Issuu on Google+

Mały okruch piękna

Julianna Baggott: Świat po Wybuchu. Tom I. Nowa Ziemia

Podążamy mrocznymi ulicami zniszczonego świata, rozbitych w okruchy ulic i Pyłów podnoszących rękę na życie innych ocalałych. Ziemi, na której drzewa przepełniają toksyny, a każda kropla deszczu – jeśli spadnie na to pustkowie – ginie pośród ziaren piasku. Świata odciętego od ludzi bez skazy, Czystych, którzy przeżyli wybuch bez uszczerbku na zdrowiu i obserwują śmiertelne zmagania pozostałych przez pryzmat zamkniętej Kopuły. Poza nią istnieje już świat po apokalipsie, w którym albo ty zabijasz, albo zabijają ciebie. Ludzie, których ciało pokrywają skazy, są zrośnięci z blachą, metalami, plastikiem czy nawet... drugim człowiekiem. Zrobią wszystko, by przetrwać. Istnieje tylko jeden ratunek – obalić bezwzględnego tyrana siedzącego za biurkiem w Kopule. Coś jednak łączy ich wszystkich oprócz instynktu przetrwania. Jeśli to odnajdą, przeżyją. Czas mija. Nie ma pokoju bez wojen, nie ma światła bez ciemności i… nie ma piękna bez brzydoty. Wojny przynoszą ze sobą zagładę, śmierć i zniszczenie. Juliannie Baggott nie straszne są opisy pełne cierpienia, bólu, strachu i brzydoty. Planeta jest przepełniona dusznością ziemskiego piekła. Bohaterowie walczą ze swoim wyglądem, ale ktoś odkrywa w nich ten mały, niedostrzegalny często – okruch piękna. Nie boją się stawić czoła przeciwieństwom. Wychowali się w świecie, który skazuje innych na potępienie. Autorka napisała książkę pod wpływem innego znanego jej dzieła. Istotnie, pomysł godny uwagi. Wszystkie fakty są dogłębnie przemyślane. Język bardzo przyjemny i prosty, przeplatany niezwykłymi opisami losów nieszczęśników. Co więcej – Baggott proponuje nam ciekawe rozwiązanie – każdy rozdział to osobna opowieść bohaterów. Dzięki temu stają się oni żywsi. Po pewnym czasie zaczynam wczuwać się w ich byt, który nie należy do najprzyjemniejszych. Śledzę każdy ich krok. Nie jest to jednak łatwe. Kiedy wydaje mi


się, że znam zakończenie – docieram do samego końca i otwieram oczy ze zdumienia. Opisy akcji zapierają dech w piersiach i muszę przyznać – nie można Nowej Ziemi tak po prostu odłożyć na półkę bez dotarcia do ostatniej strony. Trylogia nie może zawieść poszukiwaczy mocnych wrażeń i sci-fi. Dlatego polecam Wam, byście zajrzeli przez wrota Świata po Wybuchu. Przekonajcie się, czy przeżyjecie.

Saichou


Śmierć czeka pod Kopułą Julianna Baggott: Świat po Wybuchu Tom II. Nowy przywódca

Dziewczyna i jej przyjaciele z trudem uchodzą z życiem po ostatnich potyczkach. Drużyna musi się rozdzielić. Pressia, Bradwell oraz nowy nabytek – El Capitan i wrośnięty w jego ciało Helmud, który jest dla wszystkich niczym echo w lesie i ciągle powtarza słowa starszego brata – wyruszają na poszukiwania odpowiedzi, które pozostawiła dziewczynie jej matka. Po odkryciu tajemnicy dowiaduje się, że Partridge jest dla kimś więcej niż tylko kolejnym Czystym. Tymczasem chłopak wyrusza w podróż z Matkami, które nie odstępują jego i Lydy na krok. Ocalała dziewczyna miała go początkowo zmusić do powrotu do Kopuły, by poddał się planom ojca, jednak zmienia pozycję w tej grze o życie. Bohaterów czekają kolejne trudne decyzje i rozstania, po których – o ile mi wiadomo – nie każdy wróci. Zegary tykają. I to już nie tylko poza ciałem ludzkim. Ocalali wpadają w sidła, trudno się z nich wydostać. Z czasem odkrywają w sobie pierwiastki człowieczych bestii, dla których istotne jest tylko przetrwanie. Obserwujemy zmagającą się z ponurym krajobrazem śmierci Czystą wychowaną pod Kopułą, a więc niezdającą sobie sprawy z niebezpieczeństwa czyhającego poza nią. Czy da radę? Na to pytanie nie odnajduję odpowiedzi tak szybko. Coraz trudniej jest mi przebrnąć przez kolejne strony bez nerwów i lamentacji. Nikt nie chce widzieć konających na własne oczy. Życie nie jest łatwe, jeśli mamy do czynienia z ludzkimi potworami. I to nie w znaczeniu cielesnym. Pojawiają się ci, dla których zwykła kromka chleba stanowi pretekst do zabójstwa. Wojna o przetrwanie to w istocie obrazek z The Walking Dead, chociaż z wtopionymi kawałkami świata w ciało – bardziej masakryczny. Pierwiastki człowieczeństwa wyparowały z tego świata tuż po potężnym Wybuchu, który zniszczył także nadzieję, o którą cały czas modli się Bradwell i pozostali. Jeśli chodzi o kobiecą wyobraźnię, a tej autorce z pewnością nie brakuje – jest ona bezgraniczna. Określając uczucia bohaterów „głos sumienia” nieco się zapędza i na siłę próbuje wmówić Pressii, że miłość w tym świecie jest próbą samobójczą. Nie zadowala mnie to, bo


wiele takich cudów widzę w dennych romansidłach. Bezgraniczne poświęcenie – owszem – ale nie ma co na siłę zgrywać cwaniaka i bronić się przed miłością, której panience Belze bardzo brakuje. Są ci, którzy darzą ją uczuciem. W tomie drugim „te sprawy” bardzo się komplikują. W niektórych sytuacjach jest to naprawdę chałowate. Nie znoszę romansideł rodem z harlequina. Musicie wiedzieć, że tych powiązań nieco będzie. Co się tyczy akcji – uspokoiła mnie po tych wszystkich mdlących wyznaniach typu „nie opuszczę cię nigdy”. Prawda jest taka, że NIGDY to pojęcie względne. I być może NIGDY nie poznamy odpowiedzi na pytania, dopóki nie zabierzemy się za kolejny tom Świata po Wybuchu. W Kopule musi się narodzić Nowy przywódca. Nie wiem, jak wy – ja chcę być uczestnikiem tego wydarzenia.

