiany w prawie dotyczącym takich umów. Pierwszym rezultatem akcji, poprawiającym sytuację osób zatrudnionych na śmieciówkach, było objęcie ich ubezpieczeniem społecznym z  dniem 1 stycznia 2016 r. Zmiana ta weszła w życie za rządów Prawa i Sprawiedliwości, lecz decyzja o reformie zapadła jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Od momentu objęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość nastąpiły dalej idące działania wymierzone w umowy cywilnoprawne: przede wszystkim wprowadzenie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej w zamówieniach publicznych, a  ponadto minimalnej stawki godzinowej. Nie pozostawia wątpliwości fakt, że ustanowieniu obowiązkowej klauzuli propracowniczej w przetargach publicznych przyświecał zamiar ograniczenia zawartych niezgodnie z  prawem umów śmieciowych tam, gdzie za finansowanie usług świadczonych przez podmioty prywatne odpowiada państwo.

Od 19 października 2014 r. art. 29 ust. 4 pkt 4 ustawy Prawo zamówień publicznych stał się najsilniejszym z instrumentów przewidzianych w tym prawie, jak i  ogólnie w  całym prawodawstwie, poprzez które zamawiające usługi instytucje państwowe mogły wpływać na warunki zatrudnienia pracowników wykonawcy angażowanego przez nie do świadczenia usług. Przepis ten stanowił, że zamawiający może wymagać od wykonawcy usługi zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę wtedy, gdy zlecane czynności noszą cechy stosunku pracy. Regulację tę wprowadzono do polskiego prawa, wskazując, że jest ona pożądana także przez ustawodawcę europejskiego3. Z inicjatywą nowelizacji prawa zamówień publicznych w tym zakresie wyszli głównie posłowie Platformy Obywatelskiej. Przepis ten stanowił swego rodzaju powtórzenie na gruncie prawa zamówień publicznych artykułu 22 § 2 Kodeksu pracy, stanowiącego, że pracodawca powinien zawrzeć z pracownikiem umowę o pracę: a) przy wykonywaniu pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy, b) wykonywaniu pracy pod kierownictwem pracodawcy, c) w  miejscu wyznaczonym przez pracodawcę, d) i w czasie przez niego wyznaczonym. Przepis ten miał docelowo wzmocnić art. 22 § 2 Kodeksu pracy, czynił to jednak w sposób mało skuteczny. Jak pokazała praktyka, klauzula ta, będąc tylko opcjonalną, nie przyjęła się na szerszą skalę. Z badań Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda ­Lassalle’a wynika, że skala jej stosowania była marginalna. Z trzydziestu instytucji, które w badanym okresie (19 października 2014 r. – 1 czerwca 2016 r.) przeprowadziły postępowania o  udzielenie zamówienia publicznego, z  tej możliwości skorzystało zaledwie siedem4. Jeden z urzędników na przykład wyjaśniał, że gdy ma do czynienia z przepisem, który stanowi, iż wolno mu postąpić w pewien sposób, to interpretuje go jako zakaz – nie można postąpić w ten sposób. W jego ocenie niezastosowanie przepisu mogło tylko skomplikować postępowanie i narazić go na


60

zarzut ze strony Najwyższej Izby Kontroli o niegospodarność, gdyż klauzula propracownicza podraża postępowanie. Urzędnicy w rozmowach z autorką artykułu niejednokrotnie podkreślali, że jeśli umowy o pracę oferowane pracownikom wykonawcy są dla ustawodawcy pożądanym stanem, to optymalnym rozwiązaniem byłoby wymaganie od instytucji publicznych, aby zawierała w  dokumentacji przetargowej takie wymogi względem wykonawców. Sami urzędnicy przyznawali bowiem, że nie chcą kreować polityki, lecz ją realizować. O znikomej skali stosowania klauzul społecznych pisała również Najwyższa Izba Kontroli w raporcie pt. „Stosowanie klauzul społecznych w zamówieniach publicznych udzielanych przez administrację rządową”. NIK zbadała, jak często w latach 2013-2016 (do 30 kwietnia 2016 r.) wszystkie klauzule społeczne były wykorzystywane w zamówieniach publicznych. Kontrolą objęto 29 jednostek5. W skontrolowanych jednostkach administracji rządowej najczęściej stosowano klauzulę społeczną umożliwiającą wymaganie od wykonawców zatrudnienia osób bezrobotnych (prawie 56% zastosowanych klauzul), w mniejszym stopniu korzystano z klauzuli dotyczącej zatrudnienia osób niepełnosprawnych (20%) oraz dotyczącej zatrudnienia na podstawie umowy o  pracę (18%). W obliczu minimalnej skali stosowania fakultatywnej klauzuli propracowniczej, pożądane było wzmocnienie tego przepisu poprzez nałożenie na instytucje publiczne obowiązku wymagania umów o pracę od wykonawców w  ściśle określonych przypadkach. Długo wyczekiwana pozytywna zmiana weszła w życie 28 lipca 2016 r. Umożliwił ją rządowy projekt ustawy o  zmianie ustawy Prawo zamówień publicznych oraz niektórych innych ustaw, który wpłynął do Sejmu 24 marca 2016 r. Po wejściu w życie obligatoryjnej klauzuli propracowniczej pojawił się problem związany z ochroną danych osobowych pracowników wykonawcy i z kontrolą wywiązywania się przez firmy z tego wymogu. W związku z tym Prezes Urzędu Zamówień Publicznych Małgorzata Stręciwilk wspólnie z  Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych Edytą Bielak-Jomaą – wypracowały rozwiązanie mające zapewnić skuteczną realizację polityki społecznie odpowiedzialnych zamówień publicznych. Uzgodniono, że zamawiający może pozyskiwać takie dane osobowe pracowników, jak imię i nazwisko, data zawarcia umowy, rodzaj umowy o pracę oraz wymiar etatu. Należy to ocenić zdecydowanie pozytywnie. Autorka artykułu prowadzi monitoring zamówień publicznych na usługi ochrony oraz utrzymania czystości. Ocenia, że w około 90% postępowań klauzula propracownicza przyjęła się prawidłowo, tzn. zamawiający postawili ten wymóg w odniesieniu do

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

wszystkich pracowników, którzy świadczyć będą usługi o podobnym zakresie obowiązków. Pozostałe 10% przypadków to sytuacje, w których klauzuli w ogóle nie zastosowano lub zastosowano częściowo, w sposób nieprawidłowy, na przykład: 1. Wymagając od wykonawcy zatrudnienia na umowie o  pracę tylko 50% pracowników. Takie różnicowanie podstawy zatrudnienia pracowników wykonawcy jest niezrozumiałe w  przypadkach, gdy wszystkie osoby miały ustalony identyczny zakres obowiązków. 2. Promując umowy o pracę w pozacenowych kryteriach oceny ofert. Takie sytuacje nie gwarantują umów o pracę dla pracowników wykonawcy, a  jedynie zwiększają prawdopodobieństwo ich zawarcia. Owe rozwiązania oznaczają nieprawidłowe zastosowanie klauzuli propracowniczej, gdyż ustawa wyraźnie mówi, że zamawiający są zobligowani do wymagania umów o pracę, a nie jedynie do ich promowania. W przypadkach, w których nierespektowanie klauzuli propracowniczej leży po stronie instytucji państwowych, interweniują organizacje społeczne, jeden związek zawodowy oraz sami pracodawcy. Warta wspomnienia jest akcja „Żółte kartki” prowadzona przez NSZZ „Solidarność”, Federację Pracodawców RP oraz Instytut Zrównoważonych Zamówień Publicznych. Kartki przyznawane są dwóm grupom zamawiających. Pierwsza to ci, którzy ogłaszając postępowania nie zadbali o  to, żeby pracownicy wybieranych firm otrzymywali wynagrodzenia powyżej stawek minimalnych. Druga grupa po prostu nie stosuje klauzuli propracowniczej. Interwencje podejmowane są głównie w przetargach na usługi ochroniarskie, sprzątania i budowlane. Żółte kartki otrzymało już 80 instytucji, w  tym m.in. Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w  Poznaniu czy Centrum Psychiatrii w Katowicach. Jak zauważa ekspertka „Solidarności” Sylwia Szczepańska: „ZUS też powinien być bardziej aktywny w tej sprawie. Jednak chodzi o to, by jak najwięcej składek wpływało do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Bo ci ludzie kiedyś zapukają do Funduszu po emerytury”6. Interwencje te w wielu przypadkach okazały się sukcesem i doprowadziły do zmiany zapisów postępowania wedle zaleceń interweniujących organizacji7. Interesującą inicjatywą są również interwencje Polskiego Związku Pracodawców „Ochrona”8. Organizacja ta podejmuje działania weryfikacyjne procesów przetargowych i w razie podejrzeń zwraca się z wnioskiem o działanie do organów państwowych, takich jak Urząd Zamówień Publicznych, Państwowa Inspekcja Pracy, Zakład Ubezpieczeń Społecznych,


61

fot. Krzysztof Wołodźko

PFRON, a w uzasadnionych przypadkach – do organów ścigania. Skargi dotyczą zarówno zlecających, którzy nie liczą się z klauzulą propracowniczą i stawką minimalną, jak i podmiotów podejmujących się wykonania usługi poniżej kosztów płacowych. Związek prezentuje zaniżane ceny oraz apeluje do zamawiających i  klientów o  szczegółową analizę treści ofert. Instytucjami, które stały się obiektem interwencji, są m.in. Sąd Rejonowy w Zgierzu, Sąd Apelacyjny w Warszawie i Prokuratura Regionalna w Łodzi. Instytucje te zaniechały troski o przestrzeganie prawa, mimo że z uwagi na swoją podstawową działalność powinny wykazywać się szczególną dbałością o jego respektowanie. W  2017 r. miała ponadto miejsce interwencja Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a w Ośrodku Pomocy Społecznej Dzielnicy Ochota w Warszawie. Dotyczyła ona ogłoszenia o zamówieniu na „świadczenie usług opiekuńczych podopiecznym Ośrodka Pomocy Społecznej w ich miejscu zamieszkania od września 2017 r. do stycznia 2018 r.”. Zwrócono się z pytaniem, dlaczego instytucja wymagała zatrudnienia na podstawie umów o pracę tylko 3 osób spośród 66. Pozbawiono tym samym opiekunki prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego, a więc, jak pokazuje doświadczenie – do urlopu w ogóle. Znikome

były bowiem szanse na to, że firma z własnej woli zawrze z pracownikami umowy o pracę. W piśmie podkreślano, że „taka klauzula powinna zostać zawarta w  odniesieniu do wszystkich pracowników, a nie tylko do części, tym bardziej w postępowaniu na usługi opiekuńcze. Nie powinno być bowiem tak, że zlecając zadanie opieki, instytucja sama nie przejawia troski względem pracowników”. Należy w tym miejscu zasygnalizować, że w  przypadku usług opiekuńczych skala niestosowania klauzuli propracowniczej może być większa niż w przypadku usług ochrony i utrzymania czystości, te dwie branże są bowiem pod baczniejszą obserwacją mediów i organów kontrolnych. Dzięki obowiązkowej klauzuli propracowniczej w niechlubną przeszłość odchodzą sytuacje, w których ochroniarz był zatrudniony na podstawie umowy o  dzieło, a  więc całkowicie pozbawiony ubezpieczenia społecznego. Do ograniczenia patologii przyczynił się wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 października 2016 r. (I UK 446/15). Sąd zajął w nim stanowisko, że ochroniarz nie może być zatrudniony na umowie o  dzieło. Wyrok został wydany na podstawie następującego stanu faktycznego: firma ochroniarska zawarła ze swoimi współpracownikami umowy o dzieło, które dotyczyły sprzątania,


62

dozoru mienia i innych czynności związanych z pilnowaniem i  ochroną. Zadania te były wykonywane w miejscu i czasie wyznaczonym przez spółkę. W  wyniku kontroli przeprowadzonej przez organ rentowy w 2013 r., została wydana decyzja, w której wskazano, że współpracownicy spółki podlegają obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym. ZUS uznał bowiem, że zawarte umowy o dzieło są w rzeczywistości umowami o świadczenie usług, do których powinno zastosować się przepisy właściwe dla umów zlecenia. W wyniku kontroli zakwestionowano umowy o dzieło ok. 60 osób pracujących przy ochronie mienia. Spółka złożyła jednak odwołanie od decyzji ZUS. Po odwołaniach w sądach I i II instancji sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Oddalił

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

on skargę kasacyjną, wskazując, że brak jest uzasadnionych podstaw, aby ingerować w rozstrzygnięcie sądu apelacyjnego. Na uwagę zasługują dwa aspekty tego wyroku: 1. W orzeczeniu odniesiono się do zasady swobody umów, na którą powoływała się firma broniąca swego stanowiska. Skarżący zarzucał sądowi II instancji, że w sposób nieprawidłowy uznał on, iż swoboda stron przy zawieraniu umów może zostać ograniczona. SN potwierdził, że jedna z najważniejszych zasad prawa zobowiązań – zasada swobody umów – doznaje pewnych ograniczeń. Treść oraz cel umowy nie mogą stać w sprzeczności z właściwością zobowiązania, przepisami prawa i zasadami współżycia społecznego. Odnosząc


63

to do analizowanego przypadku, SN wskazał, że wolą stron nie można zmieniać ustaw. Oznacza to, że strony nie mogą nazwać umową o dzieło takiej umowy, która wypełnia przesłanki stosunku pracy lub ma cechy umowy zlecenia. 2. W  przywołanym orzeczeniu został poruszony jeszcze jeden aspekt obrazujący praktykę stosowania umów o  dzieło. Skarżący przedsiębiorca podnosił, że fakt zawierania umów o dzieło wynika z narzucanych przez inne podmioty stawek, jakie mogą one zapłacić za usługi. Zdaniem przedsiębiorcy, nie jest możliwe realizowanie usług za takie stawki na innej podstawie niż umowa o dzieło. Na taki zarzut SN odpowiedział, że poziom opłacalności przedsięwzięcia nie jest kryterium fot. Krzysztof Wołodźko

odróżniającym umowę o dzieło od umowy o świadczenie usług i nie może być elementem uzasadniającym działanie zmierzające do obejścia prawa. W wyroku wyraźnie pouczono przedsiębiorców, że powinni składać oferty z uwzględnieniem faktycznie ponoszonych kosztów. Jeżeli ze specyfiki czynności wynika, że należy uznać je za świadczenie usług, a nie za dzieło – tak jak w przypadku ochrony i pilnowania mienia – to kosztem uwzględnionym w ofercie muszą być składki na ubezpieczenia społeczne. Poza klauzulą propracowniczą oraz wyrokiem Sądu Najwyższego, z  krytyką umów o  dzieło wystąpił Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć. W wywiadzie dla „Super Expressu” pt. „Umowy o dzieło to niewolnictwo” powiedział on, że „Od lat PIP, ale i ja osobiście mówimy o tym, że skala nadużyć polegających na zawieraniu umów cywilnoprawnych, gdy powinna to być umowa o pracę, jest sprawą, którą trzeba rozwiązać”. W rozmowie uznał on także, iż należy postawić walkę z umowami zlecenie i o dzieło wśród priorytetów Państwowej Inspekcji Pracy.

