Page 1

} dżentelmen w ofensywie } mistrzyni seksownej prostoty

vs królowa nadruków }}}

3 (29)/2012

O małych i dużych przyjemnościach z Agatą Passent

Entuzjaści życia


Powiedz „cheese”,  proszę

Spis treści

Przez ten numer, który oddajemy Wam w ręce przewija się temat fotografi i. Poznajemy  historię lomofotografi i, zastanawiamy się  nad popularnością Instagramu i portalu  Pinterest — wirtualnej tablicy ze zdjęciami,  na której „pinezkami” oznacza się swoje  ulubione zdjęcia, fascynacje i inspiracje.  Konta na Pinterest pewno nie ma Agata  Passent, która nawet na Facebooku nie jest  zbyt aktywna. Mówi, że informowanie o tym,  że właśnie wypiła kawę lub widziała fajny  rower, nie wydaje się być bardzo atrakcyjne  dla innych. Ona też bardzo kocha fotografi ę,  na tyle, że związała się z fotografem właśnie,  a nie wiolonczelistą, pomimo że to ci drudzy  jej imponują. Jeśli chcecie poznać szczegóły,  to zachęcam do przeczytania wywiadu. Ania  Nocoń w swoim felietonie preferuje postulaty  Susan Sontag — mniej zdjęć więcej patrzenia. Przez obiektyw nie dostrzeżemy całości  świata na wakacjach. I wcale nie mamy  obowiązku obfotografować się z każdej  strony, by relację wrzucić od razu na fejsa.  Fotografi ę uwielbiamy, ale słit focie nie.

rekomendacje kulturalne

sylwetka prześliczny wiolonczelista — Agata Passent

Brytyjski dżentelmen z czasów Kuby Rozpruwacz Marc Jacobs Aleksander Wang Mary Katrantzou elegancka nonszalancja dżentelmen w ofensywie

przyjęcie perfekcyjne o sztuce patrzenia z kuchni włoskiej do Polski lato w słoiku pocztówka znad Gardy wydobyć smaki pasjonaci

26 28 30 32 34 36 38

zdrowie i uroda słoneczny blask skóry wakacyjny niezbędnik

42 44

kalejdoskop moda, media i kryształy — Bal Dziennikarza Spazio — znaczy miejsce i przestrzeń pokaz Macieja Zienia moda z ideą

48 50 51 52

design perełka architektury gadżety Lomo świat

54 56 58

kultura

fot. na okładce: Wojtek Wieteska

katarzyna kasprzyk REDAKTOR NACZELNA

12 14 16 18 20 23

styl życia

Jak co numer proponujemy dużo dobrej  mody, sporo piszemy o kuchni (polecam  proste przepisy, jak zamknąć lato w słoiku)  i oferujemy konkretną dawkę rekomendacji  kulturalnych: książki, festiwale, wystawy,  dobry design, fi lmy i seriale.

Lato w mieście jest bardzo  przyjemne.  Szczególnie, kiedy mamy dużo słońca,  jak na zdjęciach lomo.

8

moda

Tym, którzy chcą zatopić się w letnim dolce  far niente, polecam artykuł Mariusza  Kapczyńskiego „Pocztówka znad Gardy”.  W to cudowne miejsce staram się uciekać co roku, a teraz wiem już prawie wszystko o winach,  które powstają w tym włoskim zakątku.

Witamy też nowego felietonistę kulinarnego — pan Jacek Łodziński cudownie opowiada nam o kuchni i wprowadza w historyczne  konteksty smaku. 

5

zaznacz na mapie życie 4.0 modowy miniprzewodnik po Paryżu filmowo — „The Killing” filmowo „Jesteś bogiem” filmowo — „Episodes” wielkie boom art książki do plecaka

62 65 64 66 67 68 70 72

z prowincji

74


4

Projekt graficzny, skład i przygotowanie do druku: Marcin Hernas (tessera.org.pl) Paweł Wójcik (tessera.org.pl)

Wydawca: Krakowska Grupa Multimedialna sp. z o.o. ul. Ślusarska 9/28 30­702 Kraków tel: 12 257 12 35 fax: 12 257 00 04 trendy@kgm.pl

Prezes Zarządu: Jarosław Knap

Marketing: Katarzyna Jakubowska

Marketing Manager: Dagmara Piaseczyńska (dagmara@kgm.pl)

Współpraca: Paulina Klepacz (dział moda) Agata Patykiewicz Katarzyna Wilk Magdalena Hutny Mariusz Kapczyński Gabriela Sacha Marta Maniecka Stanisław Ligas

Redakcja: Andrzej Drobik Bartek Jaźwiński Marta Prządo

Sekretarz redakcji: Dagmara Konefał trendy@kgm.pl

Redaktor naczelna: Katarzyna Kasprzyk kasia@kgm.pl

piksele


ćąnimo ymśinniwop ein hcy rótk ,ńezrady w akliK

rekomendacje

ejcadnemoker PRZYGOTOWAłA Marta duszyk

1

„Aleksander Rodczenko. Rewolucja w fotografii”

D

o 19 sierpnia w Gmachu Głów­ nym Muzeum Narodowego w Krakowie prezentowane są zbiory Muzeum Moskiewskiego Domu Fotografii. To ponad trzysta prac Aleksandra Rodczenki — gwiaz­ dy rosyjskiej awangardy, klasyka no­ woczesnej fotografii, słowem: jednego z najważniejszych twórców XX wieku. Na wystawie możemy zobaczyć przede wszystkim fotografie artysty, między innymi te najbardziej znane, jak „Schody”, „Dziewczyna z leiką” czy „Lila Brik”, przy czym spora część zbioru to odbitki autorskie, robione

jeszcze przez samego Rodczenkę. Na ekspozycję składają się również inne prace artysty — sporo grafiki użytkowej, plakaty, okładki, projekty, fotomontaże, odbitki poligraficzne reklam. Parafrazując słynną wypo­ wiedź Rodczenki: „Eksperyment jest naszym obowiązkiem”, można stwier­ dzić, że obowiązkowa jest obecność na wystawie każdego, kto interesuje się fotografią i jej historią. 22 maja—19 sierpnia 2012 r., Muzeum Narodowe w Krakowie (al. 3 Maja 1), www.muzeum.krakow.pl

2

Coke Live Music Festival

P

o raz kolejny miłośnicy brzmień spod znaku hip­hopu, R’n’B, popu i rocka spotkają się w Krakowie na terenie Muzeum Lotnictwa, by przez dwa dni cieszyć się świętem muzyki na jednym z naj­ większych letnich festiwali w Polsce. Odbywający się cyklicznie od 2006 r. festiwal przyciąga coraz więcej fanów, a o jego niewątpliwym sukcesie świad­ czy nominacja do UK Festival Awards w 2009 r. (w kategorii Best Overseas

Festival). Pierwszy dzień festiwalu uświetnią występy amerykańskiego alternatywnego zespołu rockowego The Killers i jednej z najpopularniej­ szych grup hip­hopowych The Roots. Dzień drugi będzie nie mniej emocjo­ nujący, bo wystąpią zespół Placebo (na zdjęciu) i raper Snoop Dogg. 11—12 sierpnia 2012 r., Muzeum Lotnictwa w Krakowie (al. Jana Pawła II 39), www.livefestival.pl

5


rekomendacje

rekomendacje Kilka wydarzeń, których nie powinniśmy ominąć

23. Międzynarodowe Biennale Plakatu

L

apidarna forma i czytelność prze­ kazu — to krótka charakterystyka sztuki plakatu, wymagającej od twórcy zarówno zdolności pla­ stycznych, jak i umiejętności precy­ zyjnego operowania słowem. Plakat bowiem to połączenie obrazu i słowa, tak skomponowane, by przyciągnąć uwagę, zainteresować, zaintrygować, a czasem sprowokować odbiorcę. Plakaty reklamowe, ideowe, kulturo­ we — najlepsze spośród 2165 zgłoszo­ nych do tegorocznej edycji Biennale

D

la wszystkich zmęczonych upałem, pracą, urlopem, spor­ tem, czynnym odpoczywaniem, zakupami lub czymkolwiek innym Lato Leniwców to idealne rozwiąza­ nie. W tegoroczne wakacje festiwal spowalniania czasu będzie miał miejsce od 2 do 5 sierpnia na placu Szczepańskim. To wyśmienita okazja dla tych, którzy potrzebują pokrzepie­ nia ciała i ducha w lekkiej, przystępnej formie niewymagającej zbytniego

wysiłku ani fizycznego, ani intelektual­ nego. W myśl zasady wyznawanej przez organizatorów: „Program na dziś zo­ stanie podany jutro” nie znamy jeszcze szczegółów, ale z pewnością możemy liczyć na degustację wina, smakołyki od restauratorów i „dostawców chwilo­ wego szczęścia pod różnymi postacia­ mi”, a to wszystko w oprawie koncertów, pokazów i wydarzeń specjalnych. 2—5 sierpnia 2012 r., plac Szczepański, Kraków

5

Sigur Rós i Kronos Quartet na 10. Sacrum Profanum 6

3

T

egoroczny program Sacrum Profanum jak zwykle imponuje bogactwem. W trwającym od 9 do 17 września festiwalu na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Są jednak dwa wydarzenia, których przegapić po prostu nie można: dwa koncerty Sigur Rós i Kronos Quartet 16 i 17 września w hali ocynowni ArcelorMittal Poland. Będzie to jeden z pierwszych kon­ certów Sigur Rós po ich niedawnym wznowieniu działalności — wracają z nowym materiałem i każdy, kto zna

Plakatu — można obejrzeć do 16 września w Galerii Głównej Muzeum Plakatu. Warszawskie Biennale Plakatu to najstarszy konkurs w tej kategorii na świecie, a na wystawach konkurso­ wych gościli najwybitniejsi twórcy, mię­ dzy innymi Andy Warhol, Kazumasa Nagai, Henryk Tomaszewski, Ikko Tanaka, Jan Młodożeniec.