Saichou


Sprzedajemy zabawę, czyli młyn śmierci się kręci Stephen King Joyland

Młody chłopak w poszukiwaniu za pracą trafia do wesołego miasteczka zaraz po miłosnym zawodzie. Postanawia odnaleźć się w miejscu, które za nic nie mogłoby przypominać paryskiego Disneylandu. Zaraz po przybyciu tutaj poznaje historię morderstwa, które rozegrało się na terenie Joylandu. Kuglarze obserwują każdy swój krok. Nie jest to przyjemne, gdy ma się trupy w wagonikach, a morderca… Śmieje się w twoją twarz niczym złowrogi klaun. Kto zachwyca się powieściami Kinga wie, że napięcie jest tym, co kreuje historię w jego książkach. Bez błyskawicy przechodzącej po ciele w trakcie czytania się nie obędzie. Tym razem jednak nie przyjedzie po nas karetka ze sprzętem reanimacyjnym, chyba że popłaczemy się, czytając o problemach Devina Jonesa, głównego bohatera. Obserwujemy jego historię poprzez pryzmat wyobrażeń chłopaka, który opisuje ją sam, kreując coś w rodzaju osobistych zapisek lub pamiętnika. Osobiście wyrażam zachwyt nad ciekawym i interesującym żargonem kuglarskim, z którym zapoznajemy się przez cały czas trwania powieści. Sam autor wspomina w posłowiu, być może klienci nie byli „ćwokami” czy szaraczkami”, dziewczyn zaś nie nazywano „dzióbkami”, być może stworzył tylko fikcję. Ale właśnie te pojęcia nadają powieści miejscowego kolorytu! Karuzela Carolina Spin kręci się niczym nasi bohaterowie, którzy jak najlepiej chcą zająć się przybywającymi do Joylandu ludźmi. Coś jednak burzy ten porządek, a sprzedaż zabawy… Cóż, może zakończyć się śmiercią. A może frytki do tego? Ketchup zastąpiła krew. Reflektuje ktoś na wizytę w Joylandzie? Zaraz otworzą się Wam wrota.

Saichou


Gdy umiera niewinny, a morderca ma moc wybawczą John Grisham Zeznanie

Donté Drumm spędził dziewięć lat w celi śmierci. Za cztery dni wyrok zostanie wykonany. Nagle prawdziwy morderca przyznaje się do winy, ale… Nikt nie chce wysłuchać jego zeznania. Maszyna już została wprawiona w ruch. Zegar tyka. Do egzekucji zostają godziny… Potem minuty... Ci, którzy nigdy wcześniej się nie spotkali, zaczynają wyścig z czasem. Przeciwko sobie mają sędziów, prokuratorów, policjantów, polityków. Za sobą – zeznanie prawdziwego mordercy. Jakie są jednak jego motywacje? John Grisham zaskakuje zawsze, nieważne, co takiego napisze. Może to jest powodem, dlaczego mieszka w posiadłości na miarę Billa Gatesa. Abstrahując jednak od jego prywatnego życia, przyjrzyjmy się bohaterom Zeznania. To postacie kolorowe, o ciekawym wnętrzu i niesamowicie pogmatwanym życiu. Gdy jedni podejmują walkę o ocalenie młodego człowieka z sideł śmierci ryzykując przy tym własne życie, inni wygodnie siedzą za biurkiem i czekają, aż będą mogli wcisnąć guzik i spuścić więźniowi truciznę w żyły. Coś wam to przypomina? Mi owszem. Grisham stara się obalić tezę, iż Temida zawsze wydaje sprawiedliwe wyroki. Co więcej – ziemskie sądy zależą tylko od postępowania ludzkiego. Człowiek jest niestety istotą bardzo zadziorną, popełniającą błędy. Nie łatwo przyznać się do złych decyzji, zwłaszcza, gdy okupuje się stanowisko gubernatora Teksasu, któryż to stan skazuje na śmierć za niemal każde przewinienie. By nie przekolorować – morderstwo to morderstwo. Ale gdy mamy do czynienia z kimś, kto jest prawdziwą kanalią, przyznaje się do zbrodni, dlaczego by nie wypuścić niewinnego? Błędy kłują naszą dumę. John Grisham doskonale o tym wie, dlatego książkę czyta się z zapartym tchem. Poza prostotą języka, która stanowczo wpływa na odbiór dzieła, zwracam uwagę na szybkość akcji. Jesteśmy w prawdziwej kropce. Mamy mordercę, ale nie znamy motywów jego działań. Mamy nadopiekuńczą matkę Reevę, która pragnie śmierci zabójcy, ale brakuje nam miłosierdzia dla niewinnych. Mamy dowody, ale brakuje nam słuchaczy.


Mamy prawo, ale nie mamy litości. Wszechwładza, bezkarność i bezprawie. Spojrzyjcie w oczy niewinnego i powiedzcie, że musi umrzeć, bo tak mówi Wasz system. Zmienicie zdanie?

