Page 1

CURIER NIEREGULARNIK II LO GORZÓ W WLKP

X 2006

PIERWSZY TAKI NUMER KURSU 206 (I NIE

1,40

TYLKO)


Aktualności Pan Roman nam daruje "Na słowo matura powinna wam cierpnąć skóra", "Najwyższy czas wziąć się do nauki"... Takie teksty słyszymy prawie codziennie na każdej lekcji, a to przecież dopiero początek roku szkolnego! Czy jednak matura naprawdę powinna budzić w nas aż taki strach? Przecież pan Roman Giertych, minister edukacji, obiecał nam, że świadectwo maturalne otrzymamy nawet wtedy, gdy "oblejemy" jeden przedmiot, czyli uzyskamy mniej niż 30% punktów. Tak więc powinniśmy być spokojniejsi i wdzięczni wicepremierowi za ten niezwykły gest uprzejmości z jego strony. Jednak czy taki prezent wyjdzie nam na dobre? Nowa matura miała zlikwidować egzaminy wstępne na studia, jednak rektorzy uczelni już teraz zapowiadają, że będą musieli powrócić do takich praktyk, bowiem o poziomie wiedzy ucznia nie będzie świadczyło jego świadectwo maturalne. W myśl tej ustawy, uczniowi zostaje przypisana wiedza, której w rzeczywistości nie posiada. A co na ten temat sądzimy my, uczniowie, których ten zapis dotyczy bezpośrednio? Tu, jak w każdej kwestii zdania są podzielone. Część otwarcie krytykuje posunięcie ministra, uznając tę ustawę za istny absurd, a część ją zdecydowanie popiera."Amnestia krzywdzi uczniów solidnie uczących się, ponieważ ich praca nie zostaje dostatecznie nagrodzona", "Ta ustawa wprowadza tylko zamieszanie. Daje nadzieję uczniom amnestiowanym na dostanie się na upragnione studia, a w rzeczywistości nie mają oni żadnych szans", "Czy nikt nie widzi co ten minister

wyprawia?! Takiej ustawy nie mógł stworzyć normalny człowiek!" - to tylko parę niepochlebych wypowiedzi uczniów pod adresem pana Giertycha. Lepiej o tym pomyśle wypowiadają się niektórzy z ubiegłorocznych maturzystów. Oto kilka z ich opinii: "Popieram decyzję ministra Giertycha. To daje jakieś szanse uczniom, którym na jednej części matury powinęła się noga, a tak było właśnie ze mną", “Pan Giertych to pierwszy naprawdę dobry minister w Polsce. Wreszcie ktoś naprawdę pomyślał o uczniach". Muszę przytoczyć tutaj jeszcze jedną opinię, wręcz wychwalającą wicepremiera, na którą natrafiłam przypadkowo w internecie: "Roman Giertych jest największym mężem stanu odrodzonej IV RP i jako rodzic dumny jestem z genialnych posunięć pana Giertycha" - to jednak chyba za duży entuzjazm... Ja "jestem za, a nawet przeciw". Do argumentów "przeciw" mogę dodać, że jest to chyba jedyny przypadek, w którym prawo działa wstecz, bo amnestia objęła uczniów, którzy zdawali maturę w roku ubiegłym. Patrząc jednak na tę ustawę jako tegoroczna maturzystka, uważam, że jest to szansa dla osób, które chcą zakończyć swoją edukację na szkole średniej, a poza tym nie będę niemile zaskoczona, jeśli się okaże, iż jedną część matury zdałam na 29,99%. A podsumowując, chciałabym podsunąć panu Giertychowi kolejny dobry pomysł: niech do każdego becikowego dodaje zdaną maturę.

Katarzyna Sikora

Bilans zysków i strat, czyli jak wypadła tegoroczna integracja klas pierwszych Kiedy patrzę na uczniów klas pierwszych naszej kochanej szkoły, przypomina mi się własna "młodość" (nie żebym była jakąś sześćdziesięcioletnią absolwentką 2 LO, ale tak na człowieka działa klasa maturalna). Pomijając te przerażone spojrzenia, rzucane ukradkiem na przedstawicieli starszych roczników, to mylenie żeńskiego grona pedagogicznego (zwłaszcza młodych nauczycielek) z uczennicami, czy to nieśmiałe zgłaszanie się na lekcjach historii, mogę ś m i a ł o p o w i e d z i e ć : " To b y ł y c z a s y ! ! ! " Niezapomniane chwile, których nikt mi nie odbierze. Chwile, które dane mi było przeżyć jeden, jedyny raz. Drodzy uczniowie klas pierwszych! Do Was kieruję następujące słowa: Nigdy nie ignorujcie sytuacji i osób, jakie postawi przed Wami nauka w szkole średniej! Bo nie będziecie mieli co

2

opowiadać swoim wnukom... Jedno z najważniejszych przeżyć, jakie zgotowali Wam starsi koledzy (tj. warsztaty integracyjno-edukacyjne), które miały miejsce w dniach 29-30 sierpnia 2006 roku, macie już za sobą (przeżyło dokładnie 171 osób). Elementem warsztatów była dyskoteka w "Amsterdamie", na której prawdopodobnie bawiliście się całkiem nieźle i nawiązaliście pierwsze przyjaźnie. Wyniki ankiety oceniającej warsztaty, mówią same za siebie. Z racji słabej frekwencji (wypełniło ją zaledwie 104 osób) nie były wystarczająco przekonujące. Zaciekawił mnie fakt, iż w skali ocen w ankiecie widniała ocena "zero". Skoro "jedynka" jest odbierana jako ocena niedostateczna, w takim razie "zerówka" musi być oceną celująco niedostateczną (w tłumaczeniu wolnym: "gorzej być nie może"), czyli ocena


dowcipnisiów. A wystąpiło paru takich, jeśli chodzi o ocenę rozkładu dnia (1 osoba), nocy filmowej (1 osoba) i gry terenowej (5 osób). Jeżeli nikt nie zrezygnował z tych warsztatów przed ich zakończeniem, to na pewno tak tragicznie nie było. Prawdą jest natomiast, że wymienione przeze mnie elementy wypadły nieco gorzej, ale większość ludzi dawała "czwórkę", a nie "zero" (tolerancja przede wszystkim). Noc filmowa okazała się kolejną okazją do integracji, jednak byli i tacy, którzy filmy obejrzeli (tu oklaski i podziękowania od reżyserów dla najwytrwalszych). Jednym się filmy podobały, drugim niestety nie (kwestia gustu - jak sądzę). Ucieszyło mnie niezmiernie, że doceniliście pracę opiekunów i wychowawców (wyszła z tego mocna piątka - brawo!). Wasi odważni rówieśnicy, którzy udzielili mi

wywiadu (z zachowaniem całkowitej anonimowości), posiadali bardzo zróżnicowane zdania na ten temat. Na szczęście, nie spotkałam się z całkowicie negatywnymi opiniami ("mogło być lepiej", "nie było tak źle", "było tak sobie", "było bardzo fajnie", "podobało mi się", "nie pamiętam, jak było" - to tylko niektóre wrażenia z tych paru integracyjnych dni). W szkole czeka na Was jeszcze wiele atrakcji i okazji do świętowania. To, czy będziecie się na nich dobrze bawić, zależy już tylko i wyłącznie od Was i Waszego zaangażowania. Wierzę, że sprostacie temu zadaniu, a kolejne zajęcia integracyjne, dzięki wspólnemu wysiłkowi, będą coraz lepsze.