Minimalna stawka godzinowa Do pozytywnych efektów wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, która obowiązuje od 1 stycznia 2017 r. i wynosi 13 zł brutto za godzinę pracy, poza poprawą sytuacji materialnej osób zarabiających przed jej wprowadzeniem nierzadko około 4 zł za godzinę pracy, można zaliczyć: 1. Rezygnowanie przez instytucje państwowe z outsourcingu Wskutek wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej liczne instytucje publiczne, które przed laty zdecydowały się na outsourcing usług pomocniczych (tj. utrzymania czystości czy ochrony) powzięły decyzje o rezygnacji ze współpracy z firmami zewnętrznymi i o powrocie do własnej obsługi. W  wyniku wprowadzenia nowelizacji zlecanie usług na zewnątrz przestało być dla nich opłacalne. Instytucje publiczne przed laty wybierały outsourcing w celu poczynienia oszczędności na wynagrodzeniach pracowników, co było możliwe dzięki brakowi minimalnej stawki godzinowej w przypadku umów cywilnoprawnych, które oferowały pracownikom firmy prywatne. Instytucje państwowe godziły się zatem z tym, że w  firmach zewnętrznych warunki płacowe pracowników będą nawet dwukrotnie gorsze9. Po wejściu w życie minimalnej stawki godzinowej, w  niektórych przypadkach koszty świadczenia usług przez firmy zewnętrzne wzrosły nawet o 50%, więc pracownicy zarabiali tam wcześniej około 5 zł za godzinę. Outsourcing stracił zatem


64

swoje uzasadnienie, bo te same środki, które firma musi od 2017 r. przeznaczać na wynagrodzenia, musiałaby również zapłacić sama instytucja. W celu zobrazowania zachodzących procesów warto pokazać kilka przykładów, m.in. ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, w którym jeszcze w 2016 r. wszystkie tzw. usługi pomocnicze były zlecone firmom zewnętrznym. W 2017 r. Barbara Bulanowska, dyrektorka tego szpitala, powiedziała wprost, że outsourcing przestał się opłacać, bo firmy podniosły ceny o 15-20%10. W  wyniku wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej placówki w całej Polsce renegocjowały umowy z firmami outsourcingowymi. Tak było np. w  Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym im. dr. Józefa Psarskiego w Ostrołęce, gdzie spółdzielnia wykonująca usługi sprzątania i pomocy przy chorych zwróciła się o renegocjację umowy na mocy obowiązującego prawa. Wyliczony przez spółdzielnię koszt usług, z uwzględnieniem nowej stawki minimalnej, wyniósłby około miliona złotych więcej, co wyjaśnił Jerzy Miazga, dyrektor tego szpitala11. Jak mówiła Renata Ruman-Dzido, prezeska zarządu Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, wzrost kosztów pracy to dla placówki około milion złotych mniej w skali roku. Szpital jest w o tyle w dobrej sytuacji, że wcześniej zrealizował wiele inwestycji w sferze pozamedycznej. Skutkują one oszczędnościami. Po procesie optymalizacji kosztów placówka nie ma już jednak za bardzo na czym oszczędzać. Zrezygnowano więc z fizycznej ochrony placówki, poprzestając na wykupieniu usługi, która w przypadku zagrożenia gwarantuje przyjazd grupy interwencyjnej12. 2. Ograniczanie skali umów śmieciowych w wyniku kontroli stawki minimalnej Minimalna stawka godzinowa sprawiła, że umowy cywilnoprawne stały się mniej korzystne niż wcześniej, lecz nadal są bardziej atrakcyjne niż umowy o pracę, np. ze względu na brak przepisów o urlopie wypoczynkowym. Niemniej jednak, w uzasadnieniu do projektu ustawy o minimalnej stawce godzinowej wskazano, że objęta ona zostanie szczególną ochroną i dużą liczbą kontroli jej przestrzegania. Kontrole nie dotyczą jednak wyłącznie wysokości wynagrodzenia. Inspektorzy sprawdzają również, czy pracujący na podstawie umów cywilnoprawnych nie powinni być zatrudnieni na umowę o pracę. Jeżeli tak, inspektor ma prawo nakazać pracodawcy przekształcenie umowy cywilnoprawnej w  umowę o  pracę. Główny Inspektor Pracy Roman Giedrojć poinformował, że podczas jednej z takich kontroli w Poznaniu na polecenie inspektora pracy przekształcono 86 umów na umowy o  pracę (spośród 235 osób

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych13). Do 1 marca przeprowadzono 2,5 tysiąca kontroli wypłacania stawki minimalnej, a do końca roku zaplanowano ich łącznie jeszcze 20 tysięcy. 3. Czy minimalna stawka godzinowa jest święta? Od momentu wejścia w życie przepisów ustawy o  minimalnym wynagrodzeniu, NSZZ „Solidarność” wraz z Państwową Inspekcją Pracy prowadzą kampanię pt. „13 zł... i nie kombinuj!”. Ma ona na celu wyegzekwowanie od pracodawców przestrzegania prawa o stawce minimalnej poprzez upowszechnianie informacji o  obowiązującej nowelizacji. Skala omijania tego prawa to według GIP 20%. Tylko w  nielicznych firmach stawka minimalna się nie przyjęła. W informacjach z kolejnych miesięcy podawano, że zaniżenie stawki godzinowej ujawniono już tylko w 14% przypadków. Wyniki kontroli wskazują, że zdecydowana większość firm jest w stanie zapewnić godziwą płacę na umowie cywilnoprawnej, nawet jeśli zatrudniane na tej podstawie osoby często wykonują prace proste, które do tej pory były bardzo nisko wynagradzane. Stawki w  wysokości 2-4 zł, np. w branży ochroniarskiej lub porządkowej, podobnie jak umowy o dzieło, również odchodzą w niechlubną przeszłość. Minimalna stawka godzinowa działa – tak w skrócie można skomentować wyniki kontroli PIP. Pojawiały się jednak różne sposoby na jej omijanie, np. poprzez potrącanie pracownikom z wynagrodzenia pewnych sum za dzierżawę odkurzacza, wypożyczenie stroju czy skorzystanie z przerwy. Jednym z  bodaj najbardziej skandalicznych przypadków złamania nowego przepisu był przypadek z Opola, gdzie firma zewnętrzna wynajęta przez Urząd Miasta zapłaciła pracownicy 500 zł za 420 godzin pracy. Stawka minimalna wyniosła więc w tym przypadku 1 zł i 19 groszy. Za ową sytuację był współodpowiedzialny Urząd Miasta, który przeznaczał na usługi niecałe 6 tys. zł miesięcznie w  sytuacji, gdy na pokrycie stawki minimalnej należało wygospodarować co najmniej 10 tys. zł. Sama instytucja nie zastosowała się do ustawowego obowiązku zagwarantowania tego prawa. Sprawę w mediach nagłośnił Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a na prośbę jednej z pokrzywdzonych pracownic.

Skala umów śmieciowych Przez minioną dekadę skala umów śmieciowych w różnych okresach zmieniała się. W 2008 r. pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej świadczyło 15,5% osób pracujących, w 2009 r. już 18,5%, a w 2010 aż 21%. Liczba ta z roku na rok rosła zatem w niepokojącym tempie. W  latach 2014 i  2015 odsetek


65

ten utrzymywał się na stałym poziomie i wynosił 7% ogółu pracujących. To wyhamowanie nastąpiło jeszcze przed wprowadzeniem zmian prawnych polegających na objęciu ubezpieczeniem społecznym umów śmieciowych i wprowadzeniu klauzuli propracowniczej w 2016 r. oraz ustanowieniem minimalnej stawki godzinowej w 2017 r. W porównaniu do lat sprzed nowelizacji ta liczba nie powinna być zatem wyższa. W 2016 r. w raporcie pt. „Pracujący w nietypowych formach zatrudnienia” GUS podał szacunkową liczbę osób pracujących na umowach cywilnoprawnych oraz wiele istotnych informacji związanych z tym zjawiskiem. Z raportu wynika, że liczba zatrudnionych pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – dla których umowa-zlecenie lub o dzieło jest jedynym źródłem dochodu – sięgnęła 1,3 mln. Informacja ta dotyczy tylko osób, które nie są nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy oraz osób, które pobierają emeryturę lub rentę, jest zatem niedoszacowana i takie założenie jest podstawowym mankamentem tego badania. W samych instytucjach publicznych będący na emeryturze ochroniarze

i panie sprzątające z outsourcingu stanowili 1/3 moich rozmówców. Związki zawodowe podawały w tym czasie liczbę znacznie wyższą – aż 3,5 mln, zaliczały bowiem do umów śmieciowych również umowy o pracę na czas określony. Przy takich kryteriach skala uśmieciowienia rzeczywiście mogłaby zbliżyć się do tej wartości. Przyjmując jednak, że umowa śmieciowa to umowa cywilnoprawna, można uznać, że na takiej podstawie było zatrudnionych co najmniej 1,5 miliona osób. Liczba 1,3 mln stanowiła niemal 7% wszystkich pracujących. 67% wszystkich umów cywilnoprawnych to umowy zlecenia. Aż 80% osób przyznało, że pracuje na takiej podstawie z przymusu. Informacja ta zaprzecza więc często powtarzanemu, wygodnemu dla pracodawców, tłumaczeniu, że umowy śmieciowe są spełnieniem marzeń pracowników. Dane te dotyczą 2014 r., nie posiadamy bardziej aktualnych, równie pogłębionych wyników badań. Istnieją co prawda publikowane co kwartał wyniki prowadzonego przez GUS Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, jednak nie mówi ono o tym zjawisku tak wiele. Nawet PIP częściej odwołuje się do danych z 2014 r. fot. Krzysztof Wołodźko


66

fot. Krzysztof Wołodźko

Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wynika, że w IV kwartale 2016 r. liczba zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych wynosiła 479 tysięcy, w tym 403 tys. na umowach zlecenia14, natomiast w I kwartale 2017 r. liczba ta wyniosła 476 tysięcy, w tym 392 tys.15 na umowach zlecenia. Wynika z tego, że w porównaniu do poprzedniego roku skala uśmieciowienia rynku pracy zmniejszyła się, lecz nieznacznie.

Dokąd i jak zmierzać? W  ramach podsumowania należy powiedzieć, że klauzula propracownicza spełnia swoją funkcję i w dłuższej perspektywie przyczyni się do znacznego ograniczenia umów śmieciowych wśród pracowników firm zewnętrznych świadczących usługi na rzecz instytucji publicznych. Skala uśmieciowienia rynku pracy będzie systematycznie spadała. Wiele z obecnie obowiązujących przetargów zawarto np. w 2014 r. na cztery lata, a więc nie objęła ich klauzula propracownicza. W tych przypadkach na rezultaty regulacji należy poczekać do następnego postępowania. W celu dalszego cywilizowania rynku zamówień publicznych niewątpliwie należy nałożyć na Państwową Inspekcję Pracy obowiązki związane z kontrolą zapisów przetargowych. Cywilizowanie prawa zamówień publicznych oraz zwiększanie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy w zakresie kontroli tej sfery powinno odbywać się równocześnie z przygotowaniem zasadniczych zmian – przede wszystkim

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

odwrotu instytucji publicznych od outsourcingu. Stanem docelowym powinien być powrót państwa i samorządów do zatrudnienia własnego personelu, co najmniej sprzątającego. Rekomendacją jest, aby postulat taki stał się jednym z programowych postulatów lewicowych partii politycznych. Nie jest znana dokładna skala rezygnacji instytucji publicznych z outsourcingu w całej Polsce wskutek wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej i nie wiadomo, czy w efekcie liczba ta zwiększyła się znacznie. Nawet kilka rezygnujących instytucji w każdym województwie to nadal nie jest spektakularny sukces, jednak każdy taki przypadek to krok w kierunku ograniczenia skali umów śmieciowych i należy go witać z entuzjazmem. Klauzula propracownicza gwarantuje co prawda pracownikom umowy o  pracę i  przyczynia się do zmniejszenia skali umów śmieciowych, lecz nawet pracownicy zatrudnieni na umowach o pracę w firmach zewnętrznych nie mogą korzystać z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych instytucji publicznej. Choć powyższe informacje brzmią optymistycznie, to wielu ochroniarzy w rozmowach z autorką artykułu przyznawało, że ani na skutek wprowadzenia klauzuli propracowniczej, ani minimalnej stawki godzinowej nie dostrzegają zmiany w swojej sytuacji zawodowej – zarówno przed nowelizacją, jak i obecnie mieli bowiem umowę o pracę z uwagi na bycie pracownikiem kwalifikowanym ochrony. Zauważają oni, że zmieniło się jedynie tyle, że podwyżki uzyskali


67

ci, którzy zarabiali najmniej – a więc pracownicy niekwalifikowani. Zrodziło to podziały i  wrogość między tymi dwiema grupami, bo zrównano ich stawki przy zróżnicowanych uprawnieniach. Jeden z  ochroniarzy dworca kolejowego od roku, mimo dwóch propracowniczych regulacji, bez przerwy pracuje w następującym trybie: 12 godzin ochrania dworzec, 4 godziny śpi w pomieszczeniu na dworcu, następnie 6 godzin ochrania restaurację, po czym dopiero wraca do domu zaledwie na 10 godzin, i znów wychodzi pracować w powyższym systemie. Wynika to z deklarowanego przez ochroniarza niskiego minimalnego wynagrodzenia za pracę (2000 zł brutto), niewystarczającego na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Ochroniarz pracuje zatem miesięcznie nawet 400 godzin. Minimalne wynagrodzenie za pracę powinno ulec znacznemu zwiększeniu, np. takiemu, jakie proponuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych: do wysokości 50% średniego wynagrodzenia za pracę. Strategia likwidacji umów śmieciowych poprzez stopniowe zrównywanie ich charakteru z umowami o  pracę (objęcie umów zleceń ubezpieczeniem społecznym oraz wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej) okazała się niedostatecznym sposobem na oczekiwane radykalne ograniczenie takich umów. Należy poszukiwać innych metod na rozwiązanie tego problemu. Przypisy: 1. Warta odnotowania jest również kampania pt. „Stop umowom śmieciowym” zorganizowana przez Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80” i Polską Partię Pracy. Kampania ruszyła w dniu 3 lipca 2012 r. przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Tychach, co uzasadniano tym, że placówka jest symbolem walki ze śmieciowym zatrudnieniem pielęgniarek na kontraktach. Kolejną wartą odnotowania kampanią była akcja Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza z 2015 r. pod hasłem „My, Prekariat”. Kampanię tę zainicjowali pracownicy i pracownice branży kulturalnej zrzeszeni w związku. Choć spory wynikające z prekarnej organizacji pracy mają w Polsce historię sięgającą pierwszej dekady XXI wieku, przeprowadzony 24 maja 2012 r. strajk artystów uznano za pierwsze w Polsce wystąpienie jednoznacznie kojarzone z problematyką prekarną. W nawiązaniu do tego wydarzenia, w związku z trzecią rocznicą strajku artystów, w dniu 23 maja 2015 r. zorganizowano manifestację w obronie prekariuszy i nazwano ten dzień Dniem Prekariusza, co było jednym z elementów kampanii. 2. Uzasadnienie projektu ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę oraz niektórych innych ustaw uchwalonej dnia 22 lipca 2016 roku, s. 1. 3. Przepis ów był zgodny z duchem Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 26 lutego 2014 roku, której termin implementacji na gruncie prawa krajowego upłynęła 18 kwietnia 2016 roku. 4. K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016, s. 40.

fot. Krzysztof Wołodźko

5. Portal Najwyższej Izby Kontroli, Źródło: https://www.nik. gov.pl/aktualnosci/nik-o-stosowaniu-klauzul-spolecznychw-nbsp-zamowieniach-publicznych.html (dostęp 20.08.2017). 6. Portal Polsat News, „Żółte kartki” od NSZZ „Solidarność” za rażąco niskie płace, http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-01-05/zolte-kartki-od-nszz-solidarnosc-zarazaco-niskie-place/ (dostęp 20.08.2017). 7. Portal NSZZ „Solidarności”, Żółte Kartki, Źródło: http://www.solidarnosc.org.pl/projekty-aktow-prawnych2/ item/12401-zolte-kartki (dostęp 20.08.2017). 8. Portal Polskiego Związku Pracodawców Ochrony, Interwencje, http://pzpochrona.pl/interwencje-polskiego-zwiazkupracodawcow-ochrona-w-sprawie-zanizonych-cen (dostęp 20.08.2017). 9. K. Duda, Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne. Wpływ publicznego dyktatu niskiej ceny usług na warunki zatrudniania pracowników przez podmioty prywatne, Wrocław 2016. 10. Portal Radio Kraków, Małopolskie szpitale rezygnują z outsourcingu, http://www.radiokrakow.pl/wiadomosci/aktualnosci/malopolskie-rezygnuja-z-outsourcingu-jest-za-drogo/ (dostęp 20.08.2017). 11. Portal rynekzdrowia.pl, Rozmowa Jacka Janika z Jarosławem Czapińskim: Outsourcing usług niemedycznych w szpitalach – czyżby w odwrocie?, http://www.rynekzdrowia.pl/ Finanse-i-zarzadzanie/Outsourcing-uslug-niemedycznychw-szpitalach-Czyzby-w-odwrocie,175154,1.html (dostęp 20.08.2017). 12. Tamże. 13. A. Kołodziej, Nie dostajesz 13 zł za godzinę? PIP zapowiada 20 tys. kontroli, https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kontrole-pip-stawka-minimalna-13-zl-za,85,0,2301269.html (dostęp 20.08.2017). 14. Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski IV kwartał 2016 roku. 15. Główny Urząd Statystyczny, Aktywność ekonomiczna ludności Polski I kwartał 2017 roku.


