Issuu on Google+


Karolina Jabłońska 2016


MARONKA

Mieliśmy tu dawniej starą babkę, sąsiadkę, kiedy ja byłam bardzo mała, babka miała już ponad 90 lat. Pamiętała obie wojny, co sobotę przychodziła i opowiadała niestworzone historie. Mówiła na przykład o drzewie kiełbasianym „maronka”. W czasie wojny, ponoć cudem zdobyła skądś kawałek kiełbasy. Od koleżanki usłyszała, że jeśli będzie cierpliwa, nie zje kiełbasy od razu, ale zakopie ją w ziemi i codziennie będzie podlewać, to po kilku tygodniach w tym miejscu wyrośnie „maronka”. Babka twierdziła, że faktycznie „maronka” wyrosła, a rok później obrodziła wspaniałą tłustą kiełbasą, dzięki której cała rodzina przetrwała wojnę.


KOŃ Wielu wie, że jestem wielbicielką zwierząt, mało kto natomiast orientuje się, że kocham także hippikę. Jako nastolatka w każdej wolnej chwili z zapałem jeździłam konno marząc, że kiedyś sama będę posiadaczką stadniny lub chociaż małego stadka. Po skończeniu studiów stwierdziłam, że krakowskie powietrze mi nie sprzyja, więc powrót do rodzinnego domu na wieś jest dobrym rozwiązaniem, a w tej perspektywie zakup konia stawał się całkiem realny. Mój brat, właściciel i główny zarządca gospodarstwa, nie był zachwycony moim planem. Konia jednak kupiłam, więc Paweł nie miał już zbyt wiele do powiedzenia. Koń to koń, jak już jest to trzeba dać mu jeść – w końcu to kolejny członek rodziny. Tak się złożyło, że od razu po moim wielkim zakupie, musiałam wracać do Krakowa. Konia tymczasowo ulokowałam w warsztacie (docelowo miał mieszkać w stajni, ale nie zdążyłam jej posprzątać). W Krakowie spędziłam kilka dni, dokończyłam obrazy, załatwiłam pilne sprawy. Po dwóch tygodniach wróciłam do domu. Zniecierpliwiona pobiegłam do konia, który spokojnie stał w warsztacie między rowerami, kosiarką i całym przybytkiem przechowywanym w takich miejscach. Osiodłałam go i wyszliśmy na podwórko. Jak wielkie było moje zdziwienie i przerażenie, gdy zobaczyłam w pełnym świetle jak koń wygląda: wygłodzony, z mocno wystającymi żebrami i ledwo stojący na nogach! Wszystko stało się jasne – Paweł wcale nie karmił i nie poił konia pod moją nieobecność i w ogóle o nim zapomniał! Przyniosłam biedakowi wiadro wody, lecz w tym czasie koń padł już na ziemię. Ocuciłam go trochę i zabrałam na spacer po gospodarstwie. Pokazałam mu stajnie, jego przyszły dom, łąkę i całe obejście. Koń zdawał się być zadowolony z dobytku jaki zobaczył, ale wiedziałam już, że długo nie pociągnie.


Następnego dnia koń padł. O ile wcześniej brat mi nie pomógł, o tyle tym razem wspólnie zajęliśmy się wielkim kłopotem w postaci blisko półtonowego, martwego zwierzęcia. Jakoś trzeba było ukryć dowody tej zbrodni na naturze. Porąbaliśmy więc konia na siedem części i partiami wywoziliśmy za wał, w dolinę rzeki. Babcia wcześniej opowiadała, że po wojnie było tam wielkie cmentarzysko zwierząt, więc uznałam, że jest to miejsce idealne do takiego celu. Wykopaliśmy trzymetrowy dół i z wielkim trudem spakowaliśmy tam rozczłonkowane cielsko. Do tej pory nikt prócz mojego brata nie wiedział, że przez krótką chwilę byłam posiadaczką konia.


NOGA KOTKOWEJ Za zakrętem mieszka stare małżeństwo, aby nie naruszać ich prywatności, nadam im na czas tego opowiadania nazwisko Kotek. Pan Kotek hoduje świnie, robi z nich kiełbasy oraz inne przetwory mięsne. Jest to człowiek sympatyczny, lubiany we wsi. Żyje razem z żoną, która od pewnego czasu cierpi na cukrzyce. Wszystkich niezmiernie zasmucił fakt, że z powodu swojej choroby Pani Kotkowa straciła nogę. Tą przykrą informacje obwieścił mi mój brat. Po wsi krążyła plotka, że nogę osobiście odciął Pan Kotek, jako że dobrze zna się na obróbce mięsa, a amputacja nogi była sprawą niezwykle pilną. To co pozostało po operacji, Kotek zmielił i dodał do kiełbasy. Od tej pory stronie od swojskiej kiełbasy, choć ostatnio spotkałam Kotkową spacerująca po wsi obunóż.


