Issuu on Google+

kokazone


moje myślokształty spadają jak grona rozlaną wyobraźnią obsesyjnie zauroczone nadmiarem liter a ja pogubiłem się pośród nich jestem taki mały a one takie wielkie to przez czarnego starego gadulika który spał tej nocy księżyca marigotan na mej głowie i zabrał z niej wszystkie stare emocje i myśli rybie pozostawiając mi jedynie dzieciństwo którego do tej pory nie pamiętałem wiesz posłałem ci gwiezdny różowy pył aby unosił się nad tobą tej dziwnej nocy ponieważ coraz mniej ludzi same artefakty wymodelowane przestrojone i dostrojone do tego co wokół żyją oglądając i tworząc sztukę dwu i trój wymiarową a my mamy już szósty wymiar czystej niezwiniętej niezapętlonej wyobraźni i kreacji wymiar uchylający drzwi wieloświatów kokarilionu tworząc zapisujemy swój własny współczesny świat i czas nowej przestrzeni który wypływał z twych rąk i emocji był tak zwinięty i ukryty a wystarczyło go dotknąć aby stał się realnym przewodnikiem i kluczem do mego dzieciństwa jestem dzieckiem regionu ko tego najpiękniejszego niech żyją kajdany widma wolności andrzejgłowacki08052009


kanapik wesołek kokarilionu był też jego stańczykiem mędrkiem filozofem sprawczą przyczyną istnienia a zarazem nieistnienia tej czy tamtej rzeczywistości nikt nie wiedział jak wyszedł z tamtej strony lustra i wszedł w szósty wymiar regionu miał dar mówienia gdy słuchałeś płakałeś lub śmiałeś się lecz nie dało rady być obojętnym jego możliwości wędrowania z ósmego wymiaru do nas były wręcz zaskakujące i istniały poza czasem którego tam prawdopodobnie nie ma jego różowy hedonizm był tak zaraźliwy iż z biegiem stawał się elementem wiary mistyki religii formą leczenia i czynienia ludzi szczęśliwymi czy to bajka czy prawda tego juz nikt nie pamięta kupując różowe szczęście stajesz się wyznawcą hedonizmu rozpuszczalne dłonie czy jeszcze to jest możliwe w różowym świecie kanapika gdy przyszła wiosna wszędzie czuć było kakofonię zapachu kwitnącego koloru różowego ogromnych kwiatów czekających na przylot różnokolorowych kolibrów wtedy wszystkie kolory mieszały się dając nową jakość istnienia czwarty wymiar liczby 26 zapełniwszy się rozdzielał barwy według własnego ustalenia na przestrzenie i wymiary dumny kanapik biurokrata przybijał pieczęcie i rozsyłał kolory siejąc radość aż do granic szóstego wymiaru po sezonie zamykał tajemniczą księgę barw i koloru gasił światło i wszyscy czekali nowej wiosny 2010 andrzejgłowacki10052009 międzywymiarowy dzień kanapika


stylowy esej o zupie

z Inków zalany koka kolą Czy Inkowie lubili kolor różowy? Czy gwiazdy rosną na krzewach? Czy deszcz chodzi piechotą? Co charakteryzuje styl architektoniczny starożytnych ludów Ameryki Północnej?