76

Festiwal deglomeracji

Federalny Urząd Środowiska w Dessau. Fot. Karol Trammer

Karol Trammer

Przysucha – liczące 6,2 tys. mieszkańców miasto powiatowe położone na południowo-wschodnich krańcach województwa mazowieckiego, tuż przy jego granicy z województwami łódzkim i świętokrzyskim. Rejon Przysuchy to przykład peryferii wewnętrznych, czyli obszaru, który, choć leży w centrum Polski, boryka się z ograniczoną dostępnością komunikacyjną czy problemami społeczno-gospodarczymi w stopniu porównywalnym z obszarami położonymi na kresach kraju. Stopa bezrobocia w centralnie położonym powiecie przysuskim i sąsiednim szydłowieckim od lat utrzymuje się na poziomie porównywalnym ze stopą bezrobocia powiatów braniewskiego i bartoszyckiego, leżących przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim, czy powiatu leskiego w Bieszczadach.

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017


77

30

czerwca 2017 r. w Przysusze odbył się kongres Prawa i  Sprawiedliwości. Na spotkanie zorganizowane pod hasłem „Polska jest jedna” przyjechało 1,1 tys. delegatów. Radio Wnet komentowało, że „na jeden dzień Przysucha staje się polityczną stolicą Polski”, a  „Rzeczpospolita” relacjonowała, iż „Przysucha ma być symbolem dbałości obozu władzy o Polskę poza dużymi miastami”. Problem w  tym, że w  Przysusze nie padło ani jedno słowo na temat jednego z  najbardziej bezpośrednich narzędzi wzmacniania ośrodków poza metropoliami – czyli  deglomeracji, polegającej na lokalizowaniu instytucji rządowych poza stolicą państwa, zaś instytucji regionalnych poza stolicą regionu.

Miasto stołeczne, miasto trybunalskie Kongres w Przysusze stał się więc jednodniowym festiwalem deglomeracji miękkiej (jednorazowe wydarzenia ważnej rangi poza stolicą), na którym w ogóle nie pojawił się temat deglomeracji twardej. Wydaje się, że początkowo głośna w kręgach rządowych kwestia deglomeracji, ucichła zanim przystąpiono do jej wdrażania. Przypomnijmy, że w 2015 r. kadencję rządów Prawa i Sprawiedliwości zapoczątkowała zapowiedź przeniesienia Trybunału Konstytucyjnego z Warszawy do Piotrkowa Trybunalskiego, w ślad za którą w projekcie ustawy o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym zapisano wykreślenie art. 2 ustawy, mówiącego, że „siedzibą Trybunału jest miasto stołeczne Warszawa”. W uzasadnieniu argumentowano, że propozycja ta „nawiązuje do koncepcji przełamania podziału na Warszawę i  resztę Polski. Projekt dotyczy przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju”. Antoni Macierewicz, poseł PiS wybrany w okręgu piotrkowsko-skierniewickim i wiceprezes partii rządzącej, mówił: „Jestem za przeniesieniem Trybunału Konstytucyjnego do Piotrkowa Trybunalskiego. To kwestia przywrócenia tradycji I Rzeczpospolitej, kwestia dowartościowania lokalnych społeczności, które w tradycji Rzeczpospolitej odgrywały istotną rolę w naszej historii”. W samym projekcie ustawy ponadto argumentowano, że „przeniesienie siedziby Trybunału Konstytucyjnego z  Warszawy do innego miasta ma także ten dodatkowy walor, że zapewni większą izolację sędziów od ośrodków władzy politycznej, a przez to wzmocni ich apolityczność i bezstronność”. Właśnie chęć geograficznego wyrażenia niezależności wybranych organów państwowych bywa ważną przesłanką przy doborze miejsc siedzib instytucji wymiaru sprawiedliwości. Przykładowo sądy konstytucyjne w wielu krajach zostały zlokalizowane poza miastami stołecznymi, będącymi siedzibami władzy wykonawczej: Sąd Konstytucyjny Republiki

Czeskiej mieści się w Brnie, Sąd Konstytucyjny Republiki Słowackiej – w Koszycach, Sąd Konstytucyjny Gruzji – w Batumi, Sąd Konstytucyjny Federacji Rosyjskiej – w Sankt Petersburgu, Sąd Konstytucyjny Republiki Południowej Afryki – w Johannesburgu, Trybunał Konstytucyjny Peru – w Arequipie, natomiast Federalny Trybunał Konstytucyjny Republiki Federalnej Niemiec znajduje się w Karlsruhe. Liczące około 300 tys. mieszkańców Karlsruhe to 21. pod względem liczby mieszkańców miasto Niemiec, w dodatku nie będące stolicą landu. Jego pozycję można porównywać z Częstochową, Radomiem czy Bielskiem-Białą. W Karlsruhe, obok Trybunału Konstytucyjnego, mieszczą się Sąd Najwyższy i Prokuratura Federalna. Co ciekawe, w mieście tym nie ma możliwości studiowania i  wykładania prawa, dzięki czemu nie wytwarza się tu mikrokosmos środowisk prawniczych (najbliższy wydział prawa znajduje się w oddalonym o 70 km mieście Mannheim). Karlsruhe zostało siedzibą najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości na początku lat 50. XX wieku. Zbiegło się to ze zjednoczeniem w 1952 r. trzech landów – Badenii, Wirtembergii i Wirtembergii-Hohenzollern – w  jeden land: Badenię-Wirtembergię ze stolicą w Stuttgarcie. Likwidacja Badenii oznaczała utratę przez Karlsruhe statusu stolicy landu. Decyzja o lokalizacji siedzib najważniejszych instytucji wymiaru sprawiedliwości była więc także decyzją przeciwdziałającą pozbawieniu Karlsruhe funkcji administracyjnych wyższego rzędu.

Deglomeracja od wieków Rządzące Prawo i Sprawiedliwość bardzo szybko wycofało się z  projektu wyprowadzenia Trybunału Konstytucyjnego poza Warszawę, udowadniając niestety, że wnioskowana „większa izolacja sędziów od ośrodków władzy politycznej” była forsowana jedynie do momentu powołania przez PiS nowego kierownictwa sądu konstytucyjnego. Jednocześnie pokazano, że w rzeczywistości nie istnieje szersza, perspektywiczna „koncepcji przełamania podziału na Warszawę i resztę Polski [w efekcie] przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju”. Przeniesienie siedziby trybunału miało bowiem rzekomo być jej pierwszym elementem. Nawiasem mówiąc, Piotrków Trybunalski idealnie nadawał się na ośrodek, od którego zainicjowane zostałoby wdrażanie programu deglomeracji. Po pierwsze, jest to miasto nawet swoją nazwą świadczące o deglomeracyjnych tradycjach Polski. W I Rzeczypospolitej Polskiej Trybunały Główne Koronne – sądy najwyższej instancji – zlokalizowane były w Łucku, Lublinie i właśnie w Piotrkowie. Natomiast Trybunał Skarbowy Koronny – najwyższa izba obrachunkowa


78

Centrala Poczty Słowackiej w Bańskiej Bystrzycy, fot. Hubert Trammer.

– miał siedzibę w Radomiu. Wspomnijmy też o Parczewie, w którym od 1413 r. do 1564 r., ze względu na położenie mniej więcej w połowie drogi między Krakowem a Wilnem, odbywały się polsko-litewskie sejmy i zapadały decyzje najważniejsze dla obu krajów. W kontekście siedziby trybunału za Piotrkowem Trybunalskim przemawiało również to, że jest dobrze skomunikowany z Warszawą. Przynajmniej na początkowym etapie wdrażania deglomeracji należałoby to uwzględniać ze względu na konieczność przeniesienia przynajmniej części urzędników oraz, nie ukrywajmy, początkowo trudne do przerwania powiązania z instytucjami współpracującymi, środowiskami eksperckimi itp. Tymczasem Warszawę i Piotrków Trybunalski łączy droga ekspresowa, zaś najszybszy pociąg 144-kilometrową relację z Warszawy Centralnej do Piotrkowa pokonuje w 1 godz. 26 min., co nie odbiega znacząco od czasów przemieszczania się w ramach aglomeracji warszawskiej w godzinach szczytu. Piotrków Trybunalski jest też dość dobrze skomunikowany z innymi częściami kraju.

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

Z piotrkowskiego dworca kolejowego można dojechać bezpośrednio do dziewięciu spośród dziesięciu największych polskich miast: Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania, Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy i Katowic. Dzięki temu powiązania Trybunału Konstytucyjnego, dotychczas skupione w Warszawie, wraz z jego przeniesieniem do Piotrkowa Trybunalskiego mogłyby stopniowo ustępować wzmacniającym się powiązaniom sądu konstytucyjnego z innymi ośrodkami, np. środowiskami naukowymi, prawnikami zajmującymi się obsługą skarg konstytucyjnych. Wreszcie Piotrków Trybunalski jest jednym z 31 miast, które na przełomie 1998 i 1999 r. straciły status województwa. Wywołało to problem odpływu średnich i wyższych posad w administracji publicznej, obniżając rangę miejscowych rynków pracy i powodując migrację części mieszkańców. W miastach tego typu wciąż oczekuje się, że któryś z kolejnych rządów zaproponuje koncepcję renesansu byłych ośrodków wojewódzkich. Coraz poważniej mści się bowiem to, że wraz z reformą administracji z przełomu 1998 i 1999 r. – która 49 województw zastąpiła 16 większymi województwami – nie podjęto decyzji zapobiegającej pogorszeniu się sytuacji społeczno-gospodarczej w  ośrodkach tracących status miasta wojewódzkiego. Prof. Przemysław Śleszyński z  Instytutu Geografii i  Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk w ekspertyzie przygotowanej na potrzeby „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” tzw. Planu Morawieckiego zwraca uwagę, że „reforma administracyjna 1999 r. spowodowała zmiany w lokalizacji różnego rodzaju działalności miastotwórczych i  w przypadku wielu ośrodków nasiliła problemy wynikające z różnic w  położeniu w  hierarchii administracyjno-osadniczej, w tym wypłukiwania funkcji. [...] Pomimo korzystnego historycznego wykształcenia się pełnej sieci miast o różnej wielkości i dość równomiernym rozmieszczeniu geograficznym, polski system osadniczy po 1990 r. pozostaje w stanie coraz większej nierównowagi. Następuje to wskutek tendencji polaryzacyjnych, polegających zwłaszcza na koncentracji zasobów i potencjałów w największych ośrodkach, w tym w Warszawie” (Przemysław Śleszyński, „Delimitacja miast średnich tracących funkcje społeczno-gospodarcze”, Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, Warszawa 2016). Z  analizy przeprowadzonej przez prof. Śleszyńskiego wynika, że spośród 255 miast liczących więcej niż 15 tys. mieszkańców, a nie będących stolicami województw, aż 122 pogrąża problem odpływu mieszkańców, niekorzystnych prognoz demograficznych, wzrostu bezrobocia, zmniejszania się liczby podmiotów gospodarczych, odpływu dużych


79

przedsiębiorstw, spadku dochodów oraz spadku liczby odwiedzających. Najgorsza sytuacja jest w 23 miastach, wśród których są nie tylko położone peryferyjnie kilkunastotysięczne ośrodki jak Braniewo czy Hrubieszów, ale także byłe siedziby województw (Chełm, Przemyśl, Zamość) oraz porównywalne z nimi pod względem wielkości miasta, które statusu wojewódzkiego nie posiadały, jak Starachowice, Ostrowiec Świętokrzyski czy liczący prawie 100 tys. mieszkańców Grudziądz.

Cały naród buduje swoją stolicę Dla przestrzennego zrównoważenia rozwoju i zapobiegania regionalnej dominacji stolic wojewódzkich niezbędne jest, aby beneficjentami deglomeracji były ośrodki, które nie posiadają statusu miasta wojewódzkiego. Jednak wsparcia rozwojowego potrzebują nie tylko byłe ośrodki wojewódzkie, ale także porównywalne z nimi miasta, które do końca lat 90. XX wieku również nie były stolicami województw. Tymczasem płynące ostatnio oficjalne wnioski do władz centralnych ograniczały się do umiejscowienia siedzib instytucji rządowych w miastach wojewódzkich. Po tym, jak rząd Prawa i Sprawiedliwości zapowiedział stworzenie Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, przewidując jego umiejscowienie w Warszawie, łódzki Instytut Spraw Obywatelskich INSPRO zwrócił się z wnioskiem o zlokalizowanie tej instytucji w Łodzi: „Po 27 latach od transformacji, czas najwyższy na odważne decyzje rządu i zerwanie z warszawocentryzmem” – przekonywał prezes INSPRO Rafał Górski w liście otwartym do premier Beaty Szydło. W sprawie Narodowego Instytutu Wolności wniosek złożył również Klub Jagielloński – oparty był on na założeniu „zgodnie z  którym sama lokalizacja i »bliskość« do instytucji powinna wspierać rozwój społeczeństwa obywatelskiego w  jednym z  województw o słabych wskaźnikach rozwoju instytucji społeczeństwa obywatelskiego”. Klub Jagielloński wystąpił z sensowną rekomendacją, aby nowa instytucja została zlokalizowana w jednym z województw cechujących się najmniejszym wskaźnikiem liczby fundacji i stowarzyszeń na 10 tys. mieszkańców, czyli śląskim, kujawsko-pomorskim, podlaskim, łódzkim lub świętokrzyskim. Niestety następnie, chyba nieco bezrefleksyjnie, propozycja Klubu sprowadziła się do stolicy któregoś z tych województw, nie zaś do któregoś z leżących w granicach tych regionów byłych miast wojewódzkich lub porównywalnych ośrodków, znacznie bardziej potrzebujących wzmocnienia swojej funkcji administracyjnej, a więc przykładowo Częstochowy, Grudziądza, Łomży, Sieradza czy Ostrowca Świętokrzyskiego.