Saichou


Zna sąd jak własną kieszeń. Co więcej – to dzieciak. John Grisham Theodore Boone: Młody prawnik

Jego rodzice są prawnikami. Przyjaciele rodziców są prawnikami. Jego przyjaciele są prawnikami. Jego pies wabi się Sędzia, a on marzy, żeby zostać prawnikiem. A właściwie już nim jest: kocha prawo i uwielbia udzielać porad prawnych. Ale znajdzie się na sali sądowej już nie jako obserwator o wiele prędzej, niż się spodziewał, wciągnięty w sam środek sensacyjnego procesu o zabójstwo. Zostawmy za sobą te nudzące opisy wydawnictwa i przyjrzyjmy się, czy Theodore to naprawdę bohater bez skazy. Zacznijmy od tego, że ma ułatwioną przyszłość – rodzice zapewniają mu wieczny byt, może nawet stanowisko w firmie. Nie przerasta go otaczająca rzeczywistość i faktycznie wie co nieco o sądach Ameryki. To jedynak, rodzice są zapracowanymi ludźmi, dlatego Theo całe swoje życie spędza w sądach (nie dziwota, że może tam wchodzić, kiedy mu się podoba i jest łącznikiem, może nawet informatorem pomiędzy kumplami, profesorem a gmachem). Ponadto ma dość intrygującego wujka Ike’a, którego przeszłości nie jesteśmy w stanie poznać, dlatego jego osoba jest tak tajemnicza i nieprzewidywalna. A więc cóż to, czyżby skaza w prawniczej rodzinie? Przynajmniej ta jedna informacja sprawia, że książka nie jest nudna. Mam wrażenie, że Grisham zbyt wyidealizował Theodora. Wydaje się, że to bohater bez wad. Uroczy, miły i inteligentny, nawet jeśli choruje na astmę i nadal nosi aparat na zębach. Ma wielu kumpli, przyjaciela Chase’a i wzdycha do „najładniejszej dziewczyny w szkole”. Wyjdę z siebie – przeszło mi przez myśl. Ile razy spotykam się z tak idiotycznym, typowo amerykańskim zresztą, opisem. Szybko jednak okazało się, że autor po raz kolejny zaskakuje czytelnika. Mały Theo ma dość spore problemy, przez które musi przebrnąć. Ten fakt sprawia, że nie odkładam książki na półkę. Akcja powoli się rozkręca, poznajemy Boone’a z zupełnie innej strony i to powinno nam dać do myślenia. Tę książkę okrzyknięto thrillerem prawniczym (Dla siedmiolatków?). Nie mam pewności, czy można się z tym zgodzić. Jedno jest pewne – nasz bohater dorasta i okazuje się, że nawet tak doskonały człowiek ma dylematy. Jeśli ktoś chce obczaić życie syna prawników od podszewki, niech pozna Theodore’a. Myślę, że warto poświęcić mu trochę czasu. Tym bardziej, że nie powiedział ostatniego


słowa, gdyż morderca skrywa coś, o czym nasz mały bohater ma pojęcie. Chwyćcie za kubek z gorącą herbatą i poznajcie losy Boone’a, dalszy ciąg akcji w następnych tomach. Będzie się działo.

Saichou


Przyjaciel, który pojedzie za tobą do innego stanu. Nawet, jeśli nie ma pojęcia, gdzie dokładnie jesteś. John Grisham Theodore Boone: Uprowadzenie

Theo zawsze dbał o swoją najlepszą przyjaciółkę, April Finnemore. Dlatego dzień, w którym dziewczyna z patologicznej rodziny znika, staje się sądnym. Młody Boone postanawia skorzystać z nieobecności rodziców, a także pomocy kumpla Chase’a i wujaszka Ike’a. Ma do przebycia żmudną drogę, podczas której odkrywa wiele nieznanych mu dotąd faktów. Czas mija, on może zaś mieć niezłe kłopoty. Tom II jest zdecydowanie lepszy od swojego poprzednika. Akcja jest coraz szybsza, śledzimy poczynania naszego małego prawnika, który ma więcej problemów niż ostatnio i nie ze wszystkimi może sobie poradzić, kruczki nie zawsze pomagają w rozwiązywaniu zagadek. Przyszłość dziewczyny stoi pod znakiem zapytania, na to młody Boone nie może sobie pozwolić. Tymczasem – autor przestrzega nas przed kreowaniem zbyt pochopnych rozważań i to już nie tylko w odniesieniu do związków. Sprawa Pete’a Duffiego, którym Boone jest tak zainteresowany, ugrzęzła na etapie przekładania terminów przez oskarżonego. Co gorsza – trzeba znaleźć zaginioną. Grisham uparcie, a wręcz NAMOLNIE podkreśla, że April i Theo nie łączy nic poza przyjaźnią. Jak to się dalej rozwinie, zobaczymy. ^^ Nie możemy przeskakiwać pewnych faktów z tomu I, choć nie było ich tak wiele. Osobiście brnę przez serię od początku, dlatego widzę znaczącą różnicę pomiędzy dziełami. Grisham oszczędził sobie (na szczęście!) opisów o wielkim bohaterstwie Theo. Nie wzdycha on już do jakiejś byle panny – jest ustawiony pod ścianą i musi działać szybko. Sytuacja byłaby o wiele prostsza, gdyby nie musiał ratować osoby, na której mu faktycznie zależy. Nie oszukujmy się – kochamy przyjaciół. Nieważne, jak. Theo nie różni się wobec tego od zwyczajnego człowieka. Ma po swojej stronie tych, którzy są w stanie podać pomocną dłoń i wie, że z owego przywileju powinien korzystać. Przy okazji dowiaduje się bardzo ciekawych rzeczy, które mogą mu pomóc przy kolejnych interesujących rozprawach. Potrzeba mężnych ludzi. Ile odwagi macie w sobie?

