Page 1

nr 22 (73) ZIMA 2016

cena 15 zł

(w tym 5% vat)

USA

REPRYWATYZACJA System zorganizowanej kradzieży


EDYTORIAL

1

Tu zaszła zdrada Remigiusz Okraska

O

bojętnie jakie mamy poglądy dotyczące państwa, to jednak, pomijając marginalny dziś nurt anarchistyczny, zgodzimy się między sobą – lewicowiec z prawicowcem, centrysta z populistą, etatysta z liberałem, socjalista z chadekiem – że państwo powinno bronić elementarnych praw i bezpieczeństwa obywateli. Bo w zasadzie po co innego jest państwo? Najpierw właśnie po to, a dla zwolenników jego ograniczonej roli i zasięgu – tylko po to. Jeśli państwo nie gwarantuje nawet tego, równie dobrze mogłoby nie istnieć wcale. I tak właśnie dzieje się w Polsce. Swego czasu pewien minister postawił diagnozę, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie. Optymista, marzyciel, zwolennik propagandy sukcesu? Co ja wypisuję – zapytacie. I dlaczego tak robię. Ano dlatego, że obawiam się, iż polskie państwo nie istnieje nawet teoretycznie. Tak sądzę z powodu, przepraszam za wyrażenie, szamba, które wybiło przy okazji tzw. reprywatyzacji. Pisaliśmy o  tym procederze już w  roku 2008. O tym, jak szemranymi metodami są „odzyskiwane” kamienice i grunty w Warszawie. Jakie podejrzane typy się przy tym kręcą. Mało kto wtedy o tym wiedział, chciał wiedzieć, mówił, pisał, zwracał uwagę – tylko kilka takich niszowych środowisk jak nasze, nikt więcej. Nie interesowały się sprawą te wszystkie media, które teraz poświęcają jej wiele uwagi – czy to te „salonowe”, czy te „niepokorne”. Dziś już wiadomo sporo. Wiele też od tamtej pory wydarzyło się ludzkich krzywd. Bardzo wiele. Państwo polskie nie było nimi zainteresowane. Państwo polskie zdradziło swoich obywateli, swoje obywatelki. W niniejszym numerze „Nowego Obywatela” dużo piszemy właśnie o reprywatyzacji. Opowiadają nam o tym ludzie świetnie znający temat. Ewa Andruszkiewicz to ofiara procederu – pozbawiona mieszkania, w którym spędziła całe dekady, lokatorka walcząca

o swoje prawa, towarzyszka Jolanty Brzeskiej – zmarłej, a  właściwie prawie na pewno zamordowanej w tajemniczych okolicznościach przez mafię „odzyskiwaczy” mieszkań. Jan Śpiewak jest z kolei liderem środowiska, któremu skutecznie udało się przebić z opisem przekrętów reprywatyzacyjnych do głównego obiegu medialnego, ale także ukazać, że – wbrew medialnym wywodom i obiegowym stereotypom – problem nie dotyczy „cwaniaków, którzy nie płacą czynszu” czy „niezaradnych oferm”. On dotyczy i może dotyczyć niemal każdego – nawet jeśli ktoś nie „odzyska” naszego mieszkania, to „odzyska” szkołę, park, zabytek, cokolwiek. I zrobi z tym, co zechce. Z kolei Tomasz Luterek to autor jednej z niewielu naukowych i całościowych analiz procederu i uwarunkowań reprywatyzacji. On z kolei, deklarując się jako liberał i zwolennik własności prywatnej, pokazuje, że „odzyskiwanie mienia” ma z tym wszystkim niewiele wspólnego, za to całkiem sporo z systemem zorganizowanej kradzieży i wywłaszczania. Wszystkie te rozmowy, momentami naprawdę wstrząsające nawet dla osób znających temat, a  wprost przerażające dla tych, którzy go tylko dotychczas liznęli, pokazują, że polskie państwo w zasadzie nie istnieje. Nie stanowi prawa i nie egzekwuje go w stopniu choćby minimalnie chroniącym obywateli i ład publiczny. Historie opowiedziane przez naszych rozmówców dokumentują pasmo bezprawia oraz obojętności instytucji publicznych na to, co dzieje się z  Polakami/Polkami w  Polsce. A przecież nie chodzi tylko o Warszawę, choć ona skupia problem jak soczewka. To oczywiście nie wszystkie materiały, które przygotowaliśmy. To nawet nie większość z  nich. Ale wszystkie pozostałe, choć ważne oraz dotyczące istotnych problemów i zagrożeń, będą chyba lekturą, mimo wszystko, lżejszą od bloku wywiadów o reprywatyzacji. Zapraszam do czytania!


2

SPIS TREŚCI 6 Oskarżam!

wywiad

Z EWĄ ANDRUSZKIEWICZ ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

20 Jeden wielki szwindel

6

wywiad

Z JANEM ŚPIEWAKIEM ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

34 Albo ustawa, albo bagno

wywiad

Z DR. TOMASZEM LUTERKIEM ROZMAWIA KRZYSZTOF WOŁODŹKO

W Warszawie oddajemy kamienice, które były zadłużone po same dachy, po cichu uznając, że brak im obciążeń hipotecznych. To bardzo wyrywkowe traktowanie reprywatyzacji. Nie może być tak, że ktoś wybudował kamienicę w 1938 roku, wziął na to mnóstwo kredytów, a obecnie jego spadkobiercy odzyskują w całości majątek dziadziusia. Wartość nieruchomości po wojnie na ziemiach polskich była bardzo niska. Przecież to wszystko w znacznej mierze leżało w gruzach.

Jolę Brzeską wywieźli do lasu i tam spalili. Mnie nawet nie musieliby nigdzie wywozić, wystarczyłoby podpalić drewniany domek. Wyobraźnia pracowała non stop, całą dobę. A w nocy, co przymknęłam oczy, to blask bijący od kominka stawiał mnie na równe nogi. Widziałam przerażoną twarz Joli wyłaniającą się z płomieni. Byliśmy i nadal jesteśmy wściekli. I zdumieni. Jolka z nas wszystkich była najinteligentniejsza. Jak ona się dała osaczyć, że wyszła z nimi?

20

48 Narodziny, wzlot i upadek Anteusza. W piątą rocznicę śmierci Andrzeja Leppera DR HAB. JAROSŁAW TOMASIEWICZ

61 (Nie)patriotyczna praca BARTŁOMIEJ GRUBICH

Od jakiegoś czasu coraz częściej słyszymy o patriotyzmie gospodarczym (lub ekonomicznym). W ciągu ostatnich kilku lat powstały liczne inicjatywy mające zachęcać do korzystania z usług i nabywania produktów polskich firm. Można już chyba mówić o swoistej modzie na kupowanie „naszego”. Ale czy „nasze” jest z definicji lepsze dla nas – społeczeństwa, pracowników, podatników, obywateli? W modelowej sytuacji, gdy każdy naród w imię patriotyzmu kupowałby jedynie swoje produkty i wspierał własnych przedsiębiorców, zawsze ostatecznie przegra kraj ze słabszą gospodarką, co pogłębi istniejące już różnice.

Opłaca się to wąskiej elicie – zblatowanym środowiskom prawniczym, politycznym, urzędniczym, biznesowym. Można to porównać z uwłaszczeniem nomenklatury i dawnej opozycji z lat 90. XX wieku. Dziś nie ma już państwowych fabryk, ale w domenie publicznej pozostały jeszcze kamienice, place, działki, na których stoją szkoły. To wszystko jest objęte uwłaszczeniem nowej elity.

48

Wielkomiejska lewica, która zastąpiła ideę sojuszu robotniczo-chłopskiego modnymi teoriami o „nowej klasie robotniczej” złożonej z „białych kołnierzyków”, traktowała wiejski ruch nieufnie. Gdy jednak poddamy program Samoobrony chłodnej politologicznej analizie, okazuje się, że ma on charakter klasycznie socjaldemokratyczny (tj. sprzed blairowsko-schröderowskiej transformacji). Samoobrona była czy też, mówiąc precyzyjnie, stawała się lewicą – lewicą plebejską, organicznie wyrastającą z codziennych problemów zwykłych ludzi.

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016


3

68 Dojrzałość bez pracy

81 Radykałowie po latach

RAFAŁ BAKALARCZYK

JESSE MYERSON

Polska należy do krajów z najniższym odsetkiem osób po 50. roku życia pracujących zawodowo. Przez lata wiele z nich przechodziło na wcześniejsze emerytury i renty, o których otrzymanie dziś znacznie trudniej. Obecnie coraz więcej osób starszych zasila szeregi bezrobotnych, a w dodatku bardzo trudno powrócić im w tym wieku na rynek pracy. Choć poziom zatrudnienia osób na przedpolu starości wzrósł w ostatnich latach, Polska nadal jest w tyle za unijnymi standardami. Zatrudnienie w grupie wiekowej 55–64 lat wyniosło w 2015 roku 45,8%, co jest najniższym wskaźnikiem w całej Unii Europejskiej (średnia to 50,8%).

Ruch Occupy nie zmienił jedynie debaty publicznej – on położył fundamenty pod nową erę radykalnych protestów. Po pięciu latach mówi się o Occupy jako o ruchu, który wprowadził tematykę nierówności do debaty politycznej. W konsekwencji pozwoliło to na tak bezprecedensowe wydarzenie, jak udział 74-letniego socjalisty w wyścigu o prezydenturę USA, a także zapoczątkowało nową epokę gwałtownych protestów i nieposłuszeństwa obywatelskiego. Warto przyjrzeć się uważniej temu dziedzictwu.

87 Kommune Niederkaufungen – jak się żyje w 60-osobowej wspólnocie DR KATARZYNA GAJEWSKA

77 Dlaczego Japończycy nie strajkują? HIFUMI OKUNUKI

„Strajk”. Jak się czujecie, gdy słyszycie to słowo, jakie wrażenia mu towarzyszą? Widzicie na horyzoncie krew, pot i łzy? A może wściekłą, złośliwą masę, która niszczy społeczeństwo obywatelskie? Założę się, że większość Japończyków poniżej czterdziestki nie ma ani pozytywnej, ani negatywnej opinii na temat strajkowania. Nie mają też żadnych wspomnień ani wrażeń z nim związanych – jak też żadnego pomysłu na to, czym właściwie jest strajk. A wszystko dlatego, że strajkowanie staje się w japońskim społeczeństwie coraz rzadszym widokiem. Jednak nie zawsze tak było.

Nie chcę już więcej współzawodniczyć, iść przez życie bez więzi z innymi, samemu. Nie chcę już, by moja siła, moje zdrowie i moja energia życiowa były wykorzystywane przez dominujący system. Nie chcę wychowywać się w rodzinie nuklearnej, która służy tylko regeneracji sił potrzebnych do pracy. Nie chcę konsumować i zapominać o wszystkich swoich niespełnionych marzeniach. Chcę to wszystko zmienić teraz i tutaj. Nie chcę czekać na nowe, lepsze społeczeństwo, ale już dziś przyczynić się do jego rozwoju, chcę dziś zacząć żyć – tak brzmi fragment manifestu Kommune Niederkaufungen, napisanego w 1983 roku. Ponad 30 lat temu zebrała się grupa ludzi, którzy chcieli żyć inaczej. Co wyszło z tego eksperymentu?


NOWY

BYWATEL  NR 22 (73) · ZIMA 2016

Redakcja, zespół i stali współpracownicy Remigiusz Okraska (redaktor naczelny)

SPIS TREŚCI 94 Smok a sprawa polska

Krzysztof Wołodźko (zastępca redaktora naczelnego)

DR JAN PRZYBYLSKI

Rafał Bakalarczyk, Mateusz Batelt, Joanna Duda-Gwiazda, Bartłomiej Grubich, Katarzyna Górzyńska-Herbich, dr hab. Rafał Łętocha, dr hab. Sebastian Maćkowski, Bartłomiej Mortas, Krzysztof Mroczkowski, Magdalena Okraska, dr Jan Przybylski, Marceli Sommer, Szymon Surmacz, dr Joanna Szalacha-Jarmużek, Piotr Świderek, dr hab. Jarosław Tomasiewicz, Karol Trammer, Magdalena Warszawa, Piotr Wójcik

Dokonana w 2015 roku zmiana obozu rządzącego sprawiła, że ponownie wypłynęło pytanie o rolę Chin w polskiej polityce. Na fali daleko idących oficjalnych deklaracji o współpracy pojawiły się na forum publicznym rozważania dotyczące potencjalnie strategicznego charakteru relacji z Chinami. Mogłyby one umożliwić Polsce gospodarczą i polityczną kapitalizację rozwoju dalekowschodniego giganta, a znaczną rolę odgrywałby tu projekt Nowego Jedwabnego Szlaku. Bywa on postrzegany jako szansa realizacji idée fixe „alternatywnej” polskiej polityki zagranicznej: koncepcji Międzymorza. Nie brak też jednak głosów tonujących rozbuchane nadzieje i wskazujących na ogromną nierównowagę stron takiego partnerstwa.

Rada Honorowa dr hab. Ryszard Bugaj, Jadwiga Chmielowska, prof. Mieczysław Chorąży, Piotr Ciompa, prof. Leszek Gilejko , Andrzej Gwiazda, dr Zbigniew Hałat, Grzegorz Ilka, Bogusław Kaczmarek, Jan Koziar, Marek Kryda, Bernard Margueritte, Mariusz Muskat, dr hab. Włodzimierz Pańków, dr Adam Piechowski, Zofia Romaszewska, dr Zbigniew Romaszewski , dr Adam Sandauer, dr hab. Paweł Soroka, prof. Jacek Tittenbrun, Krzysztof Wyszkowski, Marian Zagórny , Jerzy Zalewski, dr Andrzej Zybała, dr hab. Andrzej Zybertowicz Nowy Obywatel ul. Zielona 27, 90-602 Łódź, tel. 530 058 740 propozycje tekstów: redakcja@nowyobywatel.pl reklama, kolportaż: biuro@nowyobywatel.pl

nowyobywatel.pl

ISSN 2082–7644 Nakład 1400 szt. Wydawca Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” ul. Zielona 27, 90-602 Łódź Redakcja zastrzega sobie prawo skracania, zmian stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materiałów nadesłanych do druku. Materiałów niezamówionych nie zwracamy. Nie wszystkie publikowane teksty odzwierciedlają poglądy redakcji i stałych współpracowników. Przedruk materiałów z „Nowego Obywatela” dozwolony wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody redakcji, a także pod warunkiem umieszczenia pod danym artykułem informacji, że jest on przedrukiem z kwartalnika „Nowy Obywatel” (z podaniem konkretnego numeru pisma), zamieszczenia adresu naszej strony internetowej (nowyobywatel.pl) oraz przesłania na adres redakcji 2 egz. gazety z przedrukowanym tekstem. Sprzedaż „Nowy Obywatel” jest dostępny w prenumeracie zwykłej i elektronicznej (nowyobywatel.pl/prenumerata), można go również kupić w sieciach salonów prasowych Empik i RUCH oraz w sprzedaży wysyłkowej. skład, opracowanie graficzne Bartłomiej Mortas okłaDKa Bartłomiej Mortas, Remigiusz Okraska Kooperatywa.org Druk i oprawa Drukarnia READ ME w Łodzi 92–403 Łódź, Olechowska 83 druk.readme.pl

Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

106 W stronę pełnego zatrudnienia. Życie i myśl Michała Kaleckiego

z polski rodem

DR HAB. RAFAŁ ŁĘTOCHA

Nie ulega wątpliwości, że od czasów Mikołaja Kopernika nie było Polaka, który wniósłby do światowej ekonomii tak doniosły wkład jak Michał Kalecki. Zainteresowanie jego dorobkiem zdaje się w ostatnich latach rosnąć, jest odkrywany na nowo zarówno w naszym kraju, jak i poza jego granicami. Można jednocześnie powiedzieć, że ciągle nie jest dostatecznie doceniany, o czym świadczyć niezbyt powszechna świadomość, że to właśnie on głosił teorie prekursorskie wobec koncepcji Johna Maynarda Keynesa, jednego z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych ekonomistów naszych czasów.


5

116 Krajobraz ze stocku

133 Fałszywi Samarytanie wolnego handlu

OLGA DRENDA

Plakat festiwalu Jazz nad Odrą 1989 autorstwa Jacka Wolffa i Wojciecha Zawadzkiego przedstawia Wrocław w wersji wielkomiejskiej – najpewniej zgodnie z wyobrażeniem autorów o „cywilizowanym świecie”. Znakiem cywilizacji jest tu przede wszystkim wszechobecność reklam. Zderzenie z tym plakatem po niemal 30 latach przynosi wrażenia z pogranicza śmiechu i przerażenia – autorzy chyba posiedli zdolność przewidywania przyszłości, bo Wrocław i inne polskie miasta tak właśnie wyglądają. Jedyna, ale zmieniająca wszystko różnica polega na tym, że zamiast aury prestiżowej wielkomiejskości otrzymaliśmy beztroski bałagan.

122 Klasa robotnicza na ekranie telewizyjnym JACEK ŻEBROWSKI

Konfrontowały widzów z życiem klasy robotniczej i ważnymi problemami społecznymi, takimi jak aborcja, bezdomność, bezrobocie, apartheid, wojna jądrowa. Celem autora projektu było wyrwanie BBC z apatii „bezpiecznych tematów” i nadanie telewizji wigoru i ostrości, co na pewno się udało. „Gra wojenna” Petera Watkinsa, opisująca domniemane skutki ataku jądrowego na terytorium Brytanii, tak wstrząsnęła cenzorami BBC, że nie chciano się odważyć na emisję.

128 Szczęście w czasach kapitalizmu

recenzja

DR TOMASZ S. MARKIEWKA

Angielski socjolog twierdzi między innymi, że za różnymi (choć oczywiście nie wszystkimi) pomysłami uszczęśliwiania ludzi stoi próba odpowiedzi na stare kapitalistyczne pytanie: jak wycisnąć z pracowników jeszcze więcej? Liczne badania wskazują, że osoba nieszczęśliwa, pasywna i mająca skłonności do depresji jest mniej wydajna w pracy. Dlatego wielu ludzi biznesu, ale także ekonomistów i polityków, jest zainteresowanych wszelakimi projektami, które pomagają zrozumieć, na czym polega szczęście – czy też ogólniej: dobre samopoczucie – i jak można je kontrolować.

recenzja

PIOTR WÓJCIK

Można powiedzieć, że „Źli Samarytanie” ukazują się w Polsce w idealnym momencie. Ta być może najcelniejsza kompleksowa analiza globalnej polityki wolnego rynku pojawia się nad Wisłą w czasie finalizowania dwóch wielkich umów handlowych: TTIP i CETA. To przede wszystkim pełen polotu traktat krytykujący wolny handel i politykę pełnego otwarcia gospodarki, czyli dwie rzeczy żarliwie zalecane przez wszystkich tytułowych Samarytan z MFW, Banku Światowego oraz globalistycznych elit krajów rozwiniętych. A przy okazji są to dwa zalecenia, które Polska przyjęła niemal w pełni i od ręki po przełomie 1989 roku.


