Page 1

Biuletyn informacyjny Koalicji 1 Maja Wrocław 2013

Nasza codzienność to redukcje zatrudnienia, zamykane zakłady pracy i rosnące bezrobocie; to likwidowane publiczne żłobki, przedszkola i szkoły, to podwyższenie wieku emerytalnego; to upadek kolei i służby zdrowia; to wzrost cen i kosztów życia, to rozbijanie prawa pracy; to nisko płatne nadgodziny; to niedające żadnego poczucia bezpieczeństwa praca czasowa i umowy śmieciowe; to mobbing w miejscu pracy; to obcięcie wydatków socjalnych i tych na edukację i kulturę; to dzieci idące do szkoły głodne; to dyskryminacja kobiet, ich niższe zarobki, ich ciężka niepłatna praca w domu; to emeryci i renciści, oszczędzający na jedzeniu, żeby mieć na leki; to call center i bary, gdzie pracować będzie po studiach nasza wyedukowana młodzież; to emigracja, coraz częściej jedyne wyjście dla wielu z nas. Polska jest poligonem kapitalizmu w najgorszym w Europie wydaniu. Transformacja ustrojowa, wprowadziła w naszym kraju wyzysk niespotykany od przedwojnia. Polska stała się dla Europy i świata zasobem taniej siły roboczej. Tą tanią siłą roboczą jesteśmy właśnie my − pracownicy. Zarabiamy mało, bez gwarancji na godną emeryturę, a jedyne co mamy na poziomie Europy Zachodniej, to ceny. Kolejne rządy to nic więcej jak syndyk masy upadłościowej po PRL, wyprzedające za bezcen wypracowany przez naszych rodziców i dziadków majątek, aby pokryć rosnące długi. Dialog społeczny nie istnieje, a demokracja w Polsce to tylko fasada. Dla polityków ważniejszy jest interes zagranicznych i krajowych inwestorów niż obywatele. Fatalną socjalną sytuację Polaków potęguje tylko trwający właśnie kryzys ekonomiczny. Dlaczego jednak za kryzys płacić mają pracownicy, a nie ci, którzy go wywołali – bankowcy, deweloperzy, politycy, wielkie firmy? Koszty ich chorobliwej żądzy zysku, zysku za wszelką cenę, płacimy my. Nie możemy na to pozwolić. Nie

może być tak, że najmniej zarabiający fundują wysokie zarobki prezesów, menadżerów i polityków. To oni są przecież odpowiedzialni za aktualną sytuację gospodarczą. Jednak to nie kryzys jest przyczyną naszej sytuacji, to kapitalizm jest właśnie permanentnym kryzysem. Specjalne strefy ekonomiczne, do których nawiązujemy w haśle naszej demonstracji, to tylko wyraźny, namacalny symbol tych zmian, które czynią z naszego kraju raj dla turbokapitalizmu, raj wyzysku. Politycy zasiadający w sejmie nie stoją dziś po stronie pracowników. Są ściśle związani z biznesem, zasiadają w zarządach prywatnych spółek, uchwalając korzystne tylko dla nich prawa. Jeżeli nie zaczniemy protestować, naciskać, żądać, wszystko będzie iść dalej w tym samym kierunku – biedni będą biednieć, bogaci się bogacić, a politycy w parlamencie to wszystko potwierdzą przegłosowując kolejne ustawy. Będą dalej rozmontowywać prawo pracy, likwidować osłony socjalne i uchwalać coraz to większe przywileje dla firm i przedsiębiorców. Dlatego chodźcie z nami świętować Międzynarodowe Święto Ludzi Pracy, bo tylko idąc razem jesteśmy w stanie to zatrzymać i sprawić, że nasz kraj przestanie być specjalną strefą wyzysku, a stanie się przyjaznym dla społeczeństwa i środowiska miejscem do życia dla nas i naszych dzieci, bez różnicy ze względu na płeć, wiek, rasę czy seksualną orientację. Skrajna prawica szuka winnych naszej sytuacji gospodarczej wśród mniejszości, ale przecież to nie mniejszości seksualne płacą nam coraz niższe pensje, to nie mniejszości etniczne rozmontowują prawo pracy i oferują nam tylko umowy śmieciowe. Prawdziwy wróg tkwi w garniturze za biurkiem, przygotowując nam coraz gorsze warunki pracy, płacąc nam coraz niższe pensje, samemu żyjąc coraz wystawniej za wypracowane przez nas pieniądze. Tylko rozmawiając, protestując i współpracując przy prospołecznych inicjatywach możemy zmienić ten kraj. Inaczej grozi nam bieda, rasizm i wykluczenie społeczne. Nie bądźmy krajem - skansenem dziewiętnastowiecznego kapitalizmu, gdzie wyzysk biednych i pogarda bogatych rządzących są normą. Chodźcie z nami przeciw biedzie i wyzyskowi. Chodźcie z nami i zmieńmy ten kraj. Nikt nie zrobi tego za nas.