Kolejnym przykładem rozdźwięku między deklaracjami Prawa i Sprawiedliwości o  „przełamaniu podziału na Warszawę i  resztę Polski [w  efekcie] przeniesienia siedziby niektórych urzędów centralnych ze stolicy do innych miast w kraju” a praktyką, była zapowiedź stworzenia Narodowego Instytutu Technologicznego. Podmiot ten ma wchłonąć 35 instytutów badawczych funkcjonujących w różnych częściach Polski, nie tylko w  Warszawie oraz największych metropoliach jak Górnośląski Okręg Przemysłowy, Kraków, Łódź czy Poznań, ale także w Kędzierzynie-Koźlu (Instytut Ciężkiej Syntezy Organicznej) czy w Puławach (Instytut Nowych Syntez Chemicznych). Przekształcenie 35 samodzielnych instytutów badawczych w  jednostki wewnętrzne Narodowego Instytutu Technologicznego oznaczać będzie przesunięcie funkcji kontrolno-decyzyjnej z różnych miast do jednego, którym w dodatku została w projekcie ustawy wskazana Warszawa. W  tej sytuacji do Ministerstwa Nauki i  Szkolnictwa Wyższego, gdzie powstała ustawa tworząca Narodowy Instytut Technologiczny, wpłynęły wnioski Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych oraz Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia, aby siedzibą instytutu zostało inne miasto niż Warszawa – w obydwu wnioskach na siedzibę instytutu technologicznego zaproponowany został Wrocław. „Umiejscowienie Narodowego Instytutu Technologicznego w innym mieście [niż Warszawa] byłoby nieuzasadnione” – brzmiała odpowiedź warszawskich urzędników Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na powyższe propozycje...

Katowice, czyli Warszawa Dotychczas wszystkie wnioski proponujące lokalizacje instytucji centralnych poza Warszawą rozbijały się o ścianę ignorancji tworzoną przez urzędników bytujących w  mikrokosmosie warszawskich gmachów rządowych. Tak stało się również w przypadku propozycji umiejscowienia poza Warszawą siedziby Narodowego Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. „Pomysł wyznaczenia jego siedziby w Łodzi wydaje się być trudny do realizacji z uwagi na strukturalną, instytucjonalno-prawną więź bliskiej współpracy między Centrum a Kancelarią Prezesa Rady Ministrów i Departamentem Społeczeństwa Obywatelskiego KPRM” – napisał Adam Lipiński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w odpowiedzi na wniosek INSPRO. Do annałów urzędniczej ekwilibrystyki może przejść pismo z  warszawskiej Prokuratury Generalnej z końca 2015 r. Krytycznie opiniowano w nim ówcześnie proponowany zapis o przeniesieniu Trybunału Konstytucyjnego poza Warszawę: „Wskazane w uzasadnieniu projektu przypadki usytuowania


80

sądów konstytucyjnych poza stolicą państwa są o tyle mało przekonujące, że dotyczą albo siedzib tradycyjnych, albo są związane z federacyjnym charakterem tych państw (Niemcy, Federacja Rosyjska) lub przeszłością historyczną, gdy państwo mimo unitarnego charakteru zachowało podział na kraje (Republika Czeska), względnie stosunkowo krótkim okresem odrębności państwowej (Republika Słowacka). W szeregu państw europejskich sądy konstytucyjne mają swą siedzibę w  stolicy (np. Hiszpania, Portugalia). Nie bez znaczenia jest – co nie wymaga pogłębionej argumentacji – dogodne, centralne położenie Warszawy”. W efekcie można dojść do przekonania, że nawet jeśli z ust polityków padają deklaracje o potrzebie lokalizacji urzędów centralnych poza stolicą i poparciu dla tej idei, to niezbędne dalsze ruchy zawsze grzęzną w gmachach warszawskich ministerstw. Dobitnie pokazała to sprawa dążeń na rzecz przejęcia siedzib dwóch agencji Unii Europejskiej – Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego i Europejskiej Agencji Leków – które w związku z Brexitem w 2019 r. opuszczą Londyn. Zainteresowanie przejęciem jednej z agencji wyraziły Katowice – władze miasta poinformowały o  tym premier Beatę Szydło, jednocześnie poparcie dla tych działań wystosowała grupa parlamentarzystów pod przewodem posła Jerzego Polaczka z  PiS. Rządy państw członkowskich zainteresowane przyjęciem którejś z unijnych agencji musiały poinformować o tym władze Unii Europejskiej do końca lipca 2017 r., wskazując konkretne miasta i prezentując szczegóły swojej oferty. Polska wyraziła zainteresowanie umiejscowieniem na swoim terenie obydwu agencji wkrótce opuszczających Londyn, proponując, aby nową siedzibą zarówno Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego, jak i Europejskiej Agencji Leków została... Warszawa. Dodajmy, że stolica Polski jest już siedzibą jednej unijnej instytucji – Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej Frontex. Kandydatury z  innych krajów wcale nie ograniczały się wyłącznie do stolic państw. Na przykład Niemcy zaproponowały zlokalizowanie Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego we Frankfurcie nad Menem, a Europejskiej Agencji Leków w Bonn. Odnośnie do drugiej z instytucji, pozastołeczne lokalizacje zaproponowały Portugalia (Porto), Włochy (Mediolan), Francja (Lille) oraz Hiszpania (Barcelona). W Hiszpanii zlokalizowanych jest już pięć instytucji Unii Europejskiej – i żadna z nich nie mieści się w stołecznym Madrycie. Urząd ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego ma siedzibę w Alicante, Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy – w Bilbao, Centrum Satelitarne Unii Europejskiej – w Torrejón de Ardoz, Europejska Agencja Kontroli Rybołówstwa

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

– w Vigo, a Europejskie Wspólne Przedsięwzięcie na rzecz Realizacji Projektu ITER i Rozwoju Energii Termojądrowej – w Barcelonie.

Strategia (nie)odpowiedzialnego rozwoju Charakterystyczną cechą polityków jest chęć podejmowania działań miękkich o niepewnej i odsuniętej w czasie skuteczności, przy jednoczesnym braku równoległego podejmowania bezpośrednich działań, które mogą przynieść efekty w znacznie bliższej perspektywie. Widać to chociażby w sztandarowym dokumencie planistycznym polskiego rządu, jakim jest stworzona przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Formułuje ona konieczność „pełniejszego wykorzystania potencjałów terytorialnych obszarów wiejskich i miast dla kreowania wzrostu i lepszych miejsc pracy dla wszystkich mieszkańców Polski”, proponująca, owszem, jak najbardziej potrzebne stwarzanie zachęt dla lokalizacji firm w różnych częściach naszego kraju. Problem w  tym, że w  Planie


81

Dyrekcja Holenderskiego Radia w Hilversum. Fot. Hubert Trammer

Morawieckiego w ogóle nie ma mowy o polityce lokalizacyjnej sfery publicznej. Tymczasem państwo, obok swoich typowych funkcji, gra również rolę istotnego pracodawcy zapewniającego miejsca pracy średniego i wyższego rzędu. Między innymi właśnie niedobór takich miejsc pracy w średnich miastach powoduje odpływ mieszkańców do kilku największych aglomeracji. W tej sytuacji państwo zajmujące się również tworzeniem i utrzymaniem miejsc pracy, ma możliwość bezpośredniego wpływania na przestrzenne równoważenie rynku pracy. Niech zatem realizowaną przez siebie polityką lokalizacji urzędów centralnych tworzy miejsca pracy tam, gdzie mają miejsce problemy z wysokim bezrobociem i odpływem ludności, a nie w Warszawie, gdzie problemy te nie występują. Nagromadzenie instytucji publicznych w Warszawie wywołuje ponadto zjawisko przenoszenia się do stolicy siedzib przedsiębiorstw prywatnych z innych części kraju. Zarządy kolejnych migrujących do Warszawy firm tłumaczą, że chcą być bliżej polityków,

najwyższych urzędników, giełdy papierów wartościowych czy siedzib innych przedsiębiorstw. Do Warszawy na przestrzeni minionych lat przeniosły się między innymi Emperia z Lublina (właściciel sieci supermarketów Stokrotka), Van Pur z Rakszawy (producent piwa), Mieszko z Raciborza (producent słodyczy) czy AMS z Poznania (operator reklamy zewnętrznej) W warszawskich biurowcach swoje siedziby mają nawet zarządy takich firm jak Kędzierzyn-Koźle Terminal czy Zakłady Magnezytowe Ropczyce. Nie bez znaczenia dla odpowiedzialnego rozwoju jest również to, że deglomeracja może zapewnić obniżenie kosztów funkcjonowania instytucji publicznych. Nagromadzenie w  Warszawie urzędów centralnych, dla których zabrakło miejsca w państwowych budynkach, wymusza komercyjny wynajem powierzchni w prywatnych biurowcach – problem ten dotyczy między innymi Urzędu Transportu Kolejowego, Centrum Unijnych Projektów Transportowych, Urzędu Regulacji Energetyki oraz zlokalizowanych w  słynnym warszawskim „Mordorze” Instytutu Pamięci Narodowej, Centralnego Ośrodka Informatyki, Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i  Gospodarki Wodnej czy centrali Poczty Polskiej. Pożądanym rozwiązaniem byłoby organizowanie konkursów dla miast gotowych pozyskać instytucje centralne w zamian za udostępnienie na atrakcyjnych warunkach nieruchomości należących do samorządów lokalnych, a spełniających potrzeby konkretnych instytucji. W  innych krajach polityka lokalizacji instytucji publicznych jest elementem polityki rozwoju regionalnego. Przykładowo w Szwecji polityka wsparcia rozwoju peryferyjnej północnej części kraju opiera się między innymi na przenoszeniu tam siedzib instytucji publicznych szczebla ogólnokrajowego: Urząd Transportu znajduje się w  Borlänge, Urząd Rejestracji Działalności Gospodarczej oraz Urząd Wsparcia Uczniów i Studentów – w Sundsvall, Urząd Geodezji – w  Gävle, Urząd Pomocy Ofiarom Przestępstw – w Umeå. Z kolei po zjednoczeniu Niemiec przyjęto zasadę, że część instytucji dotychczas mających siedzibę w zachodnich landach i w Berlinie Zachodnim musi zostać przeniesiona do miast byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, żeby w biedniejszej części kraju funkcjonowały instytucje zapewniające nie tylko miejsca pracy wyższego rzędu i rozwój towarzyszących działalności gospodarczych (poligrafia, informatyka, doradztwo itp.), ale, nie ukrywajmy, również prestiż. W  efekcie więc przeprowadziły się między innymi Federalny Sąd Administracyjny z Berlina do Lipska, Federalny Sąd Pracy z Kassel do Erfurtu czy Federalny Urząd Ochrony Środowiska z Berlina do Dessau.


82

Od Roberta Biedronia do Ruchu Narodowego

W Polsce jak na razie jedynym chlubnym wyjątkiem z ostatnich lat było przeniesienie z dniem 1 czerwca 2017 r. Państwowej Komisji Badania Wypadków Morskich z Warszawy do Szczecina. To jednak zaskakująco mało, biorąc pod uwagę coraz szersze poparcie dla idei deglomeracji. Jeszcze w  poprzedniej kadencji parlamentu, w 2014 r., w Senacie Rzeczypospolitej Polskiej odbyła się poświęcona deglomeracji konferencja „Lokalizacja instytucji publicznych jako element polityki miejskiej i regionalnej”. Inicjatorami i organizatorami konferencji było dwóch senatorów Platformy Obywatelskiej: Kazimierz Kleina i Janusz Sepioł. Jeden z  wniosków z  konferencji to propozycja odejścia od bezrefleksyjnego wpisywania do ustaw powołujących nowe instytucje publiczne artykułu głoszącego, iż „siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa”, aby dać sygnał, że największe miasto w Polsce nie musi być domyślnie siedzibą każdego urzędu centralnego, a także by zmiana lokalizacji instytucji państwowej nie wymagała zmiany ustawy. Niestety, to proste rozwiązanie zaproponowane na szczeblu politycznym nie przełożyło się na konkretne działanie na szczeblu urzędniczym – projekty ustaw wychodzące z różnych resortów nadal zawsze zawierają artykuł głoszący, iż „siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa”. Przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Platforma Obywatelska – po ośmiu latach sprawowania władzy – w swoim programie zapisała następujący punkt: „W kolejnych latach rozpoczniemy proces lokalizacji wybranych urzędów i agencji rządowych w  innych polskich miastach”. Podobne obietnice wyborcze znalazły się również w programie partii Razem: „Przeniesiemy część urzędów centralnych poza stolicę. Równomierne rozmieszczenie urzędów wspomoże rozwój biedniejszych regionów, a rządzącym będzie łatwiej dostrzec, że Polska nie kończy się na Warszawie”. Ruch Kukiz’15 deklarował: „Dla przełamania monopolu Warszawy lokalizacja instytucji publicznych w różnych rejonach Polski”. Zjednoczona Lewica z kolei obiecywała „Wyprowadzenie dużej części urzędów centralnych poza Warszawę. Jednym ze sposobów na zrównoważony rozwój regionalny jest dekoncentracja urzędów centralnych”. Politycy różnych stron sceny politycznej przedstawiają deglomerację jako narzędzie czyniące zadość miastom, które pod koniec lat 90. utraciły status stolicy województwa. „Nie chodzi o to, aby powrócić do 49 województw. Ale nie widzę przeszkód, żeby Główny Urząd Statystyczny znajdował się na przykład w  Nowym Sączu” – mówiła na antenie Telewizji Republika posłanka ruchu Kukiz’15, Elżbieta Zielińska. W  podobnym tonie

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

wypowiedział się na spotkaniu w pozbawionej wojewódzkich insygniów Częstochowie Adrian Zandberg z partii Razem: „Razem popiera deglomerację. To rozwiązanie znane m.in. z Czech czy Słowacji, które sprowadza się do tego, że nie wszystkie instytucje centralne umiejscowione są w stolicy, a nie wszystkie instytucje wojewódzkie w stolicy województwa. Niestety mamy w Polsce niepotrzebny centralizm: jakieś miasto zdobywa województwo i zagarnia wszystko, a inne miasta myślą: żeby mieć cokolwiek, też musimy mieć województwo. To jest postawienie sprawy na głowie”. Wielkim orędownikiem deglomeracji jest Robert Biedroń, prezydent Słupska: „Na Zachodzie tego typu miejscowości odzyskują swój prestiż przez deglomerację. Przenosi się ze stolic ważne instytucje ogólnokrajowe czy regionalne. To sprawia, że ci mieszkańcy czują dumę” – przekonywał w rozmowie z  portalem InnPoland. Niemal równocześnie konkretne działania zaproponowali członkowie Ruchu Narodowego, sugerując rozpoczęcie deglomeracji od przeniesienia Komendy Głównej Straży Granicznej z Warszawy do Przemyśla. Z najdalej idącą propozycją wystąpili członkowie stowarzyszenia Skuteczni, skupieni wokół posła Piotra Marca „Liroya” oraz działacze ruchu samorządowego Bezpartyjni, do którego należą między innymi prezydenci Bolesławca, Kalisza, Lubina, Ostrowa Wielkopolskiego Szczecina, Zielonej Góry oraz burmistrzowie Margonina, Międzychodu, Ścinawy, Ślesina, Środy Wielkopolskiej i Wronek. Dwie organizacje we wspólnym liście otwartym do prezydenta Andrzeja Dudy alarmowały, że „koncentracja urzędów, instytucji i  organów władzy publicznej w stolicy wywołuje odpływ aktywności gospodarczej, społecznej i obywatelskiej z pozostałych części kraju” i zaapelowały o zapisanie w konstytucji zasady, zgodnie z którą „w stolicy Rzeczypospolitej mogłyby znajdować się siedziby nie więcej niż jednej trzeciej centralnych organów administracji rządowej, zatrudniających nie więcej niż jedną trzecią pracowników tych organów administracji. Siedziby Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego oraz Naczelnego Sądu Administracyjnego musiałyby się znajdować poza stolicą. To samo odnosiłoby się do siedzib Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Obywatelskich, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Narodowego Banku Polskiego oraz Rady Polityki Pieniężnej”. W  polskiej debacie publicznej trudno wskazać drugi temat cieszący się tak szerokim – ponadpartyjnym oraz ponadlokalnym – poparciem jak deglomeracja. Trudno jednocześnie znaleźć inny temat, który – mimo tak szerokiego poparcia – właściwie nie byłby wdrażany.


