Page 1

Ignacy

nr 24 (75) cena 15 zł

„Cztery lata

NU

LATO-JESIEŃ 2017

Daszyński

M

ER

wojny ”

Z BR OSZUR

(w tym 5% vat)

USA

GDZIE TA LEWICA?

W NUMERZE M.IN.:

TRZY WYWIADY O POLSKIEJ LEWICY KTO RZĄDZI ŚWIATEM  •  RYNKOWY IMPERIALIZM  •  KSIĄDZ SOCJALISTA DOKĄD ZMIERZA TURCJA?  •  STRACONY OKRES 1989-2015 

Ą


EDYTORIAL

1

Lewica – reaktywacja? Remigiusz Okraska

M

niej więcej 90 lat temu pewien polski literat skomentował znany wiersz Włodzimierza Majakowskiego. Gdy rosyjski poeta, w pełnym żarliwości utworze, wzywał do maszerowania w lewo, nasz rodak odpowiedział na to uwagą, że kto ciągle skręca w lewo, ten się kręci w kółko. Dziś to samo należałoby powiedzieć pod adresem prawicy. Trwa bowiem od jakiegoś czasu licytacja na to, kto jest bardziej prawicowy, kto bardziej antylewicowy i kto kogo głośniej nazwie „lewakiem”. Przy czym „lewakami” zdążyli zostać już niemal wszyscy. Dla miłośników ortodoksyjnego liberalizmu gospodarczego „lewakami” są nawet prawicowcy, jeśli nie składają pokłonów każdej „decyzji” niewidzialnej ręki rynku. „Lewakiem” jest każdy, kto nie przyklaskuje pomysłom prawicy lub czyni to z  mniejszym entuzjazmem niż inni. „Lewakami” są Tusk i Gronkiewicz-Waltz, Tomasz Lis i Jerzy Owsiak, Ryszard Petru, Adam Michnik, niektórzy biskupi i księża, rowerzyści i wegetarianie, zwolennicy antykoncepcji i krytycy bicia dzieci, a nawet… Leszek Balcerowicz. Kto ciągle skręca w prawo, ten się kręci w kółko. Cóż, nie lubimy płynąć z prądem, nigdy tego nie robiliśmy, więc nie przyłączymy się do kolejnego owczego pędu, tak jak nie przyłączaliśmy się do poprzednich. Lewica miała, podobnie jak prawica, swoje błędy, porażki, ślepe uliczki, zdrady ideałów itp. Ale miała też wiele wiekopomnych dokonań, wspaniałe idee, stanowi w większości krajów naturalną część sceny politycznej, potrzebną choćby tylko po to, żeby korygować błędy i  ślepe uliczki prawicy.

Dlatego, wbrew temu, co dzisiaj jest na fali, postanowiliśmy oddać głos lewicy. W niniejszym numerze możecie przeczytać aż trzy obszerne wywiady z przedstawicielami i przedstawicielkami lewicy. Mówią rzeczy różne, nierzadko nie zgadzamy się z nimi, a nasi rozmówcy i rozmówczynie nie zgadzają się między sobą. Mają różne wizje Polski i różne wizje lewicowości, ale na pewno nie da się zbyć ich przemyśleń i recept obelgą o „lewactwie”. Chyba że ktoś chciałby się kręcić w kółko, ale wierzymy, że czytelnicy i czytelniczki „Nowego Obywatela” to osoby niechętne tak jałowym postawom i odruchom. Oprócz rozmów z  Hanną Gill-Piątek, Marceliną Zawiszą, Piotrem Ikonowiczem i  Adrianem Zandbergiem przygotowaliśmy oczywiście także sporo innych materiałów. Warto zwrócić uwagę na dwa artykuły analizujące realia współczesnego kapitalizmu – rolę, potęgę i władzę gigantycznych koncernów oraz instytucji finansowych. Obraz, jaki wyłania się z  tych tekstów, skłania do refleksji, że tak czy inaczej pojmowane ideały i rozwiązania lewicowe są warte uwagi. Z kolei blok tekstów poświęconych polskiemu dziedzictwu ideowemu przypomina nam, że lewica odcisnęła mocne pozytywne piętno w polskich dziejach – czy byli to socjaliści walczący zbrojnie o niepodległość i polskość, czy lewicujący kapłan dopominający się o prawa robotników, czy literaci portretujący ciężki los ludu. A tekstów ciekawych i utrzymanych w tematyce podobnej mamy w tym numerze jeszcze więcej. Zapraszam do lektury!


2

SPIS TREŚCI 6 „Niemożliwe” zdarza się codziennie

wywiad

6

Z PIOTREM IKONOWICZEM ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

20 Miasto, lewica, feminizm

wywiad

Z HANNĄ GILL-PIĄTEK ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

34 Naszym celem jest przejęcie władzy

wywiad

Z ADRIANEM ZANDBERGIEM I MARCELINĄ ZAWISZĄ ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

50 Kto rządzi światem? MARCIN MALINOWSKI

Światem, jak wiadomo, rządzi pieniądz. Ale jak to wygląda w XXI wieku i gdzie konkretnie ten pieniądz się znajduje? Niedawno w Niemczech ukazała się książką HansaJuergena Jakobsa zatytułowana „Do kogo należy świat”. W interesujący sposób omawia ona relacje w globalnym kapitalizmie XXI wieku. Główna teza książki głosi, że w świecie dominują największe firmy z rynków finansowych, które przez deregulacje rynków niesamowicie urosły w ciągu ostatnich 20 lat.

62 Rynkowy imperializm – monopole i globalny łańcuch wartości MICHAŁ HETMAŃSKI, JAN J. ZYGMUNTOWSKI

Jednym z najbardziej zauważalnych objawów globalizacji jest powstanie nowej jakości korporacji międzynarodowych, ich globalnych operacji oraz podążającego za nimi transnarodowego kapitału. Monopoliści argumentują, że cały proces i wysoka produktywność są wyłącznie zasługami ich wysokich nakładów na badania i rozwój, innowacyjnej platformy IT i daleko idących procesów optymalizacyjnych. Czy sprowadza się on jednak do agresywnych technik cenowych, wrogich przejęć i nieuczciwej konkurencji wspartej wielomilionowym lobby?

Nasze zadanie – zadanie lewicy, zadanie buntowników – jest takie, żeby uzmysłowić wszystkim, że jesteśmy pod swego rodzaju okupacją. A tym okupantem jest kapitał. Nie tylko zagraniczny, lecz w ogóle kapitał: rządy pieniądza nad ludźmi. Największym zagrożeniem w tej chwili dla demokracji nie jest Władimir Putin ani inny satrapa, nie jest też nim wcale Jarosław Kaczyński. Zagrożeniem dla demokracji jest koncentracja pieniędzy w rękach coraz mniejszej liczby ludzi. Bo oni mają władzę, która jest tak naprawdę dużo większa niż władza polityczna.

20

W Polsce przez lata lewicowość była projektem tworzonym z myślą o potrzebach inteligencji. A to powodowało, że interesy klasy ludowej schodziły na plan dalszy. Inteligencja używała lewicowości jako poręcznego młotka na klasę średnią, a jeszcze ­wcześniej – na burżuazję. To spowodowało, że lewicowość stała się jej bronią wobec innych wpływowych warstw społecznych. Inteligencja, żeby nie pełnić wobec nich jedynie roli usługowej, użyła lewicowych doktryn dla zbudowania własnej podmiotowości. W takim kontekście klasa ludowa po prostu została zmarginalizowana i uprzedmiotowiona.

34

To, co robi PiS, wprowadzając selektywnie socjalne rozwiązania, właściwie zaciemnia obraz tego, czym tak naprawdę powinna być polityka społeczna i jak powinno funkcjonować państwo dobrobytu. To także jest wyzwaniem, przed którym stoimy. Jestem jednak przekonana, że Razem wejdzie do Sejmu i z tej pozycji będzie nam dużo łatwiej budować silną lewicową formację, która za kilka lat przejmie władzę.

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017


3

72 Stracony okres 1989–2015

88 Można wspólnie

KAMIL SASAL

WOJCIECH GANCZAREK

W Polsce od 1989 roku trwa permanentny konflikt polityczno-społeczny, który w dużym stopniu ma podłoże socjalne i dotyczy sprawiedliwej redystrybucji dóbr. Od powstania III Rzeczypospolitej w głównym przekazie medialnym te kwestie były najczęściej marginalizowane. Rozważania związane z upadkiem gospodarczym z lat 90. zostały skutecznie wypchnięte poza nawias debaty publicznej przez kastę ekonomistów i polityków zachwyconych wolnym rynkiem oraz słabym państwem.

Nie mogę wyjść ze zdumienia nad sukcesem tezy, że człowiek jest z natury indywidualistą. Gdzie nie spojrzeć – wszystko wskazuje, że tak nie jest, a jednak kapitalistom udało się nas przekonać, że w życiu należy dbać tylko o siebie. Ameryka Łacińska dostarcza jednak przekonujących argumentów, że indywidualizacja działania i prywatyzacja środków nie są jedynymi możliwymi rozwiązaniami dla społeczeństwa i gospodarki. Przyjrzyjmy się przykładom z Ekwadoru, Peru i Wenezueli.

94 Ameryka na wstecznym LYNN PARRAMORE

80 (Nie)rzadkie choroby

wywiad

Z KRZYSZTOFEM SWACHA ROZMAWIA MATEUSZ RÓŻAŃSKI

Opieka państwa w całym okresie życia dziecka jest droższa przez to, że zaniedbano kwestie diagnostyki i leczenia. Nie wiem, jakim myśleniem się oni kierują, ale ciężar kosztów wynikających choćby z poważnej niepełnosprawności dziecka rodzice będą ponosić przez całe jego życie. Taniej dla wszystkich byłoby, gdyby służba zdrowia miała możliwość zaradzenia pewnym problemom, zanim się one w ogóle pojawią.

Ekonomista Peter Temin odkrywa, że Stany Zjednoczone nie są już jednym państwem, lecz dzielą się na dwa światy, różniące się od siebie nawzajem pod względem ekonomicznym i politycznym. Jeden z tych krajów zamieszkują członkowie sektora FTE (finanse, technologie, elektronika – czyli przemysły, które w znacznym stopniu podtrzymują wzrost). To 20 procent Amerykanów – ci, którzy mogą cieszyć się wyższym wykształceniem, mają dobre zawody i śpią spokojnie, ponieważ wiedzą, że pieniędzy starczy im na wiązanie końca z końcem w najbardziej podstawowych życiowych sprawach.

98 Kapitalistyczne gry ŁUKASZ MUNIOWSKI

Jednym z narzędzi mających oderwać nas od niedorzeczności i niesprawiedliwości przymusu szczęśliwej nadprodukcji są krótkie i proste gry na telefon/tablet/komputer. Uruchamiane w czasie pracy „tylko na chwilkę”, tak naprawdę są jej stałym elementem. Relatywna łatwość, z jaką tego typu gry dają nam pokonywać kolejne poziomy, pozwala nie zwariować w miejscu pracy, ba, nawet odnaleźć w nim chwilę wytchnienia i szczęścia. W ten wysoce nieproduktywny sposób utrzymujemy swoją produktywność na odpowiednim poziomie, podświadomie oszukując siebie, że jesteśmy szczęśliwi.


NOWY

BYWATEL  NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

Redakcja, zespół i stali współpracownicy Remigiusz Okraska (redaktor naczelny)

SPIS TREŚCI 104 Turcja: od kemalizmu – dokąd?

Krzysztof Wołodźko (zastępca redaktora naczelnego)

DR JAN PRZYBYLSKI

Rafał Bakalarczyk, Mateusz Batelt, Joanna Duda-Gwiazda, Bartłomiej Grubich, Katarzyna Górzyńska-Herbich, dr hab. Rafał Łętocha, Bartłomiej Mortas, Krzysztof Mroczkowski, Magdalena Okraska, dr Jan Przybylski, Marceli Sommer, Szymon Surmacz, dr Joanna Szalacha-Jarmużek, Piotr Świderek, dr hab. Jarosław Tomasiewicz, Karol Trammer, Piotr Wójcik

Szef państwa zostanie szefem władzy wykonawczej, zlikwidowany zostanie urząd premiera, ograniczeniu ulegną władza i autonomia parlamentu, prezydent nie będzie zmuszony przez przepisy do nawet formalnej bezpartyjności. Będzie to stanowiło przypieczętowanie przemian rozpoczętych przez AKP i po zdominowaniu armii zapewni Erdoğanowi pozycję porównywalną z Atatürkiem, choć z diametralnie odmiennymi założeniami ideowymi.

Rada Honorowa dr hab. Ryszard Bugaj, Jadwiga Chmielowska, prof. Mieczysław Chorąży, Piotr Ciompa, prof. Leszek Gilejko , Andrzej Gwiazda, dr Zbigniew Hałat, Grzegorz Ilka, Bogusław Kaczmarek, Jan Koziar, Marek Kryda, Bernard Margueritte, Mariusz Muskat, dr hab. Włodzimierz Pańków, dr Adam Piechowski, Zofia Romaszewska, dr Zbigniew Romaszewski , dr Adam Sandauer, dr hab. Paweł Soroka, prof. Jacek Tittenbrun, Krzysztof Wyszkowski, Marian Zagórny , Jerzy Zalewski, dr Andrzej Zybała, dr hab. Andrzej Zybertowicz Nowy Obywatel ul. Zielona 27, 90-602 Łódź, tel. 530 058 740 propozycje tekstów: redakcja@nowyobywatel.pl reklama, kolportaż: biuro@nowyobywatel.pl

nowyobywatel.pl

ISSN 2082–7644 Nakład 1500 szt. Wydawca Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” ul. Zielona 27, 90-602 Łódź Redakcja zastrzega sobie prawo skracania, zmian stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do druku. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Nie wszystkie publikowane teksty odzwierciedlają poglądy redakcji i stałych współpracowników. Przedruk materiałów z „Nowego Obywatela” dozwolony wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody redakcji, a także pod warunkiem umieszczenia pod danym artykułem informacji, że jest on przedrukiem z kwartalnika „Nowy Obywatel” (z podaniem konkretnego numeru pisma), zamieszczenia adresu naszej strony internetowej (nowyobywatel.pl) oraz przesłania na adres redakcji 2 egz. gazety z przedrukowanym tekstem. Sprzedaż „Nowy Obywatel” jest dostępny w prenumeracie zwykłej i elektronicznej (nowyobywatel.pl/prenumerata), można go również kupić w sieciach salonów prasowych Empik i RUCH oraz w sprzedaży wysyłkowej. skład, opracowanie graficzne Bartłomiej Mortas okłaDKa Bartłomiej Mortas, Remigiusz Okraska Kooperatywa.org Druk i oprawa Drukarnia READ ME w Łodzi 92–403 Łódź, Olechowska 83 druk.readme.pl

Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

116 Amerykański Zola czasów Wielkiego Kryzysu JACEK ŻEBROWSKI

Sinclair był przez wiele lat – i właściwie jest nadal – twórcą dość mocno zapomnianym. Ten wnikliwy obserwator i kronikarz, a przede wszystkim świadek początków amerykańskiej ery „religii dolara”, w swoich powieściach opisywał stosunki pracy panujące w Stanach Zjednoczonych w okresie budowania potęgi przemysłowej i politycznej. Jego powieści są doskonałą analizą kapitalistycznego systemu i kultu pieniądza, który Amerykanie „wypromowali” później na cały glob.


5

120 Zamknięty umysł. W poszukiwaniu źródeł niepowodzeń części naszych działań publicznych DR HAB. ANDRZEJ ZYBAŁA

W konsekwencji w różnych okresach nasze myślenie stawało się peryferyjne, niezdolne do pełnego zrozumienia kluczowych cech otoczenia, w którym żyli nasi przodkowie. Miało to wpływ na dramaty polityczne. Część składników polskiej kultury umysłowej nie jest kompatybilna z cechami nowoczesnej umysłowości, której specyfiką jest otwartość na argumenty i ich konfrontowanie, skłonność do weryfikowania sądów, odróżniania zobiektywizowanych danych od subiektywnych opinii itp.

138 Na przedmieściach kultury

z polski rodem

KATARZYNA GÓRZYŃSKA-HERBICH

Różnorodność tej grupy wynikała także z tego, że oprócz inteligencji pracującej udało się w niej zebrać przedstawicieli warstw, które miały być przedmiotem zainteresowania „Przedmieścia” – pisarzy wywodzących się z chłopstwa, robotników, rzemieślników. Podobnych prób oddawania głosu środowiskom, które dotąd były go pozbawione, było w dwudziestoleciu kilka, jednak niewiele z nich się powiodło.

146 O wolność. Polskie socjalistyczne formacje zbrojne 1917–1920

z polski rodem

DR HAB. JAROSŁAW TOMASIEWICZ

130 Prorok z Zagłębia. Mesjanizm i socjalizm ks. Andrzeja Huszny

z polski rodem

DR HAB. RAFAŁ ŁĘTOCHA

W dziedzinie obrony robotników jego wkład jest niekwestionowany, miał odwagę iść w miejsca, o których inni bali się nawet pomyśleć. Choć mógł prowadzić komfortowe życie, zdecydował się na niełatwą pracę – przynoszącą jedynie szykany, nieprzyjemności i represje – na odcinku, który niestety w dużej mierze leżał w tamtym czasie odłogiem.

Tę klarowną regułę zaburzył dynamicznie rozwijający się proletariat – wywodzący się ze wsi górnicy i hutnicy nie tylko nie wyrzekali się swego języka, ale bardziej niż chłopi byli skłonni identyfikować się z polskością. Nic dziwnego, że Górny Śląsk odgrywał pierwszoplanową rolę w programie polityki zagranicznej PPS – o ile socjaliści dystansowali się od ekspansji na wschodzie, postrzeganej jako obrona majątków polskich obszarników, to w pełni solidaryzowali się z postulatem przyłączenia do Polski proletariackiego Śląska.