Koalicja 1 Maja Wrocław 2013

Nie ulega wątpliwości, że tworzenie stref jest sprawą polityczną. To politycy zarządzają rządowymi agencjami. To politycy cynicznie wykorzystują powstawanie nowych lub rozszerzanie już istniejących stref na potrzeby własnych kampanii wyborczych. Żonglują liczbami dotyczącymi zatrudnienia, sobie przypisując tworzenie miejsc pracy. O tym, jak ta praca ma wyglądać i ile pracownicy będą zarabiali, już milczą. Liczą się tylko liczby, bez uwzględnienia jakiegokolwiek innego elementu całości, na jaką składa się egzystencja pracowników w strefach. Istnienie związków zawodowych, godziwa płaca za wykonaną pracę, warunki tejże pracy nie są w ogóle brane pod uwagę. Nie pasują bowiem do malowanego przez polityków obrazu rozwoju naszego kraju, i ich – w domyśle wielkiej i pożytecznej – w tym roli. W tym roku chcemy wreszcie dać głos pozbawionym głosu. Chcemy upomnieć się o tych, o których nikt się nie upomina. Chcemy przywrócić równowagę, której dziś nie ma. Prawa pracownicze są bowiem dla nas tak samo ważne jak prawa człowieka. Do godnego życia i godnej płacy za swoją pracę. Pikieta pod fabryką Chung Hong Electronics w pod-strefie kobierzyckiej Tarnobrzeskiej Specjalnej Stefy Ekonomicznej

1


Planowana przez koalicyjny rząd PO-PSL nowelizacja kodeksu pracy nie ma precedensu w historii Polski po 1989 roku. Pod pretekstem kryzysu – rzekomo najbardziej uderzającego w przedsiębiorców – rządzący chcą zafundować społeczeństwu radykalne zmiany pisane pod dyktando organizacji zrzeszających prywatnych pracodawców i zupełnie nie uwzględniające interesu zwykłego pracownika. Rządowy projekt autorstwa PSL-owskiego Ministra Pracy i Polityki Społecznej Władysława Kosiniaka-Kamysza przewiduje m.in.: wydłużenie okresu rozliczeniowego z trzech do dwunastu miesięcy; zmianę definicji tzw. „doby roboczej”; wydłużenie niepłatnej przerwy w pracy oraz kolejne utrudnienia w tworzeniu związków zawodowych. Proponowane zmiany w praktyce oznaczają kolejny krok w kierunku całkowitego uzależnienia pracownika od widzimisię pracodawcy: 12-miesięczny okres rozliczeniowy pozwoli eksploatować pracownika przez 12 godzin dziennie od poniedziałku do soboty nawet przez 28 tygodni. Co więcej, uelastycznienie czasu pracy umożliwi traktowanie pracownika niemal jak prywatną własność. Pracodawca będzie mógł nakazać podwładnemu przyjście na część dniówki nawet przez 24 tygodnie, z kolei nakazując pracę przez 12 godzin, nie będzie musiał płacić za nadgodziny. Na powyższym przykładzie widać wyraźnie, że rodzimym przedsiębiorcom nie wystarcza obecny stopień „prekaryzacji”, zmarginalizowania praw pracowniczych poprzez nadużywanie cywilno-prawnych umów, zwanych „śmieciowymi”. Potężne lobby pracodawców zrzeszonych w „Lewiatanie” czy Business Centre Club nie zamierza szukać oszczędności we własnych kieszeniach, jak zwykle proponując drenaż kieszeni zwykłych, coraz mniej zarabiających i pracujących w coraz gorszych warunkach pracowników. Lobbyści ubierają swe żądania w znane od dwudziestu lat slogany „deregulacji” i „uelastyczniania”, a za jedyny argument mają egoistycznie pojęty interes przedsiębiorcy, który w ich mniemaniu tożsamy jest z interesem społeczeństwa.

Tymczasowa praca ma ostatnio bardzo kiepską prasę. Jak najbardziej zasłużenie. Brak stabilności stanowi zmorę wielu ludzi z trudem próbujących sklecić z serii śmieciowych kontraktów odrobinę bezpieczeństwa, pewności i kawałek zrównoważonego życia. Jak to jednak często bywa, to co dla jednych jest przekleństwem dla innych stanowi nie lada okazję. Uczniowie i studenci masowo ruszają do tymczasowej pracy w wakacje. Niektórzy z konieczności, aby dopiąć roczny budżet na studiach lub też wesprzeć gospodarstwo domowe rodziców, inni chcąc zarobić na lepsze wakacje, zdobyć doświadczenie, czy też choćby i po to aby poznać coś nowego i przeżyć przygodę. Niezależnie od ich motywacji korzystają z okazji, jakie daje możliwość krótkoterminowej i niezobowiązującej pracy z jej wszystkimi wadami i zaletami. Rodzaje wakacyjnych prac są tak różne jak historie opowiadane przez pracowników. „Najważniejsze, że ta praca była i nie było problemu z jej znalezieniem” – powiedział nam Rafał, który wielokrotnie i w różnych rolach pracował w wakacje. Rzut oka na formy zatrudnienia wakacyjnych pracowników i ich deklaracje odnośnie warunków pracy i płacy wystarczy, aby zrozumieć tajemnice łatwej dostępności podobnych fuch.