83


94

Co z tą piosnką? z Jarkiem Szubrychtem

rozmawia Krzysztof Wołodźko

–– Jesteś dziennikarzem, twórcą i redaktorem naczelnym „Gazety Magnetofonowej”, magazynu o polskiej muzyce. A niegdyś byłeś wokalistą blackmetalowej Lux Occulty. Zwykle zaczynam wywiady od ankiety personalnej: dlaczego metal, a nie punk? –– Jarek Szubrycht: Punk też był obecny. Zawsze słuchałem punk rocka, ale dużo mocniej zaangażowałem się w  metal, również ze względów środowiskowych. W  Dukli, malutkim podkarpackim miasteczku, punków było raptem dwóch. Miałem za to więcej starszych kolegów, którzy interesowali się metalem, jeździli już na koncerty, mieli nagrania.

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

W 1986 r., jak pół świata, zostałem fanem zespołu Europe, za sprawą ich przeboju „The Final Countdown”. Pewnego razu w „Świecie Młodych” wyczytałem, że Europe i taka muzyka to metal. –– Bezkompromisowi hałaśnicy z Europe otworzyli ci uszy na brutalne granie? –– [śmiech] Owszem, jakkolwiek zabawnie by to dziś nie brzmiało. Kolega z  bloku, dzięki ojcu, który mieszkał w Stanach, miał nagrania zespołów metalowych. Okazało się, że to, czym dysponował, nie przypominało Europe – było zdecydowanie lepsze.


95

puszczał sporo materiałów na tematy rzeczywiście fascynujące młodzież. Oni mieli świadomość, że jeśli będą się kurczowo trzymać oficjalnego sznytu harcerza wiernego ideałom ludowej ojczyzny, nikt po to nie sięgnie. –– Podobnie było z Rozgłośnią Harcerską. ––Tak, to też było jedno z muzycznych okien na świat. Dodam, że w „Na Przełaj” pojawiały się nie tylko notki o  płytach, ale choćby reportaże z  Jarocina, z Metalmanii, z Metal Battle. Jeszcze jedna, cenna rzecz: o ile w przypadku radia, telewizji czy magazynów typu „Non Stop”, gdzie takie treści się pojawiały, to był jednostronny komunikat typu nadawca-odbiorca, o tyle redakcja „Na Przełaj”, bodaj w 1988 r., otworzyła się na czytelników. Opublikowali wówczas na swoich łamach cykl artykułów Marcina Wawrzyńczaka, twórcy słynnego metalowego fanzina „Eternal Torment”, w których opisał m.in. kilka naprawdę undergroundowych deathmetalowych kapel. Ich nagrań nie puszczali w Polskim Radiu. To nam otworzyło oczy. Mówię „nam”, ponieważ później się okazało, że te teksty były punktem zwrotnym dla wielu moich kumpli. Poznaliśmy metalowy underground: okazało się, że istnieje nieoficjalne wymienianie się nagraniami, czyli tape trading; okazało się, że istnieją polskie fanziny, które można czytać. Miałem szczęście, bo na początku trafiłem na te edytorsko nieco słabsze... –– Dlaczego: szczęście? –– Stwierdziłem, że zrobienie fanzina nie przekracza moich zdolności. Co prawda ten, który zrobiłem jako pierwszy, było dużo gorszy od tych słabych, które dostałem [śmiech], ale nauczyłem się dzięki niemu, jak współtworzyć metalowy underground. Zaczęła się wymiana listów, wyjazdy na koncerty, poznawanie sceny.

fot. Krzysztof Wołodźko

Dałem się pochłonąć tej muzyce. Trafiłem w czas schyłkowego PRL, kiedy w państwowych mediach zaczęto puszczać metal, który wówczas zyskiwał na popularności. Przypomnę, że w 1986 r. odbyła się w Katowicach pierwsza Metalmania. Raz w tygodniu w Programie Trzecim Polskiego Radia i raz w tygodniu w Programie Drugim można było w całości wysłuchać metalowych płyt (i nagrać je sobie). Również „Na Przełaj”, czyli organ prasowy Związku Harcerstwa Polskiego, prowadzony wówczas przez ludzi, z których przynajmniej część była naprawdę młoda i otwarta na świat,

–– Gdy dziś zajrzeć do „Jaskini hałasu” Wojciecha Lisa i Tomasza Godlewskiego, widać dobrze, jak bardzo estetyka metalowego podziemia nie pasowała do świata pierwszych sekretarzy i księży proboszczów. ––To jest rzecz częściowo znana choćby ze sporów o Jarocin z tamtych lat, teoria wentyla bezpieczeństwa: lepiej, żeby młodzi słuchali dziwnej muzyki, niż wychodzili na ulice i protestowali przeciw ludowej ojczyźnie. Ale prawda jest też taka, że w miasteczkach takich jak Dukla wielka polityka była nieobecna. Nawet gdybym chciał rzucać kamieniami w ZOMO-wców, to musiałbym jechać jakieś 150 kilometrów, żeby się na to załapać. Ale nie jest też tak, że milicja ułatwiała życie metalowcom. Zdarzali się nadgorliwi milicjanci, którzy łapali pierwszych długowłosych, również na ulicach


96

fot. Krzysztof Wołodźko

małych miasteczek i wycinali ze skór znaczki z pentagramami, nazwami kapel. Albo obcinali lub podpalali włosy w radiowozie. I choćby po tym było widać, że wciąż żyjemy w państwie policyjnym, w którym milicja bezkarnie nadużywa środków przymusu. Ale absolutnie ten rodzący się metalowy underground nie był sam w sobie żadnym celem dla służb. Opowiem historię dość charakterystyczną dla schyłkowej komuny. Gdy wykleiłem swój pierwszy fanzin, uświadomiłem sobie, że właściwie nie wiem, gdzie go odbić na ksero. To nie była Warszawa, to nie był nawet Rzeszów, to była Dukla. Najbliższe ksero było zdaje się w Krośnie. W dodatku to była jesień 1989 r., obowiązywały jeszcze przepisy, według których nie można było odbić większej ilości materiałów na ksero bez zatwierdzenia cenzorskiego. –– Zakładam, że nie poszedłeś do cenzury. –– Mój ojciec był wojskowym, ale też człowiekiem tolerancyjnym. Rodzice wspierali mnie w moich zainteresowaniach. Z wyjazdów do większych jednostek na ćwiczenia, ze szkoleń dla WOP-istów, ojciec przywoził mi płyty, kasety, plakaty. Mam też w głowie taki obrazek: podoficer Ludowego Wojska Polskiego wybiera się na służbę, ale przecież wieczorem koncert, więc póki co siedzi w mundurze przy stole i naszywa mi na katanę „telewizor” Kreatora z płyty „Pleasure to Kill”.

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

–– To się układa w logiczną całość. –– [śmiech] W każdym razie, jak już zrobiłem ten fanzin, ojciec zaoferował pomoc. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej w Krośnie. Ojciec miał tam znajomych. Powiedział, że syn robi gazetę o muzyce, poszło bez problemu. Na komendzie odbiłem więc dwadzieścia czy trzydzieści sztuk pierwszego numeru swojego fanzina. A  drugi numer ukazał się nieco później w zupełnie innej rzeczywistości, gdy istniały już komercyjne punkty ksero. –– Pozwól, że jeszcze wrócę do punka. Nie pociągał cię od strony ideowej, np. jako muzyka o mocniejszym przekazie politycznym? –– Interesowałem się punkiem, ale metal odpowiadał mi bardziej również pod względem estetycznym. Czytałem punkowe fanziny, m.in. „Qqryq”, z uwagą śledziłem tamte dyskusje ideowe. Z satysfakcją obserwowałem natomiast to, że muzyka hardcore/punk w jakiejś części ewoluowała brzmieniowo w stronę metalu. Nie oszukujmy się: wielu ludzi od punka odrzucał brak dbałości o formę – dla części zespołów i fanów treść była tak bardzo nadrzędna, że cokolwiek grało i jakkolwiek brzmiało, było okej. Dla mnie liczyła się też forma i dlatego byłem choćby fanem Dezertera, który choć surowo, dobrze brzmiał, dużą wagę przywiązywał do muzyki.


97

Jeszcze jedno: wtedy było sporo zespołów i fanzinów, w których mocno podkreślano, że „dzieciaki powinny się zjednoczyć” – niezależnie od tego, czego słuchają. Nie wszyscy się z tym zgadzali, ale to miało swoje szersze uzasadnienie. Metalowcy byli mniej politycznie zaangażowani od punkowców, ale pewne rzeczy były wtedy powszechne, choćby podskórna antysystemowość wśród młodzieży, na którą składało się i odrzucenie dogorywającej komuny, i mocno podkreślany antyklerykalizm. Nazwę to nutą wolnościową, choć bez jakichś jasnych politycznych afiliacji. Walący się ustrój nie był nasz, ale to, co się pchało w jego miejsce, czyli prawica w typie Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, albo Lech Wałęsa i bracia Kaczyńscy, też nie było nasze. Przynajmniej tak to wyglądało w moim środowisku.

fot. Łukasz Jaszak

Szu bry cht

Jarek Szubrycht (ur. 1974 w Dukli) – dziennikarz specjalizujący się w popkulturze, głównie muzyce popularnej, okazjonalnie wokalista. Wydawca i redaktor naczelny „Gazety Magnetofonowej”, kwartalnika o polskiej muzyce. Autor książek, głównie o tematyce muzycznej, m.in.

„Wojny totalnej” (biografii zespołu Vader), a także –– W kilku książkach, które podsuwa mi pamięć, pojawia się PRL-owski dom kultury jako miejsce ważne wywiadów-rzek z Marylą Rodowicz („Wariatka tańczy”) i Jerzym Fedorowiczem („Lodołamacz dla kształtowania się muzyki tworzonej przez kolejFedor”). Współpracuje z tygodnikiem „Polityne roczniki dojrzewające w tamtej epoce. Myślę o poka”. Organizował koncerty i festiwale, zajmował święconym Republice „Nieustannym tangu” Leszka Gnoińskiego, „KSU. Rejestracja buntu” Krzysztofa się również promocją muzyki oraz muzycznym content marketingiem dla komercyjnych marek. Potaczały, „Roman Kostrzewski. Głos z ciemności” (wywiad-rzeka) i Twojej książce: „Vader. Wojna totalna”. Istotne jest też to, że tego typu instytucje się to jednak źle – po różnych próbach przydzielania stanowiły lokalny koloryt zarówno w  przypadku większych, jak i mniejszych ośrodków. Zniknięcie nam instruktorów, wymyślania, na jakiej uroczystości moglibyśmy wystąpić z naszym repertuarem, dali znacznej części z nich to chyba jeden z mniej oczynam w końcu spokój i swobodnie korzystaliśmy z sali wistych symboli transformacji? –– Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie doceniał znaprób w domu kultury w Dukli, na spółkę z zespołem weselnym Renoma. czenia domów kultury. Wojewódzki Dom Kultury w Krośnie był dla mnie oknem na świat. Widziałem Minęło parę lat, w 1994 roku powstała Lux Occulta. Byłem już na tyle świadomy i bezczelny, że już nikogo tam pierwsze prawdziwe koncerty, w tym takich sław jak Voo Voo, dzięki corocznym Krośnieńskim Speko nic nie prosiłem, ale założyliśmy swoje najbardziej szokujące koszulki, przywdzialiśmy pełen metalotaklom Teatralnym zobaczyłem po raz pierwszy adawy rynsztunek, i zażądaliśmy audiencji u burmistrza ptacje sztuk Sławomira Mrożka czy Eugene Ionesco Dukli. Powiedzieliśmy panu burmistrzowi, że zakła– mocne doświadczenia, tym bardziej, że w ramach damy zespół, mamy kilka utworów i chcemy sali na wycieczek szkolnych do teatru w wielkim mieście, czyli Krakowie, karmiono nas kanonem lektur szkolpróby, bo to lepiej, niż gdybyśmy mieli pić wódkę na schodach kina. Lekko skonfundowany burmistrz nych. Na deskach krośnieńskiego domu kultury, zaczął opowiadać, że jak był młody, to też był hippiwraz ze swoimi pierwszymi zespołami, w których sem [śmiech]. Ale ugiął się przed siłą naszych arguzacząłem krzyczeć, brałem udział w  przeglądach takich i owakich – tak stawiałem pierwsze kroki na mentów. Najpierw mieliśmy próby w kinie, później dostaliśmy sporych rozmiarów salę w zabytkowym prawdziwej scenie przed prawdziwą publicznością. ratuszu na środku rynku, który dziś nie należy już A równocześnie ćwiczyliśmy jako zespół metalowy do miasta, bo odnaleźli się spadkobiercy. To był niew naszym domu kultury w Dukli. To było szersze doświadczenie, znane wielu późniejszym zawodowym zły układ: myśmy mieli jedyne klucze do sali, a oni płacili czynsz i prąd [śmiech]. Żeby było jasne: to była muzykom: trudne związki tych instytucji z  przeDukla w połowie lat 90. XX w., w większych miastach różnymi metalowymi czy punkowymi młodzieżowymi składami. Z jednej strony ludzie, którzy tam Polski coś takiego nie było już wtedy możliwe. pracowali, chcieli pomagać małolatom w nauce gry na instrumentach, z drugiej zupełnie nie ogarniali –– Mieliście wręcz cieplarniane warunki... tego, co się dzieje. Nie rozumieli, co gramy, co pró- –– Po latach, już jako dziennikarz, który analizował różbujemy robić. W naszym przypadku nie skończyło norakie zjawiska muzyczne, zacząłem się zastanawiać:


98

fot. Krzysztof Wołodźko

jak to jest, że polskie zespoły zakładane przez siedemnasto- czy osiemnastolatków, po kilku latach są na ogół na poziomie „x”, a zespoły zakładane w tym samym czasie przez ich rówieśników z Finlandii czy Norwegii po kilku latach są na poziomie „x do kwadratu, x do sześcianu”. Dowiedziałem się, że w Skandynawii instytucjonalne wsparcie dla nastoletnich muzyków jest stosowane systemowo. Młodzież zakłada kapele, ale nie musi „na bezczela” wykopywać drzwi u burmistrza, licząc na to, że trafią na człowieka liberalnego i życzliwego. W krajach Skandynawii obowiązkiem samorządów jest wspieranie muzycznych talentów dzieciaków: młodzi dostają miejsce na próby, odpowiednie dofinansowanie, żeby kupić sprzęt albo coś nagrać, mają do dyspozycji instruktorów. Mało tego – muzycy, którzy sami coś osiągnęli, mogą zatrudnić się jako instruktorzy w takich ośrodkach. Ihsahn, gitarzysta zespołu Emperor, kapeli o międzynarodowej renomie, przez lata pracował w ten sposób. To ma sens: dzieciaki przychodzą z  różnymi umiejętnościami i zainteresowaniami, zatem trudno, żeby jeden i ten sam instruktor przerabiał ze wszystkimi w nieskończoność kanon w rodzaju „Trzech kurek”. Im lepsza i bardziej różnorodna oferta dostępna dla każdego, tym lepiej rozwijają się talenty wśród młodzieży. To wyjaśnia też różnicę poziomów między zespołami w międzynarodowej skali: u nas bardzo wiele dzieciaków na własny użytek musiało odkrywać koło od nowa. W tym czasie ich rówieśnicy ze Skandynawii ostro ruszyli już do przodu... –– Malowniczo to zjawisko opisał Daniel Ekeroth w książce „Szwedzki death metal”: „Z racji tego, że Szwecja jest krajem bogatym (przynajmniej kiedyś była), każdy kto chce grać w zespole, ma stworzone ku temu warunki. Władze miejskie w dużym zakresie zapewniają instrumenty i miejsca do ćwiczeń, a za granie prób i tworzenie nagrań niektóre organizacje wypłacają nawet pieniądze. W wielu szwedzkich miastach nadal stoją ogromne budynki z salami na próby, które można wynająć praktycznie za nic. Z uwagi na fakt, że struktura administracyjna Szwecji opiera się głównie na bardzo małych i nudnych mieścinach […], młodzieży nie pozostaje nic innego, jak tylko zająć się sportem lub założyć kapelę”. –– Ma to bardzo ciekawe skutki ekonomiczne. W  tej chwili muzyka w krajach skandynawskich to gigantyczne źródło dochodu, również dla państwa. Muzyka jest towarem eksportowym. Również black metal promowany jest jako dobro kulturowe, które znakomicie się sprzedaje. Zatem to nie jest tak, że oni jedynie „dają pograć gówniarzom”, żeby się nie zapili lub nie zaćpali, gdy są w najgłupszym wieku. To jest też inwestycja. W Norwegii dzięki eksplozji black metalu znacznie wzrosła turystyka: cudzoziemcy