6

Oskarżam!

z Ewą Andruszkiewicz

rozmawia Krzysztof Wołodźko

–– Przypomnijmy Pani sprawę: w 2004 roku kamienica, w której Pani mieszkała, trafiła w ręce dawnego właściciela Jerzego Sułowskiego. Została Pani eksmitowana. Teraz mieszka Pani w domku w lesie kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Ale na tym nie koniec – wytoczono Pani proces o odszkodowanie za zajmowanie lokalu w kamienicy bez stosownej umowy. Rzekomo jest Pani winna właścicielom tej kamienicy 100 tys. złotych. Wśród tych osób jest gwiazdeczka z TVN Małgorzata Ohme. –– Ewa Andruszkiewicz: Własność odzyskiwał Jerzy Sułowski w imieniu własnym oraz brata, który mieszka w Kanadzie. W tej chwili prowadzone jest dochodzenie w sprawie zwrotu. Na moją prośbę sprawdzała to już policja, ale nie chciano mi nic powiedzieć,

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

poza tym, że były tam nieprawidłowości, ale uległy przedawnieniu. Nie wiem, jak to obecne władze potraktują – czy były przedawnienia w rozdawnictwie nieruchomości, czy też nie. Nie wiem, czy bratu pana Sułowskiego przysługiwało odszkodowanie w ramach umowy indemnizacyjnej (odszkodowawczej). Polska podpisała tę umowę z Kanadą w 1972 roku, to ostatnia umowa tego typu z wówczas podpisanych. Nie wiem, czy ten pan wyjechał z Polski do Kanady przed czy po 1972 roku – jeżeli po, to nic mu się już nie należało. W  każdym razie ten człowiek udzielił pełnomocnictwa w sprawach nieruchomości swojemu bratu Jerzemu, mieszkającemu w Warszawie. Ten z kolei dał pełnomocnictwo „mecenasowi” Krzysztofowi


7

an dru szkie wicz Ewa Andruszkiewicz – emerytowana dziennikarka. Zajmowała się reportażem społecznym w nieistniejącym już „Słowie Powszechnym”,  „Rzeczpospolitej”, polskiej edycji „Elle”. Fascynuje się życiem zwierząt, wiedzę o nich upowszechniała w „Super Expressie” i „Focusie”. Od 2005 roku nie jest w stanie myśleć o niczym innym niż reprywatyzacja, którą boleśnie odczuła na własnej skórze. Pisze książkę o tym, co przeżyły razem z Jolantą Brzeską i innymi osobami skupionymi wokół Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

–– A kto występował przeciw Pani w sądzie? –– Był to człowiek dobrze znany w  świecie warszawskiej reprywatyzacji. Przedstawiający się jako książę, mecenas Hubert Massalski – to on reprezentował powoda w sprawie. W październiku 2015 roku doprowadziłam do tego, że policja przesłuchała wreszcie mojego przeciwnika

–– To nie był on? –– Nie, to była podstawiona osoba. Przedstawiłam policji rysopis. A pan Sułowski, ten prawdziwy, nie leżał wcale na OIOM-ie, lecz w Klinice Chorób Wewnętrznych Nadciśnienia Tętniczego i Angiologii. Wyglądał kwitnąco. Policja go później przesłuchała beze mnie, bo odpuściłam, przekazałam jedynie swoje pytania,

Fot. Krzysztof Wołodźko

Ćwiekowi. To człowiek dobrze znany w Warszawie z przejmowania nieruchomości, nie jest żadnym mecenasem, prowadzi agencję nieruchomości i handluje mieszkaniami. Ale w tej sprawie występował jako „mecenas”. Zresztą Ćwiek pojawił się również w sprawie odzyskiwania kamienicy na Nowym Świecie 24, ale wówczas w charakterze adwokata na sali sądowej.

procesowego, Jerzego Sułowskiego. Okazało się, że on w ogóle nie wie, że mi wytaczał procesy, nie ma wobec mnie żadnych roszczeń, nic nie wie o mojej sytuacji. A w Garwolinie toczy się postępowanie egzekucyjne i jest wyznaczony termin licytacji mojego domku w lesie, do którego się przeprowadziłam, gdy wyrzucono mnie z mieszkania w Warszawie z wyrokiem o treści: eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Z przesłuchania wynikało, że Sułowski właściwie nie zna swoich pełnomocników, być może znał Massalskiego. Policjanci źle go przesłuchiwali. Sułowski unikał spotkania ze mną. Znalazłam go wreszcie w szpitalu: miał przyjść na przesłuchanie, ale nie przyszedł. Policjant zadzwonił do jego żony, a ta mówi, że mąż leży po zawale na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu na Banacha. Nie wytrzymałam, pojechałam tam. I teraz najciekawsze: w 2005 roku byłam na kawie z człowiekiem, który przedstawił mi się jako Jerzy Sułowski. To człowiek, który sprzedał wszystkie odzyskane lokale w kamienicy, gdzie mieszkałam. Ale w szpitalu nie leżał ten sam człowiek.


8

które źle zadawali. Ale i tak wyszło, że on nie zna swoich pełnomocników, że nigdy nie był w  notariacie, a  powstało ponad dwadzieścia aktów notarialnych, w których pani notariusz pisze, że stawił się osobiście. Kto się stawił? Nie mam pojęcia – to wszystko jest nadal zagadką. Ale egzekucja komornicza mojego majątku trwa… –– Lokum, w którym mieszkała Pani w Warszawie, było w dyspozycji miasta. ––Tak. A przed wojną zostało sprzedane przez pierwotnego właściciela, zadłużonego w Banku Gospodarstwa Krajowego. Pod tym adresem odzyskano trzy mieszkania. –– Od razu podniesiono Pani czynsz? ––Tak, zresztą niezgodnie z  prawem. Byłam jedyną osobą, która płaciła ten podniesiony czynsz. To nie było duże mieszkanie, niecałe 50 metrów kwadratowych. Nie należałam nigdy do ubogich. Całe życie byłam dziennikarką, pochodzę z  dziennikarskiej rodziny. Mój mąż również był dziennikarzem, miał dobre zarobki jako kierownik działu w najpopularniejszym wówczas tytule prasowym. Kupienie tego mieszkania nie byłoby dla nas problemem. Ale nie dopięliśmy tej sprawy, brakowało a to czasu, a to jakichś dokumentów. Walka z handlarzami roszczeń i czyścicielami kamienic często dotyczyła ludzi ubogich, ledwo wiążących koniec z końcem, ale też z reguły uczciwych, którzy całe życie ciężko przepracowali. To były równocześnie osoby stare – byłam jedną z ostatnich, które podpisały umowę najmu w lokalach sprzed 1945 roku. Zdążyłam się zestarzeć do nowych wspaniałych czasów, a ci, którzy mieszkali w takich lokalach po 50–60 lat, byli jeszcze starsi ode mnie i zastało ich to w momencie, gdy nie mieli już żadnego wyjścia, żadnych perspektyw. Jeżeli sądy orzekały „eksmisję bez prawa do lokalu socjalnego” – tak jak było w przypadku Joli Brzeskiej, która miała niewielką emeryturę i bodajże o 40 złotych przekroczyła limit ustalony dla wrażliwego lokatora – to gdzie się taki człowiek mógł podziać? To po prostu był dramat dla wielu ludzi i sporo osób tego nie przeżyło. Miałam wewnętrzną pewność, że dzieje mi się straszna krzywda, na którą nie zasłużyłam, ale było mnie stać, żeby płacić podwyższony czynsz. Oni mi go jeszcze dwukrotnie podnosili – płaciłam. W związku z tym mieli problem – żeby wyrzucić, trzeba udowodnić, że dana osoba jest zadłużona. –– A chcieli Panią wyrzucić? Im nie zależało na moim czynszu. Chcieli mnie wygnać, zależało im na mieszkaniu. To kolejny skandal, za który odpowiadają nasi ustawodawcy. Otóż

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

osoby odzyskujące budynki są zwolnione z wszystkich opłat. Gdy zwykły człowiek uzyskuje w wyniku spadkobrania jakąkolwiek nieruchomość, to jeśli ją sprzeda w ciągu pięciu lat kalendarzowych, płaci 19 proc. podatku. Oni byli z tego zwolnieni, ponieważ – zgodnie z logiką ustawodawcy – zachowana została ciągłość własności. Widzi pan, co się dzieje? Nie płacą podatku od spadku, nie płacili podatku od sprzedaży – wystarczy „odzyskać” wiele lokali, sprzedać je dalej – co za zysk! Zależało im, żeby jak najszybciej sprzedać te mieszkania. U mnie to były bardzo okazyjne transakcje: moje lokum zostało sprzedane za 250 tys. zł, choć było warte 400–450 tys. złotych. Inne mieszkanie, 110 metrów kwadratowych, sprzedali za 450 tys. zł. Tak niskich cen na rynku nie było – chodziło o to, żeby te lokale upłynnić. W ten sposób „uwiarygodniano” takie mieszkania – bo nawet jeżeli z daleka widać, że zostało ono kupione w złej wierze, to ten problem jakoś się rozmywa. –– A co z lokatorami z dwóch pozostałych mieszkań? –– Lokatorzy z mieszkania na górze to byli dziwni ludzie, którzy za punkt honoru stawiali sobie za nic nie płacić. Dobrze na tym wyszli, bo dostali od nowych właścicieli 60 tys. złotych, żeby tylko się wynieśli. Co do mieszkania na dole, to z nim się wiąże wręcz odwrotna, dramatyczna historia. Ojciec kobiety, która tam mieszkała, kupił je przed wojną od ówczesnego właściciela, Stefana Sułowskiego, ojczyma Jerzego Sułowskiego i jego kanadyjskiego brata. Ze względu na to, że na kamienicy ciążył dług, operacja została przeprowadzona „na lewo”, nie mogła zostać wpisana do hipoteki, gdyż rękę na pieniądzach od razu położyłby bank. Prawdopodobnie powstał jakiś akt notarialny, ponieważ nikt na gębę nie kupuje stu metrów mieszkania. Ta pani całe życie tam mieszkała przeświadczona, że jest u siebie. Nie wykupiła tego mieszkania po raz drugi. Mecenas Ćwiek od razu zabrał się za nią i jej męża: małżeństwo otrzymało ofertę, że jeśli się szybko wyprowadzi, to nowy właściciel nie podniesie czynszu i wypłaci im 75 tys. zł. Przystali na to. Ale ta kobieta tego nie przeżyła, umarła na serce, nie mogła uwierzyć, że to wszystko jest możliwe. Pamiętała, jak szła z matką, odprowadzały ojca, który jechał na dworzec z walizką pieniędzy. –– Czy szukała Pani wówczas wsparcia w instytucjach publicznych? Albo wśród ludzi, którzy mieli podobne problemy? –– Nie znałam wówczas takich osób. Z ruchem lokatorskim zetknęłam się dopiero w styczniu 2008 roku. Najpierw pisałam do prokuratur. Pierwsze zawiadomienie było o kradzieży księgi wieczystej z sądu w alei Solidarności – ale sprawa została umorzona.


9

Manifestacja 1 września 2011 roku, pół roku po morderstwie Joli Brzeskiej. Domagano się wtedy od Andrzeja Seremeta objęcia nadzorem śledztwa w sprawie zabójstwa. Fot. z archiwum Ewy Andruszkiewicz

Gdy zapytałam, dlaczego, odpowiedziano mi, że nie jestem stroną w sprawie i nie przysługuje mi żadna odpowiedź. Nie znałam wtedy jeszcze swoich praw. Na dobre zaczęłam się tym wszystkim interesować właśnie w styczniu 2008 roku, gdy zjawił się w moim życiu książę mecenas Hubert Massalski, który zatelefonował pewnego ranka i przedstawił się jako pełnomocnik mojego ówczesnego sąsiada Piotra Porębskiego, fotografa celebrytów. Stwierdził, że podjął się mediacji między nami. –– A skąd ta gorąca potrzeba mediacji ze strony księcia mecenasa? –– Sprawdziłam już wcześniej w hipotece, jakie ruchy są wykonywane w  obrębie tej nieruchomości. Odkryłam, że jest wpis w dziale trzecim – ktoś podpisał przedwstępny akt kupna-sprzedaży mojego mieszkania. Znajomy adwokat ustalił, że to mój sąsiad podpisał ten akt notarialny. Gdy zadzwonił Massalski, powiedziałam, że nie wyświetlił mi się jego numer, poprosiłam o podyktowanie go, powtórzenie imienia i nazwiska. Dużą część pracy zawodowej poświęciłam na pisanie reportaży interwencyjnych – od razu siadłam do komputera i zaczęłam wyszukiwać informacje na temat mecenasa. Wtedy znalazłam opis próby włamania do mieszkania Joli Brzeskiej. Gdy zobaczyłam adres, Nabielaka 9, to wpadłam w  panikę i  bez śniadania tam

pobiegłam, żeby powiedzieć, że mam do czynienia z tymi samymi ludźmi. Joli, której wtedy jeszcze nie znałam, nie było. Ale drzwi faktycznie zostały opalone. W końcu znalazłam numer telefonu stacjonarnego do niej, przechodziła wtedy ciężki czas, to było zaraz po śmierci jej męża, Kazimierza. I to Jola zaprosiła mnie na spotkanie ruchu lokatorskiego. Wówczas ja także byłam już sama, mój mąż zmarł wcześniej na raka mózgu. Sądzę, że cała ta sytuacja też się do tego przyczyniła, to był szok dla mężczyzny w wieku przedemerytalnym, całe życie ciężko pracującego, że nie zagwarantował swojej rodzinie dachu nad głową. –– Zakładam, że nowi właściciele nie ustawali w wysiłkach, aby również Pani pozbyć się z mieszkania. –– Dowiedziałam się, że nie odprowadzili ani złotówki z opłat, które wnosiłam na poczet ogrzewania, wody itd. To mieszkanie było w ten sposób zadłużone na 6,5 tys. zł. Poszłam do administracji wyjaśnić tę sprawę i dowiedziałam się, że mecenas Massalski twierdzi, że nie płacę. Powiedziałam, że owszem, co miesiąc płacę tysiąc złotych. Byli w szoku, bo to była dwukrotność tego, co płaciła moja sąsiadka z dołu, która miała takie samo metrażowo mieszkanie i zdążyła je już wykupić. Dowiedziałam się przy okazji, że co roku mam ponad dwa tysiące złotych nadpłat za media. Także


10

dlatego, że od czasu, gdy przyszedł do mnie mecenas Ćwiek i zamiast „dzień dobry” stwierdził: „Pani mieszka w cudzym mieszkaniu”, wolałam żyć w domku poza Warszawą. Poza tym coraz bardziej się bałam. W każdym razie napisałam do właściciela dwa listy z prośbą o rozliczenie mediów, począwszy od 2004 roku. Napisałam trzeci list z  informacją, że jeżeli znów mnie zlekceważy, to uznam to za zgodę na samodzielne rozliczenie tych spraw. Przestałam płacić, w sumie trwało to cztery miesiące. Wtedy dostałam rozwiązanie umowy najmu od… mojego sąsiada, Piotra Porębskiego, który poczuł się w prawie, rozwiązał cudzą umowę najmu i wytoczył mi proces o eksmisję. Gdy się wyprowadzałam w 2010 roku, on nadal nie był właścicielem, a mimo to przyszedł z komornikiem odebrać mieszkanie, chociaż jasno zadeklarowałam, że klucze oddam dobrowolnie – właścicielowi, do rąk własnych, nikomu innemu. Ale komornik przyszedł z Porębskim, a ten – ze ślusarzem. Stałam z kluczami, a ślusarz zmieniał zamek. –– Wówczas miała już Pani kontakt z ruchem lokatorskim. ––Tak, w 2008 roku byłam na pierwszym spotkaniu wypędzonych lokatorów. Dowiedziałam się, że jest więcej osób, w których życiu zjawił się Hubert Massalski. To było Krakowskie Przedmieście 35, Dahlberga 5, Jola z Nabielaka 9. Później pojawili się jeszcze państwo Święciccy, którzy mieszkali na Francuskiej 30. Wcześniej Jola od Marka Mossakowskiego, który był bardzo blisko zaprzyjaźniony z Massalskim, dostała ofertę, że ten da jej mieszkanie na Otwockiej. Zaczęliśmy zbierać dane, zgromadziliśmy kilkanaście adresów. Próbowaliśmy zainteresować różne organy władzy. W kwietniu 2008 roku napisaliśmy do Prokuratury Okręgowej w Warszawie doniesienie o zorganizowanej grupie przestępczej, która w dziwny sposób wchodzi w  posiadanie nieruchomości w  stolicy i  prześladuje mieszkańców. Prokuratura Okręgowa skierowała sprawę na Mokotów, policja przesłuchiwała mnie i Jolę. Gdy mieli wezwać kolejne osoby, dowiedzieli się, że Dahlberga to nie jest jednak Mokotów, ale Wola – i z przyjemnością to tam wysłali. Na Woli najpierw wysłano wezwania do wszystkich osób, które wskazaliśmy, ale nikt nie przyszedł, więc prokurator sprawę umorzył – wezwani nie potwierdzili, że są zorganizowaną grupą przestępczą… –– To zaskakujące. –– Wówczas złożyliśmy zażalenie na postanowienie prokuratury. Odbyła się sprawa, młodziutka pani sędzia po przesłuchaniu Joli Brzeskiej stwierdziła, że przestępstwo może dotyczyć mienia o  tak dużej wartości, że sąd rejonowy nie jest władny, aby

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

rozstrzygać o takiej skali przestępstwa i skierowała to do sądu okręgowego w Warszawie, też do wydziału karnego. Czekaliśmy rok, zanim sprawa się odbyła. W międzyczasie, w 2009 roku, udało się przesłuchać Jerzego Sułowskiego, Marka Mossakowskiego i Przemysława Jaszke. Sąd orzekł, że prokuratura miała rację, umarzając sprawę. Uzasadnienie było bardzo długie, sędzina dostała je przed wejściem na salę, popijała wodę i aż się krztusiła, gdy to czytała. Na koniec powiedziała nam: „proszę państwa, ci ludzie są fachowcami i mają na swoje usługi fachowców, wy też musicie zatrudnić fachowców, którzy wam pomogą”. Uważam, że gdyby prokuratura okręgowa w 2008 roku na serio zajęła się naszym doniesieniem, to Jola Brzeska by żyła. To jest moje oskarżenie – uważam, że są współwinni temu, co się stało. –– Cóż, z jednej strony inercja instytucji (to w wersji optymistycznej), z drugiej – przedsiębiorczy ludzie, którzy „mają odwagę się bogacić”. ––W  pewnym momencie zaczęłam liczyć: jest pan Sułowski i ktoś, kto prawdopodobnie się pod niego podszywał, jest pan Ćwiek, jest pan Massalski, jest wynajęta do zarządzania moim mieszkaniem pani Grażyna Wójcik, która koło Joli Brzeskiej wynajmuje biuro, jakby pilnowała zdobyczy Mossakowskiego, jest pani notariusz, która firmuje dziwne umowy notarialne. Pan wybaczy: pierniczą się ze mną przez pięć lat, z upierdliwą staruszką-emerytką, i zarabiają 250 tysięcy na sprzedaży mieszkania? Po 50 tys. złotych na głowę? 10 tysięcy złotych rocznie na łebka? To co to jest za biznes? I wtedy przyszła mi myśl: oni mają jakiś inny interes w pozbywaniu się ludzi z przejętych domów. Niby odzyskali 1/3 nieruchomości, ale co z resztą? Co z mieszkaniami, które gmina sprzedała lokatorom? Przecież w myśl świętego prawa własności też powinny im się należeć. Zaczęłam pytać, czy przypadkiem nie dostają odszkodowań za te utracone na zawsze lokale, a jeśli tak, to w jakiej wysokości. Ludzie pukali się w głowy, że bzdury opowiadam. –– Dziś to już tajemnica poliszynela. –– Długo po tym, jak zamordowano Jolę Brzeską, zadzwoniła do mnie Małgorzata Zubik z lokalnej „Gazety Wyborczej”. Chciała opisać moją sprawę. Akurat trwał proces, który mi wytoczono o odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu (gdy sąsiad rozwiązał ze mną umowę, to przez jakiś czas zajmowałam to lokum bezumownie). Powiedziałam do niej: „Nie chcę, żeby pani o tym pisała, niech pani napisze o czymś innym. Przecież my jesteśmy świetną zasłoną dymną dla prawdziwego draństwa”. Ona zapytała: „O czym pani mówi?”. No i tłumaczyłam jej,


11

że wypędzonym lokatorom zabierany jest dobytek – przecież w substancję mieszkaniową inwestowaliśmy latami. W tym mieszkaniu, w którym żyłam, wszystko było moje: instalacje, kable, kaloryfery, rury w ścianach, które montowałam, armatura łazienkowa. I nikt z nami tego nie rozlicza, bo mamy oddać mieszkanie w takim stanie, w jakim ono było, gdy zapadła decyzja zwrotowa. Mówiłam Zubik, że prawdziwy interes polega na odszkodowaniach. Nie uwierzyła niestety. Minęły dwa tygodnie. W „Stołecznej” ukazał się jej wywiad z mecenasem Janem Stachurą, który opowiadał, że był dekret Bieruta, że się należą odszkodowania, że są zwroty w naturze. Zubik go spytała, czy kiedyś odzyskał jakieś pieniądze za takie sprzedane mieszkania. A on mówi, że wyjął z takiej kamienicy kilkanaście milionów złotych. Podobnie skrywana była wiedza o  umowach indemnizacyjnych (odszkodowawczych). Myśmy z Jolą Brzeską wiedziały o  tym w  2009 roku dzięki młodym ludziom. Ich rodzice mieszkali w  zwróconej kamienicy, więc wiedzieli, że przed wojną należała ona do osób, które wyjechały do Stanów Zjednoczonych. W pewnym momencie pojawili się osobnicy

przedstawiający się jako następcy prawni – odkupili roszczenia. Nasi rozmówcy, zresztą pracownicy korporacji, zaczęli drążyć temat i na amerykańskich stronach rządowych znaleźli informacje o tym, że Polska podpisała ze Stanami Zjednoczonymi umowę indemnizacyjną. Pamiętam, że mieliśmy na ulicy Przemysłowej spotkania, które nazywały się Strona Społeczna. Przyszli ci młodzi ludzie i opowiedzieli nam o tym, mówili o ogromnych pieniądzach, które Polska wypłaciła w ramach odszkodowań indemnizacyjnych. Nie wiedziałyśmy, że z  innymi krajami również podpisano takie umowy. Drążyłyśmy z Jolką temat, pisałyśmy pisma do władz. Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiedziało, że nie ma żadnej wiedzy na ten temat. I tyle. –– To była cała wiedza, którą państwo polskie podzieliło się z wami na ten newralgiczny temat? ––W 2005 roku ustawą powołano do życia Prokuratorię Generalną, wzorowaną na tej przedwojennej, utworzonej przez Piłsudskiego. Jej zadaniem jest troska o interesy Skarbu Państwa. Pamiętam, że w tamtym czasie przeczytałam w „Rzeczpospolitej” wywiad

Rok po śmierci Joli Brzeskiej, marzec 2012. Protestujący domagają się zaprzestania dzikiej reprywatyzacji. Fot. z archiwum Ewy Andruszkiewicz


12

Marzec 2013. Protestujący przed gmachem Prokuratury Generalnej domagają się sprawiedliwości i wyjaśnienia sprawy śmierci Joli Brzeskiej. Fot. z archiwum Ewy Andruszkiewicz

z człowiekiem, który tworzył tę instytucję na nowo. Zaczęliśmy na ten temat rozmawiać w stowarzyszeniu, że może to właściwy adres, że może tam powinniśmy się udać. Mieliśmy przecież adresy kilkunastu nieruchomości odzyskanych przez tych samych ludzi. A skoro te nieruchomości są własnością Skarbu Państwa, to może Prokuratoria się tym zainteresuje. Któraś z nas była tam – nikt nie chciał rozmawiać. –– Dlaczego? ––Tłumaczono, że to podlega bezpośrednio Ministrowi Skarbu, którym był wtedy Aleksander Grad. Napisałyśmy z Jolką pismo do niego, z prośbą o skierowanie sprawy do Prokuratorii Generalnej jako instytucji, której urzędnicy mają status prokuratorów i badają wszelkie sprawy związane z interesami Skarbu Państwa. Minister Grad nie odpowiedział nam przez dwa miesiące, więc Piotr Ciszewski wysłał ponaglenie. I znów – cisza przez dwa miesiące. Piotr usiadł i napisał pismo do Grzegorza Schetyny, wówczas Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Dostaliśmy w dwa tygodnie odpowiedź, że minister Grad ustawowo ma 30 dni na udzielenie nam odpowiedzi. Dołączyliśmy to pismo od Schetyny i znów wysłaliśmy list do Grada. Do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi. Mam podejrzenie, że nad tym wszystkim był rozłożony rządowy parasol ochronny, parasol politycznego establishmentu. A pod nim, co dziś już widać choćby z  warszawskiej mapy reprywatyzacyjnej, było całe mnóstwo powiązanych ze sobą ludzi.