Saichou


Skradziony sprzęt w szafce młodego Boone’a. Przypadek? John Grisham Theodore Boone: Oskarżony Ratuje ludzi, ale mogą wbić mu nóż w plecy. Jest prawnikiem, ale nie może się bronić. Co gorsza – to uczeń gimnazjum. Miało miejsce włamanie do sklepu komputerowego i kradzież sprzętu. Dowody jednoznacznie wskazują na Theo. W oczach policji jest głównym podejrzanym. Co będzie, jeśli sąd uzna go za winnego? Szkoła już zawiesiła go w prawach ucznia, ktoś rozsiewa plotki o młodym złodzieju. Sam Boone zaś… Łamie przepisy. Jak widać, akcja nabiera tempa i wydaje się, że już nic nie powstrzyma naszego młodego prawnika. Nie ma nic do stracenia. Rodzice nie mają pojęcia, jak go obronić przed atakiem. Kamienie biją w szyby jego pokoju roznosząc pogróżki. Theodore’owi nie pozostaje nic, jak tylko przebrnąć przez gęstwinę pism i odnaleźć prawdziwego sprawcę. Jakby tego było mało – sprawa Pete’a Duffiego skomplikowała się bardziej, niż myślał. Po swojej stronie ma cudem wierzących w jego niewinność oddanych przyjaciół i rodzinę. Ktoś chce splamić honor tych biednych ludzi i ma w tym swój określony cel. A tym celem jest konkretny młody człowiek. Grisham świetnie konstruuje siatkę powieści, tym razem nie tylko główny bohater zostaje postawiony pod murem, ale też czytelnik. Ci najbardziej uczuciowi niemal gięli strony książki czekając na odpowiedzi. Jestem w tym gronie. Autor po raz kolejny udowadnia, że losem Theo interesują się nie tylko młodzi, ale też starsi, poznają podstawy działania sądów od podszewki. Nie byle kto może się tym cieszyć.

Saichou


Białe kaptury po raz kolejny wypatrzyły czarną owcę John Grisham Czas zabijania

Senne miasteczko na południu Stanów Zjednoczonych zostaje wybudzone z transu poprzez brutalny gwałt na młodej dziewczynce. Sprawcy nie pozostają bezkarni, ale sprawiedliwość nie zostaje wymierzona rękoma sędziego. Mściwym asesorem staje się ojciec dziewczynki. Młody adwokat starający się mu pomóc sam podpisuje wyrok na swoje życie. Co tu dużo mówić – Grisham to mistrz kryminalnego suspensu. Nie ma chwili na wytchnienie. Czas zabijania jest zdecydowanym sprzeciwieniem się wszystkiemu, co związane z rasizmem i brakiem tolerancji a także bezprawiem. Autor zwraca uwagę czytelnika na istotne elementy, które zazwyczaj są szybko pomijane a nawet niechciane. Od książki trudno się oderwać chociażby ze względu na dobrze zorganizowaną fabułę czy genialnie rozegraną akcję. Opis postępowania złoczyńców zawsze dodaje tutaj szczypty makabry, tego Grisham nie stara się oszczędzić. I bardzo dobrze! Świat ohydnej burdy możemy w ten sposób poznawać od podszewki i lepiej, by nie zdziwił nas widok gwałconej dziewczyny schwytanej gdzieś przy lesie, bałaganu w sądzie czy ogólnej niesprawiedliwości. Nasi bohaterowie jak zwykle są zagrożeni, muszą walczyć z czasem. Ku Klux Klan nie jest czymś, z czym można zadzierać, o tym przekonuje się nasz prawnik. Bystremu oku tego człowieka nie umkną dość ciekawe okoliczności, które pozwolą mu ocalić życie. Ta książka będzie idealnym sprawdzianem cnót czytelnika. Dowiedzcie się, czy jesteście w stanie tolerować zbrodnię. Czy nawet morderstwo można usprawiedliwić? Grisham dochodzi do bardzo ciekawego wniosku, zaskakującego zresztą. O czym mówi? Przekonajcie się sami.

Saichou


Być może ludzie nie zasługują na nic więcej… Błażej Dzikowski Strażnik parku

Gabriel, spokojny i wrażliwy nastolatek, nie pasuje do otoczenia. Wyśmiewany i poniżany, schodzi z drogi bandziorom w klasie i na osiedlu. Do czasu, gdy zostaje napadnięty i pobity wraz ze swoją pierwszą w życiu dziewczyną. Policja umywa ręce, a wściekły Gabriel strzyże się na zero. Wykrada ojcu coś z szuflady i wyrusza na miasto, celując w ludzi lufą. Nie dajcie się zwieść temu, że macie do czynienia z polskim autorem! Książka Dzikowskiego to idealny prztyk dla zapyziałego polskiego społeczeństwa. Początek może wydawać się on nudny – poznajemy jakiegoś frajera poniżanego przez kogo się tylko da, który jakimś cudem dostaje niezły prezent na osiemnaste urodziny – zwraca na niego uwagę pewna dziewczyna tak samo zamknięta w sobie jak on. I tu niespodzianka (a może i nie…) – przechodzą inicjację „dorosłości”, po czym zostają pobici w parku a brat dziewczyny każe się Gabrielowi trzymać z daleka. Chłopak dostaje szału i w kilka chwil zmienia się nie do poznania. Zmienia okulary na soczewki, ścina włosy i nosi ze sobą rewolwer. Wyjeżdża na miasto na swoim rowerze i mści się na niesprawiedliwych. Świat Strażnika parku to szkic społeczeństwa, w którym często brakuje autorytetów. Dzieci pyskują rodzicom, liczy się tylko seks i/lub pieniądze. I wśród tego bezprawia nagle pojawia się ktoś, kto też reprezentuje mściwe grono, ale w zupełnie inny sposób. Sam wymierza sprawiedliwość, gdyż nawet na pomoc rodziny nie może liczyć. Wydaje się banalne, prawda? Wcale nie jest! Błażej Dzikowski ukrywa w monologach i rozmowach bohaterów ważne prawdy o Polakach, istotne fakty, do których nie każdy z nas ma ochotę się przyznawać, gdyż ciążą one na naszej kulturze jak kamienie na sercu. Gabriel jest bohaterem kreatywnym i inteligentnym, a także – nawet po swojej zewnętrznej przemianie – wrażliwym na krzywdę innych. Ratuje tych, którym noc w parku grozi utratą dziewictwa, pieniędzy, przestrzega bandziorów i podejmuje z nimi polemikę. Dzikowski umiejętnie wprowadza w dialogi niewybredny humor, wplata go w wypowiedzi Strażnika, z którego nawet telewizja robi sobie żarty. Niewzruszony Gabriel kontynuuje swoją misję. I – niestety – posuwa się za daleko. Poznajcie przekrój społeczeństwa, w którym przyszło Wam żyć. Może znajdziecie tutaj swój obraz?