20

Miasto, lewica, feminizm

z Hanną Gill-Piątek

rozmawia Krzysztof Wołodźko –– Chciałbym zacząć rozmowę od pokazania Twojej biografii światopoglądowej i źródeł aktywności społecznej. Jakie doświadczenia kształtowały Cię jako publicystkę, społecznicę, aktywistkę miejską, urzędniczkę samorządową? –– Hanna Gill-Piątek: Nic tego nie zapowiadało. Od 2000 roku pracowałam w  dużych międzynarodowych agencjach reklamowych, co w tym czasie oznaczało dość wysokie zarobki i  brak zaangażowania w życie publiczne. Ale miałam za sobą okres wychowywania dziecka w Łodzi, w trakcie kryzysu balcerowiczowskiego. I te odmienne doświadczenia, studencko-łódzkie i  korporacyjno-stołeczne, były bardzo skontrastowane. Pamiętam, że już w Warszawie zawsze mocno dziwiłam się, jak można jeździć taksówkami – jak robili moi koleżanki i koledzy z pracy. W Łodzi niewielu było na to wtedy stać. –– I co się stało? ––To był 2005 rok. Mieszkałam wówczas na Chomiczówce, trzydziestotysięcznym warszawskim osiedlu. Ktoś wywiesił w windzie bloku informację, że odbędzie się spotkanie w sprawie planów trasy samochodowej, która przebiegnie przez nasze osiedle. Poszłam i krew mnie zalała, bo stopień chamstwa urzędników wobec mieszkańców był straszny. W  efekcie zaangażowałam się naprawdę mocno: przychodziłam z pracy i mnóstwo czasu poświęcałam naszemu stowarzyszeniu Chomiczówka Przeciw Degradacji, które liczyło ponad osiemdziesiąt osób

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

i zebrało pod swoim protestem ponad dwa tysiące podpisów. Partia Zieloni pomogła nam wtedy zarejestrować się, służyli wszelką merytoryczną pomocą. Był to czas, gdy bezkarnie szalał dyskurs modernizacyjny, który głosił, że nowoczesność to potraktowanie każdego skrawka przestrzeni betonowym walcem. Miasto próbowało zakazać nam działalności jako stowarzyszeniu zwykłemu na podstawie jakichś bzdurnych zarzutów wobec regulaminu. Zieloni bronili nas w sądzie. Konkretnie był to Wojciech Kłosowski, pomagał nam także Adam Bodnar z Fundacji Helsińskiej. Wygraliśmy ten proces. –– Na czym polegała wasza działalność? –– Na początku wydawało się nam, że działamy w próżni i mamy wszystkich przeciw sobie. Wtedy prezydentem miasta był Lech Kaczyński. Byłam wówczas


21

b Kuba Bożanowski, flickr.com/photos/jbozanowski/4417368212

tak odsunięta od polityki, że zupełnie nie wiedziałam, jak funkcjonuje miasto – choćby co do zasad ustrojowych. Uczyłam się tego w praktyce. Zawsze wydawało mi się, że jeżeli ktoś wychodzi na ulice protestować, to jest pokręcony, że to obciach i wstyd. Raptem sama musiałam wyjść na ulicę przed Ministerstwo Infrastruktury i protestować. Na szczęście funkcjonował już internet, więc szybko zorientowaliśmy się, że wokół nas powtarzały się podobne protesty. Wtedy w Polsce obowiązywał imitacyjny model wzrostu – budowlana gigantomania z powtarzaniem wszystkich błędów, jakie bardziej rozwinięte kraje właśnie zaczynały naprawiać. To wszystko wiązało się z lekceważeniem potrzeb lokalnych społeczności i z dewastacją środowiska naturalnego. Pamiętam, że zarówno „Rzeczpospolita”, „Życie Warszawy”, jak i „Gazeta Stołeczna” trzymały

wobec nas właściwie taki sam kurs: że jesteśmy oszołomami, pseudoekologami itp. Dyskredytowano nas tymi samymi metodami, jakimi wcześniej ekologów i ekolożki na Górze Świętej Anny. To było o tyle ciekawe, że w naszym stowarzyszeniu, które awansowało do rangi organizacji ekoterrorystycznej, byli ludzie o poglądach i prawicowych, i lewicowych, ludzie ze środowisk inteligenckich i z klasy ludowej – potrafiliśmy współpracować wokół jednego ważnego dla nas celu. Pomyśleć, że pan Jarosław Osowski, który wciąż siedzi w  warszawskiej „Gazecie Wyborczej”, dziś jest zwolennikiem zrównoważonego transportu i skarży się, że tiry zalewają Warszawę przez trasy, które kiedyś sam tak popierał. Naprawdę lubię takie happy endy [śmiech]. Pamiętam jeszcze, że Marcin Hadaj z „Życia Warszawy” po serii dyskredytujących


22

artykułów na nasz temat został rzecznikiem Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Inwestorem planowanej trasy szybkiego ruchu na Chomiczówce była właśnie GDDKiA, czyli agencja rządowa. I  niezależnie od tego, czyj ten rząd był, a przeszliśmy przez SLD, PiS i PO, zawsze byliśmy jako mieszkańcy lekceważeni. –– Wspominałaś, że tego typu protestów było wówczas w stolicy więcej, ale raczej nie istniały one w szerszej świadomości publicznej. ––Takich protestów lokalnych społeczności było w Warszawie prawie dwadzieścia, zapalały się w różnych miejscach. W Wesołej zagrożone były źródła wody, tereny przyrodniczo cenne. Na Ursynowie miały miejsce kolosalne protesty przeciwko budowie A2, nazwanej potem S2. To wszystko w ciągu dwóch-trzech lat spięło się w tzw. Ogólnowarszawski Ruch na Rzecz Obwodnicy Pozamiejskiej. Demokratycznie wybrane nazwy nie są najseksowniejsze, ale przepraszam, tak to się nazywało [śmiech]. Wtedy też – chyba po raz pierwszy – zetknęłam się z „Krytyką Polityczną” i ten kontakt podtrzymałam też po powrocie do Łodzi, na przełomie 2007 i 2008 roku. Związałam się z lokalnym, prężnie działającym klubem „KP”, który chciał tutaj wówczas otworzyć świetlicę. Działała od 2011 do 2014 roku. –– Wróćmy jeszcze na moment do Warszawy. Wiedziałaś już wtedy, czego właściwie chcesz światopoglądowo od świata? –– Gdy studiowałam czy pracowałam w korpo, nie miałam języka, żeby opisać te moje zmieniające się zapatrywania. A zdarzyło mi się wcześniej gdzieś na forum gazeta.pl napisać, że Balcerowicz jest wspaniały [śmiech]. Długo nie łączyłam tego, co mnie osobiście spotyka, z decyzjami politycznymi. Wydawało mi się, że jeśli zdejmują mi licznik, bo nie mam czym zapłacić za energię, i  zostaję w  domu sama z dzieckiem bez prądu zimą, to jest to efekt mojej niezaradności: jestem w całości winna tej sytuacji, nawet tego, że studiuję, więc nie mogę zarejestrować się jako bezrobotna i uzyskać świadczeń socjalnych. Za sprawą Zielonych poznałam ludzi, którzy zaczęli do mnie mówić językiem innym niż ten narzucony w  toku transformacji. To były konkretne osoby: Wojtek Kłosowski, Beata Maciejewska, Adam Ostolski, Beata Nowak, Agnieszka Grzybek. Oni mnie formowali, pokazywali inny język i inne punkty odniesienia. Okazywało się, że to jest znacznie bardziej zgodne z moim doświadczeniem niż utarty frazes, który wokół funkcjonował. –– A gdybyś miała wskazać trzy istotne dla Ciebie zagadnienia z katalogu lewicowych wartości?

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

–– Empatia. To jest mi bliskie. Równość. I element transgresji związany z  braterstwem i  siostrzeństwem. –– Oboje mamy świadomość, że w  Polsce utarło się mówić osobno o lewicy społecznej, a osobno o obyczajowej. Twój obraz lewicowości kojarzy mi się z bardzo integralnym światopoglądem, w którym kwestie społeczno-gospodarcze i emancypacyjne w pełni współbrzmią ze sobą. Wciąż się jednak zastanawiam, jakim językiem lewica powinna mówić do znacznej części Polek i Polaków, aby nie mieli poczucia, że żonglujemy pojęciami ponad ich głowami, tak żeby była wiarygodną. –– Myślę, że łatwo nas rozgrywać podziałem na lewicę socjalną i obyczajową. Ale owszem, kwestia wiarygodności jest ważna. W pytaniu zawarta jest sugestia, że lewica oderwała się od swojej bazy, od klasy ludowej (używam tego pojęcia niepejoratywnie). Warto sobie uświadomić, że jest ona bardzo różnorodna. Pokazali to w swoich badaniach choćby Maciej Gdula i  Przemysław Sadura – przeczą one licznym stereotypom na temat reprezentantek i reprezentantów klasy ludowej, dotyczących choćby ich rzekomego silnego konserwatyzmu. Z mojej pracy w samorządzie płyną podobne wnioski – dotyczące choćby mnóstwa negatywnych neoliberalnych stereotypów dotyczących ludzi uboższych, mówiących, że ubożsi nic nie rozumieją, że się ich kupuje za pomocą 500+, że są bierną roszczeniową masą, że skupiają się wyłącznie na żołądku. To wszystko nieprawda. Sądzę, że to właśnie element godnościowy przeważa, tyle że znajduje spełnienie na przykład w identyfikacji z barwami klubów piłkarskich albo z przekazem Marszu Niepodległości. Jest jeszcze jedna sprawa – to moja własna teza, za którą być może posypią się gromy. Otóż w Polsce przez lata lewicowość była projektem tworzonym z myślą o potrzebach inteligencji. A to powodowało, że interesy klasy ludowej schodziły na plan dalszy. Inteligencja używała lewicowości jako poręcznego młotka na klasę średnią, a  jeszcze wcześniej – na burżuazję. To spowodowało, że lewicowość stała się jej bronią wobec innych wpływowych warstw społecznych. Inteligencja, żeby nie pełnić wobec nich jedynie roli usługowej, użyła lewicowych doktryn dla zbudowania własnej podmiotowości. W takim kontekście klasa ludowa po prostu została zmarginalizowana i uprzedmiotowiona. Wyjątkiem być może był PRL, choć i to było trudne doświadczenie. –– Spróbujmy to, o czym mówisz, przenieść na bliższy nam grunt. Widać wyraźnie, że w III RP miasta były przestrzenią walki nie tylko o kamienice i ulice, ale również o idee. Mamy zatem działalność Miasto Jest Nasze i Jana Śpiewaka, mamy też ruchy lokatorskie.


23

W przypadku tych drugich widać, że były bliżej tzw. zwykłych ludzi, ale pozostawały właściwie na marginesie zainteresowania opinii publicznej i  klasy politycznej. –– Lewicy brakuje trybuna ludowego. –– Jest Ikonowicz. –– On żyje w pewnej izolacji. Część środowisk lewicy odczuwa wobec niego niechęć, ale moim zdaniem on jest jedyną osobą w Polsce, która rzeczywiście pracuje „z bazą”. Jako bodaj jedyny ma cierpliwość – i za to go podziwiam – żeby tłumaczyć ludziom, z którymi blisko współpracuje, że pewne wypowiedzi o uchodźcach, na jakie sobie pozwalają, nie są prawdą, a dla całego ruchu są dyskredytujące. Powrócę do wcześniejszego wątku: od czasów Andrzeja Leppera nie było nikogo, kto byłby trybunem ludowym. Owszem, pojawiały się postaci, które zagospodarowywały frustrację społeczną, rozczarowanie klasą polityczną – wcześniej Janusz Palikot, obecnie Paweł Kukiz, ale to raczej postaci w rodzaju trickstera [szachraja, przechery, w mitycznych opowieściach bóstwa-błazna – K.W.], które tak naprawdę nie mają pozytywnego, rzetelnego pomysłu na rzeczywistość. –– Zwróćmy się jeszcze ku ruchom miejskich. Do jakich ich nurtów jest Ci blisko, a  z  czym się nie utożsamiasz? –– Ruchy miejskie to bardzo szeroka kategoria. Kongres Ruchów Miejskich, zupełnie demokratyczna zbieranina stowarzyszeń, ruchów aktywistycznych, pojedynczych aktywistek i  aktywistów, stworzył u początków działalności najpierw dziewięć, a później piętnaście tez o  mieście. Doszło na przykład mieszkalnictwo, z mojej perspektywy bardzo ważna rzecz. Dziś możemy przyjąć, że ruchy miejskie reprezentują te środowiska, które akceptują wspomnianych piętnaście tez. Co do społecznego pochodzenia ruchów miejskich, to jest jasne, że znajdziemy tam zarówno środowiska reprezentujące tych, którym w III RP realnie się powiodło i należą do klasy średniej, jak i ludzi z inteligencji, mniej zamożnych, ale o dużym kapitale kulturowym i sporych kompetencjach społecznych. Dodajmy do tego prekariuszki i prekariuszy. Warto wspomnieć, że niekiedy nawet koła naukowe uniwersytetów wchodzą w  bliskie relacje z  ruchami miejskimi – choćby dlatego, że łączą namysł teoretyczny w różnych dziedzinach z działalnością społeczno-polityczną. –– A klasa ludowa w ruchach miejskich? –– Myślę, że częściej można odnaleźć ją w lokalnych protestach. Wspomnę raz jeszcze Chomiczówkę: w naszym stowarzyszeniu było sporo osób bez matury. To

Gill -pia tek Hanna Gill-Piątek – ekspertka w zakresie rewitalizacji, działaczka społeczna i polityczna, publicystka. Od 2005 roku działa w ruchach miejskich, jest związana z Partią Zielonych, członkini Kongresu Ruchów Miejskich. W latach 2011–2014 prowadziła Świetlicę Krytyki Politycznej w Łodzi. Do 2016 roku pracowała w Urzędzie Miasta Łodzi, prowadząc projekt pilotażowy przygotowujący Łódź do procesu rewitalizacji, którego efektem jest pierwsze w Polsce Centrum Wiedzy o tej tematyce. Później objęła stanowisko dyrektorki Wydziału Spraw Społecznych w Urzędzie Miasta Gorzowa Wielkopolskiego. Obecnie współpracuje z samorządami w ramach programów ministerialnych. Autorka, wraz z Henryką Krzywonos, książki „Bieda. Przewodnik dla dzieci” (2010).

byli ludzie z małych domków otaczających osiedla, którzy wykonywali proste fizyczne prace. Doświadczenie współpracy z takimi osobami było dla mnie czymś niezwykle pouczającym i dobrym. –– Dlaczego? ––To ludzie, którzy bardzo poważnie podchodzą do pracy społecznej, jeżeli już się na nią decydują. –– A czym dla Ciebie jest miasto? –– Miasto to ludzie. –– Niektórzy powiedzą, że samochody. –– Nie, miasto to zdecydowanie ludzie. Stąd idea prawa do miasta, czyli właściwie pierwsza teza ruchów miejskich i ich niezbywalny postulat: każdy/każda ma prawo do miasta. Można się oczywiście zastanawiać, czy ten, który odmawia innym prawa do miasta, sam zachowuje do niego prawo. –– Miasto jest podzielone klasowo? –– Z pewnością wzrasta segregacja przestrzenna. Ona się łączy choćby z  segregacją edukacyjną. W  tym kontekście jednym z głównych celów ruchów miejskich jest dostrzeganie, diagnozowanie i zapobieganie narastaniu nierówności w obrębie miast.


24

–– Jesteś miejską aktywistką, ale także miejską urzędniczką. Jak w Łodzi pracowałaś na rzecz zmniejszania nierówności? –– Rewitalizacja to jedno wielkie sprzątanie po transformacji. Deregulacja, procesy związane z żywiołowym wchodzeniem rynku w przestrzeń miejską doprowadziły do przestrzennego i społecznego zniszczenia sporych obszarów miasta. Bez względu na wszystko, co mówi się o Platformie Obywatelskiej, muszę pochwalić ekipę, która znalazła się w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju, gdzie pracowano nad Krajową Polityką Miejską oraz Ustawą o rewitalizacji. Było widać, że ta praca ma

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

faktycznie zapobiegać dobrze znanym miejskim bolączkom. Mam dużą wdzięczność dla ludzi, którzy zauważyli problemy miast po transformacji i dyskusję na ten temat wprowadzili w oficjalny obieg. To nie było tak, że za PO państwo działało jedynie teoretycznie. W niektórych obszarach funkcjonowało dość sprawnie – i to był jeden z nich. W tym ministerstwie zebrali się ludzie o bardzo ciekawym rodowodzie, również harcerskim, a przez dwa, trzy lata pracowali z pasją na rzecz rewitalizacji. Wspomniałam o Ustawie o rewitalizacji . Mówi ona choćby o tym, że w miastach są rejony zdegradowane. Wyznaczamy je przede wszystkim na podstawie


25

się przeznaczyć na działania w terenie. Różnorodne grupy animacyjne, nieformalne inicjatywy, aktywiści i aktywistki, lokalne stowarzyszenia, instytucje kultury, wszyscy oni mogli z tych środków podjąć działania na rzecz swojego otoczenia. To był system mikrograntów, pieniądze rzędu 5 tysięcy złotych – takie, żeby nie rzuciły się na to „wielkie ryby”. Dało to fantastyczny efekt, powstała choćby „Skrzynka dla bezdomnych”, która była formą komunikacji między ludźmi bezdomnymi a osobami, które chciały udzielić im choćby pomocy rzeczowej. Decyzją władz miasta skrzynka kilkakrotnie zmieniała lokalizację, bo dla decydentów wyższych szczebli jej obecność w centrum miasta była jednak zbyt dużym wyzwaniem. Były jeszcze fajranty – to był pomysł na jak najbardziej bezpośrednią komunikację z  mieszkańcami i  mieszkankami miasta. W  podwórka łódzkie wysłaliśmy ekipy, które rozmawiały z  ludźmi w  najzwyklejszych namiotach – chcieliśmy uniknąć pijarowego wrażenia. W  namiotach siedzieli animatorki i animatorzy oraz urzędniczki i urzędnicy i  w  takich nieurzędowych okolicznościach rozmawialiśmy z „lokalsami”. Zauważyliśmy jedną rzecz: kiedy robisz typowe spotkanie konsultacyjne, czyli taką formę partycypacji, która jest modna od blisko dekady, to ono się odbywa zwykle według tego samego schematu.

FotFoFot. Magda Okraska

–– Czyli? –– Spotkanie odbywa się zwykle w urzędzie, zapraszani są zwykle ci sami ludzie i oni właśnie z reguły przychodzą. To powoduje, że słyszy się wciąż te same rzeczy i wiadomo mniej więcej, co z nich wyniknie. Ale gdy zrobisz odwrotny ruch, wejdziesz w podwórka i siedzisz w nich trzy miesiące, to okazuje się, że spotykasz zupełnie innych ludzi i oni pokazują ci zupełnie inne perspektywy. I jeszcze jedna ważna rzecz: trzeba sobie zdobyć zaufanie takich osób, tych najbardziej lokalnych społeczności. Bo na podwórku to ty jesteś gościem.

problemów społecznych. Musi zaistnieć kilka pod- –– Jakiś czas temu przygotowywałem duży tekst o Łostawowych czynników degradacji społecznych, żeby dzi. Wspomogłaś mnie wówczas obszernymi maw  ogóle zacząć robić rewitalizację, nie wystarczą teriałami z  raportu o  łódzkiej biedzie. Pamiętam zniszczone budynki. To jest tok myślenia, który prosmutne dane dotyczące ubóstwa energetycznego pagowaliśmy jako ruchy miejskie. i dość ściśle z tym związanych spirali zadłużenia. Łódź była jednym z pierwszych laboratoriów tych Uważasz, że to miasto skupia w sobie bolączki transinstytucjonalnych rozstrzygnięć. Dostaliśmy cztery formacji? miliony na zrobienie projektu pilotażowego. To był –– Na pewno tak. Ale z drugiej strony, często faktyczna właściwie start rewitalizacji – wykonywaliśmy baskala czy przyczyna tych problemów nie są dobrze dania i analizy, chcieliśmy zobaczyć, co właściwie ujmowane. Wydaje mi się, że w początkach łódzkiej jest źle. Chcieliśmy postawić dobre diagnozy i wskarewitalizacji – gdy pracowałam jako urzędniczka – zać odpowiednie kierunki działań. Ale robiliśmy też udało się przynajmniej pozyskać informację o realrzeczy praktyczne – połowę tych pieniędzy udało nych problemach mieszkańców i mieszkanek. Choćby


26

wiedzę dotyczącą zapętlenia pewnych negatywnych zjawisk. Na przykład: co z tego, że obiecasz komuś oddłużenie mieszkania, jeśli wpłaci pewną kwotę z tego tytułu, skoro ta kobieta lub mężczyzna wezmą w tym celu chwilówkę i wpadną w inne tarapaty? W Łodzi po transformacji zostało wiele ran. One dziś są przykrywane ładną skórką przeróżnych inwestycji, często nominalnie związanych z kulturą, a naprawdę z wizerunkiem. Najlepszy przykład to EC-1 – stara elektrociepłownia w  centrum wyremontowana za setki milionów, a kosztująca rocznie następnych kilkadziesiąt. Mam względem tej strategii ambiwalentne uczucia. Maciej Gdula pokazał to w  swoich badaniach – nawet jeśli mieszkańcy nie chodzą np. do nowoczesnych instytucji kultury w swojej okolicy, choćby teatrów czy muzeów, to jednak wzmacniają one dumę i poczucie wartości tej lokalnej wspólnoty. W  Łodzi problemem jest gentryfikacja. Sprawy mieszkalnictwa do niedawna znajdowały się w rękach wiceprezydenta Ireneusza Jabłońskiego. To człowiek z Centrum im. Adama Smitha – oględnie mówiąc, nie wypowiadał się pochlebnie o  lokatorach i lokatorkach. Sprawy mieszkalnictwa są na kolizyjnym kursie z kwestiami rewitalizacji. Po moim odejściu to zaczęło być dostrzegane i naprawiane, ale sądzę, że dopóki za mieszkalnictwo w Łodzi odpowiadają ludzie, których poglądy stygmatyzują czy wręcz kryminalizują ubóstwo, to wciąż nie będzie dobrze. –– Skoro jesteśmy przy instytucjach. Mam wrażenie, że duża część lewicowych działaczek i działaczy, szczególnie z młodszych pokoleń, nie ma większego czy wręcz żadnego doświadczenia pracy w instytucjach publicznych. Myślę zdecydowanie bardziej o administracji samorządowej i centralnej niż placówkach naukowych. Uważam, że to znaczny problem na przyszłość – nieobecność ludzi lewicy w oficjalnych strukturach państwowych: nie będą znali logiki wewnętrznej poszczególnych instytucji, nie będą mieli wpływów w środowiskach urzędniczych. Ty właściwie jesteś jedną z nielicznych znanych mi polityczek i działaczek lewicy, która pracuje w administracji – wcześniej w Łodzi, obecnie w Gorzowie Wielkopolskim. –– Jeżeli chodzi o moją decyzję wejścia do administracji, to duży wpływ miały teksty Krzysztofa Nawratka. Zwracał on uwagę, że instytucje są niezbywalną częścią rzeczywistości, a w związku z tym powinny stanowić dla nas oczywistą płaszczyznę działania. I jeszcze jedna rzecz: swego czasu do Łodzi przyjechał Józef Pinior. Po spotkaniu długo w nocy rozmawialiśmy i on mówił: wchodźcie do instytucji, jeżeli macie takie propozycje. A jeszcze wcześniej, za pierwszego rządu Prawa i Sprawiedliwości, widziałam jak

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

realizowało ono swój marsz przez instytucje, jak wielu ludzi wciągnęło na pokład – oni tam później zostali i działali również za czasów Platformy Obywatelskiej. I tak, inspirując się PiS-em, Piniorem, Nawratkiem i Gramscim [śmiech], postanowiłam zostać urzędniczką miejską. Wyobraź sobie, że partia Razem wygrywa wybory samorządowe i bierze liczne urzędy i stanowiska. Wyobraź sobie, że mają swoich prezydentów miast i muszą robić politykę inną niż uliczna. Jestem stuprocentowo pewna, że nawet gdyby byli tak silni kadrowo, żeby obsadzić stanowiska kierownicze do szczebla dyrektorskiego, to i tak – patrząc na to jak działa administracja – nie byliby w stanie nic zrobić. Chcę to wyraźnie powiedzieć: trzeba bardzo dobrze znać administracyjne tryby, żeby je okiełznać, żeby wiedzieć, w którym momencie jakieś grupy wpływu zechcą ci się przeciwstawić, żeby wiedzieć, co jest prawdą, a co dana osoba mówi, że się nie da zrobić, bo nie chce, żeby się dało. Nie mówię, że weszłam do administracji, bo chciałam być narzędziem sprawy i  przydać się na przyszłość. Ale odpowiedzialność za to, żeby ktoś z nas tę wiedzę posiadał, była również moim motywem.