Kamila Matuszewska

Ankieta warsztaty integracyjno - edukacyjne 29-30 VIII 2006 r. (oceny w przedziale 0-5) Pomysł przeprowadzenia Warsztatów Integracyjno - edukacyjnych:

Rozkład dnia:

0-0 1-0 2 - 4 osoby 3 - 3 osoby 4 - 28 osób 5 - 67 osób

0 1 2 3 4 5

3% 3% 27% 64%

-

1 osoba 6 osób 7 osób 30 osób 44 osoby 15 osób

1% 6% 7% 29% 42% 14%

Spotkania z wychowawcami:

Noc filmowa:

0-0 1-0 2 - 3 osoby 3 - 12 osób 4 - 32 osoby 5 - 54 osoby

0 1 2 3 4 5

3% 12% 31% 52%

-

1 osoba 0 3 osoby 24 osoby 48 osób 28 osób

1% 3% 23% 46% 27%

Warsztaty edukacyjne:

Gra terenowa:

0-0 1 -2 osoby 2 - 12 osób 3 - 28 osób 4 - 46 osób 5 - 14 osób

0 1 2 3 4 5

2% 12% 27% 44% 13%

-

5 osób 4 osoby 5 osób 21 osób 31 osób 35 osób

5% 4% 5% 20% 30% 34%

Praca opiekunów:

Ocena ogólna warsztatów:

0-0 1-0 2 - 4 osoby 3 - 10 osób 4 - 37 osób 5 - 52 osoby

0 1 2 3 4 5

4% 10% 36% 50%

-

0 0 5 osób 14 osób 51 osób 25 osób

5% 13% 49% 24%

3


A może przełożymy sprawdzian? Harmonogram sprawdzianów na I trymestr roku 2006/2007 jaki jest, każdy widzi. Podobne zestawienia przygotowywane są na każdy kolejny trymestr nauki. Ich celem, jak często podkreślają nauczyciele, jest wyrobienie w nas nawyku systematyczności i obowiązkowości. Wszystkie te tabelki mają bowiem ułatwić nam życie, abyśmy potrafili w przyszłości dobrze zorganizować sobie czas. Jeśli chodzi o harmonogram na ten trymestr, to prawie nie budzi on zastrzeżeń. Jednak, jak wszyscy wiemy, "prawie" robi wielką różnicę. Sprawdziany miały być tak poukładane, aby w tym samym dniu nie kolidowały ze sobą w ramach jednej specjalizacji. Wątpliwości może budzić wtorek i piątek. Na wtorek zaplanowano sprawdziany zarówno z historii jak i z WOS-u, a na piątek z matematyki, angielskiego i chemii. U niektórych uczniów wywołuje to niezadowolenie tym bardziej, że część nauczycieli nie chce przekładać sprawdzianów na inne dni. I tu właśnie pojawia się kolejna istotna kwestia, o której trzeba wspomnieć. Młodzież bardzo często walczy o to, aby sprawdziany przekładać na inny termin zyskując tym samym więcej czasu do nauki. I tutaj

pojawia się problem. Przekładać sprawdziany na inne dni czy ściśle trzymać się wyznaczonych przez tabelkę terminów? Zdania nauczycieli są w tej sprawie podzielone. Niektórzy uważają, że takie harmonogramy są tworzone w jakimś konkretnym celu i nie planują sprawdzianów na inne dni, pozostali natomiast praktycznie nie zwracają uwagi na tabelkę, robiąc sprawdziany w dowolnym dniu tygodnia. Wśród uczniów również można usłyszeć odmienne zdania dotyczące tej kwestii. Jedni mówią o tym, że takie zestawienia są potrzebne, bo znacznie ułatwiają organizację nauki, inni natomiast uważają, że podobne schematy niczemu nie służą. Ich negatywne nastawienie budzi to, że zostają one im narzucone, bo jak już napisałam, niektórzy nauczyciele niechętnie odchodzą od harmonogramu. Uważam jednak, że skoro taki podział sprawdzianów już istnieje, to powinniśmy się do niego przyzwyczaić i go po prostu zaakceptować. Skoro funkcjonuje już od jakiegoś czasu, to może nie jest aż taki zły i dobrze spełnia swoją rolę.

Katarzyna Leśniak

Marysia 15 września w II LO pojawiła się tajemnicza Marysia przyodziana w jesienny płaszcz i elegancki kapelusz. Kiedy po raz pierwszy zauważyłyśmy ją w jednym ze szkolnych pomieszczeń: subtelną i zamyśloną – postanowiłyśmy dowiedzieć się o tajemniczej damie czegoś więcej. Autorką obrazu naszej patronki – Marii Skłodowskiej-Curie jest pani Iwona Winiecka – absolwentka i była nauczycielka plastyki w II LO. Dzieło było tworzone w pracowni przy ul. Hawelańskiej przez około rok. Wizerunek Marii Curie został naniesiony na płytę farbami akrylowymi (na farby olejne artystka jest uczulona). Najciekawszy w obrazie jest jednak sposób przedstawienia noblistki. Nie jest on tendencyjny

jak wszystkie znane nam do tej pory portrety wręcz przeciwnie. Autorka, jako osoba blisko związana z naszą szkołą, postanowiła najpierw zgłębić wiedzę na temat życia prywatnego Skłodowskiej. Ostatecznie malarka na obrazie uwypukliła przede wszystkim kobiecą naturę Marii. Panią Iwonę w trakcie tworzenia obrazu zafascynowała postać naszej patronki, która przestała być dla niej surową chemiczką znaną tylko z imienia i nazwiska oraz mieszania blendy smolistej. Stała się osobą bliską sercu. A pani Iwona wychodząc do swojej pracowni powtarzała: "Idę do Marysi".

Matylda Sochacka

Kwestionariusz: Janusz Hwozdyk Jestem nauczycielem, bo... dzięki temu mogę chodzić do szkoły, a nie do pracy. Gdybym nie był nauczycielem to... zostałbym kosmonautą - ściąganie gwiazd byłoby prostsze, a tak "Per aspera od astra". Miejsce do którego wracam... to zakątek, w którym spędziłem 5 pierwszych lat swojego życia, znaczony złotem dojrzewającego rzepaku, ożywczym chłodem ciemnozielonego lasu - prawdziwa kraina łagodności. Boję się... myszy... a właściwie, że się zepsuje. I jak ja napiszę kolejny tekst. Lubię, gdy... mogę patrzeć na świat z góry... Zwłaszcza jeśli jest to bardzo wysoka góra, a jej zdobycie kosztowało wiele trudu. Pierwszy tydzień w II LO... pełen pozytywnych wrażeń i otwartych ludzi. 4


Kwestia mundurków Czy jesteś za wprowadzeniem jednolitego stroju szkolnego? Tak: 300

Nie: 154

Kiedy miałby być noszony? Codziennie: 143

Jeden dzień w tygodniu: 53

W święta: 109

Czy chcesz, aby oprócz stroju były noszone tarcze? Tak: 234

Nie: 150

Umundurowanie Skrytykować oryginalność? To jakby cofnąć się do wciąż rozpamiętywanych lat cenzury i innych – nazwijmy to krótko – "represji" ze strony władz. Dlatego dziś społeczeństwo powinno korzystać z tej jakże ogromnej swobody i wolności, którą nam dano. Bo skoro już o coś WALCZONO, to teraz pokażmy, jak nam z tym dobrze, jacy dzięki tej wolności staliśmy się oryginalni! Ach, no możemy po prostu wszystko: szpilki do futra, kratka do pasków, jaskrawe kolory rajstop i czapek, ogromne dekolty, itd. Jednak bycie oryginalnym nie jest już oryginalne. Wkoło pełno na siłę udziwnionych dzieciaków w gotyckich, "emowych" czy plastikofantastikowych strojach. Można by się teraz sprzeczać, że to nie ma nic do rzeczy, że strój o niczym nie świadczy, bo – jak mówi stara maksyma – nie sądźmy po pozorach! A ja powiem, że to świadczy. Ale świadczy nie o tym, czy ktoś jest inteligentny, fajny, wyluzowany – czy wręcz przeciwnie, ale świadczy o naszym społeczeństwie. Zdesperowanym i zagubionym. Bo czy desperacją nie są słowa jednego z nauczycieli II LO: "Będziemy się wyróżniać w autobusie"! Groteskowe? No chyba. Nie, nie, nie krytykuję mundurków. Ani trochę! Mi to na rękę, że nie będę musiała stawać rano przed tym nadzwyczaj skomplikowanym wyborem stroju na nadchodzący dzień. Jednak mam wątpliwości co do potrzeby i motywu ich wprowadzenia w naszej szkole. Elo, elo II LO, czy na pewno chcesz przywdziać to swoiste jarzmo jakże groteskowej

