Page 1


1

AURORA

początek

W numerze:

AURORA REDAKCJA Małgorzata Ratajczak Paweł Kokot Patrycja Barska Michał Filipiak Maria Filipiak Krzysztof Ptaszyk Magdalena Wudarska Szymon Paciorkowski Joanna Przybylska Magdalena Nowicka Weronika Pilarska OPIEKA MERYTORYCZNA Zbigniew Jaśkiewicz WSPÓŁPRACOWNICY REDAKCJI Karolina Rapp Anna Bernatowicz Agnieszka Dul Tomasz Juszkiewicz Dorota Słonina Lena Matyjasik Julita Urbaniak Bogumiła Hyla Lucyna Eich Damian Nowicki KOREKTA Magdalena Wudarska Weronika Pilarska OPRAWA GRAFICZNA I SKŁAD Michał Filipiak Wojciech Banaszak KONTAKT www.aurora.amu.edu.pl aurora.uam2.2@op.pl DRUK Zakład Graficzny UAM Wszystkie materiały graficzne użyte wyłącznie w celach informacyjnych AURORA ukazuje się dzięki: Prorektorowi UAM d/s studenckich: prof. dr. hab. Zbigniewowi Pilarczykowi oraz Dziekanom: Wydziału Nauk Społecznych: prof. dr. hab. Zbigniewowi Drozdowiczowi, Wydziału Neofilologii: prof. dr hab. Teresie Tomaszkiewicz, Wydziału Prawa i Administracji: prof. dr. hab. Tomaszowi Sokołowskiemu, Wydziału Studiów Edukacyjnych: prof. dr. hab. Zbyszkowi Melosikowi

2

Początek Od Redakcji............................................................................................3 Bunty w Poznaniu ..............................................................................3 Temat numeru Alternatywny ból głowy...................................................................4 Bezprzewodnik galeryjny.................................................................5 Nowa jakość w Starej Rzeźni...........................................................5 Każde miasto ma swoją własną historię graffiti.......................6 Takiego Poznania nie znacie, czyli przewodnik inny niż wszystkie!............................................7 Auroris activitis Oto człowiek w Collegium Maius..................................................8 Muzycznie i literacko Emocje publiczności dodają skrzydeł..........................................9 Soul & jazz w auli UAM................................................................... 10 „W” jak Wieniawski, „V” jak Vengerov......................................... 11 Goniąc za mistrzostwem............................................................... 12 Dusza na ramieniu........................................................................... 13 Życie na skraju pisarstwa............................................................... 13 Błyskotliwa satyra na wszystko i wszystkich........................... 15 Biedni ci, którzy to kupią............................................................... 15 Koniec Petersburg – przełamać stereotypy w mieście kontrastów......................... 16

luty

AURORA


początek

Od Redakcji Drodzy Czytelnicy! W tym numerze piszemy głównie o kulturze alternatywnej, czyli… właściwie o czym? Przypuszczam, że i Wam trudno zdefiniować to pojęcie. Czy można dziś wyznaczyć alternatywie jakiekolwiek, choćby mgliste granice? Zastanawiali się nad tym uczniowie i studenci w ramach ankiety, którą specjalnie przeprowadziliśmy. Poza tym chcielibyśmy wprowadzić Was w świat niestandardowych inicjatywach kulturalnych: festiwalu ARTenalia, nowoczesnych galerii i ernisaży, monodramu „Ecce homo” z Januszem Stolarskim w roli głównej czy wymiany polsko-rosyjskiej na Wydziale Prawa i Administracji UAM – doskonałej alternatywy dla wyjazdów do popularnych miast. Dla miłośników muzyki klasycznej przygotowaliśmy miłą niespodziankę – subiektywne relacje z XIV Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego imienia Henryka Wieniawskiego. Oprócz tego zapewniamy szeroki wachlarz recenzji, wywiadów i felietonów. Życzymy udanej lektury! Krzysztof Ptaszyk

KINO MUZA ZAPRASZA!

Słuchaj na: www.meteor.amu.edu.pl

AURORA

luty

AURORA

Bunty w Poznaniu Do Poznania, miasta znanego z solidności, ale i z pewnej ociężałości w przyjmowaniu nowych idei, dotarła fala buntów. Skąd przyszła? – trudno dociec. Ale jest. Buntuje się przede wszystkim młodzież. To oczywiście jej prawo i poniekąd obowiązek – w walce o lepszy świat. Ale nikt nie przewidywał, że tak wspaniale się to rozwinie. To zdumiewa i cieszy, chociaż niektórych denerwuje. Najgłośniejszy bunt to sprzeciw wobec konwencji ACTA, którą nasz rząd wstępnie już podpisał. 26 stycznia br. ulicami Poznania przeszedł pochód manifestantów. Jak donosi prasa, uczestniczyło w nim ponad 5 tys. osób. Protestujący potraktowali przystąpienie Polski do ACTA jako zamach na swobodę korzystania z internetu, jako ograniczanie możliwości wypowiedzi i swobodnych kontaktów, utrudnianie dostępu do muzyki, do filmów, do kultury w ogóle. Bunt jest poniekąd oczywisty i zrozumiały, jednak jego gwałtowność zaskoczyła opinię publiczną. Czyżby był to jeszcze jeden dowód na brak porozumienia między władzą a młodszą generacją w tak ważnych sprawach jak kultura? Bunt drugi dotyczył piłki nożnej. Wiązał się z awanturą o trenera Lecha Poznań – Jose Bakero. Bakero nie potrafił pozyskać sobie sympatii kibiców Lecha, którzy domagali się jego zwolnienia. Bunt objawiający się pustkami na widowni mógłby okazać się zabójczy dla klubu i miasta w kontekście meczów turnieju Euro 2012, który odbędzie się za kilka miesięcy. Na szczęście powodów do usunięcia szkoleniowca dostarczyła słaba postawa zespołu w rundzie wiosennej Ekstraklasy. Sytuacja byłaby zapewne inna, gdyby Bakero włożył strój piłkarski i zechciał wystąpić ze swoimi zawodnikami na boisku. Był przecież kiedyś świetnym piłkarzem w naszpikowanej gwiazdami FC Barcelonie (!). Wreszcie bunt trzeci. Może najmniej spektakularny, ale przez to o wiele poważniejszy. To bunt kulturalników, czyli młodych (duchem) twórców, menedżerów, artystów, także pracowników instytucji artystycznych i placówek kulturalnych. Podłożem protestu są: kryzys kultury w Poznaniu, kompromitująca porażka naszego miasta w wyścigu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, niewłaściwe podejście władz miasta do twórców. Bunt kulturalników zaowocował samorzutnym utworzeniem Sztabu Antykryzysowego, który z kolei doprowadził do bardzo ciekawego Poznańskiego Kongresu Kultury, odbywającego się w dniach 3–5 grudnia 2011 r. w salach Poznańskiego Ośrodka Nauki. W Kongresie uczestniczyło ponad 100 osób oraz zaproszeni spoza Poznania goście (m.in. Cywińska, Hauser, Burszta). Rozpoczęte w Sztabie prace nad ustaleniem właściwej polityki kulturalnej są kontynuowane. Dnia 30 stycznia w budynku Teatru Nowego wyłoniono w tajnych wyborach 15-osobową Poznańską Radę Kultury, która pracując przy otwartej kurtynie (to bardzo ważne!) ma przygotować dyrektywy programowe dla polityki kulturalnej miasta. Są też pierwsze konkretne efekty. Stołek zwolnił Zastępca Prezydenta Ryszarda Grobelnego – Sławomir Hinz, odpowiedzialny za stan kultury w Poznaniu. Przyjrzyjmy się, co będzie dalej! ZJ

3


1

AURORA

temat numeru

Alternatywny ból głowy

Pojęcie alternatywy pojawia się w mediach, w kulturze, a także zwyczajnym życiu. Ale czym właściwie jest alternatywa i jak rozumieją ją użytkownicy tego terminu? Na pytanie – czym jest alternatywa w kulturze – odpowiadają studenci w ramach specjalnie przygotowanej ankiety. Agnieszka – UAM, Filologia polska: W kulturze, mainstream jest zazwyczaj utożsamiany z popkulturą, tym co dostępne i popularne wśród szerszego grona odbiorców. Prostym przykładem są filmy hollywoodzkie, robione przez sławne wytwórnie, z wielomilionowym budżetem i przy udziale znanych gwiazd. Ich głównym celem jest przyciągnięcie do kin jak największej liczby widzów, dlatego wykorzystują pewne utarte schematy, znane motywy, albo też kładą nacisk na widowiskowość i efekty specjalne. Zazwyczaj są to produkcje, w których dużo się dzieje i nie ma miejsca na chwile zadumy, czy też dziesięciominutową ciszę. Profesor Śliwiński, na jednym ze swoich wykładów, opowiadał o pewnym filmie. Obejrzał go w kinie dość niszowym i był nim zachwycony. Film można byłoby określić, jako psychologiczny. Przed profesorem siedziała grupka nastolatków, którzy po seansie stwierdzili, że są koszmarnie wynudzeni i stracili pieniądze na bilet. Profesor przyznał, że poczuł się bardzo stary. Alternatywą, wobec tego, stają się właśnie kina niszowe, w których można obejrzeć produkcje niekomercyjne, hmm... z gatunku tych nieco mniej efektownych a bardziej ambitnych, wymagających. Kolejną alternatywą jest teatr, w którym można spotkać się z klasyką albo też sztuką współczesną, jednakże teatr sam w sobie wymaga pewnej dojrzałości od widza, także literackiego obeznania i wrażliwości.

Karolina – UAM, Filologia polska: Jeśli chodzi o teatr, to za mainstream uważam przedstawienia klasyczne, takie których fabułę zna większość osób, która od razu nasuwa jakieś skojarzenia. Tu umieściłabym także typ teatrów, bo są takie, które znają wszyscy i te niszowe. Właśnie te mniej znane uznałabym za alternatywne. Często występujący tam amatorzy mają dużo nietypowych pomysłów na przedstawienie jakiegoś problemu. Niestety amatorskie teatry nie cieszą się zainteresowaniem szerszego grona odbiorców, a często ich innowacje w zakresie sposobu przekazu sztuki są bardzo ciekawe.

Marta – UAP, Edukacja artystyczna: Myślę, że obecnie mainstreamem w sztuce jest powrót do realności – udało mi się to zaobserwować w Saatchi Gallery i Tate, tej wiosny. Mija zachwyt technikami wideo, powraca nacisk na umiejętności warsztatowe, zainteresowanie przedmiotem, naturą, choć zwykle te przedstawienia są bardzo wieloznaczne. Podobnie u nas, na różnych wystawach obserwuję powrót do rzeczywistości.