Saichou


Dwie minuty, jeden cel. Prawda. Robert Crais Zasada dwóch minut

Po wyjściu z więzienia Max Holman myśli tylko o pogodzeniu się z synem, który jak na ironię wstąpił do policji. Dowiaduje się, że kilkanaście godzin wcześniej jego dzieciak wraz z trzema kolegami zostali zastrzeleni z zimną krwią. Policja mówi o zemście i korupcji. Max nie zamierza spocząć, dopóki nie oczyści syna z podejrzeń i nie odnajdzie mordercy, choćby miał wrócić za kratki. Wspomnienia, ha! Przy okazji dorzucę, że powieść Roberta Craisa to pierwszy kryminał, który wpadł w moje ręce. Już wtedy dało się odkryć, że ta historia wciąga i nie można od książki odejść – ja zmywam, książka leży rozpostarta na szafce przed moimi oczyma, cudem trzymając się ścierki, w jaką została zawinięta, by nie spaść. Nie można się oderwać! Autor dba o autentyczność, spotykamy się z żargonem dość często w dzisiejszych czasach używanym. Dzięki temu Max jest kimś prawdziwym, nie zaś – przekoloryzowanym. To mężczyzna z krwi i kości, który przeżył już swoje wzloty i upadki. Poznacie tu zasadę dwóch minut – spytajcie o nią kogokolwiek, kto kiedyś rzucił się na bank. Po udanym napadzie macie dwie minuty, zanim policja dorwie się do waszych tyłków. Max musi trzymać się wielu rozwiązań, dlatego korzysta z pomocy pewnej kobiety, która staje się mu coraz bliższa. Dobrze wie, że jest ona zbyt dumna, by współpracować z byłym recydywą, a jednak postanawia pokłaść w niej swą nadzieję. Udaje się. Razem podążają tropem morderców i odkrywają dość ciekawą prawdę, która sprawia, że Max wpada w szał. Teraz liczy się tylko oczyszczenie swojego i syna dobrego imienia. Nie może powstrzymać go nawet komisarz. Akcja rozrywa się bardzo szybko i nie ma tutaj czasu na nudę. Ewentualne przemyślenia są tylko podstawą do znalezienia informacji. Robert Crais stworzył historię pełną napięcia, która opowiada o przyjaźni, miłości, zemście i sprawiedliwości. Nie bez powodu przez lata zajmował czołowe miejsce na półce moich książkowych brylantów.

Saichou


Czy jest historia, której nie chcesz znać? Joanna Wieliczka – Szarkowa Żołnierze wyklęci. Niezłomni bohaterowie

Historia skrywa czasem swoje mroczne tajemnice. Prawda jest chowana po piwnicach, jej niechciane elementy są zakopane gdzieś głęboko tak, by zwykły śmiertelnik nie mógł dobić się do drzwi prawdy. Istnieją jednak nieliczne dziurki, przez które ziarna prawdy mogą się przesypać na drogą stronę muru. Stąd wystarczy je już tylko zebrać i poskładać w jednym miejscu, by zasiać kolejną opowieść. Niezłomni bohaterowie – ścigani, chwytani, prześladowani, wiezieni i mordowani przez władze komunistyczne. Wśród nich m.in. mjr Józef Kuras „Ogień”, rtm. Witold Pilecki „Witold”, Danuta Siedzikówna „Inka”, mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, kpt. Antoni Zubryd „Zuch” i wielu innych. Ostatni „żołnierz wyklęty” zginał w obławie prawie dwadzieścia lat po wojnie – 21 października 1963 r. To fascynująca opowieść o żołnierzach antykomunistycznego podziemia niepodległościowego, stawiających opór wobec sowietyzacji Polski i podporządkowania jej ZSRR w latach 40. i 50. XX wieku. Bohaterowie ścigani i mordowani przez władze komunistyczne to faktycznie ludzie niezłomni, gotowi poświęcić swoje własne życie dla sprawy ojczyzny. Niektórym z nas nie jest obca historia Inki, która pomagała bohaterom i za tę ofiarność straciła życie, jednak do samego końca była wierna Polsce. Autorka kreśli sylwetki żołnierzy, opowiada o ich dramatycznych losach oraz tłumaczy, dlaczego zostali „wyklęci”. Historii własnego kraju nie należy unikać. Trzeba wkopać się w mroczne tajemnice przeszłości i wyciągnąć drobne skarby na zewnątrz.

Saichou


Ilu bohaterów, tyle prawd. Gdzie kryje się kłamca? Jonathan Kellerman Kłamstwa

Powolna śmierć w męczarniach. Takiej metody nie wybiera samobójca. I nie pozostawia nagrania wideo z wstrząsającym wołaniem o pomoc. A to właśnie zrobiła nauczycielka prestiżowego liceum znaleziona martwa w swoim domu. Detektyw Milo Sturgis i psycholog Alex Delaware rozpoczynają śledztwo, które odsłania nie tylko brudne sprawy szacownej szkoły, lecz i tajemnice ofiary tego brutalnego zabójstwa. Zamordowana miała wiele do ukrycia. I wielu ludzi chciałoby, by jej sekrety pozostały na zawsze pogrzebane... Niespodzianka, bo Alex jest psychologiem dziecięcym, w powieści Kellermana spotykamy się zaś ze specjalistycznym słownictwem, które zmusza nas do przeszukiwania innych źródeł. Ten thriller psychologiczny ma w sobie tyle haczyków, co książki Agathy Christie – musimy przyjrzeć się całej akcji co najmniej dwa razy, by odkryć prawdziwego sprawcę. Na szczęście Delaware nie jest bohaterem skomplikowanym, więc łatwo jest się z nim zaznajomić. To osoba bardzo spokojna, nawet jeśli ma do czynienia z fałszywymi mendami, które zrobią wszystko, by prawda została zakopana jak najgłębiej. Jonathan Kellerman tworzy dość ciekawą historię. Sylwetki postaci są różne, nie są to ludzie – kalki, wyciągnięci z byle książki. To postaci niezwykłe, którym przychodzi się zmierzyć z najgorszymi złoczyńcami. Język powieści nie jest problemem, warto czasem odkryć kilka dodatkowych słówek. Mi wiele z nich się przydaje.