oryginalności? Już wyjaśniam… Weźmy za przykład zagranicznych "mundurkowców", np. Anglików. Ich mundurki mają sens! Odnoszą się do dawnych tradycji i w niemal każdej szkole tradycje te są wciąż żywe, kultywowane. A my? " To b y ł b y powrót do tej ładnej tradycji, że wszystkie dzieci w szkole są równe" – powiedziała pewna uczennica szkoły podstawowej. I nie ma się co dziwić, w końcu w podstawówce historia kuleje. Bo – przepraszam, dziewczynko - powrót do czego? Do komunizmu? Do tych okropnych fartuszków i narzucania sposobu myślenia, powrót do tego wszystkiego, z czym z takim poświęceniem WALCZONO? Może gdybym mogła użyć tutaj strony biernej liczby mnogiej ["walczyliśmy" – przypomina redakcja], gdybyśmy mięli jakiś wkład w tę walkę, nie postępowalibyśmy w ten sposób? W każdym razie, dziewczynko, u naszych historyków chyba miałabyś przechlapane. Ale masz prawo, jesteś jeszcze malutka. Co innego Wy, drodzy licealiści. Bądźcie sensowni. Ja tam sensu w tym nie widzę, bo tradycja to żadna, a chora oryginalność też mi do gustu nie przypada. Za to jeśli powiecie mi, że myślicie utylitarnie – mundurki są przecież praktyczne, mundurki to swoiste zjednoczenie i bezpodtekstowe ujednolicenie, solidaryzowanie się ze szkołą i uczniami. Nie, zgodzić się z tym nie mogę.

Matylda Sochacka

5


Więc będą mundurki? Mniej więcej w tym samym czasie, gdy my, uczniowie II LO przyszliśmy na świat, mundurki w szkołach odeszły do lamusa. W niemal wszystkich szkołach młodzież zaczęła ubierać się w to, w co chciała - niektórzy tłumaczą to wolnością, prawami człowieka w demokratycznym państwie itp. Jednak czy pomysł uniformizacji stroju w szkole byłby zły? Niedawno, gdy minister edukacji pozwolił placówkom oświatowym decydować o wprowadzeniu jednolitych ubrań, wróciła dyskusja na ten temat. Nasza szkoła nie mogła być przecież w tyle! Na lekcjach wychowawczych przeprowadzono ankiety na temat mundurków. Wyniki wskazują na to, że chcemy je nosić, jednak jedna trzecia uczniów

przeciwnych temu pomysłowi to dosyć sporo. Na szczęście dla idei stroju szkolnego, od początku zostało założone, że ma on być nieobowiązkowy. Tak samo było z tarczami - dzięki temu, że nikt nie zmusza do ich noszenia, na długiej przerwie samorządzie nie można było się dopchać do zapisów na nową dostawę tej dość oryginalnej "biżuterii". Myślę, że pytanie w ankiecie o tarcze nie było nawet konieczne. Większość z nas chce nosić mundurki codziennie, z drugiej strony ilość osób, które wolałyby je zakładać tylko w święta też jest dosyć duża - będzie trzeba się jeszcze zastanowić, co dalej. Mimo drobnych wątpliwości jedno jest prawie pewne: jesteśmy mundurko-entuzjastami.

Kilka ważnych argumentów Za: • Bogatsi uczniowie nie będą szpanować drogimi ciuchami. Szkoły przestaną być wybiegiem mody (bluzki z odkrytymi pępkami, wystające stringi itp.). •

Będzie można łatwiej wykryć, dopaść i zneutralizować (bo chyba nie zlikwidować) obcą osobę w szkole.

• Należy od początku się uczyć, jak ważne jest przestrzeganie pewnych zasad. Ktoś nieprzyzwyczajony do ubierania się stosownie do miejsca będzie zdziwiony, gdy do pracy w biurze każą mu przyjść w garniturze albo garsonce. • W Wielkiej Brytanii największym prestiżem cieszą się szkoły, w których nosi się mundurki i panuje dyscyplina (zwykle wiąże się to z wysokim poziomem nauczania). •

Dzisiejsze mundurki nie muszą być nudne i brzydkie – ich wygląd zależy od naszej wyobraźni!

Przeciw: •

Mundurek i tak nie zakryje markowych butów, piórnika, czy plecaka.

Mundurki mogłyby być problemem dla najuboższych, bo jest to dodatkowy wydatek dla rodziców.

Wprowadzenie mundurków nie przekłada się na poziom nauczania w szkole.

• Trudno byłoby dziś zmusić młodzież, żeby zaczęła ubierać się inaczej niż dotychczas, szczególnie członkowie różnych subkultur mogliby nie być zachwyceni... •

Groźba awantur albo bójek pomiędzy uczniami różnych szkół z tego samego osiedla.

Anna Chmielecka

Kwestionariusz: ks. Roman Jestem księdzem, bo... kocham Jezusa, Kościół, człowieka. Gdybym nie był księdzem to... byłbym lekarzem lub nauczycielem. Miejsce do którego wracam... mój rodzinny dom. Boję się... braku wiary w to, że miłość zwycięży nienawiść. Lubię, gdy... szczęście staje się udziałem człowieka. Pierwszy tydzień w II LO... ciekawy. 6


Zmruż oczy Niedziela, tuż po prawie-że-nieprzespanej nocy, pobudka o dziewiątej. Dom cichy, bo pusty, cisza, ja i czas, więc włączam ogłupiające pudło ze szklanym ekranem. Coś dla dzieci, coś o wychowaniu, nowe promocje 'wszystkomającego' telefonu i niewidoma. Niewidoma w żółtym polo. - Nie wiem, czy chciałabym odzyskać wzrok. Już sobie radzę bez problemów, przyzwyczaiłam się, jest mi dobrze. A co, jeśli ten świat by mi się nie spodobał..? A co, jeśli ten świat by mi się nie spodobał, pomyślałam, ze wzrokiem między ścianą wschodnią a południową zawieszonym. Czy to ona coś straciła, czy może ja? Patrzę dalej w to pudło ogłupiające i waham się coraz bardziej. Czy trudno jest sobie wyobrazić nóż we krwi? Twarz psychopaty spełniającego się w akcie brutalnego gwałtu? Chomika trafiającego na gilotynę, walące się wieże światowego centrum handlu? Zostałam bez skrupułów uświadomiona. Wkroczyłam w życie krzykiem obronnym, bo pan w białym kitlu wyrwał mnie z bezpiecznego zakątka bez kątów, do którego powraca się we śnie pozycją embrionalną. Jestem. Mam spory zapas znieczulicy, którą mogłabym sobie zaaplikować w każdej chwili, gdybym tylko nie bała się zastrzyków. Wstrząsa mną więc historia dzieci

na sprzedaż jako sposób na szybkie, duże i łatwe pieniądze. Poraża mnie pomysłowość ludzi, którzy opatentowali pierścionki z diamentem uzyskanym z prochów bliskich zmarłych. Shine on you crazy diamond! Piękny za życia nie byłeś, więc po śmierci świecidełkiem zostaniesz, zabłyśniesz, diamentowy chłopcze. Czy ludzie pomimo tak wielu możliwości, jakie daje nam dwudziesty pierwszy wiek, wciąż czują się niezaspokojeni? Myślałam, że nasza fantazja utonęła w kałuży w momencie gdy zamiast tworzenia zabawek z kawałka papieru, ścinek i belki drewna wystarczyło płaczem i beksowaniem poprosić w supermarkecie mamusię o, że tak powiem, wypasioną Barbię. Nie, nie, nie, mamy fantazję, żeby bawić się na całego. Po co nam film ze ślubu i wesela, nagrajmy sobie noc nasza poślubną! Piękna pamiątka dla dzieci, zobaczą, że rodzice potrafili dać czadu, a co! Wymyślmy sposób na lepsze życie, wymyślmy lepszego człowieka, megamózg i mikroserce. Albo wysadźmy to wszystko, w proch obróćmy, bo i tak jest gówno warte. Przecież Boga nie ma, a niebo nie istnieje. Piekło? Drogi paaaanie, wręcz przeciwnie!