Gosia – UAP, Malarstwo: No to mainstream: multikino, listy przebojów, okolicznościowe imprezki masowe, popularne stacje radiowe, rozrywka proponowana przez centra handlowe, wybrane pozycje literackie w Empiku np. popularne biografie, literatura faktu z fikcją literacką, TV show – cała seria programów: „Idol”, „X-factor”, „Taniec z gwiazdami”, prywatne kursy popularnych gatunków tanecznych: hip-hopu, salsy, otwarcia supermarketów, reklamy, popularne kluby muzyczne: Terytorium, Alkatraz, Lizard King, McDonald’s, pizzerie, markowe sklepy, gadżety, młodzieżowe gazety, hasłowe T-shirty, salony piękności, salony samochodowe, dzwonki telefoniczne i tapetki. Nie-mainstream: bary mleczne, kino niezależne, Rozbrat, manifestacje i strajki, stoiska targowe, autostop, kino offowe, Indie rock, folk, lumpeksy, pielgrzymki, kościół, klasyka literatury światowej, muzyka poważna, opera, muzea, galerie sztuki, ostre koło, subkultury, koncerty muzyki alternatywnej, poezja, festiwale filmowe i muzyczne, diety, zielarnie, pchle targi, flashmoby, biblioteki, couchsurfing, sprzęty analogowe, gry planszowe, gry i zabawy ruchowe. Hania – UAM, Chemia: Alternatywa – wydaje mi się, że to coś, czego nie można jednoznacznie zdefiniować. Mieszanka stylów i pewne pójście „pod prąd”. Choć, równie dobrze, może to być zwykła ucieczka od rzeczywistości. A może między jednym a drugim jest wyjątkowo cienka granica? Alternatywa to dla mnie gatunek, pewien rodzaj sztuki (w tym muzyki, malarstwa czy teatru), do którego „wrzucamy” wszystko co nie mieści się w ramach innych gatunków. Wydaje mi się ze z alternatywy mogą się naturalnie wyodrębniac inne, następne rodzaje sztuki. Mateusz – PW, Fizyka: Alternatywa – to samodzielne myślenie, możliwość wychodzenia poza ramy, chęć bycia odmiennym od szarej masy ludzi, żyjących jedynie pracą i pieniędzmi, no i wino, które jest odpowiedzią na wszystko. Po usłyszeniu odpowiedzi na pozornie proste pytanie – czym w dzisiejszych czasach jest alternatywa? – dochodzę do wniosku, że termin ten jest równie trudno definiowalny jak pojęcie czasu. Wszyscy wiedzą, o co chodzi, a jednak nikt nie potrafi wyrazić tego słowami. Teraz należałoby się zastanowić, czy powodem jest po prostu trudność w definiowaniu słowa, czy może w dzisiejszych czasach nie mamy niczego, co byłoby wyraźnie alternatywne i stąd takie zamieszanie? Jedno jest pewne – najbliżej alternatywy leży to, co niekomercyjne!

Więcej opinii znajdziecie na naszej stronie internetowej: www.aurora.amu.edu.pl Komentarzem opatrzyła: Lena Matyjasik (WPiA) Ankietę przeprowadziły: Lena Matyjasik (WPiA), Agnieszka Dul (UAP), Magdalena Nowicka (WFPiK)

4

luty

AURORA


temat numeru

Bezprzewodnik galeryjny Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o alternatywnych galeriach i wernisażach, ale nie wiecie, kogo spytać. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego funkcjonuje specjalne określenie na bieganinę po sklepach albo przemieszczanie się z jednego klubu do drugiego, a brakuje słowa na kilkugodzinne wędrówki od galerii do galerii. Widok grupek studentów, głównie z UAP, usiłujących zdążyć na kolejny danego wieczoru wernisaż, nie należy przecież do rzadkości. Czasami po okresie wystawowej ciszy, następuje boom i jednego dnia, o tej samej godzinie, w kilku miejscach pojawiają się nowe ekspozycje. Lekki pośpiech wpisuje się zatem w te wędrówki, gdyż galerie porozrzucane są po różnych częściach miasta a otwierająca przemowa kuratora, podobnie jak i wino, szybko się kończy. Oczywiście, można wszystko obejrzeć tydzień później, ale wernisaże oprócz sposobności obcowania ze sztuką, sprzyjają spotkaniom towarzyskim. Każdą galerię otacza krąg jej przyjaciół, często dość hermetyczny. Wypada się więc zjawić, zagadać do odpowiednich

osób przy winie, wyrazić zachwyt. A wszystko celem dostania się do pożądanego towarzystwa – jest to tzw. lans wernisażowy, praktykowany najchętniej przez artystów rozpoczynających dopiero karierę, czasami nawet skuteczny. Wiele galerii, licząc na odświeżające młode spojrzenie, nastawia się na patronowanie obiecującym debiutantom. Wynajdują ich spośród studentów miejscowego Uniwersytetu Artystycznego, których poczynania śledzą na bieżąco. Należy dodać, że oprócz miejsc na stałe wpisanych w kulturalną mapę Poznania, co jakiś czas wyrastają tzw. galerie efemeryczne. Studenci, choć nie tylko, przeznaczają część mieszkania na sale wystawowe, odbywa się przechodzący w imprezę pokaz, po czym po kilku dniach wszystko wraca do zwyczajowego porządku. Historia to długa, ale wciąż kusząca możliwością samodzielnego ukształtowania ekspozycji oraz zaprezentowania się, często jeszcze przed debiutem, w bardziej tradycyjnych

AURORA przestrzeniach. Złapać bakcyla nietrudno i nawet tak krótkotrwałe doświadczenie potrafi obudzić pragnienie nie tylko wystawiania swoich prac ale także posiadania i opiekowania się własną galerią. Choć słowa gallering wciąż się nie spotyka, w piątkowe wieczory sale wystawowe coraz bardziej się zapełniają. Za tym maratonem kryje się specyficzne szaleństwo, zachłanność w odbiorze sztuki. Więcej i więcej, aż do obrzydzenia, a może pomimo niego. Siły czerpane z cudem ocalałych, artystycznych nadziei. Lans i zbieranie kontaktów. Niestety nawet ciągła ewolucja artystycznej mapy nie gwarantuje braku rutyny. Może rzeczywiście potrzeba świeżej krwi? Jeśli nie twórców, to chociaż odbiorców. Agnieszka Dul (UAP) Galerie, do których warto zajrzeć: Galeria ON, ul. Fredry 7; Galeria AT, ul. Solna 4; Galeria Piekary, ul. Piekary 5; Galeria Ego, ul. Wrocławska 19; Galeria Pies, ul. Dąbrowskiego 25/4a; Galeria Starter, ul. Dąbrowskiego 33; Galeria Stereo, ul. Słowackiego 36/1.

Nowa jakość w Starej Rzeźni Wrażeniami z Festiwalu ARTenalia dzieli się Grzegorz Bożek. Na tegorocznej, czwartej już edycji Festiwalu Kultury Studenckiej ARTenalia, wnętrze Starej Rzeźni reprezentowane było przez wiele dziedzin sztuki. W pomieszczeniach głównego budynku, czasem całkowicie odciętych od światła dziennego, wystawione zostały prace młodych artystów z Polski i zagranicy. Swoje miejsce znalazły tutaj nie tylko malarstwo i rzeźba, ale także instalacja, performance, video-art oraz fotografia. W sali koncertowej 14 zespołów z niezwykłą energią i świeżością grało muzykę od jazzu aż po rock. Na dwóch specjalnie przygotowanych scenach, a także na świeżym powietrzu, swoje spektakle zaprezentowały m.in. Teatr Automaton i Teatr Fuzja z Poznania, Teatr Kreatury z Gorzowa Wielkopolskiego oraz Teatr Momo z Katowic. Można było również podziwiać interesujące formy tańca. Ciekawy był międzynarodowy repertuar filmów i animacji, który uwrażliwiał na zjawiska, których często nie dostrzegamy

AURORA

w medialnym zgiełku. W ramach festiwalu zorganizowano także spotkania i debaty, na których można było wysłuchać wystąpień twórców i teoretyków kultury m.in. prof. dr. hab. Jacka Wachowskiego, dr. Marka Chojnackiego, Izabeli Roguckiej oraz wziąć udział w debacie o kulturze studenckiej. Interesującą propozycję stanowiło również spotkanie z poezją Marcina Soji przy akompaniamencie Macieja Maat Gorczakowskiego. Każda z prezentowanych gałęzi sztuki kroczy własnymi, odrębnymi ścieżkami przetartymi przez lata historii i tradycji, ustroje polityczne i gospodarcze. Mimo różnorodności środków i narzędzi okazuje się, że znajdują one wspólny cel. Bez przesadnej pompy, ze świadomością tandety wymieszanej z wyrafinowaniem, sztuka opowiada o rytuałach globalnego życia. Ludzkie ciało staje się krajobrazem rozbitym na atomy, uporządkowanym przez technologiczne konfrontacje. Miejsca

luty

Logo Festiwalu ARTenalia

zamieszkania, często osadzane w blokowiskach i miejscach wykluczonych, przybierają tutaj antropomorficzne kształty. Ustawicznie poddawane są ocenie. Namierzone celownikiem karabinu. Wychodząc poza obszary zwykłej percepcji, analizuje się ludzkie skłonności do zwyrodnialstwa, nadaktywności seksualnej czy czysto duchowego uniesienia. Wśród takiej złożoności, w kolorach kwiatu wiśni i pasących się na pastwiskach krów można znaleźć ukryty, kojący motyw prowincji. Wszystko to skondensowane w umyśle masowej społeczności.

5


1

AURORA

Wczytując się w słowa z książki „Odpowiedni trup” Jorga Sempruna, który twierdzi, że – „akordeon to niewinna namiastka opium dla ludu” – należy pamiętać jednak, aby nie dać się ponieść kuszącemu estetyzowaniu sztuki. Spłyca to jej sens, a nas czyni ślepym i próżnym tworem. Ulokowanie tak wielu kreatywnych dziedzin w miejscu, zwłaszcza takim jak chłodna w swojej formie przestrzeń Starej Rzeźni, stwarza warunki obcowania z samym sobą w innym wymiarze. Pojawia się możliwość oglądu i dokonania wyboru. Co wydaje się bardziej interesujące?

temat numeru Poprzemysłowa, niszczejąca architektura, czy anektująca jej wnętrza kreatywna działalność młodych? Między tą całą wybujałą, współzależną strukturą mieszczą się odwiedzający. Ci, stanowią punkt równowagi dla całego festynu szukania tożsamości. Wykazują oni potrzebę skupiania się w takich miejscach, wymiany doświadczeń, poglądów i gustów. Natomiast dzięki sygnałom jakie wysyłają eksponowane obiekty, mogą oni udoskonalać własną zdolność do świadomej obserwacji. Interakcja, często zachodząca wyłącznie w warstwie umysłowej, w relacji

obraz-obserwator, skłania nie tylko do cichej kontemplacji i zatrzymania. Uwalniane emocje prowokują swojego rodzaju grę. ARTenalia są miejscem, gdzie, przede wszystkim, powinno się wypowiadać własne zdanie a tylko przy okazji dobrze bawić. Sprawdzając granice własnych możliwości wystawienia oceny, można więc (w dosłownym sensie) rzucić mięsem, nikomu nie robiąc tym krzywdy. Cali, w pełni i na luzie zmierzamy do celu. Grzegorz Bożek (UAP)

Każde miasto ma swoją własną historię graffiti O graffiti jako medium alternatywnym mówi dr Piotr Forecki, adiunkt na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Aurora: Dlaczego zdecydował się Pan mówić o graffiti na zajęciach z historii mediów? Przecież często są tylko aktami wandalizmu… P.F.: Z treści Pani pytania mogłoby wynikać, iż historia graffiti nie przynależy do historii mediów, a przecież ma w niej swoje bardzo głębokie korzenie. Rozumiem jednak Pani intencję. Otóż, po pierwsze, graffiti jest niesamowicie demokratycznym medium masowym, które odgrywa istotną rolę w przestrzeni miejskiej. Po drugie, zawsze interesowała mnie historia mediów alternatywnych, która w dominującej narracji historycznej jest z reguły pomijana. Graffiti zaś, w potocznej świadomości, utożsamiane bywa właśnie z aktem chuligańskim, co w moim przekonaniu jest absolutnie niesłuszne i wymaga odczarowania. A: Czy na przestrzeni kilku miesięcy zauważył Pan wzrost aktywności grafficiarzy? Jeśli tak, czy może to być wynikiem kryzysu gospodarczego oraz braku realizacji potrzeb kulturalnych mieszkańców? „Miasto to nie firma” – taki napis pojawił się na kilku murach po przegraniu przez Poznań rywalizacji o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Poza meczami piłki nożnej i kilkoma festiwalami, działania skierowane na rozwój kultury cieszą się małym wsparciem władz miasta. P.F.: Polityka państwa, w tym polityka władz lokalnych, wobec szeroko rozumianej kultury i związanych z nią rozmaitych inicjatyw, to oddzielny i złożony temat. Najogólniej mógłbym powiedzieć, że póki co wyraża się ona głównie we wsparciu dla, wybiórczo