4

2 czerwca—16 września 2012 r., Muzeum Plakatu w Wilanowie (ul. St. Kostki Potockiego 10/16), www.postermuseum.pl

III Lato Leniwców/ Festiwal Spowalniania Czasu

ten zespół, wie, że możemy się spo­ dziewać czegoś naprawdę dobrego. Niezwykły klimat, introwertyczność i muzyczne eksperymenty, a jakby tego jeszcze było mało, na deser organizatorzy serwują nam Kronos Quartet z ich niesamowitym brzmie­ niem, niezależnie od tego, czy grają muzykę poważną, adaptacje jazzo­ we, folkowe czy jazzowe. 16—17 września 2012 r., hala ocynowni ArcelorMittal Poland w Krakowie (ul. Ujastek 1), www.sacrumprofanum.com


R


sylwetka

a

prześliczny wiolonczelista O płyciznach intelektualnych obecnego dziennikarstwa, małych  i dużych przyjemnościach, smakach i zapachach z dzieciństwa,  o Warszawie, Berlinie i wysportowanych wiolonczelistach znających się na rachunkowości rozmawiamy z Agatą Passent ROZMAWIAłA katarzyna kasprzyk

ZDJĘCIA WOjtek WIeteska

Kim chciała być mała Agata? Miałam chyba mocno zaburzoną tożsamość płciową, bo chciałam być chłopcem. Chciałam być hokeistą, później strażakiem. Nigdy nie ma­ rzyłam, żeby być felietonistką. Dużo zawdzięczam swojej pierwszej sze­ fowej z redakcji „Twojego Stylu”, pani Krystynie Kaszubie — ona wiele mnie nauczyła i dała mi szansę w postaci stażu, a później współpracy i możli­ wości pisania stałych felietonów. 8

A miałaś tremę przed pierwszym felietonem? Z jednej strony ojciec: Daniel Passent, guru polskiego felietonu, z drugiej matka: Agnieszka Osiecka, niezwykła poetka. Czułaś presję? Nawet nie. Wcześniej pracowałam w takim słodkim czasopiśmie dla dziewczyn „Filipinka”. Pewnie mało kto je pamięta, ale to było pismo z misją, dla dorastających dziewczyn. Oprócz banalnych tematów urodo­ wych były tam też całkiem niezłe

teksty literackie, psychologiczne, sa­ tyryczne. Ja prowadziłam korespon­ dencję ze Stanów Zjednoczonych. Nie czułam się stremowana, dla mnie felieton to naturalna forma wypowie­ dzi: pisząc, czuję, że rozmawiam. Nie jest tak, że siadam i myślę: „teraz to stworzę pomnikowe dzieło”. Co do rodziców — zawsze miałam prawo do własnego głosu. Nie porównuję swojej skali do skali tematów, jakie porusza mój tata. Chyba mamy zu­ pełnie różny styl i różne dziedziny nas fascynują. Prywatnie się uwielbiamy. Rodzice nigdy nie podkreślali, że są w czymś lepsi ode mnie, ani nie sta­ wiali się na pomniku. Dziennikarstwo to niezwykle po­ wierzchowny zawód, a ostatnie lata są wręcz tragiczne dla tej dziedziny.


agata passent Duża dawka autoironii i humo­ ru, sporo dy­ stansu do siebie, warszawianka i kosmopolitka. Prywatnie mama Kuby, partnerka Wojtka Wieteski, córka Agnieszki Osieckiej i Da­ niela Passenta. Ekstenisistka zawodowa, nie­ doszła hokeistka, absolwentka Uniwersytetu Harvarda. Felietonistka, która nie ulega tabloidyzacji mediów. Szefowa Funda­ cji Okularnicy, popularyzującej twórczość Ag­ nieszki Osieckiej.

i stąd ubogie słownictwo. Ja też pa­ dam tego ofiarą, jestem częścią tych mediów. Więc stan zniesmaczenia jest dla mnie próbą wyjścia z sytuacji. Nie marzyłam nigdy, żeby być dzien­ nikarką, i zgadzam się tutaj z tatą, że jest to powierzchowne zajęcie i takie bardzo „motyle”. Bo dobre filmy czy książki zostają na długo, a co było w przedwczorajszej gazecie? Tego nikt nie pamięta. Za to forma felietonu na pewno się broni, po znakomitych felietonistów sięga się po wielu latach — „Kroniki” Prusa są dobre do dziś o każdej porze dnia. Można też wydać książkę (jak zrobił Daniel Passent), by móc zobaczyć, jak to wyglądało kiedyś. Sięgnąć do czyjejś pamięci, obrazu. Na coś podobnego liczę, pisząc stały felieton do miesięcznika „Twoje Dziecko”. Za 40 lat, kiedy moje dzie­ cko będzie mężczyzną z brzuszkiem, będzie mogło do tego sięgnąć, a dzi­ siejsze matki, które będą babciami, zobaczą, jak to było być rodzicem

bardzo wysoki poziom, co oczywiś­ cie wiązało się ze stresem i wytężoną pracą. Ciekawe było też zderzenie z zupełnie nową kulturą. Na począt­ ku lat 90. Polska była niesłychanie hermetycznym krajem, a dla mnie to był okres spotykania ludzi z róż­ nych krajów — amerykański melting pot był dla mnie większą szkołą niż książki. W Stanach byłam zwykłą dziewczyną z bardzo egzotycznego kraju i z wielką dumą nosiłam swetry góralskie robione na drutach, kupio­ ne na Krupówkach. To był prawdziwy szpan — na pewno się odróżniałam. „Mężczyzna w swetrze w romby nie czyni zła” — napisałaś w „Stacji Warszawa“. Jakie cechy powinien mieć mężczyzna, by był fascynujący, pociągający i seksowny? Zawsze fascynowały mnie trzy typy mężczyzn naraz, całkowicie różne ty­ py, dodajmy. Typ artystyczny: zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mają jakiś wielki talent, np. do fotografowa­ nia albo muzyki. Uwielbiam wiolon­ czelistów. Wiolonczela to instrument wymagający siły i wielu ćwiczeń, fi­

W Stanach byłam zwykłą dziewczyną z bardzo egzotycznego  kraju i z wielką dumą nosiłam swetry góralskie robione na  drutach, kupione na Krupówkach. To był prawdziwy szpan Smutno mi patrzeć na to, co się dzieje w mediach, w tytułach, które jeszcze kilka lat temu były ważne, opiniotwórcze. Teraz wszystko się nieprawdopodobnie tabloidyzuje. Kryzys finansowy przekłada się na jakość tekstów, na jakość ludzi, któ­ rych się zatrudnia. Ja jeszcze miałam to szczęście, że poprzez rodziców (mama także była dziennikarką, też pisała felietony) otarłam się o ten stary, klasyczny styl funkcjonowania redakcji. Wtedy dziennikarze spo­ tykali się i omawiali każdy numer pisma. W redakcjach poszukiwało się ludzi naprawdę utalentowanych, pisało się teksty, a nie (tak jak teraz) tylko „tworzyło content”. Obecnie dziennikarzom narzuca się szaleńcze tempo, nie mają czasu, żeby zrobić porządny research, żeby wycyze­ lować tekst. Nie mają sił, żeby się samemu rozwijać — nie czytają

w 2012 r. Ja bardzo lubię czytać takie poradniki dla gospodyń sprzed stu lat i myśleć o wyzwaniach, z którymi stykały się kobiety dawno temu. Wtedy na pewno będzie funkcjo­ nować jakaś nowa jedynie słuszna teoria, dotycząca wychowania dzieci. Obalą nasze wszystkie psychologicz­ ne i dietetyczne mity, okaże się, że zdrowe są schabowe i pączki. Fajnie by było… Czego nauczył Cię pobyt w Stanach Zjednoczonych? Po drugiej klasie wyjechałam do Stanów i tam skończyłam liceum Buckingham Browne & Nichols. Jestem fatalną absolwentką, bo nie chodzę na żadne zloty i zjazdy, pew­ nie bym zaliczyła zjazd psycholo­ giczny na takim zlocie. Liceum miało

zycznie wyczerpujący. Jednocześnie finezja, piękne, precyzyjne dłonie, to szaleństwo i ten tajemniczy język muzyki, do którego ja się nigdy nie przebiłam. Typ zaradny: jestem oso­ bą, która nie ogarnia wielu rzeczy, z przerażeniem podchodzi do insty­ tucji i urzędów, więc imponują mi ludzie, którzy są świetni w księgowo­ ści, w zarządzaniu, mają poukładane segregatory w mieszkaniu, potrafią obudzeni w nocy wyciągnąć PIT­y i druczki z ZUS­u z 10 lat wstecz. Typ sportowy: jestem emerytowaną teni­ sistką, uprawiałam tenis zawodowo. Obserwowałam ostatnio naszych piłkarzy, oni wyglądają świetnie, a po czterdziestce nagle coś się z nimi zaczyna robić, rosną im brzuchy i zostają działaczami sportowymi. Z doskonale dryblujących chłopaków stają się potworami uwikłanymi we fryzjerskie afery. To dokładnie nie


sylwetka

o takich sportowców mi chodzi, tylko o tych konsekwentnych, zdyscypli­ nowanych i wiele wymagających od swojego ciała. Ciężka praca podpar­ ta dobrą rzeźbą. Kajakarze też mi się podobają — są świetnymi facetami, bo muszą wstawać o piątej rano na pierwszy trening i współpracować w drużynie. Tak wyszedł mi ideał męski: kajakarz grający na wiolon­ czeli i wiedzący, czym się różni brutto od netto. Kiedyś powiedziałaś, że z natury jesteś kawalerem. Trochę ustawiła mnie pierwsza mi­ łość, która z mojej winy się rozsypała. Następne związki jakby specjalnie psułam. Miałam zawsze trudności z braniem odpowiedzialności za kogoś — stąd mój idealny status kawalera, czyli osoby, która nigdy emocjonalnie nie dojrzewa. To się zmieniło z wiekiem, teraz jestem z kimś nawet w trudnych mo­ mentach i cieszę się, że potrafię iść na kompromis. Doceniam ludzi, któ­ rzy potrafili przejść przez problemy. 10

Może nie powinnam używać porów­ nania do przedmiotów, ale lubię na przykład mieć jeden zegarek przez wiele lat; nie widzę powodów, by kupować nowe rzeczy, kiedy stare są jeszcze dobre. Myślę, że w związ­ kach można zastosować analogię, oczywiście nie za wszelką ceną. Od kilku lat mam satysfakcję z tego, że dajemy radę w naszym związku z Wojtkiem [Wieteską — przypis redakcji], nawet miewając trudniejsze sytuacje. Niedawno obchodziliśmy szóste urodziny naszego synka. Wszystko się zmienia, ale mimo wszystko dobrze się czuję, kiedy jestem sama. Od czasu do czasu bardzo lubię być sama [uśmiech]. Twoje życiowe przyjemności, te drobne i duże, to…? Drobny diament, bo najlepsze są ba­ nalne przyjemności. Na przykład kolia [uśmiech]. Z przedmiotów — mam słabość do motoryzacji, podobają mi się samochody, ale innych ludzi. Gdybym miała wolną gotówkę, to nie przeznaczyłabym jej na wielkiego ran­ ge rovera, na które moda zapanowała

ostatnimi czasy w Warszawie i które palą niemiłosiernie dużo benzyny. Lubię samochody, kiedy inni nimi jeżdżą, ja pieniądze wolałabym przeznaczyć na sztukę. Uwielbiam zwiedzać muzea, galerie, czasami przeznaczam oszczędności na kupno dzieł sztuki, mam sporo historycznej, polskiej fotografii, lata 40., 50., 60., 70., prace Jerzego Lewczyńskiego, Bogdana Dziworskiego — i bardzo lubię na nie patrzeć. Kocham polską przyrodę, krajo­ brazy jak z filmu „Brzezina” Wajdy, takie z brzózkami, choć teraz każda brzózka kojarzy się wszak ze Smoleńskiem! Uwielbiam pust­ kę i zmienność krajobrazu na Kaszubach. Lubię uczestniczyć w takich zupeł­ nie banalnych sytuacjach — typu spacer po deptaku nad Bałtykiem. Jestem też łakomczuchem, pocią­ ga mnie jedzenie z różnych stron świata. Nigdy nie mogłabym być na żadnej diecie — przyjemności jedzenia nigdy sobie nie odma­ wiam. Jestem pożeraczem mięsa,