MYSZ Pod naszymi schodami żyła sobie kiedyś mysz polna. Nie była zbyt elegancka, miała odcięty ogonek, bo kiedyś ktoś przytrzasną jej go w drzwiach. Mieszkała w skromnym domu, miała łóżko z pudełka od zapałek, regały na książki z patyków. Żywiła się resztkami, które dzieci gubiły przed domem, niedojedzonymi lodami, resztkami owoców, skórkami od ziemniaków. W środku naszego domu natomiast mieszkała inna mysz, piękna, gruba o błyszczącym futerku. Swój dom urządziła w szafce kuchennej, gdzie miała stały dostęp do jedzenia najwyższego sortu. Ciasta drożdżowe, chleby, sery, wędliny, to wszystko miała pod ręką. Drwiła z myszy polnej, że jest niezdarą, brzydką i wychudzoną. Pewnego dnia los się jednak odwrócił. Mysz polna przyszła na odwiedziny do swojej znajomej i usłyszała straszliwe piski. Gruba mysz była uwięziona! Ktoś zatrzasną ją szufladzie, a ta od kilku dni nie mogła się wydostać. Mysz polna szybko zorganizowała pomoc i ze szczurem z sąsiedztwa odsunęli szufladę uwalniając grubą mysz. Od tej pory są największymi przyjaciółkami i żyją razem w domu.


KOGUT

Babcia, któregoś dnia ze smutkiem stwierdziła, że kogut został porwany przez lisa, lub co gorsza przez sąsiada, bo nie ma go już od kilku dni. Codziennie wchodząc do stodoły słyszała cichutkie zawodzenie kogucie, ale że wątpi w prawidłowe działanie swoich zmysłów, była przekonana, że dźwięki rozbrzmiewają jedynie w jej głowie, z wielkiej tęsknoty po kogucie. Po pewnym czasie sprawa znalazła swoje szczęśliwe zakończenie. Babcia musiała wejść do piwnicy zlokalizowanej pod stodołą żeby wyciągnąć ziemniaki. Odciągnęła bal słomy zatykający właz do kompletnie ciemnej piwnicy, a oczom ukazał się jej ukochany kogut, który był uwięziony w ciemnościach przez dwa tygodnie i żywił się surowymi ziemniakami.


WYKRYWACZ ŻOŁNIERZY Babka sąsiadka twierdziła, że widziała na własne oczy jak w 1941 roku partyzanci zakopują zastrzelonego żołnierza niemieckiego, w pełnym umundurowaniu z odznakami Wskazała nawet dokładnie miejsce, w którym miał się znajdować bezimienny grób. W związku z tym, mój wujek kupił wykrywacz metali, żeby go odnaleźć. Poszukiwania prowadził wraz z gromadą okolicznych dzieci, wśród których byłam i ja. W trakcie intensywnych prac archeologicznych przygotowywaliśmy się na udzielanie wywiadów do mediów, telewizji, gazet. Wykrywacz metali nadal gdzieś tam leży.


DZIEWCZYNA Z ŁABĘDZIEM Parę lat temu żyła tu pewna młoda dziewczyna, imienia nie pamiętam, więc nazwę ją przykładowo Kasia. Nasza Kasia miała coś pomiędzy 16 a 18 lat. Nie wyróżniała się niczym szczególnym,może jedynie tym, że lubiła czytać, interesowała się też przyrodą, a zwłaszcza ornitologią. Każdego wieczora chodziła nad rzekę obserwować stado łabędzi. Jednego letniego dnia zdarzyło się coś co cała wieś pamiętała potem jeszcze bardzo długo, a sama Kasia ma to w pamięci pewnie do dziś. Otóż plotki w całej gminie wywołał fakt, że dziewczyna znad rzeki wróciła późnym wieczorem zapłakana i całkiem naga! Kasia w domu długo nie chciała ujawnić co się stało. W końcu opowiedziała zupełnie nieprawdopodobną historię. Jak zawszę nad rzekę wzięła suchy chleb dla łabędzi. Ptaki podpłynęły blisko, obłaskawione, tak że mogła się im swobodnie przyglądać. Kiedy chleb się skończył, ptaki powoli zaczęły odpływać, oprócz jednego. Piękny, rosły samiec, przeciwnie do całego stada, ruszył w stronę dziewczyny. Wszystko działo się tak szybko, że Kasia nie zdążyła uciec. Łabędź ponoć rzucił się na dziewczynę, dziobem szarpiąc letnią sukienkę i długie włosy Kasi. Po wsi rozeszła się plotka, że na koniec łabędź Kasię zgwałcił. Jak było naprawdę, nie wiem, ale mówią, że w każdej plotce jest trochę prawdy. Od tej pory żadna dziewczyna we wsi nie chodzi nad rzekę sama.


Projekt powstał dzięki współfinansowaniu projektu ze środków Gminy Miejskiej Kraków- Stypendium Twórcze Miasta Krakowa


Karolina Jabłońska, na moim podwórku straszy