6

i pragmatycznie traktowanych, inicjatyw o jedynie słusznym, pronarodowym przesłaniu. Wystarczy przyjrzeć się temu, jakie produkcje filmowe są przez państwo wspierane finansowo. To, co dziś w kulturze ciekawe, dzieje się – powiedzmy umownie – poza państwem. Jeśli zaś chodzi o aktywność grafficiarzy, o którą Pani pyta, to chyba nie jestem aż tak bacznym obserwatorem, by odnotować jakieś wzmożenie ich działalności w ostatnich miesiącach w Poznaniu. Jedno jest natomiast pewne – graffiti jest medium szybkiego reagowania i natychmiastowo wpisuje się w toczące się debaty publiczne. Hasła typu: „Miasto to nie firma”, czy „Rozbrat zostaje”, doskonale o tym świadczą. Podobnie, jak świadczą o tym rozmaite graffiti odwołujące się do katastrofy smoleńskiej, czy dyskusji o narkotykowej polityce państwa. A: Czy istnieje zależność między graffiti, a cechami ludzi, którzy mieszkają w danej dzielnicy czy na danej ulicy? P.F.: Możemy wyróżnić pewien typ graffiti określany mianem „gazetki ściennej”, bardzo silnie zakorzeniony lokalnie. Za jego sprawą opisuje się życie mieszkańców ulicy, bloku, kamienicy, ludzi z jednego podwórka etc. Tym samym, z pewnością graffiti takie wiele mówi o podmiotach, których losy opisuje – o ich emocjach, namiętnościach, problemach. Daleki byłbym jednak, od jakichś pochopnych generalizacji. Pod napisem – „Witajcie w krainie, gdzie obcy ginie” widniejącym, powiedzmy, gdzieś na Wildzie, niekoniecznie

luty

przecież podpiszą się wszyscy mieszkańcy tej części Poznania. A: Kiedy i gdzie pojawiło się pierwsze graffiti w Polsce? P.F.: Trudno jednoznacznie stwierdzić, kiedy graffiti pojawiło się w Polsce. Językiem murów wyrażano emocje i walczono pod zaborami, w czasie nazistowskiej okupacji, a i dużo wcześniej posługiwano się tą formą komunikacji. Jednakże historia graffiti, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, rozpoczyna się w USA i Europie mniej więcej w latach 60. W Polsce Ludowej graffiti politycznie zaangażowane, jako forma komunikacji jest naturalnie stosowane i ma wymowę jednoznacznie antysystemową, natomiast artystyczne graffiti na polskich murach pojawia się znacznie później. Ciekawą odsłoną w jego historii są lata 80. i działalność Pomarańczowej Alternatywy oraz innych grup, parających się sztuką społecznie i politycznie zaangażowaną. Pod koniec lat 80. i na początku lat 90. pojawiają się w Polsce pierwsze fanziny poświęcone graffiti i stanowiące ich swoiste archiwa. W Poznaniu ukazują się dwa z nich: „Maluj Mur” i „Nie daj się złapać” a w mojej rodzimej Pile ukazuje się „Spray”. Początek lat 90., to w historii graffiti wielkie otwarcie. A: W których miastach Polski pojawiło się pierwsze graffiti? P.F.: W których miastach pojawiło się w pierwszej kolejności? Na to pytanie nie znam odpowiedzi, ale jedno jest pewne – historia graffiti w Polsce, to w istocie jego „mikrohistorie”, w odniesieniu do różnych polskich miast. Każde miasto ma swoją własną historię graffiti i graficiarzy. rozmawiała Joanna Przybylska (WNPiD)

AURORA


temat numeru

Takiego Poznania nie znacie, czyli przewodnik inny niż wszystkie! Sięgającego po ten przewodnik ma zaskoczyć już wstęp, który czytelnik... winien sobie napisać sam. Także tytuł nie należy do banalnych. „Zrób to w Poznaniu/ Do it in Poznań!” to wydany w 2010 roku „przewodnik alternatywny” po Grodzie Przemysława, powstały dzięki współpracy czworga autorów, związanych z poznańską „Gazetą Wyborczą”: Natalii Mazur, Michała Danielewskiego, Radosława Nawrota i Michała Wybieralskiego. „Alternatywny” nie oznacza jednak w tym wypadku „niekomercyjny, niszowy”, raczej „nietypowy, niesztampowy”. Przede wszystkim jednak stawiający na głowie nasze pojęcie o tradycyjnym przewodniku po polskim mieście. Nie znajdziemy w nim zatem zarysu historii miasta, zaledwie w paru zdaniach zostaną nam przedstawione poznańskie muzea. Nie poczytamy o najważniejszych hotelach i ekskluzywnych restauracjach. Poznamy za to magiczne schody przy ul. Koziej, niezależne teatry, jeżyckie zakątki, czy wreszcie graffitti z Myszką Miki na śródmiejskim podwórzu. Listę tych zaskoczeń można by ciągnąć w nieskończoność. Nic dziwnego: główną cechą przewodnika jest jego wyrywkowość, nie dający się przewidzieć układ kolejnych stron. Nie mamy tutaj planu miasta z zaznaczonymi atrakcjami. Nic z tego! Wędrówkę zaczynamy od ratuszowych koziołków, a kończymy na kontrowersjach wokół pośladków Apollina z fontanny na Starym Rynku. Książka to zatem mozaika intrygujących felietonów, ukazujących najróżniejsze oblicza Poznania. Mozaika tym ciekawsza, że autorzy nie stronią od własnych komentarzy i ocen poznańskiej rzeczywistości – niekiedy nawet ironicznych, czy złośliwych, ale zawsze ciekawych. To kryterium „ciekawości” daje unikatowy efekt: na kartach przewodnika sąsiadują ze sobą anarchistyczny Rozbrat i prawicowa „Naszość”, czy też Poznań niemiecki, żydowski i masoński. Autorzy z równym zapałem przedstawiają rozrywki dla ciała i dla duchu. Nie zapominają o zarekomendowaniu paru ciekawych adresów kulinarnych, klubowych, czy kulturalnych. Polecają nietypowe

AURORA

miejsca na zakupy, a nawet zdobycie „korony Poznania”. Jako przerywnik zaś serwują nam wypowiedzi nietuzinkowych poznaniaków, opowiadających o swoim mieście. Przewodnik zatem zdecydowanie można oznaczyć jako „lubię to!”. Nie da się w nim znaleźć ani jednego nudnego artykułu. O części opisywanych w nim atrakcji pewnie już słyszeliśmy, wiele nowych poznamy wraz z jego lekturą. W jego formie przewodnika alternatywnego kryje się tylko jedno zagrożenie: ulotność. Przewodniki tradycyjne przedstawiają kanon głównych i niezmiennych atrakcji, nie starają się nawet często uchwycić „żyjącego” charakteru miasta. Opisane natomiast w „Zrób to w Poznaniu” miejsca, wydarzenia i atrakcje są charakterystyczne dla Poznania A.D. 2010. A przecież miasto wciąż się zmienia, przybywa powodów do zadziwień. Za parę lat konieczna (i wyczekiwana przeze mnie!) stanie się aktualizacja przewodnika. Przybysz w Poznaniu na pewno będzie wtedy liczył na przybliżenie mu „nowego” Zamku na Górze Przemysła, czy sfinalizowanych wreszcie po wieloletnich bojach Term Maltańskich. Może w 2015 roku znikną już kurczaki z pechowego narożnika Kupca Poznańskiego, a Morasko stanie się prawdziwym sercem uniwersyteckiego Poznania? Last but not least: przewodnik jest dwujęzyczny. Można go więc wykorzystać jako modny prezent dla odwiedzającego Poznań turysty, poszukującego czegoś poza sztampą tradycyjnych opracowań. Można też samemu zasiąść do angielskich wersji tekstów i dać się pozytywnie zaskoczyć choćby tym, że edytorzy zadbali, by zdjęcia w obu częściach książki różniły się od siebie. Sama szata graficzna jest zresztą świetnym dopełnieniem tej udanej pozycji. Szymon Paciorkowski (WH, WPiA) N. Mazur, M. Danielewski, R. Nawrot, M. Wybieralski Zrób to w Poznaniu! Do it in Poznań! Biblioteka „Gazety Wyborczej” Poznań 2010

luty

AURORA II Konkurs Literacki „Aurory” 18 stycznia zorganizowaliśmy II edycję Konkursu Literackiego. Z niekłamaną przyjemnością informujemy, że pisarskie zmagania w dwóch kategoriach: wiersz oraz short (krótki utwór narracyjny) cieszyły się niemałym zainteresowaniem. Wszyscy uczestnicy, dzięki ogromnej pasji, mogą czuć się zwycięzcami, ale jury musiało podjąć się trudnego zadania, aby wyłonić grono osób nagrodzonych. Nagrodzeni zostali: W kategorii wiersz: I miejsce Monika Ziobro, „Dekatalog”, UAM, prawo, III rok II miejsce Jagoda Dzida, „Nec stultis solere succuri”, UAM, prawo, I rok III miejsce exaequo: 1) Hubert Brychczyński, ***, UAM, filologia angielskia, III rok 2) Jędrzej Krystek, „Pan pogrzebacz”, UAM, filologia polska, I rok Wyróżnienia: 1) Mateusz Paszkiewicz, „Antinoos”, UAM, filologia słowiańska i polska, I rok 2) Radosław Jaworowicz, „Zaginiona wyspa retro”, UMK, filozofia, I rok W kategorii short: I miejsce Bernard Szymanowski, „Moneta niema”, UAM, filologia polska, I rok II miejsce Marta Kostecka, „Imperator”, UAM, pedagogika spec. resocjalizacja, II rok III miejsce Mateusz Antczak, „Lekcja polityki”, UAM, geologia, I rok Serdecznie dziękujemy fundatorom nagród konkursowych: • Wydawnictwu Zysk i S-ka, • Towarzystwu Muzycznemu im. H. Wieniawskiego w Poznaniu, • Stowarzyszeniu Absolwentów UAM, • Teatrowi Polskiemu w Poznaniu, • Teatrowi Wielkiemu w Poznaniu, • Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Poznaniu.

7


1

AURORA

auroris activitis

Oto człowiek w Collegium Maius

Jeśli w poniedziałkowy wieczór 9 maja 2011 roku w holu głównym Collegium Maius usłyszeliście głos Friedricha Nietzschego (w dodatku: mówiącego po polsku!), wiedzcie, że nie przesłyszeliście się – był to najprawdziwszy fakt. Choć, jak mówił niemiecki filozof, faktów podobno nie ma, są tylko interpretacje. I tego się trzymajmy. Ninie rozkazuję wam zgubić mnie, a znaleźć siebie; i dopiero, gdy wszyscy zaprzecie się mnie, powrócę do was… Friedrich Nietzsche, Ecce homo

Nietzsche przemówił do nas dzięki interpretacji uznanego aktora, Janusza Stolarskiego. Przemówił do wybranych, bowiem – jak sam pisał: „Kto umie oddychać powietrzem pism moich, wie, że jest to powietrze wyżynne, ostre powietrze. Trzeba być do niego stworzonym, inaczej grozi niemałe niebezpieczeństwo przeziębienia sie” (Ecce homo). Ci, którym udało się wyjść ze spektaklu cało i zdrowo, obcowali z doznaniem podniesionym do potęgi trzeciej – mogli bowiem skonfrontować swoje myślenie z myśleniem Stolarskiego o myśleniu Nietzschego. Ecce homo (z podtytułem: Jak się staje – kim się jest) to dzieło, nad którym filozof pracował na przełomie 1888 i 1889 roku, bezpośrednio przed trwającym przez następne dziesięć lat załamaniem psychicznym. Ostatecznie tekst ukazał się po śmierci autora, w 1908 roku (choć jego dzisiejszą wersję znamy dopiero od lat 70. ubiegłego wieku). Ecce homo uchodzi za biografię intelektualną Nietzschego i stanowi autorską wykładnię najważniejszych dzieł filozofa. To tekst, który obrósł legendą. Ecce homo Stolarskiego to również legenda – teatralna. Ten niezwykle przekonujący monodram powstał dokładnie dwadzieścia lat temu, w 1991 roku, i od tamtej pory gra się go nieustannie – co więcej – jest obsypywany nagrodami na uznanych festiwalach, tak w kraju, jak i za granicą. Krytycy są zgodni, że Stolarski wzbił się w tym spektaklu na wyżyny sztuki aktorskiej i stworzył rzecz wielką – „szokował wręcz siłą swego aktorstwa, nieprawdopodobną ekspresją i koncentracją. Perfekcjonizm posunięty do granic ludzkiej wytrzymałości pozwolił aktorowi stworzyć sugestywny obraz człowieka, którego geniusz zmaga się z szaleństwem i śmiercią” („Notatnik Teatralny” 1993). Znów mamy więc do czynienia z działaniem spotęgowanym – legenda stała się kanwą