27

Fot. archiwum

która ma na celu udowodnić, że np. urzędniczka/ urzędnik dopełnili swoich obowiązków, zajmuje mnóstwo czasu. Z każdej biurokratycznej czynności musisz sporządzić protokół, nawet jeśli dotyczy sprawy załatwianej urzędowo z kolegą, który siedzi dwa pokoje dalej. Inaczej ta sprawa nie istnieje. Drugi problem, jaki widzę, to fakt, że urzędników i urzędniczek nie rekrutuje się z uwzględnieniem kompetencji społecznych. Nie sprawdza się tego, czy dana osoba, podejmując się służby publicznej, będzie faktycznie działała na rzecz dobra publicznego. A tu potrzebny jest podstawowy kręgosłup etyczny, który predestynuje do pracy na rzecz dobra wspólnego. Jeszcze innym problemem – który w znacznej mierze odzwierciedla jakość naszego życia społecznego, bo urzędy są odzwierciedleniem społeczeństwa – jest niska jakość relacji interpersonalnych. Antypatie między ludźmi i często wynikający z tego brak sensownej komunikacji między urzędniczkami/urzędnikami są prawdziwym problemem w instytucjach. Gdybym kiedykolwiek została prezydentką jakiegoś miasta, od razu wpuściłabym do instytucji psychologów i psycholożki, żeby ułożyć relacje między ludźmi, nauczyć ich, jak rozmawiać ze sobą bez agresji, jak komunikować problemy. Dodatkowo wiele osób na niskich szczeblach ma doskonałe pomysły, ale nikt ich latami nie słucha. Popadają w wyuczoną bezradność, przekładają papiery, co demotywuje, działają jak roboty, a to się odbija na samopoczuciu i zdrowiu. Mnóstwo tego typu rzeczy jest do poprawienia.

Staram się wciągać też ludzi z lewicowych środowisk, –– A  warunki pracy w  urzędach? Szczególnie na niżżeby się uczyli, jak wygląda administracja od kuchni. szych szczeblach? –– Główną bolączką jest tanie państwo, które bardzo –– Sądzę, że nie trzeba się z tego tłumaczyć. Lewica drogo kosztuje. Drenowanie pensji i etatów, dokłai państwo – to się układa w logiczną całość, oczywidanie zadań przy zawężaniu możliwości kadrowych ście poza nurtami anarchistycznymi. Któż jak nie czy finansowych – to ma złe skutki. Są ludzie, którzy lewica powinien dobrze znać państwo... pracują w urzędach ponad dwadzieścia lat i zarabiają ––Tyle że to się wiąże z  koniecznością współpracy 2550 złotych brutto – nic dobrego z tego nie wynika. z bardzo trudnymi środowiskami. Umówmy się, że Już nie mówiąc o tym, że to są często wrażliwe rzeczy Platforma Obywatelska nie jest dla lewicy w  kwe– obszar, w którym podejmujesz istotne decyzje, jak stiach współpracy środowiskiem oczywistym świawydanie pozwolenia na zabudowę czy przyznanie lotopoglądowo. I to naprawdę ma przełożenie na jakość kalu komunalnego, jest zawsze obszarem podatnym współpracy, choćby w kwestii prób przekonania do na korupcję. Gdy kogoś niewystarczająco opłacasz, swoich racji ludzi o poglądach raczej konserwatywsporo ryzykujesz: to jest kwestia systemowa. Na to nych obyczajowo i liberalnych gospodarczo. nakłada się kolejna polska bolączka, czyli stała niechęć społeczeństwa wobec urzędniczek i urzędni–– Wróćmy jeszcze do Twojego doświadczenia zawodoków. To utrwalona wizja, że „urzędasy” nic nie robią, wego jako urzędniczki. Jakie widzisz plusy i minusy tylko popijają kawkę, więc po co im płacić, a jeszcze instytucji, które poznałaś? lepiej w ogóle ich zwolnić... –– Plusem jest to, że są to po prostu skuteczne struktury, o dużym przełożeniu na rzeczywistość. Minusem –...i zatrudnić – firmy zewnętrzne. Pamiętam, że w wyjest to, że instytucje są przeładowane procedurami wiadzie dla łódzkiego dodatku „Gazety Wyborautokontroli. To swoisty dowód braku zaufania spoczej” mówiłaś właśnie o outsourcingowaniu usług łecznego i  instytucjonalnego: sprawozdawczość, publicznych i wskazywałaś, że miastu bardziej się


28

jednak opłaca własna jednostka ds. rewitalizacji niż zlecanie tego na zewnątrz. ––Tak, zdecydowanie bardziej. Jestem tego całkowicie pewna, ponieważ Łódź wydała na tzw. programy funkcjonalno-użytkowe bodaj 24 miliony złotych. Miały kosztować 18 – i tak obłędnie drogo – ale jeden z  wykonawców, firma konsultingowa z  tzw. Wielkiej Czwórki, zażądał dwukrotności tego, co miasto chciało wydać. I wiesz co? I tak dostał to zlecenie. My, dysponując 4 milionami złotych w ramach rewitalizacyjnego programu pilotażowego, staraliśmy się maksymalnie wykorzystać te środki. Zatrudnialiśmy specjalistów, organizacje pozarządowe i małe firmy badawcze, a nie pośredników, którzy dopiero szukali specjalistów. Dzięki temu połowa z tej kasy mogła pójść w teren. To przede wszystkim duże firmy konsultingowe są zadowolone z outsourcingu, ponieważ dostają zlecenia, które koniec końców znacznie więcej kosztują podatników. Mam dobre porównanie. W Łodzi trzeba było zrobić na szybko delimitację, czyli wyznaczenie terenu zdegradowanego do rewitalizacji. To praca, która jest unormowana ustawowo, trzeba zebrać dużą ilość danych, wymyślić metodę itp. W  obrębie instytucji miejskich zrobiliśmy to w dwa miesiące pięcioosobową ekipą, realizując przy tym swoje zwykłe obowiązki. Na rynku takie opracowanie kosztuje od 50 do 100 tys. złotych i dostajesz coś zrobionego od sztancy, a nie na miarę potrzeb. –– W  marcu 2016 we wspomnianym wywiadzie dla łódzkiego dodatku „GW” mówiłaś: „Będąc po społecznej stronie uczysz się tego, że wszyscy sobie pomagają i działają razem. Po przyjściu do urzędu odruchowo traktujesz tę instytucję jak organizację pozarządową, która chce zrobić dla świata coś wspaniałego. I  nagle widzisz, że wokół podobny zapał ma tylko kilka osób. A  gdy zawalony pracą prosisz kogoś o pomoc, czasem słyszysz, że »to nie należy do moich obowiązków«. Oczywiście w biurze ds. rewitalizacji pracuje mnóstwo osób, które sercem są bardziej społecznikami niż urzędnikami i wielokrotnie nam pomagały. Ale właśnie dlatego, że chciały, a nie musiały”. Kilka zdań, kilka wątków, zacznijmy od następującego: NGO’sy naprawdę są takie wspaniałe? –– Bardzo dobrze się czułam w środowisku łódzkiego trzeciego sektora. Tutejsze grupy aktywistyczne są bardzo fajne: są to ludzie, którym się naprawdę chce. I nieważne, czy jesteś urbanistą z koła naukowego, czy feministką, która walczy o prawa lokatorów. Jeżeli trzeba, to zakasujecie rękawy i pracujecie razem. Tak było kilka lat temu z łódzką strategią dla miasta. Ale pokażmy też negatywy: trzeci sektor łączy w sobie wady pierwszego i drugiego sektora. Z jednej

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

strony ustawa o pożytku publicznym zakłada tryb konkursowy o logice zupełnie innej niż przetargi. Nie wymaga się od nas jednej faktury, lecz dostarczenia na każde wydane publiczne pieniądze mnóstwa papierków i zaświadczeń, co oczywiście marnotrawi nasz czas i energię. Do tego pokaż mi firmę, która dokłada 5–10% do np. budowy ulicy czy mostu. A tego żąda się od NGO: każdy chce od nas wkładu własnego. Wbrew potocznemu poglądowi firmy mają zdecydowanie łatwiej. Z drugiej strony organizacje trzeciego sektora muszą też hodować w sobie wewnętrznych kapitalistów. Żeby przetrwać i  robić dobre rzeczy, musisz w  pewnym momencie zdecydować: albo wygaszanie działalności, albo niekoniecznie sympatyczne kompromisy z różnymi podmiotami wokół. I tutaj pojawia się pytanie: czy można budować świat, o którym marzymy, równocześnie podtrzymując istniejący stan rzeczy. Wiele złego wynika z tego, że przez administrację publiczną organizacje pozarządowe są uznawane za obszar bardzo taniego outsourcingu. Wręcz mówi się o nich jako o grupach frajerów, którzy z jakiegoś powodu mają potrzebę orania za darmo. Zadania zlecane NGO’som przez gminy czy instytucje centralne często nie wymagają spełniania norm gwarantujących np. godziwe warunki zatrudnienia. Moim zdaniem wina leży zarówno po stronie pierwszego, jak i trzeciego sektora, zarówno po stronie grantodawców, jak i grantobiorców. Obszar praw pracowniczych w obrębie trzeciego sektora jest cały czas do uregulowania. –– A  skoro jesteśmy przy relacjach instytucje-społeczeństwo obywatelskie: jak Twoim zdaniem obecnie urzędniczki miejskie i  politycy samorządowi odnoszą się do ruchów miejskich? Czas wzajemnej obcości mamy już zdaje się za sobą? –– Ruchy miejskie dla samorządów stały się swego rodzaju pożądaną ozdóbką. Od kilku lat rosnąca część polityków samorządowych chce mieć na listach i w swoim zapleczu aktywistki i aktywistów miejskich, bo dobrze zbierają głosy. Urzędy biorą ich na pokład, bo chcą świeżej wizji lub powodu, żeby inni aktywiści się odczepili. Pojawia się jednak istotne „ale”: on/ona muszą być grzeczni, zgadzać się z linią i postulatami władz lokalnych, muszą działać w ściśle określonym zakresie. A tak się nie da funkcjonować, jeżeli jest się autentyczną aktywistką miejską. Gdy zaczęłam pracować w urzędzie, nie potrafiłam ograniczyć się do swojej działki. Jeżeli widziałam, że coś idzie źle, to mnie to wkurzało i zostawałam po godzinach, żeby pomagać komuś, kto realizuje inne zadanie, ale wpływające na całokształt pewnego wyzwania czy projektu. Poza tym darłam koty z każdym, kto moim zdaniem podejmował szkodliwe decyzje. Bez względu na jego pozycję w hierarchii


29

urzędu. Rozumiem, że to mogło być trudne dla moich współpracowników. –– Myślisz, że ruchy miejskie czeka marsz przez instytucje samorządowe? Z tym zastrzeżeniem, że do ruchów miejskich już dziś przytulają się np. odstępcy z wielkich partii? –– Myślę, że jesteśmy właściwie pierwszym rzutem miejskich aktywistek i aktywistów, którzy zasilają instytucje miejskie. Mamy trochę status bożych wariatów. W jakimś stopniu przecieramy szlaki: nasza sprawczość czy możliwości działania są dość małe. To, co możemy robić w tych instytucjach, to po części upewnianie, że nie chcemy zrobić nic złego, że nasze idee działają w praktyce. –– Na przykład? –– Łódzki woonerf, czyli kawałek ulicy w  centrum, przekształcony w  przestrzeń przyjazną ludziom. Pomysł na takie rozwiązanie wyszedł z  Fundacji Fenomen i łódzkich środowisk rowerowych, a projektował go nasz kolega z urzędu Bartek Zimny, świadomy swojego fachu architekt, dla którego liczyła się przestrzeń publiczna. On poszedł i negocjował z ludźmi, którzy mieli tam lokale, tak żeby osiągnąć optymalny efekt. Jacek Grunt-Mejer rewitalizuje warszawską Pragę, Tomek Bużałek przeprowadza trudną reformę transportu w Łodzi. Borys Martela robi świetną robotę partycypacyjną w Gdyni, Asia Scheuring-Wielgus czy Ewa Lieder walczą w Sejmie, czyli na poziomie krajowym – wszyscy oni wyszli z ruchów miejskich. Zatem tak – jesteśmy awangardą. Czasem się nam udaje, czasem – nie. Bywamy też instrumentalnie traktowani, wykorzystywani jak żywe tarcze: „Spójrzcie, mamy takiego cudaka z ruchów miejskich, on dla nas pracuje”. No i problem odhaczony. –– Chciałaś wyjechać z Łodzi do Gorzowa Wielkopolskiego czy wolałabyś jeszcze tu zostać? –– Chciałam wyjechać. Rozdźwięk między tutejszą polityką mieszkaniową a celami rewitalizacji wydał mi się nie do pokonania. Mieliśmy już obiektywne badania jakościowe i ilościowe, mieliśmy rekomendacje, które zakładały dostosowanie polityki mieszkaniowej miasta do celów rewitalizacji. Jeden z naszych ekspertów przyniósł kiedyś slajd, który bardzo lubię, a który pokazuje hierarchię różnego rodzaju dowodów dotyczących podejmowania decyzji przez osoby ważne w mieście. I badania naukowe są na szarym końcu, tuż za opiniami taksówkarzy [śmiech]. Miałam też poczucie, że z Jarkiem Ogrodowskim, który też jest łódzkim aktywistą, nie mamy już siły przebicia. Podam konkretny przykład: ustawa o rewitalizacji mówi o lokatorach i ich

ochronie, by mogli wrócić do swoich domów. To ma zapobiec gentryfikacji. Lokatorem się jest, jeżeli ma się podpisaną umowę. Ale jeżeli nie płaciłeś czynszu, umowa jest wypowiadana i zostajesz tzw. bezumownym. Wtedy nie masz żadnych praw, można z tobą zrobić wszystko, na przykład osiedlić w gnijącej ruderze na skraju miasta. W takiej sytuacji ludzie z  największymi problemami, którymi najbardziej powinna zająć się rewitalizacja, zostają pozbawieni jej pozytywnych efektów. Na obszarach wymagających interwencji ich odsetek sięgał u nas czterdziestu procent. Miasto może oczywiście zająć się samo takimi osobami, jednak mówienie o tym było bezskuteczne. Z  Łodzią jestem mocno związana emocjonalnie, bardzo mi się nie podobało to poczucie niemożności. Poza tym kończyliśmy merytoryczną część projektu pilotażowego, więc gdy dostałam propozycję pracy z Gorzowa Wielkopolskiego, pomyślałam, że warto spróbować. Tym bardziej, że zaproponowano mi stanowisko kierownicze, co dawało okazję do zmierzenia się z zupełnie nowymi wyzwaniami. Nie chciałam też firmować swoim nazwiskiem fali eksmisji, które nadciągały w Łodzi w związku z tutejszą polityką mieszkaniową pod rządami wspomnianego Jabłońskiego. –– A przy okazji: znasz zapewne dobrze argumentację, wedle której „nie da się” prowadzić polityki mieszkaniowej w Polsce. –– Podsekretarz stanu do spraw mieszkalnictwa w rządach Platformy, minister Styczeń, swoją wizję polityki mieszkaniowej opierał na ofercie kierowanej do tych, którym niewiele brakuje do osiągnięcia zdolności kredytowej. Kredyt hipoteczny na mieszkanie, finansowanie deweloperów i banków programami typu Mieszkanie dla Młodych – to były jedyne pomysły rozwiązania problemu, którego w ten sposób nie dało się rozwiązać. Dokładaliśmy się do bogatych. Struktura potrzeb mieszkaniowych w Polsce jest taka: osoby, które są w  najgorszej sytuacji, czyli bezdomni, ludzie z  lokali socjalnych, mieszkańcy i mieszkanki z lokali komunalnych – sprawy ich wszystkich leżą w  gestii gmin. A  gminom nigdy nie wystarcza dla nich mieszkań, co z jednej strony wynika z wad prawa, z drugiej z miłości samorządów do prywatyzacji. Znów najbogatsze 20% stać na kredyt hipoteczny, być może z rządową dopłatą będzie to 25%. Wszyscy, którzy są pomiędzy 2000 a  4000–5000 złotych dochodu, które gwarantują zdolność kredytową, znaleźli się w otchłani: właściwie pozostaje im tylko wynajęcie mieszkań na rynku prywatnym. Czasami TBS-y zaspokajają tę potrzebę. Ostrów Wielkopolski jest miastem, gdzie robi się dobre rzeczy w tej materii. Mają własną spółkę, która


30

Fot. Magda Okraska

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017


31

buduje mieszkania – dotąd powstało ich ponad 170. Być może wzorowane na tym Mieszkanie+ cokolwiek poprawi, choć na efekty długo poczekamy. Ale przynajmniej obecny rząd zauważył tę lukę.

je różni od nieco starszych polskich feministek, nazywanych niekiedy liberalnymi. ––Wiesz, to jest pytanie z rodzaju: „czy Kazia Szczuka kocha włókniarki?”...

–– Czujesz się polityczką? Czy lepiej ci w roli aktywistki miejskiej, albo urzędniczki samorządowej? –– Czuję się polityczką, bo Zieloni zrobili ze mnie polityczkę. Polityka, czy też polityczność w rozumieniu Zielonych, jest bardzo idealistyczna. Jeżeli moja przewodnicząca, Małgosia Tracz, mówi, że powinniśmy przestać być kojarzeni z formacją idealistów i idealistek, to ja nie znajduję już dla siebie żadnej partii na tym rynku.