Raz z umową, a raz bez „Umów nie widziałem prawie wcale. Raz dostałem umowę o dzieło, która dotyczyła innego zajęcia niż to które wykonywałem i służyła pracodawcy jako podkładka na wypadek kontroli. W pozostałych wypadkach umowy nie było w ogóle” – relacjonuje Tomek, który pracował wakacyjnie wielokrotnie, między innymi na budowie i w gastronomii. „Niektórzy pracodawcy nie liczą się z tobą bo przyszedłeś pracować na wakacje, masz zapieprzać za małe pieniądze bo i tak ci nikt więcej nie da – opowiada Rafał i dodaje – a my się godziliśmy bo nie było innego wyjścia”. Jeżeli dodać do tego fakt, że zatrudnianie osób uczących się w ogóle opłaca się bardziej, ze względu na niższe składki, to możemy dojść do wniosku, że wakacje dla pracodawców to okres niebywale atrakcyjnych promocji i przecen taniej siły roboczej. Dwóch studentów w cenie jednego „dorosłego” pracownika, któż by się nie skusił. Rafał pracował przez pośrednika w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. W oparciu o umowę o dzieło miał skontrolować w wakacje 25 gospodarstw w związku z dopłatami unijnymi. „Okazało się, że w umowie był zapis umożliwiający zwiększenie tej liczby o kolejne 25 – opowiada – miałem 19 lat, niewiele doświadczenia i nie wczytałem się dokładnie, a oni to świetnie wykorzystali, na koniec okazało się, że według nich nie dotrzymałem warunków umowy i otrzymałem 100 złotych”. Tomek zwraca uwagę na kolejne niedogodności związane z pracą wakacyjną – „Zdecydowana większość pracodawców płaciła z opóźnieniami, od tygodnia nawet po miesiąc i więcej. Czasami nie otrzymywałem wynagrodzenia w ustalonej wcześniej formie pod pretekstem trudności finansowych i poniesionych przez pracodawcę dodatkowych kosztów. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo pracy

2

Nic dziwnego, że szykowana przez rząd Tuska antypracownicza nowelizacja kodeksu pracy, i tak już mocno okrojonego przez poprzednie rządy, spotkała się z ostrą reakcją związków zawodowych. Komisja Trójstronna, w teorii będąca miejscem wypracowywania wspólnego stanowiska grup o przeciwstawnych interesach, stała się w praktyce polem nierównej walki pomiędzy rządem i pracodawcami a związkami. Dlatego z inicjatywy dwóch największych ogólnopolskich central 26 marca na Śląsku przeprowadzono dwugodzinny strajk generalny w proteście przeciwko projektowi Kosiniaka-Kamysza. Tego samego dnia w większości miast wojewódzkich odbyły się pikiety solidarnościowe ze strajkującymi, w których udział wzięli przedstawiciele NSZZ „Solidarność”, OPZZ, Forum Związków Zawodowych oraz mniejszych związków. „Solidarność” przeprowadziła też szeroko zakrojoną akcję informacyjną pod sugestywnym hasłem „Nie daj się orżnąć”. Tymczasem proces wprowadzania niekorzystnych dla pracowników zmian jest w toku – choć można go jeszcze powstrzymać. Na początku marca w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie projektu; podczas dyskusji głosowanie przeciw zapowiedziały wszystkie kluby opozycyjne – PiS, Solidarna Polska, SLD a nawet Ruch Palikota, który w sprawie reformy emerytalnej zachował się niczym przystawka PO. Także pojedynczy posłowie PSL wyrażali wątpliwości co do sensowności projektu autorstwa swego klubowego kolegi. Rząd nie może być więc w stu procentach pewien większości podczas głosowania. Święto Pracy 1 Maja jest najlepszą okazją do zademonstrowania ostrego sprzeciwu wobec kolejnej – po skandalicznej „ustawie 67” – próby narzucenia nam radykalnych zmian ponad naszymi głowami. Nie możemy dopuścić do tego, by arogancja władzy wykonującej polecenia prywatnego biznesu pozostała bez odpowiedzi społeczeństwa, w tym najbardziej zainteresowanej zmianami jego części. Dlatego 1 Maja powiedzmy głośne „nie” traktowaniu Polski jako Specjalnej Strefy Wyzysku. Powiedzmy głośne „nie” planowanej przez rząd niedemokratycznej, antypracowniczej nowelizacji kodeksu pracy.