8

Scena ze spektaklu

kolejnej legendy. A sam Stolarski tak mówi o swojej pracy: „Długo zastanawiałem się, czy mam prawo brać jako materiał do pracy teksty tego człowieka. A jeżeli tak; to jak to zrobić, aby nie ‹‹uszkodzić›› jego dzieła. Bezradność jest stanem bardzo trudnym, ale też i ciekawym. Od początku wiedziałem, że właściwym, że jedynym właściwym kierunkiem jest wnikliwe czytanie Jego dzieł – ‹‹nasączanie się jego sokami››. Wszystko po to, aby popełnić jak najmniej błędów. Szukałem nici, która mogłaby pociągnąć mnie we właściwym kierunku. Tu muszę zaznaczyć, iż dzieło Nietzschego rozumiem jako prowokację. To ona stanowi jego funkcję i cel. Ten filozof nie wypisuje recept. On stawia diagnozę. To właśnie chciałem zachować w moim spektaklu. Jego prowokacyjność była dla mnie impulsem” („Notatnik Teatralny” 1993). Majowe przedstawienie to pokłosie udanej współpracy „Pro Arte” z „Aurorą” – pismem kulturalnym studentów UAM (polecamy stronę: www.aurora. amu.edu.pl). Głównym inicjatorem przedsięwzięcia był pan Zbigniew Jaśkiewicz, bez którego starań i uporczywości spektakl na pewno nie doszedłby do skutku. W tym miejscu chcielibyśmy podziękować Władzom Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu za

luty

wsparcie finansowe, a Dyrekcji Instytutu Filologii Polskiej i Klasycznej oraz pracownikom administracji – za przychylność i udostępnienie (jak się okazało – nad wyraz magicznej) przestrzeni holu głównego Collegium Maius. Należy dodać, że głos Nietzschego nie pozostał na szczęście bez komentarza – po występie Janusza Stolarskiego odbyła się w Sali Śniadeckich dyskusja panelowa z udziałem uznanych gości: historyczki idei prof. dr hab. Marii Zmierczak (Wydział Prawa i Administracji UAM), niemcoznawczyni prof. dr hab. Anny Wolff-Powęskiej (Instytut Zachodni) oraz Lecha Raczaka (założyciela Teatru Ósmego Dnia w Poznaniu). Widzowie mieli okazję dowiedzieć się więcej o filozofii i historiografii Nietzschego oraz poznać historyczno-kulturalny Ecce homo. Załączamy zdjęcie ze spektaklu, bo jak mawiał inny niemiecki filozof Walter Benjamin – „przeszłość składa się nie z poszczególnych historii, lecz z jej obrazów”. W myśl tej zasady zapraszamy do oglądania. Katarzyna Kończal (WFPiK) Relacja została wcześniej opublikowana w czasopiśmie „Pro Arte” 2011, nr 9.

AURORA


muzycznie i literacko

AURORA

Emocje publiczności dodają skrzydeł Słynny jazzman – Adam Olejniczak w drugiej odsłonie wywiadu dla „Aurory”.

AURORA

tak powiem. Niektóre utwory są moje, niektóre Krzesimira Dębskiego, a inne kompozytora amerykańskiego. On jest z pogranicza muzyki klasycznej i jazzowej. Kwartet smyczkowy gra klasycznie. Nie mają roli improwizatorskiej, ani nie mają grać stylistycznie jazzowo. A: Koncert w Kuwejcie. Brzmi obiecująco. A.O.: Mam cztery koncerty i jadę z Władysławem Adzikiem Sendeckim, moim przyjacielem pianistą, który mieszka teraz w Hamburgu. Ma być jeszcze szwedzka sekcja rytmiczna. A gwoździem programu koncert amerykańskiej wokalistki i my mamy grać swoją muzykę. Część koncertu będzie nasza. Ja tam nie jadę jako mój zespół czy mój koncert. Taka zwykła trasa koncertowa. A: A współpraca z Blue Note? A.O.: To jest długa historia. Bo człowiek, który prowadzi Blue Note… my się nazywamy kuzynami, ale nie jesteśmy prawdziwą rodziną. Nasi rodzice poznali się w czasie II w.ś., gdy zostali zesłani na roboty. Tam się strasznie zaprzyjaźnili i cały czas tę przyjaźń utrzymywali i jak myśmy się urodzili zaczęło się „wujek – wujek”. Mój ojciec był z Poznania i gdy rodzice przenieśli się do Zduńskiej Woli, to częściej w Poznaniu odwiedzaliśmy tego właśnie wujka, niż naszą prawdziwą rodzinę. I właśnie Lechu, szef Blue Note miał ten projekt. Ja byłem przy powstaniu, oglądałem ten klub, gdy był jeszcze w strasznym stanie. Te wszystkie piwnice przed remontem. Te jego prace, jak on to organizuje

fot. Piotr Klosek

Aurora: Ważny rok 1975 – wielki sukces. Poczułeś wtedy jakiś duży zwrot w karierze. To był ten moment? A.O.: Ja jestem z reguły nieśmiały, ciężko mi się było zdecydować. Było mało muzyków jazzowych. Chciałem grać, były problemy. Myślałem, że jak pojadę, gdzieś się pokażę, to będzie łatwiej no i właściwie tak się stało. Wtedy poznałem Jarka Śmietanę i Adzika Sendyckiego. Oni mieli wtedy ten zespół Extra Ball i zacząłem w nim grać. To był mój pierwszy profesjonalny zespół. Na tym konkursie dałem się poznać. Jest ktoś taki, mieszka w Łodzi i można ewentualnie po niego zadzwonić. A: Projekty. Jak doprowadzić je do zadowalającego końca? A.O.: Jeżeli to jest mój projekt, mój pomysł, to staram się szukać ludzi, którzy mi odpowiadają w sensie stylistycznym grania, gustów muzycznych. Chociaż czasem też są takie pomysły, że np. wezmę tego perkusistę, bo on nie gra jazzu, ale ja potrzebuję, żeby w muzyce było trochę takie sprzężenie, żeby nie był typowy perkusista jazzowy. W Hiszpanii mówili mi: czasami grasz z tym, przecież on nie gra jazzu. I wtedy odpowiadam: właśnie o to mi chodzi żebym ja był bardziej jazzowy, a on nie grał mi jazzowo. Ogólnie szukam ludzi, o których wiem, że będziemy mieli jakąś wspólną płaszczyznę, bo nam się podoba mniej więcej ta sama muzyka i mamy mniej więcej te same gusty jeśli chodzi o ulubionych muzyków, piosenkarzy czy wokalistów z muzyki klasycznej czy cokolwiek. A: Nad jakim projektem obecnie pracujesz? A.O.: Mój najbliższy do zrealizowania projekt, niestety, ciągle się oddala. Jest to nagranie materiału na płytę: na kwartet smyczkowy i saksofon. Miało to być nagrane już w listopadzie zeszłego roku, ale ciągle się odwleka, bo chcę to zrobić w Polsce. Najprawdopodobniej będziemy nagrywać w Łodzi, z kwartetem smyczkowym żeńskim Apertus. I ciągle mi coś wyskakuje albo one nie mogą, bo pracują w filharmonii w Łodzi. Teraz mieliśmy nagrać w listopadzie – nie wyszło. Później w lutym, też nie wyszło. Przeszło na maj. Raptem okazało się, że w maju jadę do Kuwejtu na koncert, w związku z czym ja teraz nie mogę. I teraz jest zaplanowane na czerwiec. One właśnie nie mają nic jazzować, że

– bardzo podziwiam. I ponieważ tyle lat się znamy, oprócz tego, że jako muzyk mogę tam grać, to mam swobodę. Albo on prosi – zagraj u mnie – albo jak mam jakiś projekt to od razu dzwonię do niego. Dlatego dość często tam gram. Raz do roku na pewno gram. A: Grałeś też na urodzinach Blue Note, tam się poznaliśmy. A ja chciałam zapytać, co sądzisz o reakcji publiczności? A.O.: To jest wspaniałe, jakiś taki odbiór, to mi dodaje skrzydeł, jest znakomite. Wiesz, jak grasz solo i to daje taki efekt. To znaczy, ja nie myślałem żeby ludzie piali z zachwytu, ale żeby odbierali to emocjonalnie. Jak miało taki efekt, to wtedy dopiero dostaje się takiego kopa, a poszło w dobrą stronę. A: Starasz się nadać muzyce filozoficzny, religijny, może emocjonalny sens? A.O.: Ja chyba nie idę aż tak głęboko. Jestem bardzo emocjonalnym człowiekiem i nie mam żadnej filozofii kompozycji. Muzyka jest bardziej sztuką abstrakcyjną, nie jest jak malarstwo – to wyobraźnia. No jest też wyobraźnia muzyczna, ale ja nie do końca wierzę w takie filozofie, że te głębokie przemyślenia mogą się zamienić w dźwięki. To są dźwięki, to są tonacje. W zależności od tego, jaki mam nastrój, improwizuję inaczej. Gdy jestem zły, gdy jestem smutny to rzeczywiście odbija się w muzyce. Gdy się jest na tym etapie grania, kiedy gram, to nie myślę o tym żeby zagrać jakąś konkretną nutę czy cis, czy gis. Raczej myślę nastrojami, ale nie filozofiami, raczej emocje. Jak to zrobić,

luty

Andrzej Olejniczak

9


1

AURORA

muzycznie i literacko

jakiego wyrazu użyć, żeby zbudować napięcie albo to napięcie rozładować. Ja nie jestem raczej takim filozofem muzycznym. A: Jak przebiega standardowy dzień Andrzeja Olejniczaka? A.O.: Mieszkam w mieszkaniu. Dosyć dużym. Standardowy dzień to niestety zwykła rutyna. To znaczy niestety, ciągle niestety, uczę. Jak nie gram, to uczę. Uczę nawet w dwóch konserwatoriach, więc daję sporo lekcji, udzielam się jako profesor. Normalny dzień – jestem w szkole i daję lekcje. Mój wolny czas poświęcam na to, żeby ćwiczyć. Ćwiczyć i pracować nad moimi projektami. A: Dlaczego właściwie wyjechałeś do Hiszpanii? A.O.: To był przypadek. To znaczy, to był mój pomysł, żeby wyjechać z Polski. Wtedy w Polsce grałem dużo i ze wszystkimi. Ale to były takie czasy, że z Polski można było wyjechać może na dwa tygodnie i trzeba było oddać paszport. Chciałem mieć możliwość bycia w innym kraju dłużej, poznać innych muzyków. Nie jechać tylko na jakiś festiwal i wrócić albo jechać na koncert i wrócić. Ale nie myślałem o Hiszpanii. Przypuszczam, że gdybym wiedział co się działo w Hiszpanii, to bym pewnie nie pojechał. A: Masz na myśli to, co się działo na rynku muzycznym? A.O.: Tak. Ale z drugiej strony też nie mogę narzekać, chociaż pewnie gdybym

wiedział, to bym nie pojechał. Szukałem jakiegoś miejsca. Byłem wtedy żonaty a moja była małżonka jest skrzypaczką, więc powiedziałem jej – słuchaj załatw sobie jakąś pracę stałą, bo ty pracujesz na stałe, a ja nie chcę tak pracować. Jak ty znajdziesz jakiś kontrakt to pojedziemy. – I akurat zadzwoniła jej koleżanka, że jest miejsce w Bilbao na skrzypce. Pojechaliśmy. A: Znałeś hiszpański? A.O.: Nie, nigdy wcześniej nie byłem w Hiszpanii. Jak poznałem tam ludzi to bardzo szybko doszedłem do takiego punktu, że znowu przestałem pracować, bo już nie było po co. W Hiszpanii jest niewielu muzyków, więc bycie najlepszym saksofonistą w Hiszpanii wcale nie jest takie trudne. A: Jeszcze trochę fantazjując – gdybyś mógł przenosić się w miejscu i czasie, gdzie byś się udał? Powiedzmy, na jeden dzień… A.O.: To zależy od nastroju. Trudno jest mi odpowiedzieć jednoznacznie. Bo czasami mam wszystkiego dosyć i najbardziej lubię ciszę. Mam ochotę nic nie robić albo poczytać książkę. Nie słuchać niczego. Ale np. ja uwielbiam Steviego Wondera. W zeszłym roku byłem na jego koncercie w Londynie i bardzo to przeżywałem. Gdybym miał taką możliwość, żeby raptem znaleźć się na koncercie Steviego Wondera, mógłbym cię zaprosić. Uwielbiam jego piosenki, kiedy go słucham, rozpływam się.