Ania Szulc

Papier - cienki, płaski materiał, którego używamy na co dzień. Przyjmuje różne formy: bibuły, kartonu, tektury, no i zwykłego papieru. Spotykamy go wszędzie: w domu, na biurku, w sklepiku szkolnym, w plecaku, w zeszycie. Można by stwierdzić, że wszędzie. A jednak są takie miejsca, nawet w naszej szkole, gdzie papieru nie ma i nie zapowiada się na zmiany. Nie, nie jest to kantorek któregoś z nauczycieli, ani strych, ani nawet sala gimnastyczna. Chodzi mi o toaletę, gdzie częstotliwość pojawiania się papieru toaletowego jest porównywalna z częstotliwością zaćmień słońca. Dlatego jakież było moje zdziwienie, gdy wchodząc do kabiny nr 1, na szczycie przegrody z drugą, ujrzałem papier. Zważywszy na to, że nie był to Polmun, czyjaś ważna wizytacja, ani żadne święto szkoły, zostałem pozytywnie zaskoczony. Chociaż nie był to papier toaletowy, gdyż zlepkiem spiętych ze sobą kartek okazała się antologia kursu 104, na końcu której widać było miejsce z którego ktoś w pośpiechu i bez zastanowienia, nerwowym a zarazem szybkim ruchem, wyrwał kilka kartek. Właściciel antologii zapewne został pozytywnie zaskoczony gładkością, delikatnością i świeżym

powiewem tekstów Mickiewicza i dlatego chciał podzielić się twórczością tego poety z tymi, którym ten tekst może się przydać. Przeglądając Curiera z października 2005 natknąłem się na artykuł Przemka Suchogórskiego, krytykujący kamery, na temat których w tamtych czasach toczono burzliwe dyskusje. W odpowiedzi na pytanie dlaczego w męskiej toalecie została zamontowana kamera, a w damskiej nie, prof. Tomasz Pluta użył argumentu "siódma kamera w męskiej toalecie ma obniżyć koszty eksploatacji tego pomieszczenia. Wcześniej zdarzały się sytuacje podpalania papieru, kąpania całych rolek w muszlach klozetowych". Tak szczerze, to nie przypominam sobie ani podpalania, ani kąpania, a najbardziej to nie przypominam sobie papieru, który był (jest?) poszukiwanym jak za komuny, tylko że wtedy kilkugodzinne stanie w kolejce mogło przynieść jakiś efekt. A jak długo przyszłoby nam stać w oczekiwaniu na papier w szkolnej toalecie?

Ilia Szpuntow

7


UWAGA! PITOLENIE!

Migacz się lampi Migacz się lampi od dnia 29.08.2006 roku, kiedy to w drodze do domu z warsztatów integracyjnych, wkroczyłam krokiem żwawym do Empiku, aby obaczyć, co też proponuje mi nasze zacne miejskie centrum księgarsko-płytowe. (Na marginesie: Bookarest - na szczycie Starego Browaru w Poznaniu - to się nazywa księgarnia...) Jako, że obiecałam sobie, że 'dziś pieniędzy nie wydaję', natychmiast uwagę mą przykuła charakterystyczna okładka wygenerowana w moim ulubionym programie graficznym Paint (wszystko tam robię, słowo). Pan na tle różowym (wszak do różu trzeba dojrzeć!), w czapce remonciarskiej z gazety, w odzieniu zielonym, z pędzlem w dłoni i z oczyma zielonymi soczyście, jako ten tiszert na piersi jego. I zarost kilkudniowy ewidentnie. Zachwyt mój wzbudził nie tyle sam wizerunek, co tenże w połączeniu z podpisem. ÓW podpis głosił jednoznacznie: Wilhelm Sasnal. Wszak to ulubiony m ó j t w ó r c a , p o w i e d z m y, m a ł y c h f o r m komiksowych, jak i tradycyjnych oils on canvas (płótno po angielsku, ładniej jest, niż płótno po polsku, i dlatego lubię bywać na wystawach za granicą). Dzieła jego o tyle za granicą za ciężkie pieniądze idą, o ile u nas niedoceniane są. A że wiedziałam o nim ino tyle, że żonę Anię ma i że muzyki dobrej słucha, i że z grupą Ładnie coś tam wspólnego ma/miał, zachciałam zasoby wiedzy poszerzyć. Dodatkowo gdzieś tam jeszcze, druczkiem drobniejszym, wspomniany był Petr Zelenka, a wiadomo, kto Zelenki nie zna, ten wiele traci, a kto Zelenki nie lubi, tego ja nie lubię. Pisemko w każdym razie było mi znane oględnie, nigdy jednak nie stałam się szczęśliwym posiadaczem egzemplarza jakże alternatywnego, awangardowego i niszowego magazynu, jakim jest "lampa". A, co tam, pomyślałam, za 8,99 (9, zakładając, że pani kasjerka jak zwykle bezdusznie wypowie formułkę, której chyba uczą ich na szkoleniach: "będę dłużna grosik". Dużo już moich grosików brzęczy w kieskach właścicieli owego przybytku kultury, oj dużo.) mogę się troszkę zawangardyzować. W owe jakże zacnie rozpoczęte

prawdziwie alternatywne późne popołudnie, udałam się do Mac Donald'sa, aby jak przystało na prowokatorkę z krwi i kości (prawie jak Świetlicki!), połączyć sztukę z konsumpcjonizmem i kulturą niską. Zblazowany młody człowiek stojący przy kasie chyba nie zauważył bijącej ode mnie aury awangardy, gdyż obsługując koleżankę Olgę K., zamawiającą przede mną Fish Maca, ledwo przekręciwszy głowę wykrzyknął w głąb trzewi owej świątyni konsumpcji: "Rysiuuu, ryba bedzie!" (pisownia oryginalna), po czym zblazowany pozostał. Humoru mi to jednak nie zniszczyło, ani o jotę. Swą galopującą tego dnia awangardyzację podjęłam wieczorem, rozkładając się na łóżku niepościelonym od wieków (ach, wakacje...), pod ręką mając miseczkę malin i kubeł kawy z mlekiem, w tle zaś "Tango z Lady M." pana Możdżera. Cóż więc. Nie posiadałam się z radości, gdy zobaczyłam, że Wielkie Alternatywne Persony tak jako i ja miewają zamknięte oczy na zdjęciach (pan Świetlicki, który wraz z Naczelnym DuninemWąsowiczem gawędził sobie z panem Sasnalem). Dodatkowo pan Sasnal okazał się człowiekiem w pełni zasługującym na moją słabość do niego, tak jak i pan Zelenka. A pan recenzujący Open'era pisał w stylu niemalże takim jak mój (tak doskonałym, hehe)! Czyli kochani! Co prawda bez grafiki Endo na okładce, ale za to nie za 8,99 a mniej znacznie, macie namiasteczkę, możecie poczuć się prawie że jakbyście czytali "lampę"! I znowu to prawie. Dalsze relacje z mej awangardyzacji nastąpią wkrótce. up date 5.09: póki co, mam czerwone paznokcie, więc jestem glamour i zdaje się, że nijak się to ma niestety do mej awangardyzacji, i mam depresję jesienną pierwszej próby, myślę, że zasługuje nawet na jakiś certyfikat ISO dwatysiącecośtam. A, nie użalam się już nad sobą, zrobię to pewnie w następnym felietoniku. up date 27.09: wiwat Manuela Gretkowska i Danio z kokosem!