to problem był zawsze. Najczęściej z ubraniami ochronnymi (okulary, rękawiczki, spodnie). Zazwyczaj były w bardzo złym stanie, bo dość szybko się zużywają, a pracodawca nie od razu wymienia je na nowe, sprawne i bezpieczne. Kiedy na jednej z budów inspektor BHP zabronił mi wejścia na budowę do momentu, aż nie otrzymam od pracodawcy butów ochronnych, dostałem w końcu buty jednak ich cena, moim zdaniem zawyżona, została mi odjęta od wypłaty”. Bardzo wiele podobnych, nieprzyjemnych historii oszustwa i wyzysku można usłyszeć od młodych, pracujących tymczasowo ludzi, w ich opowieściach nie brakuje jednak pozytywów. „Podstawową zaletą jest możliwość zdobycia życiowego doświadczenia – stwierdza Tomek – można nauczyć się wielu ciekawych rzeczy dotyczących nie tylko wykonywanej pracy. Po pewnym czasie uczymy się odróżniać uczciwego pracodawcę od oszusta. Uczymy się, jak z nimi postępować’. Dla Rafała zaletą był niezobowiązujący charakter zatrudnienia: „Do pracy szło się ze znajomymi najczęściej. Niekoniecznie trzeba było codziennie przychodzić. Po prostu traciło się pieniądze, jeżeli się nie przyszło. Najmilej wspominam pracę na wsi, gdzie mam dziadków. Tam nigdy nie brakowało pracy dla młodego chłopaka. Gdy ktoś stawiał dom, można mu było pomóc za 50 złotych dziennie. Na wsi wszyscy się znają. Wiedziałem, dla kogo stawiamy ten dom. Pani domu przygotowywała obiad dla wszystkich, kawę się dostawało, no i kasa była. Luźny układ generalnie, aż mi się uśmiech na twarzy pojawia, jak przypominam sobie tamten okres”. Przestrogi i wnioski Świat pracy wakacyjnej wyłaniający się z historii młodych pracujących osób to świat, w którym reguły są płynne, prawo średnio działa, a bardzo wiele zależy od szczęścia i od osobistej zaradności. Tymczasowość relacji oraz często niewielkie pieniądze, jakie wchodzą w grę sprawiają, że przestępstwa i nieprawidłowości najczęściej uchodzą pracodawcom płazem. Agencje pracy tymczasowej, poza tym, że z pewnością zgarną sporą część naszego wynagrodzenia, mogą równie dobrze okazać się tutaj gwarantem wypłaty i obrońcą pracownika, jak i oszustem czyhającym jedynie na możliwość pozbawienia pracownika należnych pieniędzy. Bywa, że umowa, która powinna gwarantować pracownikowi ochronę bywa pułapką, a luźny nieformalny układ oparty na znajomości wydaje się najbezpieczniejszą opcją. Przed pokładaniem nadmiernej wiary w pracy „na gębę” przestrzega jednak przewodniczący Ogólnopolskiego Pracowniczego Związku Zawodowego Konfederacja Pracy, Grzegorz Ilka: „To fajne i szczytne, że młodzi ludzie w wakacje zarabiają na życie i wypoczynek. Natomiast fatalne jest to, że najczęściej pracują w szarej strefie, bez jakiejkolwiek umowy o pracę. Gdyby się zdarzył wypadek przy pracy (odpukać), to zostają w fatalnej sytuacji. Zgoda na pracę bez jakiejkolwiek umowy stwarza pole do wykorzystywania przez pracodawcę, który po sezonie zwija interes i znika. Czyli: młody człowieku - pracuj, ale z sensem!” Tomek natomiast stwierdza − „Chciałbym również przestrzec młodych ludzi, którzy mają małe doświadczenie w pracy albo nie mają go wcale przed pracodawcami, którzy oferują nam umowę o dzieło. Jeżeli umowa jest zawiła i nie do końca rozumiemy, czego tak naprawdę dotyczy, nie podpisujmy jej od razu. Skonsultujmy to z kimś, kto takie doświadczenie ma. W przeciwnym wypadku możemy być narażeni na kary finansowe bądź niewypłacenie wynagrodzenia, jeśli nie dotrzymamy wszystkich zawartych w umowie elementów. To bardzo niebezpieczne”. Warto pamiętać również, że wakacyjna praca młodych jest częścią szerszego problemu i wpływa na charakter zatrudnienia w ogóle. Młodzi ludzie, którzy pracują jedynie przez pewien okres i niekoniecznie utrzymują się samodzielnie, mogą sobie pozwolić na niższe pensje, mniej stabilne formy zatrudnienia, a także mniej zrównoważony tryb życia, na przykład pracując niemal bez przerwy. Jest to trudna i niebezpieczna konkurencja dla pracowników, którzy potrzebują stałego zatrudnienia dającego się pogodzić z komfortową codzienną egzystencją w perspektywie wiele dłuższej niż parę wakacyjnych miesięcy. Winą za taki stan rzeczy z pewnością nie należy jednak obarczać młodych ludzi, pracujących, zarabiających i zdobywających doświadczenie w wakacje, a system, który nie gwarantuje stałym pracownikom elementarnej stabilności. Problemem nie jest tutaj istnienie pracy wakacyjnej, ale to że każda niemal praca w Polsce zaczyna się upodabniać do sezonowej.