Saichou


By wyjść poza nawias Robison Wells Wariant

Akademia Maxfield na pustkowiu w Ameryce – trzy różne światy, trzy grupy – Porządek, Spustoszenie albo Wariant. Jeśli nie jesteś w żadnej z nich, nie istniejesz. Siła tkwi tutaj we wspólnocie. Benson myślał, że po tylu przejściach z rodzinami zastępczymi trafi do lepszego miejsca. Mylił się. Podstawiono go pod ścianą. Teraz musi wybierać. Ucieczka nie wchodzi w rachubę, chociaż wielu już próbowało. W trakcie swojego pobytu dowiaduje się, że prawdą nie jest to, co widzi. Kto zapoznał się już z serią GONE Michaela Granta, temu nie będzie obcy świat za kratami, w którym brakuje dorosłych a dzieciakom wydaje się, że wiedzą, jak żyć. Są skazani na siebie, żyją na mrocznych peryferiach kuli ziemskiej, gdzie nie ma internetu na stałe, brak jakiejkolwiek dłuższej niż kilka sekund łączności ze światem, a jakby tego było mało – wszystko jest kontrolowane przez jakiegoś Big Brothera. Wariant to propozycja Robisona Wellsa dla tych, którym nie straszne są intrygi młodych albo na przykład paintball. W Akademii Maxfield są to jednak rozgrywki na śmierć i życie. Benson przez cały czas próbuje uciec, opowiada o tym swoim nowym znajomym. Nie może nazwać ich przyjaciółmi nawet, jeśli dziewczyny mu się podobają. Nie może ufać nikomu. Tu nic nie jest prawdą a to, co widzisz na początku, zmienia się pod sam koniec, całkowicie cię zaskakuje. Nasz bohater doświadcza tego okropnego ciosu w najgorszym dla niego momencie. Robison Wells nie stworzył niczego nowego. Język nie jest skomplikowany, narrator śledzi myśli bohatera, który próbuje się tutaj odnaleźć. Brnę przez masę książek, w których bohaterowie zamknięci są „pod kopułą”, gdy stanowi ona jedyne ich środowisko życia. Jednakże autor opowiada tę historię w tak niesamowity sposób, że czasem wydaje się ona nie mieć swoich poprzedników. Wells chce zaskoczyć czytelnika czym się tylko da i w sumie nieźle mu to wychodzi. Wariant to pierwszy z tomów jego najnowszych propozycji o młodym Bensonie. Godny polecenia.

Saichou


Wracają do początku, by zatrzymać koniec. Damian Dibben Strażnicy Historii. Tom I. Nadciąga burza

Rodzice Jake’a Djonesa (D jest nieme) zaginęli bez wieści i nie wiadomo, w jakim są miejscu na Ziemi i w jakim momencie historii. Jake poznaje ich zdumiewający sekret: oboje należą do Tajnych Służb Straży Historii, stowarzyszenia, którego członkowie podróżują przez stulecia, aby udaremniać poczynania złoczyńców manipulujących przy dziejach świata. W poszukiwaniu rodziców Jake przenosi się z Londynu XXI wieku do dziewiętnastowiecznej Francji, gdzie trafia do Punktu Zero, głównej siedziby strażników historii. Tam poznaje barwną grupę młodych agentów i wraz z nimi wyrusza do epoki renesansu, aby podjąć misję ratowania dziejów przed złowrogim Zeldtem. Damian Dibben korzysta z tego co ma, by stworzyć kalkę sprzed wieków. Sam studiuje historię i wiedza ta bardzo mu pomaga w kreowaniu świata, w którym żyją bohaterowie. Strażnicy Historii to zupełna nowość, jeśli chodzi o kierowanie tak niezwykłym dziejopisarstwem. Mankamentem jest sztuczność niektórych bohaterów, szczególnie Jake’a. Nie ma on tutaj żadnych wad, to nowicjusz, od razu ideał. Genialny czternastolatek, który tęskni za zaginionym bratem i rodzicami. Całe jego życie zmienia się, gdy poznaje sekret rodziców. I – że też mnie to nie dziwi – jako jedyny może ocalić świat. Te amerykańskie motywy samotnych bohaterów są nieco denerwujące. Jeszcze bardziej denerwująca jest obecność w tej cudownej grupie blondwłosej Topaz o błękitnych oczach, która natychmiast podoba się Jake’owi. Nie dość, że jest „piękna”, to jeszcze umie „świetnie walczyć” i jest powiązana z najgorszymi wrogami Strażników – więzami krwi. Teraz spytajcie, co ona robi w grupie – nie mam pojęcia. Jej przyrodni braciszek to zapatrzony w lustro laluś, który myśli tylko o tym, co ubrać i dba o swoje stroje jak o najdroższy skarb. Postacią, która denerwuje mnie najmniej jest kujonek Charlie w okrągłych okularkach i w bieliźnie z wizerunkami najsławniejszych myślicieli. Przyznam, to dość ciekawy zabieg. Co można z lektury wyciągnąć? Akcja jest bardzo ciekawie rozegrana. Znajdziemy a książce opisy dawnych obyczajów, co może pomóc zaznajomić się z kulturą np. XIX – wiecznej Francji czy innych miejsc, w których odnajdujemy naszych bohaterów. Ponadto – akcja nie dotyczy Jake’a i tylko Jake’a – Dibben ma na względzie także historie pozosta-


łych zuchów, znajdzie się tu również bardzo ciekawy wątek romantyczny, który wcale nie męczy. Mamy chwile wzlotów i upadków, śmiechu i niepokoju. Myślę, że każdy dostrzeże tu coś niezwykłego. To opowieść na tyle dobra, by odprężyć się i jednocześnie poznać jakieś prawdy o dawnych dziejach.