Ola Migacz

Kwestionariusz: Joanna Bobin Jestem nauczycielem, bo... to świetny zawód. Kontakt z młodzieżą konserwuje młodość, daje energię i natchnienie. Gdybym nie była nauczycielem to... byłabym politykiem albo weterynarzem. Uważam jednak, że do pierwszego jestem zbyt uczciwa, a do drugiego zbyt słaba z nauk ścisłych. Miejsce do którego wracam... piękna polanka nad Wartą, otoczona trzcinami, wokoło tylko kaczki, krowy, konie. Cisza i spokój. Codziennie trzy razy chodzę tam na spacer z psem. Boję się... Nie boję się niczego! No, może jedynie utraty głosu. Wtedy nie mogłabym pracować. Lubię, gdy... mam trochę czasu wolnego. To prawdziwe szczęście mieć pracę, którą się naprawdę lubi i jeszcze czas na hobby. Pierwszy tydzień w II LO... już nie pamiętam - to było kilkanaście lat temu... 8


Monolog wszy Przy założeniu o kulistości Ziemi bardzo trudno jest ukryć się w jakimś kącie. Zwłaszcza, gdy kąty są zbudowane z szarej i brudnej masy, do której nikt się nie przyznaje, bo przecież nie można. Jesteśmy Polakami, jesteśmy drugim liceum, jesteśmy elitą. Jako Polacy zawsze mieliśmy tendencje do budowania swojego wyidealizowanego obrazu, który nijak się miał do rzeczywistości. Na historii mówi się nam o patriotyzmie, mówi się o zwycięstwach, o honorze i dumie, a w szkole na każdej lekcji wpaja, że jesteśmy ponad masami. Ale z przykrością zawiadamiam niektórych, że czasy husarii skończyły się już dawno i nie mamy skrzydeł, które pozwoliłyby nam wznieść się ponad resztę i, jak nakazują, deptać wszystkich, którzy zostają na dole, by piąć się ku niebu. Możemy co najwyżej sięgnąć po red bulla. Jeśli chodzi o mnie, to wolę utożsamiać się z szarą masą, oblepiającą budynki użyteczności publicznej, masą oblegającą kąty, których w teorii nie ma, masą brudną i zwykłą. Co odróżnia mnie od tych godzinami siedzących pod blokiem, od tych rozmawiających całymi dniami o telefonach komórkowych? Świadomość. Nie, nie uważam, aby to czyniło mnie lepszą. Ale to, że czuję się taką samą

szarą masą, nie czyni mnie gorszą od was, bo wy też nią jesteście. Mniej lub bardziej indywidualną, mniej lub bardziej przekonaną o swojej wyjątkowości. Jesteśmy drugim liceum, przyszłą elitą, narodem wybranym, połowa z nas nie wierzy w boga, połowa z nas jest materialistami, część nie umie się poprawnie wysławiać, szkolnych indywidualistów można nazwać masą konformistów, hipokrytów lub pozerów, nauczyciele wmawiają uczniom, że poprawna pisownia to zaspakajanie a nie "zaspokajanie". Nie mamy zainteresowań, nie dążymy do samodoskonalenia. Ale zdobywamy wiedzę, po to tylko, by zgnoić tysiąc innych, którzy tej wiedzy nie posiadają i poczuć się z tego powodu lepiej. Mam dość słuchania o byciu lepszymi. To nie tylko dyskryminacja. Mi to trąci teorią nadczłowieka i nacjonalizmem, Polacy. I jeszcze jedno a propos patriotyzmu. Niech polska "kurwa" zagości w naszych słownikach. Bierzmy przykład. Przecież Miodek należy do elity społecznej.* * inspirowane Miodka

"Wykładem o kurwie" prof. Jana

Iza Pogiernicka

[ miejsce na tytuł ] Jak mawia miłościwie nam panujący Jarekfeldmarszałek, vel. PremieRR: "(...)to nie jest elita! To łże-elita!". Nie chodzi, ma się rozumieć, o to, żeby wprowadzić nastrój międzynarodowego, pseudoelitarnego spisku - nie, nie, nie! Trzeba jednak przyznać, że miał poczciwina rację! Że zawarł w swoim krótkim, bądź co bądź, stwierdzeniu "prawdziwą głębię". Popartą równie "szerokimi horyzontami". Zastanówcie się, o czytelnicy, czy nie odebrać tych słów personalnie - bo do czego właściwie obowiązuje nas zaszczyt przebywania w (nazwijmy to "milusińsko") "elitce"? Elitce intelektualnej, jak się zresztą niedawno dowiedziałam na lekcji wiedzy o tym i owym. Elita intelektualna z założenia kształtuje poglądy, wyznacza kierunek myśli społecznej, wyraża opinie. Nie wystarczy jednak mówić - trzeba zawrzeć w tym sens, nie sensik, ale głęboką, przemyślaną prawdę tak daleką od osławionej już "nulizny". Można używać mądrych słów i udawać, że je się doskonale rozumie. Można wyrażać swoje kontrowersyjne (ach!) opinie, szokując dla samego szokowania. Cel? Pozostanie papugą-prowokatorem w żółtych portkach.

Można być przekonywującym wystarczająco, by teorię spiskowości wprowadzić w życie. Sprzedać na pustyni worek piasku. Lub po prostu przekonać do tego, że WTC i 11 września (kurczę, a może listopada?) był medialną prowokacją, złożoną intrygą (z całym szacunkiem dla, przynajmniej jak dla mnie, całkiem prawdziwych ofiar!). A wszystko pod przykrywką i przekonaniem o swojej wyższości, elitarności, poczuciem bycia lepszym od innych! O ile łatwiejsze będzie życie z tarczą czy mundurkiem - mniej tłumaczenia: "tak, tak, jestem z Przemysłowej!". To myślenie płytkie, oślepiające i destrukcyjne. Elito, do dzieła! Poczuj się silna, zwarta, gotowa! Świadoma uczestnictwa w tworzeniu przyszłości narodu! Nawet jeśli owa świadomość ogranicza się do poziomu czytelnika "Cosmo", pisemka o poziomie którego chyba nie warto dyskutować, tak jak nie dyskutuje się o "450 odcieniach blondu, w których staniesz się dla niego bardziej seksowna".

Agata Pendrak 9


Pod nowym dachem Autobus 102 to już rutyna, wciąż te same twarze - zaspane, ale mimo to uśmiechnięte i pełne wewnętrznego ciepła. Codziennie pokonują oni tą samą drogę, aby dostać się na Przemysłową 22. Niektórzy pasażerowie to już starzy bywalcy tej szkoły, inni natomiast, to nowy nabytek 2lo, który zaczyna się już przyzwyczajać do nowego "środowiska"… Dzwonek. To pierwsza lekcja w nowej szkole rocznika '90. Nikogo prawie tu nie znają, otoczeni są całkowicie nowymi twarzami, które przyglądają się z niesamowitą ciekawością i debatują na temat mundurków… Pierwszaki z przerażeniem trzymają się razem, podtrzymują hasło, że w grupie zawsze raźniej… Wszyscy odnajdują osoby ze swojej klasy i ochoczo podążają na ich pierwszy w życiu kurs. W gabinecie początkowo jest chaos - kto, z kim i gdzie usiądzie. W końcu drzwi zamykają się i nauczyciel z promienistym uśmiechem oznajmia, iż zaczął się właśnie kurs 101. Strach, ale i ciekawość

przed nieznanym wypełnia każdego ucznia siedzącego w ławce. 50% z nich nie wie jeszcze dokładnie o co chodzi w systemie, pozostała część osób myśli, że wie… Kolejne lekcje bardzo szybko każdemu mijają, podobnie jak przerwy, na których wszyscy zaczynają się integrować stojąc w niesamowicie długiej kolejce do sklepiku. Starsi uczniowie są przeraźliwie mili dla najmłodszego rocznika i udzielają mu przydatnych rad dotyczących przeżycia pierwszego roku. Po 8 godzinach każdy ma już dość i chce jak najszybciej udać się do domu. Początkowy entuzjazm związany z tą szkołą zanika, a przed oczyma staje straszliwa prawda - trzeba zacząć się uczyć… Po kilku tygodniach spędzonych w tej szkole dużo rzeczy się już zmieniło… No może, oprócz jednego - większość osób nadal nie rozumie systemu.