–...albo – Kinga Dunin. –– Myślę, że kocha [życzliwy śmiech]. Włókniarkami w Łodzi zajmujemy się dość mocno, zarówno z pozycji naukowych, jak i  feministycznych, a  także tożsamościowych – to część naszej herstorii. Dodam istotną rzecz – nie spotkałam w  naszych środowiskach feministycznych osoby, która stwierdziłaby, że to jest nieważne. Przeciwnie: stopniowe odkrywanie herstorii doprowadziło do mocno już obecnie ugruntowanego spostrzeżenia, że to właśnie kobiety z klas ludowych, w tym robotnice z czasów PRL, walczyły o sprawy godnościowe. Powiem tu jeszcze jedną rzecz, pewnie dość niepopularną: feminizm kończy się tam, gdzie zaczyna się przemoc. Jeżeli należysz do grupy defaworyzowanej i używasz tego jako pałki, żeby walić kogoś po głowie bez opamiętania, to robisz źle. To już nie jest feminizm, ani jakikolwiek inny „-izm”, to tylko agresja.

–– Uświadomiłem sobie, gdy wspomniałaś powyższe, że rozmawiamy dzień po łódzkiej Manifie... ––Tak, niosłam na niej transparent: „Prekariuszki wszystkich krajów, łączcie się!”. –– Czym jest dla Ciebie feminizm, czy może ściślej: lewicowy feminizm? –– Feminizm to humanizm jak mówi Tomek Piątek. Dla mnie feminizm to pewna integralna całość, choć rozumiem, że wiele feministek i feministów szuka na gruncie feminizmu także tego, co najbardziej współgra z ich potrzebami i zapatrywaniami. Stąd rozumiem, że inaczej będzie postrzegała feminizm kobieta, która jest spełniona zawodowo, zajmuje wysokie stanowisko kierownicze, ma dalsze perspektywy rozwoju, jej ekonomiczny i społeczny byt nie tyle jest zabezpieczony, co wręcz dopuszcza luksusową konsumpcję. A czymś innym będzie feminizm dla molestowanej i mobbingowanej pracownicy Amiki Wronki. One obie go potrzebują – ale inaczej będą rozkładały akcenty. Feminizm jest też walką o  prawa, która nigdy się nie kończy. I to dobrze widać na płaszczyźnie pokoleniowej. Urodziłam się w  1974 roku, jestem z pokolenia, które nieźle pamięta lata 80. XX wieku w PRL. Istniał wówczas pewien rodzaj organicznego patriarchatu, widoczny w stosunkach społecznych. A równocześnie oficjalna ideologia PRL opierała się na wizji równości kobiet i mężczyzn. Dziś feminizm jest więc i po to, aby bronić praw, które niegdyś zostały uzyskane, lecz wciąż nie są oczywiste. Mam wrażenie, że po prawie dwudziestu ośmiu latach od zmiany ustrojowej znaleźliśmy się w  miejscu, w którym jest znacznie bardziej konserwatywnie, niż było wówczas. –– Mam wrażenie, choć nie będę się upierał przy tej hipotezie, że pokolenie młodszych feministek, choćby socjolożek, jest w większym stopniu wrażliwe i ukierunkowane na losy kobiet z klasy ludowej. I to

–– Zastanawiam się w toku naszej rozmowy, gdzie właściwie jest dziś miejsce dla lewicy w Polsce. Politycznie jesteśmy poza parlamentem. Z kolei ruchy miejskie mają niezłą lewicową reprezentację, ale ich samorządowe wpływy, choć niekiedy medialnie wyraźne, wciąż nie są zbyt duże w skali kraju. Są jeszcze ośrodki naukowe, tam też działają ludzie lewicy, ale one są często szachowane... –...bo – system boloński, bo konkurencja o środki, granty, kiepskie stypendia. Ale jeśli pytasz, co robić w tej sytuacji, to wydaje mi się, że nie powinniśmy dać się zapędzić w róg, w który wygodnie byłoby nas wysłać, czyli nie możemy dać się złapać w pułapkę pracy organicznej. Wbrew pozorom to nie byłaby dobra droga. Owszem, trzeba działać oddolnie, trzeba budować swoje instytucje, ale należy się starać, żeby one działały na szerszym planie politycznym – czy to samorządowym, czy ogólnokrajowym. –– Jest jeszcze kwestia polityki historycznej. Mocno angażujesz się w  sprawy związane z  kultywowaniem tradycji Rewolucji 1905 roku. Oboje wiemy, że w początkach III RP i jeszcze nieco później środowiska lewicowe miały z tym spore problemy. –– Uważam, że to bardzo ważne – praca nad odzyskiwaniem samowiedzy historycznej przez lewicę. Istotne jest to, co robicie w lewicowo.pl, istotne są łódzkie inicjatywy wokół Rewolucji 1905 roku. Ciągle trzeba walczyć, przypominać, odzyskiwać tę pamięć. W „Krytyce Politycznej” istniał spór wokół polityki


32

historycznej. Po części dlatego, że prawica od początku zagarnęła dużą część historii i zrobiła z niej uproszczony komiks. Był taki lęk, że jeśli zaczniemy odzyskiwać swoją, nie tylko za pośrednictwem ściśle naukowych książek, to rzecz skończy się na daleko idących skrótach i skończymy na kulcie tzw. naszych żołnierzy wyklętych. Nie sądzę jednak, żeby te obawy się spełniły. Myślę, że udało się też znaleźć zupełny inny język niż prawica dla budowania bardziej popularnej polityki historycznej. –– Myślę, że trudno wyrokować w  tej materii. Skala masowości obchodów rocznic Rewolucji 1905 roku i  przeróżnych imprez robionych pod sztandarem „red is bad” jest zupełnie inna. Jest też inna sprawa: lewica, jak się zdaje, ma dziś kilka różnych sztandarów. ––Ale wspólny jest czerwony. Wczoraj na Manifie było mnóstwo tęczowych flag, a ja szłam z biało-czerwoną. Zawsze dbam o jej obecność na lewicowych pochodach. –– Jest jeszcze fioletowa flaga. ––To ładny kolor [śmiech].

nam bardzo niewiele do wejścia. I lewicy po prostu nie ma w Sejmie. –– Gniew Zjednoczonej Lewicy skupił się na Razem. Ale ktoś może powiedzieć, że największym wrogiem SLD od jakiegoś czasu jest właśnie SLD. Przypomnijmy choćby postać ich kandydatki na urząd prezydentki III RP, czyli Magdaleny Ogórek. –– I może wciąż tak jest. Ale to wszystko nie jest tak oczywiste, jak próbuje się powiedzieć. Być może niektóre środowiska lewicowe, nie będę już wskazywała które, za bardzo naczytały się Carla Schmitta i dążą do zaostrzenia tego konfliktu, żeby się na tym wybić, pokazać pewne linie sporu i zaznaczyć swoją tożsamość. W SLD, z powodu różnych uwarunkowań politycznych, zostało wiele osób, które bardzo cenię. Tutaj w Łodzi mamy wiceprezydenta Tomka Trelę, który po rozłamie na SLD i Inicjatywę Polską został w Sojuszu z przyczyn czysto praktycznych – to ta partia weszła przecież do Rady Miasta i tworzy jego zaplecze polityczne. A równocześnie jest to człowiek, z którym zawsze współpracowało mi się fantastycznie. A przechodząc na poziom, tak to nazwijmy, lewicowego mitu: mamy SLD, które w pewien sposób jest już politycznym trupem. I wszyscy o tym wiedzą. Ale ta partia niesie ze sobą twardy elektorat osób dziś już starszych, które wciąż głosują. Młode lewicowe środowiska polityczne mówią: zostawmy tego SLD-owskiego trupa na polu, niech go rozdziobią kruki i wrony, za tajne więzienia CIA, za podatek liniowy i Cimoszewicza, co kazał się ubezpieczać powodzianom. A moim zdaniem, jeśli godnie tego truchła nie pochowamy...

–– Porozmawiajmy wprost o polityce. I to polityce okołopartyjnej. Od jesieni 2015 roku w Sejmie nie ma Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Od czasu wyborczej porażki Zjednoczonej Lewicy krytycznie wypowiadasz się o Razem. Pytanie, dlaczego jako Zieloni nie poszliście wtedy wspólnie z nimi do wyborów. –– Zdecydowały o tym wyłącznie niesnaski personalne. Razem wówczas bardzo mocno wydzielało się z Zielonych i chciało się silnie od nas odróżniać. Z tego, co wiem, forma i charakter rozmów koalicyjnych były zniechęcające. –...ono – nie chce dać się pochować. Z  kolei Zjednoczona Lewica była formułą, w  ra- –– [śmiech] Jeśli nie pochowamy przeszłości, uznając mach której można było zachować swoją tożsamość. nie tylko winy, ale też jakieś zasługi, nie pójdziemy Dodam, że jestem w Zielonych formalnie od 2006 do przodu, bo te zwłoki będą organizować oś poliroku. Przeszłam przez Radę Krajową i Zarząd. Byłam tycznej debaty na lewicy przez następne lata. Pa„sekretarą” partii, jak to się pięknie mówi w Zieloradoksalnie, skupiając się na krytyce SLD, wszyscy nych. Przez te lata nigdy nie byłam jakoś specjalnie coraz bardziej kręcimy się w kółko. przekonana do sojuszy z SLD. Ale rozumiem, że polityka to taka dziedzina rzeczywistości, w której cza- –– Mam wrażenie, że dziś zapanowała moda na podkresem gra się drużynowo, żeby później się podzielić. ślanie, że SLD to nie jest lewica. A ja już nie chcę tak W momencie, gdy gra się na sukces wyborczy, nie ma mówić – sprawa jest zbyt skomplikowana i trochę sensu się rozdrabniać. bawi mnie, gdy np. młodsze roczniki publicystek Bardzo cenię i lubię Barbarę Nowacką. Współpraca i publicystów „KP” z namaszczeniem odkrywają, że z nią, gdy była liderką Zjednoczonej Lewicy, była dla „Kurica nie ptica, SLD nie lewica”. mnie dużą radością. Nieprzyjemnością było z kolei –– Uważam, że po prostu trzeba pogodzić się z faktem, startowanie z list razem z Leszkiem Millerem czy że SLD ma skomplikowaną przeszłość i są tam dziś Januszem Palikotem. To było nam wytykane, może bardzo różni ludzie. Niektórzy robią sobie reklamę i słusznie. Faktem jest natomiast, że w skali całego na sekowaniu SLD, dziś znacznie słabszego niż niekraju ZL zdobyła 1147102 głosy, co dało nam 7,55 proc. gdyś, ale nie wiem, czy coś z tego sensownego wyPrzy ośmioprocentowym progu dla koalicji zabrakło nika. Przyjdzie moment, że trzeba będzie przyjąć

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017


33

w nasze szeregi osoby, które robią dobrą robotę w lokalnych strukturach Sojuszu. To się już zresztą dzieje. Obecne plucie na nich epitetami z pewnością nikomu tego nie ułatwi.

b Denis Bocquet, flickr.com/photos/66944824@N05/33308938301

–– Wróćmy do sztandaru lewicy, o którym była mowa wcześniej: pytanie, czy nie byłoby dziś najlepiej, gdyby różne nurty polityczne jednoczyły się pod jednym z nich. –– Może inaczej – nawet jeżeli doszlibyśmy do wniosku, że powinien być, to przecież nigdy nie będzie. Zastanówmy się nad pragmatycznym wymiarem tej sprawy. Moim zdaniem kluczowa jest godność. Jeżeli dziś o kimś mówimy, że jest „sługusem Millera” czy – jak na przykład mawiano o Zielonych – „dostarczycielem ekologicznej karmy dla psów w więzieniach CIA”, to nie stworzymy z nim dobrej drużyny w kolejnej kampanii wyborczej, bo on niestety będzie to pamiętał. Oczywiście pod warunkiem, że myślimy nie tylko o słuszności, ale też o sukcesie wyborczym, który implikuje szeroką koalicję. Jeśli miałoby to być pod sztandarem jednej partii, to najważniejsze, żeby wszyscy czuli się bezpiecznie i dobrze. A niestety braterstwa na lewicy brakuje jak nigdy... –– Możemy mówić o ideach albo zwartym programie politycznym, ale pierwsze miejsce na liście zawsze stanowi kość niezgody. –– Moim zdaniem większym problemem środowisk lewicowych, szczególnie tych młodych, jest przejęcie agresywnego prawicowego języka internetowego. Jako żywo przypomina on zresztą łamy „Trybuny Ludu” z czasów późnego Gomułki. Niepokoi mnie, że ten rodzaj bezpardonowej walki politycznej został przyjęty w wewnętrznej debacie lewicy. To blokuje poważne rozmowy o wspólnej drodze do politycznego sukcesu. –– Wrzuciłaś niedawno na swój profil zdjęcie z niebieską poduszką z napisem Rodzina 500+. Właściwie to temat na rozprawkę: lewica a Prawo i Sprawiedliwość, nastawienia, postawy, niechęć, kompleksy i pochwały. Spróbujmy nakreślić, jak ten temat wygląda z Twojej perspektywy. PiS stał się lewicą po polsku czy może takie stwierdzenie to jednak gruba przesada? –– Obecnie w najtrudniejszej sytuacji na lewicy znaleźli się ci ludzie, którzy mówili, że najważniejsze są postulaty socjalne i żadne inne się nie liczą. Dlatego, że PiS im właściwie to wszystko odebrał. Żeby nie było wątpliwości: PiS bardzo uważnie czytał przed wyborami „Nowego Obywatela” czy „Krytykę Polityczną”. To widać w ich programie. Część ich pomysłów na kwestie społeczno-gospodarcze pochodzi z lewicowych źródeł.

Co do 500+ – mnie naprawdę nie interesuje, kto to wprowadza. Ważne, żeby było. Jestem szczęśliwa, gdy w Gorzowie przychodzą do mnie rodziny wielodzietne, które wreszcie mają nie tylko co do garnka włożyć, ale też za co kupić meble czy wyremontować coś w mieszkaniu, a wcześniej nie dość, że biedowały, to były w Łodzi traktowane przez ludzi pokroju wspomnianego wyżej pana Jabłońskiego jak śmieci. Ale istotne jest też dla mnie, do jakich celów politycznych jest to używane. A będzie i jest używane do wsparcia postulatów, które są wykluczające, nie tylko wobec mniejszości, ale wobec kobiet czy osób pochodzenia innego niż polskie. I tu chyba jest największe pole działania dla lewicy, bo już teraz widać, że ani PO, ani Nowoczesna tego nie dźwigną. Tylko czy jako lewica potrafimy zbudować szeroki inkluzywny projekt, skoro tak łatwo wykluczamy siebie nawzajem? Chciałabym, żeby nam się kiedyś udało. –– Dziękuję za rozmowę. Łódź, 5 marca 2017 roku


80

bn NIH Image Gallery, flickr.com/photos/nihgov/29700957935

(Nie)rzadkie choroby z Krzysztofem Swacha

rozmawia Mateusz Różański Mukowiscydoza, hemofilia, Choroba Fabry’ego, hiperfenyloalaninemia, Syndrom Devica, Zespół Westa – to zaledwie kilka z ponad 8 tysięcy tak zwanych chorób rzadkich, czyli schorzeń, z którymi zmaga się mniej niż 5 na 10 tysięcy osób. Ta rzadkość to jednak tylko złudzenie – według różnych szacunków choroby te dotykają nawet 8 procent populacji. Dla zaledwie 1–3% pacjentów istnieje możliwość leczenia farmakologicznego. W pozostałych przypadkach możliwe jest jedynie leczenie objawowe i rehabilitacja. Choć te schorzenia są niezwykle różne jeśli chodzi o przebieg, występowanie czy wpływ na organizm, to problemy dotkniętych nimi ludźmi są bardzo podobne. To brak właściwej i szybkiej diagnozy i dostępu do leczenia. Wiele z tych chorób prowadzi do głębokiej niepełnosprawności, co odbija się na sytuacji całej rodziny chorego. O problemach związanych z chorobami rzadkimi i sposobami na rozwiązanie choć części z tych trudności opowiada Krzysztof Swacha, założyciel fundacji „Umieć pomagać”, prywatnie ojciec chłopca chorego na zespół Huntera.

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017


81

–– Choroby rzadkie są trochę „poza systemem”. Bezradne są służba zdrowia i system wsparcia socjalnego. –– Krzysztof Swacha: Nie zgodzę się. Służba zdrowia, pomoc społeczna czy firmy farmaceutyczne nie są bezradne. Problemem jest jedynie – choćby w Polsce – to, jak patrzy się na choroby rzadkie. Wystarczyłoby zmienić optykę i traktować pacjentów chorych genetycznie jak wszystkich innych. –– To znaczy jak? –– Mamy w tej chwili taką sytuację, że potrzeby chorych na choroby rzadkie nie są dostrzegane przez decydentów. Tak, jakby ci pacjenci w ogóle nie istnieli... –– Czy mógłby Pan wskazać przykład takiego niedostrzegania, sytuacji, w której te deficyty są najbardziej widoczne? –– Zdecydowanie odłogiem leży edukacja. Od kilku lat staramy się, aby w mediach, ale także w środowisku naukowym i  medycznym, temat chorób rzadkich rzeczywiście zaistniał. Choćby po to, by przyszli naukowcy i lekarze nabyli wiedzę na ich temat. To przełoży się na rozwiązanie największego problemu, jakim jest diagnostyka, a raczej jej brak. Bo nie jest do końca winą lekarza, że nie potrafi rozpoznać choroby, na którą cierpi kilkaset osób na świecie. Żeby rozpoznać taką dolegliwość, trzeba mieć ogromną wiedzę i doświadczenie. Można ją nabyć tylko poprzez pracę z takimi pacjentami. Bez właściwej diagnostyki nie ma mowy o dalszym skutecznym leczeniu. Dlatego tak ważne jest, aby przyszli lekarze mieli jak najwięcej do czynienia z pacjentami chorymi na choroby rzadkie. Nawet nie po to, by samemu rozpoczynać leczenie – wystarczy, że pacjentowi lub jego rodzinie wskaże się specjalistę lub placówkę zajmującą się danym schorzeniem. –– Czyli studenci medycyny powinni być kierowani do takich placówek w ramach studiów? –– Niekoniecznie. Wystarczy tylko, żeby wzrosła świadomość istnienia samego problemu. Nie oszukujmy się – częstotliwość występowania pojedynczych chorób rzadkich jest tak niewielka, że wiele osób zwyczajnie nie przejmuje się ich istnieniem. Często po prostu pomija się je przy stawianiu diagnozy. Ma to dramatyczne konsekwencje dla pacjentów. –– A jest ich jakieś 2,5 miliona… ––Tak, ta liczba robi wrażenie. Problem w  tym, że mówienie o ogółach w przypadku chorób rzadkich najczęściej kończy się niczym. Potrzebna jest świadomość skali problemu, ale też jego różnorodności. Nie można powiedzieć: „choroby rzadkie to…”. Dlatego potrzebna jest naprawdę ogromna praca nad świadomością społeczną.

Andrzej – Syndrom Devica Wszystko zaczęło się od swędzącej plamki na skórze, która stawała się coraz większa i większa. „Gdy udaliśmy się z tym do lekarza, stwierdził, że mój mąż jest zdrowy” – wspomina Emilia Mulawa, żona Andrzeja dotkniętego zespołem Devica. To choroba, w której własny układ odpornościowy atakuje rdzeń kręgowy i nerwy wzrokowe. Jest często mylona z początkami stwardnienia rozsianego (SM). Wkrótce Andrzej Mulawa stracił władzę w ręce. Gdy jego stan zaczął się drastycznie pogarszać, zaczęto podejrzewać nowotwór i zastosowano terapię sterydami. Ta okazała się szkodliwa. Prawdziwą diagnozę – syndrom Devica – udało się ustalić dopiero wtedy, gdy Andrzej Mulawa był już całkowicie sparaliżowany i musiał oddychać przy pomocy respiratora. Fragment artykułu „Rzadkie choroby – częsty problem”, Niepelnosprawni.pl, 06.03.2015 r.