Oprócz tego mój związek z Wojtkiem się na tyle rozwija, że należę do szczęśliwych ludzi, dla których przyjemnością jest rozmowa z part­ nerem i zwykłe „bycie razem”, a nie równolegle. W tym numerze przewija się przez nasze strony temat fotografii. Tutaj związek sam się narzuca. No tak, ja na tyle kocham fotografię, że jestem w związku z fotografem. To nie jest tak, że to, co robi nasz partner jest dla nas bez znaczenia. Zakochując się w nim, zakochujesz się też w jego pasji. Oglądanie Wojtka przy pracy, jak on postrzega rzeczywistość, jak wybiera swój

To pierwszy projekt takiego publiczne­ go archiwum, który powstał w Polsce. Jestem bardzo dumna z dziewczyn z fundacji i z osób, które się do tego przyczyniły. Mamy też działalność związaną z piosenką — od 15 lat istnieje konkurs „Pamiętajmy o Osieckiej”. Kolejną częścią działalności fun­ dacji jest strona wydawnicza. Współpracujemy z wydawnictwem Prószyński. Moja „druga mama”, Marta Passent, jest redaktorką se­ rii Agnieszki Osieckiej z czarnymi okładkami i przygotowuje kolejne tytuły. Zachęcam do współpracy, zajrzyjcie na www.okularnicy.org.pl Część Twojej definicji centrum brzmi: „gdy w nocy wysiądą nam korki, to w mieszkaniu i tak jest widno od otaczających nas miejskich neonów”. Za co lubisz Warszawę?

Za co lubię Warszawę? W Warszawie jest mnóstwo niesamowicie inspi­ rujących ludzi, którzy ciągle tworzą nowe ogniska duchowe — to mogą być nowe knajpki, nowe teatry, nowe firmy. Jest to też miasto niezwykle kreatywnych kobiet, które zawsze mnie inspirowały. Jesteśmy miej­ scem zielonym, ale miastem, które historycznie i architektonicznie nie ma tożsamości. Nie mamy rynku, co z jednej strony jest smutne, a z dru­ giej strony ciekawe psychologicznie, bo każdy musi stworzyć swoje włas­ ne centrum miasta.

sylwetka

nikt mnie na wegetarianizm nie przeciągnie. Najbardziej brakuje mi wolnego czasu, by spędzać go wraz z przyjaciółmi.

Mieszka tu bardzo dużo ludzi, którzy twierdzą, że są tutaj tylko przejazdem, że zrobią kiedyś wiel­ ką karierę na Wall Street a potem wrócą do Krakowa czy Żyrardowa kochanego. Człowiek, który trafił gdzieś przejazdem, jest bardzo ciekawy: tymczasowy, poszukujący. Lubię to, że sporo osób paraduje po mieście z mapą — to nie kla­ syczni turyści, tylko ludzie od nie­ dawna mieszkający w Warszawie. Sami warszawiacy czasami są takimi ignorantami, że znają nazwy

W Warszawie jest mnóstwo niesamowicie inspirujących ludzi, którzy ciągle tworzą nowe ogniska duchowe — to mogą być nowe knajpki, teatry, firmy. Jest to też miasto niezwykle kreatywnych kobiet moment decydujący w fotografii, też jest dla mnie fascynujące. Wracając do przyjemności, mam to szczęście, że zawodowo robię to, co mi w życiu sprawia przyjem­ ność. Siadając do pisania, raczej odczuwam radość, niż myślę: „O mat­ ko, znowu muszę coś wystukać”. Codzienna praca w Fundacji im. Agnieszki Osieckiej Okularnicy (bo nie jest to dodatkowe zajęcie, ale praca na pełny etat) to ciężka pozytywi­ styczna robota, ale kiedy przychodzą owoce pracy, mamy wielką przyjem­ ność. W fundacji zajmujemy się bez­ pośrednią opieką nad gigantycznym dorobkiem, który zostawiła moja mama, bardzo polecam wielbicielom i badaczom stronę www.archiwum­ agnieszkiosieckiej.pl. Zebraliśmy setki tysięcy stron różnych rękopisów, ma­ szynopisów, dzienników, korespon­ dencji. Sfotografowaliśmy obiekty; można tam zobaczyć pokój poetki.

Jestem bardzo sentymentalna, lubię piosenki, które już słyszałam, i miejsca, które znam. Wracając do nich, trochę okłamuję czas. Pierwsze lata życia spędziłam w Falenicy, na przedmieściach Warszawy. Raz albo dwa razy w roku muszę przejechać się kolejką wzdłuż linii otwockiej, by poczuć ten klimat małych kurortów, przepięknego lata i sosnowe­ go mikroklimatu. Z dzieciństwa pamiętam cień i zapach, które dawały lasy sosnowe. To są takie trochę powroty psychologiczne do brzucha mamy, bardzo zmysłowe: zapach sosen, piaszczysta, jasna ziemia i kąpiele w Świdrze. Jednak dojazd z wiejskich domków to zabawa nie dla mnie. Od dłuższe­ go czasu prowadzę wojnę z sa­ mochodem, staram się jeździć jak najmniej i nie dołączyć do grona ludzi paplających o tym, jak ich boli kręgosłup.

tylko tych ulic, gdzie mieszkają, gdzie pracują i gdzie jeżdżą do babci na pysznego kotleta. Warszawa cały czas się rozwija, pojawiają się nowe miejsca — uwiel­ biam być turystą u siebie w mieście, zatracić się w Warszawie, pojechać tramwajem do końca linii, teraz na rowerze dużo jeżdżę… Podobnie jest z Berlinem? W Warszawie jestem na swoim te­ renie, kiedy czasami jadę autem, to myślę, że jest coś kojącego i dające­ go fajną adrenalinę w tym, że nawet gdybym bardzo chciała, to nie mogę się zgubić. A Berlin to cały czas niewiadoma; tam mam przyjemność błąkać się w tym olbrzymim mieście. Tam odpoczywam, jestem anonimo­ wa, bo Warszawa to mały kociołek towarszyski (co bywa męczące). Anonimowość jest relaksująca. 11


moda

Brytyjski dżentelmen z czasów

Kuby Rozpruwacza Wojciech Piotr Onak oprócz projektowania zajmuje się głównie

fotografią, tworzeniem filmów o modzie, a także komunikacją wizualną mody i nowymi mediami. Swoje filmy pokazywał m.in. podczas tygodnia mody w Nowym Jorku, Paryżu i Londynie Rozmawiała: katarzyna kasprzyk

Wojciech Piotr Onak Pochodzi z okolic Tarnowa, skończył prestiżową Central St.Martins College of Art and Design, na kierunku medialna komunikacja mody (a wcześniej auto­ matykę i robotykę na krakowskiej AGH). Wykłada na University of the Arts London, od dawna związany był z Show Studio — bry­ tyjskim studiem kre­ atywnym w Londynie. Założyciel i dyrektor artystyczny marki mo­ dy męskiej — Polygon. Zapamiętajmy to na­ zwisko, bo o Wojtku i Polygonie będzie głośno. Mieszanka pasji, pracowitości i talentu zawsze daje świetne efekty.

Onak ze swobodą porusza się po świecie mody: współpracował z Nickiem Knightem m.in. przy projekcie „Fashion Revolution” pod­ czas London Fashion Week czy z Alexandrem McQueenem przy edycji ostatniego filmu z pokazu w Paryżu. Artysta opowiada nam o interaktywności filmów o modzie — dzięki nim widz może przypatrzeć się projektowi, modelce, obiektom i uchwycić moment na dłużej niż dzięki fotografii. Wejść w prawdziwy świat mody, za kulisy: — Ta interak­ cja ma przyciągnąć, zaangażować ludzi do danego projektu, a także pokazać im, jak to się w ogóle robi. Żeby zobaczyli, jak wyglądają kulisy takiej produkcji — wyjaśnia Wojtek. Podczas poznańskiego Art & Fashion Festival, około 3 lat temu zrobiłeś projekt z Haliną Mrożek, artystką, która w swoich wypowiedziach oscyluje między modą a rzeźbą. Akcja miała miejsce podczas mojego wykładu, nigdy nie robię go w formie ex cathedra. Słuchacze w kartach do głosowania zdecydowali, jak chcą być ubrani. Wybraliśmy strój, który dostał najwięcej punktów. Daliśmy to Hali, studenci nie wiedzieli, gdzie ona jest, ale widzieli ją na telebimie w sali. Halina w ciągu 40 minut, stwo­ rzyła rzeźbę modową, a pod koniec

12

Dzięki filmom o modzie widz może przypatrzeć się projektowi, modelce, obiektom i uchwycić moment dłużej niż na fotografii. Wejść w prawdziwy świat mody odsłoniliśmy wielką kotarę i wszyscy zobaczyli na żywo powstałą rzeźbę i dowiedzieli się, że artystka projekto­ wała ją tuż za nami. To kolejny ele­ ment nowej rzeczywistości, w której funkcjonujemy i w której funkcjonuje moda — nie wiesz, gdzie się dzieje sztuka, może być tuż obok ciebie, a może na drugim końcu świata. Zacierają się granice, a ciebie nie interesuje, czy to Nowy Jork, Kraków, czy jakaś wioska zabita dechami. To się dzieje na ekranie komputera, tu i teraz. Zyskujesz jedność — czu­ jesz się częścią tego wydarzenia. Jednocześnie to, co kiedyś elitarne, staje się egalitarne? Dokładnie tak. Co jest dobre i złe, bo elitarność w modzie jest do­ bra. Dlatego wielu projektantów było przeciwnych i nie pozwalało

na początku wkraczać za kulisy ich poczynań. Teraz już nie protestują — postępu nie da się zatrzymać. Współpracowałeś z wieloma znanymi artystami, od kogo się najwięcej nauczyłeś? Od Nicka Knighta, dzięki niemu stał­ łem się tą osobą, którą jestem. To by­ ła ciężka praca i mnóstwo inspiracji. A jak doszedłeś do projektowania? Od zawsze chciałem mieć swo­ ją markę. Powstał Polygon, jest to na razie marka męska (nie możemy się doczekać linii dla ko­ biet — przypis redakcji). Projektuję to, co lubię, to, co sam chciałbym nosić. Sam początek inspiracji dla Polygonu to postać dżentelmena, czyli ele­ ganckiego mężczyzny, w dobrze