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

–– Porozmawiajmy jeszcze o pierwszych latach stołecznego ruchu lokatorskiego. Jak je Pani wspomina? –– Rozmawiałam o tym niedawno z Janem Śpiewakiem. Mówiłam mu: wy wszyscy, którzy dziś zajmujecie się aferą reprywatyzacyjną, jesteście dziećmi Joli Brzeskiej. Na pewno ważnym momentem była próba włamania do mieszkania Brzeskich, podjęta przez Mossakowskiego i Massalskiego i ich bandę w lipcu 2007 roku. Kazimierz Brzeski, mąż Joli, bardzo to przeżył i postanowił coś z tym zrobić. Zaczął studiować przepisy dotyczące organizacji pozarządowych, żeby stworzyć stowarzyszenie, do którego mogliby przychodzić wypędzani lokatorzy. Poznał grupę anarchosyndykalistów i socjalistów, był w tym gronie Piotr Ciszewski, do dziś prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, był tam Andrzej Smosarski. Kazimierz spostrzegł, że lokatorzy, którzy sami borykają się z bandytami wchodzącymi z buciorami do naszych domów i mówiącymi, że mieszkamy w cudzych mieszkaniach, nie mogą reprezentować swoich interesów. Także dlatego, że są niewiarygodni, gdy mówią o własnych problemach. Potrzebny był ktoś, kto sam nie ma podobnych kłopotów, ale widzi, że ludziom dzieje się straszna krzywda i jest gotów ich reprezentować. Tak powstało WSL, które zarejestrowało się w 2007 roku. Później zaczęły się tworzyć inne ruchy. Piotr Ikonowicz, który jest świetnym mówcą i  ma za sobą przeszłość parlamentarną, otworzył Kancelarię


13

Sprawiedliwości Społecznej. Później powstał Komitet Obrony Lokatorów, a po zabójstwie Joli włączył się Kolektyw Syrena, oni to strasznie przeżyli. Syrena w większym stopniu kładzie nacisk na problemy systemu polskiego mieszkalnictwa. Powiedzmy też sobie szczerze, choć bez żalu do nikogo: dużo ludzi przez te wszystkie lata przychodziło do ruchu lokatorskiego po doraźną pomoc – ale znikali, gdy ją otrzymali. Tym bardziej znikali, gdy jej nie otrzymywali. –– Pisaliście w tamtych latach do Rzecznika Praw Obywatela w sprawie wypędzonych lokatorów? –– O! Wymieniłam obszerną korespondencję jeszcze z Januszem Kochanowskim, tym RPO, który zginął w Smoleńsku. W końcu „wypowiedziałam mu pracę”, żeby broń boże nigdy nie występował w moim imieniu. A zaczęło się niewinnie. Napisałam do niego, podpierając się tym, że dzierżawcy mają prawo pierwokupu – chodzi o ochronę ich interesów. Uznałam, że sprawiedliwiej byłoby, gdybyśmy jako długoletni najemcy, wywiązujący się ze swoich zobowiązań, mieli to prawo. Rzecznik Kochanowski odpowiedział, powołując się na Konstytucję, że jest święte prawo własności i że to ograniczałoby prawa właścicieli do swobodnego dysponowania nieruchomością. Później była prof. Ewa Lipowicz, która rozpoczęła urzędowanie od złożenia deklaracji podczas zaprzysiężenia w Sejmie, że będzie chciała pomagać przede wszystkim ludziom starszym, którzy są źle traktowani przez polskie prawo i nie ma żadnego programu ich aktywizacji. Ja w to wszystko, jak idiotka, uwierzyłam. Śmialiśmy się później, że gdy przychodzi taki Mossakowski do naszych domów i mówi „wynocha z mojego mieszkania!”, to nie ma lepszego programu aktywizacji. Staruszki dostają takiego napędu... [śmiech]. Pisałam do prof. Lipowicz, gdy już mój wyrok o eksmisji był prawomocny. Dostawałam odpowiedzi, że absolutnie nic mi się nie należy, wszystko jest zgodnie z prawem. Pisałam o pomoc w kasacji mojego wyroku zarówno do RPO, jak i do ówczesnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, który odpowiedział mi, że nie są władni. Nieprawda, dwie osoby w Polsce mają takie uprawnienia: RPO i prokurator generalny. Odnoszę wrażenie, że Adam Bodnar jest pierwszym RPO, który w ogóle zainteresował się tą sprawą, ale ja już nie mam siły się do niego zwracać. –– To brak nadziei? –– Wie pan, jakie to są potężne emocje? A przecież nie dotyczą tylko mnie. Byłam eksmitowana jako samotna osoba. Mój syn mieszka w Anglii, przyjechał trochę wcześniej, pomógł mi likwidować to mieszkanie. Rozmontowywał coś w  swoim pokoju, poszłam pakować rzeczy z kuchni, nagle poczułam, że

u niego panuje wielka cisza. Poszłam tam – płakał przy biurku, drżały mu plecy. Powiedziałam mu: nie rozklejaj się, bierz młotek i łom, do roboty! A on, że całe jego życie jest w tym pokoju. To było strasznie smutne [milczenie]. Zadzwoniłam wtedy do Piotra Ikonowicza z pytaniem, czy pomoże: nigdy nie byłam eksmitowana, nie wiedziałam, jak to wygląda, nie wiedziałam, jak się zachowa komornik – sprawiał miłe wrażenie, ale nigdy nie wiadomo. Chciałam, żeby ktoś obok mnie był. Piotr zapytał, czy chcę blokady eksmisji. Powiedziałam, że absolutnie nie! Skoro mam eksmisję wyznaczoną na 15 września i zrobimy blokadę, to komornik przyjdzie za dwa tygodnie z ekipą antyterrorystyczną. Tylko koszty będę miała większe, bo jeszcze za tę brygadę będę musiała zapłacić. Piotr jednak nie znalazł czasu, ale był ze mną Janusz Baranek z WSL, któremu zawsze będę za to wdzięczna. Wiedziałam, że musi być ze mną jakiś facet i faktycznie, bronił mnie jak lew. Byłam przekonana o swojej niewinności, o tym, że jestem ofiarą oszustwa. Nie mogłam się załamać – musiałam dalej walczyć. Ale byliśmy całkowicie bezradni i nikt z reprezentantów państwa polskiego nam nie pomógł. –– Mam silne wrażenie, prowadząc tę rozmowę, że tym, co Panią odróżnia od wielu wyrzuconych lokatorów, jest zdolność opisania tej sprawy. I że to jest bardzo ważne, bo umożliwia Pani zabranie głosu, wyartykułowania swoich racji, nagłośnienie ich – dobitne, ale też bardzo racjonalne. –...umiejętność – pisania, to też bardzo ważne. Wczoraj ponownie rozmawiałam z kobietą, która dwa miesiące temu została zmuszona do opuszczenia kamienicy należącej przed wojną do państwa Pahlów. Witold Pahl to nowy wiceprezydent Warszawy. Hanna Gronkiewicz-Waltz, ogłaszając tę nominację, stwierdziła, że to człowiek, który nie ma nic wspólnego z reprywatyzacją, bo pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego. Dziesięć minut po tym, jak pani prezydent wystąpiła w  telewizji, miałam telefon od kobiety, która mi mówi: „właśnie wyleciałam z kamienicy, która należała do rodziny Pahlów, oni pochodzili z Włocławka, to jest ta rodzina. Sama oddałam klucze do mieszkania, bo bałam się komornika”. Pytam ją, kto to odzyskał: Pahl? Spadkobiercy? Następcy prawni? Ona mówi, że nie wie. Poradziłam jej, żeby napisała do prokuratury, zgłosiła sprawę. Zmartwiła się, że nie umie tego napisać, zrezygnowała, choć obiecałam jej, że to zredaguję. Minęły dwa miesiące – nie napisała. Takich osób było i jest wiele. Wielu ludzi nie tylko nie umiało napisać listu do urzędników. Wstydzili się też komorników. Przecież dla zwykłego człowieka, który uczciwie się prowadzi całe życie, nie robi machlojek, nie żyje z przekrętów, wizyta komornika to wielki lęk.


14

Ja się nie pierniczyłam. Pisałam do wszystkich: trzech prezydentów Polski – Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego, Komorowskiego, trzech albo czterech ministrów sprawiedliwości. Napisałam do premiera Donalda Tuska, który mnie odesłał do Ministerstwa Pracy, żebym tam szukała pomocy społecznej. A ja już byłam na emeryturze i nie interesowało mnie ministerstwo pracy, a pomocy społecznej nigdy nie potrzebowałam i mam nadzieję, że nigdy nie będę potrzebowała. –– Ale i Panią ekipa od odzyskiwania kamienic wydrenowała z majątku... –– Mówiłam o komornikach i wstydzie. Wie pan, w jaki sposób odbierano nam godność? Między innymi przez generowanie strasznych długów – w  różny sposób. Najczęściej prowadziło do nich rozwiązanie umowy najmu komunalnego: z kilkuset złotych czynsze rosły do trzech tysięcy. Mossakowski już w 2008 roku na Krakowskim Przedmieściu liczył sto złotych za metr kwadratowy w ramach czynszu. Poza tym to było tak obliczone, żeby nasze długi przechodziły na nasze dzieci i chyba nawet wnuki. Mój syn, który nigdy nie mieszkał u  żadnych panów Sułowskich, był na wszystkich ogłoszeniach wyroków, bo odpowiada ze mną solidarnie za długi. Straszną o  to prowadziłam wojnę: udowodniłam w sądzie, że to roszczenie, które mają wobec mnie – tj. odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu przez półtora roku, bo sąsiad, który nie był stroną mojej umowy, według sądu rozwiązał ją skutecznie – nie może obejmować mojego syna, który w 2006 roku na stałe wyjechał do Anglii: miałam na to dokumenty z jego uczelni, wyciągi bankowe, ponieważ dostał kredyt na studia, przyznawany osobom, które jakiś czas już tam przebywają. Lecz sąd stwierdził, że on, owszem, mieszkał w Anglii, ale na Dąbrowskiego 18 w Warszawie było centrum jego aktywności życiowej… To samo było przecież z córką Joli Brzeskiej. Mossakowski ciągał ją po sądach ze trzy lata po tym, jak zamordowano jej matkę; udowadniał, że ona jest mu winna bodajże 80 tys. złotych. –– Chodziła Pani na te jej procesy? –– Zasada była taka, że uczestniczymy nie tylko w swoich procesach, ale też w rozprawach innych osób. Po pierwsze po to, żeby dodawać sobie nawzajem otuchy, po drugie, żeby uczyć się obyczajów panujących na sali sądowej. Przecież myśmy nigdy w życiu nie chodzili po sądach. Nagle okazało się, że chodzimy tam jak do pracy. I trzecia rzecz: chodziliśmy tam, żeby patrzeć sądowi na ręce. Kiedyś sędzina spytała Jolę Brzeską: „Państwo się przyjaźnicie ze sobą, chyba się długo znacie?”. A Jolka jej na to, że nie, że poznaliśmy się, bo mamy

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

wspólnych przeciwników. Coś jest na rzeczy – wiele przyjaźni powstało dzięki tym łajdakom. –– A jak się skończyła sprawa z długami i synem? ––Wspomniałam już, że pisałam sporo listów. No to napisałam do Anny Komorowskiej – rozpaczliwy list zdesperowanej matki. Trochę w stylu naiwnej idiotki: że od lat walczę z mafią, a to jest tak silna mafia, że nawet jej mąż nie dałby rady. Napisałam, że szukam zrozumienia u kobiety, która jest dla mnie ideałem Matki Polki. Że dopóki walczyłam sama, to walczyłam na własny rachunek. Ale teraz zabierają się za moje dziecko. A ja jestem matka-kocica i oczy wydrapię. I oświadczam, że jeżeli zbliżą się na odległość strzału – to było bardzo wyważone przeze mnie ze względu na upodobania myśliwskie męża adresatki [śmiech] – to zabiję. Dostałam odpowiedź z  Kancelarii Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, że skierowali sprawę bodajże do prokuratora


15

Gdy teraz to opowiadam (piszę też książkę na ten temat), to mimowolnie się śmieję, żeby to wszystko jakoś odreagować. Nawet mój adwokat przeszedł na ich stronę – dziś występuje jako pełnomocnik tych, którzy odzyskują kamienice. Zresztą przyszedł do mnie i uczciwie powiedział: „Pani Ewo, ja już nie mogę pani bronić”.

Manifestacja 1 września 2011 roku, pół roku po morderstwie Joli Brzeskiej, w czasie której domagano się od Andrzeja Seremeta objęcia nadzorem śledztwa w sprawie zabójstwa. Fot. z archiwum Ewy Andruszkiewicz

–– Z tego, co Pani wspominała, na emeryturze chciała Pani pisać pogodne teksty o zwierzętach. ––Ale dziś mieszkam w domku w lesie, który też chcą mi odebrać spadkobiercy pana Sułowskiego i  nie jestem w  stanie pisać o  niczym innym niż reprywatyzacja. Napisałam na ten temat parę tekstów pokazujących rzecz z różnej strony, ale przez lata nikt tego nie chciał. Pamiętam, jak opisałam moją eksmisję w sposób bardzo zabawny, chociaż nie było z czego się śmiać. Zaczęłam to leadem: „Wygonili na ulicę razem ze starym, kalekim psem. A przecież ustawa o ochronie praw zwierząt zabrania takiego traktowania psów” [śmiech]. Wysłałam to do „Polityki”, wysłałam do „Rzeczpospolitej”, w  której kiedyś pracowałam, w parę innych miejsc. Wydrukowała w końcu „Angora”, nawet bardzo dobrze zapłacili. Później, po morderstwie Joli, „Angora” sama się do mnie zwróciła z pytaniem o tekst na ten temat. „Przegląd” też brał artykuły – ale tylko o Joli, innych reprywatyzacyjnych nie chcieli. Próbowałam do polskiego „Le Monde Diplomatique” napisać tekst o ofiarach śmiertelnych dzikiej reprywatyzacji. Było przecież wiele takich przypadków: ludzie się wieszali, mieli wylewy, ataki serca. Nie wydrukowali. Chyba mi nie uwierzyli.

generalnego i do prezesa sądu okręgowego w Warszawie. Nie wiedziałam, czy chodzi o to, żeby ukarać mnie za groźby karalne, czy o coś innego. Podczas apelacji, gdy byłam sama, bo wszyscy moi adwokaci byli przez tamtych zastraszani, pani sędzia stwierdziła, że skoro mój syn tam nie mieszkał, to nie może płacić moich długów. Trzy lata trwał ten proces.

–– Zwykle to są opowieści bez imion i nazwisk. –– Chce pan nazwisko? Andrzej Karwowski, trener jeździectwa, sam był jeźdźcem wiele lat, bardzo schorowany, miał rentę inwalidzką, z trudnością się poruszał. Miał mieszkanie komunalne w kamienicy podarowanej „Solidarności”, niedaleko Uniwersytetu Warszawskiego. Oni tę kamienicę sprzedali, nowy właściciel wygonił go do kotłowni.

–– Pani się czasem śmieje, gdy to opowiada. Ale wyobrażam sobie, że wtedy nie było Pani do śmiechu. ––To był bardzo ciężki klimat. Czuliśmy się osaczeni. A później zostałam sama. Odkryłam, że kradną mi korespondencję ze skrzynki pocztowej. Miałam podejrzenia, że włamują mi się do komputera. Próbowali wedrzeć się do mieszkania [głos się załamuje]. Wiedziałam od Joli, że trzeba się twardo postawić w takiej sytuacji. Wzywałam policję, bez przerwy trzeba było coś zgłaszać. Wszelka pomoc była doraźna – policja przyjeżdżała, pukała, czy może wejść…

–– K… ––W kotłowni na ogół urzędują dzikie koty, więc on jak ten dziki kot. Stamtąd też go mieli wyrzucić, ale nie zdążyli, bo umarł. No, ale nie chcieli mi tego wydrukować w „Le Monde Diplomatique”. Mój tekst o złotych sztabkach, czyli o tym, że nad wieloma kamienicami przed wojną ciążyły hipoteki bankowe, wreszcie został wydrukowany kilka miesięcy temu. Ale wcześniej przeleżał u mnie dwa lata, wędrował po wielu redakcjach. W „Rzeczpospolitej” stał na kolumnie, ale radca prawny powiedział, że redakcji nie stać na


16

procesy. Tam nie było żadnego powodu do procesu! Opisywałam mechanizm tego, jak zostały umorzone przedwojenne długi na przykładzie własnej kamienicy, bo jej historię najlepiej znałam. Było tam o tym, jak Stefan Sułowski kupił za własne pieniądze działkę, żeby wybudować kamienicę czynszową, na którą zaciągnął dług w Banku Gospodarstwa Krajowego. Pisałam, że ta hipoteka przeszła po wojnie do Skarbu Państwa, że później dewaluacja sprawiła, iż z 36 tys. złotych przedwojennego długu zrobiło się 10 groszy. –– Chyba można zaryzykować tezę, że środowisko dziennikarskie zawiodło w tej sprawie? –– Media nie chciały o tym wiedzieć. Większości nic to nie obchodziło. –– Przepraszam, nie chcę zabrzmieć bezczelnie, ale czy Pani zainteresowałaby się tymi sprawami, gdyby nie własne doświadczenia? –– Chyba nie... Często posługujemy się stereotypami. Trudno uwierzyć w to, co nas spotkało. Tak wyrzucić ludzi na ulicę? Bezpodstawnie? Niemożliwe! Na pewno byli winni! Gdybym nie poznała problemu od podszewki, też bym pewnie nie wierzyła w opowieści o arystokratycznych mecenasach i mafiach na Mazowszu. W 2008 roku mieliśmy happening na Nowym Świecie – zrobiliśmy Centrum Wypędzanych. Janusz Baranek zbudował stoisko z naszymi ulotkami, staliśmy z transparentami: „Lokatorzy to nie towar” itp. Mój pies miał własny plakat: „Mam prawo do budy, żądam budy dla mojej pani”. Zrobiliśmy wesołą imprezę. Ale co pewien czas napadali na nas młodzi ludzie, którzy mówili, że mają kredyty na mieszkania i ubliżali nam, mówiąc, że za friko chcemy żyć w cudzych lokalach. Nawet gdy opowiadałam moim dobrym znajomym o wszystkich tych mechanizmach, które dziś już dobrze znamy, to przez całe lata nikt mi nie chciał wierzyć. Znajomi dziennikarze mówili, że nic nie mogą, że to nie do uwierzenia. –– Ja nie wierzę, że oni nie wierzyli. Chcieli mieć święty spokój. –– Możliwe… Gdy tylko wyprowadziłam się do lasu, nabrałam dystansu do Warszawy. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że stolica znajduje się pod okupacją oszustów, którzy uwłaszczają się na cudzym. Dzwoniła do mnie koleżanka mojego syna, mówiła, że mieszka na Tamce, ma własnościowe mieszkanie, z którego chyba zaraz wyleci, ponieważ firma Feniks przejęła tę kamienicę, wywaliła wszystkich „komunalnych”, podkupiła jakąś rodzinę, żeby mieć ponad 50 proc. udziałów. A jeśli mają większościowe udziały w  nieruchomości, to rządzą: zmieniają zarządcę nieruchomości, a ten nie podpisuje

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

umów z wodociągami, energetyką, ciepłownikami. Najpierw odłączają prąd, później wodę, wreszcie ogrzewanie – odbywa się takie samo czyszczenie jak w kamienicach, które były w całości komunalne. A do tego podnoszą fundusz remontowy, który robi się naprawdę słony. Pamiętam, jak Jolka w sierpniu 2010 roku, pół roku przed morderstwem, taka radosna przybiegła na zebranie stowarzyszenia i wymachiwała kartką, że ma orzeczenie o niepełnosprawności. Wierzyła, że będzie ją to chroniło, wtedy faktycznie jeszcze niepełnosprawnych nie wyrzucali na bruk. Później nawet ludzie na wózkach inwalidzkich trafiali na ulicę... –– Koszty budowy kapitalizmu wciąż rosną. –– Na Wilczej albo Nowogrodzkiej była taka historia, że dzieci poszły do szkoły, żona pojechała do pracy, mąż został w domu. Właśnie wymieniono im okna na plastikowe, już po przejęciu kamienicy. Gdy żona wróciła do domu, to mąż wisiał na tych nowych oknach, na pasku się powiesił. Zostawił list, że się nie sprawdził jako mężczyzna. Po dramacie, który się tam rozegrał, lokatorzy kamienicy dostali mieszkania komunalne. Ale tylko tam, w innych kamienicach było jak wcześniej.