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017


99

fot. Krzysztof Wołodźko

odkryli ten kraj za sprawą metalu. Norwescy dyplomaci, którzy jadą na placówkę do innych krajów, muszą wiedzieć, czym jest rodzimy black metal – do ich kompetencji i obowiązków należy znajomość i promowanie tej muzyki. –– Gdy rozmawiamy, toczy się spór polityczny o festiwal w Opolu. Jak z perspektywy undergroundowca oceniałeś dawniej tego typu imprezy muzyczne? –– Zacznijmy od tego, dlaczego powstał festiwal polskiej piosenki w Opolu. To był element zakorzeniania w wyobraźni zbiorowej powojennego statusu Ziem Odzyskanych, ich kulturowej przynależności do macierzy. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Oceniamy wartość piosenek dawnych artystów i artystek, którzy przewinęli się w czasach PRL przez Opole, z perspektywy ludzi podpiętych do internetu, którzy w każdej chwili mogą sięgnąć choćby po dowolne dzieła muzycznej popkultury. A to nie jest sprawiedliwa ocena. –– Dlaczego? –– Sprawdź premiery w Opolu z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Nawet jeżeli nie były to zawsze rzeczy wybitne, to na pewno było to wszystko, na co wówczas było stać polską scenę muzyczną. W Opolu z nowym repertuarem pojawiali się Anawa lub Czesław Niemen. A na nich trudno narzekać. Innych kanałów dystrybucji informacji, poza państwowymi, wtedy nie było – jeśli ktoś chciał dotrzeć z szeroko

rozumianą muzyką popularną do publiczności, to musiał wystąpić w Opolu. Poziom tamtej piosenki w stosunku do tego, co dziś dzieje się w głównym nurcie, był bardzo wysoki. Z dzisiejszej perspektywy niektóre z  tych piosenek trącą myszką, są banalne, ale wiele z nich to dobre numery, świetnie zaaranżowane, bardzo dobrze zagrane i zaśpiewane, ze znakomitymi tekstami. Sprawdź, co było prezentowane w Opolu w 1972 r., jeśli chodzi o teksty, i porównaj to z Opolem ostatnich lat... To jest dramatyczna przepaść. –– No to skąd ta przepaść? –– Dziś Opole to festiwal, na który nie ma pomysłu. Ta sytuacja ciągnie się od dziesięciu-piętnastu lat. W  znacznej mierze bierze się to stąd, że artyści nauczyli się docierać do publiczności innymi kanałami, choćby za pośrednictwem internetu. Ten festiwal przestał decydować o trendach i popularności. Oczywiście, wciąż są twarze, które bez Opola żyć nie mogą, albo byłoby im bez niego trudniej, ale to cień dawnej chwały... –– A  to nie jest kwestia stopniowego kurczenia się publiczności Opola? Starsi darzą tę imprezę sentymentem, bo kochają wspomnienia z młodych lat, ale dzisiejsi dwudziesto-, trzydziestolatkowie mają zupełne inne festiwale: Open’er, OFF Festival, Męskie Granie?


100

–– Nie do końca, bo to też inna muzyka. Tego, co się gra na OFF-ie, nigdy nie było w Opolu. Podejmowano tam próby montowania alternatywnej sceny, ale kończyło się na mniej lub bardziej udanych eksperymentach. I owszem, jestem za tym, żeby eksperymentować w Opolu. –– Chcesz szokować starszych państwa? –– Niekoniecznie. Pamiętam piętnastoletniego siebie z Dukli, który jeśli nie zobaczył czegoś w telewizji i nie usłyszał w radiu, to nie wiedział, że to istnieje. Oczywiście, ktoś powie, że dziś to niepotrzebne, bo mamy internet. Tylko żeby znaleźć coś w sieci, trzeba wiedzieć, czego szukać. A przecież portale społecznościowe coraz bardziej trzymają nas w bańce naszych upodobań i pułapce przyzwyczajeń. To ma swój komercyjny wymiar: reklamodawcy pokażą nam rzeczy, które skłonią nas, byśmy sięgnęli do portfela. Coraz trudniej wyrwać się temu modelowi funkcjonowania w sieci, który Google z Facebookiem narzucają całemu światu. I jeszcze jedno – nie można oceniać Opola jako festiwalu, nie prowadząc dyskusji o kondycji mediów publicznych. Opole jest do niczego, bo telewizja publiczna jest do niczego – niezależnie od ekipy, która tam rządzi. Abstrahując już od tego, że każda władza zawłaszcza telewizję, żeby dotrzeć do ludzi i w mniej lub bardziej zawoalowany sposób na nich oddziaływać, to nikt z tych ludzi nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie lub podjąć decyzji politycznych o konsekwencjach istotnych także dla finansów tej firmy, czym ona właściwie ma być. Mówi się o misji telewizji publicznej, a równocześnie każe się jej zarabiać pieniądze na najbardziej oglądalnych formatach. Promowane są właściwie coraz głupsze pomysły. „Gwiazdy tańczą na lodzie” to przecież była oferta TVP. –– Wróćmy do Opola. –– Ono jest nijakie i  coraz mniej znaczy, bo kulturotwórcza misja telewizji publicznej to w  znacznej mierze pic na wodę. Gdyby ktoś się tym przejął i konsekwentnie to realizował, a były takie próby, to wszystko mogłoby wyglądać inaczej. To nie jest tak, że w Polsce nie ma ludzi, którzy mogliby to dobrze zrobić, stworzyć świetny scenariusz kilkudniowego festiwalu, pokazać stare gwiazdy w  nowym, interesującym świetle. Mogliby też pokazać, że istnieje nowe życie w polskiej muzyce popularnej. Przy okazji: były ekipy, które traktowały misję telewizji publicznej serio. Pierwsza to tzw. pampersi z  początku lat 90. To były czasy, gdy ludzie jeszcze przejmowali się niemodnym dziś słowem „pluralizm”. Pampersi byli zdecydowanie z prawego skrzydła, ale równocześnie bardzo pilnowali, żeby

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

fot. Krzysztof Wołodźko

pokazywać dzieła kultury popularnej, z którymi pewnie nie do końca się zgadzali. –– Przypomnijmy parę nazwisk: Wiesław Walendziak, Grzegorz Górny, Andrzej Horubała. –– Dbali o to, żeby zarówno kultura, jak i publicystyka, która dziś jest formą źle zamaskowanej propagandy, przedstawiały naprawdę szerokie spektrum wizji świata. Pokazywali się tam i ludzie z Totartu czy bruLionu, i katolicy ze środowiska „Frondy”. Drugi taki moment to były pomysły ekipy Jerzego Kapuścińskiego i nawet później Macieja Chmiela, mówię tu o TVP 2. Było widać, że ciężko pracują nad ofertą kulturalną, tylko w innym już czasie – gdy znacznie zmniejszono budżety na własne produkcje. Dodajmy do tego TVP Kulturę, ale jej przykład pokazuje, że misyjność zepchnięto do pewnej niszy. –– Pamiętam, że jako nastolatek w telewizji „pampersów” zobaczyłem „Hair” Miloša Formana, „Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyd Webbera i  „The Wall” Alana Parkera. –– Miałem tak samo... Tamta telewizja publiczna kupiła nam „Miasteczko Twin Peaks”, choć w przypadku


101

drugiego sezonu było już przecież jasne, że na całym świecie widownia odpływała. A oni nie bali się zaglądać w te wyższe rejony popkultury, które z różnych przyczyn mogły drażnić szerszą widownię. –– W tamtych czasach telewizja publiczna pokazała też wielki show na Wembley po śmierci Freddy’ego Mercury’ego i Woodstock z 1996 roku – późno w nocy i nad ranem w swoim pokoju oglądałem na Rubinie C714 Porno for Pyros, Nine Inch Nails, Metallicę. –– Moi rodzice byli wtedy na tyle uprzejmi, że obiecali nocować w domku na działce, ściągnąłem więc znajomych i dwie bite noce siedzieliśmy przy tym Woodstocku. To nam zmieniało życie – oglądaliśmy Red Hot Chilli Peppers w tym samym czasie, co Amerykanie. Ta telewizja pokazywała nam to, co faktycznie w czasie rzeczywistym działo się w kulturze popularnej. –– Ktoś może powiedzieć: jesteście stare pierniki, przecież to samo można sobie teraz zobaczyć na żywo na YouTube... –– Po pierwsze nie wiem, czy telewizję publiczną w modelu, który byśmy sobie życzyli, da się w Polsce jeszcze w ogóle uratować. Po drugie, jak już wspominałem, są

ludzie, którzy także w dziedzinie popkultury mają nieco lub znacznie lepszy kapitał kulturowy. Nie trzeba nawracać nawróconych – chodzi o to, żeby z lepszą ogólnodostępną ofertą dotrzeć do tych, którzy z różnych przyczyn mają do niej utrudniony dostęp. Szczerze wątpię, że jakakolwiek ekipa odczuwa potrzebę, by edukować szerokie masy. –– W polskiej muzyce popularnej wciąż widoczne jest coś, co roboczo nazwę inteligenckim tonem. W pewnej mierze widać to było w Opolu, w czasie recitalu Maryli, w wyblakłych już mocno wspominkach o Agnieszce Osieckiej. Widać to dobrze po serii muzycznej „Zaśpiewani”. I widać również, gdy Maciej Maleńczuk śpiewa Włodzimierza Wysockiego albo „kłania się w pas” Wojciechowi Młynarskiemu. Można się z tego śmiać, ale ten inteligencki sznyt chyba zapewnia polskiej muzyce kontakt z literaturą, poezją, malarstwem? ––To nie jest typowo polska cecha. Muzyka popularna ma różne oblicza, a inspiracje literaturą czy malarstwem to są rzeczy, które rezonują silnie w  kontrkulturze amerykańskiej późnych lat 60., a następnie w latach 70. Przypomnijmy sobie choćby Patti Smith,


102

Lou Reeda, Davida Bowie. Często to były więzi osobiste, przeróżne dziedziny życia przenikały się ze sobą – dobrze to pokazuje przykład Andy’ego Warhola i zespołu Velvet Underground. Za paradoks można jednak uznać to, że ten nurt na Zachodzie nie był mainstreamowy, natomiast w Polsce, w czasach PRL, rzeczywiście był głównym nurtem. To o tyle interesujące, że przecież znaczną część włodarzy Polski Ludowej, pomijając Józefa Cyrankiewicza, trudno posądzać o jakieś wyższe potrzeby kulturalne. A jednak wszyscy ci ludzie, mieli – może wynikający z pewnego kompleksu wobec inteligencji jako warstwy kulturotwórczej – spory szacunek do świata kultury. Choć dodam, że po pierwsze tamten system zmarnotrawił wiele talentów, również artystycznych, ponieważ o bardzo wielu rzeczach, zwykle w sposób niejawny, decydowali ludzie kierujący się nieraz podłymi motywacjami. Po drugie, rynek muzyczny był zupełnie nieracjonalny, a sami muzycy często nie wiedzieli, ile płyt faktycznie sprzedają i ile na nich realnie zarabiają. To wszystko kontrolowały upolitycznione instytucje. Po trzecie, mieliśmy jednak ograniczony dostęp do wielu dzieł kultury światowej i polskiej, chyba że trafiły do drugiego obiegu.

–– W jesiennym numerze „Gazety Magnetofonowej” opublikowaliście tekst Leszka Gnoińskiego „Szkółka dla niegrzecznych dziewcząt”, który opowiada o Lucciola Ladies Rock Camp, założonym w Beskidzie Niskim przez Ewę Langer, basistkę zespołów PRL i Translola. To tekst z mocnymi wątkami feministycznymi, z opowieściami o tym, że wiele kobiet dzięki tamtejszym warsztatom muzycznym uczy radzić sobie choćby z doznaną przemocą. Wolisz tę muzykę, artystki i artystów, którzy są na przeróżne sposoby zaangażowani społecznie, politycznie i ideowo, czy bliższa jest ci raczej filozofia: „pan nie śpiewaj o ideach, pan śpiewaj dobrze”? –– [śmiech] Jeżeli chodzi o moje muzyczne potrzeby, to są one różnorodne. Czasem potrzebuję muzyki zachwycającej formalnie, która nie niesie żadnego przekazu lub jest to przekaz ideologicznie neutralny. Kultura jest dziś w  znacznej mierze społecznie utożsamiana z rozrywką. Sam się łapię na takim odbiorze. To powoduje, że traktujemy kulturę jako coś, co ma nam się podobać, poprawiać nastrój, łatwo się przyswajać. Ale kultura nie jest identyczna z rozrywką. Ta pierwsza ma nam stawiać pytania, poruszać, gniewać, konfrontować z  cudzymi wizjami i  poglądami. Dlatego takich treści też szukam i staram się prezentować. Natomiast uważam, że nie wolno wymagać od artystów zajmowania stanowiska w jakiejkolwiek sprawie. Artystyczna wolność jest też wolnością od oczekiwań czy wymagań społecznych i  od wymogów stawianych przez fanów. Jeżeli artysta/artystka z własnej nieprzymuszonej woli chce zabrać głos, czy to w formie dzieła, czy w wywiadzie, czy w jakikolwiek inny sposób – droga wolna. Jeżeli ktoś chce mieć poglądy również na scenie – nie mamy prawa mu tego zabraniać, muzyk nie musi być tylko od śpiewania i grania: ma prawo mówić o feminizmie, patriotyzmie, zmianach klimatycznych. Ale z drugiej strony nie mamy prawa wymuszać na artystach publicznego wyrażania poglądów. Nie powinny tego robić również instytucje.