Na wiele pytań nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Gdy pytamy o styl architektoniczny musimy dwa razy puknąć się w główkę i cztery razy ugryźć w język, zanim udzielimy jakiejkolwiek odpowiedzi. Bo czym właściwie jest architektura? Można z łatwością wpaść w pułapkę konwencjonalnego rozwiązania tej zagadki, a przecież nie o takie nam chodzi, skoro zdecydowaliśmy się stanąć w szranki z resztą świata w Wyścigu do Kresu Inwencji Twórczej! Sztuka nie ma ograniczeń – podobnie jak filozofia – a to dlatego, że ilość możliwych interpretacji otaczającej nas rzeczywistości zdaje się być nieskończona. Czy wiesz czym jest nieskończoność? Koszmarem fizyków teoretyków, więc żeby odejść od kategorii nieskończoności, powiem inaczej, istnieje tyle możliwości interpretacji otaczającej nas rzeczywistości, ilu istnieje ludzi, którzy mogliby taką interpretację popełnić, korzystając z pełni własnych zasobów twórczych. Czy Inkowie lubili kolor różowy? Aby uzyskać odpowiedź, znajdź czterech malutkich Inków i posadź ich na różowej kanapie w swoim różowym salonie. Następnie posól, popieprz, zalej oliwką, wymieszaj i włóż do lodówki na pół godziny. W tym czasie w dużym garnku podgrzej pół litra koka koli z puszki, dodaj kurkumy. Wyjmij Inków z lodówki i pokrój na bardzo cieniutkie paseczki. (Po krótkiej wizycie w lodówce Inkowie nie powinni już jęczeć ani uciekać.) Następnie wrzuć Inków do naparu z koka koli, przykryj garnek pokrywką, aby zapobiec ostatnim desperackim próbom dezercji Inkaskiej. Całość wstaw do mikrofali na pięć minut. Jedząc obiad, karmiąc swoje ego, jak karmił je 500 lat przed tobą Hernando Cortez, zmiatając pod dywan przeszłości kulturę Majów, po raz ostatni zadaj sobie dręczące Cię pytanie… Co charakteryzuje style architektoniczne ludów Ameryki Północnej?


O, zgrozo, styl jest w ich przypadku czymś tak nieistotnym, że można go spokojnie pominąć w rozważaniach. Styl czyli wartość uniwersalna, prawdziwa dla grupy obiektów (co najmniej dwóch), umożliwia nam klasyfikowanie zjawisk i jest niewątpliwie cenną umiejętnością, którą nabywamy jako dwuletnie dzieci zauważając, że klocki można pogrupować – pod względem, koloru, kształtu czy ilości otworów. Czy w ten sposób powinniśmy myśleć o architekturze w dwudziestym pierwszym wieku? Jeżeli styl pojmujemy jako sumę podobieństw (a tak właśnie czyni tradycyjna myśl europejska), to jest on fikcją, ignorującą różnorodność i wielowymiarowość wszechświata, a zatem interpretacją kłamliwą, powierzchowną i nudną jak cała tradycja racjonalna. Pojęcie stylu to w dialogu na temat architektury archaiczne i nieprzydatne uproszczenie, spłaszczenie wielowymiarowej przestrzeni. Nic nie znaczy. Styl to jedynie gierka pseudointelektualna. Banał tak oczywisty jak stwierdzenie faktu istnienia w trzech wymiarów. A przecież prawda jest hiperprzestrzenna! Wypadałoby wreszcie zająć się czymś bardziej kreatywnym niż powtarzanie do usranej śmierci, że białe jest białe a czarne jest czarne. Szczęśliwi Aborygeni, którzy w swym rodzimym języku nie mogą prowadzić takich dyskusji teoretycznych, albowiem w nie znają pojęć ogólnych. Każde drzewo, rzeka, dolina ma swoje własne imię. Fakt niemożności podrzucania w głowie kotem Platona, który jest wieczny jako suma wszystkich istniejących i nieistniejących kotów, uniemożliwił zapewne Aborygenom osiągnięcie rozmachu cywilizacyjnego, podobnie jak szwankujący system zapisu liczbowego uniemożliwił Rzymowi wydanie na świat wybitnych matematyków… Jednak należy zwrócić uwagę na poszerzenie horyzontów myślowych jakie daje traktowanie świata jako zespołu indywiduów. Urzeka uczucie szacunku jakie wywołuje w człowieku każdy element takiego przeindywidualizowanego świata. Wszystko wydaje się trwać w niezmąconym ładzie na swym właściwym miejscu – to, co widać a także to, czego nie widać. Wszystko ma swój wewnętrzny i zewnętrzny sens i swoją historię. Architektura Inków jest kagańcem świetlnym, hymnem na cześć ruchu ciał niebieskich, pułapką na boskie promienie. To ułamek sekundy, kąt padania promieni słonecznych, dotyk wiatru – tam, daleko, pod pachnącym przyprawami niebem egzotycznego Peru, na szczycie Machu Picchu, gdy spoglądasz w dół na siodło osadzone między górami... Znika architektura, znikają bryły, pozostaje jedynie przenikający wszystko, piąty, gorący wymiar słoneczny… Istnieje tyle interpretacji rzeczywistości, ilu istnieje ludzi, którzy podejmują trud jej interpretowania. W różnorodności, na którą patrzymy z wyższego piętra tkwi piękno E(8)xE(8). Postęp zmiótł z powierzchni ziemi filozofów, zostali już tylko fizycy. Oni wiedzą, że to, co widzimy to „końcówka lwiego ogona”. Mały książę mówił: „najważniejsze jest niewidzialne dla oczu”. Dlaczego więc nie wierzysz czytelniku, że wszechrzeczywistość spłatała Ci figla, gdy niedługo po narodzinach wszechświata złamała swoją własną symetrię i zwinęła się z jednej strony jak za małe prześcieradło, po to abyś mógł się narodzić jako ktoś żywy, elastyczny, miękki i wesoły? Nie chciała być stabilna i skostniała, wolała uciec w świat postępującej kreacji, ciągłego stawania się i dookreślania… Biorąc z niej przykład, porzuć swoje skostniałe poglądy na rzecz wyzwolenia, popłyniemy maszyną Spatium Gelatum do krainy „fantazji dziennych”! Jeśli potrafisz to sobie wyobrazić, podam Ci rękę na zgodę. I zaczniemy rozmawiać o Inkach! m. wata