Londyn. Spotkanie z angielskimi aktywistami ruchów miejskich na temat sytuacji w Warszawie w kontekście morderstwa Joli Brzeskiej. Fot. z archiwum Ewy Andruszkiewicz


17

W naszym stowarzyszeniu była kobieta, Wanda, której mąż chorował na raka kości, miał przerwany rdzeń kręgowy, bo to była jedyna metoda, żeby tak strasznie nie cierpiał. Leżał sparaliżowany w łóżku. Sąd wydał wyrok: eksmisja – choremu na raka mężowi przysługuje lokal socjalny, a Wandzie nie przysługuje. Sąd ich rozwiódł! –– Rozumiem, że sąd go skazał na wszelkie upodlenie. ––To trwało, a w końcu łaskawie przyznano im jako małżeństwu lokal socjalny. Lokal socjalny różni się od komunalnego. Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz niedawno opowiadała, jak to pomagała lokatorom wrażliwym, to nie potrafiła nawet odróżnić mieszkania socjalnego od komunalnego. Telepało mnie, jak jej słuchałam. Lokator wrażliwy, jeśli miał do czegoś prawo, to do lokalu socjalnego, który ma zupełnie inny status – podpisuje się umowę na czas określony. Mało tego – to jest mieszkanie kontrolowane przez różne służby socjalne, nie można nim dowolnie dysponować. Kolejny przykład: Wanda Pradzioch. Mieszkała w lokum komunalnym, które wróciło do faktycznych właścicieli. Długo czekała na inny lokal komunalny. W momencie, gdy zapadł wyrok „eksmisja do lokalu

socjalnego”, wykreślili ją z kolejki komunalnej… Ona do dziś walczy o to lokum, sąd administracyjny przyznał jej rację. Ale co z tego? –– To będzie naiwne pytanie: wie Pani, jak to wyglądało z drugiej strony? Jak postrzegała was tamta strona? ––Tamci ludzie mieli nas za nic, za śmieci. Myślę, że sądy też. I inne instytucje. Przez te wszystkie lata, w czasie tych wszystkich procesów, ani razu nikt nigdy mnie nie zapytał, czy mam się gdzie podziać. Nie interesowało to ani sędziów, ani pani radcy prawnej urzędu dzielnicy Warszawa-Mokotów, która ani razu nie przyszła jako interwenient uboczny na proces. Za to przysłała pismo, że po zapoznaniu się z aktami sprawy stwierdza, iż eksmisja jest zasadna i urząd prosi o nieprzyznawanie prawa do lokalu socjalnego. Nikt nie przyszedł spojrzeć mi w oczy, zapytać, czy się boję, gdzie się podzieję. To wszystko w sytuacji, gdy mój były sąsiad, który już czuł się właścicielem mojego mieszkania, krzyczał do mnie: „wypierdalaj, ty kurwo, bo ci przypierdolę”. –– Od zawsze słyszę od ludzi, którzy uważają, że się mylę w  sprawach lokatorów i  reprywatyzacji, że wygnani z „odzyskanych” mieszkań to żule. Dziś siedzę przed Panią, dziennikarką… –...z czterdziestoletnim – stażem. Myślę czasem, choć może to dziwne, że było potrzebne, żebym znalazła się w tym wszystkim, ponieważ potrafię o tym opowiadać. Mam nadzieję, że skończę wkrótce moją książkę. To bardzo osobista rzecz o tym, co mi się zdarzyło. Dużo tam jest o Joli Brzeskiej, o tym, jak dochodziłyśmy do całej tej wiedzy, jak szukałyśmy w prasie wielu informacji, jak chciałyśmy zrozumieć, co się dzieje. Do dziś nie rozumiem, czemu pan Sułowski, jego córki i wdowa po nim dalej mnie prześladują, wciąż żądają licytacji mojego domku w  lesie. Moim zdaniem ta rodzina nic z tego nie miała. Może poprosili o  pomoc specjalistów od odzyskiwania mieszkań, w tym mecenasa Ćwieka, i nie wiedzieli, z czym to się wiąże. Bodaj wczoraj Jan Śpiewak dołączył do swojej mapy reprywatyzacyjnej notariusza Piotra Sicińskiego. Pomyślałam: skąd ja znam tego człowieka? Sięgnęłam do aktu notarialnego – żaden notariusz nie chciał tego podpisać, a on podpisał. –– To może sprawdźmy od razu na mapie, kto to pan Siciński: „Notariusz, były sędzia, szef wydziału ksiąg wieczystych Sądu Rejonowego dla Warszawy‑Mokotowa X Wydział Ksiąg Wieczystych. Począwszy od czerwca 2005 roku, prowadzi Kancelarię Notarialną w Warszawie, specjalizując się w obrocie nieruchomościami. Przez jego kancelarię przewinęły się


18

Rok po śmierci Joli Brzeskiej, marzec 2012. Protestujący domagają się zaprzestania dzikiej reprywatyzacji. Fot. z archiwum Ewy Andruszkiewicz

jedne z największych transakcji nieruchomościowych w stolicy. Oskarżany przez Zarząd Wspólnoty przy Wspólnej 54 o działania niezgodne z prawem i na szkodę wspólnoty”. –– Człowiek powiązany z Marzeną K., urzędniczką Ministerstwa Sprawiedliwości. –– Spójrzmy: „Urzędniczka Ministerstwa Sprawiedliwości w Departamencie Współpracy Zagranicznej i Praw Człowieka. Siostra mec. Nowaczyka, z którym prowadziła wspólne interesy na rynku nieruchomości. W ciągu ostatnich 5 lat w ramach odszkodowań reprywatyzacyjnych otrzymała od M. St. Warszawy kwotę 38 mln zł. Jest też współwłaścicielką zreprywatyzowanej kamienicy przy ul. Odolańskiej 7. Była właścicielką Mokotowskiej 63”. ––Ta sama pani K. odpowiadała za… program pomocy dla osób pokrzywdzonych przestępstwem. Ilu ludzi ona pokrzywdziła! Miasto Jest Nasze wykonało pracę, za którą nikt nie chciał się wziąć. Gdy obecnie piszę teksty o reprywatyzacji, to urzędnikom Ministerstwa Sprawiedliwości trzeba tłumaczyć sprawy na poziomie wiedzy studentów pierwszego roku prawa. Jak pan wie, pani prezydent zapowiedziała, że dalszych zwrotów nie będzie, a  sprawy się toczą (wiceprezydent Pahl wczoraj stwierdził, że ależ skąd, zwroty będą następować). Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła, że wstrzymuje te zwroty, to w sądzie okręgowym w Warszawie toczyła się sprawa czteroosobowej rodziny z ulicy Schroegera 72. Co ważne, decyzją ministra Ziobry, kwestia zwrotu tej kamienicy trafiła do wrocławskiej prokuratury. Tam

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

kierowano sprawy, w których istnieje podejrzenie przestępstwa w  wyniku porozumienia handlarzy roszczeń z urzędnikami. –– I co z tą czteroosobową rodziną? ––Jak wy to mówicie w „Nowym Obywatelu”? Klasyk, panie Krzysztofie – czteroosobowa rodzina, w tym jedenastoletnie dziecko, eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Mijają trzy dni – w sądzie rejonowym Warszawa-Śródmieście zapada kolejny wyrok: na starszego, schorowanego pana, eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Na czyją korzyść? Spółki-córki Feniksa. Nic się nie zmienia. To wszystko trwa… 12 maja 2015 roku zapadł w Trybunale Konstytucyjnym wyrok, który mówi, że artykuł 156 paragraf 2 jest niezgodny z Konstytucją. Wszystkie zwroty, jakie się odbyły w Warszawie w ciągu ostatnich lat, przeprowadzono na podstawie tego właśnie artykułu i paragrafu… Czarno to widzę, tego będzie tak dużo, że nie sposób ogarnąć całości. –– Władze Warszawy same już zgłosiły około 5 tysięcy przypadków nieprawidłowości. Jedna z interpretacji mówi, że chodzi o zapchanie „kanałów drożnych” odpowiednich instytucji. –– Patrzę dziś z perspektywy tych sześćdziesięciu kilometrów od Warszawy i mówię: nikt nie może się czuć w tym mieście bezpieczny, ani lokator komunalny, ani socjalny, ani właściciel hipoteczny – są instrumenty prawne i nie tylko takie, żeby każdego wysiudać. Ludzie, którzy się na tym dorabiają, nawet gdy ktoś pogrozi im paluszkiem, to z głodu nie umrą.


19

Myśmy przez lata nie znali podstawowych aktów prawnych, które odpowiadały za mechanizm narastającej grabieży. Dziś pojawiają się już głosy, że to, co się stało w ostatnich latach, wygenerowało większe krzywdy niż dekret Bieruta. W przypadku tego dokumentu właściciele mieli wpisane w  księgach wieczystych prawo dożywocia. Było takie zabezpieczenie, którego nie mają dzisiejsi lokatorzy, a przecież wnieśli wiele pieniędzy i pracy w utrzymanie tych lokali. Lokatorzy zostali wystawieni na ulicę. Książę mecenas Massalski starał się o Krakowskie Przedmieście 65. Bardzo ładna okolica: z okien widać Kolumnę Zygmunta, kościół świętej Anny. W trakcie tych procedur zwrotowych okazało się, że w 1945 roku, gdy bardzo pospiesznie odbudowywano Trakt Królewski, tę kamienicę posadzono na dwóch posesjach. Jedna połowa należała do jakichś Massalskich (to nie jego rodzina), a druga – do kogo innego. Przy tej okazji kogoś olśniło, że ta kamienica została odbudowana po wojnie! Co za odkrycie, przecież cały Nowy Świat został odbudowany! Miasto zażądało od Massalskiego dwóch milionów złotych odszkodowania za ten dom. To śmieszne pieniądze. To, co widzimy z ulicy, to fasada wąskiej kamieniczki. Ale w środku jest coś przepięknego – oficyny, które idą aż do ulicy Koziej, mają przepiękne łuki. Ale Massalski nawet tych dwóch milionów nie zapłacił, bo uważał, że jemu się należy. A czemu nikt nie bada, ile kosztowały roboczogodziny mojej matki, która społecznie odgruzowywała rynek Starego Miasta? Ilu ludzi pracowało, żeby to miasto powstało z ruin? A dziś przychodzą jakieś typy i biorą jak swoje! I to nie spadkobiercy, tylko następcy prawni. –– Zabójstwo Jolanty Brzeskiej wywołało strach czy wściekłość w środowisku lokatorskim? –– Pamiętam wściekłość. Ale też pół roku bez snu. To była moja pierwsza zima w lesie. Jolkę wywieźli do lasu i tam spalili. Mnie nawet nie musieliby nigdzie wywozić, wystarczyłoby podpalić drewniany domek. Wyobraźnia pracowała non stop, całą dobę. A w nocy, co przymknęłam oczy, to blask bijący od kominka stawiał mnie na równe nogi. Widziałam przerażoną twarz Joli wyłaniającą się z płomieni. I nie pomagało to, że policja na moją prośbę każdej nocy przejeżdżała koło mnie. Ani monitoring, który zamówiłam, nim się przeniosłam po eksmisji na to odludzie. Nieco uspokoiłam się dopiero we wrześniu, kiedy udało nam się zainteresować sprawą Joli prokuratora Andrzeja Seremeta i zabrano dochodzenie z Mokotowa. A to przecież i tak nic nie dało. Byliśmy i nadal jesteśmy wściekli. I zdumieni. Jolka z nas wszystkich była najinteligentniejsza. Jak ona się dała osaczyć, że wyszła z nimi? Komu ona zaufała

na tyle, żeby wpuścić do mieszkania? Nikt z nas nie zazna spokoju, póki nie zostanie wyjaśnione, co i dlaczego wydarzyło się 1 marca 2011 roku. –– Próbowaliście zainteresować swoimi sprawami konkretnych polityków? –– Chodziliśmy do Andrzeja Czumy, najczęściej rozmawiał z nami jego syn. Z kolei dzięki Julii Piterze otrzymałam kilka ważnych dokumentów, łącznie z tymi o przedwojennym długu. Nie chcę oskarżać nikogo – nikt nam nie mógł pomóc. Napisałam kiedyś do Komendanta Głównego Policji, aby zbadano, czy w sprawach reprywatyzacji istnieje zorganizowana grupa przestępcza. On wyznaczył dwóch ludzi do kontaktów ze mną. I nic się nie wydarzyło. Uważam, że nad Massalskim, Mossakowskim i Ćwiekiem był potężny parasol ochronny. Z tego, co wiem, Mossakowskiego zaczęli prześwietlać na rok przed morderstwem Jolanty Brzeskiej. Od 2010 roku nie znaleźli niczego nagannego w działalności tego pana? –– Czy zwróciła się do was przez te lata jakakolwiek instytucja publiczna, na zasadzie: widzimy, że dzieje się coś złego, więc ciekawi nas, co o tym sądzicie? –– Bodaj w 2009 roku, wedle mojej wiedzy jedyny raz, przyszło do nas trzech posłów i rozmawiali z nami. Nie pamiętam, jaką opcję reprezentowali. Próbowaliśmy – bezskutecznie – zainteresować sprawą Helsińską Fundację Praw Człowieka. Nawet byłyśmy tam z Jolą razem, składałyśmy pisma, nigdy nie otrzymałyśmy odpowiedzi. Kiedyś wyszłam od nich, płacząc, miesiąc po morderstwie Joli. Wtedy prokuratura upierała się, że to było samobójstwo. Poszłam do Fundacji zapytać, czy jest jakaś możliwość, żeby wystąpić do Interpolu, do kogokolwiek, żeby to dochodzenie było prowadzone prawidłowo. Rozmawiałam z kimś – nie był to Adam Bodnar – kto mi powiedział, że skoro policja twierdzi, że to było samobójstwo, to nie ma możliwości prawnych, aby podważać wiarygodność naszych stróżów prawa. W tym pomieszczeniu siedziała też jakaś dziewczyna, która znała sprawę i wzięła moją stronę... Wyszłam stamtąd, strasznie rycząc, bo przecież wierzyłam, że musi być na świecie jakaś sprawiedliwość. –– Mało rozmawialiśmy o Pani sprawie. ––W skrócie? Oni chcą mi zabrać wszystko, co się da, a ja złośliwie i uporczywie nie chcę im oddać. A dlaczego na mnie trafiło? Nie wiem. Mogło trafić na Pana mamę albo babcię. –– Dziękuję za rozmowę. Warszawa, 17 września 2016 roku


Fot. Magda Okraska

60

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016


61

(Nie)patriotyczna praca

Bartłomiej Grubich

Od jakiegoś czasu coraz częściej słyszymy o patriotyzmie gospodarczym (lub ekonomicznym). Czym on jest? Przede wszystkim dotyczy konsumpcji. W ciągu ostatnich kilku lat powstały liczne inicjatywy mające zachęcać do korzystania z usług i nabywania produktów polskich firm. Można już chyba mówić o swoistej modzie na kupowanie „naszego”. Ale czy „nasze” jest z definicji lepsze dla nas – społeczeństwa, pracowników, podatników, obywateli? Moda polska Oczywiście najbardziej zauważalna jest odzież patriotyczna. Koszulki ozdobione narodowymi symbolami spotyka się powszechnie na polskich ulicach, a  ich noszenie nie jest już tylko domeną kibiców. Producenci takiej odzieży akcentują zazwyczaj, że produkowana jest ona w Polsce, co w przypadku tekstyliów nie jest dziś regułą. Powstają również liczne strony internetowe (takie jak np. „Patriotyzm Gospodarczy – Lubię to”, facebookowy fanpage posiadający tysiące fanów), które za swoją misję uznają promowanie krajowych przedsiębiorstw. Informacje tam zamieszczane dotyczą przede wszystkim sukcesów polskich firm na rynkach krajowym i  zagranicznych. Przeważają, jak można się domyślić, pozytywne wiadomości. Same tytuły artykułów wskazują na hurraoptymizm: „Z podlaskimi ziołami i olejami do Chin. Tam zamawiają na tony”, „Polski start-up spełnia marzenie ciężarnych kobiet”, „Polska myśl techniczna znów podbija świat. Sprzedaż w górę aż o 48,5 proc. Na przekór branży” itd. W ostatnim czasie głośno zrobiło się także o aplikacji Pola. Po zainstalowaniu w telefonie i zeskanowaniu kodu kreskowego produktu umożliwia ona weryfikację firmy-producenta pod względem patriotyzmu ekonomicznego. Jak czytamy na stronie

projektu: Każdemu producentowi Pola przypisuje od 0 do 100 punktów. Pierwsze 35 punktów przyznaje proporcjonalnie do udziału polskiego kapitału w konkretnym przedsiębiorstwie. Dalsze 10 punktów otrzymuje ta firma, która jest zarejestrowana w Polsce, a kolejne 30, o ile produkuje w naszym kraju. Dalsze 15 punktów zależy od tego, czy zatrudnia w naszym kraju w obszarze badań i rozwoju. Wreszcie ostatnie 10 punktów otrzymują firmy, które nie są częścią zagranicznych koncernów. Aplikacja została ściągnięta i zainstalowana kilkaset tysięcy razy. Nazwa Pola wielokrotnie przewijała się w polskich mediach i stała się symbolem tego, jak można pożenić nowoczesność z patriotyzmem. Również firmy chętniej zaczynają odnosić się do tożsamości narodowej i akcentują przywiązanie do Polski. Z chęcią mówią o produkcji w Polsce, o korzystaniu z krajowych dostawców, o płaceniu podatków „na miejscu”, a także o tak symbolicznych kwestiach, jak kibicowanie polskim reprezentacjom sportowym. Niezależnie od tego, czy są to rodzinne firmy „od pokoleń”, czy też wielkie zagraniczne koncerny, zagospodarowują one konsumencki patriotyzm.