moda skrojonych ubraniach, z dobrych gatunkowo materiałów, ale na luzie. Szyjemy garnitury na miarę metodą z Savile Row, czyli bardzo tradycyjną. Jestem niesłychanie wymagający wobec siebie i ludzi, którzy ze mną pracują. Od początku dobry wygląd mężczyzny kojarzył mi się z kla­ są — prosto, ale ciekawie. To mnie fascynowało. Mam dużo naleciałości wizualnych z Anglii, podoba mi się wygląd brytyjskiego dżentelmena z czasów Kuby Rozpruwacza, szyk ubioru myśliwskiego. Jednocześnie od dziecka wychowywałem się w kli­ matach offroadu, quadów, szerokich, luźniejszych ubrań — stąd pewno

w moich kolekcjach pojawiają się barwy ziemi, dużo brązu i zieleni, Najlepszy czas na quady to wczesna wiosna i późna jesień, te kolory błota, trawy, mam zapisane w tyle głowy. Mężczyźni chyba wyjątkowo cenią sobie wygodę i komfort noszenia ubrań? Przyznaję, że Polygon powstał też dla mnie. Lubię ubrania uniwersalne, chcę na przykład wyjść w jednym stroju na spotkanie, ale potem do pu­ bu. Wystarczy, że zmienię jedną rzecz i cały czas będzie to szykowne i fajne, ale może mieć mniej formalny charakter. Mężczyzna musi mieć

wygodne ubranie, w którym pójdzie do pracy, na casual friday, na lunch, a po pracy w piątek może ściągnąć marynarkę, rozpiąć koszulę i pójść zabalować. Dlatego ta koszula ma detale w środku, jak ja roze­ pniesz, czy podwiniesz rękawy — całość zmienia charakter. Dodasz krawat — stajesz się bardziej ele­ gancki. Moda bywa sztuką, owszem, ale w noszeniu na co dzień powinna być wygodna. PS Mamy informację z ostatniej chwili, że damska kolekcja wchodzi na sezon jesień-zima.

Zdjęcia: Wojciech Piotr Onak, jesienna kampania Polygonu

13


moda

Niegrzeczny wieczny chłopiec, który zrobił zawrotną karierę — z powodzeniem odnowił  markę Louis Vuitton, a jego autorskie kolekcje są zawsze trafi one i symbolami popkultury.  Genialnie łączy retro i nowoczesność, a jego bajkowe, kolorowe i zarazem kobiece  kreacje mają miliony fanek na całym świecie.

Marc Jacobs

Geniusz współczesnej mody

❶ naszyjnik River Island ❷ bluzka H&M ❸ bluzka Asos ❹ okulary Marc Jacobs ❺ baleriny Only Shallow/Pakamera ❻ koszyk New Yorker ❼ sukienka Confashion ❽ spódnica Topshop ❾ spodnie C&A

❺ 14


moda

29-letni Wang w zawrotnym tempie podbił rynek mody dzięki swojemu  prostemu i zarazem grunge’owemu stylowi. Mistrz T-shirtu w luksusowym wydaniu oraz mody łączącej w sobie pierwiastki sportowe i męskie, które są znakami rozpoznawczymi współczesnych cool girls.

Alexander Wang

Mistrz seksownej prostoty

❸ ❷ 16


❼ ❶ tunika est by ES ❷ szorty Pull&Bear ❸ sweter Stefanel ❹ kurtka Asos ❺ torebka H&M ❻ szpilki River Island ❼ spodnie H&M ❽ sukienka River Island

 r e k l a m a 


moda

Mary Katrantzou

Królowa nadruków Wyznacznikiem stylu greckiej projektantki tworzącej  w Londynie są kobiece sukienki zadrukowane różnymi  bardzo kolorowymi obrazami. Mary inspiruje się i sztuką (np. malarstwo rokokowe), i codziennością  (np. pola tulipanów), co daje niesamowite efekty.

18


moda

 r e k l a m a 

❶ torba Mary Katrantzou for Longchamp ❷ żakiet H&M Conscious Collection ❸ sukienka Kumi ❹ sandały River Island ❺ spódnica Asos ❻ Mary Katrantzou for Topshop ❼ bluzka Pull&Bear ❽ legginsy H&M ❾ H&M Conscious Collection

❻ STYLIZACJA pauLIna kLepacz

19


moda

e c n a g é l   é e t n a l a h c n no 20


moda

reaLIzacja sesjI: STAFF BY MAFF adres: WWW.STAFFBYMAFF.PL MOdeLka: JULIA KUCZYŃSKA FOtO: łUKASZ PLEWA

po lewej: sukienka i kurtka: StaffByMaff buty: DeeZee biżuteria: KOD, YES, Malvare powyżej: kurtka: StaffByMaff buty: DeeZee biżuteria: ooh!Andy bransolety: dedicated­charms, Zealotries spodnie: Romwe

21


moda

bluzka: StaffByMaff buty: Black Milk & Jeffrey Campbell spodnie: New Yorker biżuteria: Vanessa Fernández

22


prOjektant: W P ONAK MOdeL: MACIEJ ŻURAWSKI zdjĘcIa: KASIA WOŹNIAK

moda

pOLygOn | sezOn WIOsna—LatO 2012

UBRANIA DOSTĘPNE NA STRONIE WWW.POLYGONMEN.COM ORAZ W WYBRANYCH BUTIKACH NA ŚWIECIE W TYM W IDEA FIX, BOCHEŃSKA 7, KRAKÓW

n e m l e t n e ż   d ensywie f o    w 23


24

moda


25

moda


styl życia

Przyjęcie perfekcyjne Zaplanowanie i przeprowadzenie udanego przyjęcia to nie lada wyzwanie.

Łatwo zgubić się w kulinarnych niuansach, pomylić skomplikowane zasady sadzania gości przy stole lub przeoczyć istotny szczegół. Z pomocą przychodzi nasz miniporadnik, opracowany na podstawie skarbnicy wiedzy o savoir vivre, czyli książki „Gentleman” Adama Granville’a. Marta Prządo

P

rzygotowanie idealnego przyjęcia wiąże się z szeregiem decyzji, od których będą zależeć późniejsze opinie zaproszonych gości. Warto więc poświęcić czas na dokładne opracowanie planu działania, aby mógł przełożyć się na sukces towarzyski. Przede wszystkim należy wybrać godzinę przyjęcia, któ­ ra, według terminologii dworskiej, narzuci rodzaj posiłku. Na śniadanie zapraszamy między 12 a 14, na obiad po 19, a kolacja odbywa się niemal w nocy, bezpośrednio po wieczornym wydarzeniu artystycznym. Wybór formy posiłku jest naprawdę imponujący: śniadanie robocze, brunch, śniadanie obiadowe, aperitif, linner, low tea, ­cocktail prolongé, cendrillon, nightcap (podkurek).

26

Komponując menu, warto skorzystać z utartego i spraw­ dzonego schematu: zimna przekąska, zupa, gorąca prze­ kąska, ryba, sorbet, pieczyste, deser. Pozycja sorbetu w menu wydaje się zaskakująca, ale w rzeczywistości jest w pełni zasadna — orzeźwiający miąższ owoców zmieszany z alkoholem przygotowuje nasze kubki sma­ kowe do pełnego kosztowania dania głównego. Podobne właściwości ma... wódka. Pamiętajmy, że w menu nie po­ winno być potraw kuchni cudzoziemskich. Prym wiedzie kuchnia narodowa, nie wyłączając trunków (we Włoszech wino, w Polsce wódka). Karty informujące o menu wraz z karteczkami z nazwiskami poszczególnych gości należy ułożyć przy każdym nakryciu. Sala, w której odbędzie się przyjęcie, powinna mieścić około 12—14 nakryć; jest to uniwersalna liczba. Stoły ułożone w podkowę sprzyjają widowiskowej prezentacji potraw lub występom artystycznym, ale uniemożliwiają swobodną rozmowę, na co z kolei pozwala układ prosto­ kątny lub pojedyncze, okrągłe stoły. Istotnym elementem planowania przyjęcia jest placement, czyli właściwe roz­ sadzenie gości przy stole. Najważniejsze miejsca zajmują goście honorowi, usadzeni obok gospodarzy, a w całym układzie obowiązują reguły przeplatanie kobiet i mężczyzn oraz rozdzielania par. Do obowiązkowych elementów


Pamiętajmy, że w menu nie powinno być potraw kuchni cudzoziemskich. Prym wiedzie kuchnia narodowa, nie wyłączając trunków (we Włoszech wino, w Polsce wódka)

styl życia

Organizator może wybrać spośród czterech sposobów serwowania potraw — po francusku, rosyjsku, angielsku i niemiecku. Każdy z nich ma swoje wady i zalety, a osta­ teczny wybór zależy od rodzaju przyjęcia i możliwości techniczno‑organizacyjnych miejsca, w którym się ono odbywa. Serwowanie po francusku można uznać za „bu­ fet na siedząco”, ponieważ wszystkie potrawy (łącznie ze słodkimi deserami i owocami) podawane są w tym sa­ mym momencie, na środku stołu, a każdy gość sam nakła­ da sobie porcje na talerz. Service à la russe polega na po­ dawaniu gościom podgrzewanych talerzy z nałożonymi już potrawami. W serwowaniu angielskim główną rolę odgry­

 r e k l a m a 

nakrycia stołów należą: obrus, świeczniki, serwety ułożone na talerzach głównych, zastawa stołowa, sztućce, szkło, pieczywo, sól (jako jedyna akceptowana przyprawa).

N

iech dopa dnie Cię rytm pulsującej muzyki, poczuj zapach aromatycznych cygar, spróbuj rumu, nie tylko w hemingwayowskim mojito !!! GARDEN SCANDALE ZAPRASZA DO NOWEGO LETNIEGO BARU HAVANA CLUB. ATMOSFERA SŁONECZNEJ PLAŻY I STAREJ HAVANY-TIKI BAR, GDZIE MOŻNA SKOSZTOWAĆ DZBANÓW PEŁNYCH KOLOROWYCH, LETNICH DRINKÓW, KOKTAJLI I NAPOJÓW.