A: Masz świadomość tego jak wiele zrobiłeś dla muzyki? A.O.: Niby się o tym pisało i niektórzy ludzie o tym mówią, ale ja nie mam takiej świadomości. Mnie to raczej zaskakuje. W tamtych latach ze String Connection zrobiliśmy wielką rzecz, ale ja jakoś nie zdawałem sobie sprawy, że to wywiera jakiś wpływ na kogoś. Aczkolwiek czasami słyszę, że ktoś ściągał jakieś moje solo i uczył się grać w moim stylu na saksofonie. To mnie to jakoś tak... Nigdy mi się nie wydawało, że ludziom mogłoby się to aż tak podobać, żeby chcieli się tego nauczyć. Tak samo jak mi jakiś saksofonista powiedział w Hiszpanii, że po moim przyjeździe tam saksofoniści, którzy zaczynali grać, zmienili w ogóle styl grania i uczenia się gry na saksofonie itd., że wywarłem taki wpływ, że zmieniło się patrzenie na styl saksofonu jazzowego w Hiszpanii... A: Może powinieneś napisać książkę o swojej technice? A.O.: Ja nie nadaję się do pisania. Wielu moich przyjaciół pisze książki. Jakieś nowe techniki grania na saksofonie. Mnie po pierwsze chybaby się to zanudziło, a po drugie wydaje mi się to strasznie trudne. A poza tym, tyle jest tych książek… rozmawiała Julita Urbaniak (WN)

Soul & jazz w auli UAM 8 marca 2011 r. w murach Auli UAM rozbrzmiewały ciepłe, soulowo-jazzowe dźwięki. Na II Koncercie Rektorskim z cyklu „Po Chopinie, przed Wieniawskim” wystąpił zespół Daga Band, wraz z wybitnym klarnecistą – Jerzym Mazzollem. Wokalistką zespołu jest Dagmara Górna, która wraz z towarzyszącymi jej instrumentalistami tworzy formację Erijef Massiv. Pierwszy utwór – „If I ain’t got you” Alicii Keys, rozbudził ciekawość publiczności – spokojna piosenka pozwalająca przekazać dużo emocji. W podobnym tonie brzmiały covery Jilli Scott, Eryakha Badu, czy stylowe „Maybe” Angie Stone. Dużą sympatią darzę Arethę Franklin, miło, że na koncercie pojawiło się „I Say a little prayer” – utwór bardzo dobry, choć do prostych nie należy. Daga poradziła sobie świetnie, zaprezentowała spore możliwości wokalne. Dla odmiany było też trochę swingu. „Fever” Raya Charlesa – klasyka swingującego rytmu, w interpretacji grupy Daga Band zabrzmiał świeżo i lekko. Solówka Mazzolla wzbudziła wśród słuchaczy mieszane uczucia. Mimo podziwu i uznania dla artysty klarnetowe

10

intermezzo szczególnie mnie nie zachwyciło. Oczywiście, na koncercie nie mogło zabraknąć polskich piosenek. Największe wrażenie zrobiła na mnie „Sutra” Grażyny Łobaszewskiej. Daga pokazała piękne emocje wokalne, można było po prostu pozwolić muzyce brzmieć. Dagę Band słyszałam po raz pierwszy i muszę przyznać, że wokalistka zaczarowała mnie swoim głosem. Choć nigdy nie przepadałam za „Nie ma, nie ma Ciebie” Kayah i Bregovica, uważam, że piosenka w interpretacji tego zespołu wypadła nieźle. Natomiast cover Justyny Szafran, bardzo nostalgiczny, jakoś nie pasował do klimatu koncertu. Z kolei aranżacja piosenki „Śniłeś” zespołu incarNations w wykonaniu Dagi Band nabrała nowego wymiaru. Magią

luty

„Cyganerii” były nastrojowe dźwięki skrzypiec, na których grał Kuba Linowski. Nie można zapomnieć o pianiście (Rafał Karkosz), gitarzyście (Paweł Kosicki), basiście (Marcel Nowakowski) oraz znakomitej perkusji, na której grał Piotr Jaraszkiewicz. Jazzujący klimat podkreślały instrumenty dęte – Maciej Sokołowski na saksofonie, trąbka – Filip Walczak. Dagę wspomagały chórki w wykonaniu: Marty Dziamskiej oraz Jolanty Puzdrowskiej. Z pewnością koncert był dużym sukcesem. Podczas bisów zespół powtórzył utwory, chociaż spodziewałam się usłyszeć coś nowego. Ale może lepiej, że grupa pozostawiła lekki niedosyt? Magdalena Nowicka (WFPiK)

AURORA


AURORA

muzycznie i literacko

„W” jak Wieniawski, „V” jak Vengerov Najstarszy na świecie, organizowany w Poznaniu od 1952 roku, pojedynek skrzypcowy stanowi najważniejsze po Konkursie Chopinowskim wydarzenie muzyczne w Polsce. Odbywa się co pięć lat. Po raz pierwszy został zorganizowany w Warszawie w 1935 roku, a jego laureatką była Francuzka – Ginette Neveu. W następnych latach nagrody zdobywali późniejsi wirtuozi skrzypiec, m.in. Dawid Ojstrach, Wanda Wiłkomirska, Vadim Brodski, Sidney Harth, Charles Treger. Tegorocznemu konkursowi przewodniczył światowej sławy muzyk – Maxim Vengerov – jeden z najwybitniejszych współczesnych artystów młodego pokolenia. Światową karierę skrzypcową rozpoczął w Polsce. Już jako 10-latek zdobył I nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Młodych Skrzypków im. Karola Lipińskiego i Henryka Wieniawskiego w Lublinie, w 1984 roku. Obecnie gra na wszystkich estradach świata. Koncertował też z polskimi orkiestrami: Sinfonia Varsovia, Sinfonietta Cracovia i orkiestrą Filharmonii Bałtyckiej. Od 2005 roku jest profesorem Królewskiej Akademii Muzycznej w Londynie. Udział Maxima Vengerova w pracach konkursowych w dużym stopniu przyczynił się do wielkiego sukcesu, jakim był tegoroczny konkurs. Wirtuoz, podczas tak zwanych preselekcji, osobiście przesłuchał ponad 120. skrzypków w ośmiu miastach świata. Było to wydarzenie bezprecedensowe, gdyż dotychczas preselekcja odbywała się tylko na podstawie nadesłanych nagrań. Natomiast osobista rozmowa Vengerova z każdym z kandydatów spowodowała, że konkurs dla uczestnika rozpoczął się już w dniu pierwszego przesłuchania. Ostatecznie wystartowało 46. muzyków z 16. krajów, w tym 17. z Polski. Należy podkreślić ogromny wysiłek i zaangażowanie dyrektora konkursu – Andrzeja Wituskiego, wieloletniego prezesa i dyrektora towarzystwa im. Henryka Wieniawskiego, który prowadził konkurs już jedenasty raz. Dzięki pracy i staraniom dyrektora, konkurs udało się zorganizować z prawdziwym rozmachem, przede wszystkim maestro Vengerov zgodził się przewodniczyć XIV edycji konkursu, co w decydującym stopniu podniosło jakość i prestiż tego wydarzenia.

AURORA

Skład jury, w większości wybierany przez Vengerova, stanowili wybitni muzycy, będący jednocześnie świetnymi nauczycielami. Z pewnością, wprowadzenie zmian zaproponowanych przez przewodniczącego zapewniło zwiększenie poziomu i atrakcyjności konkursu. Jedną z nowości był występ skrzypka, jako kameralisty w symfonii koncertującej. Dzięki temu uczestnik prezentował się nie tylko w roli solisty, któremu orkiestra towarzyszy, musiał również wykazać umiejętność współpracy z zespołem muzyków. Dodatkowo, w III etapie, ocenę skrzypkom wystawiała siedmioosobowa Kapituła Krytyków, w skład której weszli recenzenci, komentatorzy oraz dziennikarze muzyczni – m.in. Jolanta Brózda, Jacek Hawryluk, Marcin Majchrowski, Adam Rozlach i Dorota Szwarcman. Ich nagrodę otrzymała Polka – Aleksandra Kuls. Ponadto, od II etapu grę uczestników oceniało także Jury Młodych, składające się z uczniów i studentów poznańskich szkół muzycznych. Przyznało ono dodatkową nagrodę Erzahanowi Kulibaevowi. Fakt, że w gronie finalistów nie znalazł się żaden z naszych rodaków, był dla melomanów dużym zaskoczeniem, tym bardziej, że w 2006 roku zwyciężczynią konkursu została Agata Szymczewska. Z drugiej strony, finał bez Polaków podkreśla międzynarodowość konkursu. Należałoby dodać, że Nagroda Specjalna Maxima Vengerova, czyli 12 indywidualnych lekcji z Mistrzem, przypadła właśnie Polce, 20-letniej Marii Włoszczowskiej. Poziom współzawodnictwa od samego początku był bardzo wysoki i niezwykle wyrównany. Watro zauważyć, że finaliści podczas konkursu rozwijali się, przechodzili do kolejnego etapu z nowymi doświadczeniami. Maxim Vengerov osobiście spotkał się z każdym uczestnikiem, który nie zakwalifikował się do dalszego etapu. Porażka w rozgrywce nie świadczy o braku talentu, tylko o tym, że byli lepsi. Dlatego Vengerov każdemu z „przegranych” gratulował i dawał wskazówki, mówił co w ich grze było dobre, a nad czym trzeba jeszcze popracować. Takie doświadczenia są elementem budowania własnej osobowości muzycznej. Sam udział w konkursie, konfrontacja umiejętności bywa często

luty

en.wikipedia.org

W październiku Aulę poznańskiego UAM przepełniała muzyka. Po raz czternasty odbył się tu Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego.