Nowe stare? Oprócz konsumpcji drugim obszarem, w którym mówi się o patriotyzmie, jest wspieranie krajowych


62

firm. Istnieje nawet Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego. W tym przypadku patriotyzm utożsamiany jest głównie z uproszczeniem prawa dotyczącego przedsiębiorców i z obniżeniem podatków. Analizując działania tego zespołu, trudno uciec od skojarzeń, że na poziomie deklaracji to nadal ten sam kierunek polityki gospodarczej, co w latach poprzednich. Tyle że pod sztandarem patriotyzmu silnie akcentujący pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom, ponieważ głównie z tego sektora pochodzą firmy z kapitałem całkowicie polskim. – Te działania mają raczej charakter uśmiechania się do przedsiębiorców jako grupy potencjalnych wyborców. Mają charakter głównie polityczny – zauważa, odnosząc się do ogólnego kierunku polskiej polityki ekonomicznej w ostatnich latach, Dariusz Szklarczyk, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W podobnym tonie wypowiada się Jarosław Urbański, socjolog, działacz związany z radykalnym Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Inicjatywa Pracownicza: Część grupy wytwórców, producentów, widzi w takich hasłach jak patriotyzm możliwość umocnienia swojej pozycji w grze rynkowej. Jest to wykorzystywane i przechwytywane przez rządzących, którzy na tym chcą zbić kapitał polityczny. To trochę samonapędzający się mechanizm. Retoryka prezentowana podczas corocznych konferencji „Pulsu Biznesu”, odbywających się pod bd hermesmarana Follow, flickr.com/photos/hermesmarana/8539629481

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

hasłem „Czas na patriotyzm gospodarczy”, jest podobna i dotyczy głównie ułatwień dla przedsiębiorców. Nie powinno to zaskakiwać, gdyż spotykają się tam przede wszystkim prezesi wielkich firm (w ostatniej edycji brali udział m.in. szefowie PKO, PZU, PKN Orlen, Kulczyk Investments, Citi Handlowy, Grupy Maspex Wadowice) oraz politycy. Te konferencje są charakterystyczne dla polskiej debaty na temat patriotyzmu gospodarczego. Mianowicie marginalnie traktowane są tam kwestie pracownicze. Mówi się o nich jedynie jako o efekcie końcowym działań polityków i przedsiębiorców – w myśl tego, że polskie firmy będą bogate i innowacyjne, co poskutkuje niskim bezrobociem oraz wysokimi płacami – a nie jak o ważnej kwestii wpływającej na kształt i społeczny wymiar krajowej gospodarki. – Na pewno wpływ ma na to trajektoria rozwoju naszego kraju w ostatnich latach i dominującego myślenia neoliberalnego. Prawa pracownicze nie były mocno widoczne w debacie publicznej – zauważa Dariusz Szklarczyk. Związana z neoliberalnym myśleniem była afera dotycząca firmy LPP, właściciela popularnych marek odzieżowych takich jak Cropp czy Reserved. Polska firma, mająca swoje korzenie na Pomorzu, w 2011 roku przeniosła prawa własności części swoich znaków towarowych do cypryjskiej spółki. Analogiczny proceder w  odniesieniu do pozostałych marek LPP dokonało w 2013 roku, korzystając tym


63

razem ze spółki zarejestrowanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W ten sposób firma stała się bogatsza o kwoty liczone w setkach milionów złotych (wartość przeniesionych znaków towarowych wycenia się na ponad miliard złotych). Doniesienia medialne na ten temat zmobilizowały kilka osób do zorganizowania bojkotu konsumenckiego marek LPP. – Taka sytuacja nie powinna być akceptowalna. Wszyscy tutaj pracujemy, składamy się wspólnie na infrastrukturę publiczną i  powinniśmy to robić uczciwie – o powodach bojkotu mówi Mateusz Mirys, jego organizator. – Problem wyprowadzania podatków do rajów podatkowych faktycznie jest globalny i bez rozwiązań na poziomie ponadnarodowym nie da się tego procederu na dłuższą metę zatrzymać. Ponadto ciągłe obniżanie podatków, co miało przynieść według liberałów większą ich ściągalność i w efekcie wzrost wpływów, nie przynosi pozytywnego skutku – wpływy do budżetów państw spadają. Dodajmy, że LPP nie miało noża na gardle, radziła i radzi sobie bardzo dobrze. To także firma, która od początku działała i działa nadal głównie w Polsce, korzystając z  tutejszej infrastruktury, siły nabywczej polskich pracowników, a ponadto reklamowała się jako polskie przedsiębiorstwo. Można założyć, że ewentualny spadek sprzedaży w trakcie bojkotu nie był odczuwalny dla takiego giganta jak LPP, lecz medialna burza wokół tego tematu spowodowała, iż w połowie 2015 roku mogliśmy przeczytać, że właściciel marek Reserved i Cropp zdecydował się przenieść prawa majątkowe do znaków towarowych do polskiej spółki-matki.

Polskie, czyli które? Niewątpliwie kształt współczesnego rynku i własności utrudnia stosowanie pojęcia patriotyzmu. Wpływ globalizacji i funkcjonowanie na rynku światowym uniemożliwiają jednoznaczne określenie tożsamości narodowej firmy. – Sami pracownicy często mówią, że nie wiedzą, czy dana firma jest jeszcze polska, czy już nie. Ile kapitału jest wciąż krajowego? Nawet jeżeli znamy daną firmę jako tradycyjną, naszą – z nazwy, pochodzenia, lokalizacji – to bywa ona zarządzana przez kadrę zza granicy i/lub zasilana kapitałem zagranicznym. Pracownikom trudno zdefiniować, który pracodawca jest „nasz”, a który „obcy” – stwierdza profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu Beata Skowron-Mielnik. – Kapitał żyje w oderwaniu od państwa, jakiejkolwiek struktury. Ma charakter globalny i  nie podlega żadnej większej kontroli ze strony państw, narodów, społeczeństw, wspólnot – zauważa doktor Rafał Towalski ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Proszę zwrócić uwagę na retorykę, jaką stosuje inwestor w danym kraju, mówiąc, że jeśli się tej społeczności nie podoba, on może

się w każdym momencie przenieść gdzie indziej. Inwestor nie jest w żaden sposób zainteresowany patriotyzmem rozumianym jako działanie na rzecz wspólnoty. Co znaczy polska firma? Czy to jest firma, która płaci tutaj podatki? Która zatrudnia tylko Polaków? Która produkuje tylko z polskich półproduktów? Na ile mamy się cieszyć ze wsparcia dla polskiej firmy, która w pewnym momencie uciekła z płaceniem podatków na Cypr? Co tak naprawdę wynika z narodowego charakteru kapitału? Do końca nie wiadomo. Jeżeli firma płaci podatki w Polsce, to dobrze, ale to powinna być rzecz normalna. Kapitał będzie jednak działał tam, gdzie mu wygodniej. Sprawę „tożsamości” narodowej czy lokalnej przedsiębiorstwa komplikuje kilka powszechnych zjawisk. Przede wszystkim outsourcing, a więc wyodrębnianie ze struktury firmy często istotnych zespołów i funkcji oraz przenoszenie ich do innych podmiotów. Standardowymi przykładami są oczywiście sprzątanie i ochrona. Na porządku dziennym jest sytuacja, gdy sprzątaczka lub ochroniarz pracujący w konkretnym budynku, w konkretnej firmie zatrudnieni są przez zupełnie innego pracodawcę. Outsourcing dotyczy wielu różnych dziedzin, np. obsługi klienta, usług informatycznych, marketingowych. To, co się liczy, to dążenie przedsiębiorcy do obniżania kosztów. I chociaż nie jest to regułą, to ta praktyka najczęściej wpływa negatywnie na pracowników i warunki ich zatrudnienia. Podobnie funkcjonują na rynku agencje pracy tymczasowej, które doraźnie, w zależności od potrzeb, „zaopatrują” firmy w pracowników, a ci najczęściej mają znacznie gorsze warunki zatrudnienia, a przede wszystkim brak im poczucia stabilności co do tego, u jakiego zleceniodawcy będą pracowali, jak i stabilności samego zatrudnienia. Z pomocy agencji pracy tymczasowej korzystają zarówno firmy polskie, jak i zagraniczne. Uniemożliwia to jasne oceny jakości zatrudnienia. – Bywało, że 30% pracowników zatrudnianych przez polskie zakłady Volkswagena to byli pracownicy agencji pracy tymczasowej. Byli więc tą gorszą siłą roboczą, nie obejmowały ich dobrodziejstwa lepszych stosunków pracy, które oferował Volkswagen. Firma korzystała z usług agencji pracy tymczasowej, wiedząc, że prawa i uposażenia pracowników przez nią zatrudnianych wyglądają znacznie gorzej niż te, którymi chwali się koncern – mówi Jarosław Urbański. Jaskrawym przykładem tego typu kombinacji jest polski InPost. – Jak wiemy dopiero teraz, firma InPost to funkcjonujące przez wiele lat kilka lub kilkanaście firm i firemek powiązanych nie do końca jasną siecią zależności. I okazuje się, że pracownicy InPostu, mający identyfikatory, uniformy InPostu, podpisywali umowy z zupełnie innymi firmami – zauważa Mateusz Mirys.


64

Różne kultury, różne prace

Niezależnie od tych wątpliwości i komplikacji przyjęło się postrzegać firmę w kontekście kraju, z którego się ona wywodzi. Przynajmniej do pewnego stopnia. – Jeżeli chodzi o identyfikację narodową pracodawcy, wydaje się, że nie jest to bardzo istotne dla osób wchodzących na rynek pracy. To raczej stereotypy i oczekiwania, że jeśli zaczniemy pracę w firmie amerykańskiej, to będą to inne, lepsze standardy. Nie zawsze jest jednak dobrze, o czym świadczy przykład Amazona. Co z tego, że to firma nowoczesna, globalna, skoro warunki pracy w jej magazynach pod Wrocławiem i Poznaniem wołały o pomstę do nieba? – mówi Szklarczyk. – Jednocześnie, jeżeli ktoś świadomie szuka pracy, z łatwością znajdzie potwierdzenie z diagnoz, badań, że przeciętna płaca w firmach z kapitałem zagranicznym jest wyższa. Natomiast co do kultury i warunków pracy, to nadal głównie stereotypy. Wszystko zależy od konkretnej osoby i można mieć bardzo złego szefa obcokrajowca, a bardzo dobrego – Polaka. Kultura pracy zależy od tego, jaką kulturę reprezentują liderzy, menedżerowie, kierownicy poszczególnych szczebli. Reguł nie ma. Potwierdzają to badania firmy Millward Brown przeprowadzone w 2010 roku. Wynikają z nich spore różnice w postrzeganiu pracodawców w zależności od pochodzenia kapitału. Wśród zagranicznych firm pożądanymi pracodawcami były przedsiębiorstwa angielskie, niemieckie i amerykańskie, a na końcu tej skali znalazły się włoskie, rosyjskie i hiszpańskie. Rozróżnienie to wydaje się być zrozumiałe. Prawa zatrudnionych w zamożnych krajach europejskich są z  punktu widzenia zatrudnionego lepsze niż u nas, a kultura pracy stoi zasadniczo na wyższym poziomie. Rafał Towalski przestrzega jednak, by nie wysuwać zbyt jednoznacznych hipotez: Dlaczego na przykład firmy zagraniczne, które w swoim kraju przestrzegają praw pracowniczych w sposób bardzo skrupulatny i bardzo dużo uwagi zwracają na współpracę z organami przedstawicielskimi zatrudnionych, kiedy pojawiają się w Polsce, zaczynają zachowywać się jak przysłowiowi wikingowie? Jeżeli rozmawiamy o kulturze organizacyjnej, wpadamy w taką pułapkę. Są firmy, które „u siebie” robią to, co powinny robić, lecz gdy pojawiają się w innym środowisku, zachowują się zupełnie inaczej, w sposób jednoznacznie zły dla pracowników. Natomiast jeżeli chodzi o firmy polskie, rzeczywiście w latach 90. był moment, kiedy uważano, że polski kapitalista jest dwa razy gorszy niż ten z Niemiec czy Francji i miało to pewne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Od jakiegoś czasu to się jednak zmienia. Prof. Beata Skowron-Mielnik zwraca uwagę na to, w czym przede wszystkim zarysowuje się przewaga firm zagranicznych: Przede wszystkim jakościowa różnica polega na podmiotowym podejściu

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

do pracownika. Polskie firmy częściej kojarzone są z podejściem, że „jak płacę, to przychodzisz i pracujesz – ciesz się, że masz pracę”. W przypadku firm zagranicznych też tak bywa, ale jednocześnie częściej praca jest w nich dobrze zorganizowana, a pracownicy, nawet jeżeli wymaga się od nich dużo, to jest jasno powiedziane, w jakich godzinach, w jakim trybie, z jakim wynagrodzeniem za dodatkową pracę. Dobra organizacja pracy i dobre warunki pracy są tą przewagą, na którą zwracają uwagę pracownicy. Badaczka dodaje jednak, że zagraniczne firmy prowadzące działalność w Polsce to firmy duże, korporacyjne, stabilne, a więc teoretycznie mające większe możliwości bycia konkurencyjnymi w kwestii oferowania lepszych warunków. Firmy te częściej dbają o  pozytywny wizerunek pracodawcy zarówno na wewnętrznym, jak i zewnętrznym rynku pracy, inwestując znaczne środki w kształtowanie warunków pracy i komunikując je wyraźnie. Oczywiście zazwyczaj nie jest to – i słusznie – argument dla osoby zatrudnionej. Nikt nie może od niej oczekiwać pogodzenia się ze słabymi warunkami pracy i niskim wynagrodzeniem tylko dlatego, że dana firma jest polska i nadal na dorobku w walce z zagraniczną konkurencją.

Solaris – sukces na barkach ludzi Polskie firmy często osiągają spore sukcesy za granicą, stają się rozpoznawalnymi markami i dają Polakom powód dumy. Ale niekoniecznie przekłada się to na profity dla tych, którzy są za te sukcesy w znacznej mierze odpowiedzialni – pracowników. Dobrym tego przykładem jest marka Solaris. Autobusy i tramwaje tej podpoznańskiej firmy jeżdżą w wielu miastach, nie tylko europejskich. Eksport pojazdów Solaris w  2015 roku wyniósł 946 sztuk, a rok wcześniej przekroczył 1000. Trudno więc mówić, że jest to firma na dorobku. I być może właśnie dlatego w  2015 roku powstały w  niej zakładowe struktury NSZZ „Solidarność”. – Byliśmy niedoceniani przez firmę. Nikt z nami nie rozmawiał, mieliśmy tylko nakazy z góry – mówi o powodach założenia związku jego przewodniczący Albert Wojtczak. – Wszystko było na zasadzie dekretów. Pracownicy, którzy próbowali się przeciwstawiać takiemu sposobowi zarządzania firmą, nie mieli żadnej siły przebicia – dodaje Wojciech Jasiński, jego zastępca. – Były problemy z otrzymaniem urlopu, nadużywano prawa do nadgodzin, zdarzyły się sytuacje, które mogły być zakwalifikowane jako mobbing. Tego typu spraw narosło mnóstwo, nikt nie był w stanie ich rozwiązać i atmosfera w pracy stała się nie do zniesienia. – Na produkcji ludzie mówili wprost, że nie mają nic do stracenia. Pracę na takich warunkach mogą obecnie znaleźć w okolicy Poznania w ciągu kilkunastu dni – dodają moi rozmówcy, jednocześnie podkreślając,


65 Fot. Krzysztof Wołodźko

że ze strony pracodawcy nie było problemów z założeniem związku. Pojawiły się jedynie sugestie, że w Solarisie jest on niepotrzebny. Nie przekonało to jednak pracowników. – Zaczęła się robić normalność – krótko o dotychczasowych sukcesach związku mówią panowie Wojtczak i  Jasiński. Przede wszystkim kadra menedżerska rozpoczęła szkolenia mające na celu polepszenie relacji z pracownikami i zdaniem tych ostatnich przyniosło to pozytywny skutek. Wynegocjowano również bardziej elastyczne możliwości korzystania z krótkich (jedno-, dwudniowych) urlopów. Udało się także rozwiązać kilka pomniejszych konfliktów. Wciąż trwają rozmowy z  pracodawcą w sprawie tematu nadgodzin, tak aby znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące obydwie strony. – Wszyscy powinniśmy, w miarę możliwości, kupować polskie produkty, ponieważ w ten sposób dajemy pracę innym. Konieczny jest wewnętrzny rynek zbytu – zwraca uwagę Wojciech Jasiński. – Jeżeli jednak w Polsce wciąż będą niskie płace, to nas nie będzie stać na te produkty. Już Henry Ford zauważył, że samochody nie będą kupowały samochodów. Robią to ludzie, ale do tego muszą mieć zarobki na odpowiednim poziomie.

Nasi przedsiębiorcy oraz włodarze kraju nie mogą tego zrozumieć. Nie będzie zbytu na produkty, jeżeli nie będzie miał kto ich kupić…

Solidaryzm (anty)narodowy Różnice w jakości oferowanej pracy nie wynikają jedynie z pochodzenia kapitału. Chociaż nie jest łatwo znaleźć kompleksowe badania, które całościowo zajęłyby się tym problemem, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że narodowa tożsamość pracodawcy jest, w porównaniu z innymi, czynnikiem o ograniczonym znaczeniu. – Niełatwo powiedzieć, że polski kapitalista lepiej lub gorzej traktuje polskiego pracownika, bo to byłoby duże uproszczenie. Tak naprawdę dużo większe znaczenie ma to, czy firma jest duża, czy mała. Czy funkcjonuje w obszarze wysokiego bezrobocia, czy też nie, czy to jest branża usługowa, czy handlowa. To ma większy wpływ na sytuację, niż narodowość właścicieli lub to, skąd pochodzi kapitał firmy – podkreśla Jarosław Urbański. Podobnie sprawa wygląda w  przypadku poziomu uzwiązkowienia. Badania profesora Juliusza Gardawskiego wykazały, że był on znacznie wyższy w  firmach zagranicznych. Trudno jednak na


66

bn Canadian Pacific, flickr.com/photos/18378305@N00/11018904285

podstawie tego wysuwać głębsze wnioski, poziom ten bowiem jest różny już na etapie różnic między województwami. Pokazuje to z jednej strony złożoność sytuacji polskich pracowników i siłę twardych faktów – trudno kierować się niejasnym, rozmytym interesem narodowym w sytuacji, gdy nie można sobie i najbliższym zapewnić godnego poziomu życia. Z drugiej strony, powszechna emigracja „za chlebem” umożliwia szersze spojrzenie na kwestię patriotyzmu, który nie jest jedynie domeną Polaków: Jeżeli na rynku pracy dla kapitalistów wartościowe będzie istnienie dużej grupy pracowników-migrantów, nie zgodzą się oni na daleko posunięte koncepcje nacjonalistyczne lub patriotyczne, które utrudniałyby dostęp do taniej siły roboczej. Tę walkę i dyskusję na ten temat współcześnie obserwujemy – zauważa Jarosław Urbański. – Z drugiej strony, oczywiście sami pracownicy próbują wykorzystać hasła nacjonalistyczne czy patriotyczne do umocnienia swojej pozycji na rynku pracy. Na przykład pracodawcom mówią „powinniśmy się porozumieć, koncepcja solidaryzmu społecznego, bo należymy do jednego narodu, więc Polak powinien zatrudniać Polaka”, i w ten sposób umacniają się w konkurencji o lepsze zarobki

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

czy o samo zatrudnienie z  Ukraińcami przybywającymi do Polski. Jest to wykorzystywane do tworzenia podziałów między robotnikami i hasła patriotyzmu ekonomicznego często temu służą. Ale są one bronią obosieczną, bo jeżeli tymi samymi hasłami posłuży się brytyjski rząd, brytyjskie partie i brytyjscy kapitaliści, to za chwilę wróci tu fala polskich migrantów zarobkowych i będziemy w wielkim kłopocie. Okaże się wtedy, że patriotyzmy gospodarcze, realizowane w każdym kraju osobno, wcale nie służą polskim pracownikom najemnym. Duża część z nich – w ostatnich dekadach co najmniej dwa miliony – żyje przecież z „niepolskich” miejsc pracy – dodaje. Innymi słowy w  modelowej sytuacji, gdy każdy naród w imię patriotyzmu kupowałby jedynie swoje produkty i wspierał własnych przedsiębiorców, zawsze ostatecznie przegra kraj ze słabszą gospodarką, co pogłębi istniejące już różnice. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne polskich firm z każdym rokiem rosną. W 2010 roku wynosiły 186 miliardów, w 2014 było to 231 miliardów, a w 2015 już 239 miliardów (według szacunków Narodowego Banku Polskiego). Zawsze jednak będą niższe niż w  krajach bogatszych. Powszechne narzekania, gdy polskie przedsiębiorstwa


67

przejmowane są przez firmy zagraniczne, idą w parze z entuzjazmem wobec polskich przejęć na rynkach zagranicznych. Polski Maspex, firma mająca już za sobą kilkanaście przejęć zagranicznych przedsiębiorstw, której sprzedaż zagraniczna stanowi już 35% obrotów, działająca prężnie na rynkach czeskim, słowackim, węgierskim czy rumuńskim, z perspektywy obywateli tych krajów jest firmą obcą, z zewnątrz. Wspieranie patriotyzmu gospodarczego przez inne państwa odbije się również na wynikach polskich firm. Stało się tak np. w Szwecji w głośnej sprawie z 2010 roku, gdy część związków zawodowych poskarżyła się na autobusy firmy Solaris. Oficjalne zastrzeżenia związkowców dotyczyły wad pojazdów, w praktyce jednak zarzuty można było wiązać z istnieniem w Szwecji dwóch silnych przedsiębiorstw produkujących autobusy – Scania i Volvo.