Wywiad z Basią Rosołowską, działaczką IP z Komisji Lubuskiej, byłą pracownicą szpitala w Kostrzynie nad Odrą W styczniu 2013 r. miała miejsce okupacja gorzowskiego urzędu. Przez kilka godzin blokowano wejście na salę, gdzie miała trwać sesja rady. Jak do tego doszło? Basia Rosołowska: Okupacja starostwa była jak najbardziej spontanicznym zrywem uczestników sesji po tym, jak radni zagłosowali za tym, by pracownikom nie przeznaczać ani złotówki. Była wynikiem bezsilności wobec wieloletnich rozmów i pism, które zawsze kończyły się fiaskiem i urzędniczym zbywaniem swoich petentów, czyli nas, pracowników. Chcieliśmy powiedzieć, że jesteśmy de facto wierzycielami starostwa, bo SPZOZ w likwidacji to prawniczy wymysł stworzony na użytek radnych starostwa. Tym bardziej, że to trwa już 6 lat i nie ma końca, bo data 2017 r. jest umowna. Wystarczy jedna uchwała radnych, żeby przesunąć ją o następne lata. Zresztą nikt już nie wierzy w dobrowolne załatwienie tej sprawy przez władzę. Czy sądzisz, że demonstracja będzie miała jakiś wpływ na radnych? B. R.: Radni byli zaskoczeni tak radykalnym obrotem sprawy. W historii tego urzędu taka sytuacja nigdy nie miała miejsca. Jest to nowa forma demokracji oddolnej, nie przerabianej w naszej „wolnej” Polsce. Jesteśmy wychowywani raczej w duchu posłuszeństwa w stosunku do władzy, jesteśmy też dobrym materiałem na pracowników drugiej kategorii, wykorzystywanych w krajach Unii Europejskiej. Byli pracownicy kostrzyńskiego szpitala są przykładem tego, że można pracować przez kilka miesięcy bez wypłat i można na nią czekać przez 5 lat po likwidacji zakładu, święcie wierząc, że przyjdzie czas, kiedy sami, bez upominania się, otrzymamy zaległe pensje dzięki uprzejmości urzędników. My uważamy, że trzeba protestować. Starostwo chciałoby utrzymać status quo jak najdłużej, nawet za cenę rosnącego o 21 tys. zł dziennie długu po kostrzyńskim szpitalu. Nie ma to dla nich żadnego znaczenia, w myśl zasady, że „raz zdobytej władzy dobrowolnie nie oddamy”. To naszym zadaniem, wierzycieli i lokalnej społeczności, jest nagłaśniać ten problem, doprowadzić do zwrócenia na siebie uwagi mediów i jednocześnie prowadzić sprawy sądowe przeciwko starostwu. Co się działo z byłymi pracownikami szpitala przez ostatnie 5 lat? B. R.: Niektórzy oczekujący na pieniądze chorują na poważne choroby. Potrzebują środków na leczenie, a żyją z niewielkich zasiłków chorobowych. Niektórzy wyjechali do innych miast czy innych krajów w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Przestali już walczyć z armią urzędników o zaległe pensje. W tamtym roku zginęła w wypadku samochodowym jedna z naszych koleżanek – nie doczekała wypłaty zaległych pensji. Niektórzy po likwidacji szpitala już nigdy nie odnaleźli się na rynku pracy. Żyją na konto członków rodziny czy współmałżonków. Jest też grupa osób, która zatrudniła się w miejscowych fabrykach w Specjalnej Strefie Ekonomicznej, poniżej swoich kwalifikacji, za marne pensje, żeby utrzymać swoje rodziny. Byli pracownicy oczekujący na pieniądze to grupa 380 osób, od salowych po lekarzy. Roszczenia szacują się od poniżej 10 tys., poprzez około 20 tys. dla pielęgniarek, aż do największych roszczeń, które sięgają 80 tys. Szpital został przejęty przez prywatną spółkę „Know How”. Czy przez ostatnie 5 lat pogorszył się czy poprawił dostęp do opieki zdrowotnej w regionie? B. R.: Sprywatyzowany szpital zatrudnia źle opłacany personel – chodzi głównie o pielęgniarki, położne, laborantki, salowe, które są zatrudniane przez firmę Impel. Nie ma norm zatrudnienia, co odbija się na gorszej jakości opieki nad pacjentem. Lekarze mają za zadanie przyjąć pacjenta i załatwić go za jak najmniejsze pieniądze, oszczędzając na badaniach i lekach. Każda jednostka chorobowa jest wyceniona przez NFZ i chodzi o to, by jak najwięcej pieniędzy zostało dla firmy. W przypadku kostrzyńskiego szpitala zyski zostały sprywatyzowane, natomiast długi upaństwowione. Nie wiemy, jakie są zyski firmy „Know How” na usługach medycznych w sprywatyzowanym szpitalu, pomimo że są to publiczne pieniądze. Wiemy natomiast, jakie są długi po publicznym szpitalu: w 2007 roku wynosiły ponad 60 mln. Teraz wynoszą 110 mln. i rosną nadal. Prędzej czy później długi spłacą podatnicy, czyli my wszyscy.

W dobie, gdy realny wzrost płac spadł poniżej poziomu inflacji, a my liczymy każdą złotówkę, by starczyło do następnego przelewu, nasi prezesi jeżdżą luksusowymi autami i dlatego wzrasta popyt na produkty luksusowe. Nasi rządzący dostają premie, wyżsi urzędnicy ustawowo przyznane podwyżki, posłowie mają ulgi, uprawnienia i immunitety, a Rostowski liczy, ile jeszcze zysku przybędzie z mandatów. A może powinniśmy wprowadzić system taki, że mandaty zależne są od zajmowanej funkcji i pensji? Może mandat dla posła powinien być liczony potrójnie lub wyżej? Ile zysku byłby dla budżetu z takiego Jacka Kurskiego? Ile zysku byłoby, gdyby zniesiono ulgi na przejazdy dla wojskowych wyższego stopnia, parlamentarzystów, radnych z zarządu? Bo jeśli oni głupio tłumaczą się potrzebą dojazdu do miejsca pracy, to co my mamy powiedzieć, gdy nasze pensje oscylują w granicach 1500 złotych (jeśli mamy szczęście i podpisaliśmy umowę na pełen etat), a musimy codziennie dojeżdżać po 30, 50 kilometrów? Kto zwróci za leki, tym, którzy te mniejsze odległości pokonują na rowerze − śnieg, nie śnieg, deszcz, czy wichura? A kto nam zapłaci za opiekę nad dziećmi, gdy będziemy zmuszeni pracować za zwykłą stawkę po dwanaście godzin zgodnie z tym, co planują rządzący i różnego rodzaju Lewiatany i centra biznesu? Nikt. Nikogo nie obchodzi pracownik. Pracownik ma orać, bo to pasożyt na ciele zdrowego organizmu – pasożyt, bo nie dosyć, że nie pracuje po 24 godziny dziennie, to jeszcze wymaga zapłaty! Tymczasem menadżerowie dostali podwyżki od 20 do 23%, za co? Za to, że grzeją tyłki na swoich stołkach?