Artur – Fenyloketonuria „Powiedziano mi, że dziecko jest upośledzone umysłowo i nie ma sensu dalej go leczyć. Jednak ja cały czas o niego walczyłam” – wspomina Bożena Zwolińska, matka 41-letniego Artura, chorego na fenyloketonurię. – „W ósmym roku życia syna udało mi się zdobyć skierowanie do Centrum Zdrowia Dziecka. Tam powiedziano mi, że jest już za późno i  mogę co najwyżej wprowadzić dietę ograniczającą białko. Tymczasem sytuacja jego zdrowia pogarszała się z każdym rokiem. Nikt nie udzielił nam pomocy. Dzwoniłam do szpitali w całej Polsce, gdzie zbywano mnie stwierdzeniem, że nic się nie da zrobić”. Gdy syn miał 36 lat, pani Bożena zdecydowała się poszukać w internecie czegoś na temat jego choroby. Tam znalazła Stowarzyszenie Ars Vivendi, prowadzone przez Małgorzatę i Stanisława Maćkowiaków, które zajmuje się wspieraniem osób chorych na fenyloketonurię i inne choroby rzadkie. Dopiero tam znalazła właściwe wsparcie, a także wiedzę na temat leczenia i diety, która okazała się zbawienna w skutkach. „Oni uratowali życie mojemu synowi i  całą nasza rodzinę” – mówi ze łzami w  oczach Bożena Zwolińska. – „Stan Artura poprawił się tak bardzo, że aż mój drugi syn zapytał mnie, czy to możliwe, że Artur będzie niedługo zdrowym człowiekiem...”. Fragment artykułu „Leczenie chorób rzadkich wreszcie z planem?”, Niepelnosprawni.pl, 02.03.2016 r.


82

bnd D.Reichardt, flickr.com/photos/d-reichardt/4333560037

–– A tą zajmują się głównie organizacje pozarządowe. ––Jednocześnie, jeśli weźmie się pod uwagę skalę potrzeb, tych organizacji społecznych jest naprawdę niewiele. Zdarza mi się uczestniczyć w  konferencjach i spotkaniach organizowanych przez Eurordis – sieć organizacji europejskich zajmujących się chorobami rzadkimi. Niestety udział Polaków w tego typu spotkaniach jest niewielki. Sam nie wiem, z czego to wynika. Tymczasem na przykład w Niemczech jest 80 organizacji zajmujących się chorobami rzadkimi. Ta liczba przekłada się na wzrost wiedzy na ten temat. Najpierw w środowisku lokalnym, tam, gdzie dana organizacja działa, a potem coraz szerzej i szerzej. Taka oddolna edukacja. Tymczasem w Polsce tych organizacji jest niewiele i często ich główną działalnością jest bezpośrednia pomoc chorym. Tymczasem w wielu chorobach zwyczajnie nie ma jak im pomóc. –– Znam sporo tego typu organizacji – przewija się tam jeden schemat. W rodzinie rodzi się dziecko z jakąś chorobą rzadką. Potem jest heroiczna walka o diagnozę, wędrówki pomiędzy placówkami. W szczęśliwszym scenariuszu pojawia się lekarz-cudotwórca, który wprowadza mniej lub bardziej skuteczną terapię. Tymczasem rodzice powodowani poczuciem solidarności z innymi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, zakładają organizację. Choćby po to, aby razem z innymi zbierać okruchy informacji na temat danej jednostki chorobowej. Trochę tak, jak gdyby problem chorób rzadkich został sprywatyzowany. –– Moim zdaniem wiąże się to choćby z  samym nazewnictwem. Mam problem z samym określeniem „choroby rzadkie”. Jasne, wynika ono z  potrzeby stworzenia definicji dla chorób, z którymi zmaga się określona grupa ludzi. Z drugiej strony decydenci,

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

słysząc hasło „choroby rzadkie”, słyszą głównie ten drugi człon nazwy. Tymczasem, choć pojedyncze schorzenie dotyka często kilku czy kilkunastu osób w kraju, to jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie tego typu schorzenia, jest to naprawdę duża grupa. Może gdybyśmy to inaczej definiowali i skupiali się choćby na potrzebach pacjentów, a nie na ich liczbie, byłoby inaczej. Położyłbym nacisk na potrzeby pacjentów i ich rodzin. O chorobach rzadkich powinno się mówić jako o takich, które wymagają specjalistycznego wsparcia, szybkiej diagnozy, ale też zmieniają funkcjonowanie całej rodziny chorego, dlatego zarówno oni, jak i  ich bliscy potrzebują specjalnego wsparcia – farmakologicznego, terapeutycznego itp. Może wtedy udałoby nam się więcej ugrać, bo żaden rząd czy żaden decydent nie odważyłby się bagatelizować tematu tylko z powodu nazwy. –– Może powinniśmy mówić o  chorobach genetycznych? ––Jeśli chodzi o  nazewnictwo, to zmieniłbym tę nazwę na każdą inną, byleby tym dzieciom pomóc. Bo jeśli utrzymuje się w głowach ludzi stereotyp choroby rzadkiej jako problemu marginalnego, to usprawiedliwia to niejako bylejakość w traktowaniu tych chorych. Trzeba to zmienić. Być może trzeba zacząć właśnie od zmiany nazwy. –– Remedium na bylejakość, o  której wspomniano, miał być Narodowy Plan dla Chorób Rzadkich, przy którego powstawaniu pracował również Pan. Lata mijają, a wciąż pacjenci i ich rodziny pozostają z informacją, że już wkrótce Plan wejdzie w życie, trzeba tylko postawić ostatnią kropkę. Problem w tym, że jakoś tej ostatniej kropki postawić się nie da. –– I moim zdaniem długo nikt jej nie postawi. Nie ma gotowości do tego, żeby spróbować podjąć zobowiązania wynikające z zapisów Planu dla Chorób Rzadkich. –– Jakie w takim razie byłyby te zobowiązania? ––To byłoby wprowadzenie w życie tego, o czym do tej pory rozmawialiśmy. Właściwie wszystkie postulaty naszego środowiska zawierały się w tym planie. Pierwsza rzecz to oczywiście diagnostyka i  tu się powtórzę – jeżeli nie będziemy mieć poprawnej diagnostyki, to liczba zdiagnozowanych chorób wciąż będzie niższa niż w  rzeczywistości. A  każdy źle zdiagnozowany pacjent to także pacjent źle leczony. Właśnie dostęp do leczenia jest drugim elementem planu. Prawidłowo postawiona diagnoza sprawia, że możemy szybko zacząć na przykład podawać odpowiednie leki, ale przede wszystkim rodzice będą wiedzieli, z czym mają do czynienia i nie będą potrzebne pielgrzymki po kolejnych szpitalach i gabinetach lekarskich. Trzecią sprawą są kwestie socjalne.


83

W przygotowanym dokumencie był rozdział poświęcony obowiązkom państwa. Była wśród nich m.in. szczególna troska wobec rodziców, którzy ze względu na chorobę dziecka rezygnują z pracy zawodowej. Chodziło o ich prawa emerytalne. My, rodzice, ponoszący duży ciężar opieki nad tymi dziećmi, tracimy coś, co dla zwyczajnych rodzin jest oczywiste. Na przykład matka lub ojciec decydujący się na opiekę nad małym chorym nie płaci składek na ZUS. Inna sprawa to mowa o wspieraniu chorych, gdy ci osiągną już pełnoletniość, ale dalej pozostaną osobami zależnymi od pomocy innych. Czwartym elementem planu była edukacja społeczeństw i wzrost świadomości społecznej. Oczywiście nasz plan nie zawierał cudownego remedium na wszelkie bolączki, ale był na tyle komplementarny, że każdy jego element wspierał następny. Większa wiedza społeczeństwa to lepsza diagnostyka i opieka lekarska, to równa się lepszemu stanowi chorych, co przekłada się na sytuację opiekunów. Koło się zamyka. –– Zawsze w takich sytuacjach korci mnie, by zapytać, czy aby na pewno potrzebujemy specjalnego planu. Może wystarczyłoby realizować już istniejące przepisy? –– Nie chodziło nam o to, żeby zebrać w jedno miejsce postulaty i stworzyć jakiś dokument – a raczej, by decydenci mogli zrozumieć, co stoi u podstaw tego wszystkiego. Tą podstawą jest, jak już wspominałem, świadomość społeczna istnienia problemu, a wraz z  nią dostęp chorych do odpowiednich usług medycznych, świadczeń, rehabilitacji i edukacji. Jeśli dokonanie takiej „rewolucji” jest niemożliwe dla jakiegokolwiek rządu, to wszelkie działania związane z chorobami będą fikcją. –– Mógłby Pan przybliżyć kulisy powstawania tego programu? –– Rozmowy, które prowadziliśmy z  Ministerstwem Zdrowia od 2011 roku, toczyły się we właściwym kierunku. My, strona społeczna, chodziliśmy na spotkania, dyskutowaliśmy nad konkretnymi zapisami planu, aby był on jak najbardziej spójny i pełny, by nie pomijał ani nie faworyzował żadnej z grup pacjentów. Przypomnę tylko, że nad jego zapisami pracowało ponad 200 osób. To nie była garstka szalonych społeczników – byli wśród nas lekarze, naukowcy, genetycy, ale też oczywiście rodzice. O tych ostatnich mówiono wręcz jako o fachowcach, którzy są najlepszym źródłem informacji, gdyż codziennie przebywają z dziećmi dotkniętymi tymi chorobami. Gdy przedstawiliśmy już plan stronie rządowej, otrzymał on bardzo dobre recenzje. Niestety potem wszystko się zmieniło. Rodzice przestali być fachowcami i najlepszym źródłem informacji, a współpracujący z nimi

Clemence – Zespół Ehlersa-Danlossa Od wczesnego dzieciństwa cierpię na silne bóle i inne objawy. Choroba ta powoduje uogólniony, rozlany ból oporny na leczenie, problemy oddechowe, bóle głowy, ogromne zmęczenie. Procesy automatyczne (na przykład oddychanie, zasypianie) po pewnym czasie przestają takie być. Lekarze nieznający tej choroby przy pierwszym kontakcie z chorym uważają, że może mieć problemy psychologiczne – gdyż towarzyszą jej silne zmęczenie i ból, których nigdy nie możemy naprawdę zlikwidować; może to być przypadek depresji wtórnej. Choroba może przybierać różne formy i utrudnia codzienne życie. Nie ma możliwości złagodzenia bólu, ponieważ nie znaleziono dotąd skutecznego leczenia. Zarówno we Francji, jak i w innych krajach brakuje środków na poszukiwania i badania. Większość chorych w pewnym momencie ma problemy z chodzeniem, więc poruszają się na wózkach. Życie musi być zorganizowane w inny sposób, są czynności, których przez pewien czas lub nigdy nie możemy wykonywać sami. Podziękowania za tłumaczenie dla Agaty Kwiatkowskiej i Magdaleny Pawlik

Przykłady chorób rzadkich: Fenyloketonuria: wrodzona choroba metaboliczna występująca z częstością około 1 na 8 tysięcy noworodków. U  podłoża choroby leży nieprawidłowa przemiana aminokwasu – fenyloalaniny w organizmie. O ile odpowiednio wcześnie nie zostanie zastosowane właściwe leczenie, gromadzący się w nadmiarze aminokwas uszkadza organizm dziecka, a w szczególności jego mózg, prowadząc nieuchronnie do niepełnosprawności intelektualnej. Stąd konieczność wczesnej diagnostyki choroby opartej na badaniach przesiewowych noworodków i wczesnego prowadzenia leczenia dietą o ograniczonej podaży fenyloalaniny. Takie postępowanie warunkuje profilaktykę uszkodzenia układu nerwowego, pozwalając na całkowicie prawidłowy rozwój dziecka chorego na tę chorobę. Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/ choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Zespół Devica – choroba neurologiczna o charakterze demielinizacyjnym, w której nadaktywne białka – limfocyty B układu odpornościowego, zamiast strzec organizmu przed infekcjami, atakują również nerwy wzrokowe i nerwy


84

lekarze i naukowcy okazali się zbędni. Ministerstwo Zdrowia wzięło nasz plan we własne tryby, obiecując nam tylko dodatkowe spotkania z już wybranymi grupami osób, co miało służyć doprecyzowaniu poszczególnych zapisów planu i upewnieniu się, czy zawiera on wszystko, czego potrzeba. Do tych spotkań nigdy nie doszło. Ostatni raz w ministerstwie byłem na początku 2015 roku. Wtedy powiedziano nam, że za 6 tygodni przeprowadzimy jeszcze jedno spotkanie i ruszamy z pracami nad planem. Od tego czasu nie dostałem żadnej informacji, co się dzieje z efektem naszych długoletnich wysiłków. Nie umiem tego nazwać inaczej niż brakiem kultury. –– W lutym 2017 roku były już wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda przeprosił za zwłokę i powiedział, że prace nad wdrożeniem Planu są już na finiszu i wystarczy tylko ustalić pewne kwestie z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

––Tego pana już nie ma w Ministerstwie Zdrowia. Zawsze można znaleźć wymówkę, żeby czegoś nie zrobić. Najpierw tłumaczono się niedoróbkami planu, a potem kwestiami międzyresortowymi. Ale ktoś, kto widział, jak ten plan jest zbudowany, nie mógł być zaskoczony tym, że jego realizacja wymaga uruchomienia takich czy innych działań. Druga sprawa, że właściwie nie mamy kogo w tej chwili pytać, co dzieje się z Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich. Ile lat mamy słuchać jeszcze o tej ostatniej kropce? Moim zdaniem nikt nie ma woli wprowadzenia tego planu w życie. –– Ale mamy też inny dokument rządowy – program „Za życiem”. Jego założeniem jest wspieranie osób z  niepełnosprawnością i  ich rodzin od momentu zdiagnozowania trudnej ciąży do bardzo późnej dorosłości. Moim zdaniem wiele z postulatów, o których Pan mówił, zawartych jest właśnie w tym


85

rdzenia kręgowego, „nie rozróżniając” komórek mieliny od chorobotwórczych. Wskutek takich ataków początkowo wytwarza się stan zapalny w obrębie mieliny nerwu, później atrofia (zanik), a w końcu martwica samego nerwu – powstają tzw. jamki martwicze, doskonale widoczne w  obrazie MRI (czasami mylone z  torbielami lub innymi ogniskami patologicznymi). Zmiany degeneracyjne są nieodwracalne, prowadzą do poważnych deficytów neurologicznych, choć chorzy utrzymują swój potencjał intelektualny i są w pełni świadomi co do możliwości szybkiego, zmiennego postępu choroby i nie najlepszych rokowań. Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/choroby_ rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Fot. archiwum

programie. I to zarówno tych dotyczących opieki medycznej, jak i wsparcia socjalnego. –– Moim prywatnym zdaniem nazwa nie ma znaczenia. Jeśli program „Za życiem” zapewni właściwą diagnostykę, pomoc fachowców i dostęp do terapii osobom, u których wykryto chorobę rzadką, to jestem za. Żeby była jasność: my, rodzice, zdajemy sobie sprawę, że cały ciężar zapewnienia właściwego leczenia będzie spoczywać na nas. Ale zależy nam na tym, by diagnoza odbyła się możliwie jak najwcześniej, bo wiemy, jak tragiczna w skutkach może być sytuacja, gdy chorobę wykryje się za późno. –– Jakie to ma konsekwencje? ––Jeśli za późno wdroży się nawet najlepsze leczenie, to spustoszenie, jakiego choroba dokonała w organizmie, może być już nieodwracalne. Druga rzecz: na tym etapie ktoś może stwierdzić, że skoro taka terapia jest nieskuteczna, to po co ją refundować.

–– Mukowiscydoza – schorzenie, którego głównym objawem jest nadprodukcja gęstego i lepkiego śluzu, zaburzającego pracę narządów wyposażonych w gruczoły śluzowe. Objawia się przede wszystkim przewlekłą chorobą oskrzelowo-płucną oraz niewydolnością enzymatyczną trzustki z  następowymi zaburzeniami trawienia i wchłaniania. Większość chorych (około 75 proc.) cierpi na choroby i dolegliwości układu pokarmowego, takie jak kamica żółciowa, skręt jelita w okresie płodowym, niedrożność smółkowa jelit w okresie noworodkowym, dystalna niedrożność jelit, wtórna marskość żółciowa wątroby, nawracające zapalenia trzustki, blokowanie przewodów trzustkowych przez śluz. Dzięki postępowi medycyny udało się w ostatnich latach wydłużyć przeciętną długość życia chorych z mukowiscydozą do 24 lat. Na podstawie http://www.chorobyrzadkie.com/schorzenia/ mukowiscydoza- istota-choroby

–– Zespół Ehlersa-Danlosa – występująca w 1 na 5–10 tysięcy urodzeń choroba tkanki łącznej, która buduje nie tylko ścięgna czy więzadła, ale również kości, chrząstki, skórę i krew. Objawia się m.in. chronicznym bólem stawów, kręgosłupa, mięśni, ścięgien (zapalenia ścięgien), skóry, żołądka, piersi, genitaliów itp., ale też problemami w  poruszaniu się, zaburzeniami termoregulacji i zaburzeniami sensorycznymi i neurologicznymi. Na podstawie http://www.ehlers-danlos.pl/p/dolegliwosci.html


86

–– Znów koło się zamyka. ––Argument o nieefektywności terapii przy chorobach rzadkich jest dla mnie wierutną bzdurą. Jeszcze nie słyszałem o dziecku, które umarło z powodu terapii, a przypadków, gdy do śmierci doprowadził jej brak, jest całe mnóstwo. Inna sprawa, że w wielu przypadkach leczenie polega na spowalnianiu postępu choroby. Są choroby, których nie uleczymy, ale możemy wydłużyć życie chorych. Zadam pytanie: czy są choroby powszechne, których też nie da się wyleczyć? –– Jasne – całkiem sporo: stwardnienie rozsiane, cukrzyca itp. ––W dodatku są to choroby coraz częstsze, których leczenie trwa do końca życia pacjenta. Czy to oznacza, że mamy rezygnować z  terapii, które ewidentnie poprawiają jakość jego życia? Jasne, że nie. W takim razie czemu, gdy mówi się o  chorobach rzadkich, myślenie jest całkiem inne? Owszem, czasami efektywność tego leczenia jest mniejsza niż nasze oczekiwania. Ale wynika to nie tyle ze słabości terapii, ile ze zbyt późnego jej wdrożenia. Jeżeli udałoby się doprowadzić do sytuacji, że dzieci z chorobami rzadkimi byłyby diagnozowane najwcześniej jak to możliwe, to liczba pacjentów dobrze odpowiadających na terapię byłaby o wiele większa i zamknęlibyśmy usta niedowiarkom. –– Tu dobrym przykładem byłyby wszelkie choroby związane ze specjalnymi dietami. Jedna z nich to fenyloketonuria, przy której trzeba wyeliminować z  diety konkretny aminokwas i  spożywać tylko starannie dobrane produkty. W przeciwnym razie dochodzi do bardzo poważnych uszkodzeń układu nerwowego i  poważnej niepełnosprawności intelektualnej. ––To dobry przykład na to, jak ważna jest wczesna diagnostyka. Jeśli rodzic nie dowie się, jak karmić swoje dziecko, to będzie tylko mógł patrzeć bezradnie, jak jego stan się pogarsza. Inna sprawa, że w wielu chorobach rzadkich trzeba zmienić nie tylko dietę, lecz także cały sposób funkcjonowania rodzin, choćby po to, żeby dziecko nie umarło w  niepotrzebnym cierpieniu. Dlatego nie wolno odrzucać jakiejś terapii tylko dlatego, że po jej zastosowaniu na przykład kilkulatek poruszający się na wózku nie wstanie i nie zacznie grać z kolegami w piłkę. Druga sprawa, że nie brakuje też sytuacji, gdy żadnej terapii nie ma i nie da się choremu dziecku w żaden sposób pomóc, poza właściwą rehabilitacją czy opieką. –– Co więc trzeba zrobić? ––Wprowadzić badania przesiewowe już od pierwszych dni życia, bez czekania na wystąpienie objawów. Znam przypadki z zagranicy, gdy poprzez takie