Maxim Vengerov

bardziej owocnym doświadczeniem niż lata ćwiczeń w zamkniętej sali. Ci młodzi skrzypkowie wcale nie walczą o nagrody. W życiu muzyka ważne są kontakty, osoby, które zauważą potencjał młodego artysty i będą go rekomendować dalej. Udział w tak prestiżowym konkursie daje te możliwości. Trochę jak w show biznesie. Każdy miał swój styl gry, każdy dysponował innym instrumentem, co powodowało dużą różnorodność wykonań nawet tych samych utworów. Oczywistym jest, że jury przy ocenie uczestników nie brało pod uwagę brzmienia samych skrzypiec. Werdykt nie wzbudził wielu kontrowersji. Zwyciężczyni konkursu, Koreanka – Soyoung Yoon od samego początku grała rewelacyjnie. Zaraz za nią, na podium znalazła się Japonka – Miki Kobayashi, która ujmowała precyzją i lekkością. Niemiec – Stefan Tarara zdobył trzecią nagrodę, natomiast faworyt publiczności, wyróżniający się oryginalnością interpretacji, Erzhan Kulibaev tylko wyróżnienie, podobnie jak Aylen Pritchin z Rosji oraz Japończyk – Arata Yumi. Konkurs zakończył się wspaniałym akcentem – Koncertem Nadzwyczajnym, podczas którego sam maestro zagrał Koncert Skrzypcowy D-dur Ludwika van Beethovena. Pierwszy raz miałam okazję śledzić zmagania uczestników na żywo. Słuchając konkursowych przesłuchań, czułam się jak na prawdziwych koncertach – profesjonalne wykonania, oryginalne interpretacje, a jednocześnie wielkie emocje tworzyły niepowtarzalną atmosferę. Konkurs skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego to przede wszystkim duża dawka dobrej muzyki. Szkoda tylko, że ograniczona ilość miejsc i drogie bilety utrudniały studentom Uniwersytetu uczestnictwo w tak ważnym i wspaniałym wydarzeniu kulturalnym. Magdalena Nowicka (WFPiK)

11


1

AURORA

muzycznie i literacko

Goniąc za mistrzostwem

XIV Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego zdumiewał nie tylko poziomem gry poszczególnych kandydatów, ale także dużymi rozbieżnościami w opinii krytyków. Nie dziwi mnie przypadek, w którym publiczność i słuchacze różnią się między sobą w ocenie występów poszczególnych muzyków. Sytuacja staje się jednak co najmniej niezrozumiała, gdy pomiędzy dwoma zespołami komentatorów telewizji publicznej, występujących cyklicznie co drugi dzień, pojawia się radykalny dysonans przy ocenie werdyktów jury. Pierwszy zespół, pod batutą redaktora „starej szkoły” – Adama Rozlacha, wielokrotnie wyrażał dezaprobatę dla decyzji gremium, kierowanego przez przewodniczącego jury Maksima Vengerova. Inaczej wypowiadał się drugi zespół, pod wodzą Jacka Hawryluka – dziennikarza związanego na co radiem dzień z publicznym, który w zasadzie podzielał zdanie sędziów konkursu oraz, co należy podkreślić, wyraźnej większości słuchaczy. Uważam, że rozdźwięk ten, z pozoru mało istotny, pozostaje w ścisłym związku z dużo groźniejszym i przemilczanym zjawiskiem w polskim świecie muzycznym, jego konsekwencją są mało satysfakcjonujące występy i słabe wyniki polskich reprezentantów, tak na Konkursie im. Henryka Wieniawskiego, jak i na innych liczących się konkursach muzycznych. Tegoroczny Konkurs im. Wieniawskiego wygrała południowokoreańska skrzypaczka So Young Yoon. Jej zwycięstwo było bezdyskusyjne i oczekiwane już od II etapu. Gra Koreanki ocierała się o prawdziwą wirtuozerię, ale co najważniejsze, w przeciwieństwie do swoich rywali, okupiła ją stosunkowo niewielką liczbę popełnionych błędów. W dodatku te drobne wpadki nie drażniły słuchu – to również było wyjątkowe. Swoją klasę pokazała szczególnie podczas finału, do którego przystąpiła ostatnia szóstka zawodników. Wówczas trudy konkursu dały się grającym na tyle we znaki, że często zamiast muzyki słyszało się „skrzypienie”. Tylko So Young Yoon wydawała się nie do zdarcia. Koreanka zostanie zapamiętana jako ta, która z gracją poradziła sobie z mniejszymi formami muzycznymi, sprostała Mozartowskim rygorom oraz

12

utrzymała wysoki poziom aż do ostatniego koncertu (d-moll Sibeliusa). Była bezkonkurencyjna. Na sukces zwyciężczyni Konkursu im. Wieniawskiego kładzie się jednak pewien cień. Do poziomu, na który się wspięła, pretendowali też pozostali uczestnicy. Koreanka jako jedyna grała na tym poziomie całkowicie płynnie. Ale czy był to rezultat wyłącznie jej niespotykanego talentu, czy też raczej wieloletniego doświadczenia, koncertowego obycia i rutyny? Można mieć wątpliwości. 27-letnia So Young Yoon była najstarszą finalistką konkursu. Od najmłodszego – Yumiego Araty – zwyciężczynię dzieli osiem lat. Koreanka w odróżnieniu od swoich rywali ma ogromne doświadczenie koncertowe. I właśnie nabyte umiejętności, a w mniejszym stopniu wrodzony talent, otworzyły So Young Yoon drogę do zwycięstwa. Jej gra jako całość była niemal perfekcyjna, niemniej jednak brakowało w niej umiejętności wydobywania tego, co suwerenne w każdym indywidualnym dźwięku. Nie można wykluczyć, że gdyby So Young Yoon była młodsza i mniej doświadczona, to i tak wygrałaby konkurs. Wydaje się, że miałaby na to szanse. Jednak dopuszczanie do konkursu w pełni ukształtowanych muzyków sprawia, że już na starcie zyskują przewagę nad resztą, nierzadko zdolniejszych, uczestników, . Drugie miejsce w tegorocznej edycji Konkursu Wieniawskiego przypadło 21-letniej Miki Kobayashi. Finałowy występ Japonki był największą niespodzianką konkursu. O ile jej dotarcie do finałowej szóstki nie mogło być zaskoczeniem, o tyle wydawało się, że do ostatecznej rozgrywki z So Young Yoon będą zdolni wyłącznie mężczyźni. Tymczasem finał przebiegł bezapelacyjnie pod dyktando płci pięknej. A wykonane przez Kobayashi koncerty d-moll Wieniawskiego oraz a-moll Szostakowicza nie spotkały się z zasłużoną owacją na stojąco, czym mogły poszczycić się jedynie laureatki obu pierwszych miejsc konkursu. Jak się okazało, o trzecie miejsce w konkursie stoczyli walkę sami mężczyźni. Co prawda jury sklasyfikowało pierwszą trójkę finalistów, zaś pozostałą

fot. www.wieniawski.pl

Uwagi o Konkursie Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego i jego krytykach. Czy mamy w Polsce przyzwoitą krytykę muzyczną?

luty

So Young Yoon

trójkę wyróżniło w porządku alfabetycznym, to na najniższy stopień podium zasługiwali tylko Stefan Tarara oraz Erzahan Kulibaev. Obaj przez długi czas należeli do faworytów, pretendujących nawet do zwycięstwa. Notowania Stefana Tarary spadły nieco po III etapie, w którym daleko od oczekiwań wykonał utwory Mozarta. Niemiec, którego kariera od czwartego roku życia jest starannie prowadzona przez rodziców, zaprzepaścił tym samym szansę na drugie miejsce. Finałowe koncerty w jego wykonaniu okazały się bardzo nierówne. Zagrał on dokładnie ten sam repertuar i w tej samej kolejności, co So Young Yoon. Ciekawostką jest, że gdy Stefan Tarara grał swój pierwszy koncert – fis-moll Wieniawskiego – na widowni, w drugim rzędzie usiadła właśnie późniejsza zwyciężczyni, która ledwie dzień wcześniej zakończyła swój spektakularny udział w finale. Koreanka zajęła miejsce na tyle blisko Stefana Tarary, że podczas jego gry ich wzrok musiał się niejednokrotnie skrzyżować. Czy ta okoliczność mogła mieć deprymujący wpływ na niemieckiego skrzypka? To wie tylko on sam. Faktem jest, że koncert fis-moll zagrał stosunkowo słabo, a późniejszy Sibeliusa (Koreanki na widowni juz nie było) bardzo przyzwoicie, momentami całkiem udanie starając się nadać mu efektownego rozmachu. D. Część II tekstu zostanie opublikowana w następnym numerze „Aurory”

AURORA


muzycznie i literacko

Dusza na ramieniu

mocy, będących towarem przetargowym wieczystego cyrografu. Zresztą nie tylko ona. Gdy Niemiec – Stefan Tarara wszedł na scenę, opuszczając na chwile trzeci stopień mistrzowskiego podium, widownia została zmrożona. Podczas gdy grał koncert Sibeliusa czuć było północny wiatr, który wtargnął na salę wprost znad Skandynawii i przyprawił wszystkich o ciarki. Choć atmosfera na Auli UAM była gorąca, każdy przez chwilę czuł chłód krainy, z której pochodził kompozytor. Olimpiada z tylko jedną konkurencją. Wyścig na lotne dusze i przebiegłe palce. Bezlitosna technika, absolutny słuch i interpretacja, która myśl i nutę zamienia w muzykę. To wspomnienie musi wypełnić pięć lat oczekiwania na następne zmagania. Karta tegorocznego konkursu zastała zapisana, a przyszli laureaci z pewnością już rozpoczynają swój bieg po przyszłe mistrzostwo.

O emocjach towarzyszących XIV Międzynarodowemu Konkursowi Skrzypcowemu im. Henryka Wieniawskiego pisze Lucyna Eich. Czy na pewno ta kobieta jest człowiekiem? Może swą duszę musiała zaprzedać diabłu? Jak wysoka jest cena światowego sukcesu? Ile westchnień, cierpienia, pasji i szału trzeba poświęcić, aby taki niepowtarzalny dźwięk uleciał w eter? Morze. Ocean. Niepoliczalną ilość zapomnienia. Inaczej żałość pochłonęłaby człowieka. Wydarzenie, na które czeka się z niecierpliwością. Gdy już nadejdzie – niepokój sięga zenitu. Ku uciesze publiczności i światłych jurorów. Te niepowtarzalne chwile, które czekają zarówno na wytrawnych koneserów, jaki i początkujących entuzjastów muzyki skrzypcowej. Gdy Wieniawski, raz na pięć lat, dotyka stopami tego ziemskiego padołu – budzą się demony Stradivariusa. Cały

AURORA

Poznań przestaje oddychać, a kiedy przechadzamy się koło filharmonii czujemy wibrujące struny i pędzące smyczki. Mistycznie, przepięknie, zawsze niepowtarzalnie. Tegoroczna laureatka pierwszej nagrody Konkursu im. Henryka Wieniawskiego nie pozostała dłużna tradycji. Dialog człowieka, ze skrzypcami może zadziwić swą zawiłością. Jest wymagający, ale dla muzyka to wartość nad wartościami. To chwila niezwykła, bez niej byłby „jak miedź brzęcząca, albo cymbał brzmiący”. Koncert samego mistrza Vengerova wybrzmiał podczas gali laureatów z całą mocą i wręcz bolesną precyzją. Koreanka – Soyoung Yoon może być podejrzewana o kontakty z Lucyferem i korzystanie z nieczystych

Lucyna Eich (WNPiD)

Życie na skraju pisarstwa Najdroższy, To pewne, znowu ogarnia mnie szaleństwo. Czuję, że nie możemy przejść razem przez ten straszny czas. I tym razem nie wyzdrowieję. Zaczynam słyszeć głosy, i nie mogę się skoncentrować. Więc robię to, co wydaje się najbardziej odpowiednie. Dałeś mi całą możliwą radość. Byłeś tak bardzo, jak tylko ktokolwiek mógłby. Nie wierzę, by dwoje ludzi mogłoby być bardziej szczęśliwych, dopóki nie pojawiła się ta straszna choroba. Nie mogę już dłużej walczyć, wiem że psuję twoje życie, że beze mnie mógłbyś pracować. I będziesz, wiem. Widzisz, nawet nie potrafię tego poprawnie napisać. Nie mogę czytać. Co chcę powiedzieć, to to, że zawdzięczam ci całą radość mojego życia. Byłeś niewiarygodnie cierpliwy i niezwykle dobry. Chcę powiedzieć – wszyscy to wiedzą. Jeśli ktokolwiek mógłby mnie uratować, byłbyś to ty. Wszystko mnie opuściło prócz przekonania o twojej dobroci. Nie mogę dłużej psuć twojego życia. Nie wierzę, by dwoje ludzi mogło być bardziej szczęśliwi niż my. I. Malcolm, Wirginia Woolf’s psychiatric history

Ten list napisała 28 marca, w wieku 59. lat, po czym opuściła dom, napełniła kieszenie kamieniami i weszła w toń zimnej wody rzeki Ouse. Feministka, dziwaczka, snobka, molestowana seksualnie intelektualistka, błyszczała na salonach, kryła się w swoim domu kiedy pojawiały się „głosy”. Poza tym pisała, pisała i pisała. Mowa oczywiście o Virginii Stephen – znanej powszechnie jako Virginia Woolf, wybitnej angielskiej pisarce. Urodzona w 1882 r. w Londynie, jako trzecie z kolei dziecko Julii Prinsep Duckworth i znanego pisarza, Lesliego Stephena. W młodości towarzyszy jej czarna nitka śmierci. Najpierw umiera

AURORA

jej matka, później przyrodnia siostra Stella. Te, jak zapewne i inne, być może ważniejsze powody zaciążą na psychicznym stanie zdrowia pisarki. Zaczyna słyszeć głosy, dopada ją depresja, częste poczucie niespełnienia, a sama Virginia jest niezdolna do jakiegokolwiek działania. Owe dolegliwości w języku medycznym nazwano psychozą dwubiegunową. Załamania nerwowe pojawiają się w chwilach presji duchowej i po jakimś czasie, dzięki długotrwałemu leczeniu usuwają się w cień. Życie Virginii Woolf wypełnia nieustanne pisanie. Poświęca mu tyle czasu, że niejednokrotnie mdleje z wyczerpania. Jej pierwszy artykuł na temat Haworth

luty

fot. en.wikipedia.org

Barwną osobowość oraz nieszablonową twórczość Virginii Woolf przybliża Bogumiła Hyla.