Demonstracja w obronie usług publicznych, Gorzów, 12 kwietnia 2013

Jakie są dalsze plany? B. R.: Nie można spokojnie patrzeć na taką niesprawiedliwość społeczną, stąd wzięła się nasza walka. Zaczęło się od pikiet, pisania pism do różnych instytucji, zwracania uwagi mediów, aż doszliśmy do wniosku, że należy zaostrzyć protest. Stąd pomysł blokady starostwa. Dla nas skończył się czas rozmów. Będziemy prowadzić sprawy sądowe przeciwko starostwu i przygotowujemy dużą demonstrację w Gorzowie pod hasłem „Przeciwko prywatyzacji usług publicznych”, gdzie będziemy krytykować prywatyzację usług medycznych, niewypłacenie byłym pracownikom szpitala w Kostrzynie nad Odrą zaległych pensji od 5 lat oraz świadome zadłużanie powiatu gorzowskiego przez przedłużanie procesu likwidacji1. Gdzie obecnie pracujesz? Jakie są tam warunki pracy? B. R.: Pracuję w gorzowskim szpitalu, który w tym roku ma być sprywatyzowany. Już zaczęły się zwolnienia, obniżanie pensji, limitowanie usług medycznych. Nie można przyjąć więcej pacjentów niż jest zakontraktowanych usług, ponieważ NFZ nie będzie płacił za nadwykonania. Atmosfera w pracy jest coraz bardziej napięta, bo nie wiadomo, jaka będzie przyszłość tego szpitala, w jakiej formie zostanie i co z jego długami. Niedługo dojdzie do sytuacji, że nie będzie gdzie się leczyć ani pracować. Związki zawodowe milczą, nie bronią zwolnionych pracowników, nie walczą z dyrekcją szpitala przeciwko prywatyzacji wojewódzkiego szpitala, który jest jedynym liczącym się zakładem opieki specjalistycznej w północnej części województwa gorzowskiego. Mieszkańcy tego regionu nie zdają sobie sprawy z zagrożeń płynących z dzikiej prywatyzacji, która w konsekwencji doprowadzi do gorszego dostępu do leczenia. Może dojść również do całkowitego upadku tego szpitala, jeżeli nie poradzi sobie z długami, bo takie są zasady spółki prawa handlowego. Patologią jest to, że leczenie przelicza się na pieniądze, a szpitale poddaje się eksperymentom rynkowym. Zdrowie nie ma ceny, jest darem, który należy chronić. Ochrona zdrowia jest częścią służby ogółowi społeczeństwa i w naszym wspólnym interesie jest to, żeby nie poddawać tej tak ważnej dziedziny regułom gry kapitalistycznej. Dziękujemy za rozmowę. [Wywiad przedrukowany za zgodą Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza]. Wspomniana demonstracja odbyła się 12 kwietnia w Gorzowie Wielkopolskim i zgromadziła ponad 250 osób. Manifestanci domagali się wypłat zaległych pensji byłych pracowników SPZOZ w Kostrzynie nad Odrą oraz sprzeciwiali się prywatyzacji usług publicznych, przede wszystkim służby zdrowia (przyp. red.). 1

Tyle się mówi o tym, że Polska jest niekonkurencyjna, że polscy pracownicy są niewydajni i leniwi. Zadziwiające, że gdy ci sami pracownicy opuszczą specjalną strefę wyzysku – Polskę, od razu stają się najlepszymi fachowcami! Dlaczego? Dlatego, że to nie pracownicy nie są wydajni, ale praca jest niewydajna. W naszym kraju nadal „leży” organizacja pracy. Kierownicy i inne bubki na stołkach nie potrafią jej płynnie zorganizować, a przy tym całkowicie ignorują Kodeks Pracy. Artykuł 81 kodeksu mówiący o przestoju w przypadku braku pracy, gdy nie zawinił pracownik, to dla nich największa krzywda, wręcz gwałt na ich ego. A te wyższe jest od ich wykształcenia i pychy. Pracownik nie ma obowiązku zapierniczać jak wół w polu. On ma prawo pracować, a pracodawca ma obowiązek mu tę pracę zorganizować, ale tego się już nie uczy w szkołach, które mają za zadanie wyhodować półgłówków posłusznych panu pracodawcy. A tymczasem związki są obrzydzane tym samym ludziom przez pokazywanie, dwóch, czy trzech szefów związkowych − obżartych, w limuzynach, w drogich garniturach. A gdzie reszta związkowców? Nie mieszczą się w medialnym pojęciu związkowca-roszczeniowca. Nie dajcie sobie wmówić, że związkowcy są źli. Większość związkowców, nawet funkcyjnych, przewodniczących, sekretarzy, którzy dbają, by prawo pracy działało w zakładach, to ludzie tacy jak Wy – zwykli pracownicy walczący o godną płacę i godne życie. Bez naszej pracy, bez wykorzystywania pracowników żaden z tych wyzyskiwaczy nie miałby limuzyn i domów z krytymi basenami. Walczcie więc z nami o swoje prawa. Organizujcie się, wstępujcie w nasze szeregi lub zakładajcie własne związki zawodowe.