W poszukiwaniu patriotyzmów Rozważania na temat patriotyzmu ekonomicznego i jego wpływu na rynek pracy należy uznać za interesujące, jednak rzadko są oparte one na twardych danych, gdyż jest to zjawisko trudne do badania. Co ciekawe, częściej analizowano niejako drugą jego stronę, mianowicie wpływ inwestycji zagranicznych na rynek pracy. Nie ma zgody co do odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy bezpośrednie inwestycje zagraniczne wpływają na tworzenie miejsc pracy, czy też redukują zatrudnienie? Badania empiryczne wykazują, że sytuacja wygląda różnie w zależności od kraju czy regionu. W krajach Azji Południowo-Wschodniej wpływ ten był zasadniczo pozytywny, natomiast w państwach Ameryki Łacińskiej – negatywny. Niewątpliwie Polska należy do krajów atrakcyjnych z racji dobrze wykwalifikowanej i taniej siły roboczej. Udział płac w PKB należy do najniższych w Unii Europejskiej i, w przeciwieństwie do stabilnego poziomu w Unii, odnotowuje systematyczny spadek. Można więc wysunąć wniosek, że coraz lepiej żyje się w Polsce tym, którzy czerpią zyski z kapitału, a gorzej tym, którzy zyski czerpią z pracy. Jak wskazuje jeden z raportów Fundacji Kaleckiego, według raportu PAIiIZ, w 2001 r. koszty pracy zajmowały pierwsze miejsce na liście 22 czynników decydujących o podjęciu działalności gospodarczej w Polsce. Aż 58% badanych inwestorów zagranicznych umieściło je w rubryce „bardzo ważne”. Na drugim miejscu znalazła się wielkość polskiego rynku z  47% wskazań. Cztery lata później wielkość polskiego rynku wysunęła się na prowadzenie (57% wskazań), a koszty pracy (53% wskazań) były na drugim miejscu, co może oznaczać, że sprzedaż na polskim rynku staje się coraz ważniejszą motywacją dla kapitału zagranicznego. W 2011 r., gdy PAIiIZ znów poprosił zagranicznych inwestorów o ocenienie ważności

poszczególnych kryteriów inwestycyjnych, dostępność wykwalifikowanej siły roboczej została oceniona najwyżej (ocena 4,5/5). Niemal tak samo wysoką ocenę uzyskały koszty pracy (4,4/5). Koszty pracy w Polsce nie tylko są oceniane pozytywnie przez inwestorów zagranicznych, ale też ta ocena systematycznie rośnie. Autorzy raportu przypisują to „konkurencyjnemu poziomowi płacowych kosztów pracy”, który bierze się z  zaniżonych płac w  stosunku do wydajności pracy. Niestety należy też zwrócić uwagę, że nawet branże zaawansowane technologiczne, które istnieją w Polsce (motoryzacyjna, IT), swoje centra badawcze mają w innych miejscach, a więc wysoka wartość dodana jest nadawana produktom poza krajem. Nie można jednak tych spostrzeżeń jednoznacznie przełożyć na oceny patriotyzmu ekonomicznego i jego wpływu na rynek pracy. Postawy patriotyczne w gospodarce są powodem do zadowolenia, ale przyjmowane bezkrytycznie zamazują relację pracownika i pracodawcy, a te mogą być różne, niezależnie od kwestii własnościowych czy kraju pochodzenia firmy. W państwie takim jak Polska ważniejsza wydaje się solidarność między pracownikami i wspieranie tworzenia miejsc pracy zapewniających przyzwoite warunki zatrudnionym. Odwrócenie trendu, do którego przyczyniają się działania firm zarówno polskich, jak i  zagranicznych, czyli zwyżkowanie PKB głównie ze względu na wzrost wartości kapitału, wydaje się ważniejsze niż samo hasło o wzroście wartości PKB z odroczoną w czasie (często „na zawsze”) obietnicą, że przyniesie to poprawę życia nam wszystkim. Warto monitorować pod tym względem także polityków, z lubością podchwytujących modne hasła, do których aktualnie należy również patriotyzm gospodarczy. Wypada zapytać, czy wiarygodną twarzą takich zmian może być wieloletni prezes zagranicznego banku. Należy zwrócić uwagę na to, by główną rolę przypisywać zmianie jakościowej, a nie ilościowej, gdyż na fali samego bogactwa polskich firm niekoniecznie bogaci się przeciętny Polak. Na pewno nie jest to regułą. – Patriotyzm? Ale jaki? Nie widzę większego sensu we wspieraniu polskich firm tylko dlatego, że są polskie, jeśli jednocześnie wyzyskują pracowników czy oszukują państwo na podatkach. Takich firm nie zamierzam wspierać, bo to nie jest w moim interesie jako obywatela, pracownika, konsumenta – stwierdza Mateusz Mirys. – W moim interesie jest korzystanie z produktów czy usług takich firm, co do których wiem, że dochowują standardów zatrudnienia, środowiskowych, etycznych. To, że jakaś firma jest polska, budzi moją sympatię, lecz z automatu niczego nie rozstrzyga. Z samego budowania polskiego kapitału bez oglądania się na pracowników niewiele nam przyjdzie na dłuższą metę.


106

Z POLSKI RODEM

W STRONĘ PEŁNEGO ZATRUDNIENIA Życie i myśl Michała Kaleckiego

b NAVFAC, flickr.com/photos/navfac/8641428096

dr hab. Rafał Łętocha

Nie ulega wątpliwości, że od czasów Mikołaja Kopernika nie było Polaka, który wniósłby do światowej ekonomii tak doniosły wkład jak Michał Kalecki. Zainteresowanie jego dorobkiem zdaje się w ostatnich latach rosnąć, jest odkrywany na nowo zarówno w naszym kraju, jak i poza jego granicami. Można jednocześnie powiedzieć, że ciągle nie jest dostatecznie doceniany, o  czym świadczy niezbyt powszechna świadomość, że to właśnie on głosił teorie prekursorskie wobec koncepcji Johna Maynarda Keynesa, jednego z najwybitniejszych i najbardziej

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

wpływowych ekonomistów naszych czasów. Trzy lata przed wydaniem przez Keynesa jego fundamentalnej pracy „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” (1936), która przyniosła autorowi światową sławę i spowodowała, że keynesizm stał się jedną z najważniejszych szkół ekonomicznych XX wieku, Kalecki opublikował „Próbę teorii koniunktury” (1933) i otrzymał dzięki niej stypendium


107

w Szwecji. W pracy tej przedstawił poglądy w zasadzie tożsame z teorią popytową Keynesa, która trzy lata później przyniesie brytyjskiemu ekonomiście wielkie uznanie na całym świecie. Wskazał, w jaki sposób przez pobudzenie popytu można uzdrowić i ożywić gospodarkę pogrążoną w tamtym czasie w kryzysie. Zarówno Kalecki, jak i później Keynes uznali, że główną przyczyną kryzysu jest zbyt niski popyt, w  związku z  czym nieodzowna jest interwencja państwa i  finansowane z  budżetu roboty publiczne. Na te cele państwo powinno bez wahania pożyczać pieniądze, a potem je wydawać – a wszystko po to, by wzbudzić popyt. Zdaniem wielu badaczy wywody Kaleckiego były o wiele bardziej klarowne, spójne i pogłębione niż teksty brytyjskiego ekonomisty. Jednak fakt, że pochodził z kraju peryferyjnego, a jego praca została wydana w języku polskim, z pewnością nie pomógł w rozpropagowaniu jego teorii w świecie Zachodu. Sam Kalecki zresztą niespecjalnie o to dbał. Kiedy w 1936 roku przeczytał pracę Keynesa, postanowił się z nim spotkać i przyłączyć do obozu keynesistów, zdając sobie sprawę z siły, którą sobą reprezentują, nie wchodził natomiast w spory dotyczące pierwszeństwa autorstwa teorii popytowej. Współpracownica Keynesa i jednocześnie Kaleckiego, brytyjska ekonomistka Joan Robinson, w artykule „Kalecki i Keynes” podkreślała, że teoretyczne pierwszeństwo pewnych podstawowych założeń koncepcji Keynesa leży bez wątpienia po stronie Kaleckiego, jednak był on zbyt uprzejmy, aby kiedykolwiek o  tym przypominać. Profesor Tadeusz Kowalik, uczeń i współpracownik Kaleckiego, przytacza z kolei opinię noblisty w dziedzinie ekonomii Lawrence’a R. Kleina. Nie wahał się on stwierdzić, że po ponownym przestudiowaniu artykułu Kaleckiego o cyklu koniunkturalnym doszedł do wniosku, że stworzył on system, który zawiera wszystko, co ważne w systemie keynesowskim [...]. Jestem przekonany, że jego teoria zatrudnienia jest równorzędna do Keynesa [...]. Niestety, Kaleckiemu zabrakło reputacji Keynesa i zdolności do zwrócenia na siebie uwagi światowej opinii publicznej. Dlatego jego teoria pozostała mało zauważana. W  pewnym sensie teoria Kaleckiego przewyższa teorię Keynesa, gdyż jest wyraźnie dynamiczna. Uwzględnia ponadto podział dochodu oraz jego poziom, a także odróżnia decyzje inwestycyjne od ich realizacji1.

*** Michał Kalecki urodził się w 22 czerwca 1899 roku w zasymilowanej rodzinie polsko-żydowskiej2. Jego ojciec był w Łodzi właścicielem przędzalni, którą jednak utracił. W wieku 11 lat Michał wstąpił do I Gimnazjum Filologicznego w Łodzi, następnie zaś w 1917 roku rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej,

na Wydziale Inżynierii Budowlanej. Później jeszcze kilkakrotnie zmieniał uczelnie, przenosząc się na studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie na Politechnikę Gdańską, której jednak nie ukończył z powodu pogorszenia się sytuacji materialnej. Nie miał więc formalnego wykształcenia ekonomicznego, a nawet w pełni ukończonych studiów, na Politechnice Gdańskiej otrzymał bowiem tylko tzw. półdyplom. Pracując w przedsiębiorstwie wywiadu kredytowego, rozwijał jednak swoje zainteresowania ekonomiczne, co wkrótce przybrało postać systematycznych studiów. Pod koniec lat 20. XX w. nawiązał regularną współpracę z dwoma polskimi periodykami ekonomicznymi – „Przeglądem Gospodarczym” oraz „Przemysłem i Handelem”, w których publikował artykuły o wielkich koncernach czy międzynarodowych stosunkach gospodarczych. W 1929 roku otrzymał posadę w Instytucie Badania Koniunktur i Cen. Odtąd mógł poświęcić się pracy jako ekonomista, choć trzeba powiedzieć, że nigdy też nie porzucił całkowicie zainteresowań inżynierią i czystą matematyką, publikując artykuły również na te tematy. W Instytucie opublikował wspominaną już broszurę „Próba teorii koniunktury”. Nawiązał również współpracę z  „Przeglądem Socjalistycznym”, w  którym zamieścił kilka artykułów pod pseudonimem Henryk Braun. Wraz ze współpracownikiem z Instytutu, Ludwikiem Landauem, dokonali pierwszych oszacowań inwestycji, konsumpcji i dochodu społecznego dla Polski oraz przygotowali opracowanie na temat wahań cen, kosztów i produkcji przemysłowej w naszym kraju. W 1933 roku, krótko po opublikowaniu „Próby teorii koniunktury”, Kalecki wziął udział w  konferencji Towarzystwa Ekonometrycznego w Lejdzie i zaprezentował tam swój artykuł będący wykładem głównych myśli z tej pracy. Dotyczył on teorii cyklu, teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji. Części dotyczące teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji, w których, zdaniem większości badaczy, antycypował teorię Keynesa z „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, nie wzbudziły jakiegokolwiek zainteresowania uczestników konferencji. Natomiast model cyklu koniunkturalnego wywołał przychylne komentarze Ragnara Frischa z Norwegii i Iana Tinbergena z Holandii. Dzięki udziałowi w konferencji w Lejdzie otrzymał Kalecki stypendium Rockefellera na studia zagraniczne i w styczniu 1936 r. wyjechał do Szwecji. Tam właśnie przeczytał „Ogólną teorię...”. Według Joan Robinson, czytając ją miał poczucie, że jest to książka, którą właśnie zamierzał napisać. Powiedział: przyznaję, byłem chory. Przez trzy dni leżałem w łóżku. Potem pomyślałem sobie – Keynes jest


108

bnd astrid westvang, flickr.com/photos/astrid/16040961620

bardziej znany ode mnie. Te idee rozejdą się o wiele szybciej, jeśli będą pochodziły od niego – a potem zajmiemy się ciekawą kwestią ich stosowania. To mnie podniosło na duchu3. W związku z tą lekturą postanowił udać się niezwłocznie do Anglii i przyłączyć do szkoły keynesowskiej. W marcu 1936 roku przybył na Wyspy i podjął starania o nawiązanie kontaktu z najbliższymi współpracownikami Keynesa. W ten sposób poznał Joan Robinson, z  którą przez lata pobytu w Anglii będą łączyły go nie tylko kontakty zawodowe, ale i przyjaźń. W 1938 roku otrzymał stypendium Uniwersytetu w Cambridge i uczęszczał na seminarium prowadzone przez Piero Sraffę. Wkrótce zaś, wraz z Austinem Robinsonem, Richardem Kahnem, Piero Sraffą i Keynesem jako przewodniczącym, wziął udział w nadzorowaniu programu badawczego National Institute of Economic and Social Research, dotyczącego kosztów własnych, przychodów i produkcji. Od 1940 roku pracował jako samodzielny pracownik naukowy w  Oksfordzkim Instytucie Statystycznym, współpracując tam m.in. z  Ernstem Friedrichem Schumacherem, Davidem Worswickiem czy Josefem Steindlem. Podczas II wojny światowej powstały też niezwykle ważne, zwłaszcza z punktu widzenia niniejszego artykułu, prace Kaleckiego: „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) oraz „Trzy drogi do pełnego zatrudnienia” (1944). Zamieszczono je w książce napisanej wspólnie z innymi

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

członkami Instytutu, zatytułowanej „The Economics of Full Employment”. W Instytucie Kalecki pozostał do marca 1945 roku, kiedy to wyjechał do Montrealu, gdzie podjął pracę w  Międzynarodowym Biurze Pracy. W  następnym roku natomiast udał się do Nowego Jorku i objął tam stanowisko zastępcy dyrektora Działu Stabilizacji i Rozwoju w Departamencie Gospodarczo-Społecznym Sekretariatu ONZ. Zajmował się głównie analizą wewnętrznych problemów ekonomicznych różnych krajów, zarówno tych rozwiniętych, jak i rozwijających się. Analizy te następnie były zamieszczane w serii „World Economic Report”. Równocześnie kontynuował badania teoretyczne, czego owocem była praca „Teoria dynamiki gospodarczej” (1958). Wydaje się, że doświadczenia pracy w  ONZ (gdzie przygotowywał m.in. raporty o problemach gospodarczych Izraela czy Meksyku) zaowocowały u niego zainteresowaniem ekonomią rozwoju, za której pioniera zresztą jest dziś przez niektórych uważany. Z  powodów politycznych zrezygnował z  pracy w ONZ. Ostatnie lata jego działalności tam zbiegły się z  kulminacją maccartyzmu w  Stanach Zjednoczonych. Kilku kolegów Kaleckiego pod naciskiem USA zostało zdymisjonowanych przez Sekretarza Generalnego ONZ Trygve’go Lie, w  wyniku oskarżeń o sprzyjanie komunizmowi. W związku z tym Kalecki również zrezygnował z  posady i  w  1955 roku wrócił do Polski, gdzie został powołany na


109

stanowisko doradcy Hilarego Minca, ówczesnego wicepremiera. W następnych latach piastował różne stanowiska jako doradca lub konsultant, przeważnie na polu planowania gospodarczego, odgrywając bardzo ważną rolę w opracowaniu projektu planu perspektywicznego na lata 1961–1975. Wkrótce jednak plan ten spotkał się z surową krytyką jako wyznaczający zbyt skromne cele, co zapoczątkowało wycofywanie się Kaleckiego z aktywnego udziału w życiu politycznym. Od tego momentu skupił się przede wszystkim na pracy teoretycznej i zajęciach dydaktycznych. Zgromadził wokół siebie grupę ekonomistów, tworząc w istocie całą szkołę myśli ekonomicznej, określaną mianem szkoły Kaleckiego (Tadeusz Kowalik, Kazimierz Łaski, Ignacy Sachs, Włodzimierz Brus). W końcu 1955 roku podjął pracę w Zakładzie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, a w 1956 r. Centralna Komisja Kwalifikacyjna nadała mu pierwszy akademicki tytuł profesora nauk ekonomicznych. Kontynuując zainteresowania ekonomią rozwoju, wraz z Oskarem Langem i Czesławem Bobrowskim zorganizował w 1958 roku seminarium poświęcone gospodarkom słabo rozwiniętym i prowadził je niemal przez dziesięć lat. W 1961 roku rozpoczął wykłady w  Szkole Głównej Planowania i Statystyki (SGPiS), a następnie objął tam pracę na pełny etat. Rok później minister szkolnictwa powołał go na przewodniczącego rady naukowej utworzonego przy SGPiS Międzyuczelnianego Zakładu Problemowego Gospodarki Krajów Słabo Rozwiniętych. W 1965 roku przeszedł atak serca, który pozostawił po sobie trwałe ślady i  spowodował poważny uszczerbek na zdrowiu. Ponadto na jego samopoczucie niekorzystnie wpływała sytuacja w kraju i nasilająca się nagonka antysyjonistyczna. W 1969 roku zrezygnował ze stanowiska w SGPiS. Zmarł 17 kwietnia 1970 roku.