Kasia Raginia

Bo muzyka jest językiem wszechświata Godzina 20.30, ulica Łazienki w okolicy starych kamienic nad Wartą, wejście mało reprezentatywne, przed klubem tłum ludzi stojących w grupkach, palących papierosy. Wchodzisz. Na wjazd 2 złote, na pamiątkę dostajesz trzy zielone "iksy" na nadgarstku, idziesz dalej. U góry mało miejsca, ciężko przejść przez tłum przy barze. Wchodzisz do drugiego pomieszczenia niegdyś pełnego chłopców w tir-ówkach grających w piłkarzyki, teraz tylko loże rodem z teledysku Kelis. Z piwnicy dobiegają czarne rytmy, schodzisz po nierównych i stromych schodach podtrzymując się dłońmi o wilgotne i chropowate ściany. Zrobić "bam" nie jest trudno. Na dole uderza cię fala gorąca. Tłoczno, parnie, dym unoszący się w powietrzu, czuć klimat. Nikt tu nie podpiera ścian, jednym słowem "baunsik". DJ (zwany raczej panem od puszczania muzyki) skręca dobrą muzę, trochę r&b, hip hop'u, reggae i house. Czego chcieć więcej? Może kliamtyzacji. Pot ścieka po twarzy. Jest ci po prostu za gorąco, wychodzisz na patio. Ludzie stoją w grupach, większość z nich kojarzysz ze szkolnych korytarzy, normalnie byś ich nie poznał, tu zabawa ma inny wymiar. Tu nikt nie jest czasem przerażającym trzecioklasistą czy też przestraszonym pierwszakiem, tu każdy dogaduje się z każdym, bo "muzyka jest językiem wszechświata" cytując zacnego Fisz'a. Mowa tu o "Amsterdamie", piątkowym miejscu kultu do którego tydzień w tydzień wyrusza kwiat gorzowskiej młodzieży prosto z Przemysłowej, klubie wybijającym nasz rytm tygodnia. Kochamy w nim "ten" klimat, który tworzą czerwone skórzane loże, ściany pełne awangardowych obrazów, plakatów, "undergroundowy" graf za DJ'em i co najważniejsze, zabójcze schody. Może kiedyś więcej uroku dodawały pop-artowe meble w sali numer dwa, w których to spokojnie można było się rozłożyć i swobodnie relaksować, ale jak wiemy wszystko, co 10

dobre kiedyś się kończy. Teraz siedzi się na jakichś tzw. pufeczkach i imitacjach skóry, ale w końcu coś za coś, przynajmniej więcej osób może usiąść. Co się tyczy klimatycznej muzyki, o której wspomniałam już wcześniej, posłuchać możemy wszystkiego. Trochę Fisza, czy gorzowskiego Smarki, lubimy coś z wielkiego świata, więc i to nam serwują, nie zapominają również o imprezowych klasykach, które najczęściej zapełniają parkiet. Zdarzają się i im nieliczne wpadki, jak ostatni występ Spice Girls z hitem "Wanna be", ale to się wybaczy, DJ to tylko człowiek i także on przeżywa chwile słabości. Jednak klimatyczność naszego "Amsterdamu" nie istnieje tylko dzięki tym dwóm szczególikom, a ludziom, którzy nadają mu charakter. Wspominając stare, dobre czasy jeszcze z legendarnymi mebelkami, wspomnieć również warto o "pięknych i wspaniałych", tzn. stałych amsterdamowych bywalcach, którzy przyciągani byli czarnymi rytmami i tworzyli to "coś". Bywalcy, których cudem było nie spotkać w każdy piątek i sobotę, teraz takimi bywalcami jesteśmy My. Tworzymy klimat i oczywiście trochę podpasowujemy się do tych starszych bywalców, którzy, póki co, nadal ustalają "reguły", jednak mimo to klub zmienia się w zastraszającym tempie. Nieraz i nie dwa razy udało mi się zauważyć owieczki, które wyglądały jakby zbłądziły po drodze do słynnego "Metra" (i broń Boże, nic do tego klubu nie mam, chodzi tu bardziej o białe kozaczki i przykrótkie spódniczki), a kiedyś ujrzenie takiego cudu "tutaj", byłoby nie lada zjawiskiem. Mimo to, lepszego miejsca na dobrą zabawę nie widzę w tym naszym Gorzowie, bo tu, w "Amsterdamie", nawet pół godziny na parkiecie wystarczy, aby wyczerpać tygodniowe zapasy tanecznego potencjału i sami coś zapewne o tym wiecie. To jak, sobota i "Shake your ass"? Miłego więc życzę państwu.

Natalia Strojczyk


Nie obawiaj się doskonałości! Nigdy jej nie osiągniesz! Bardzo często zdarza się tak, że nieprzeciętność przyjmuje różne fascynujące formy wyrazu. Tym razem zdarzyło się podobnie. Salvador Dalí przyszedł na świat, odszedł z niego i zostawił po sobie miliony ludzi, zastanawiających się o co chodzi w jego pracach. Salvador już w dzieciństwie odkrył swą nieprzeciętność. Potwierdzeniem tej tezy jest stwierdzenie artysty: "Już od najmłodszych lat mój spaczony charakter mówi mi, że jestem inny niż ogół śmiertelników. Tu również odnoszę sukcesy". Wchodząc do Teatro-Museu Dalí de Figueres w Figueres w północnej Katalonii, gdzie urodził się i umarł najbardziej znany malarz surrealistyczny XX wieku, czuć tę nieprzeciętność na każdym kroku. Osobiście zaintrygowało mnie to miejsce z powodu pewnego odczucia. Przemieszczając się wśród tłumu, jakiego nie widziałam w żadnym znanym mi muzeum, rzeczywiście czułam obecność Dalego. Obecność, która zdaje się mówić, że właśnie wchodzisz do innego świata, masz zaszczyt tu wejść, jednak nie musi być ci dane zrozumienie. Myślę, że zrozumienie co autor miał na myśli nie zawsze uda się w tym przypadku. Genialne są jednak same próby. Kolejki stojące przy pracach, ludzie próbujący stworzyć własną interpretację. W takich chwilach wyobrażam sobie Salvadora, który uśmiechając się ironicznie stwierdza: "Próbujcie dalej i tak nie dacie rady". Muzeum jest ekscentryczne, tak jak ekscentrycznym twórcą był sam Dalí. Wyobraźcie sobie np. fasadę muzeum uwieńczoną attyką w kształcie olbrzymich jaj. Jajko i chleb Dalí uważał za symbole początku i życia. Ściany wnętrza budynku zdobią czaszki słonia, krokodyla, pirenejskich skamielin, razem ze szczątkami latarni z paryskiego metra i szuflad biurowych urzędu miejskiego. Najlepszy jest jednak cadillac, w którym pada deszcz. Można powiedzieć: typowe dla Dalego. Stwierdził on bowiem, że skoro

deszcz pada na zewnątrz, to dlaczego nie miałby padać i w środku. Tak więc słynna Deszczowa Taksówka z rzeźbą królowej Ester na masce, stoi sobie w królestwie Salvadora. Naciska się specjalny przycisk, a na kukły siedzące w środku spada deszcz. Genialna jest też ściana w Teatro-Museo, powiem więcej, genialny jest też sufit. Ściana przedstawia człowieka gigantycznych rozmiarów z pochyloną głową. Jego twarz jest zacieniowana, głowa przypomina pękniętą skorupę, a brzuch tworzy jakby wejście do piramidy. Sufit natomiast to obraz nieba... Zabawnie jest tak stać i gapić się w górę, starając się dostrzec i zrozumieć wszystkie jego elementy. Co podoba mi się najbardziej, oprócz tego genialnego, ekscentrycznego i nieprzewidywalnego podejścia do rzeczywistości, t o e k s p r e s j a k o l o r u . Pa t r z ą c n a o b ra z "Halucynogenny Toreador" ogarnia mnie nieopisane szczęście. Tak, to jest piękne według wszelkich moich wyznaczników piękna. Ten obraz nie dość, że piękny, jest na dodatek żywy. Bardzo podoba mi się to w surrealizmie, a szczególnie u Dalego. Generalnie uwielbiam ogromne płótna z dużą ilością niebieskiego, pewnie dlatego, że też jestem szalona. Kolejnym dziwactwem Figueres jest wanna na suficie. Rzeczywistość Dalego, odwrócona do góry nogami. W muzeum mistrza spędziłam jakieś 3 godziny. Mój umysł jest z pewnością ograniczony niestety. Jestem tylko jednym ze stojących człowieczków - życie. Jednak samo staranie się stworzenia interpretacji, choćby do 1/4 widzianych dzieł, to niezła frajda. Polecam, polecam, polecam. Warto, warto, warto. Wywód mój własny zakończę słowami pana z dziwnymi wąsami (kto nie wie, to przypominam, że Dalí miał wąsy): "Nie obawiaj się doskonałości. Nigdy jej nie osiągniesz!".