3


Specjalne strefy ekonomiczne (SSE) to utworzone przez rząd obszary, na których działalność gospodarcza jest częściowo lub całkowicie zwolniona z podatków od dochodów i nieruchomości, a obecne tam firmy otrzymują wsparcie w postaci gotowej infrastruktury technicznej, pomocy finansowej (jak granty) oraz współpracy lokalnych instytucji, w tym urzędów pracy, a także taniej i łatwo dostępnej siły roboczej. Strefy są zarządzane przez specjalnie do tego utworzone spółki, należące w większości do Skarbu Państwa, a częściowo do gmin, które udzielają gruntów. Spółki funkcjonują dzięki majątkowi otrzymanemu od instytucji publicznych (przede wszystkim ziemi), i są całkowicie zwolnione z podatków. Pomysł na strefy zaczerpnięty został z podobnych rozwiązań w Irlandii, Chinach lub Meksyku, gdzie państwa tworzyły bardzo korzystne warunki dla biznesu, przede wszystkim zagranicznego, oferując wyjątkowe prawa podatkowe lub zawieszając istniejące, jak te z zakresu wolności związkowych, pracowniczych czy ochrony środowiska. W Polsce strefy stały się narzędziem wzmacniania transformacji i obranego podczas niej neoliberalnego modelu kapitalizmu. Tworzone w połowie lat 90., dały one umocowaniei uporządkowanie wcześniejszych posunięć rządu z zakresu dotowania sektora prywatnego i braku podatku dochodowego dla inwestycji zagranicznych. Niewątpliwą zachętą dla tych rodzących się enklaw sektora prywatnego była narastająca nadwyżka siły roboczej − konsekwencja masowej redukcji miejsc pracy w prywatyzowanych i likwidowanych na początku lat 90. przedsiębiorstwach państwowych. Niedawno Ministerstwo Gospodarki stwierdziło wprost, że strefy są „jedynym liczącym się instrumentem wsparcia nowych inwestycji”. Fakty wskazują coś innego. Przez pierwsze kilka lat strefy nie rozwijały się prawie wcale, dopiero od ok. 2005 roku, kiedy strefy zaczęły być montowane na życzenie inwestora1, zaczął wzrastać ich obszar oraz wartość inwestowanego kapitału. Jednak większość terenów pozostaje niezagospodarowana, a inwestycje w nich stanowią niespełna 3% wartości wszystkich inwestycji. Pod względem miejsc pracy, strefy nie są znacząca częścią polskiej gospodarki: w 2011 r. zatrudnieni w strefach stanowili mniej niż 2% pracujących w Polsce. Pozostaje zatem pytanie: komu one rzeczywiście służą? Na obszarach pierwotnie objętych strefami nadal występuje wysokie bezrobocie, nierówności społeczne się pogłębiają, a poziom życia odbiega od tego w metropoliach. W strefach rozwijają się przemysły pracochłonne, oparte przede wszystkim na taniej i łatwo dostępnej sile roboczej. Podczas okresów zwiększonej produkcji firmy korzystają często z agencji pracy tymczasowej, zatrudniając pracowników na bardzo krótkie umowy. Polskie strefy charakteryzują się też niższymi płacami niż średnia w przemyśle i bardzo niewielkim uzwiązkowieniem. Specjalnemu traktowaniu inwestorów w strefach nie towarzyszy zatem żadne specjalne traktowanie pracowników – jest źle jak wszędzie.

Strefy są też elementem podtrzymującym istniejący stan rzeczy: wysokiego bezrobocia, niskich płac, zanikania praw i organizacji pracowniczych, braku regulacji środowiskowych, a wszystko dla dobra łaskawych inwestorów, którzy podnoszą wzrost gospodarczy Polski. Zarówno elity państwowe jak elity lokalne wykorzystują strefy w sposób polityczny, chwaląc się wielkością inwestycji, lecz nie wspominając o poziomie bezrobocia w swoich regionach ani o warunkach pracy przy strefowej produkcji, czy praktykach zwalczania związków zawodowych w strefach. Nie dziwi więc sytuacja ubiegłorocznego lokautu (zwolnienia) 26 strajkujących pracowników w klastrze LG − zespole zakładów należących do tej firmy lub jej podwykonawców − w podstrefie kobierzyckiej Tarnobrzeskiej SSE. Po jednej stronie: inwestorzy w strefie, uzbrojeni w ulgi podatkowe, granty, zintegrowaną obsługę prawną (wliczoną w koszty, więc odliczaną od podatku), wsparcie rządu i samorządów, urzędy pracy, agencje pracy tymczasowej czy wreszcie prywatne firmy ochroniarskie. Po drugiej stronie: pracownice i pracownicy jednej z fabryk (Chung Hong Electronics), zjednoczeni w walce o poprawę warunków pracy. Trudno mówić o równych szansach. Strajk i lokaut w Chung Hong nie jest jednak oderwanym przypadkiem ograniczania wolności związkowych w strefach. W ostatnim czasie, w tym samym klastrze LG, zwolniono przewodniczącą związku zawodowego, a dwa lata temu – grupę pracowników świeżo zorganizowanych w związku. Podobne przypadki miały też ostatnio miejsce w innych strefach: legnickiej, mieleckiej, czy warmińsko-mazurskiej. Mechanizm stref stworzonych przez neoliberalne państwo jest efektem wypatroszenia procesów demokratycznych. Samorządy, na terenie których położone są strefy, coraz bardziej zadłużone, m. in. z powodu kosztownych inwestycji w infrastrukturę i promocję tego biznesu, przy jednoczesnym braku wpływów z jego funkcjonowania. Władze samorządowe prowadzają „racjonalizację” swoich wydatków, a to oznacza zwykle cięcia na zabezpieczenia społeczne (jak mieszkania komunalne, komunikację zbiorową czy opiekę nad dziećmi) lub ich prywatyzację. To z kolei prowadzi do ich ograniczenia oraz podrażania. W obliczu tego, dochód z niestabilnej pracy za grosze w strefowych fabrykach, w rzeczywistości jeszcze bardziej się kurczy. Strefy − jako skuteczny sposób na przepompowanie publicznych środków do biznesu (najczęściej międzynarodowych korporacji) − podtrzymywane są ideologią ciągłej potrzeby wzrostu gospodarczego. Rozmija się to z postulatami sprawiedliwego i zrównoważonego rozwoju społecznego, gdzie publiczne środki służą do tworzenia lepszej jakości życia ludzi. Troska o rozwój przedsiębiorczości, wielkiego biznesu i inwestycji odbiera środki na potrzeby lokalnych społeczności, bo przekierowuje te fundusze w inwestycje, które służą tylko nielicznym.