Saichou


Dziś – czy to już historia? Damian Dibben Strażnicy Historii. Tom II. Circus Maximus

Strażnicy Historii ponownie są w niebezpieczeństwie. Zasoby atomium, dzięki któremu mogą podróżować w czasie, jeszcze nigdy nie były tak niskie. Jake ma przenieść się do XVIII-wiecznej Szwecji, aby odebrać nową partię tej cennej substancji. Jednak to dopiero początek… Demoniczna Agata Zeldt planuje przejąć kontrolę nad legionami rzymskimi i zawładnąć całym starożytnym światem. Aby pokrzyżować jej plany Strażnicy muszą przenieść się do 27 roku naszej ery, do pełnego przepychu Rzymu czasów cesarza Tyberiusza. Robi się coraz gorzej, a czas mija. Dibben tym razem zaskoczył! Jake nie jest już potulnym chłopczykiem, przez wydarzenia z tomu I nabrał krzepy! Ukazuje także swoje wady. Ma także jeden jasny cel – Topaz zniknęła, bardzo mu zależy, by ją odnaleźć. Bohaterowie różnią się od siebie sprzed tomu wstecz – wydają się bardziej odważni, silniejsi i barwni. Powiedzmy, że Djones zrobił się bardziej męski, brat Topaz jest mniej lalusiowaty a Charliemu wyostrzył się dowcip. I to mi się podoba, zresztą – nie tylko mi! Opinie większości recenzentów są wiążące – Dibben zdecydowanie poprawił się, jeśli chodzi o kalkowanie. Być może w przyszłości zupełnie z tego zrezygnuje, na korzyść przemęczonych kiczem czytelników takich jak ja. Akcja jest żwawsza, czasem mamy jakiś wyskok niespodziewanej sytuacji. Poznajemy więcej faktów historycznych, mamy do czynienia z nowymi bohaterami, którzy prowadzają spoko miejscowego kolorytu w podróży naszych Strażników. Jake powoli dojrzewa do myśli, że ukrywano przed nim niesamowitą prawdę i ma wrażenie, że nie jest gotowy, by całkowicie ją poznać. Nie chce jednak się poddać. Ma bowiem nadzieję, iż odnajdzie tych, których szuka. Też ją mam. Muszę przyznać, że im więcej Damian Dibben pisze, tym lepiej mu to wychodzi. Od zawsze wiadomo, że ćwiczenie czyni mistrza. Z niecierpliwością czekam na następny tom, który ukaże się już niebawem.

Saichou


Prawdziwy Diamond wśród kryminałów Peter Lovesey Detektyw Diamond i śmierć w jeziorze

Peter Diamond to ostatni prawdziwy detektyw. Gliniarz z niezłomnymi zasadami. Kieruje się sztuką dedukcji, nie ufa technice i komputerom. Nie wierzy w skuteczność metod nowoczesnych laboratoriów. Śledztwo prowadzi zawsze po swojemu. Jego metody zostają wystawione na próbę, kiedy w jeziorze policja znajduje nagie ciało kobiety. Patolodzy i genetycy uznają wkrótce, że mają dość dowodów, by wskazać podejrzanego. Ale Diamond nie przerywa dochodzenia, co nie kończy się dla niego zbyt radośnie. Nie bez powodu powieść Petera Lovesey’a nazwano „kryminałem z klasą”. Nie ma potrzeby, by obawiać się jakiegoś kunsztownego języka, lecz kunsztu doszukiwać się można na przykład w kreowaniu oblicza. Już sam detektyw jest postacią niezmiernie ciekawą, która poza problemami innych ludzi ma też swoje własne. Detektyw Diamond i śmierć jeziorze to idealna pozycja dla tych, którzy są amatorami mocnych wrażeń i wartkiej akcji, aczkolwiek zachowanej w atmosferze mistrzowsko opisanego otocznia. Peter Lovesey jest zdobywcą aż 17 prestiżowych nagród na stanowisku genialnego pisarza, niech więc ta wiadomość towarzyszy nam przy czytaniu. W świat Diamonda można się łatwo wtopić, a pierwiastki własnej osobowości znaleźć już w jego szacownej osobie. Peter dobrze wie, że może polegać tylko na sobie i żadne maszyny nie pomogą mu rozwiązać zagadki. Wszelka technika może oszukać człowieka dość podle, nie ma to jak stara, dobra dedukcja. Intuicja podpowiada Diamondowi, że poszlak musi szukać sam, nawet jeśli wiele przez to straci. Powieść pozwala nam odsapnąć od codziennych problemów naszej szarej egzystencji. Polecam wszystkim tym, którzy są znudzeni powszednim życiem i szukają miejsca, w którym mogliby się wykazać. Nawet, jeśli to nasz własny umysł.