*** Kalecki w swoich pierwszych pracach ekonomicznych zajął się problemem nadzwyczaj wówczas aktualnym i  poruszającym wyobraźnię licznych myślicieli: jak przeciwdziałać kryzysom koniunkturalnym i co robić, aby gospodarkę jak najszybciej z takiego kryzysu wyprowadzić. Uznał, wbrew opinii powszechnej zarówno wówczas, jak i dzisiaj, że ratunkiem nie jest zaciskanie pasa przez wprowadzanie oszczędności w  sektorze publicznym, lecz odpowiednie pobudzanie popytu. W  swojej teorii efektywnego popytu wskazywał, że wzrost cen i zatrudnienia pobudza konsumpcję wśród robotników, a  tym samym zwiększa zatrudnienie w  gałęziach produkcji dóbr spożycia. Rozszerzenie produkcji wywołuje dalszy rozwój inwestycji i tworzenie się nowej siły nabywczej. Zjawiska kryzysowe pojawiają

się natomiast dopiero wówczas, gdy zwiększona produkcja natrafia na barierę popytu, która pociąga za sobą zmniejszenie się zakresu i rentowności inwestycji, wzrost bezrobocia, spadek cen itp. Przyczyną kryzysów jest więc niedostateczny popyt efektywny, którego przezwyciężenie nie jest możliwe w sposób samoistny, bo mechanizm sam nie jest w stanie się regulować, wymaga natomiast stymulacyjnej roli państwa w gospodarce. Kluczową rolę w pobudzaniu koniunktury Kalecki widział w inwestycjach. Paradoks inwestycji w majątek trwały polega jednak na tym, że pobudzają one gospodarkę tylko do momentu, gdy są tworzone. Ich zakończenie zaś czyni zatrudnionych przy nich pracowników bezrobotnymi, a one same zaczynają wytwarzać towary czy usługi, które nie napotykają na wzrastający popyt, przyczyniając się tym samym do zahamowania koniunktury. Drugi paradoks dotyczy natomiast oszczędności oraz finansowania inwestycji dzięki nim. Można zapytać, skąd wziąć pieniądze na nowe inwestycje. Rozsądek podpowiadałby, że najlepiej z oszczędności powstałych w wyniku ograniczenia potrzeb konsumpcyjnych. Kalecki jednak zwraca tutaj uwagę, że wzrost oszczędności kapitalistów nie musi przekładać się na inwestycje, a po drugie – inwestycje de facto „finansują się same”, ponieważ raz rozpoczęte, zwiększają strumień dochodów. Wreszcie zaś – samo zwiększenie konsumpcji kapitalistów prowadzi do wzrostu popytu, a  więc również do ich zysków, co przeczy powszechnemu przekonaniu, że im więcej się konsumuje, tym mniej się oszczędza. Wzrost konsumpcji nie oznacza spadku oszczędności. Pogląd taki jest słuszny w  odniesieniu do pojedynczego kapitalisty, jeśli bierzemy natomiast pod uwagę całą klasę kapitalistów, to istnieje zależność przeciwna: wzrost wydatków inwestycyjnych i konsumpcyjnych prowadzi do wzrostu zysków. Co inwestują lub konsumują jedni – to zarabiają wnet inni kapitaliści. Kapitaliści jako ogół zyskują wszak to właśnie, co inwestowali i konsumowali4. Paradoks ten został ujęty w sformułowaniu: Robotnicy wydają tyle, ile zarabiają, a kapitaliści – tyle, ile wydają. Dla wysokiej koniunktury decydujące są zachowania kapitalistów – im wyższe są ich dochody, tym bardziej wzrasta niebezpieczeństwo względnego zmniejszenia się ich wydatków na konsumpcję (w stosunku do dochodów). Wydatki pracowników są natomiast dość stabilne. Brak przekształcania oszczędności w inwestycje nakręca spiralę recesyjną, jeżeli w tym samym momencie wiele osób zaczyna postępować w analogiczny sposób. Do podtrzymania długofalowego rozwoju niezbędne są ponadto zdaniem Kaleckiego innowacje mające stanowić najistotniejszy bodziec. Wskazuje też wreszcie na redystrybucję dochodów,


która może w skali makroekonomicznej pobudzić gospodarkę i ograniczyć bezrobocie. Tym samym podważył on pogląd, że obniżka płac, cięcia budżetowe i przysłowiowe „zaciskanie pasa” stanowią najlepsze panaceum na wyjście z  kryzysu. Państwo powinno pobudzać gospodarkę niejako od dołu, przy pomocy wydatków trafiających wprost do pracowników, którzy w swej masie, gdy dostaną więcej pieniędzy, będą więcej wydawać na cele konsumpcyjne, a  tym samym nakręcać spiralę koniunktury. Redystrybucja dochodów na rzecz uboższych grup społeczeństwa i wzrost wydatków państwowych powinny być więc celem polityki pełnego zatrudnienia. Problematyką pełnego zatrudnienia Kalecki zajął się w czasie II wojny światowej. W swoim artykule poświęconym tym kwestiom wskazał na trzy drogi prowadzące do osiągnięcia i utrzymania stanu pełnego zatrudnienia: 1. Przez wydatki rządu na inwestycje publiczne (np. szkoły, szpitale, drogi itp.) lub na subsydiowanie masowej konsumpcji (zasiłki rodzinne, obniżki podatków pośrednich, subsydia w celu obniżania cen podstawowych środków utrzymania) – pod warunkiem, że wydatki te są finansowane z kredytów. Metodę tę będziemy w skrócie nazywać finansowaniem z deficytu. 2. Przez pobudzanie prywatnych inwestycji (za pomocą obniżki stopy procentowej, zmniejszania podatku dochodowego i innych środków wspierających prywatne inwestycje). 3. Przez redystrybucję dochodu od wyższych do niższych grup dochodowych5. Rząd, zdaniem Kaleckiego, powinien finansować te wydatki z  kredytów, w  ten sposób wywołując ogólny wzrost dochodu. Zwiększone dochody powodują zwyżkę wpływów z podatków dochodowych. W efekcie deficyt budżetowy jest niższy niż wzrost wydatków rządowych. Deficyt w ten sposób niejako sam się finansuje, wzrost deficytu wywołuje bowiem przyrost dochodów i zmiany w strukturze ich podziału. Pojawiają się oszczędności konieczne do jego sfinansowania. Rzecz jasna, na co wskazywał Kalecki, trzeba być ostrożnym przy stosowaniu tego środka – wydatki rządu na cele publiczne nie mogą rosnąć szybciej niż potrzeby w tym zakresie. Rząd powinien dokonywać publicznych inwestycji w takim zakresie, jakiego aktualnie wymaga zaspokojenie potrzeb społeczeństwa, a wydatki rządu powyżej tego poziomu są przeznaczane na subsydiowanie masowej konsumpcji6. Dziś jednak przy stosowaniu tej metody pojawia się jeszcze jeden problem, na który Kalecki czy Keynes nie zwracali zupełnie uwagi, a który został

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

b Gemma Stiles, flickr.com/photos/gemmastiles/7862661016/

110

trafnie zdiagnozowany przez Jerzego Osiatyńskiego – mianowicie liberalizacja rynków kapitałowych. W dzisiejszych czasach znaczna część potrzeb pożyczkowych jest finansowana przez podmioty zagraniczne. Stąd politycy nie mają takiej swobody pobudzania koniunktury przez zwiększanie wydatków publicznych. Sam wzrost zadłużenia nie musi być niczym złym. Niebezpieczeństwo zaczyna być dopiero wtedy, gdy finansują go podmioty zagraniczne, dlatego, że bardzo dużą rolę odgrywają wówczas rynki finansowe. Nie jest przypadkiem, że Wielka Brytania, która miała większy dług i deficyt w relacji do PKB niż Hiszpania, nie stała się podczas obecnego kryzysu celem ataku rynków finansowych. Miała własną walutę, a na dodatek zapewnienie Banku Anglii, że będzie finansował brytyjski dług. Hiszpania nie miała ani jednego, ani drugiego. Japonia ma 230 proc. długu i się tym nie przejmuje, bo jej papiery dłużne znajdują się w rękach Japończyków. Agencje ratingowe mogą sobie


111

o tym kraju pisać, co chcą – nie ma to żadnego wpływu na koszty jego obsługi7. Jeżeli zaś chodzi o stymulowanie prywatnych inwestycji – owszem, Kalecki zalecał ten środek, uznając, że należy to czynić choćby poprzez zmniejszanie podatku dochodowego, subsydiowanie przedsiębiorstw podejmujących inwestycje czy obniżanie stopy procentowej. Środki te należy uznać za komplementarne i stosować łącznie. Jednak nie wierzył w możliwość utrzymania pełnego zatrudnienia li tylko przy ich pomocy, tj. drogą pobudzania prywatnych inwestycji. Przewidywał zresztą, że udział państwowych fabryk w ogólnej masie urządzeń przemysłowych będzie stale rosnąć, co stanie się symptomem niezdolności prywatnej przedsiębiorczości do wypełnienia swego zadania w warunkach pełnego zatrudnienia8. Zdecydowanie najistotniejszym spośród trzech przedstawionych przez niego sposobów jest odpowiednia redystrybucja. Wynika to chociażby z tego,

że krańcowa skłonność do konsumpcji klas zamożnych jest mniejsza niż warstw ubogich. W związku z  tym konieczne jest dokonanie transferu części dochodu warstw zamożnych do warstw ubogich. Można to zrobić przez podatek progresywny, zmniejszanie podatków na towary pierwszej potrzeby czy wypłacanie odpowiednich zapomóg. Wszystko to, zwiększając skłonność do konsumpcji w danym społeczeństwie, skutkuje wzrostem popytu efektywnego. W przypadku zastosowania tej metody konieczna jest jednak również kontrola cen. Kalecki nie wierzył natomiast, aby mogło się to dokonać siłami samych pracowników, którzy zdołaliby wywalczyć sobie wyższe płace. Jak pisał, walka o płace nie doprowadzi do fundamentalnych zmian w podziale dochodu narodowego. Znacznie skuteczniejszym środkiem do osiągnięcia tego celu jest opodatkowanie dochodów i  majątku, gdyż te rodzaje podatków (w  przeciwieństwie do podatku towarowego) nie wpływają na koszty


112

zmienne, a zatem nie działają w kierunku wzrostu cen. Jednakże dla dokonania redystrybucji dochodu za pomocą takich środków rząd musi mieć zarówno siłę, jak i pragnienie, aby to przeprowadzić9. Co do ostatniej kwestii – powątpiewał on poważnie, czy w państwie kapitalistycznym taka wola się znajdzie. Jednocześnie przytomnie zauważał, iż istnieje też cała masa tak zwanych „przyjaciół robotników”, którzy starają się ich przekonać, że we własnym interesie powinni zaprzestać walki o płace, albowiem wzrost płac miałby być główną przyczyną bezrobocia i szkodziłby klasie robotniczej jako całości. Tymczasem, jak podkreślał, ekonomia keynesowska całkowicie podważa fundamenty takiego rozumowania. Pełne zatrudnienie na stałe może zapewnić, zdaniem Kaleckiego, jedynie kombinacja tych trzech sposobów, które nie są od siebie niezależne, a wręcz przeciwnie – należy uznać je za organiczną całość, za metody, które winny być wdrażane jednocześnie i kumulatywnie. Rząd powinien wydawać na inwestycje publiczne i  na subsydiowanie konsumpcji uboższych grup ludności tyle, aby – w połączeniu z inwestycjami prywatnymi, niezbędnymi do zwiększania zdolności wytwórczej urządzeń proporcjonalnie do wzrostu „dochodu narodowego przy pełnym zatrudnieniu” – zapewnić pełne zatrudnienie10. Oczywiście to, w jakim okresie, z których korzystać w większym stopniu, na co kłaść nacisk, to kwestia techniczna, którą trzeba rozważać w odniesieniu do konkretnej sytuacji, w jakiej znajdują się dany kraj i jego gospodarka. Kalecki był jednak sceptyczny co do tego, czy państwa kapitalistyczne, nawet wiedząc, jak to zrobić, będą chciały utrzymywać pełne zatrudnienie. Można zapytać, z czego ta nieprzychylność wynika. Autor wskazuje, że podstawowe znaczenie ma tu niechęć wielkiego kapitału do utrzymywania pełnego zatrudnienia za pomocą wydatków państwowych. Stanowi to poniekąd paradoks, albowiem wyższa produkcja i zatrudnienie są korzystne nie tylko dla robotników, lecz także dla kapitalistów, których zyski rosną. Jednak tak właśnie się dzieje, co pokazały czasy kryzysu lat 30. Kalecki przyczyny niechęci kapitalistów do pełnego zatrudnienia osiąganego przez wydatki państwowe dzieli na trzy kategorie: 1) niechęć do wtrącania się państwa w  zagadnienia zatrudnienia w  ogóle, 2) niechęć w  stosunku do kierunku wydatków państwowych (inwestycje publiczne i subwencjonowanie konsumpcji), 3) niechęć do społecznych i politycznych przemian, wynikających ze stałego utrzymywania pełnego zatrudnienia11. Stwierdza, że kapitaliści niechętnie patrzą na każde rozszerzenie interwencji państwa, zwłaszcza zaś w sprawach zatrudnienia. Akceptują inwestycje publiczne, ale żądają, by ograniczały się one do obiektów, które nie

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

konkurują z aparatem wytwórczym kapitału prywatnego, jak np. szkoły, drogi, szpitale. Zakres tej akceptacji jest, rzecz jasna, dość wąski, lecz zachodzi obawa, że rząd, działając w myśl polityki pełnego zatrudnienia, zechce go rozszerzyć. Zdaniem Kaleckiego można by sądzić, że w związku z tym kapitaliści będą się przychylniej odnosić do subsydiowania masowej konsumpcji niż do inwestycji publicznych. Nic bardziej błędnego: różnego rodzaju zasiłki rodzinne czy subsydia spotykają się z jeszcze mocniejszym ich sprzeciwem. Tu bowiem chodzi o zasadę „moralną” najwyższej wagi. Podstawy etyki kapitalistycznej wymagają, „byś zarabiał w pocie czoła na swój chleb” – chyba że żyjesz z dochodów z kapitału12. Poza tym w systemie stałego, pełnego zatrudnienia zwalnianie z pracy przestałoby odgrywać rolę środka dyscyplinującego masy, pozycja społeczna kapitalistów zostałaby tym samym zachwiana, a wzrosłaby pewność siebie robotników. Instynkt klasowy kapitalistów mówi im zatem, że trwałe, pełne zatrudnienie jest dla nich niekorzystne, podważa ich pozycję, a bezrobocie stanowi integralną część systemu kapitalistycznego.

*** Julio López i Michaël Assous w swojej biografii Kaleckiego nazywają go pionierem ekonomii rozwoju. Problematyką tą zainteresował się Kalecki jeszcze w latach 30. XX wieku. Wyrazem tego była obszerna recenzja książki Mihaila Mainolescu „The Theory of Protection and International Trade” (1931). Manoilescu jako gorliwy zwolennik protekcjonizmu spotkał się z surową krytyką ze strony ekonomistów liberalnych. Kalecki jednak bronił jego poglądów, wskazując, że autor ten pokusił się o stworzenie naukowych podstaw protekcjonizmu, zwłaszcza w  krajach zacofanych i rolniczych, będąc przekonanym, iż nowe gałęzie przemysłu powinny być otaczane w tego typu krajach opieką, albowiem będą one dogodne z punktu widzenia kraju, ponieważ z powodu bezrobocia dodatkowe inwestycje będą tworzyły swoją własną podaż oszczędności13. Sprzeciwiał się jednak uznaniu protekcjonizmu za jakiś uniwersalny i jedyny sposób rozwiązywania problemów krajów rozwijających się i doprowadzenia do ich uprzemysłowienia. Na większą skalę zainteresował się tymi zagadnieniami podczas swojej pracy w ONZ. Nie może to dziwić z tego powodu, że pełnił obowiązki doradcy w kilku krajach o takim charakterze. W 1951 roku pracował jako doradca rządowy w Izraelu, sporządzając plan doraźnych naprawczych działań obejmujących krótką perspektywę czasową. W  swoim raporcie wskazywał, że problemy gospodarcze kraju związane są głównie z masową migracją ludności żydowskiej do Izraela oraz strukturalnymi cechami tamtejszej


113

b Kyrre Gjerstad, flickr.com/photos/kyrre_gjerstad/7190510002

gospodarki uzależnionej od jednego źródła rozwoju, czyli importu kapitału. Zalecił jednocześnie środki zaradcze, które podzielił na trzy główne działy: redukcja importu i zwiększenie eksportu, zrównoważenie bilansu płatniczego przy użyciu innych środków, polityka antyinflacyjna. Z  kolei w  latach 1959–1960 Kalecki prowadził działalność doradczą w Indiach. Analiza tamtejszej sytuacji doprowadziła go do wniosków, że przyczyną braku stabilności indyjskiej gospodarki jest przede wszystkim nazbyt rozbudowany program inwestycyjny prowadzony zarówno przez sektor państwowy, jak i  prywatny. Zapewnienie Indiom równowagi finansowej wymagało wedle niego wzrostu w tym kraju podaży artykułów pierwszej potrzeby. W związku z tym podkreślał konieczność braku ich opodatkowania i utrzymania na nie stałej ceny oraz ograniczenia konsumpcji artykułów dalszej potrzeby w stopniu niezbędnym do sfinansowania rozpoczętych inwestycji. Zalecał również wprowadzenie progresywnego podatku gruntowego dotykającego dużych gospodarstw wiejskich. To miałoby zmusić właścicieli do zwiększenia wydajności z hektara i unowocześnienia środków upraw lub wyzbycia się gruntów, a w takim przypadku prawo pierwokupu

miało mieć państwo. Program ten w największym stopniu naruszał interesy przemysłowej burżuazji oraz wiejskiej oligarchii, z czego Kalecki zresztą doskonale zdawał sobie sprawę. Następnie pomiędzy 1960 a 1961 rokiem przygotował program pięcioletni dla Kuby, odrzucając pomysły jej gwałtownego uprzemysłowienia. W swoim programie zakładał, że w tym czasie stopa produkcji ma zwiększać się na Kubie o 13 proc. rocznie, a konsumpcji o 10 proc. Jednocześnie wskazywał, że aby osiągnąć ten wzrost, gospodarka kubańska musi rozwinąć eksport cukru, rolnictwo oraz program szkoleń zawodowych14. Oczywiście te praktyczne doświadczenia przekładały się również na bardziej ogólne refleksje teoretyczne dotyczące państw rozwijających się. Kalecki wskazywał, że głównym problemem, przed którym stoją tego rodzaju kraje, jest zwiększenie inwestycji. Napotyka ono jednak na trzy zasadnicze przeszkody. Po pierwsze, jest możliwe, że inwestycje prywatne nie osiągną dostatecznie wysokiego poziomu. Po drugie, gospodarka może nie dysponować fizycznymi zasobami niezbędnymi do zwiększenia produkcji dóbr inwestycyjnych. Po trzecie, jeśli nawet dwie pierwsze przeszkody zostaną przezwyciężone, to wciąż


114 bnd astrid westvang, flickr.com/photos/astrid/27358881800

pozostaje do rozwiązania problem dostatecznej podaży artykułów pierwszej potrzeby na zaspokojenie popytu wynikającego ze wzrostu zatrudnienia15. Uznawał jednak, że można te przeszkody przezwyciężyć za pomocą różnego rodzaju środków, takich jak interwencja rządu w dziedzinie inwestycji, zapewniająca ich odpowiednią skalę i strukturę, właściwe opodatkowanie klas uprzywilejowanych czy wprowadzenie głębokich instytucjonalnych zmian w rolnictwie, likwidujących bariery jego rozwoju. W tym ostatnim przypadku chodziło Kaleckiemu przede wszystkim o to, że wielkie przeszkody dla postępu w dziedzinie rolnictwa w krajach rozwijających są zazwyczaj pokłosiem istnienia tam feudalnych i przedfeudalnych stosunków własności, systemów dzierżawy itp. W związku z tym nie ma żadnych szans na poprawę w sferze rolnictwa, dopóki nie dojdzie do odpowiednich zmian instytucjonalnych. Tylko wówczas, gdy wyższe ceny produktów rolnych przyniosą korzyść biedocie, może nastąpić łączny wzrost popytu i produkcji. Jeśli zaś wyższy udział zysku na terenach wiejskich zostanie przechwycony jedynie przez właścicieli ziemskich, kupców czy lichwiarzy, nie przyniesie to wyższej konsumpcji lub inwestycji. Zwracał on ponadto uwagę na kilka dodatkowych kwestii, których nie podejmowali pionierzy

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

ekonomii rozwoju: 1) obecności i znaczenia rezerw niewykorzystanych zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 2) skutków większej wydajności zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 3) problemu inflacji16. Kalecki był jednym z niewielu, którzy zwrócili uwagę na to, że choć w krajach rozwijających się kapitału jest niewiele, to jednak jego część może pozostawać niewykorzystana. Odrzucał przy tym sugestie jakoby niewykorzystane zasoby i masowe bezrobocie stanowiły coś naturalnego i nie miały wartości ekonomicznej. Ich wyzyskanie może prowadzić do przyspieszenia wzrostu gospodarczego bez kosztów lub po niższych kosztach. Nie wierzył jednak, że sam wzrost wydajności może być panaceum. Jeżeli wzrostowi wydajności pracy towarzyszy jednoczesny, proporcjonalny wzrost płac realnych, to stopień monopolizacji nie zmienia się. Jeżeli konsumpcja kapitalistów i inwestycje nie rosną, to łączny popyt i łączna produkcja pozostaną stałe, a to pociągnie za sobą zmniejszenie zatrudnienia na skutek wzrostu wydajności. Co więcej, jeżeli obniżka jednostkowych kosztów pracy, wynikająca z wyższej wydajności pracy, nie zostaje przeniesiona na konsumentów przez proporcjonalne obniżki cen lub jeśli nie będą im towarzyszyć proporcjonalnie wyższe płace, to stopień monopolizacji wzrośnie. Wreszcie


115

zaś można również uznać za zasługę Kaleckiego zaproponowanie nowej teorii inflacji w gospodarkach rozwijających się, gdzie inflacja powstaje z powodu cenowej nieelastyczności podaży produkcji żywności. Podchwycone to zostało później przez ekonomistów z Ameryki Łacińskiej, którzy sformułowali strukturalną teorię inflacji17. Osiągnięciem Kaleckiego jest też wyodrębnienie typu państwa będącego „ustrojem pośrednim” pomiędzy rozwiniętymi gospodarkami kapitalistycznymi a  socjalistycznymi (Indie, Egipt, Boliwia), w którym klasą rządząca staje się drobna burżuazja wraz z bogatym chłopstwem. Ten typ wyłonił się po II wojnie światowej wskutek emancypacji politycznej oraz walki z kolonializmem i imperializmem. Kalecki był przekonany, że tego rodzaju państwa są w stanie przetrwać pod warunkiem spełnienia kilku warunków, przede wszystkim uzupełnienia emancypacji politycznej o ekonomiczną, tzn. wyzwolenia się spod wpływów kapitału zagranicznego, przeprowadzenia reformy rolnej oraz zapewnienia stałego rozwoju gospodarczego18. Klasami antagonistycznymi wobec klasy rządzącej są w tym ustroju z jednej strony wielka burżuazja i feudałowie, którzy zostają pozbawieni znaczenia politycznego, z drugiej zaś – biedota miejska oraz chłopi małorolni i bezrolni niepartycypujący w dobrodziejstwach rozwoju gospodarczego. Odpowiednikiem tej wewnętrznej pozycji klasy rządzącej jest lawirowanie pomiędzy dwoma blokami, kapitalistycznym i  socjalistycznym. Dzieje się tak z prostego powodu: postawienie na jeden nich oznaczałoby jednocześnie wzmocnienie któregoś przeciwnika wewnętrznego. Poza tym umożliwia to tym krajom korzystanie z zagranicznych kredytów przy jednoczesnym zachowaniu planowania gospodarczego i dużego zaangażowania państwa w gospodarkę.