Czynne w lecie. cafebar@scandale.pl oraz 501 301 104 lub 505 222 236

wa gerydon, czyli wózek do potraw, na którym przywozi się potrawy, które następnie są tranżerowane na oczach gości. Serwowanie po niemiecku oznacza podawanie gościowi potrawy z podtrzymywanego przez kelnera półmiska. Obsługiwanie gości w dużej mierze opiera się na kilku, podstawowych zasadach: z prawej strony gościa podaje się i zbiera naczynia oraz nalewa trunki, natomiast z lewej strony podaje się wszystkie potrawy.

www.scandale.pl

Na każdym przyjęciu obowiązuje dress code, czyli określo­ ne reguły dotyczące ubioru. Tę etykietę stosuje się także na co dzień — w pracy, podczas spotkań biznesowych czy konferencji. Istotą jest schludność, umiar i elegancja. W przypadku przyjęć o obowiązującym dress code infor­ muje w zaproszeniu sam organizator. Jeśli jednak takiej informacji nie ma, należy zakładać, że na spotkania przed godziną 19 panowie zakładają garnitury, a panie sukienki lub garsonki. Natomiast po godzinie 19 obowiązują stroje wieczorowe. Kody dzielą się na kilka grup: stroje uroczyste, formal­ ne (white tie), półformalne (black tie), nieformalne (m.in. business wear). W przypadku white tie obowiązują fraki i suknie wieczorowe (balowe). Black tie, jako kod mniej for­ malny, wymaga założenia smokingu i eleganckiej sukienki koktajlowej o długości do kolan lub kostek, ale nie krót­ szej. Kod nieformalny, który stosuje się przede wszystkim w sprawach biznesowych, zobowiązuje do garnituru w ko­ lorze ciemnoszarym lub granatowym oraz krawata.

. Juz 10 sierpnia Africa Garden Party Start 21.00

27


styl życia

Jest ciepłe lato i jeszcze nie pada. Wakacje to tradycyjnie czas pstrykania zdjęć atrakcjom wszelakim. Któż więc ma więcej do powiedze-

nia na ten temat niż modelka, czyli osoba, która na chleb powszedni zarabia byciem taką atrakcją (czasem wątpliwą).

O sztuce

patrzenia Anna Nocoń

Anna Nocoń feministka, działaczka społeczna, rockand­ rollowa dziewczyna. Modelka z przypadku, ale nie przez przypadek obecna na okładce „Vogue’a”.

N

amnożyło się w ostatniej dekadzie fotoa­ matorów — dziś każdy, kto ma lustrzankę, może uważać się za artystę. Jeśli jeszcze do tego posiada Photoshopa i wie, co z nim ro­ bić… Nowa generacja komórek udowodniła zaś, że modelką może być każde dziewczę, o ile tylko ma wystarczająco duże lustro i na tyle długą rękę. Z „dziub­ kiem” raczej nie ma problemu. Nie o tym jednak chciałam, bo fotoamatorów z blogów wyszydzono już wystarczającą liczbę razy i przy całej mojej złośliwości i tak będę w niej wtórna. Będzie o zdję­ ciach z wakacji na poważnie. Wszyscy robimy zdjęcia na wakacjach — czy jest to tan­ detny widoczek kanaryjskich palm, czy wujek Marian na tle piramidy. Nikomu nie można zabrać przyjemności fotogra­ fowania się z cudami natury i cywilizacji, pod warunkiem że utniemy nogi, bo tych skarpet w sandałach lepiej nie pokazywać potomnym. Co mnie przeraża, to zatracająca się w ludziach — turystach — umiejętność zwykłego… patrzenia. Czy ktoś jeszcze potrafi zachwycić się wido­ kiem czystego nieba nad morzem, świetlistą panoramą metropolii albo kolorowym gwarem azjatyckich ulic — tak po prostu, zwyczajnie? Patrząc, przeżywać i zapamiętać to uczucie? Czy też może rzucamy szybkie spojrzenia, by zaraz wyciągnąć z kieszeni podobno „mądry” telefon i cyknąć focię na fejsika? Ci bardziej wysublimowani rzucą okiem, po czym spędzą pół godziny, dobierając ostrość, obiektyw i inne szalenie poważne parametry. Gigantyczne karty pamięci dają margines błędu równy zeru i eliminują ryzyko nieudanego ujęcia. Z trzech tuzi­ nów zawsze coś się wybierze, by potem zanudzić przyja­ ciół i rodzinę pokazem zdjęć o jakości owszem, wysokiej, ale nasyceniu emocjonalnym rodem z Google Search. Im lepiej dopracowane zdjęcie, tym bardziej przypomina pocztówkę — tylko w takim razie czy nie lepiej kupić pocztówkę, a zaoszczędzony czas poświęcić na schwy­ tanie momentu dla samego siebie? Wspomnień przecież nikt nam nie odbierze. Szukając wdzięcznych obiektów kolejnego fotograficznego dzieła sztuki, nie widzimy

28

miliona detali, które stanowią o charakterze miejsca, nie dostrzegamy rzeczy niefotogenicznych, a jakże interesu­ jących. Zawodowy fotograf może i patrzy na świat „ka­ drem”, takie zboczenie zawodowe, które jestem w stanie zrozumieć. Ale reszta z nas albo nie ufa swoim zmysłom, albo uważa, że to, co nieuwiecznione się nie liczy. Jakość wakacji przeliczamy na trylionobajty zapisane na karcie pamięci. A przecież jeszcze nie tak dawno na tygodniowe wczasy w Bułgarii szła jedna rolka 36 klatek, a każde zdjęcie było ostrożnie przemyślanym przedsięwzięciem. Fotografowaliśmy ważne momenty i to, co nas bardzo zachwyciło. Coś nas jeszcze dzisiaj zachwyca poza licz­ bą pikseli w telefonie? Dlatego posłuchajcie rady starej, zrzędliwej ciotki Anny i zostawcie czasami aparat w domu, przestańcie patrzeć „szklanym okiem”. A jeśli ktoś ma tak silną potrzebę robie­ nia zdjęć na wakacjach, proponuję zostawić tę czynność na wieczorne wyjścia. Tu działa zupełnie inny mechanizm, zdjęcia są po to, by pamiętać moment, którego za Chiny nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć (np. gdzie się podział drugi but i skąd ten numer telefonu wysmarowany szminką na przegubie). I uwierzcie mi, znajomi dużo chęt­ niej obejrzą to niż kolejną serię martwej natury na basenie z parasolką i tym podobnych kwiatków. Dla widoków kupcie pocztówki, old school wraca do łask.


29

styl Ĺźycia


styl życia

Pizza i makarony — dla większości ludzi to dwa pierwsze skojarzenia, które przychodzą do głowy, kiedy mówimy o kuchni włoskiej. Czy słusznie? I tak, i nie. Z jednej strony trudno się dziwić, że to właśnie te dwie potrawy stały się synonimem tradycji kulinarnej Italii. To przecież właśnie tam sztukę ich przy­ rządzania doprowadzono do perfekcji. Jednocześnie ich charakter jest na tyle uniwersalny, że bez przeszkód przyjęły się na stołach innych krajów. Z drugiej strony sprowadzanie kuchni włoskiej wyłącznie do tych dwóch potraw jest znacznym uproszczeniem. Włochy to kraj rozległy, którego specyficzne położenie geograficzne oraz zróżnicowane warunki klimatyczne spowodowały, że tamtejsza kuchnia pełna jest fascynujących kontra­ stów i rozmaitości, wynikających z tradycji poszczegól­ nych regionów, nierzadko sięgających czasów starożyt­ nych. Z tego powodu ciężko jednoznacznie stwierdzić, co kryje się pod pojęciem „kuchnia włoska”. Z pewnoś­ cią jednak znacznie więcej niż tylko pizza i pasta. Wspomniała Pani o regionach. Czy tradycja kulinarna któregoś z nich jest szczególnie bliska Pani sercu? Trudno wskazać jeden ulubiony, zwłaszcza że tak napraw­ dę wszystkie różnią się od siebie, a jednocześnie każdy z nich jest niezwykle atrakcyjny. Za najważniejszy przyjęło się uznawać region Emilia­Romania, z którego pochodzi najwięcej włoskich kulinarnych „standardów”, a kunszt kucharski wznosi się tam na wyżyny, szczególnie w dzie­ dzinie makaronów. W takim razie kuchnię którego regionu polecałaby Pani szczególnie na letnie upały?

do Polski Moda na kuchnię włoską pojawiła się w naszym  kraju na początku lat 90. I choć od tamtego czasu  upodobania i świadomość kulinarna Polaków  nieustannie ewoluowały, to jednak specjały, takie  jak pizza czy spaghetti, zadomowiły się u nas na  dobre. O bogactwie, różnorodności i historii kuchni  włoskiej rozmawiamy z Elżbietą Nowosad, współwłaścicielką krakowskiej restauracji Da Pietro, która w tym roku  obchodzi jubileusz 20-lecia działalności. 30

Myślę, że na tę porę roku zdecydowanie najlepsza jest kuchnia południowych Włoch. Region zwany Mezzogiorno jest krainą biedniejszą w porównaniu z bardziej uprzemysłowioną północą, a jednocześnie jest to prawdziwy raj, jeśli chodzi o warzywa i owoce. To stąd pochodzą najlepsze pomidory, bakłażany, pa­ pryka oraz arbuzy, brzoskwinie i pomarańcze. Tutejsza kuchnia jest więc prosta, a jednocześnie bardzo smaczna. Lekka, ale pożywna i sycąca. To właśnie stąd pochodzą także południowowłoska pasta oraz pizza, o których już rozmawialiśmy. Lekkość kuchni tego regionu podkreślają też spożywane w ogromnych ilościach ryby i owoce morza. Do tego oczywiście lampka dobrze schłodzonego wina i receptę na praw­ dziwie włoskie, lekkie danie, mamy gotową!


31

styl Ĺźycia


styl życia

Lato w słoiku

Lato w pełni, a wraz z nim bogactwo świeżych  owoców i warzyw. Co jednak zrobić, by przedłużyć  możliwość raczenia się tymi wiktuałami? Róbmy przetwory! Myślę, że nie trzeba do tego zachęcać  nikogo, kto choć raz spróbował zamknąć smaki  lata w słoiku, a później delektował się nimi  podczas długiej zimy. Marta duszyk

B

yć może niektórzy stwierdzą, że jest to zajęcie zbyt czasochłonne, żmudne i wymaga nie lada umiejętności. Cóż, sama do niedawna byłam tego zdania, dopóki nie wypróbowa­ łam kilku sprawdzonych przepisów z rodzin­ nej — ręcznie pisanej — książki kucharskiej. I wierzcie mi — wystarczy odrobina chęci, trochę wolnego czasu, no i oczywiście przydatna będzie umiejętność odróżnie­ nia ostrza od rękojeści noża.

Można byłoby się jeszcze zastanawiać, czy przygoto­ wywanie przetworów ma sens, skoro w sklepach mamy tak duży wybór produktów tego typu. Według mnie są dwa główne argumenty, które powinny rozwiać takie wątpliwości: zdrowie i oszczędność. W przemysłowo przygotowywanych przetworach zawsze obecne są kon­ serwanty i barwniki, które mają za zadanie nie dopuścić do ich zepsucie i podnieść wizualną atrakcyjność produk­ tu, co niestety nie idzie w parze z walorami smakowymi. 32

A im mniej konserwantów, tym cena niestety wyższa. Jest jeszcze trzeci argument: satysfakcja, gdy z cichym psst.. otwieramy słoiczek i serwujemy własnoręcznie przygo­ towane smakołyki. Ponadto przetwory w specjalnym słoiczku — np. w starym stylu z gumką i sprężynką — mogą być niebanalnym pomysłem na prezent. Wierzcie mi, mina teściowej, której ofiaruje się koszyk z takimi słoikami — bezcenna. A oto kilka sprawdzonych przepisów:

jarzynka na zi mę Składniki: • 1 kg marchwi • 1 kg pietrusz ki • 1 kg selera • 0,5 kg soli • Możemy równ ież dodać: kapustę włoską, natkę z pie truszki i selera. Jarzynę ścieram y na grubych oczk ach, pozostałe składnik i szatkujemy. Solim y i zostawiamy na całą noc. Rano od ci­ skamy sok i wkład amy do słoików. Słoiki zakręcamy i gotow e.