Saichou


Intencje, które szlifuje się jak diamenty Peter Lovesey Samotność detektywa Diamonda

Nasz bohater został zwolniony z policji za pobicie podejrzanego. Gliniarz z niezłomnymi zasadami, który nie ufa komputerom i zdobyczom techniki, źle się czuje jako bezrobotny. Nie lepiej też jako ochroniarz w Harrodsie. Tu na nic się zda jego sztuka dedukcji. Zwłaszcza gdy w nocy rozlega się alarm, stawiając na nogi londyńską policję. Czyżby strażnik Diamond wpuścił terrorystę lub włamywacza? Nie – po prostu nie zauważył małej dziewczynki. Dziewczynki, której nikt nie szuka, która nie mówi, tylko rysuje dziwne symbole. Intuicja podpowiada mu, że za tajemniczym porzuceniem dziecka kryje się coś więcej. Zwłaszcza kiedy dziewczynka znika. Mężczyzna rozpoczyna własne nieoficjalne śledztwo, które zawiedzie go na dwa kontynenty i w świat wielkich afer. Wyrafinowanie – słowo, którym określam powieść Lovesey’a. Mamy do czynienia z akcją rodem z thrillera lub nawet pogranicza horroru – tajemnicza dziewczynka rysująca dziwne symbole, skrywająca jakiś sekret. Jakby tego było mało, pole do popisu Diamonda jest nieco ograniczone – w końcu został on zwolniony, pracuje teraz jako ochroniarz. Żadna praca nie hańbi, jednakże nasz detektyw nie jest zadowolony z obecnego stanowiska. Postanawia zatem szukać wrażeń i znajduje je w dość nietypowych miejscach. Jego kroki zdają się być nieprzewidywalne, podobnie jak i ludzi, którzy są powiązani z dziewczynką. Ponadto – świat wielkich afer to nie jest dobre miejsce dla poczciwego Diamonda. Jego intuicja jest jak zawsze wielce przydatna. Może ocali go, zanim będzie za późno. Drugi tom poczynań detektywa jest tylko podkreśleniem talentu Petera Lovesey’a. Z zapartym tchem śledzi się kolejne kroki bohatera, któremu nie raz zdaża się nieźle wpaść. Wyrafinowany humor pisarza dodaje smaczku całej powieści, nie ma więc na co czekać, lecz jak najszybciej zacząć czytać.

Saichou


Lepszy Diamond w policji niż zabójca w więzieniu? Peter Lovesey Powrót detektywa Diamonda

Peter Diamond zostaje odwołany z bezrobocia. W środku nocy policjanci zabierają go na komendę w Bath, skąd został wyrzucony za pobicie podejrzanego. Potrzebują jego pomocy. Groźny morderca uciekł z najlepiej strzeżonego więzienia. Porwał zakładnika, córkę nadkomisarza. Żąda, żeby ponownie rozpatrzono jego sprawę. Twierdzi, że jest niewinny. Chce, żeby ujęto prawdziwego zabójcę. I będzie rozmawiać tylko z Diamondem – gliniarzem, który cztery lata wcześniej posłał go do więzienia. Pisarz po raz kolejny stawia bohatera pod ścianą, każąc mu rozważać możliwe drogi, które detektyw musi przejść, aby odnaleźć zakładniczkę. Atmosfera jest tak gęsta, że można ją nożem kroić. Lovesey ma jednak w tym swój cel – ukazać fakty. Wyroki ludzkie bardzo często okazują się niesprawiedliwe i o tym jest też przekonany sprawa, który uważa się za niewinnego. Spytajcie kogokolwiek w więzieniu – tam każdy jest bez skazy. Jednakże Diamond zaczyna mieć wątpliwości co do prawdziwych intencji porywacza. Musi działać szybko, inaczej znajdzie kolejne martwe ciało i będzie sądzony. Nie dziwota, że policjanci są tak zdenerwowani – najlepiej strzeżone więzienie, sprawca zaś po prostu sobie zwiał. Gliniarze nie chcą być aż tak zhańbieni, doskonale wiedzą, że potrzebują pomocy kogoś znacznie bardziej doświadczonego. Tą osobą jest Diamond. Chwała Lovesey’owi za tak niesamowite podejście do sprawy! Błyskotliwie łączy fakty i jest bardzo konsekwentny, jeśli chodzi o akcję i bohaterów. Obok tej książki nie można przejść obojętnie.

Saichou


Dom, w którym brakuje klamek Peter Lovesey Detektyw Diamond i zagadka zamkniętego pokoju

Peter Diamond wraca na swoje dawne stanowisko szefa wydziału zabójstw w Bath. I szybko dopada go rutyna: pracując nad nudnymi i oczywistymi sprawami tęskni za dochodzeniem, w którym mógłby się wykazać swoimi unikatowymi umiejętnościami. Jego życzenie niespodziewanie się spełnia, gdy dostaje sprawę jak z kart powieści Agathy Christie: morderstwo, którego nikt nie mógł dokonać, i wierszowana zagadka nadesłana przez zabójcę jako zaproszenie do gry w kotka i myszkę... Kto przeczytał poprzednie tomy wie dobrze, że Diamond bardzo nie lubi cackać się z podejrzanymi. Jednego już załatwił, trafił na bezrobocie, z wielką bombą wrócił, a teraz dostaje jakieś dziwne zagadki, które należy rozwiązać, by znaleźć sprawcę. Czy naprawdę jest on tak inteligentny, by bawić się z gliniarzem; czy może na tyle głupi, by zadzierać z Diamondem? Tego nie jest pewien nawet sam detektyw. Wie jedno – w jego rękach spoczywa los ludzi, a technika staje się wobec tych dziwnych łamigłówek bezradna. Liczy się tylko intuicja i spryt starego Petera, który szuka klucza do zamkniętego pokoju. Poszukiwania są żmudne i niebezpieczne, gdy za każdym rogiem czyha osoba, która mogłaby przeszkodzić doskonałemu gliniarzowi. Obecność wyrafinowanego humoru rozluźnia atmosferę i dodaje naszemu Diamondowi cech zwyczajnego szarego człowieczka, który jest jednak wielkim detektywem. Powieść doskonała dla wzmocnienia swoich zdolności intelektualnych. Podążamy razem z Peterem przez gąszcz zawiłości i zbiorowiska bohaterów, wśród których nasi przyjaciele mogą stać się wrogami, a potulne owieczki – wilkami.

Saichou


Recenzje 01/2014