*** O znaczeniu Kaleckiego na gruncie nauk ekonomicznych świadczy fakt, że jest to jedyny polski uczony, którego „Dzieła” wszystkie, obejmujące siedem tomów, zostały wydane w języku angielskim przez jedną z najbardziej renomowanych oficyn wydawniczych – Oxford University Press. Aktualność jego myśli natomiast dobrze ilustrują wydarzenia ostatniego kryzysu gospodarczego. W krajach, w których podjęto walkę z kryzysem opartą na oszczędnościach budżetowych i cięciach finansowych, a  takie zalecenia, jak pamiętamy, otrzymały rządy Grecji czy Portugalii od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, sytuacja bynajmniej nie uległa poprawie. Wręcz przeciwnie, doprowadziło to do załamania gospodarek tych krajów i, jak się szacuje, każde 1 euro oszczędności

przyniosło kurczenie się gospodarki o 1,5–1,7 euro, bo wraz z  oszczędnościami gwałtownie spadł popyt i wzrosło bezrobocie. Zupełnie inną drogą poszła Francja, w której wprowadzono tzw. pakiet pomocy publicznej i to dzięki niemu uniknęła ona tak negatywnych konsekwencji jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania. Wydarzenia ostatnich lat dobitnie pokazują, że istnieje potrzeba rozszerzenia kompetencji różnego rodzaju instytucji państwowych sprawujących kontrolę nad sektorem gospodarczo-finansowym, stworzenia zwartych, konkretnych, systemowych programów walki z kryzysem, większego udziału państwa w  procesie redystrybucji wytworzonego dochodu oraz wzmocnienie tegoż państwa jako podmiotu polityki społecznej. Rynek nie jest w stanie efektywnie zarządzać ryzykiem oraz samoregulować się, a  państwo jest jedynym podmiotem zdolnym przeciwstawić się globalnemu załamaniu poprzez interwencję w sektorze finansowo-bankowym. Przypisy: 1. T. Kowalik, Michał Kalecki, kim był, jakim go znałem i podziwiałem [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego i jej znaczenie w teorii ekonomii, red. G. Musiał, Katowice 2006, s. 68. 2. Informacje biograficzne na temat Kaleckiego na podstawie: J. López, M. Assous, Michał Kalecki, Warszawa 2015; K. Chojnacka, Michał Kalecki o relacjach państwo – gospodarka, Kielce 2013. 3. J. Robinson, Michal Kalecki on the Economics of Capitalism, „Oxford Bulletin of Economics and Statistics” 1977, t. 39, nr 1, s. 8–9. 4. M. Kalecki, Teoria dynamiki gospodarczej, Warszawa 1979, s. 8. 5. Idem, Trzy drogi do pełnego zatrudnienia [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Koniunktura i zatrudnienie, t. 1, red. J. Osiatyński, Warszawa 1979, s. 350–351. 6. Idem, Pełne zatrudnienie przez pobudzanie prywatnych inwestycji? [w:] ibidem, s. 383. 7. R. Woś, Dziecięca choroba liberalizmu, Warszawa 2014, s. 261. 8. M. Kalecki, Pełne zatrudnienie..., s. 385. 9. Idem, Teoria zysków [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Dynamika gospodarcza, t. II, red. J. Osiatyński, Warszawa 1980, s. 556. 10. Idem, Pełne zatrudnienie..., s. 382. 11. Idem, Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia [w:] idem, Z ostatniej fazy przemian kapitalizmu, Warszawa 1968, s. 22. 12. Ibidem, s. 24. 13. J. López, M. Assous, op.cit., s. 241. 14. Zob. W. Gliwa, Działalność Michała Kaleckiego w charakterze doradcy rządów państw [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego..., op.cit., s. 385–400. 15. M. Kalecki, Różnice w węzłowych problemach gospodarczych między wysoko rozwiniętą i zacofaną gospodarką kapitalistyczną [w:] idem, Dzieła. Kraje rozwijające się. Studia varia: o ekonomii i ekonomistach, t. 5, red. J. Osiatyński, Warszawa 1985, s. 33–34. 16. J. López, M. Assous, op.cit., s. 247. 17. Ibidem, s. 248–249. 18. M. Kalecki, Ustroje pośrednie [w:] idem, Z ostatniej fazy..., s. 60.


140

AUTORZY NUMERU Rafał Bakalarczyk (ur. 1986) –

absolwent polityki społecznej na Uniwersytecie Warszawskim i socjologii politycznej w Högskolan Dalarna (Szwecja); od 2010 roku. doktorant na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Interesuje się szeroko rozumianą polityką społeczną, zwłaszcza problemami opieki, edukacją, skandynawskim modelem dobrobytu oraz mechanizmami dialogu społecznego. Publikował m.in. w „Głosie Nauczycielskim”, „Dziś” i ”Przeglądzie”. Współautor książki „Jaka Polska 2030?”, wydanej przez Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, z którym współpracuje na stałe. Zwolennik współdziałania i wymiany doświadczeń między różnymi środowiskami prospołecznymi. Bliski jest mu duch książek Żeromskiego, zwłaszcza postać Szymona Gajowca z „Przedwiośnia”. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Olga Drenda – dziennikarka i tłumaczka. Prowadzi stronę Duchologia (facebook.com/duchologia). Autorka książki „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji” (2016). Katarzyna Gajewska – otrzy-

mała tytuł doktora nauk politycznych na Uniwersytecie Bremeńskim w 2008 r. Jest autorką licznych publikacji oraz książki „Transnational Labour Solidarity: Mechanisms of commitment to cooperation within the European trade union movement” (Routledge, 2009). Jej artykuły można znaleźć na Occupy.com, P2P Foundation Blog, Basic Income UK, basicincome.org, bronislawmag. com i LeftEast.

Bartłomiej Grubich (ur. 1985)

– absolwent socjologii i filozofii (UAM). Obecnie mieszka

NOWY

BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016

w Poznaniu, choć wciąż jest przede wszystkim z Bydgoszczy. Uważa, że traci dużo czasu na rzeczy mniej istotne, że za dużo myśli i za mało działa, ale usilnie szuka dobrych proporcji pomiędzy tymi sprawami. Kontakt: bgrubich@ interia.pl. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Rafał Łętocha (ur. 1973) – poli-

tolog i religioznawca. Doktor habilitowany nauk humanistycznych, zastępca dyrektora w Instytucie Religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor w Instytucie Politologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Oświęcimiu. Autor książek „Katolicyzm a idea narodowa. Miejsce religii w myśli obozu narodowego lat okupacji” (2002), „Oportet vos nasci denuo. Myśl społeczno-polityczna Jerzego Brauna” (2006), „O dobro wspólne. Szkice z katolicyzmu społecznego” (2010) i „Ekonomia współdziałania. Katolicka nauka społeczna wobec wyzwań globalnego kapitalizmu” (2016). Od urodzenia mieszka w Myślenicach i bardzo jest z tego zadowolony. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

Tomasz Markiewka – doktor

nauk humanistycznych, obecnie tłumaczy książkę Roberta Franka i Philipa Cooka „The Winner-Take-All Society”.

Jesse Myerson – pisarz i ak-

tywista mieszkający w Nowym Jorku. Autor książki „Onward: An Occupier’s Guide to Understanding the Current Crisis”. Pisuje m.in. do pism „Dissent Magazine i „Jacobin”.

Remigiusz Okraska (ur. 1976) – w roku 2000 współzałożyciel, a następnie redaktor naczelny „Obywatela”/”Nowego

Obywatela”. Twórca koncepcji i redaktor portalu www.lewicowo.pl, funkcjonującego od roku 2009. W latach 2001–2005 redaktor naczelny ekologicznego miesięcznika „Dzikie Życie”, do dzisiaj jego stały współpracownik. Socjolog, społecznik. Od roku 1997 publicysta, autor kilkuset tekstów prasowych. Redaktor i pomysłodawca około 20 książek, w tym polskich wydań „kanonicznych” książek Aldo Leopolda, Davida C. Kortena i Dave’a Foremana, a także wyborów tekstów zapomnianych lub mało znanych polskich myślicieli społeczno-politycznych, m.in. Edwarda Abramowskiego, Romualda Mielczarskiego, Jana Wolskiego, Jana Gwalberta Pawlikowskiego i Franciszka Stefczyka. Od 17. roku życia związany z działalnością społeczną. W wolnych chwilach pije wino (i pisze o nim na blogu http://literkibutelkikilometry.blogspot.com/), zbiera zioła i włóczy się po węgierskiej, czeskiej i słowackiej prowincji.

Hifumi Okunuki – wykładow-

czyni na kobiecym uniwersytecie Sagami. Zajmuje się historią prawną Japonii, badając w niej przykłady działania prawa pracy. Działa w związku zawodowym Zenkoku Ippan Tokyo General Union.

Jan Przybylski (ur. 1976) – dok-

tor chemii (ale to było dawno i nieprawda). Militarysta od kołyski, jak to zwykle w takich przypadkach bywa – w stopniu szeregowego podchorążego rezerwy. Z zawodu tłumacz. Mieszka we Wrocławiu, co bardzo sobie chwali.

Jarosław Tomasiewicz

(ur. 1962) – doktor habilitowany nauk humanistycznych, politolog, adiunkt Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego, publicysta, autor książek „Terroryzm na tle przemocy politycznej (zarys


Czy lewica to PZPR, UB, łagry, Stalin, „dzieła Marksa i Lenina”? Czy socjalizm to ZSRR, Bierut, Gomułka i Moczar? • Czy „polska droga do socjalizmu” to cukier na kartki, cenzura i strzelanie do robotników?

encyklopedyczny)” (2000), „Między faszyzmem a anarchizmem. Nowe idee dla nowej ery” (2000), „Ugrupowania neoendeckie w III Rzeczypospolitej” (2003), „Zło w imię dobra. Zjawisko przemocy w polityce” (2009), „Rewolucja narodowa. Nacjonalistyczne koncepcje rewolucji społecznej w Drugiej Rzeczypospolitej” (2012), „Naprawa czy zniszczenie demokracji? Tendencje autorytarne i profaszystowskie w polskiej myśli politycznej 1921–1935” (2012), „Po dwakroć niepokorni. Szkice z dziejów polskiej lewicy patriotycznej”, a także wielu tekstów publicystycznych i naukowych. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

ą n n

i j a n z o p

Krzysztof Wołodźko (ur. 1977) – za-

stępca redaktora naczelnego „Nowego Obywatela”, dziennikarz i publicysta, ekspert Narodowego Centrum Kultury w Zespole ds. Polityki Lokalnej, felietonista „Gazety Polskiej Codziennie”, felietonista radiowy Polskiego Radia 24. Pisze lub pisał m.in. do „Znaku”, „Ha!artu”, „Frondy Lux”, portalu internetowego TV Republika, „W Sieci”, „Nowej Konfederacji”, „Rzeczpospolitej”, „Pressji”, „Kontaktu”.

141

! ę ic w le

DZIAŁAMY JUŻ

7 LAT

OPUBLIKOWALIŚMY

PONAD 1000 TEKSTÓW!

Pierwszy i jedyny portal internetowy poświęcony tradycjom i dorobkowi polskiej lewicy demokratycznej, patriotycznej i niekomunistycznej.

Piotr Wójcik (ur. 1984) – stały współ-

pracownik „Nowego Obywatela”. Redaktor portalu Jagielloński24.pl, członek Klubu Jagiellońskiego i zespołu redakcyjnego „Pressji”. Katolik i komunitarysta.

Jacek Żebrowski (ur. 1979 roku

w Olsztynie) – współpracuje z pismami „Inny Świat”, „Rita Baum”,„A -Tak”, „2Miesięcznik”. 1/2 redakcji zine’a literackiego „Papier w dole”. Autor opowiadań, dramatów, poezji, esejów krytycznych i krótkich filmów. Aktywista kolektywów wolnościowych i anarchistycznych.

reklama

WWW.LEWICOWO.PL • Abramowski • Daszyński • Limanowski • PPS • spółdzielczość • związki zawodowe • Moraczewski • Mickiewicz • Brzozowski • Thugutt • Sempołowska • Żeromski • Krahelska • Hołówko • Ossowski • Zaremba • Ciołkoszowie • Próchnik • Pragier • Zygielbojm • Barlicki • Perl • Niedziałkowski • Krzywicki… i wiele innych materiałów. Kilka razy w tygodniu nowe teksty, w tym unikatowe, niewznawiane od kilkudziesięciu lat.


SPRAWDŹ, CZY NIE BRAKUJE CIĘ NA MAPIE PRENUMERATORÓW NOWEGO OBYWATELA.

ZAPRASZAMY JELENIĄ GÓRĘ, KALISZ, KROSNO, NOWY TARG, ZABRZE. nowyobywatel.pl/prenumerata


143

50 zł

1 2 3 4 5

Zapłacisz aż 10 zł taniej za kolejne cztery numery – prenumerata roczna to koszt 50 zł, zaś cena 4 numerów pisma wynosi 60 zł. Wesprzesz finansowo nasze inicjatywy (pośrednicy pobierają nawet do 50% ceny pisma!). Będziesz mieć pełny dostęp do internetowego archiwum kwartalnika. Masz szansę otrzymania ciekawych upominków. Prenumerata to wygoda – „Nowy Obywatel” w Twojej skrzynce pocztowej.

6 7 8

W formatach epub i mobi.

25 zł

Bez zabezpieczeń DRM. Najtaniej.

Więcej o prenumeracie można przeczytać tutaj: nowyobywatel.pl/prenumerata Opłać prenumeratę w banku lub na poczcie i czekaj, aż „Nowy Obywatel” sam do Ciebie przywędruje :). Możesz też skorzystać z naszego sklepu wysyłkowego, dostępnego na stronie nowyobywatel.pl/sklep Wpłat należy dokonywać na rachunek: Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom” Bank Spółdzielczy Rzemiosła ul. Moniuszki 6, 90–111 Łódź Numer konta: 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001 Prenumeratę można rozpocząć od dowolnego numeru.

W tym kwartale do prenumeratorów trafi książka Marie-Monique Robin „Świat według Monsanto”. Nagrodę otrzymują: Łukasz Buraczyk, Poznań Weronika Sędzimir, Męcina Agata Westfalewska, Chełmno


Przyświecają nam następujące wartości: Samorządność, czyli faktyczny udział obywateli w procesach decyzyjnych we wszelkich możliwych sferach życia publicznego. (Re)animacja społeczeństwa. Sprzeciwiając się zarówno omnipotentnemu państwu, jak i liberalnemu egoizmowi, dążymy do odtworzenia tkanki inicjatyw społecznych, kulturalnych, religijnych itp., dzięki którym zamiast biernych konsumentów zyskamy aktywnych obywateli. „Demokracja przemysłowa”. Dążymy do zwiększenia wpływu obywateli na gospodarkę, poprzez np. akcjonariat pracowniczy, ruch związkowy, rady pracowników. ⅓ życia spędzamy w pracy – to zbyt wiele, aby nie mieć na nią wpływu. Sprawiedliwe prawo i praktyka jego egzekwowania, aby służyło społeczeństwu, nie zaś interesom najsilniejszych grup. Media obywatelskie, czyli takie, które w wyborze tematów i sposobów ich prezentowania kierują się interesem społecznym zamiast oczekiwaniami swoich sponsorów. Wolna kultura. Chcemy takiej ochrony własności intelektualnej, która nie będzie ograniczała dostępu do kultury i dorobku ludzkości. Rozwój autentyczny, nie pozorny. Kultowi wskaźników ekonomicznych i wzrostu konsumpcji, przeciwstawiamy dążenie do podniesienia jakości życia, na którą składa się m.in. sprawna publiczna służba zdrowia, powszechna edukacja na dobrym poziomie, wartościowa żywność i czyste powietrze. Ochrona dzikiej przyrody, która obecnie jest niszczona i lekceważona w imię indywidualnych zysków i prymitywnie pojmowanego postępu. Jeśli mamy do wyboru nową autostradę i nowy park narodowy – wybieramy park.

b n a Tamurello, http://www.flickr.com/photos/travellingwithoutmoving/56088286/

Solidarne społeczeństwo. Egoizmowi i uznaniowej filantropii przeciwstawiamy społeczeństwo gotowe do wyrzeczeń w imię systemowej pomocy słabszym i wykluczonym oraz stwarzania im realnych możliwości poprawy własnego losu. Sprawiedliwe państwo, czyli takie, w którym zróżnicowanie majątkowe obywateli jest możliwie najmniejsze (m.in. dzięki prospołecznej polityce podatkowej) i wynika z różnicy talentów i pracowitości, skromne dochody nie stanowią bariery w dostępie do edukacji, pomocy prawnej czy opieki zdrowotnej. Gospodarka trójsektorowa. Mechanizmom rynkowym i własności prywatnej powinna towarzyszyć kontrola państwa nad strategicznymi sektorami gospodarki, sprawna własność publiczna (ogólnokrajowa i komunalna) oraz prężny sektor spółdzielczy. Nie zawsze prywatne jest najlepsze z punktu widzenia kondycji społeczeństwa. Gospodarka dla człowieka – nie odwrotnie. Zamiast pochwał „globalnego wolnego handlu”, postulujemy dbałość o regionalne i lokalne systemy ekonomiczne oraz domagamy się, by państwo chroniło interesy swoich obywateli, nie zaś ponadnarodowych korporacji i „zagranicznych inwestorów”. Przeszłość i  różnorodność dla przyszłości. Odrzucamy jałowy konserwatyzm i sentymenty za „starymi dobrymi czasami”, ale wierzymy w mądrość gromadzoną przez pokolenia. Każdy kraj ma swoją specyfikę – mówimy „tak” dla wymiany kulturowej, lecz „nie” dla NOWY BYWATEL · NR 22 (73) · ZIMA 2016 ślepego naśladownictwa.


Jarosław Tomasiewicz

Jan Wolski

Po dwakroć niepokorni.

WYZWOLENIE. Wybór pism spółdzielczych z lat 1923–1956

Szkice z dziejów polskiej lewicy patriotycznej Żaden z nich nie był ortodoksem, niewolniczo odtwarzającym zapożyczone idee. Każdy szukał własnej drogi. Niepokorność, niedostosowanie, niezgoda – to łączy wszystkich. Wiele jednak ich dzieli. Spotkali się w tym tomie demokraci, socjaliści, syndykaliści, anarchiści, komuniści… Różnił ich stopień radykalizmu społecznego, stosunek do demokracji, preferowana taktyka. Jedni czerpali natchnienie z Ewangelii, drudzy wojowali z chrześcijaństwem. Rozmaicie rozumieli patriotyzm. Wszyscy nasi bohaterowie łączą „lewicową” walkę o postęp, równość, wolność i sprawiedliwość z ideami klasyfikowanymi dziś na ogół jako „prawicowe” – z patriotyzmem lub religijnością. Te heterodoksyjne elementy ich dziedzictwa na ogół zbywane są pełnym zakłopotania milczeniem. (fragment wstępu)

Wybór i opracowanie Remigiusz Okraska i Adam Benon Duszyk W 40-lecie śmierci Jana Wolskiego ukazuje się pierwszy wybór jego tekstów poświęconych kooperacji pracy, spółdzielczości, samorządowi pracowniczemu, alternatywom wobec kapitalizmu i „centralnemu planowaniu”. Prawie 700 stron i najważniejsze rozprawy Wolskiego: broszury wydane w latach 20. i 30., nigdy dotychczas niepublikowany rękopis z początku lat 20., maszynopisy z czasów okupacji hitlerowskiej, teksty zablokowane przez komunistyczną cenzurę. Całość opatrzona obszernym posłowiem prezentującym życie i dorobek Wolskiego. Cena: 49 zł · ebook 25 zł

Cena: 22 zł   · ebook 14,99 zł

Książki dostępne w naszym sklepie internetowym: nowyobywatel.pl/sklep Zamówienia można składać również mailowo: sklep@nowyobywatel.pl Konto Stowarzyszenia „Obywatele Obywatelom” nr 78 8784 0003 2001 0000 1544 0001

„Nowy Obywatel” 22(73) Zima 2016 - zajawka  

Pismo na rzecz sprawiedliwości społecznej.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you