• 1,5 kg małych buraczków • 6 szklanek. wody kwasku • ¼ szklanki octu lub łyżeczka cytrynowego • ¼ szklanki cukru • 1 łyż. soli angiel­ • 2 liście laurowe, 3 ziarenka ziela skiego, pieprz min. w zale­ Buraczki obieramy i gotujemy 30 do słoików wie, po ostudzeniu przekładamy i pasteryzujemy 30 min.

sałatka: Ogórki w towarzystwie koperku • • • •

1,5 kg ogórków 1 szklanka cukru 1 szklanka octu 2 łyż. soli

Ogórki obieramy i kroimy, mieszamy z pozo­ stałymi składnikami i zostawiamy na noc. Rano dodajemy pokrojony koperek, przekładamy do słoików i pasteryzujemy 5 min.

cukinia dla zu chwał ych • 1 kg cukinii • 2 dag soli • 1 łyż. kwasku cy trynowego • ½ łyż. gorcz yc y Cukinię myjemy i kroimy w plastr y. Potem posypujemy solą i skrapiamy kwas kiem roz­ puszczonym w ¼ szklanki wody. Zo stawiamy na 2 godziny i wk ładamy do słoikó w, do ka ż­ dego dodajemy 1 łyż. oleju. Możn a również dodać koperek i czosnek.

Na koniec coś dla leniuchów:

erek ka i kop pietrusz e mrożon lodem z y, my, kroim szki płucze u tr pnie ie p tę s ę a tk n Na jemnika, a o p o d y stępujemy wkładam k samo p o Ta i. rk a a ż że podan do zamra miętajmy, a P . st m je ie ć ś rk z kope kolejno przepisie m y z ie n żs a y g w w po j przestrze dkowa i je nieprz ypa pracę. ułatwi nam

 r e k l a m a 

Barszczykowe Buraczki:


styl życia

Pocztówka znad

Gardy

Lombardia to prężny i mocno pod względem przemysłowym zagospodarowany region. Dużo się tu dzieje. Jego obraz jest urozmaicony —  oprócz fabryk sporo tu upraw rolniczych, dobrze prosperuje branża turystyczna, a tuż przy niej całkiem zacnie rozwinęła się — winiarska.  Chciałbym z Lombardii wykroić mniej znany a frapujący jej fragment.  Dziś słów kilka o winach, które powstają nad jeziorem.  Mam oczywiście na myśli rozległe i pięknie położone jezioro Garda.

N

ad jeziorem Garda bar­ dziej znany pod wzglę­ dem winiarskim jest jego prawy brzeg funk­ cjonujący pod nazwą Wenecji Euganejskiej. Mniej znany, zachodni jest pod lombardzkimi wpływami i to jemu właśnie poświę­ cimy dziś więcej uwagi. Nie ma co ukrywać — miejsce jest urocze. łagodny, przyjazny klimat, piękne widoki i rozległe jezioro (55 km długości i szerokość: 4 km na północy, 12 km na południu, w najgłębszych miejscach jezio­ ro sięga do 346 m) — wszystko

34

to bardzo dobrze sprzyja turystyce. Garda to najczystsze i największe jezioro Włoch, w dodatku położone w ładnej górskiej okolicy. Czego chcieć więcej? I właśnie dlatego co roku nie brak tu uparcie prasu­ jących żwirowe plaże miłośników opalania, zapalonych żeglarzy, miłośników spacerów, wspinania się po górach, łakomych poszuki­ waczy smaku i oczywiście wielkich fanów wina. Jezioro i panujący wokół niego łagodny klimat pozwalają na to, by rosły tu palmy, cyprysy, cedry czy oliwki. Jest więc tu nadzwyczaj

uroczo. Przyznaję, że sam pełen nietłumionego niczym szczęścia peregrynowałem po zachodniej i po­ łudniowej stronie jeziora z prawdziwą przyjemnością, spokojnie kontemplu­ jąc widoki i powstające tu wina. Nie wiem, czy inni mieli podobne od­ czucia, ale ja miałem wrażenie, że kie­ dy dojeżdża się nad Gardę, to dość szybko wyczuwa się pewną zmianę rytmu życia, atmosfery i sposobu bycia ludzi. Ja dojechałem tam po wi­ zycie we Franciacorcie. Tam — łatwo zauważyć unoszącą się w powietrzu chwałę i prestiż, jakimi otoczony jest ten słynny dla produkcji świetnych win musujących, areał. Widać też pieniądze — solidne doinwestowanie, bogato zaprojektowane winiarnie, wy­ muskane trawniki i ultramodernistycz­ ny sprzęt winiarski. Ludzie — bardzo mili i profesjonalni— ale jakby ciągle zaaferowani, goniący gdzieś w spra­ wach marketingowych. A nad Gardą? inny świat. Winiarze może mniej doin­ westowani, ale też i mniej „nerwowo napięci” — zewsząd tchnie spokój z dziada pradziada uprawianych


Miejsca, o których mowa, znane są przede wszystkim z win czerwo­ nych i różowych, choć powstają też pewne ilości białych. Pierwsze zde­ finiowanie apelacji nastąpiło w 1967 roku, obszar sklasyfikowany został wtedy jako „Garda Bresciano”, która to nazwa przekształcona została później w „Garda DOC”. W 1996 r. wyróżniono obszar o najbardziej rasowym historycznym rodowodzie, czyli „Garda DOC Classico”.

Bardzo modne staje się picie wina różowego. Nawet w Polsce, gdzie jednak konsumpcja wina nie jest ani bardzo wyrafinowana, ani bardzo wysoka, statystyki pokazują, że wina różowe naprawdę mocno się wy­ windowały. W tych okolicznościach winiarze znad Gardy mają naprawdę coś do zaproponowania — tutejsze, powstałe z gropello, tradycyjne wino chiaretto jest ofertą wręcz idealną. Chiaretto może być przeznaczone nie tylko dla zadeklarowanych miłośni­ ków różu. To jedno z najciekawszych różowych włoskich win w ogóle i dla­ tego warte degustacji. Ja sam bar­ dzo je cenię za wartkość, charakter i znakomitą elastyczność w łączeniu z najrozmaitszymi potrawami — cza­ sem można odnieść wrażenie, że jest to typ wina, który jest w stanie „wpa­ sować się” niemal wszędzie, zgrać z naprawdę dużą ilością rozmaitych potraw. Chiaretto jest przy tym przy­ jemne, smaczne, pobudzające zmysły i apetyt. Wielką zaletą tych win jest fakt, że pije się je lekko, nie męczą, wręcz przeciwnie — zachęcają,

by coś przekąsić i sięgnąć po następ­ ny kieliszek. Malowniczość jeziora i jego oko­ lic zawsze ściągała w te miejsca licznych turystów. Rozwijająca się tu od lat enoturystyka spowodowała powstanie i rozwój Szlaku Kuchni i Wina (Strada dei Vini e dei Sapori del Garda), na której to ścieżce sa­ tysfakcję znajdzie niejeden spragnio­ ny wyrafinowanych wrażeń smakosz. Zwracam na to uwagę, przypomina­ jąc jednocześnie, że z Polski możemy polecieć do Bergamo tanimi liniami, skąd po kilkudziesięciu minutach jaz­ dy samochodem trafiamy nad Gardę. Zresztą, wielu polskich miłośników wina (i nie tylko) o tym doskonale wie. Mam nadzieję, że w przyszłości nad jeziorem spotkam ich jeszcze liczniej­ szą reprezentację. Podobnych do­ świadczeń i wrażeń życzę wszystkim podróżującym po słonecznej Italii. Salute!

styl życia

winnic, pól i małych, malowniczych miasteczek. Może to niedobrze, po­ wiedzą jedni — biznesowy zgiełk wszak sprzyja interesom. A właśnie bardzo dobrze — powiedzą dru­ dzy — są jeszcze winiarskie miejsca, gdzie ciągle ważni są realnie stojący za winem ludzie, a nie wypasione za wiele milionów euro winiarnie. Nie będę rozstrzygał tych sporów, obie strony mają trochę racji. Pewne jest, że człek nad Gardą czuje się dobrze, by tak rzec — blisko ziemi i ludzi. Winiarze są tu naprawdę otwarci i serdeczni.

MarIusz kapczyńskI WWW.VInIsFera.pL

 r e k l a m a 

W W W.SPA ZIO-BAR.PL

SZPITALNA

&

TOMASZA

SPAZIO TO NOWE MIEJSCE NA MAPIE KRAKOWA. JEST TO POŁĄCZENIE KAWIARNI / LUNCH BARU Z COCKTAIL BAREM. TU MOŻNA SPĘDZIĆ CAŁY DZIEŃ! W CIĄGU DNIA WYPIJESZ WYŚMIENITĄ KAWĘ SERWOWANĄ Z NAJLEPSZEGO EKSPRESU NA ŚWIECIE — ZARÓWNO W LOKALU JAK I NA WYNOS, UMÓWISZ SIĘ NA SZYBKI LUNCH. WIECZOREM ZASMAKUJESZ ORYGINALNYCH KOMPOZYCJI DRINKÓW M.IN. NA BAZIE JAMESONA. W PIĄTKOWE I SOBOTNIE WIECZORY POSŁUCHASZ MUZYKI NA ŻYWO...

LUNCH

OTWARTE CODZIENNIE OD 8.00

ODWIEDŹ NAS A PRZEKONA CIĘ WYJĄTKOWA JAKOŚĆ.

35


styl życia

Kulinaria to prawdopodobnie najważniejsza rzecz w naszym życiu, która w dużej mierze  o nim decyduje i towarzyszy człowiekowi od samego początku. Faktem jest, że na krakowskim Salwatorze od setek lat wędzono jakieś mięsa. To pokazuje, od jak  dawna ludzie próbowali przygotowywać różne posiłki, jak się temu poświęcali.   

Wydobyć smaki z najstarszej i najprostszej kuchni — kuchni grillowej jacek ŁOdzIńskI

niestety doprowadziło do upadku kultury jedzenia.

jacek Łodziński z wykształcenia ekonomi­ sta, z urodzenia kupiec, z pasji etnograf i kucharz. Podróżując po świecie, poznaje nowe miejsca i ich smaki. Prowadzi restaurację Pod Aniołami w Krakowie.