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

wczesne wykrycie i podanie leków przed pojawieniem się objawów choroby, uratowano dziecko przed naprawdę poważną niepełnosprawnością. Gdyby coś takiego udało się wprowadzić w Polsce, to skala ludzkich tragedii związana z chorobami rzadkimi byłaby o wiele mniejsza. –– Mógłby Pan wskazać jakiś modelowy przykład z zagranicy? –– Żeby była jasność – nie wszystko, co jest na Zachodzie, jest lepsze od tego, co mamy w Polsce. Czasem nasze rozwiązania są korzystniejsze. Mamy dobrych fachowców, którzy potrafią zapewnić świetną opiekę. Co do dobrych przykładów, to utkwiła mi w głowie historia, którą opowiedział pewien profesor z  Australii zajmujący się tematyką mukopolisacharydozy. Z jego słów wynikało, że jeśli wykryje się chorobę podczas wcześnie przeprowadzanych badań przesiewowych i zastosuje odpowiednie leki, to uniknie się nagromadzania w organizmie mukopolisacharydów, których nadmiar odpowiedzialny jest za niszczenie komórek organizmu. W rezultacie dzieci z tą chorobą będą mogły o wiele lepiej się rozwijać. Dziecko z taką samą chorobą, ale z terapią uruchomioną w późniejszym czasie, w zasadzie nie ma na to szans. –– Tu mamy przykład paradoksu kosztów ukrytych. Oszczędzając na diagnostyce, państwo samo dokłada sobie wydatków w późniejszym czasie. Oprócz dziecka, które wymaga intensywnej pomocy medycznej i wielu innych usług, są jeszcze jego rodzice, z których co najmniej jedno musi rezygnować z pracy i samemu stać się klientem pomocy społecznej. –– Nasze argumenty mówiące o tym, że opieka państwa w całym okresie życia dziecka jest droższa przez to, że zaniedbano kwestie diagnostyki i  leczenia, zupełnie nie trafiają do decydentów. Nie wiem, jakim myśleniem się oni kierują, ale ciężar kosztów wynikających choćby z poważnej niepełnosprawności dziecka rodzice będą ponosić przez całe jego życie. Taniej dla wszystkich byłoby, gdyby służba zdrowia miała możliwość zaradzenia pewnym problemom, zanim się one w  ogóle pojawią. Dobrze leczone dziecko mogłoby przecież, zamiast leżeć w  domu czy szpitalu, chodzić do przedszkola, szkoły i bawić się z rówieśnikami. Sam znam takie dzieciaki. Skoro więc udało się to w pojedynczych przypadkach, to czemu nie uczynić z tego normy? Nawet najdroższa terapia jest dla państwa tańsza niż jej brak. Dopóki nie zmienimy obecnego myślenia, będzie dalej królowała strategia udawania, że problemu nie ma, bo przecież diagnozuje się tak mało tych chorób... –– Jest jeszcze aspekt ludzki. Rodzice chorych dzieci nie martwią się o to, czy ich dziecko będzie miało


87

Fot. Krzysztof Wołodźko

piątki i czy zawsze będzie miało zasznurowane buty, ale o to, czy nie umrze w nocy. ––Tak właśnie jest. W tym wszystkim najważniejszy powinien być zawsze pacjent. Jeśli damy mu lepsze leczenie, to damy mu lepsze życie w lepszych warunkach. Nawet jeśli to życie nie będzie zbyt długie, to dając mu właściwe wsparcie, zminimalizujemy cierpienie jego i jego rodziny. A o to przede wszystkim w tym chodzi. –– Czasami mam wrażenie, że nie dla wszystkich jest to tak samo oczywiste. ––Wie pan, co zmieniło sytuację chorych na mukowiscydozę w Wielkiej Brytanii? To, że premier Gordon Brown miał syna z tą chorobą. Widząc, jak wygląda obecna sytuacja chorych i ich rodzin, zmienił ją, korzystając z własnych doświadczeń z uzyskiwaniem diagnozy i dostępu do leczenia. Pytanie, czy każdy polityk musi mieć w rodzinie taką sytuację? Mam nadzieję, że wystarczą rozmowy z rodzicami, lekarzami i uczonymi. My, rodzice, naprawdę nie chcemy wiele – tylko tyle, ile mają inni chorzy. Bo na razie jest tak, że nie mając wyboru, to my ponosimy większość kosztów obecnej sytuacji. –– Czyli podsumowując: dopóki nie zmieni się system, swoje życie będą musieli zmieniać rodzice. –– Tak. Mam nadzieje, że kiedyś przyjdzie moment, gdy wiedza na temat chorób rzadkich będzie na tyle powszechna, że wprowadzenie potrzebnych zmian stanie się sprawą oczywistą. Może będzie potrzebny ktoś, kto ma w rodzinie czy w najbliższym otoczeniu

osobę chorą i wie, jakie problemy się z tym wiążą. Taka wiedza pozwoli dopiero spojrzeć na choroby rzadkie z  właściwej perspektywy. Nie tylko bieżących kosztów i  oszczędności, ale pojedynczych ludzkich tragedii i możliwości ich uniknięcia. Lubię odnosić się do przykładu chorób onkologicznych. Jeszcze 30–40 lat temu wiedza na temat nowotworów była w społeczeństwie niemal zerowa. Proszę zobaczyć, co dzisiaj dzieje się z chorobami onkologicznymi. Umiemy o nich dyskutować, mamy coraz większą wiedzę na temat profilaktyki i wczesnego wykrywania raka. Czy ktoś kilkadziesiąt lat temu myślał, że głośno będzie się mówiło o samobadaniu jąder czy piersi? Dziś wiedza na ten temat jest powszechna – a to przekłada się na lepszą diagnostykę i leczenie. Mam nadzieję, że podobna rewolucja dokona się w zakresie chorób rzadkich. Dlatego musimy oswajać społeczeństwo z tym tematem. Dzięki temu może uda się osiągnąć taką sytuację, że ci chorzy będą żyli razem z nami, niekoniecznie jako pacjenci leczenia paliatywnego, podłączeni do aparatury, ale obok nas, w szkole, domu, parku czy ogrodzie. Nawet jeśli będą poruszali się o kulach czy na wózku albo będą mieli bardzo specjalną dietę, to będą się tak samo śmiali i bawili jak wszyscy inni. Marzę o tym, by skończyć z  negatywnym komunikatem, który towarzyszy chorobom rzadkim. Zamiast obrazków o cierpieniu wolałbym rzetelną dyskusję o tym, jak pomóc chorym, bo ta pomóc jest w wielu przypadkach możliwa i przynosi rezultaty. –– Dziękuję za rozmowę.


104

Turcja: od kemalizmu – dokąd? dr Jan Przybylski

Jeżeli wierzyć Wyspiańskiemu, już na początku XX wieku na wiejskim weselu można było usłyszeć pytania polityczne, a nawet geopolityczne. Epoka popkultury również przynosi zabawne koincydencje – emisja niezwykle popularnego w Europie Południowej i Środkowo-Wschodniej serialu „Wspaniałe stulecie”, przedstawiającego baśniową wizję złotej epoki państwa osmańskiego, zbiegła się z przekształceniem Turcji z pewnej stałej w polityce międzynarodowej, jaką była od wielu dekad, w wielkie pytanie, być może najważniejsze poza basenem Pacyfiku.

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017


105

b Alp Enes Arslan, flickr.com/photos/69129528@N05/7887375568

C

hociaż Polska teoretycznie jest oddzielona od strefy bezpośredniego oddziaływania Ankary wieloma państwami, nie można nie zauważyć, że z uwagi na kryzys Unii Europejskiej, niepewny status NATO i obecności amerykańskiej w Europie, drogi transportu surowców, kwestię migracyjną i wreszcie – rolę Rosji w całej tej sprawie, Turcja ma potencjał wywierania bardzo bezpośredniego wpływu również na naszą sytuację.

Antecedencje Dzieje Imperium Osmańskiego są w Polsce dość dobrze znana. Przyczyną jest mocne splecenie historii obu państw, które z perspektywy czasu wypada ocenić jako raczej fatalne: wyczerpujące politycznie i militarnie z powodu nieustannego konfliktu oraz

kierujące (wraz z mitem sarmackim) wyobraźnię ku Orientowi i jeszcze bardziej oddalające trajektorię rozwoju od Zachodu. Obydwa państwa, które pojawiły się w życiu politycznym Europy w podobnym czasie, równocześnie przeżyły ogromny rozkwit terytorialny, równolegle też podupadały. Rzeczpospolitą upadek kosztował całkowite zniknięcie, Turcję – utratę kolejnych posiadłości. Od imperium rozciągającego się w okresie największego zasięgu równoleżnikowo od Algierii po Morze Kaspijskie, a południkowo od południowej Ukrainy po Somalię, zaczęły wskutek rywalizacji z Rosją – która zastąpiła Rzeczpospolitą jako główny współzawodnik na wschodzie – i Anglią oraz Francją na zachodzie i południu odpadać kolejne prowincje czy kraje zależne. W chwili wybuchu I wojny światowej „chory człowiek Europy” był już całkowicie wypchnięty z Afryki i niemal całkowicie z Europy, pozostawały mu wyłącznie terytoria w Azji Mniejszej i posiadłości arabskie. Wynikało to z niezdolności archaicznej struktury cywilizacyjnej i państwowej do efektywnego współzawodnictwa. Potrafiła ona bowiem absorbować tylko niewielką część zdobyczy pochodzących z przodującego Zachodu. Kluczowe znaczenie miała również bardzo słaba oferta dla mozaiki narodów i religii tworzących imperium. Część elit co prawda miała dostęp do bajecznych nieraz karier w Stambule, dla wielu podbitych społeczności, w  szczególności nieislamskich, osmańskie panowanie oznaczało jednak niewiele więcej niż ucisk, w  miarę słabnięcia centrum coraz mniej znośny. Wielka Wojna była kolejnym dowodem nieefektywności państwa osmańskiego. Mimo prób reform wewnętrznych i  modernizacji, których wyrazem była rewolucja młodoturecka z 1908 roku, było ono zdolne prowadzić walkę tylko dzięki znaczącemu wsparciu niemieckiemu w postaci materiału wojennego i przede wszystkim wyszkolonego personelu. Znalazło się jednak po przegranej stronie. Szczęściem w  nieszczęściu, zapobiegającym stoczeniu się Turcji do poziomu małego peryferyjnego kraiku pozbawionego istotnego znaczenia, było załamanie się, w wyniku tej samej wojny, Rosji, aspirującej do panowania nad niegdysiejszym Konstantynopolem, Bosforem i Dardanelami. Sytuacja Turcji po przegranej koalicji, której stanowiła część, była jednak mimo tego niezwykle ciężka. Rządzona przez Eleutheriosa Venizelosa i wspierana przez mocarstwa zachodnie ekspansywna Grecja zgłaszała w duchu Megali Idea bardzo daleko idące roszczenia do terenów położonych nad cieśninami i dalej w Azji Mniejszej. Traktat zawarty przez sułtanat w sierpniu 1920 roku w Sèvres nie szedł tak daleko, jednak w praktyce jego realizacja oznaczałaby przekształcenie Turcji w ograniczony terytorialnie protektorat mocarstw. Mimo wszystko


106

Grecja, której cele wykraczały daleko poza granice traktatowe, okazała się zbyt słaba, aby wygrać wojnę, a potęgi zachodnie, zmęczone właśnie zakończonym konfliktem światowym, poczęły prowadzić własne niespójne polityki. Turcji udało się ograniczyć straty. Traktat w Lozannie z 1923 roku potwierdzał odłączenie posiadłości arabskich, ale także władzę (choć z przeważnie formalnymi, jak się okazało papierowymi, ograniczeniami) Turcji nad cieśninami i suwerenność wewnętrzną. Warte odnotowania jest, że Turcja w trakcie wojny z Grecją otrzymała po raz pierwszy od kilkuset lat (wyjąwszy epizod wsparcia przeciw zbuntowanemu włodarzowi Egiptu, Muhammadowi Alemu, z 1833 roku) wyraźne wsparcie od formy państwowości rosyjskiej, jaką była Rosja Sowiecka. Niekorzystny wynik I wojny światowej, podsumowujący ciąg porażek, spowodował również zmianę formy państwowości tureckiej. Odpadnięcie zdobyczy terytorialnych w połączeniu z czystkami etnicznymi (masakra Ormian, powojenna wymiana ludności z  Grecją) podmyło fundamenty wieloetnicznego imperium, które z konieczności musiało opierać się na patriotyzmie państwowym, wzmacnianym w odniesieniu do muzułmanów używaniem przez sułtana tytułu kalifa. Z wojny jednak wyłoniło się państwo, które naginając rzeczywistość poprzez pominięcie kwestii kurdyjskiej, można było uznawać za praktycznie monoetniczne. W tym stanie rzeczy wybitny dowódca wojskowy i premier niepodległościowego rządu republikańskiego Mustafa Kemal Pasza, którego wydarzenia wyniosły na pozycję faktycznego władcy Turcji, zainicjował radykalną transformację kraju, kontynuując część idei ruchu młodotureckiego, do którego należał. Zniesiono ostatecznie sułtanat, na piedestał wyniesiono stłumioną w imperium osmańskim tureckość, interpretowaną w duchu nacjonalistycznym, a wręcz palingenetycznym, skoro uznano, że sam język wymaga oczyszczenia z obcych wpływów i wprowadzenia nowego alfabetu. Państwo zostało gruntownie zsekularyzowane, wprowadzono laickie sądownictwo oraz szkolnictwo, wyeliminowano elementy obyczajowości takie jak np. wielożeństwo. Republikański ustrój opierał się w praktyce na osobistej władzy Mustafy Kemala, bazującej na podporządkowanej mu armii, był też de facto monopartyjny. W gospodarce Turcja podążała swoistą trzecią drogą, w znacznej mierze wzorując się na polityce sowieckiej okresu przedstalinowskiego: stosowała odgórną industrializację i interwencjonizm państwowy, jednak bez likwidacji prywatnej własności. W polityce zagranicznej z kolei zasadą dominującą stał się praktyczny izolacjonizm. Turcja blisko współpracowała z Niemcami i Związkiem Sowieckim, pozostawała w dobrych stosunkach z Polską (zezwalając na funkcjonowanie na swoim

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

terytorium ruchu prometejskiego i kupując polskie uzbrojenie), utrzymując jednak co do zasady neutralność i nie angażując się w sojusze międzynarodowe, z wyjątkiem krótkotrwałego epizodu Ententy Bałkańskiej skierowanej przeciwko włoskiej ekspansji. Przez większość II wojny światowej Turcji udawało się lawirować między walczącymi blokami, handlując z oboma i czerpiąc korzyści w postaci m.in. dostaw sprzętu wojskowego. Pewien zakres współpracy z Osią (zezwolenie na ruch jednostek wojskowych przez cieśniny, życzliwe podejście do animowanego przez Niemcy anstysowieckiego ruchu narodów kaukaskich i turańskich) nie przekroczył jednak progu wysokiego zaangażowania i Turcy mogli, kiedy stało się to polityczną koniecznością, bez strat przystąpić do obozu alianckiego, zrywając w sierpniu 1944 roku stosunki z III Rzeszą, a w lutym 1945 roku wypowiadając jej wojnę (acz było to posunięcie wyłącznie formalne). Wejście zasadniczej części Bałkanów w orbitę wpływów sowieckich, wraz z odnowieniem na konferencji poczdamskiej tradycyjnych postulatów polityki rosyjskiej w postaci żądania osadzenia w  Dardanelach eksterytorialnej bazy marynarki wojennej ZSRS oraz dodatkowych pretensji terytorialnych spowodowało jednak, że atatürkowski izolacjonizm stał się niemożliwy do utrzymania. W zaistniałym stanie rzeczy władze Turcji postawiły na przejście do obozu prozachodniego, czego wyrazem stał się udział w wojnie koreańskiej po stronie sił ONZ i przystąpienie w 1952 roku do NATO. Równolegle dokonano otwarcia systemu politycznego przez wprowadzenie w 1946 roku realnej wielopartyjności. Kolejne lata oznaczały ugruntowanie prozachodniej orientacji Turcji w polityce zagranicznej, w wewnętrznej natomiast – dominację kemalizmu, którego strażnikami były armia i  siły bezpieczeństwa. Funkcja strażników okazała się niezbędna z uwagi na – z jednej strony – nieuchronną powierzchowność reform dokonywanych metodami inżynierii społecznej, którym trudno było zapuścić korzenie poza warstwą instytucjonalną, a z drugiej – wspomniane otwarcie systemu politycznego, wskutek którego partie polityczne uzyskały realne znaczenie. Już pierwszy zamach stanu z 1960 roku miał, obok sporu o kierunki polityki zagranicznej oraz gospodarczej, podłoże kulturowe – obalono rząd Partii Demokratycznej, przychylniejszej wobec obecności w życiu politycznym praktyk wywodzących się z islamu. Ostrze kolejnego, który nastąpił w 1971 roku, było skierowane m.in. przeciw otwarcie odrzucającej kemalizm islamskiej Partii Nowego Porządku, wyrosłej z ruchu Millî Görüş (Narodowa Wizja), postulującej również rozluźnienie więzi z Zachodem i powrót do neoosmańskiej wizji Turcji jako lidera świata islamskiego. Zabezpieczenie świeckiej republiki było


107

bn dmitri_66, flickr.com/photos/dmitri66/5886322583

podnoszone również jako jeden z motywów puczu z 1980 roku. Represje nie spowodowały jednak uwiądu ruchów kontynuujących wizje Millî Görüş, wyrażających idee odrzucane co prawda przez zokcydentalizowane, wielkomiejskie elity wojskowe, urzędnicze i kulturalne, ale podzielane przez masy ludności prowincjonalnej. Doprowadziło to w 1996 roku do objęcia rządów przez Necmettina Erbakana, lidera Partii Dobrobytu (wcześniej przewodził on delegalizowanym po kolei ugrupowaniom islamskim i antyzachodnim). Polityka jego gabinetu reprezentowała opisane wcześniej tendencje. Na płaszczyźnie wewnętrznej dążyła do osłabienia laickiego modelu państwa, na zewnętrznej zmierzała do nawiązania na antyzachodniej podstawie bliskich stosunków z państwami (Iran, Libia) i  organizacjami (Hamas, Bractwo Muzułmańskie) świata islamskiego – mimo zaniechania ze względów wewnątrzpolitycznych dalej idących planów, obejmujących m.in. osłabienie więzi z NATO, zerwanie faktycznego aliansu z  Izraelem i  wypowiedzenie umowy celnej z UE. Również ten rząd został rychło, bo już w 1997 roku, zmuszony do ustąpienia z powodu presji wojska, a kolejna partia Erbakana została zdelegalizowana. Wspominane interwencje wojska sprawiały, że mimo wszystkich meandrów wewnętrznych Turcja

pozostawała krajem wyraźne laickim, w którym polityczny islam pozostawał nurtem podskórnym, natomiast w  polityce zagranicznej interwencje te gwarantowały prozachodniość. Turcja przez lata Zimnej Wojny pozostawała, mimo konfliktu z Grecją na tle kwestii cypryjskiej, pewnym elementem NATO, rozbudowując armię do wysokich stanów liczebnych i niezłego poziomu jakościowego dzięki szeroko zakrojonej pomocy militarnej sojuszników. Ankara konsekwentnie wspierała amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie, unikając jednak bezpośredniego zaangażowania militarnego w  prowadzone operacje, pozostawała też, jak nadmieniono wyżej, w nieformalnym sojuszu z Izraelem. W 1987 roku złożyła wniosek o członkostwo w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. Perspektywy w tym zakresie były jednak od samego początku niejasne z wielu względów. Jednym z nich była odmienność Turcji pod względem kulturowym – zarówno w aspekcie najbardziej oczywistym, wynikającym z innego tła religijnego, jak i politycznym. System formalnie demokratyczny, jednak z często uruchamianym wojskowym bezpiecznikiem, zdecydowanie nie pasował do standardów europejskich. Turcja była też bardzo uboga. Jej PKB per capita w 1987 roku był trzykrotnie niższy od średniej „starej” europejskiej dwunastki i niemal dwukrotnie niższy niż grecki czy hiszpański.