Pikieta pod fabryką Chung Hong Electronics w pod-strefie kobierzyckiej Tarnobrzeskiej Specjalnej Stefy Ekonomicznej

Rozmowa z Jolantą Ryndą, przewodniczącą Komisji Zakładowej OZZ Inicjatywa Pracownicza w fabryce Chung Hong Electronics1 Koalicja 1 Maja: Co skłoniło Was do założenia związku zawodowego w Chung Hong? Jolanta Rynda: Mówiąc najkrócej powodem były złe warunki pracy, ciągły wyzysk, głodowe pensje, za które nie da się utrzymać rodziny, a także zastraszanie pracowników. Koalicja: Jak wyglądał początek działalności związku? J. R.: Ten początek to głównie walka na pisma, ale pracodawca nie traktował nas poważnie i na niektóre nasze pisma w ogóle nie odpowiadał. Sytuacja zmieniła się, kiedy wystąpiliśmy do pracodawcy z konkretnymi postulatami, takimi jak: podwyżki płac, fundusz świadczeń socjalnych, transport dla pracowników itd. Wtedy zaczęła się walka między pracodawcą a związkami zawodowymi. Jak wiadomo, Chung Hong jest chińską korporacją, która nie pozwoli na to, aby zwykli pracownicy chcieli cokolwiek uzyskać od pracodawcy. „Jak wy, związkowcy, śmiecie czegokolwiek żądać?” – tak myśli zarząd tej firmy. Koalicja: Wy jednak postanowiliście zorganizować strajk… Jak do tego doszło? J. R.: Przeszliśmy wszystkie fazy rokowań aż po mediacje, kiedy to pracodawca nie chciał się ugiąć i obstawał przy swoim − że nie da nam nic. Wtedy zostało zorganizowane referendum, w którym większość pracowników opowiedziała się za strajkiem. Referendum strajkowe było utrudniane, a pracownicy zastraszani przez przełożonego. Poinformowano ich, że jeśli wezmą w udział w głosowaniu, natychmiast zostaną zwolnieni. Referendum było przeprowadzane dosłownie wszędzie − w toaletach, w szatniach, w kantynie, w autobusach pracowniczych…

4

Strajk odbył się w trybie szybszym niż powinien z tego względu, że zwolniono działacza związkowego, który był pod ochroną prawną i przeprowadzał referendum strajkowe. W tym dniu wybuchł protest. Zarząd fabryki postanowił zastraszyć pracowników grożąc, że jeśli nie wrócą na stanowiska pracy, zostanie wezwana policja, i tak też się stało. Policja, która nie znała praw pracowniczych ani związkowych, kazała nam opuścić teren zakładu. Następnego dnia osoby strajkujące nie były wpuszczane do toalet ani pomieszczeń socjalnych. Staliśmy na zewnątrz zakładu, ponieważ zamknięto przed nami drzwi do budynku i odseparowano nas od reszty pracowników, abyśmy nie mogli się z nimi komunikować. Osoby strajkujące miały także zorganizowany osobny transport. Czy noc, czy deszcz, czy upał (który przekraczał 30 stopni), bez odrobiny cienia, aby można było się schować, pozostawaliśmy na zewnątrz zakładu pracy, bo nas do niego nie wpuszczano. Pracownicy załatwiali swoje potrzeby za kontenerami jak zwierzęta… Obcy ludzie pracujący na pobliskiej budowie dawali nam wodę i trzymali za nas kciuki mówiąc, że jesteśmy odważni, żebyśmy się nie poddawali, bo niestety w taki sposób te firmy na strefie funkcjonują i wyzyskują ludzi. Po dwóch tygodniach strajku pracownicy zostali zwolnieni dyscyplinarnie, a zarząd związku zawodowego został zwolniony z obowiązku świadczenia pracy z prawem do wynagrodzenia. Koalicja: Jak obecnie wygląda sytuacja związku i zwolnionych pracowników? J. R.: Aktualnie walczymy z pracodawcą w sądzie pracy o przywrócenie nas do pracy, a także o wypłaty odszkodowań dla zwolnionych. Ci, którzy uczestniczyli w strajku − czyli pracownicy, którzy mieli umowy na stałe lub trzy lata − zostali bezprawnie wyrzuceni z pracy w trybie dyscyplinarnym. Zarząd związku w całości się zwolnił, ale w dalszym ciągu wspiera strajkujących. Sprawy w sądzie nadal się toczą, ale my się nie poddamy.

Specjalna Strefa Wyzysku - Polska  
Specjalna Strefa Wyzysku - Polska  

Biuletyn Koalicji 1 maja we Wrocławiu 2013

Advertisement