–– A może to inteligenckie nastawienie wynikało z pewnych paradygmatów tamtego ustroju – trzeba było nieść kaganek oświaty w lud, kultura masowa świetnie się do tego nadawała. ––W tamtych latach inna była też kultura popularna. Nikt jeszcze wtedy nie wymyślił rzeczy tak głupich jak te, które przyswajamy dzisiaj. Może też jest tak, że gdyby ta rozrywka, która dziś robi za kulturę popularną, była tak rozpowszechniona jak obecnie, to pewnie korzystaliby z tych narzędzi. I może przeróżni czynownicy tańczyliby i wówczas na lodzie. Ale zamiast tego mieliśmy Teatr Telewizji. Pamiętam, że w  latach 80., gdy już rejestrowałem pewne rzeczy świadomie, moi rodzice, matka – wiejska nauczycielka, ojciec – wopista, siadali ze mną przed telewizorem i  oglądaliśmy spektakle Teatru Telewizji. To było naturalne. I powszechnie oglądane. –– Inna rzecz, że chyba jeszcze moje roczniki wychoJuż na początku III RP, ale wciąż według wzoru wywały się w atmosferze popkulturowej, w której spora pracowanego w PRL, pokazano w telewizji teatralną część artystów i artystek z zasady nie było obojętadaptację bodaj „Transatlantyku” Gombrowicza. Ja nych. Składanki na kasetach magnetofonowych sam jeszcze niewiele z tego rozumiałem, ale pamięw rodzaju „Muzyka przeciwko rasizmowi” to było coś tam, że rodzice byli mocno na „nie”. Dziś myślę, że najbardziej naturalnego nawet dla tych, którzy jakoś super było to, że oni w ogóle sami chcieli się z tym głębiej nie uczestniczyli w muzycznych rytuałach. skonfrontować, nie wyłączyli telewizora. Obejrzeli, Na początku lat 90. część kaset magnetofonowych bo uważali, że to ważne. Przy wszystkich swoich z o wiele bardziej wtedy popularną muzyką rockową niezliczonych grzechach, PRL nie dezawuował kulbyła zaopatrzona we wkładkę wzywającą do ogóltury jako takiej. Chciał ją kształtować wedle swoich nospołecznego referendum w sprawie aborcji i przepotrzeb, chciał ją zawłaszczyć, ale nie wpadł na to, ciwstawienia się stanowisku Kościoła w tej sprawie. żeby powiedzieć ludziom: „słuchajcie, kultura nie Róże Europy, Kult, Big Cyc, Kobranocka – to nie jest wam do niczego potrzebna”... była alternatywa, ale rzeczy dość mainstreamowe,

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017


103

fot. Krzysztof Wołodźko

a jednak mocno zaangażowane. Wielka Orkiestra to, że możemy wybrać. Kłóciliśmy się o to, dokonyŚwiątecznej Pomocy i  Przystanek Woodstock to waliśmy różnych wyborów, ale umywanie rąk było w  ogóle osobny rozdział. Dziś chyba tego zaangarzadkim, dziwacznym gestem. Dziś nie ma muzyki żowania, także kojarzonego ze światopoglądowym tamtych czasów, ale warto by też zbadać, jak wielu liberalizmem, jest w muzyce popularnej mniej. młodych w ogóle nie ma przy urnach wyborczych. ––Jak to zwykle bywa, nie ma jednej przyczyny dla tego Myślę, że to się ze sobą wiąże. I to nie jest problem skomplikowanego zjawiska. Wydaje mi się, że fakjedynie młodych, to jest dość powszechne dziś spotycznie w przestrzeni publicznej mniej jest dziś tego łecznie przekonanie, że nas to nie dotyczy. typu muzyki. Piosenki, które u progu lat 90. były grane w radiu, faktycznie mniej lub bardziej dotykały rze- –– Jest rap, hip hop, jeszcze o tym pogadamy. A Pabloczywistości społeczno-politycznej i ją komentowały. pavo śpiewa piosenki o Jolancie Brzeskiej i Stefanie Konstatuję to z pewną przykrością, jako przedstaOkrzei. wiciel pokolenia, które się na czymś takim wycho- ––Ale Pablopavo nie jest dwudziestoparolatkiem... Dziś wało, ale wydaje mi się, że współczesny eskapizm ludzie utalentowani potrafią pięknie i  wyjątkowo też jest jakąś deklaracją polityczną. Być może murealistycznie pokazać okolice czubka swojego nosa. zycy z pokolenia, które dziś jest poniżej trzydziestki, Taco Hemingway, szczególnie na dwóch pierwszych a  także odbiorcy ich muzyki z  takich roczników, EP-kach, ładnie zobrazował warszawskie życie dziuznali, że pieśni tamtego pokolenia to nie są songi siejszych dwudziestoparo-, trzydziestolatków. Ale w ich sprawach. Być może to, co nazywamy zaangato jest obserwacja społeczna bez żadnych deklaracji. żowaniem, oni uznają za dyskusję na obce im tematy, za spory, o których nie chcą nic słyszeć. –– Starasz się, żeby każdy numer „Gazety MagnetofoNa początku lat 90., gdy po raz pierwszy jako młonowej” miał swój temat przewodni. Najnowsze wydzi ludzie mogliśmy brać udział w wolnych wyborach, danie poświęciliście outsiderom i buntowniczkom, bardzo mało wśród moich znajomych, rówieśników a rok temu motywem przewodnim była rodzina. To i rówieśniczek, było osób, które świadomie nie korzyzdaje się wtedy zrobiliście wywiad z raperem Kękę, stały z tej możliwości. Dla nas wielką wartością było który opowiadał o tym, jak zmieniło go rodzicielstwo.


104

Przepraszam, ale konieczny będzie długi cytat: „Dla niejednego słuchacza lektura zestawienia OLiS (lista najchętniej kupowanych płyt przygotowywana przez ZPAV – Związek Producentów Audio-Video) może być zaskakująca. Zarówno raporty cotygodniowe, jak i te ukazujące nasz rynek w ujęciu rocznym, pełne są nazwisk, które przeciętnemu odbiorcy są nieznane. Oczywiście, pojawiają się również artyści popularni i lubiani. W podsumowaniu 2016 r. znalazły się m.in. Agnieszka Chylińska, Ania Dąbrowska, a także grupa Kult. Część osób rozpozna może jeszcze zwycięzcę zestawienia – łódzki raper O.S.T.R. sprzedał do tej pory 100 tys. płyt, nagrywa od 16 lat i można go czasami usłyszeć w radiowej Trójce. Ale między nimi znajdują się nazwiska i pseudonimy, które dla przeciętnego odbiorcy są tajemnicą. Na przykład KęKę, który dla komercyjnych stacji radiowych jest muzykiem wyklętym. Radomski raper zajął szóste miejsce w zestawieniu najlepiej sprzedających się płyt ubiegłego roku i jest jednym z hiphopowców, których znają młodzi, a media pomijają. Jednak to właśnie on oraz Paluch, Kali, Małpa, Pro8l3m, Białas, Dudek P56 i Sitek sprzedają więcej albumów niż artyści wypełniający czas antenowy komercyjnych rozgłośni radiowych. Raperzy okupują szczyty OLiS przez niemal połowę roku. Często debiutują od razu na pierwszym miejscu – tak jak w tym roku zrobili to Guzior z płytą „Evil Town”, Bedoes z „Aby śmierć miała znaczenie”, Hades ze „Światłem”, Dwa Sławy z „Dandys Flow”. Żadnego z nich nie promują ogólnopolskie rozgłośnie radiowe” (Dziennik.pl). Z czego Twoim zdaniem wynika ten fenomen naprawdę popularnej muzyki, której nie grają wielkie rozgłośnie? –– Nie sądzę, żeby to też była jakaś szczególnie polska przypadłość. Choć u nas to chyba zaznacza się silniej. Z jednej strony wiąże się z tym, że istnieją u nas zjawiska muzyczne (i stojące za nimi fenomeny społeczne), które pozostają właściwie poza radarem większości dużych mediów z siedzibą w Warszawie. Jeśli KęKę nie przyjdzie do nich do redakcji i nie kopnie ich w cztery litery, to oni go nie zauważą. Sami nie poszukają i nie sprawdzą. Później się dziwią, że Michał Szpak sprzedaje mniej płyt niż KęKę. I mówią: „No jak to, przecież Szpak jest co tydzień w telewizji śniadaniowej”. Czym innym jest rzeczywistość medialna z tych kilku stołecznych ulic, a czym innym Polska. Kękę jest chłopakiem z Radomia, który jako nieodrodny przedstawiciel swojego pokolenia nie czuł się bohaterem felietonów w mainstreamowych mediach, raczej czuł się reprezentantem świata zupełnie pomijanego, a może nawet – pewnie niesłusznie – pogardzanego. Sądzę, że gdyby KęKę chciał zrobić krok w stronę świateł wielkiej sceny, jak paru innych raperów, to by go wpuszczono. Ale on sam

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

fot. Krzysztof Wołodźko

uznał, że tam nie pasuje. Inna sprawa, że treści, które znalazły się na jego pierwszych płytach, bywały mocno konfrontacyjne. KęKę był dosadny zarówno jeśli chodzi o kwestie obyczajowe, opisując życie w trasie, jak i o kwestie, które dziś określa się mianem polityki historycznej, i które bardzo źle były widziane w medialnym mainstreamie. W „Jednym kraju” rymował chociażby: „Jeszcze razem się przejdziemy Łyczakowską, stanie otworem Ostra Brama / Bez agresji, ale dajcie to co polskie”. Takich treści mainstream nie próbował zrozumieć. Krakowski poeta pisał kiedyś: „Niczego o nas nie ma w konstytucji”. KęKę stał się głosem tych, o  których niczego nie było w  mediach głównego nurtu. –– Czas przeszły jest tu istotny? –– Bo dziś inne media są w  głównym nurcie. Głosy kiedyś spychane na margines, stają się dominujące. W popkulturze to też jest widoczne. Choć nie wydaje mi się, że akurat KęKę chciałby być heroldem jakiejś sprawy i partii.


105

samemu sobie. I nawet jeśli nie zmienił poglądów, nie ma w nim już agresji. Opowiadam tak szczegółowo o jednym artyście, bo uważam go za interesującą postać: to jeden z najważniejszych polskich raperów, którego w zasadzie nie widać w mediach.

–– Ty zdaje się pojechałeś do niego, do Radomia, zrobić ten wywiad? ––Tak. Wydał mi się fascynujący. Nie tylko przez to, co mówi, ale i przez to, jak ważne dla wielu ludzi jest to, co mówi. Na podstawie znajomości jego pierwszych dwóch płyt wydawało mi się jednak, że jest to człowiek, który nie będzie chciał ze mną w ogóle rozmawiać, bo jak sobie wygoogla, że piszę np. do „Polityki”, to nie siądzie ze mną do stołu. Mnie z kolei przekaz niektórych jego tekstów, delikatnie rzecz ujmując, niepokoił. Wydarzyła się jednak rzecz interesująca. KęKę wydał trzecią płytę. Nie widać na nim zmiany poglądów, ale zmienił się język, którym opowiada o sobie i świecie, na mniej konfrontacyjny, a bardziej gorzko-refleksyjny, skłaniający do dialogu. Pojechałem do Radomia, siedliśmy w jego ulubionym barze, zjedliśmy sznycle. Opowiedział mi o zmianach w jego życiu. Po pierwsze, wytrzeźwiał. I  zaczął głośno mówić o swojej walce o trzeźwość. Stanął na nogi, założył rodzinę. Stało się coś jeszcze: dziś po prostu sprawdza swój światopogląd, uważnie przygląda się

–– To jak to biznesowo działa w praktyce? –– Płyty wydaje sobie sam, a żona organizuje mu koncerty, na które przychodzi mnóstwo ludzi. Wiele osób wspiera go też w walce o trzeźwość. Skoncentrowałem się na KęKę, ale zasygnalizowałeś ważny problem. W Polsce istnieją trzy sceny muzyczne, które funkcjonują jak odrębne światy. Jedna to świat, który widzisz w  Empiku, na liście OLiS. Drugi to świat, który od podstaw został zbudowany przez raperów. Wspomniany wyżej O.S.T.R. jest gościem, który funkcjonuje na granicy tych dwóch światów. Z jednej strony pojawia się w zasięgowych mediach, jego płyty są w Empiku, ale ogromna część jego publiczności dociera do niego przez youtuby itd., itd. Tam jest całe mnóstwo raperów, którzy budują sobie publiczność, dyskutują ze sobą, kłócą się, dissują, współpracują i część z nich w ogóle nie wchodzi na OLiS, bo ich płyty są nienotowane w obiegu – albo w ogóle nie wydają „legali”, albo wydają je poza oficjalnym obiegiem. Tak naprawdę nie wiemy, jak duże to zjawisko. I mamy trzecie, pewnie największe uniwersum – to disco polo. Nikt nie wie, jaka to jest skala. Od blisko trzech dekad znaczna część społeczeństwa uczestnicząca w życiu muzycznym bawi się i wzrusza przy disco polo. I wydaje na to swoje pieniądze. Ale nikt tego solidnie nie bada. Disco polo widziane z Warszawy to są albo rzucane z wyższością uwagi w stylu „niech to g... już przepadnie”, albo „achy i ochy”, rzucane na kanapie w telewizji śniadaniowej w obecności Zenka Martyniuka i zachwyty nad niezweryfikowaną nigdy „chińską karierą” innej grupy. Do tego ckliwe obrazki z serialu dokumentalnego TVP czy baśni TVN i Agory o disco polo, które niewiele wyjaśniają, mają się tylko dobrze sprzedawać. –– Trochę się boję, że zaraz wpadniemy w muzyczną chłopomanię. A dodajmy, że dziś już istnieją całe kanały telewizyjne poświęcone temu nurtowi. –– Uważam, że disco polo to gwałt na estetyce. Ale rozwój tego gatunku świetnie pokazuje niedoceniany w Polsce przez lata fenomen: jeśli czegoś nie pokazujesz w inteligenckiej i wielkomiejskiej prasie, to wcale to nie znika. Jeżeli nie umiemy o czymś rozmawiać, a  tylko wyszydzamy, to nie powoduje, że to przestaje istnieć. W przypadku disco polo szyderstwa nie brakowało, zabrakło za to porządnej i powszechnej edukacji muzycznej od poziomu przedszkola czy szkoły podstawowej.


106

–– Parę lat temu tu i ówdzie na prawicy pojawiały się koncepcje, że disco polo z lat 90. to nowa muzyka ludowa. –– Przeciwnie, moim zdaniem disco polo zabiło muzykę ludową. Ona zresztą też stanowi wyzwanie jako przedmiot opisu. Bo z  jednej strony mamy inteligentów z dużych miast, którzy jeżdżą na wieś, przesłuchują ostatnich grajków ludowych lub próbują rekonstruować to, co było niegdyś i przepadło. Natomiast muzyka ludowa w swoim tradycyjnym ujęciu ściśle wiązała się z wiejską obrzędowością, choćby religijną. W tej materii istnieje radykalny pogląd, reprezentowany na przykład przez Adama Struga, że Sobór Watykański II bardzo jej zaszkodził dopuszczając do uroczystości religijnych nową muzykę. Ponadto wiejska obrzędowość dotyczyła całego rytmu życia zgodnego z naturą i najważniejszych wydarzeń życia: narodzin, ślubów i wesel, pogrzebów. Ale kultura masowa, przeniesiona z miasta za pośrednictwem radia i telewizji, odciskała się na wsi coraz mocniej. I w którymś momencie italo disco okazało się najprostsze do odwzorowania, tym bardziej, że dało się przywieźć z miasta kupiony za psie pieniądze azjatycki klawisz, gdy już nikt nie chciał uczyć się grać na gęślach. Jaka to muzyka wsi, skoro instrumenty, fot. Krzysztof Wołodźko

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

które stanowiły faktyczny element ludowej kultury, zastąpiono fabrycznym syntezatorem? –– Pierwszy numer „Gazety Magnetofonowej” ukazał się dzięki powodzeniu akcji crowdfundigowej. Pierwsze wsparcie ze środków publicznych dostaliście bodaj w tym roku. Jak postrzegasz kwestię mecenatu instytucji publicznych w popkulturowej przestrzeni? ––Jestem przeciwnikiem myślenia, które dominowało szczególnie w  latach 90. w  Polsce, że jeżeli coś na siebie nie zarobi, to nie ma racji bytu. I zaczęto w  kulturze promować skutecznych menedżerów, przeciwstawiając im nieskutecznych dyrektorów z  niedochodową, więc anachroniczną wizją artystyczną. Nie odpowiada mi wizja, która głosi, że pieniądze publiczne powinny być tylko na coraz lepsze drogi, po których będziemy jeździć coraz lepszymi samochodami. To kultura definiuje nas jako wspólnotę. Jaka ta kultura powinna być, jakie treści przekazywać, kogo wspierać, a  kogo nie wspierać, to oczywiście kwestia do dyskusji. Taka dyskusja wciąż trwa i się nie kończy. I nigdy nie powinna się kończyć, bo to oczywiste, że w państwie i społeczeństwie ścierają się różne postawy, poglądy i wartości.