108

Ustępował nawet analogicznym wskaźnikom Polski i Bułgarii. Dochodził do tego konflikt z  Kurdami, których uśpiona jeszcze w  latach 20. świadomość narodowa obudziła się, co zaowocowało dążeniami do emancypacji i działaniami zbrojnymi o skali i poziomie brutalności znacznie przekraczającymi to, co Europa znała nawet z Irlandii Północnej czy kraju Basków. Wskutek tego wszystkiego rozmowy akcesyjne były bardzo powolne i niekonkluzywne.

Skąd wziął się Erdoğan Lata 90. nie były dla Turcji okresem korzystnym. Znaczyły je kryzysy finansowe, powtarzające się w latach 1994, 1999 i 2001 (każdy z nich skutkował spadkami PKB rzędu 5%), wzrost bezrobocia, spadek realnych płac, galopująca inflacja wynosząca w tej dekadzie średnio 78%. Wewnętrzna sytuacja polityczna była niestabilna, klasa polityczna coraz bardziej traciła wiarygodność, a kemalistowska ideologia państwowa stawała się archaicznym zbiorem sloganów bez realnej treści. Otwierało to drogę do władzy siłom obiecującym zmianę. Przedterminowe wybory w  2002 roku wygrała (uzyskując 34% głosów, ale dzięki kształtowi ordynacji wyborczej aż 66% miejsc w parlamencie) utworzona rok wcześniej Partia Sprawiedliwości i  Rozwoju (AKP) pod b Presidencia de la República Mexicana , flickr.com/photos/presidenciamx/16327224628

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

przywództwem Recepa Tayyipa Erdoğana. Formacja ta stanowiła kolejną po zdelegalizowanej Partii Cnoty kontynuację Partii Dobrobytu, której prominentnym działaczem był Erdoğan (z jej ramienia sprawował funkcję burmistrza Stambułu). Hasła, z jakimi szła do władzy nowa AKP, były umiarkowane – złagodzono retorykę islamską, wygaszono antyzachodnią, deklarowano dążenie do członkostwa w UE (w istocie w 2005 roku rozpoczęto formalne rokowania akcesyjne). Lata rządów partii Erdoğana oznaczały dla Turcji stabilny i znaczący wzrost gospodarczy. PKB kraju między 2002 a 2012 roku wzrosło o 62% (dla porównania między 1992 a 2002 – o 32%), poprawiła się jakość usług publicznych, wzrosła zamożność społeczeństwa. Czynniki te sumarycznie składały się na niewątpliwy skok cywilizacyjny. Nie powinno zatem dziwić, że partia wygrywała z przewagą kolejne wybory w latach 2007 i 2011, za każdym razem uzyskując większość bezwzględną. Jednocześnie przeobrażała kraj, demontując wojskowe zabezpieczenie kemalizmu, w czym wydatnie pomogły negocjacje z UE i dostosowywanie prawa do norm tej organizacji. W rezultacie w 2012 roku ustanowiono cywilną kontrolę nad armią i  usunięto z  jej regulaminu wewnętrznego obowiązek ochrony zdefiniowanej przez konstytucję republiki,


109

stanowiący formalny tytuł do podejmowania opisanych powyżej ingerencji w politykę. Równolegle rządy AKP przywracały stopniowo islamowi pozycję w  sferze publicznej, jakiej pozbawił go kemalizm. Urząd kontroli religii Diyanet przekształcono w środek jej promocji finansowanej przez państwo – z budżetem przekraczającym półtora razy lub dwukrotnie środki przyznawane MSW czy Ministerstwu Zdrowia. Nastąpił dynamiczny rozwój szkolnictwa religijnego. Podjęto także kroki symboliczne – zniesienie ograniczeń dotyczących noszenia chust przez kobiety w instytucjach państwowych, przywracanie funkcji meczetów dawnym kościołom bizantyjskim przekształconym w muzea. W dziedzinie wizji polityki zagranicznej następowało dowartościowywanie osmańskiej imperialnej przeszłości i związków z Bliskim Wschodem. Kierownictwo AKP sięgnęło po koncepcje opracowane przez profesora stosunków międzynarodowych Ahmeta Davutoğlu, wyniesionego później do najwyższych stanowisk państwowych (w  2009 roku – minister spraw zagranicznych, w 2014 roku – premier). Głosił on zmierzch dominacji Stanów Zjednoczonych i cywilizacji zachodniej, perspektywiczne wyniesienie do adekwatnej roli starych, tradycyjnych mocarstw (w tym Turcji), konieczność rozluźnienia przez Ankarę związków z  Zachodem oraz porzucenia mentalności określanej jako „peryferyjna”. Celem miał być status globalnego mocarstwa, uzyskany m.in. dzięki pogłębieniu współpracy w szczególności, choć nie tylko, z krajami bliskowschodnimi i państwami pozostałej części świata islamskiego (vide działania na forum Organizacji Współpracy Islamskiej, której sekretarzem został Ekmeleddin İhsanoğlu) oraz unikaniu uzależnienia od któregokolwiek z koryfeuszy światowej polityki, jakie dotychczas występowało w relacjach Turcji z USA i UE (miałyby one zostać zrewidowane i przekształcone w kierunku uzyskania przez Ankarę podmiotowości). Wyraźnym znakiem nowego podejścia było zajęcie zdecydowanie negatywnego stanowiska wobec działań Izraela podczas konfliktu w strefie Gazy na przełomie lat 2008/2009, co wraz z późniejszymi wydarzeniami doprowadziło do praktycznego zamrożenia kwitnących wcześniej relacji, obejmujących m.in. bliską współpracę militarną. Z drugiej strony, Turcja z sukcesem pełniła rolę mediatora w negocjacjach dotyczących programu nuklearnego prowadzonych z Iranem przez wspólnotę międzynarodową. Jednocześnie Ankara budowała dobre relacje z Rosją i Chinami. Należy jednocześnie zauważyć, że proislamskość AKP i samego Erdoğana nie stawia ich w jednym rzędzie np. z saudyjskimi wahabitami czy innymi fundamentalistami, dążącymi do budowy teokratycznych państw opartych na prawie szariackim. Formacja

rządząca Turcją nie zdradza zamiarów obalania republiki i ustanowienia prymatu islamu, traktując państwo jako wartość podstawową. Występują tu też jeszcze bardziej fundamentalne różnice: istnieją przesłanki wskazujące, że Erdoğan jest zwolennikiem sufizmu, a ten mistyczny nurt pozostaje w wyraźnym konflikcie z  formalistycznym podejściem reprezentowanym przez religijnych integrystów z  Półwyspu Arabskiego. Na pewno przedstawicielem sufizmu jest Fethullah Gülen, obecnie wróg publiczny numer jeden w Turcji, który jednak aż do 2013 roku był kluczowym sojusznikiem Erdoğana w walce z kemalistowskim „głębokim państwem”. Również dziedzictwo Atatürka nie zostało przez AKP całkowicie odrzucone – przekształcenie Turcji w duchu nacjonalistycznym jest trwałe i determinuje również tożsamość tej formacji oraz jej metapolityczne zaplecze, podobnie jak dążenia modernizacyjne. Efektem jest syntetyczna ideologia państwowa, łącząca wątki osmańskie oraz islamskie z tymi wywodzącymi się z kemalizmu i określana jako nowoturecka. Podsumowując temat, należy zauważyć, że istotna korekta szeroko rozumianej polityki tureckiej była swoistą koniecznością, można nawet stwierdzić, że „dziejową”. Z polskiego punktu widzenia trudno dziwić się buntowi wobec peryferyjności i niedostatków podmiotowości. Nie dziwią również nawiązania do mocarstwowej przeszłości kraju, skazanej na swego rodzaju banicję w wyniku kemalistowskiej rewolucji. Nie sposób raczej oburzać się na przywrócenie znaczenia elementom tradycyjnej kultury, która w odróżnieniu od odgórnego laickiego projektu pozostała żywa w sercach zasadniczej większości mieszkańców kraju. Czynnikiem ważącym były również katastrofalne skutki polityki amerykańskich „zbrojnych misjonarzy” na Bliskim Wschodzie, każące powątpiewać w  obliczalność polityki supermocarstwa, nawet z punktu widzenia sprzymierzonych państw regionu, które w razie czego nie mogły zabrać wojsk i zostawić problemu samemu sobie. Musiały mierzyć się z jego konsekwencjami na miejscu.

Między arabską wiosną a próbą puczu Rozpoczęcie pod koniec 2010 roku tzw. arabskiej wiosny przyniosło wzrost intensywności zaangażowania Turcji na Bliskim Wschodzie. Władze w Ankarze uznały sytuację za sprzyjającą rozwojowi wpływów w regionie oraz osiągnięciu zamierzonej roli lidera dzięki podważeniu pozycji dotychczasowych prozachodnich autorytarnych reżimów. Z  tego względu przyjęły rolę rzecznika dążącego do zwiększenia swobód społeczeństw, wspierając jednocześnie uznawane za najbliższe ideowo Bractwo Muzułmańskie. Zaangażowały się również w konflikt syryjski, najpierw próbując przekonać Baszara al-Asada do reform


110

wewnętrznych, a następnie, po wybuchu wojny domowej, przystępując do wspierania syryjskiej opozycji politycznej i zbrojnej, czasowo nieco ograniczonego od połowy 2012 roku z uwagi na obawy przed eskalacją konfrontacji. Jednak przebieg wydarzeń był daleki od żywionych oczekiwań. Obok fiaska zamierzeń strategicznych, wśród których najważniejszym było doprowadzenie do obalenia al-Asada m.in. przez skłonienie do interwencji przeciwko niemu Stanów Zjednoczonych, poważnym problemem dla Turków stało się faktyczne wybicie się na samodzielność syryjskich Kurdów, wśród których dominującą siłą polityczną jest partia PYD, pokrewna ideowo i powiązana ze starym wrogiem Ankary, PKK. Na płaszczyźnie wewnętrznej rok 2013 przyniósł usztywnienie systemu politycznego, co stanowiło jakościową zmianę wobec wcześniejszej polityki AKP, polegającej na faktycznej demokratyzacji i liberalizacji. Wiązało się to z dwoma wydarzeniami. Wiosną i latem miały miejsce brutalnie stłumione masowe protesty, interpretowane jako wyraz niezadowolenia liberalnych kręgów społeczeństwa z przesuwania się punktu ciężkości polityki krajowej w kierunku konserwatywnym i z faktycznego oddalania się od standardów zachodnich, a także z zaangażowania Turcji w konflikt syryjski. Jesień i zima przyniosły kulminację tlącego się już od kilku lat konfliktu z ruchem Gülena, przejawiającą się próbą wyeliminowania jego wpływów przez czystki w  instytucjach państwowych, aresztowania dziennikarzy itp. Efektem było przejście Erdoğana do autokracji. W sierpniu 2014 roku wygrał on wybory prezydenckie i zaczął sprawować urząd w sposób zdecydowanie wykraczający poza porządek konstytucyjny, przewidujący jego ceremonialny charakter. Władza prezydenta oparła się na systemie personalnych lojalności, na cywilnych służbach specjalnych MIT, a w skali społecznej – na zdecydowanym i brutalnym tłumieniu protestów, ograniczaniu swobody informacyjnej i wpływaniu na media oraz zwalczaniu przeciwników politycznych za pomocą aparatu państwowego. Sformułowano zamiar przekształcenia systemu politycznego Turcji w formalnie prezydencki. Jednocześnie zahamowaniu uległ proces integracji z UE. Z jednej strony wiązało się to z blokowaniem go przez Cypr, Niemcy i  Francję, z  drugiej jednak zaczął się uwidaczniać wyraźny sceptycyzm władz w Ankarze wobec Unii jako organizacji narzucającej i kontrolującej standardy wewnętrzne. W związku z  tym w  wypowiedziach i  działaniach Erdoğana i jego zaplecza pojawiły się wyraźne wątki eurosceptyczne. Obok ostrych polemik z unijnymi ocenami zachodzących w  Turcji procesów nastąpiło m.in. zaangażowanie się w  sprzeczne z  zamierzeniami UE, a sprzyjające Rosji przedsięwzięcia w dziedzinie

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

przesyłu gazu (projekt TANAP, rokowania z Rosjanami na temat gazociągu alternatywnego dla South Stream). Ogólnie biorąc, można sformułować wniosek, że obóz AKP, a w szczególności Erdoğan potraktowali faktyczną demokratyzację i dostosowanie do standardów UE instrumentalnie, jako narzędzia zdemontowania wpływu kemalistów z wojska i służb specjalnych na politykę, odrzucając je bez żalu po osiągnięciu celu. W  latach 2013 i  2014 dalszą komplikację sytuacji w Syrii spowodowało pojawienie się na scenie wojny domowej tak zwanego Państwa Islamskiego, wspieranego przez sponsorów z  Półwyspu Arabskiego i obejmującego zakresem działania również Irak. Szybko zdominowało ono dotychczasową antyasadowską opozycję, a wydarzenia wykazały, że jedynymi realnymi zaporami stojącymi na jego drodze są armia rządowa i Kurdowie. Działania Daesz zintensyfikowały ucieczkę ludności z terenów walk, która przełożyła się później na powszechnie znany kryzys migracyjny. Turcja oficjalnie zajęła wobec tej organizacji pozycję wyczekującą, ambiwalentną,


111

bn Rasande Tyskar, flickr.com/photos/rasande/8987786951

stroniąc od bezpośredniej konfrontacji i ostrożnie reagując na występujące incydenty. Była jednak oskarżana przez czynniki kurdyjskie o jej faktyczne wspieranie. Na tym tle doszło do ponownego zaostrzenia stosunków z Kurdami. Mieszkający w Turcji przedstawiciele tego narodu ostro przeciwstawiali się blokowaniu przez Ankarę – przerywanemu co prawda okresami taktycznej współpracy – wsparcia dla walczącego z  Daeszem kantonu Rożawa. Dochodziło do licznych starć z siłami bezpieczeństwa. PKK odpowiadała akcjami terrorystycznymi, które dały władzom pretekst do zorganizowania „kampanii antyterrorystycznej”, obejmującej m.in. naloty na pozycje partyzantki tej formacji w północnym Iraku. Zniweczyło to możliwości otwarte przez rozpoczęcie w marcu 2013 negocjacji pokojowych. W  2015 roku w  Turcji odbyły się dwukrotnie wybory parlamentarne. Czerwcowe przyniosły AKP po raz pierwszy od 2002 roku utratę bezwzględnej większości, partia zdobyła zaledwie 258 z  550 miejsc, a  spory sukces odniosła reprezentująca Kurdów i lewicę partia HDP. Klincz parlamentarny

spowodował rozpisanie kolejnych wyborów, które odbyły się 1 listopada, a AKP odzyskała w rezultacie zdolność samodzielnych rządów dzięki korzystnemu tym razem wynikowi, zapewnionemu przez umiejętne rozegranie kryzysu wewnętrznego oraz mobilizację elektoratu w wyniku stymulacji nastrojów nacjonalistycznych, w  szczególności antykur‑ dyjskich. Znaczenie miało ograniczenie możliwości głosowania, spowodowane sytuacją w  regionach zamieszkałych przez Kurdów, które przełożyło się na słabszy wynik HDP. Jednak sytuacja w Syrii z punktu widzenia Ankary uległa dalszemu pogorszeniu. Jesień 2015 roku przyniosła wsparcie al-Asada przez pozostającą dotychczas na uboczu Rosję w postaci bezpośredniej interwencji wojskowej, jakościowo zmieniającej sytuację na polu walki. Oddalający się dotychczas cel polityki tureckiej stał się tym samym zupełnie nierealny. Spowodowało to podjęcie przez Ankarę próby konfrontacji z Rosją, rozbijającej spowodowane poczuciem zagrożenia ze strony Daeszu lokalne porozumienie tej ostatniej z Zachodem. 24 listopada tureckie lotnictwo zestrzeliło


112

bnd PVince Millett, flickr.com/photos/brokendrumphotography/3090830870

operujący na granicy przestrzeni powietrznych Syrii i Turcji rosyjski bombowiec taktyczny Su-24M. Moskwa odpowiedziała sankcjami ekonomicznymi i  wizowymi, Zachód natomiast nie okazał wsparcia, na które obliczone były tureckie działania. Spowodowało to czasową intensyfikację przez Turcję współpracy z  Arabią Saudyjską, traktowaną jako przeciwwaga dla działań Rosji i Iranu (wspierającego od samego początku konfliktu al-Asada) w regionie. Armia turecka podejmowała też samodzielne działania zbrojne przeciwko siłom kurdyjskim na północy Syrii. W  zakresie ponadregionalnym na początku 2016 roku nastąpiła intensyfikacja kontaktów z Ukrainą. Ostatecznie jednak władze Turcji postawiły na zasadniczą reorientację kierunków polityki regionalnej i być może nie tylko. Brak wsparcia konfrontacyjnych wobec Rosji działań tureckich przez Zachód i, jak się wydaje, sceptyczna ocena możliwości przeciwstawienia się jej na płaszczyźnie militarnej (nieoficjalne informacje wskazują, że tureckie lotnictwo kilkakrotnie atakowało operujące w Syrii nowoczesne rosyjskie samoloty Su-34 i Su-35, jednak ich systemy przeciwdziałania skutecznie zakłócały naprowadzanie wystrzelonych rakiet) doprowadziły pod koniec czerwca 2016 roku do „resetu” w relacjach z Rosją, zainicjowanego przez pojednawcze gesty Ankary. W samej Turcji jednak w nocy z 15 na 16 lipca nastąpiła próba zamachu stanu, motywowana przez jego inicjatorów tradycyjnie – obroną demokracji, konstytucji i  świeckiego charakteru państwa. Wojsko zostało

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

wcześniej poddane cywilnej kontroli, w ramach masowych procesów sądowych w latach 2008–2013 skazano kilkuset oficerów, w tym najwyższego szczebla (np. szefa sztabu w latach 2008–2010, gen. İlkera Başbu) na długoletnie wyroki, z dożywociem włącznie, za udział w rzekomej konspiracji antyrządowej. Mimo to wojsko nadal stawiało pewien opór dążeniom AKP i  Erdoğana, np. blokując dostęp do szkół i  uczelni wojskowych absolwentom religijnych liceów imamhatip. Wpływ władz na kadry armii oceniano jako niewielki, okazało się jednak, że siły zbrojne utraciły ostatecznie spójność i  pucz został stłumiony po walkach trwających zaledwie jedną noc. Symptomatyczne było jednoznaczne wsparcie Erdoğana przez Rosjan, według nieoficjalnych informacji nie tylko deklaratywne, ale i operacyjne – zakłócenia radioelektroniczne miały paraliżować łączność spiskowców, a nawet uniemożliwić przechwycenie przez ich samoloty maszyny, którą podróżował prezydent Turcji. O  organizację zamachu stanu władze oskarżyły ruch Gülena, co jest samo w sobie dość jednoznacznym absurdem z  uwagi na jego wcześniejszy udział w demontażu politycznego znaczenia armii. Pośrednio zarzut ten był skierowany przeciwko Stanom Zjednoczonym, na terenie których rezyduje Gülen, mający mocne powiązania z tamtejszym establishmentem politycznym, w szczególności Partią Demokratyczną. Wydaje się jednak, że to środowiska wierne kemalizmowi dostrzegły, że wobec ciągłego umacniania władzy Erdoğana ich czas może się definitywnie kończyć i  podjęły ostatnią próbę


113

kontrakcji. Jak się okazało – zupełnie nieudaną, być może wskutek wymuszonego okolicznościami przedwczesnego podjęcia działań, i zapewne stanowiącą ostatni akcent ich znaczenia w  polityce tureckiej. Pucz dał władzom pretekst do szeroko zakrojonych represji i czystek w instytucjach. Do początku listopada aresztowano 34 tysiące osób (w tym 15 tysięcy wojskowych). Usunięto ze stanowisk 30% generałów i admirałów, 105 tysięcy funkcjonariuszy służby cywilnej, 3,6 tysiąca sędziów i prokuratorów, 6 tysięcy pracowników naukowych, 20 tysięcy nauczycieli. Zamknięto 2 tysiące placówek edukacyjnych i 186 gazet, stacji telewizyjnych, portali internetowych oraz innych mediów, aresztowano 142 dziennikarzy. Oznacza to przebudowę państwa przez rewolucję kadrową – „oczyszczone” stanowiska zajmują zwolennicy AKP oraz dokooptowani przedstawiciele starych elit republikańskich, godzący się na współpracę z nowym porządkiem. Przykład mogą stanowić przywracani do służby oficerowie wydaleni z niej w latach 2008–2013 czy awansowani na wyższe stopnie przedstawiciele antyzachodniego, prorosyjskiego skrzydła kemalizmu wyznający ideologię eurazjatyzmu i wypierający w ramach nowej polityki kadrowej wojskowych prozachodnich.