W

swojej domowej biblio­ tece mam książki, na których opiera się cała kuchnia Polski — na przykład pierwsze wydanie pol­ skiego przewodnika kulinarnego „Compendium Ferculorum”, dato­ wane na 1682 r., a spisane przez Stanisława Czernieckiego. Jest on uważany za ojca polskiej sztuki kulinarnej. Przepisy zawarte w prze­ wodniku były niezwykle cenne, prze­ kazywane z pokolenia na pokolenie, nieraz skrywane w wielkiej tajemnicy, jako wyróżniki kuchni danego dworu. Fascynujące są te najstarsze prze­ pisy i naprawdę warto po nie sięgać. „Compendium…” jest niezwykle ciekawą literaturą, udowadniającą świetność naszej kuchni narodowej. A mamy się czym pochwalić — zna­ komitymi mięsami i wędlinami czy… gęsiami! Pamiętam lata, kiedy wy­ wożenie za granicę jaj polskich gęsi było zabronione. Bywało też trochę gorzej. Po wojnie nastał czas, który określiłbym jako „najeść się”. To

36

Dzisiaj podchodzimy do niej z du­ żym pietyzmem. Świadomie wy­ bieramy sobie miejsca, w których można zjeść coś fantastycznego. Wydaje mi się, że Kraków jest taką kolebką polskiej kuchni tradycyjnej po 1990 r. Silna konkurencja, która pojawiła się w ostatnich latach, spowodowała, że restauratorzy dokładają wszelkich starań, aby je­ dzenie było nie tylko oryginalne, ale i smaczne; aby można było scha­ rakteryzować daną restaurację przez jakieś konkretne danie. I to jest bar­ dzo dobre. Ja sam nie chodzę do miejsc, gdzie jest bardzo elegancko, ale wybieram te, które mają jakiś charakter. To może być bardzo tania kuchnia. Chociażby słynne kiełbaski z niebieskiej nyski — w bardzo so­ cjalistycznym klimacie. Dawniej do kiełbaski i bułki dodawano tak zwa­ ną krachlę, czyli oranżadę. Takich miejsc się poszukuje. One mają swój klimat. Ja upatrzyłem swoje nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Między innymi w Delhi. Knajpka mieści się w strasznej, wręcz niebezpiecznej dzielnicy, ale zawsze jadę tam z wielką przyjemnością. Oprócz wspaniałego jedzenia jest też wspaniały nastrój. Na widoku gości wiszą na sznurkach dziesiątki białych ściereczek. Zawsze są czyściusień­ kie, choć służą do wycierania talerzy. W ciągu dnia suszą się i mokną

około dwudziestu razy. Czystość tych ściereczek doskonale świadczy o profesjonalizmie tej kuchni, rzecz jasna, na tamtejsze możliwości. Najważniejszą rzeczą w restaura­ cji jest dobry materiał wyjściowy, czyli wysokiej jakości mięso, ryby, jarzyny… Liczy się też „rodzimość” produktów. Jagnięta polskie są dużo lepsze od nowozelandzkich. W ogóle jagnięcina jest w Polsce niedocenia­ na. Podczas gdy Włosi przyjeżdżają do nas specjalnie po nią (głównie na wiosnę, przed Wielkanocą), my wciąż jesteśmy uprzedzeni. Myślę, że głów­ ną przyczynę stanowi fakt, że po wojnie mięso jagnięce zostało bar­ dzo spopularyzowane, bo było tanie, przez co straciło na atrakcyjności. Tak samo ważny jest sam sposób przyrządzania potraw. Najlepiej sta­ rym sposobem, czyli w piecach na węgiel (szabaśnikach) i w piecach chlebowych. Wtedy zapach drewna przenika mięso. To istota kuchni grillowej. Piece indukcyjne czy mi­ krofale ułatwiają restauratorom życie, ale gubią smak potraw. W restauracji Pod Aniołami korzystamy z drew­ na bukowego, czasami dodajemy drzewo owocowe lub gałązki rozma­ rynu. Ten ostatni rośnie obficie na Chorwacji, dlatego podczas ostatniej podróży w drodze powrotnej do Polski wiozłem walizkę wypakowaną po brzegi tym pachnącym krzewem. spIsaŁa Marta prządO


37

styl Ĺźycia


styl życia

reportaż: pasjonaci Siedzisz w pracy od rana do nocy a w niedzielę zastanawiasz się co można jeszcze zrobić? Pracoholizm? Skądże znowu. To pasja, czyli coś co nas nakręca, co powoduje, że chce się żyć.

pasjonaci jarek knap

P

Człowiek Drukarnia — Wojciech Kulasa

ierwsza kultowa Drukarnia była na piętrze przy Mikołajskiej. Ściągała przez lata bohemę Krakowa. Tutaj upijali się aktorzy, dziennikarze i studenci. Spaliła się klasycznie i z godnością jak przystało na starą kamienicę

38

w Krakowie czyli przez zwarcie in­ stalacji elektrycznej. Najbliżej do Drukarni było wtedy aktorom z pobliskiego Starego i ze Słowaka. Sensację wzbudził kiedyś Żebrowski, który, nie przebie­ rając się, zajrzał do Drukarni w stroju

Wiedźmina. Ostatni goście wycho­ dzili czasem w południe dnia na­ stępnego a rolę dzisiejszych sal VIP pełniła kuchnia gdzie filozofia mie­ szała się ze sztuką a ta ostatnia z al­ koholem. Recepta Kulasy od lat jest taka sama: koncerty, muzyka do tań­ ca i klimat miejsca, który tworzy


styl życia

otwierając kolejne knajpy. Drukarnię przeniósł na Plac Nowy, a potem na Nadwiślańską odkrywając tak na­ prawdę Podgórze. Teraz zarządza barką Alrina koło kładki Bernatki, któ­ ra odżyła i zamieniła się w klub mu­ zyczny. Siedzimy na barce, a Wojtek z zapałem w oczach opowiada mi o najnowszych planach koncer­ towych. Padają największe polskie nazwiska jazzowe: Wojtek Grobosz, Jan Ptaszyn Wróblewski, Zbigniew Namysłowski, Jarek Śmietana. — Jak zaczynałem? Od Paki oczywiście, którą stworzyliśmy razem z Mirkiem

Z

się nim nawet ksiądz z miejsco­ wej parafii przestrzegając przed miejscem — pełnym szatana. Ksiądz Natanek byłby dumny. Pijemy drugą kawę a Wojtek znów opowiada o no­ wych projektach. — Pod koniec lipca ściągam Sterlocksa, rapera z Gujany Holenderskiej, w każdą niedzlelę do końca wakacji będę robić w połu­ dnie spotkania jazzowe na zewnątrz. Już mam zaklepany Beal Street Band. Old Metropolitan Band i Boba Jazz Band. Marzyciel, pasjonat? Prawda jest taka, że zawsze mu się udaje.

Wędrująca galeria — Olimpia Maciejewska

aczynała od ulicy Koletek, potem przyszła pora na Kazimierz. Wzbudzała sensację kiedy na placu Nowym wprowadzała kolejnych młodych artystów. Przed niewielkimi pomieszczeniami Galerii Olympia gromadziły się wtedy tłumy podobne do tych, kiedy lata temu do sklepów rzucano szyn­ kę. Rolę rarytasów pełniły obrazy Maciejowskiego, Ewa Ciepielewska, czy Jerzy Skarżyński. Zakochana w polskiej sztuce współczesnej Olimpia Maciejewska wędruje ze swoją sztuką od ulicy do ulicy. Z reguły kiedy już uda jej się osiągnąć stabi­ lizację trafia na podwyżkę czynszu i musi znów szukać swojego miejsca. Od kilku lat można ją znaleźć przy Józefa. To właśnie tutaj zawiesiła w oknie wystawo­ wym prowokacyjny obraz, na którym jedna z postaci ma twarz ojca Rydzyka. Spodziewanego skandalu nie było. — Tak naprawdę dopiero ostatniego dnia kiedy już miałam ścią­ gać wystawę odwiedziła mnie starsza pani, weszła spokojnie do środka i po­ wiedziała „plugawa sztu­ ka” — śmieje się Olimpia. Siedzimy w najmniejszej chyba w Krakowie galerii

40

Wujasem i Aliną Piętą. Potem kultura studencka wciągnęła mnie do tego stopnia, że zostałem nawet dyrek­ torem Rotundy. Z Paki i z Rotundy zostały Wojtkowi przyjaźnie, które przetrwały lata. Jeżeli gdzieś poja­ wi się z nowym pomysłem na klub to prawie pewne jest, że oprócz jazzu zagra też Janusz Radek czy Raz Dwa Trzy. W latach 90. zrobił w Nowym Sączu Juwenalia w Wyższej Szkole Biznesu a w centrum miasta założył tam pierwszy z prawdziwego zdarze­ nia klub jazzowy Absolwent. Klub stał się tak popularny, że zainteresował

sztuki, bo całe pomieszczenie ma nie więcej niż kilkanaście me­ trów. — Moje marzenie, hmm…, nie mam wielkich marzeń no może tylko tyle, żeby na wernisażach było tak jak na amerykańskich filmach gdzie w trakcie prezentacji kupo­ wane są minimum cztery dzieła sztuki. Na razie mój rekord to trzy obrazy ale gdyby nie pasja to nie jest to raczej sposób na dostatnie

życie — dodaje. Z rynkiem dzieł sztuki związała się kilkanaście lat temu zaraz po epizodzie w biurze prasowym Urzędu Miasta. — Chyba nie byłam za dobra bo za­ miast być rzecznikiem Urzędu często stawałam się rzecznikiem dziennikarzy — wspomina. Nie boi się prezentacji dzieł mniej znanych, przygarnia buntowników. To w galerii Olympia łódź Kaliska prezento­ wała „Instrukcję zabija­ nia sztuki”, tutaj poeta i filozof Kamil Sipowicz pokazywał „Manifestację wolności osobistej w Polsce”. Z wykształ­ cenia religioznawca, z zamiłowania znawca tyle, że sztuki a nie re­ ligii. Możecie spotkać ją w Galerii Olympia praktycznie codziennie. Zazwyczaj siedzi gdzieś z boku na zydelku i cze­ ka na kolejnych miłoś­ ników polskiej sztuki współczesnej. W cyklu „Pasjonaci” pre­ zentujemy ludzi, którzy ze swoich pasji stwo­ rzyli receptę na życie. Fascynacjami, dążenia­ mi, widzeniem świata, skutecznie zarażają innych. Oby było ich jak najwięcej.


zdrowie i uroda

testujemy zabiegi vacu med

Słoneczny

blask skóry Podziwiasz swoją lekką opaleniznę nabytą na zasłużonym urlopie albo podczas weekendowych wycieczek? Słońce sprawiło, że Twoja skóra nabrała złocistej barwy, a my podpowiadamy, jak ją zachować. Katarzyna Kasprzyk

