Page 33

Partycypacja Partycypacyjność czy anarchizacja? O „koszmarze partycypacji” słów kilka

33

Partycypacyjność czy anarchizacja? O „koszmarze partycypacji” słów kilka Jarema Piekutowski Od kilku lat słowo „partycypacja” odmieniane jest w środowisku samorządów przez wszystkie przypadki.

Zaczęło się kilkanaście lat temu od „partnerstw” i „dialogu”, ograniczonego wtedy głównie do spraw pracowniczych. Po pewnym czasie znów na powierzchnię publicznego dyskursu wynurzyły się „konsultacje” (słowo używane wszak w czasach poprzedniego ustroju, choć pozbawione swego realnego znaczenia). Dziś coraz częściej mówimy o partycypacji rozumianej jako współuczestnictwo w rządzeniu. Jak grzyby po deszczu powstają budżety partycypacyjne, tworzy się miejsca do debaty, włącza się mieszkańców w podejmowanie decyzji. Karierę zrobiło sprowadzone z USA słowo „deliberacja”, które w założeniu miało oznaczać wspólne, przemyślane i planowe rozważanie problemów i znajdowanie rozwiązań – jednak poznański sondaż deliberatywny dotyczący kwestii miejskiego stadionu, wzbudził tyle pozytywnych, co negatywnych emocji. W procesie doradzania samorządom w zakresie współpracy z organizacjami pozarządowymi regularnie spotykam się z wątpliwościami ze strony tych ostatnich. Czy aby na pewno głos NGO będzie się liczył? Czy tak naprawdę owe działania partycypacyjne nie są tylko przykrywką dla działań władzy? Na te wszystkie problemy zwraca uwagę Markus Miessen, niemiecki architekt dzielący swój czas między Berlinem a Londynem. „Koszmar partycypacji”, opublikowany przez warszawskie wydawnictwo Bęc Zmiana, to pozycja niełatwa i budząca

trudne emocje zwłaszcza wśród tych czytelników, którzy są zaangażowani osobiście w procesy partycypacyjne. Należę do tych czytelników, więc tym cenniejsza nauka płynie dla mnie z książki Miessena. Główna teza autora odnosi się do realnych sposobów wykorzystywania partycypacji. Wskazuje on, że to, co dziś nazywamy partycypacją, bardzo często jest niezwykle odległe od wzniosłych, ideologicznych założeń. Konsultacje i budżety obywatelskie, które pierwotnie miały służyć wzmacnianiu obywateli i ich mocy decyzyjnej w rzeczywistości często stają się swoim przeciwieństwem – służą de facto do legitymizacji poczynań władzy. Przykład budżetu partycypacyjnego jest tu szczególnie istotny. Może on zostać wdrożony w taki sposób, że władza daje mieszkańcom do dyspozycji 1% posiadanych środków, oferując im jedynie iluzję sprawczości. Jednocześnie ta iluzja odwodzi ich od zastanawiania się nad tym, na co wydane zostanie pozostałe 99% - od ewentualnych protestów i konfliktów. Budżet taki staje się po prostu jeszcze jednym plebiscytem, nie zaś miejscem realnej dyskusji nad kształtem miejscowości. Innym przykładem jest referendum, które zdaniem Miessena jest doskonałym narzędziem do przerzucania odpowiedzialności za niepopularne decyzje na mieszkańców. Podobnie różnego rodzaju konsultacje społeczne, zwłaszcza przeprowadzane w małych grupach, nie muszą odzwierciedlać vox populi – a jednocześnie są doskonałą okazją, by władza mogła zakomunikować mieszkańcom: „Chcieliście tego sami”.

Miessen nie jest przeciwnikiem partycypacji jako takiej. Przeciwnie, idea jest mu bardzo bliska, i właśnie dlatego tak bardzo akcentuje on sytuacje, w których partycypacja przeradza się w koszmar dla mieszkańców. Z tego koszmaru trzeba się obudzić. Ale jak? Konsensus – tym bardziej, że często jest pozorny – nie zawsze stanowi najlepszą drogę do wspólnego planowania przestrzeni publicznej. Choćby dlatego, że większość nie zawsze ma rację. Ujęcie „większościowe” zawsze będzie stało w sprzeczności z ujęciem naprawdę krytycznym. Dlatego Miessen pisze: „Jeśli partycypacja ma być produktywna, to jedynym sposobem jest wtargnięcie na takie obszary dyskusji, obszary miejskie albo instytucjonalne, gdzie niekoniecznie było się zaproszonym lub gdzie o partycypację wcale nie proszono”. Niemiecki architekt nie wskazuje raczej dróg dla strony rządzącej, lecz dla działaczy społecznych. Zmiana może dokonać się dzięki jednostce, która będzie w stanie „wedrzeć się” – w niemal anarchizujący sposób – w proces planowania, wejść w otwarty konflikt z osobami decyzyjnymi i ten konflikt wygrać, przekonując kluczowych aktorów do swojej wersji rozwiązania. Tę jednostkę Miessen nazywa „outsiderem”. Tylko outsider jest zdolny z zewnątrz, dzięki krytycznemu, niezależnemu myśleniu, zdemontować system lub podłożyć bombę pod fundamenty pozornego porozumienia. Czy jednak nasz system nie jest do tego stopnia domknięty, że krytyczny outsider nie ma szans powodzenia? Czy faktycznie partycypacja musi stać się koszmarem? Pytania pozostają otwarte...

Profile for Kaiser Boys

Kierunki Zmian 1/2015 (5)  

Gazeta "Kierunki Zmian"

Kierunki Zmian 1/2015 (5)  

Gazeta "Kierunki Zmian"

Advertisement