Na prorosyjskim kursie Pierwszą wizytę po próbie zamachu stanu Recep Erdoğan odbył w sierpniu 2016 roku w Rosji, gdzie spotkał się z Władimirem Putinem, w październiku Putin zrewanżował się rewizytą. Tłem ocieplenia są wcześniejsze stosunki, budowane od pierwszych lat XXI wieku. Uprzednio były one oparte głównie na relacjach ekonomicznych, szczególnie w sektorze paliwowym – Turcja stała się drugim po Niemczech importerem rosyjskiego gazu ziemnego, polegającym w 60% na tym kierunku dostaw. Miały one jednak również przełożenie strategiczne. Turcy, choć przed konfliktem w 2008 roku, jak się wydawało, wyraźnie sprzyjali Gruzji, dostarczając jej m.in. znaczne ilości uzbrojenia, w trakcie konfliktu powstrzymywali się od wsparcia. Nie zareagowali również w znaczący sposób na aneksję Krymu i wzniecenie rebelii na wschodzie Ukrainy, nie przyłączając się nawet do zachodnich sankcji. W obecnej sytuacji Ankara jest partnerem wyraźnie słabszym: jej cele w Syrii nie zostały zrealizowane, dominującym graczem okazała się Rosja, z którą ułożenie się może dać Turkom możliwość osiągnięcia choćby ograniczonych zysków, nawet w sytuacji utrzymania władzy przez al-Asada. Polityka wewnętrzna, zaostrzona przez represje po puczu, powoduje pogłębienie problemów w relacjach Turcji z UE. Stany Zjednoczone z kolei konsekwentnie wspierają syryjskich Kurdów, co jest sprzeczne z tureckimi interesami. Rezerwa wobec

Zachodu zbliża zatem oba państwa. Relacje z Rosją zapewniają Turcji przynajmniej w  pewnej mierze strategiczną alternatywę czy choćby możliwość manewru wobec Stanów Zjednoczonych i UE. Z kolei Rosji pozwalają ograniczać możliwości działania w strategicznie ważnym regionie i osłabiać dotychczasowe tradycyjne sojusze. Zagadnieniem o charakterze granicznym jest potencjalne zakwestionowanie tureckiej obecności w NATO. Ważnym aspektem są również kwestie polityki energetycznej (gazociągi, budowa elektrowni atomowej w Akkuyu). Korzystając z  ocieplenia relacji z  Rosją, Turcy rozpoczęli pod koniec sierpnia 2016 roku bezpośrednią, ograniczoną interwencję lądową w Syrii, mającą na celu jednocześnie odrzucenie Daeszu od granic Turcji i niedopuszczenie do połączenia terytoriów kontrolowanych przez Kurdów z  PYD. Jednak działania te przyniosły niepowodzenie podczas walk z  Państwem Islamskim o  strategicznie ważne miasto Al-Bab. Można je interpretować jako objaw spadku efektywności armii tureckiej i  jej osłabienia przez czystki personalne. Przejawem współpracy z  Rosją (trwającej mimo zabójstwa 19 grudnia jej ambasadora w  Ankarze, dokonanego przez policjanta powiązanego z  ruchem Gülena) było opracowanie wspólnego planu zawieszenia broni w Syrii, ogłoszonego w ostatnich dniach grudnia i zaakceptowanego przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Stanowił on wyraz dążenia przez Rosję, bezpośrednio współdziałający z nią Iran oraz Turcję do decydowania o przyszłych sprawach kraju spustoszonego przez wojnę domową. Najważniejszym wydarzeniem w  polityce tureckiej ostatnich miesięcy było wygranie przez obóz rządzący referendum dotyczącego zmian w konstytucji, stanowiących w istocie formalizację rzeczywistego stanu rzeczy i przełożenie na język prawny pozycji zajętej przez Erdoğana mocą charyzmy. Po ich wejściu w życie, planowanym na czas po wyborach prezydenckich i  parlamentarnych w 2019 roku, kraj stanie się republiką prezydencką. Szef państwa zostanie szefem władzy wykonawczej, zlikwidowany zostanie urząd premiera, ograniczeniu ulegną władza i autonomia parlamentu, prezydent nie będzie zmuszony przez przepisy do nawet formalnej bezpartyjności. Będzie to stanowiło przypieczętowanie przemian rozpoczętych przez AKP i po zdominowaniu armii zapewni Erdoğanowi pozycję porównywalną z  Atatürkiem, choć z  dia‑ metralnie odmiennymi założeniami ideowymi.

Dokąd podąży Turcja? Opisane zmiany w polityce tureckiej sumują się w nową jakość w odniesieniu do pozycji tego kraju w kontekście międzynarodowym. Turcja przestała


ba NATO Training Mission-Afghanistan, flickr.com/photos/ntm-a_cstc-a/4699895014/

114

być obliczalnym i pewnym przyczółkiem świata zachodniego w strategicznym punkcie u zbiegu Europy i Azji. Zmierza do redefinicji własnego znaczenia. Jednak sama konsolidacja władzy i wola narodowa (pojęcie z systemu myślowego Ahmeta Davutoğlu) nie wystarczą. Kluczowe znaczenie mają czynniki obiektywne. Wejście na drogę usiłowania osiągnięcia statusu mocarstwowego umożliwił Ankarze skok ekonomiczny dokonany za rządów AKP, nasuwa się zatem pytanie o perspektywy. Nie brak pesymistycznych prognoz, wieszczących Turcji kryzys. Ostatnie lata przyniosły jej w istocie osłabienie wzrostu gospodarczego – z  6,1% w  2015 do 2,5% w  2016 roku i  prognozowanej wartości 3,0% w  roku bieżącym. Lira turecka straciła w 2016 roku 20% wartości wobec dolara. Gospodarka ogranicza też możliwości reorientacji politycznej – Rosja jest w stanie co prawda eksportować wiele do Turcji, ale z uwagi na trudności wewnętrzne nie jest dla niej perspektywicznym rynkiem zbytu, tu dominują państwa UE. Kolejną kwestią są zależności militarne. Uzbrojenie tureckiej armii jest od końca lat 40. ubiegłego wieku oparte na sprzęcie konstrukcji zachodniej, z  czasem w  coraz większym stopniu produkowanym na licencjach (w Turcji wytwarzano w ten sposób nawet myśliwce F-16). Mimo rozwoju własnego zaplecza przemysłowego kraj jest bardzo daleki od

NOWY

BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017

samodzielności, musi nabywać kluczowe technologie za granicą, a takie projekty, jak budowa własnego wielozadaniowego samolotu bojowego, sprawiają wrażenie motywowanego propagandowo nadmiaru ambicji wobec realnych możliwości i, z uwagi na uzależnienie od gotowości partnerów zagranicznych do udostępnienia zasadniczych rozwiązań, są podatne na rażenie przez sankcje. Turcja podejmuje od lat 90. działania mające na celu dywersyfikację kierunków dostaw w tym strategicznym zakresie. Najpierw nawiązano współpracę z  Chinami i  Pakistanem, dotyczącą przede wszystkim wrażliwych politycznie rozwiązań, takich jak technologie rakietowe. Mimo podjętej w 2013 roku decyzji niepowodzeniem zakończyła się próba zakupu chińskiego systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu i przeciwrakietowego HQ-9, być może od początku traktowana jako forma presji na Zachód, mającej na celu uzyskanie od niego korzystniejszych rozwiązań. Ostatnie tygodnie przyniosły informacje o zaawansowanych rozmowach z Rosją na temat zakupu systemu tego samego rodzaju S-400 oraz deklaracje, że Turcja zamierza przejść do porządku dziennego nad ewentualną niemożnością integracji go z systemami NATO. Szeroka reorientacja armii na innych dostawców jest w świecie wymagającym daleko idącej kompatybilności komunikacyjnej oraz informatycznej kwestią wielu lat od


115

decyzji politycznej do osiągnięcia gotowości bojowej przez systemy. W razie konfliktu politycznego może spowodować drastyczny spadek możliwości armii wskutek restrykcji dotyczących dostaw, które w odniesieniu do Turcji stały się już w pewnym zakresie faktem w związku z ostatnimi napięciami politycznymi. W tym kontekście probierzem relacji Ankary z Waszyngtonem będą losy kontraktu na myśliwce F-35, mające być przyszłością tureckiego lotnictwa. Jeżeli te, dostępne wyłącznie dla zaufanych sojuszników, maszyny najnowszej generacji (nie mogą ich otrzymać nawet blisko współpracujące ze Stanami Zjednoczonymi kraje arabskie) trafią zgodnie z założeniami do Turcji w 2019 roku, będzie to oznaczało wypracowanie modus vivendi zabezpieczającego interesy amerykańskie. Brak dostawy będzie z kolei przejawem głębokiego kryzysu w stosunkach wzajemnych. Na razie administracja Donalda Trumpa kontynuuje zdecydowanie politykę wsparcia Kurdów syryjskich, sprzeczną z tureckimi interesami, ewentualny zakup rosyjskich S-400 również nie będzie na pewno mile widziany w Waszyngtonie. Relacje z  Unią Europejską są zdeterminowane przez kryzys migracyjny. Turcja jest oskarżana o wykorzystywanie tej kwestii jako czynnika nacisku na UE. Tolerowanie, a nawet wspieranie działań Daeszu niewątpliwie przyczyniło się do fali uchodźców. Inne oskarżenie dotyczy wykorzystania wymuszonych przez wojnę ruchów ludności do osiągania korzystnych dla Turcji zmian składu etnicznego terytoriów syryjskich, np. wypierania Kurdów przez Turkmenów czy osadzanych tam Ujgurów emigrujących z  Chin, gdzie ich antyrządowa rebelia jest wspierana przez Ankarę w ramach koncepcji pantureckiej. W ostatnich miesiącach w związku z wyraźnym sprzeciwem krajów UE, w których zamieszkuje liczna społeczność turecka, wobec przedreferendalnej agitacji za proponowanymi zmianami konstytucyjnymi prowadzonej przez rząd Turcji, doszło do ostrego kryzysu w relacjach z Holandią i wzrostu napięcia w stosunkach z Niemcami. Warto zauważyć, że mniejszości tureckie mogą stanowić element oddziaływania na sytuację wewnętrzną w poszczególnych krajach. W odróżnieniu od mało udolnych działań ekstremalnych środowisk islamskich integrystów, inspirowanych i wspieranych z Półwyspu Arabskiego, taktyka turecka wygląda na bardzo inteligentną. Agenci wpływu Ankary unikają odstręczającego radykalizmu, co pozwala im infiltrować środowiska lewicowe i tworzyć platformy polityczne mające możliwości koalicyjne. Przykładem pierwszego podejścia może być sprawa Mehmeta Kaplana, ministra mieszkalnictwa i urbanistyki z ramienia Partii Zielonych w  rządzie szwedzkim, który został zmuszony do dymisji po ujawnieniu powiązań

z członkami organizacji Szare Wilki i  ruchu Millî Görüş (według mediów, Kaplan miał związki również bezpośrednio z kręgami Erdoğana). Drugie podejście reprezentować może założona w 2015 roku partia Denk, która w marcowych wyborach zdobyła trzy mandaty w holenderskim parlamencie. Jej program w  odniesieniu do polityki wewnętrznej jest lewicowy, równościowy i  proekologiczny, co nie przeszkadza formacji popierać w zawoalowanej formie zamierzeń Erdoğana. W ostatnich miesiącach zaognieniu uległ mający długą historię spór turecko-grecki. Grecy odnotowują liczne naruszenia przestrzeni powietrznej i wód terytorialnych przez samoloty lub okręty tureckie. W  odniesieniu do regionu Bałkanów ewentualne osłabienie więzi Turcji z NATO stanowi szczególny problem. Poza Grecją tamtejsze kraje – Bułgaria, Rumunia, Serbia i  inne państwa pojugłosławiańskie – dysponują bardzo słabymi i w przeważającej mierze niedoinwestowanymi oraz zaniedbanymi siłami zbrojnymi, wskutek czego większa część Bałkanów stanowi rodzaj próżni militarnej. Podjęte w ostatnich latach działania, takie jak zakup nowych samolotów bojowych przez Turcję, Bułgarię i Serbię, mają siłą rzeczy ograniczony zakres i  niewielkie znaczenie strategiczne. Przy wątpliwej sytuacji ekonomicznej Grecji, kurs Turcji na oddalenie od Zachodu grozi zasadniczym osłabieniem południowej flanki NATO, a pośrednio też UE. Dla samej Turcji niezwykle istotnym zagadnieniem pozostaje kwestia kurdyjska. Społeczność ta liczy ponad 15 milionów, co stanowi niemal 20% mieszkańców kraju. Wyraźnie wyższe wskaźniki rozrodczości w regionach zamieszkałych przez Kurdów wskazują, że ich udział będzie w kolejnych latach wzrastał. Wachlarz możliwości stojących przed Ankarą jest szeroki: od kontynuacji polityki represyjnej, która może skończyć się długookresowo rozpadem kraju, po niezwykle śmiałe rozwiązania, jak federacja turecko-kurdyjska, obejmująca również zamieszkane przez Kurdów tereny Iraku i Syrii. Wydaje się, że z uwagi na samodzielność Kurdystanu irackiego i raczej pewne utrwalenie nieformalnej niezawisłości kurdyjskiej części Turcji najmniej perspektywiczna jest polityka konfrontacyjna. Pytanie tylko, czy jakąś alternatywę będzie w stanie zaproponować państwo będące autorskim pomysłem Recepa Tayyipa Erdoğana, czy konieczny będzie w tym celu kolejny przewrót w polityce tureckiej, w której, jak pokazują ostatnie dekady, w stosunkowo krótkim okresie może zmienić się niezwykle wiele. Autor obficie korzystał z opracowań Ośrodka Studiów Wschodnich, w szczególności analiz autorstwa Szymona Ananicza i Marka Matusiaka.


SPRAWDŹ, CZY NIE BRAKUJE CIĘ NA MAPIE PRENUMERATORÓW NOWEGO OBYWATELA.

ZAPRASZAMY JELENIĄ GÓRĘ, KALISZ, KROSNO, NOWY TARG, ZABRZE. nowyobywatel.pl/prenumerata


155

50 zł

1 2 3 4 5

Zapłacisz aż 10 zł taniej za kolejne cztery numery – prenumerata roczna to koszt 50 zł, zaś cena 4 numerów pisma wynosi 60 zł. Wesprzesz finansowo nasze inicjatywy (pośrednicy pobierają nawet do 50% ceny pisma!). Będziesz mieć pełny dostęp do internetowego archiwum kwartalnika. Masz szansę otrzymania ciekawych upominków. Prenumerata to wygoda – „Nowy Obywatel” w Twojej skrzynce pocztowej.

6 7 8

W formatach epub i mobi.

25 zł

Bez zabezpieczeń DRM. Najtaniej.

Więcej o prenumeracie można przeczytać tutaj: nowyobywatel.pl/prenumerata Opłać prenumeratę w banku lub na poczcie i czekaj, aż „Nowy Obywatel” sam do Ciebie przywędruje :). Możesz też skorzystać z naszego sklepu wysyłkowego, dostępnego na stronie nowyobywatel.pl/sklep Wpłat należy dokonywać na rachunek: Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” Bank Spółdzielczy Rzemiosła ul. Moniuszki 6, 90–111 Łódź Numer konta: 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001 Prenumeratę można rozpocząć od dowolnego numeru.

W tym kwartale do prenumeratorów trafi książka Marie-Monique Robin „Świat według Monsanto”. Nagrodę otrzymują: Gianni Dziechciarz, Kłyżów Katarzyna Pilna, Łęki Dukielskie Anna Waligóra, Poznań


Przyświecają nam następujące wartości: Samorządność, czyli faktyczny udział obywateli w procesach decyzyjnych we wszelkich możliwych sferach życia publicznego. (Re)animacja społeczeństwa. Sprzeciwiając się zarówno omnipotentnemu państwu, jak i liberalnemu egoizmowi, dążymy do odtworzenia tkanki inicjatyw społecznych, kulturalnych, religijnych itp., dzięki którym zamiast biernych konsumentów zyskamy aktywnych obywateli. „Demokracja przemysłowa”. Dążymy do zwiększenia wpływu obywateli na gospodarkę, poprzez np. akcjonariat pracowniczy, ruch związkowy, rady pracowników. ⅓ życia spędzamy w pracy – to zbyt wiele, aby nie mieć na nią wpływu. Sprawiedliwe prawo i praktyka jego egzekwowania, aby służyło społeczeństwu, nie zaś interesom najsilniejszych grup. Media obywatelskie, czyli takie, które w wyborze tematów i sposobów ich prezentowania kierują się interesem społecznym zamiast oczekiwaniami swoich sponsorów. Wolna kultura. Chcemy takiej ochrony własności intelektualnej, która nie będzie ograniczała dostępu do kultury i dorobku ludzkości. Rozwój autentyczny, nie pozorny. Kultowi wskaźników ekonomicznych i wzrostu konsumpcji, przeciwstawiamy dążenie do podniesienia jakości życia, na którą składa się m.in. sprawna publiczna służba zdrowia, powszechna edukacja na dobrym poziomie, wartościowa żywność i czyste powietrze. Ochrona dzikiej przyrody, która obecnie jest niszczona i lekceważona w imię indywidualnych zysków i prymitywnie pojmowanego postępu. Jeśli mamy do wyboru nową autostradę i nowy park narodowy – wybieramy park.

b n a Tamurello, http://www.flickr.com/photos/travellingwithoutmoving/56088286/

Solidarne społeczeństwo. Egoizmowi i uznaniowej filantropii przeciwstawiamy społeczeństwo gotowe do wyrzeczeń w imię systemowej pomocy słabszym i wykluczonym oraz stwarzania im realnych możliwości poprawy własnego losu. Sprawiedliwe państwo, czyli takie, w którym zróżnicowanie majątkowe obywateli jest możliwie najmniejsze (m.in. dzięki prospołecznej polityce podatkowej) i wynika z różnicy talentów i pracowitości, skromne dochody nie stanowią bariery w dostępie do edukacji, pomocy prawnej czy opieki zdrowotnej. Gospodarka trójsektorowa. Mechanizmom rynkowym i własności prywatnej powinna towarzyszyć kontrola państwa nad strategicznymi sektorami gospodarki, sprawna własność publiczna (ogólnokrajowa i komunalna) oraz prężny sektor spółdzielczy. Nie zawsze prywatne jest najlepsze z punktu widzenia kondycji społeczeństwa. Gospodarka dla człowieka – nie odwrotnie. Zamiast pochwał „globalnego wolnego handlu”, postulujemy dbałość o regionalne i lokalne systemy ekonomiczne oraz domagamy się, by państwo chroniło interesy swoich obywateli, nie zaś ponadnarodowych korporacji i „zagranicznych inwestorów”. Przeszłość i  różnorodność dla przyszłości. Odrzucamy jałowy konserwatyzm i sentymenty za „starymi dobrymi czasami”, ale wierzymy w mądrość gromadzoną przez pokolenia. Każdy kraj ma swoją specyfikę – mówimy „tak” dla wymiany kulturowej, lecz „nie” dla NOWY BYWATEL · NR 24 (75) · LATO-JESIEŃ 2017 ślepego naśladownictwa.


Kapitalizm somatyczny Ciało i władza w kulturze korporacyjnej Artur Szarecki

Premiera książki 30.09.2017


„Nowy Obywatel” 24(75) Lato 2017 - zajawka  
„Nowy Obywatel” 24(75) Lato 2017 - zajawka  

Pismo na rzecz sprawiedliwości społecznej.

Advertisement