Agnieszka Zywert

Co się stało z dachem? Pewien absolwent naszej szkoły (teraz już absolwent, w czasach, o których mam zamiar opowiedzieć jeszcze nim nie był), dla wygody nazwijmy go Michałem, w trakcie jednej z wielu lekcji informatyki natrafił na problem fundamentalny. Problem ten sformułował w pytanie (a jak wiadomo, dobrze zadane pytanie lepsze jest często od niejednej odpowiedzi), brzmiało ono zaś: co się stało z siecią? (Byłem świadkiem tego wydarzenia osobiście, choć tylko jeden raz). Pytanie to z pozoru może zdawać się wyjątkowo przyziemne, wręcz czysto techniczne. Jednakże! Jedynie naiwni uznają je za takowe. Otóż bowiem Michał (jak dla wygody nazwaliśmy obecnego

absolwenta naszej szkoły) w swojej wypowiedzi dotarł bezpośrednio do sedna sprawy (inaczej mówiąc: do istoty sensu, rzeczy). Albo chociaż utorował nam drogę do zapytania jeszcze ważniejszego, owego już w pełni fundamentalnego, nie jakiegoś podrabianego innego. Dopuszczalna jest możliwość taka, iż czyn ten popełnił nieświadomie, co nie umniejsza jednak historycznego znaczenia jego dokonania. Domyślam się jednak, iż to nie postać Michała nurtuje teraz wasz umysł. W tej chwili zapewne wielu z was zastanawia się: a jakież to zapytanie ważniejsze istnieć może niż o sieci niedziałanie zapytanie? Ku memu własnemu zaskoczeniu (jak 11


bez ogródek przyznaję szczerze i otwarcie) egzystuje w naszej przestrzeni językowej problem o takich (rzekłbym nawet – dokładnie takich) właściwościach. Tak, tak – widziałem na własne oczy. Zapytanie to, ubrane w słowa, wygląda mniej więcej tak: co się stało z dachem? Już żeśmy się pośmiali odrobinkę tytułem wstępu, więc dość tych wygłupów słownych, nieforemnych przekomarzań grafomańskich z treścią. A dlaczego dość? Ponieważ w książce „Ja, inny” w taki oto sposób wypowiada się narrator – którego nie powinniśmy utożsamiać z autorem, Imre Kertészem: Pisarz najbardziej powinien się obawiać, że kiedy wyczerpią się zasoby tego, co ma do powiedzenia, nagle stanie się dowcipny. A jest to twórca poniekąd wybitny, więc wypadałoby uszanować słowa owe (przeczyć im zaś to wręcz niegrzeczność). Co jednak ma począć młodzież starająca się tekstylne wyroby produkować pomimo swego przedwczesnego wyprania z treści? Odpowiedź jest prosta: nie powinni oni tego robić. Dlaczego? Ponieważ zazwyczaj nie starają się nawet o bycie dowcipnym. Lub, co gorsza – starają się nieudolnie (a to musi być już dno absolutne, czego uważny czytelnik mógł doświadczyć jeszcze przed chwilą*). Moja zapobiegliwość każe mi wytłumaczyć: nie mam zamiaru moralizować rozbestwionych uczniaków, którzy nasze oczy śmią psuć swymi literami. Nie dążę również do apoteozy swej literackiej gęby. Mym celem jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: dlaczego pisząc, nie poruszamy kwestii istotnych? Możliwości jest kilka. Pierwsza: istotne kwestie nas nie interesują. Druga: kwestie takie zostały już dokładnie opisane. Trzecia: ich poruszanie jest niewskazane. Czwarta: nie potrafimy tego robić. Piąta: nie ma takich kwestii. Istotne kwestie nas nie interesują – zdanie wewnętrznie sprzeczne (bo kto interesuje się rzeczami nieistotnymi, czyli inaczej mówiąc nieinteresującymi). Kwestie takie zostały już dokładnie opisane ładne, bo zalatuje postmodernizmem, jednak naiwne – posiadamy przecież czas, który płynąc dezaktualizuje tłumaczenia (ktoś powinien napisać nowsze). Ich poruszanie jest niewskazane - częste złudzenie, występujące przede wszystkim w szeregach uczniowskich (prawdopodobnie tylko wśród nich). Tak bardzo przejmujemy się ocenami,

iż sądzimy, że te treści nasze (mam tu na myśli prace, w których mamy wyrazić własne zdanie na jakiś temat) również mają znaczenie przeogromne, więc poprawne światopoglądowo muszą być. Póki co jednak na sprawdzianach liczy się forma, a próbować udowodnić można wszystko (często z powodzeniem). Rozwiązaniem tu jest zajęcie egzystencjalnie odpowiedzialnej pozycji, a następnie projekcja własnego „ja” (brzmi nieźle) – lepiej pisać co samemu sobie ubzduraliśmy, niż cudze pitu-pitu powtarzać (w praktyce daje satysfakcję). Nie potrafimy tego robić - warto jednak się starać, uczyć, muskuły trenować, by kiedyś zdolnościami zabłysnąć. Nie ma takich kwestii - wtedy pozostaje nam już tylko opowiadanie dowcipów, a jeśli żadnych nie znamy, to lepiej już zamilknąć na wieki. Zasada tu jest wyjątkowo prosta – mówi ten, co ma coś do przekazania (np. pieniądze - proszę mi wybaczyć, nie mogłem się powstrzymać). A skoro niczego wartościowego nie posiadamy, to warto poszukać u innych – wielcy mistrzowie nie po to się trudzili, by ich dzieła kurzem zarastały. Czy mój prosty wywód potrzebuje jeszcze dodatkowego uzasadnienia moralnego? Postaram się i o nie. Pisząc, powinniśmy pamiętać o naszych przyszłych czytelnikach – czy ich oczy mają psuć się w połączeniu z frustracją (bądź, co gorsza – znudzeniem)? A żeby każdy uznał mą argumentację za doskonałą, to na koniec oprę się jeszcze dodatkowo na autorytecie: Człowiek musi coś mówić, żeby nie wyjść z wprawy. Trzeba mieć sprawnie funkcjonujące narządy głosowe na wypadek, gdyby miało się coś naprawdę ważnego do powiedzenia (Kurt Vonnegut, „Kocia Kołyska”). Cytat ten dość poważnie podważa zasadność moich wcześniejszych ciągów przyczynowo-skutkowych (bo dopuszcza pitolenie jako formę wypowiedzi), jednak bardzo mi się podoba, poza tym chciałem również nadać ostatniemu akapitowi posmak inteligencki. Dla tych, którzy chcą wiedzieć co się stało z dachem: jest on wymieniany (z okazji stulecia budynku naszej szkoły, jak wieść gminna niesie). * Patrz: pierwszy akapit.