Virginia Woolf

pojawia się w 1905 r. w „Times Literary Supplement”. Dom Woolf przy Gordon Square staje się miejscem spotkań grupy Bloomsbury – tworzonej przez artystów i intelektualistów. Maynard Keynes, Saxon Sydney-Turner, Duncan Grant, Edward Morgan Forster, Clive Bell, Lytton Strachey, to tylko niektóre osobowości, dyskutujące w salonie pisarki. Bywa u niej również Leonard Woolf, wydawca i znany dziennikarz, którego Virginia poślubia w 1912  r. Państwo Woolf zakładają wspólnie wydawnictwo. Oprócz tekstów Maynarda Keynesa, czy Thomasa Stearnsa Eliota, drukuje przede wszystkim dzieła samej

13


AURORA

muzycznie i literacko fot. en.wikipedia.org

1

Popiersie Woolf w Londynie

Virginii. Autorka staje się sławna. Jej książki wchodzą do wielkiego świata. Jedni zachwycają się nimi, inni krytykują, lecz nikt, kto czyta nie pozostaje obojętny. Pierwsza powieść „The Voyage Out” wydana zostaje w roku 1915 przez wydawnictwo przyrodniego brata pisarki – Gerald Duckworth and Company Ltd. Jednak większość jej literackich osiągnięć wydaje Hogarth Press. Dlaczego ta kontrowersyjna, pełna sprzeczności kobieta, stała się jedną z największych powieściopisarek XX wieku? Gdzie tkwi odpowiedź? Weźmy do ręki potężną książkę „Chwile wolności: Dziennik 1915–1941” Virginii Woolf, by przeczytać z kim się spotykała, co sądzili na temat jej książek przyjaciele, co powiedział Leonard, jak wygląda Londyn. Można uznać, że dokmentuje wiele ważnych rzeczy. Można również dojść do wniosku, że brak w nim głębi samej Virginii, jej odczuć schowanych w niewidocznym zaułku mózgu. Tylko czy zadaniem pisarki było ich wyjawienie? Dziennik pisała wszak dla siebie. Czy w ogóle zadaniem jakiegokolwiek literata jest odkrycie swoich osobistych myśli? Oczywiście, że nie. Pisarz odsłania publiczności tylko te dzieła, którymi pragnie się podzielić. Najczęściej pamiętniki należą wyłącznie do niego. Do nikogo więcej. Wobec tego, skąd tyle biografii, skąd wszelkiego rodzaju domysły i przypuszczenia wysuwane w niezliczonych dokumentach? Czy sęk nie tkwi w tym, iż czytelnicy poznawszy zawartość książek pisarza, chcieliby również odkryć zawartość jego duszy? Pisarz decyduje o swojej roli. Inna jest rola biografa, a inna rola badacza literatury, czy dziennikarza. Podam przykład. Jestem autorką artykułu, który Państwo właśnie czytają, lecz nie ograniczam się

14

w nim do wymienienia książek Woolf i streszczenia ich treści. Posuwam się tu do czegoś więcej. Opisuję samą autorkę na podstawie wiadomości pozyskanych z dostępnych źródeł. Mogę dodać swoje uwagi i Państwo, być może, w nie uwierzą. Mogę pozmieniać kilka faktów i Państwo również mogą w nie uwierzyć. Jednak mój cel polega na sformułowaniu wiarygodnych, ścisłych informacji dotyczących pewnej angielskiej powieściopisarki. Zadaniem biografa jest natomiast dotarcie do najszczelniej ukrytych wątków, nawet najbardziej niesmacznych i wstydliwych, dzięki którym inni poznają sekrety opisywanej osoby i co możliwe – dokonają jej oceny. Virginia Woolf w opublikowanych „Chwilach wolności” nie zapewniła nam tego rodzaju przyjemności. Przedstawiła za pomocą myśli realne dni i fakty, nie dyskryminujące jej osoby w cudzych oczach, ponieważ „Chwile wolności. Dziennik 1915-1941” nie stanowi biografii w pełnym tego słowa znaczeniu. Autorka nie zamieniła się we własnego biografa. Początkowe wrażenie okazuje się mylne. Chcąc znaleźć szczegóły dotyczące codziennego życia pisarki, ocieramy się jedynie o marne strzępki, linijki, których pisanie pozwalało być może Virginii Woolf na uchwycenie tytułowych „chwil wolności”. Nadal jednak nie otrzymujemy wyjaśnienia, dlaczego Woolf odniosła tak potężny sukces. Nie znajdziemy wytłumaczenia w „Chwilach wolności”, ani w jakiejkolwiek wypowiedzi, czy biografii poświęconej literatce. Odpowiedź tkwi w tym, co stanowiło sens życia pisarki, czyli w jej twórczości. Doskonale wypełniła swoją misję – misję pisarki. Dowód stanowią jej dzieła niezmiennie umieszczone na półkach bibliotek. Największe osiągnięcia Woolf to: „Pani Dalloway”, „Fale”, „Do latarni morskiej”, „Pokój Jakuba”, „Orlando”, „Między aktami”. Bohaterami jej prozy są przedstawiciele klasy średniej. Pisarka najczęściej odrzuca fabułę i tradycyjny model narratora, korzystając z form monologu wewnętrznego, urywków rozmów i kawałków skojarzeń. Niejako narzuca odbiorcy ocenę skonstruowanych przez siebie, znakomicie sportretowanych postaci. Dokonuje psychoanalizy nazwanej „strumieniem świadomości”. Polega ona na wydobywaniu ze świadomości danej osoby wspomnień i skojarzeń. Styl Woolf jest subiektywny. W większości utworów mamy do czynienia z osobowością kobiecą, wraz ze wszelkimi

luty

jej przejawami. Jeden obraz widzimy z wielu perspektyw. Przeszłość zderza się z teraźniejszością. Woolf nie stroni również od tematów feministycznych, chociażby we „Własnym pokoju”, który spowodował, iż autorkę uznano za symbol feminizmu. Bywa, że pisarka wplata w utwory własne wspomnienia i przeżycia. Wykorzystywanie ich pozwala jej w pewien sposób ponownie wejść do dawnego świata, a zarazem nadać mu nowe, niepowtarzalne rysy. Cały życiowy dorobek Virginii Woolf, której słowa zapisane na kartkach są nadal wznawiane i czytane, świadczy o jej niebywałym wprost talencie twórczym. Ale czy tylko twórczość jest wyznacznikiem życia Woolf? Przytoczę słowa z książki Michaela Cunninghama „Godziny”: „W oczach ludzi, w ich rytmicznym kroku, w dreptaniu, w ciężkich stąpnięciach, w zgiełku i wrzawie, w powozach i samochodach, autobusach i ciężarówkach, w ludziach-reklamach kiwających się i powłóczących nogami, w ulicznych orkiestrach, w katarynkach, w triumfie, w hałasie, w dziwacznym wysokim śpiewie samolotu tam, w górze było wszystko to, co kochała: Życie Londynu. Ta chwila w czerwca. W jaki sposób, zastanawiała się Laura, ktoś, kto potrafi napisać takie zdanie – kto potrafi odczuć to wszystko, co ono w sobie zawiera – był zdolny odebrać sobie życie?”. Powyższe pytanie stawia sobie Laura, bohaterka książki „Godziny”, czytająca powieść Woolf „Pani Dalloway”. Właśnie. W jaki sposób, ktoś taki, był zdolny do popełnienia samobójstwa? Zapominamy, że ów „ktoś taki” to pisarka, a pisarka to jednocześnie człowiek, podobnie jak kucharz, jak ksiądz, prezydent, czy ekspedientka. A może odwrotnie. Ta kobieta była tylko pisarką. Aż pisarką. Pewnego dnia pomyślała: „Czemu życie jest takie tragiczne, tak bardzo przypomina wąski skrawek ścieżki nad przepaścią? Patrzę w dół; czuję zawrót głowy; rozmyślam, w jaki sposób uda mi się kiedykolwiek dotrzeć do końca?” (Chwile wolności: dziennik 1915–1941). Wystarczą dwa powyższe zdania, by stwierdzić, że mogły zrodzić się jedynie w myślach kogoś ponadprzeciętnego. Ten ktoś nazywał się Virginia Woolf. Ten ktoś był człowiekiem piszącym. Bogumiła Hyla (WFPiK)

AURORA


muzycznie i literacko

AURORA

Błyskotliwa satyra na wszystko i wszystkich Gdyby czarny humor stanowił śmiertelną broń, pewien amerykański pisarz znalazłby się w gronie najbardziej bezwzględnych morderców świata. Gdyby czarny humor okazał się skuteczniejszym narzędziem niż wytrych, nie byłoby zamka, którego pisarz ten nie potrafiłby rozpracować. Mowa oczywiście o Kurcie Vonnegucie – słynącym z szelmowskiego prowadzenia narracji i kreowania groteskowych bohaterów, tak bardzo kochanych przez miliony czytelników. Przesadzam? Niewykluczone. Ale jeśli chcecie sami ocenić celność moich spostrzeżeń, przeczytajcie niewielkich rozmiarów powieść „Niech panu Bóg błogosławi, panie Rosewater”. Sednem utworu jest historia rodziny Rosewaterów z Indiany, choć może trafniej byłoby napisać – historia ich wielkiego majątku, w której bohaterowie wydają się raczej efektowną dekoracją. Senator Lister Ames Rosewater ma świadomość, że fortuna „wyrosła” w podejrzanych okolicznościach, co nie przeszkadza mu korzystać z niej bez skrupułów. Bardziej palącą kwestią pozostaje pytanie, jak obejść przepisy podatkowe, ale prawnicy szybko przychodzą senatorowi z pomocą. Założenie rodzinnej fundacji może wydawać się pomysłem genialnym, lecz okazuje

się fatalne w skutkach, gdy do głosu dochodzi latorośl rodu. Zapijaczony, rozbity psychicznie Eliot w niczym nie przypomina ojca. Nie zamierza parać się ani szemranym biznesem, ani politycznymi machinacjami, lecz – o zgrozo! – postanawia zrobić coś pożytecznego. Nie zważa na prośby i groźby senatora. Nie dość, że pełnymi garściami czerpie z majątku fundacji, to jeszcze pomaga najbardziej pokracznym i upośledzonym społecznie Amerykanom, jakich możecie sobie wyobrazić. W wolnych chwilach oddaje się służbie w Ochotniczej Straży Pożarnej, co przy jego zwalistej sylwetce i gibkości hipopotama musi wyglądać naprawdę dziwacznie, nawet w świecie postaci tak groteskowych jak realia powieści Vonneguta… Nic więc dziwnego, że adwokat Norman Mushari próbuje wykazać u Eliota brak piątej klepki. A że planuje przy tym niebanalną intrygę, powieść pełna jest zwrotów akcji, okraszonych dawką ironii tak potężną, że można by obdzielić nią kilka opasłych tomów. Lista zalet jest jednak znacznie dłuższa. Dzięki zgrabnie skonstruowanej fabule książkę czyta się szybko i przyjemnie a błyskotliwy humor niekiedy urzeka, innym razem wprawia w zakłopotanie. Powieść nawiązuje wprawdzie do realiów