kakofon architekt myśli i ezoterycznych symboli hipochondrionu pełnego dzieł ubezcieleśnienia rzeczy i szklanych wieży regionu jako koncepcja architektury światła i cienia taki romans księżyca i słońca trwający w przestrzeni poza czasem architektura nikomu nie potrzebna i nie zlecona tworzona tylko z potrzeby serca jego obsesją było stworzenie największej piramidy istniejącej a zarazem nie istniejącej zbudowanej z fotonów światła taki iluminowany obiekt dla tych w drodze aby mogli być oświeceni przez architekturę wielkiej piramidy kakofonu pamiętając o stworzonej naturze światła słowami boga niech się stanie odwieczny taniec słońca i cienia dialogu i monologu istnienia i nieistnienia czy pamiętasz jak tańczyliśmy zabijając motyla tak ogromnego że wręcz nierealnego jak drżała ziemia i wszystko wokół jak z każdej najmniejszej jego rozbitej części powstawał nowy zastęp motyli próbujących opuścić pułapkę szklanej piramidy światła cóż to był za widok uskrzydleni architekci odmaterializowanej architektury i magia barwy tysięcy różnokolorowych skrzydeł sacrum nieistniejącej rzeczywistej i nierzeczywistej struktury mistycznej geometrii świata naszych zespolonych idei andrzejgłowacki 10052009


BASILEUS BASILEUS BASILEUS BASILEUS BASILEUS BASILEUS BASILEUS BASILEUS BASILEUS BASILEUS basileus czyli król a raczej królowa której złowieszcze spojrzenie mogło zabić jak mówi libijska legenda bo gdy zionęła oddechem pojawiała się zaraza i nieszczęście smok nad smoki pełzający nie poziomo lecz pionowo pomimo że była pół wężem pół smokiem poruszając się zmieniała wymiary tworząc biały cień którym bawił się mały chłopiec jeździec wiatru mały loczek razem oba ich cienie tańczyły w dowolnej przestrzeni potrafili płynąć po niebie bawiąc się chmurami do czasu aż prawdziwa magia zniknęła z tego świata zniszczona przez brak wyobraźni artefaktów którzy z głupoty spalili ostatnie krzewy których owoce małe wełniaste stworki zwane barankami zjadały swą roślinkę i znikały chłopiec stwarzał dla basileusa smoka karkadanna gwałtownika okrutnika zakochanego w zniewalającym głosie synogarlicy różne opowieści i gdy wypowiadał je znajdowały się w krainie białych cieni wraz z nimi wszyscy siadali i słuchali najpiękniejszego głosu synogarlicy który przemieniał ich życie w magię i czary krainy białych cieni dlatego dla nas są niewidoczni czasami patrząc długo w niebo można dostrzec ich na niebieskim czystym kolorze wędrujących dalej razem ten ptak miał dar przepowiadania przyszłości i jeśli kogoś pokochał wchłaniał w siebie chorobę przyjaciela i odlatywał w stronę księżyca tak jak było to dzisiaj andrzejgłowacki11052009


pomysł i realizacja Andrzej Głowacki, Magda Pińczyńska fotografia Phreneticus www.flickr.com/photos/phreneticus imperator liter Marika Wata


KOKAZONE 05