Kwestionariusz: Grażyna Harkawik Jestem nauczycielem, bo... kocham wakacje. Gdybym nie był nauczycielem to... zostałabym gospodarzem schroniska górskiego. Miejsce do którego wracam... Beskid Sądecki. Boję się... znieczulicy. Lubię, gdy... mogę spędzać czas ze swoją rodziną. Pierwszy tydzień w II LO... intensywny. 12

Konrad Korżel


Redakcja poleca Czerwona Róża

O miłości i innych demonach

reż. Craig R. Baxley

Gabriel Garcia Marquez

"Czerwona Róża" to ekranizacja znakomitej powieści Stephena Kinga, zwanego mistrzem horroru. Doktor Joyce Reardon, profesor psychologii, zafascynowana jest Czerwoną Różą starą, piękną rezydencją, wybudowaną na początku XX wieku, o której krążą legendy. Chcąc zbadać tajemnicę posiadłości, zaprasza do niej sześcioro osób, obdarzonych zdolnościami paranormalnymi. W trakcie ich pobytu w pensjonacie pojawia się duch dawnej właścicielki. Dom zaczyna żyć własnym życiem, ujawniając okrutne sekrety tych, którzy w nim mieszkali i zmarli. Zwykła wyprawa badawcza zamienia się w walkę o przetrwanie. Jedyną nadzieją dla grupy jest Annie Wheaton dziewczynka chora na autyzm, ale posiadająca największe umiejętności. Z góry zaznaczam, że w tym horrorze krew nie leje się strumieniami i nikt nikomu głowy nie obcina. Świadomość obecności duchów sprawia, że akcja nieustannie trzyma w napięciu. To nie tylko opowieść o nawiedzonym domu, ale również o przyjaźni, czy siostrzanej miłości.

Polecam genialną książkę Gabriela Garcii Marqueza "O miłości i innych demonach". Autor zainspirowany jest legendą o niemożliwej miłości opętanej przez diabła 12-letniej dziewczynki i egzorcysty, który zamiast jej pomóc, sam zostaje opętany przez "demona miłości". Chociaż 12-latka rzeczywiście zachowuje się dziwnie, to świat dookoła jest tym bardziej wykolejony... Dużo kontrowersji; wciąga dopiero po -dziestu stronach.

Kamila Matuszewska

Plac Zbawiciela reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze Najnowsza produkcja Krauzego przywraca wiarę w polskie kino. Zdecydowanie zaś nie przywraca wiary w człowieka. To film ciężki i trudny. Prawdziwy. Przygniótł mnie, przytłoczył, nawet popkornowe opary w multikinowej sali temu nie przeszkodziły. Technicznie film jest bardzo dobry i chociażby z tego powodu polecam go wszystkim. Zarówno wrażliwcom, jak i tym, którzy sądzą, że nic już ich nie poruszy. Poruszy. Mogę się założyć.

Ola Migacz

Deszczowa Piosenka reż. Stanley Donen Jest to film wyprodukowany w 1952 roku, którego akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Bohaterami filmu są producenci i aktorzy jednej z większych wytwórni filmowych w Hollywood, która ma problem z udźwiękowaniem swoich filmów, gdyż ich główna aktorka ma głos godny kastrata. Film bardzo dobrze zrobiony, role obsadzone wprost perfekcyjnie kwieciem aktorstwa amerykańskiego lat 50-tych. Mistrzowska gra aktorska oraz świetnie poprowadzona fabuła czynią z tego filmu jedno z godniejszych do polecenia dzieł kina amerykańskiego lat 50-tych.

Dominika Ślązak

Bezpowrotnie leworęczność

utracona

Jerzy Pilch Już wiem, że będę czytać "Bezpowrotnie utraconą leworęczność" Jerzego Pilcha po wielokroć. Będę wracać jak do tomików Świetlickiego, mamiąc się złudnym przekonaniem, że "rozdziały krótkie", że "można pojedynczo", że "można nie po kolei". A potem żarłocznie pochłonę wszystko. I będę się zachwycać. I będę chichotać. I będę dumać. I będę odnajdywać siebie w coraz to nowych frazach, zdaniach, historiach. Będę drżeć. I znowu będę wypisywać urywki na przypadkowych zakładkach i przypadkowych stronach przypadkowych zeszytów, a potem o nich zapominać. Bo "książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc je znów czytać".

Ola Migacz

Lolita Vladimir Nabokov Znudzeni jesteśmy szkolnymi lekturami lub książkami kompletnie pozbawionymi polotu z powielanymi wątkami. Jesteśmy młodzieżą kochającą się we wszelkiego rodzaju skandalach i tematach tabu, dlatego gorąco polecam książkę genialnego Vladimira Nabokova, pt. 'Lolita', która w 1955 roku od razu po wydaniu wzbudziła kontrowersje i wzbudza je do dziś. W opowieści ukazana jest niewyobrażalna dla wielu ludzi więź jaka zrodziła się między dwunastoletnią Lo, a dojrzałym, spragnionym "miłości" Humbertem. Książka pełna jest erotycznych scen, czasem wulgarnych, jednak dzięki niesamowitemu językowi Nabokova nie gorszą, ba, tym bardziej chce się ją czytać.

Natalia Strojczyk

Kamil Gadomski 13


Dlaczego mężczyźni słuchają, a kobiety potrafią czytać map

nie nie

Barbara i Allan Pease Polecam wszystkim – zarówno tym ułomnym, jeśli chodzi o sprawy damsko-męskie jak również ekspertom, których zrozumienie płci przeciwnej na pewno się poprawi. Miejscami (ale tylko miejscami) nudnawo, za to mnóstwo odpowiedzi na nurtujące pytania (np.: dlaczego kobiety lubią misie?). Proszę tylko bez obaw, to nie książka dla "antyfeministek" ani feministek, jest po prostu dla wszystkich. Ogromnie przydatna, wszystkie stwierdzenia oparte na rzetelnych badaniach naukowców. Dla niektórych szokująca.

Matylda Sochacka

królują przede wszystkim dania mięsne, a my nie potrafimy wyobrazić sobie, aby warzywa i owoce mogły je zastąpić. Jest to już zatem element naszej kultury. Dlatego chciałabym zachęcić Was to przeczytania książki Marii Grodeckiej "Wszystko o wegetarianizmie". Nie jest to typowa literatura kulinarna nacechowana wyłącznie rozlicznymi przepisami kulinarnych dań jarskich. Autorka przedstawia bowiem istotę wegetarianizmu, posiłkując się mnóstwem ciekawych wywodów filozofów i psychologów na temat jedzenia. Niezwykle przystępnie przedstawia złożone procesy żywieniowe i jej wpływ na psychikę ludzi. Lektura ta może być zatem dobrą zabawą.

Kasia Gajda

Gdzie zaczyna się niebo zbiór opowiadań

Wszystko o wegetarianizmie Maria Grodecka Czy zjadając kolejny kawałek chrupiącego schabowego zastanawiasz się, ile cholesterolu odkłada on w Twoich tętnicach? Z reguły nasza odpowiedz brzmi: "nie". Może warto zatem się nad tym zastanowić i zmienić niektóre nawyki żywieniowe? Codziennie cały czas się gdzieś spieszymy i nie mamy czasu na przyrządzanie posiłków. Chcemy tylko, by było smacznie, mało pracochłonnie i w miarę zdrowo. O tym ostatnim często jednak zapominamy. Na naszych stołach

Ostatnio zaczęłam czytać książkę pt. "Gdzie zaczyna się niebo". Jest to zbiór 29 króciutkich rosyjskich opowiadań o różnorodnej tematyce. Niektóre z nich są dowcipne, inne skłaniają do pewnej refleksji (na szczęście nie na tyle głębokiej, żeby nie można było ich czytać dla rozrywki). Książeczka napisana jest w języku rosyjskim, więc może się spodobać osobom, które się go uczą, jednak myślę, że w tym przypadku będzie to dość przyjemny rodzaj nauki.

Ania Chmielecka

Curier realizuje politykę historyczną:

I to by było na tyle w tym odcinku, ciąg dalszy nastąpi.

Stopka redakcyjna Redaktor naczelna:Gosia Stańczak Redakcja: Ania Chmielecka, Kamil Gadomski, Kasia Gajda, Konrad Korżel, Kasia Leśniak, Kamila Matuszewska, Ola Migacz, Agata Pendrak, Iza Pogiernicka, Kasia Raginia, Katarzyna Sikora, Matylda Sochacka, Natalia Strojczyk, Ilia Szpuntow, Ania Szulc, Monika Szybińska, Dominika Ślązak, Agnieszka Zywert Korekta: Ola Migacz Skład, łamanie i projekt okładki: Konrad Korżel


Curier 10/2006  

Curier 10/2006

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you