Biedni ci ludzie, którzy to kupią Wielbiciele gatunku mogą, już od jakiegoś czasu, obserwować wysyp kryminałów osadzonych w przeszłości kluczowych polskich aglomeracji. Spiskowa teoria, pod którą podpisuje się również autorka niniejszej recenzji, głosi, że ten urodzaj ma wiele wspólnego z popularnością znakomitej serii książek Marka Krajewskiego. Kolejnej intrygi, ubranej w historyczny kostium, doczekał się Poznań w postaci „Doktora Jeremiasa”. Projekt jest ciekawy również dlatego, że powstał wskutek współpracy dwóch autorów: Sebastiana Koperskiego i Wojciecha Stamma – czyli dziennikarza oraz poety, o zgoła odmiennych temperamentach twórczych. W pewnym sensie odbiciem tej mieszanki stają się główni bohaterowie: lekarz sądowy – Anzelm Schoen i psychiatra – Sigmund Jeremias. W powieści niby wszystko się zgadza. Mamy zatem punkt wyjściowy, którym jest brutalne morderstwo na

AURORA

czternastoletniej dziewczynce. Wciągająca intryga zahacza o wyższe sfery miasta Posen, zgrabnie komentując przy tym układy społeczne początku XX wieku. Do smaku, dodano garść aktualnie bulwersujących opinię publiczną tematów, wśród nich: problem homoseksualizmu i pedofilii. Koneserzy gatunku znajdą tu również nieoczywiste a jednocześnie realne zakończenie. Czegoś jednak zabrakło. Nużące są „filozoficzne” wywody Jeremiasa, spowalniają akcję i sprawiają, że czytelnik musi powstrzymać odruch przerzucenia kilku kartek. Postać Anzelma została skonstruowana w taki sposób, iż trudno momentami uwierzyć, że mamy do czynienia z mężczyzną w kwiecie wieku, a nie kilkunastoletnią panienką. Przy jego rozterkach sercowych Werter Goethego wygląda na osobnika dość zrównoważonego. Nie jestem również w stanie zrozumieć, co kierowało autorami, gdy wprowadzali pewien szczegół

luty

Ameryki lat 60., lecz trudno oprzeć się wrażeniu, że cięty dowcip nie stracił na aktualności. Vonnegut bezlitośnie obnaża popularny w Stanach Zjednoczonych mit wolnej przedsiębiorczości, atakując niemal wszystkich: liberałów, konserwatystów, bezrefleksyjnych filantropów, egocentrycznych multimilionerów czy żałośnie chytrych ciułaczy. Suchej nitki nie zostawia też na zadufanych politykach, interesownych prawnikach, żyjących z dnia na dzień wykolejeńcach. Gdyby dodać do tego cwaniactwo bankierów i symulantów giełdowych… otrzymalibyśmy współczesną karykaturę kapitalizmu. Poza tym każdy dialog i każdy niemal fragment narracji dostarcza powodów do refleksji (niekiedy wręcz autorefleksji), a zaskakująca puenta doskonale wpisuje się w nurt postmodernistycznej zabawy z czytelnikiem. Wierzcie lub nie, ale książki Vonneguta naprawdę zabijają śmiechem. Choć czasami jest to śmiech przez łzy. Krzysztof Ptaszyk (WPiA) Kurt Vonnegut, Niech panu Bóg błogosławi, panie Rosewater Zysk i S-ka Poznań 2005

do biografii wybranki Anzelma. Jeśli celem był umoralniające przesłanie, że nie zawsze łatwo wyznaczyć granice prawości swych czynów, wyszło to dosyć łopatologicznie. Sama Klara jest za to bohaterką najbardziej frapującą z całej gamy charakterystycznych postaci, przewijających się przez karty powieści. Oby było więcej takich pełnokrwistych bohaterek w polskiej literaturze! Podsumowując, na tle innych kryminałów historycznych „Doktor Jeremias” nie wypada źle. Jeśli jednak miałabym wskazać, co najmocniej utkwiło mi w pamięci, byłby to wspaniały, szczegółowy obraz miasta, uchwycony na moment przed katastrofą I wś. Dla wszystkich zakochanych w Poznaniu będzie to ciekawa rozrywka na zimne popołudnie. Magdalena Wudarska (WPiA) Sebastian Koperski, Wojciech Stamm, Doktor Jeremias, Zysk i S-ka Poznań 2010

15


koniec

Petersburg – przełamać stereotypy w mieście kontrastów Wrażeniami z pobytu w „Wenecji Północy” dzieli się Paweł Żebrowski. Październikowe słońce leniwie opadało za linię horyzontu. Delektując się tym cudownym obrazkiem w oknie pociągu, zastanawiałem się, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień, w którym to po raz pierwszy zobaczę Rosję i to od razu jej Północną Stolicę! Już od kilku tygodni byłem podekscytowany wyjazdem. Tyle przecież czytałem i słyszałem o Petersburgu, a teraz jestem już w drodze do całkiem innego, dalekiego rosyjskiego świata. Tak do końca trudno mi było w to uwierzyć. Szczerze też przyznam, że miałem milion obaw, jak będzie wyglądał mój pobyt w tym sześciomilionowym gigancie. Bałem się niemal o wszystko, zaczynając od pogody, a kończąc na porachunkach rosyjskiej mafii i zamachach czeczeńskich terrorystów. Rozmyślając o tym, usnąłem, by obudzić się już w Sankt Petersburgu, który powitał mnie przepięknym jesiennym słońcem. Właśnie tak zaczynała się moja przygoda na wymianie studenckiej. Przygoda, która, warto powiedzieć, przełamała wiele moich stereotypów i na pewno na długo zostanie w mojej pamięci. Już pierwsze godziny w nowym mieście wprawiły mnie w zdumienie, żeby nie powiedzieć, w zachwyt. Nie sposób było nie poczuć niezwykłej atmosfery tego tajemniczego miejsca. W ciągu pierwszych tygodni wymiany często zastanawiałem się, jak to wiecznie pędzące miasto może mieć w sobie tyle uroku. Odpowiedź na to pytanie znajdowałem stopniowo. Każdego dnia, po każdym nowym odkryciu w Petersburgu uświadamiałem sobie, jak ciasno są między sobą splecione losy Rosji i Grodu Piotra. Losy burzliwe: pełne chwały, ale i tragedii zarazem. Wenecja Północy zbudowana na trupach, jakby symbolizuje mroczną potęgę Imperium Rosyjskiego. Trudno opisać ten dreszczyk

emocji, gdy spaceruje się po parku, po którym ponad sto lat temu przechadzał się ostatni rosyjski imperator – Mikołaj II, albo gdy dotyka się rzeczy, które niegdyś należały do Puszkina, Dostojewskiego czy Piotra I. Właśnie wtedy zrozumiałem, co naprawdę znaczy wyrażenie „dotknąć historii”. W Petersburgu, dosłownie na każdym kroku, można znaleźć tabliczki, które opowiadają np. o tym, że w tym domu przez jakiś czas mieszkał Puszkin, czy też, że w tamtym budynku odbyło się spotkanie Lenina z proletariatem Piotrogradu. Bez wątpienia można stwierdzić, że nie ma co mówić o historii Rosji bez Sankt Petersburga. Byłem też niezmiernie zaskoczony warunkami, jakie zastałem na miejscu, aczkolwiek było to zaskoczenie pozytywne. Nie łudziłem się za bardzo, co do akademika, w którym będę mieszkał – byłem przygotowany dosłownie na wszystko. A tu miła niespodzianka, fajne dwupokojowe mieszkanie z łazienką i kuchnią. Najlepszy był jednak klimat, jaki panował w akademiku. Oprócz rosyjskich studentów było tam też sporo ludzi, dosłownie z całego świata, m.in. z Włoch, Hiszpanii, Niemiec, Irlandii, USA, Kamerunu czy też Ekwadoru. To wymieszanie kultur było fantastycznym doświadczeniem. Poznałem wielu nowych ludzi, każdy z nich miał swoją własną historię, każdy był pewnego rodzaju wyspą swojej ojczystej kultury na morzu tradycji i języka rosyjskiego. Dlatego też, to wspólne życie w Petersburgu dostarczało nam wszystkim wielu pozytywnych emocji. Razem nie tylko poznawaliśmy Rosję, ale też nauczyliśmy się wiele od siebie nawzajem. Nigdy wcześniej nie miałem okazji doświadczyć czegoś podobnego, to naprawdę była piękna sprawa i bardzo ciężko było nam się ze sobą żegnać.

fot. en.wikipedia.org

Pałac Zimowy

16

luty

Zagadką dla mnie byli też sami Rosjanie. Powszechnie znanym jest fakt, że nie mają oni zbyt dobrej reputacji. A tu, w samej Rosji, spotkało mnie kolejne zaskoczenie. Rosjanie okazali się zupełnie różnić od tych stereotypowych postaci, wykreowanych przez nas. Ludzie, zarówno ci spotkani w uniwersytecie, jak i na ulicy, byli z reguły bardzo życzliwi i zawsze chętnie służyli pomocą. Rosjanie to, wbrew pozorom, bardzo gościnny i wesoły naród. Zawsze miło było spędzać czas w ich towarzystwie. Co więcej, w czasie mojego pobytu w Rosji ani razu nie byłem świadkiem porachunków gangsterskich, czy też bijatyk kibiców po meczach piłkarskich. W miarę czasu moje obawy, co do bezpieczeństwa na ulicach Petersburga, zupełnie zanikały. Chyba jedyną rzeczą, która mnie nie zadziwiła w czasie wymiany, była pogoda. Jesień była akurat bardzo słoneczna i dość ciepła. Nawet sami mieszańcy Północnej Stolicy byli tym zaskoczeni. Niezwykle piękne o tej porze roku są niezliczone parki Sankt Petersburga. Bardzo lubiłem tam pospacerować wieczorami; pełnią one szczególną rolę azyli, gdzie człowiek może się ukryć od hałasu i rytmu ogromnego miasta. Natomiast po pięknej jesieni przyszedł czas na prawdziwą rosyjską zimę, która w zeszłym roku rzeczywiście była strasznie mroźna. Nie ukrywam, że czasem ciężko było walczyć z tym zimnem, ale tak czy inaczej było to nowe, życiowe doświadczenie. Doprawdy, śnieg, który może padać nieprzerwanie przez 10 dni, wywiera silne wrażenie! Patrząc, już z perspektywy czasu, na semestr spędzony w Petersburgu, mogę z pewnością powiedzieć, że nie żałuję. Ta wymiana była dla mnie ciekawym doświadczeniem, zapewne trochę niezwykłym, bo Rosja nadal pozostaje dla nas zagadką i często jest postrzegana w świetle stereotypów. Dlatego też zachęcam do tego, aby te stereotypy przełamywać! Naprawdę warto odkryć dla siebie to tajemnicze, a czasem nawet mroczne (tak, Petersburg może wydawać się mroczny, ale w tym również tkwi jego urok), ale jakże niezwykłe miasto! Studia to czas nowych odkryć i mnóstwa wrażeń, dlatego też, jeśli macie dylemat, czy warto pojechać do Rosji – nie trzeba się długo zastanawiać, a po prostu spróbować! Jestem pewien, że nie pożałujecie... Paweł Żebrowski (WPiA)

AURORA

Aurora 01/2012  

Aurora - kulturalne pismo studentów UAM

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you