107

Dodam ważną rzecz: im mniejsza centralizacja w tym względzie, tym lepiej, bo wiele inicjatyw kulturalnych powstaje na lokalnym poziomie i nawet najlepsi warszawscy eksperci od spraw merytorycznych nie potrafią dobrze ocenić lokalnego kontekstu: kto na taki festiwal czy spektakl przychodzi, jaka jest oferta kulturalna w tym rejonie zarówno w tym czasie, jak i w ciągu roku...

publiczno-prywatne w kulturze jest u nas w głębokich powijakach, jeśli porównać to z sytuacją w innych krajach, choćby w Anglii. Myślę o BRIT School for Performing Arts and Technology, państwowej i bezpłatnej szkole średniej, która specjalizuje się w  kształceniu piosenkarzy i  piosenkarek, producentów muzycznych, dźwiękowców, scenografów, operatorów.

–– Z jednej strony mamy ambitne projekty wsparte publicznym groszem, myślę choćby o  albumie „Gajcy”, na którym grają m.in. Aggresiva 69, Kazik, Pustki, Karolina Cicha, Dezerter, Lech Janerka, albo o filmie dokumentalnym „Jarocin. Po co wolność?” w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Marka Gajczaka, z drugiej strony jestem sobie w stanie wyobrazić solidnie podsypaną złotówkami chałturkę na doraźne partyjne zamówienie. To jest niebezpieczeństwo związane z wydawaniem publicznych środków na kulturę. A  dobrzy muzycy będą nagrywać wartościowe płyty i bez publicznego wsparcia... ––Jest takie niebezpieczeństwo, o  którym mówisz. W  każdej branży, nie tylko muzycznej, są artyści, którzy aktywnie szukają każdej możliwości wyciągnięcia publicznych środków na projekty wątpliwej jakości. To są ludzie, którzy nauczyli się, jak kreować pomysły podobające się urzędnikom. Są ludzie żyjący z tego jak pączki w maśle, albo przynajmniej raz na jakiś czas trafiający na żyłę złota. To jest patologiczny margines.

–– Dodam, że BRIT to z kolei skrót od British Record Industry Trust. Warto o tym opowiedzieć czytelniczkom i czytelnikom „Nowego Obywatela”. –– BRIT School to instytucja, która pokazuje, że można myśleć na dekady do przodu. Na przełomie lat 80. i 90., pod koniec za rządów Margaret Thatcher, która nie słynęła ze skłonności etatystycznych, ktoś wpadł na pomysł, że warto zainwestować w brytyjskich muzyków. Reprezentanci dużych wytwórni muzycznych, tzw. mejdżersów, siedli do stołu negocjacyjnego z urzędnikami i ustalono, jak to w praktyce będzie finansowane. Część środków finansowych na BRIT School pochodzi z podatków (u nas spora część krytyki dotycząca dotacji polega właśnie na sarkaniu, że to „wyrzucanie w błoto pieniędzy podatników!”), a  część dają prywatne wytwórnie muzyczne. Państwo założyło, że ta kasa zwróci się w podatkach, a prywatne firmy – że zwróci im się to w przyszłych zyskach.

–– Naprawdę margines? ––Ten proceder mocno kłuje w oczy, bo często wiąże się z wyraźną przynależnością polityczną osób, które decydują o tej kasie i tych, którzy po nią sięgają. Oczywiście jeśli utrwali się praktyka, że każda nowa ekipa polityczna życzy sobie mieć kulturę pasującą do jej światopoglądu, to problem będzie narastał. Ale tego typu działania są zwykle przeciwskuteczne. Także dlatego, że oprócz pieśniarzy, którzy wyśpiewają wszystko, kulturą zajmują się najczęściej ludzie z natury przekorni. Przekonałem się też na własnej skórze, że problemy z wydawaniem pieniędzy na kulturę wiążą się ze złożonością procedur. To zresztą polska przypadłość na wielu polach. Skomplikowanie tych procedur odbiera szanse wielu artystom, którzy nie wyspecjalizowali się w pozyskiwaniu środków, a naprawdę mają coś wartościowego do zaproponowania. Umówmy się, dla artystów proza życia bywa trudna, a co dopiero liczące kilkadziesiąt stron wnioski o 10 tysięcy złotych. Dodam jeszcze jedną rzecz: wydaję „Gazetę Magnetofonową” jako prywatna firma, ale mogę starać się o publiczne środki finansowe, jeśli spełnię szereg ściśle określonych warunków. To partnerstwo

–– Jak to działa w praktyce? –– Szkoła powstała na południu Londynu, wśród jej absolwentów są Adele, Morcheeba, Amy Winehouse, ale także mnóstwo nieznanych szerszej publiczności osób, które pracują w wytwórniach płytowych, studiach nagraniowych, mediach muzycznych. To naprawdę rewelacyjna kuźnia kadr. Kołem zamachowym BRIT School był pakt, o którym mówiłem, ale teraz finansują się choćby ze słynnych Brit Awards. Cały dochód z  tej imprezy idzie właśnie na BRIT School. Małolaty, które skaczą pod sceną podczas rozdania nagród, to są właśnie uczniowie i uczennice tej szkoły. Byłem tam, oprowadzał mnie po szkole jeden z jej pracowników, pokazywał, jak to dokładnie funkcjonuje. Na etapie gimnazjum szkoła przyjmuje młodzież uzdolnioną muzycznie. Trzeba zdać egzamin, ale jak wspomniałem, nauka jest bezpłatna. To otwiera ją na uboższą młodzież, którą nie stać na dobre prywatne szkoły z wysokim czesnym. Z jednej strony dzieciaki mają normalny program szkolny, z drugiej mają mnóstwo zajęć odpowiednich do profilu instytucji. BRIT School jest też zapleczem dla West Endu, czyli dzielnicy londyńskich teatrów muzycznych, dochodzą zatem zajęcia z tańca, choreografii itd.


108

Na kolejnym etapie edukacji w tej szkole uczniów i uczennice czeka rozmowa dotycząca ewentualnej korekty ich życiowych planów. Czasem jest tak, że dzieciak przychodzi jako najlepszy gitarzysta w okolicy, ale w murach BRIT School zrozumiał, że jest trochę ludzi jeszcze lepszych od niego i nigdy ich nie prześcignie. Ale okazuje się, że jest świetny w studiu nagraniowym, doskonale słyszy i czuje produkcję. Dostaje więc propozycję, by na ostatnie trzy lata szkoły zapisać się do odpowiedniej klasy. I jeszcze jedno – oni się tam uczą czytania kontraktów, razem z prawnikami, z ludźmi z wytwórni. Ktoś im pokazuje: to jest punkt w umowie, który obliguje cię do tego i tamtego, a daje ci to i tamto. Szkoła wypuszcza dziewiętnastolatków, którzy potrafią ze zrozumieniem przeczytać umowę i dzięki temu mają znacznie większe szanse, żeby nie wpakować się w kłopoty na długie lata ewentualnej kariery. Na zakończenie edukacji w  BRIT School organizowane są oficjalne przesłuchania, w których mogą wziąć udział tylko zarejestrowani przedstawiciele firm fonograficznych, teatrów muzycznych itp. Po przesłuchaniach muszą rozmawiać z  dzieciakami za pośrednictwem szkoły – nie jest tak, że wcisną nastolatkowi co zechcą, bo przy stole spotykają się prawni opiekunowie uczniów, reprezentanci szkoły i zainteresowani „łowcy głów”. Opisuję to wszystko w dużym skrócie, ale jak widać – można. Ale trzeba myśleć długofalowo, bo pierwsze konfitury z BRIT School to późne lata 90. Potrzeba wizji politycznej, która nie polega na tym, że myślimy o tym, jak mile połechtać szefa partii albo naszych wyborców, lecz perspektywicznie myślimy o tym, co będzie korzystne dla dobra całej wspólnoty. –– Spróbujmy podać pozytywne przykłady z własnego podwórka. W polskiej kinematografii dużo rzeczy udało się dzięki PISF, choć pamiętam lamenty szerokiej rzeszy wolnorynkowców, gdy ta instytucja dopiero powstała. A jak z muzyką rozrywkową? –– Dla mnie pozytywnym przykładem jest działalność Instytutu Adama Mickiewicza – najlepiej znam ich praktyki związane z szeroko pojmowaną muzyką rozrywkową. W swoim czasie dominowało myślenie, że trzeba chwalić się na świecie artystami, którzy u nas już osiągnęli wymierny sukces, bo skoro udało się tu, to pewnie uda i tam. Na szczęście IAM – konkretnie myślę o komórce funkcjonującej pod nazwą Don’t Panic! We’re From Poland – od wielu lat działa inaczej. Dziennikarzom i organizatorom festiwali ze świata umożliwia poznanie wielu różnych polskich muzyków, niekoniecznie najsławniejszych. I  to właśnie ludzie stamtąd decydują, co może spodobać się u nich, bo znają swój rynek, lokalny kontekst. Zapraszają artystów, a  ci mogą

NOWY

BYWATEL · NR 25 (76) · ZIMA 2017

liczyć na wsparcie IAM, choćby przy współfinansowaniu pierwszych wyjazdów. Dzięki takiej filozofii nie wywozi się w świat artystów, których nikt tam nie chce słuchać, ale dociera z muzyką, która faktycznie tam działa. Na nasz wewnętrzny użytek świetne rzeczy robi Narodowy Instytut Audiowizualny (NinA), z jednej strony udostępniając archiwa ze skarbami polskiej kultury, które były niedostępne przez lata, z drugiej strony nagrywając współczesnych artystów. Archiwizują w ten sposób cenne rzeczy, których nikomu by się komercyjnie nie opłacało nagrywać na tak profesjonalnym poziomie. –– To, co mówisz, dobrze pokazuje, jak to jest z  prywatnym wsparciem dla kultury: wygrywa argument „nie opłaca się”. ––W Polsce w ogóle istnieje problem prywatnego mecenatu dla ambitniejszej muzyki popularnej. Tych pieniędzy jest mało. Z jednej strony wiąże się to ze słabością mediów, nie tylko muzycznych: bardzo mało się u nas mówi o tym, jak świetne rzeczy w Polsce dzieją się nie tylko w samej muzyce, ale i wokół niej – myślę choćby o światowych trasach polskich artystów czy recenzjach, które tam zbierają. To powoduje, że marketingowcy mniejszego i większego biznesu nie widzą powodu, żeby wydawać na muzykę większe pieniądze. Z drugiej strony pisarze, muzycy, malarze co prawda potrzebują pieniędzy, także prywatnych, ale materia, w której się poruszają, jest znacznie bardziej wrażliwa niż inne dziedziny ludzkiej aktywności, w których sponsor może pokazać się jako dobroczyńca. Sportowca możesz od stóp do głów ubrać w barwy swojej firmy, ale muzykowi tego nie zrobisz, bo on natychmiast przestanie być wiarygodny. W teatrze możliwości ekspozycji reklamy są dość marne, choć publiczność z życzliwością podchodzi do sponsorów, bo rozumie, jak dużo dzięki nim może się wydarzyć. Ale jak wsadzić product placement w  adaptację sztuki Dostojewskiego czy Wyspiańskiego? Po co zatem użerać się z artystami, jeśli w dowolnym z o wiele bardziej popularnych sportów można sobie kupić prawie wszystko i prawie wszędzie? –– A patrząc szerzej: muzyka popularna nie stała się jedynie wypadkową biznesu? –– Nie, nie sądzę, żeby poza muzyką czysto użytkową, na przykład graniem na fortepianie w hotelowym lobby, ktoś to robił sądząc, że to dobry interes. Dotyczy to nawet ludzi, których puszczają w radiu, jak Mrozu. To jest mały rynek – nawet jeśli na moment zyskasz popularność i zarabiasz jakieś pieniądze, to po pierwsze nie trwa wiecznie, po drugie wcześniej dokładałeś do tego przez długie lata.


109

fot. Krzysztof Wołodźko

–– Mamy też w popkulturze muzyków dobrze żyjących z grania. Zarówno takich, którzy zrobili światową karierę, jak Behemoth, jak i tych, którzy odłożyli na bok pytanie, kiedy ze sceny zejść, bo grają na dniach miast jak Polska długa i szeroka. –– Oczywiście. To jest ich zawód, oni chodzą do pracy, gdy grają te wszystkie koncerty. Nie mylmy jednak skutku z przyczyną – oni przez lata zapracowali na swoją sławę, robili kiedyś rzeczy naprawdę pod prąd, albo nagrywali dobre kawałki i umieli je pokazać publiczności. Nie sądzę, żeby na przykład muzycy Kultu u progu kariery myśleli, że to dobra droga na przyszłość i szansa na niezły plan emerytalny w postaci solidnych wpływów z ZAiKS-u. Nieliczni z tych, co grają, mają szanse na sukces finansowy. Branża muzyczna w Polsce nie jest bogata – absolutnie przytłaczająca większość muzyków to ludzie, którzy jeżdżą na koncerty wykorzystując urlopy, albo są wykopywani z jednej pracy i idą do kolejnej, niekiedy gorzej płatnej, żeby robić to, co chcą robić. Wspomniałeś Behemotha – jesteśmy kilkudziesięciomilionowym społeczeństwem i mamy trzy, może cztery kapele metalowe, które mogą grać w sposób w pełni profesjonalny, czyli członkowie zespołu nie muszą mieć dziennej pracy, żeby się z czegoś utrzymać. Przyznasz, że szału nie ma, jeśli spojrzymy na ogrom polskiej sceny metalowej. Ale to szersze zjawisko – sądzę, że z muzyki rozrywkowej, tworzonej autorsko, może w Polsce wyżyć, i to nie na poziomie sytej klasy średniej, raptem

kilkaset osób. A przecież zajmuje się tym kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy osób. Jeśli widzisz kogoś w telewizji i on ładnie wygląda, to myślisz, że zbił fortunę na paru przebojach. Ale to bardzo niepewny chleb – jeśli ktoś umie sobie napisać piosenki i jest regularnie grany przez radiu, to ma jakąś tam stabilizację, bo płyną tantiemy... –…z tego, – co pamiętam, Edyta Bartosiewicz opowiadała po swoim powrocie muzycznym, że ekonomicznie poradziła sobie w czasie ciężkiej depresji, bo miała środki z ZAiKS-u… –…dlatego – jeśli jesteś na tyle alternatywny, że nie grają cię dwie największe w Polsce rozgłośnie (a grają w gruncie rzeczy nie za wiele), to z ZAiKS-u masz co najwyżej kroplówkę. Owszem, zawsze możesz grać koncerty. Ale jeśli zachorujesz, to tracisz zarobek. Poza tym, ludzie się bulwersują, gdy usłyszą o stawce za koncert w wysokości kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ale trzeba przewieźć ekipę i sprzęt, opłacić dźwiękowca i oświetleniowca, kierowcę i menedżera, trzeba zapłacić kolegom z zespołu itd., itd. Nawet artystom z dorobkiem i nazwiskiem może po odliczeniu kosztów zostawać w kieszeni naprawdę niewiele. Wielu rzeczy można zazdrościć ludziom na scenie – adrenaliny, podróży, poznawania mnóstwa ciekawych osób – ale dochodów bym nie zazdrościł. –– Dziękuję za rozmowę. Kraków-Warszawa, wrzesień 2017 r.


Z TWOIM 1% RACZEJ NIE UPADNIEMY!

JEST W TRUDNEJ SYTUACJI, GROZI MU UPADEK (CZYTAJ NA STR. 1).

POMÓŻ GO URATOWAĆ, PRZEKAŻ 1% PODATKU.

NOWYOBYWATEL.PL/1PROCENT STOWARZYSZENIE „OBYWATELE OBYWATELOM”, KRS 0000 248 901

„Nowy Obywatel” 25(76) Zima 2017 - zajawka  

Pismo na rzecz sprawiedliwości społecznej.

„Nowy Obywatel” 25(76) Zima 2017 - zajawka  

Pismo na rzecz sprawiedliwości społecznej.

Advertisement