Vacu-med Centrum ul. Józefa Kałuży 1 (Budynek Stadionu Cracovii), Kraków, z vacu-centrum.pl

W

ybieram się do kra­ kowskiego centrum Vacu‑med na relaksują­ cą sesję pielęgnacyjną. Trafiam w fachowe ręce, więc na początku ma miejsce diagnoza: jakiego typu jest moja skóra na

twarzy i czego właśnie potrzebuje. Odpowiedzią jest silnie nawilżający zabieg AQUATHERM SKEYNDOR poprzedzony peelingiem kawita­ cyjnym, żeby wszystkie składniki bez przeszkód odżywiły moją skórę. W trakcie zabiegu, podczas bar­ dzo przyjemnego masażu twarzy, dowiaduję się, że AQUATHERM SKEYNDOR to koktajl minerałów powstałych na bazie wody termal­ nej pochodzącej z ciepłych źródeł Salies‑de‑Béarn w Pirenejach fran­ cuskich. Zabieg jest idealny dla zmę­ czonej i wysuszonej słońcem cery. Te wody mineralne mają najwyższą zawartość jonów magnezu, więc świetnie regenerują skórę zniszczoną i uwrażliwioną. Mimo, że urlop dopie­ ro przede mną, kilka dni na słońcu sprawiły, że mam lekko wysuszoną skórę. Zabieg powoduje, że czuję natychmiastową ulgę. Oprócz wody termo‑mineralnej linia AQUATHERM SKEYNDOR zawiera też inne ma­ giczne składniki czynne: cukry probiotyczne, które stymulują rozwój naturalnej flory bakteryjnej skóry, ceramidy — wzmacniające ochronne warstwy lipidowe, które uniemożliwiają przenikanie przez skórę szkodliwych substancji oraz regulują utratę wody i metabolitów. Wyciągi roślinne — działając na poziomie komórkowym, mają one za zadanie wzmocnienie systemu obronnego skóry oraz zwiększenie tolerancji skóry. Podczas gdy ce­ ra jest cudownie nawilżona, moje zmysły węchu pobudzane są przez zapach owoców, szczególnie arbuza. Odpływam w owocowy sen. Moja twarz ma się świetnie, czas na ciało. Jeżeli przesadziliśmy ze słoń­ cem, ukojenie przyniesie nam zabieg KOZIE MLEKO — jest jak kompres i ratunek dla suchej i wrażliwej skóry.

42

Skład linii bogaty jest w surowce naturalne o działaniu odżywczym, łagodzącym i przeciwstarzeniowym. Zmysły otula słodki zapach lychee. Profesjonalna masażystka sprawny­ mi rekami robi cukrowy peeling całe­ go ciała. Kryształki cukru delikatnie masują, a wosk pszczeli odżywia ciało. To dopiero preludium zabiegu, bo tak naprawdę skórę odżywi bom­ ba witaminowo‑odżywcza zawarta w maśle, które zostanie mi zaapliko­ wane po masażu. Co działa w tej te­ rapii? Przede wszystkim kozie mleko — cenione już w starożytności; jest doskonale tolerowane przez skórę i bogate w aminokwasy, kwa­ sy tłuszczowe, witaminy: A, D, C, PP, B2, B9, B12 oraz mikroelementy. Zwiększa elastyczność i gładkość skóry, łagodzi, odmładza i nawilża. Kolejny składnik to właśnie pachnące lychee — tropikalny owoc, natural­ ne źródło witamin (witaminy C zawie­ ra więcej niż cytrusy), soli mineral­ nych, cukrów, białek, a także kwasu jabłkowego. Działa antyoksydacyjnie i przeciwstarzeniowo. Perła — bo­ gata w aminokwasy, sole mineralne i morskie mikroelementy — oprócz odżywienia delikatnie rozświetla skó­ rę. Spowalnia też procesy starzenia, rozjaśnia i zmiękcza blizny. Działa jak naturalny filtr UV. Iricalmin — roślinny biokompleks o działaniu kojąco‑ochronnym hamuje proces zapalny i wzrost temperatury po­ drażnionej skóry. Łagodzi reakcje alergiczne. Aloes przyspiesza go­ jenie skóry. Wspomaga odporność na czynniki zewnętrzne, chroni skórę przed promieniami UV. Przyjemny, luksusowy zabieg wy­ raźnie poprawia komfort skóry. Jest świetny nie tylko jako ratunek po intensywnym opalaniu, bo przez genialne nawilżenie naskórka przed urlopem sprawimy, że skóra będzie rozświetlona, a opalenizna równo­ mierna i długotrwała. Zarówno ta naturalna, jak i ta z tubki.


Coś nie gra?

R Zapraszamy na konsultacje z wykwalifikowanymi i doświadczonymi specjalistami Stomatologii Cichoń. Więcej o profilaktyce stomatologicznej na stronach: www.stomatologiacichon.pl www.implantologiacichon.pl www.facebook.com/stomatologiacichon Centrum Stomatologii Estetycznej i Implantologii Stomatologia Cichoń ul. Borelowskiego-Lelewela 13 30 -108 Kraków telefon do recepcji: 12 421 07 43 biuro@stomatologiacichon.pl

Zadbaj o swój uśmiech ze specjalistami Stomatologii Cichoń!

Stomatologia Cichoń czynnie wspiera Światowy Dzień Higieny Jamy Ustnej Zapraszamy do gabinetów Stomatologii Cichoń 12 września na bezpłatne konsultacje i zabiegi higienizacyjne w specjalnych cenach.


zdrowie i uroda

2. Emulsja po opalaniu Chłodzące preparaty stosowane po opalaniu, mają za zadanie nawilżyć naszą skórę oraz zła­ godzić ewentualne poparzenia. Ponadto takie kremy często za­ wierają mentol, który daje wraż­ nie przyjemnego chłodu nawet parę godzin po nałożeniu. MLeczkO pO OpaLanIu (VIcHy capItaL sOLeIL, Ok. 40 zŁ)

1. Krem z filtrem Dzięki kosmetykom z filtrami ochronnymi unikamy poparzeń, mamy zdrowszą cerę i ładniejszy kolor opalenizny. Należy wybrać takie, które są dostosowane do naszych potrzeb i rodzaju skóry.

Niezbędnik

kreM z FILtreM (BIOderMa spF 50, 51 zŁ/ 30 ML)

wakacyjny

Przed Tobą długie, beztroskie wakacje. Zanim jednak wyjedziesz,  musisz zastanowić się, co spakujesz do walizki. Kierując  się zasadą „weź jak najmniej” przygotowaliśmy dla Ciebie  wakacyjny niezbędnik kosmetyczny.

4. Mgiełki do ciała 3. Antyperspiranty Ten cudowny wynalazek zapewnia latem zarówno ochronę, jak i gwarancję dobrego samopoczucia, nawet w najbardziej upalne dni.

Orzeźwiające spreje rozpylone na skórę dają przyjemny zapach oraz wrażenie natychmiastowej świeżo­ ści. Na urlop najlepiej zaopatrzyć się w preparat w stu procentach naturalny.

antyperspIrant (zIaja BLOker, 60 ML /7 zŁ) MgIeŁka dO cIaŁa (estÉe Lauder BrOnze gOddess, 242 zŁ)

44


zdrowie i uroda

Do letniego makijażu najlepiej stosować pod­ kłady z silnym filtrem. Nie należy nakładać na twarz różnych prepa­ ratów ochronnych, np. kremu i podkładu (nawet jeśli są tej samej marki).

 r e k l a m a 

5. Podkład

puder MIneraLny (sepHOra, 45 zŁ)

6. Makijaż wodoodporny Jeśli mimo wakacji, trudnoo Ci zrezygnować z pełne­ go makijażu, wybierz kosmetyki wodoodporne. Tusz do rzęs, czy eyeliner świetnie sprawdzą się nawet na basenie, a turkusowe lub koralowe paznokcie będą pasować do letniego klimatu. MakIjaŻ WOdOOdpOrny (Make up FOr eVer, aQua sHadOW, Ok. 50 zŁ)

45


NZOZ PERFECT Centrum Medycyny Estetycznej NZOZ PERFECT Centrum Medycyny Estetycznej zaprasza na zabieg

POCZUJ SIĘ JAK GWIAZDA DZIĘKI METODZIE INTRACEUTICALS™!!! Korzystając z najnowszych osiągnięć medycyny, stworzono w Australii rewolucyjną metodę odmładzania skóry „Intraceuticals™”, bazującą na technologii hiperbarycznego tlenu i 4 rodzajach serum. Efektem zabiegu jest natychmiastowy lifting powierzchni skóry, wygładzenie zmarszczek, nawilżenie, rozjaśnienie przebarwień. To nowa metoda — wynik prac dwóch australijskich zespołów naukowych:

• medycznego (wykorzystanie w kosmetyce tlenu hiperbarycznego, doskonale sprawdzonego w leczeniu ran i poparzeń), • kosmetologicznego (stworzenie serum, alternatywnego dla iniekcji — ostrzykiwania kwasem hialuronowym). W efekcie powstała metoda, na którą składa się odpowiednio skalibrowane urządzenie, które podaje czysty tlen pod odpowiednim ciśnieniem oraz 4 ukierunkowane rodzaje serum kosmetycznego. Pierwsze serum Rejuvenate — odmładzające — jest to połączenie niskocząsteczkowego kwasu hialuronowego, witamin A, C, E oraz zielonej herbaty. Wprowadzone serum wygładza skórę, redukuje cienkie linie i zmarszczki, zagęszcza i zwiększa jędrność,

skóra zostaje głęboko nawilżona. Efekt zabiegu widoczny jest natychmiast. Kolejne serum Atoxelene — na zmarszczki mimiczne wokół oczu i ust — stanowi miejscową alternatywę dla botoksu. Nie jest toksyną. Zamiast paraliżować mięśnie, rozluźnia je. Jest to unikalne serum, które zawiera: wysoko rozwiniętą formę Argireline, niskocząsteczkowy kwas hialuronowy, silną kombinację witamin i przeciwutleniaczy. Kwas hialuronowy pomaga w natychmiastowym nawodnieniu skóry. Efektem tego jest większa gęstość i sprężystość skóry, zredukowanie cienkich linii i zmarszczek oraz poprawa konturu twarzy. Argireline, ograniczając ruchy mimiczne, wygładza cienkie linie i zmarszczki oraz zwiększa jędrność. Jest alternatywą dla iniekcji.

Ostatnim serum jest Opulence. Również zawiera ono niskocząsteczkowy kwas hialuronowy, silną kombinację witamin i przeciwutleniaczy oraz mieszankę botanicznych rozjaśniaczy, które wyrównują kolor skóry, a witamina C działa ochronnie i obronnie przed szkodliwym działaniem środowiska i przedwczesnym starzeniem skóry.

Każdy zabieg posiada produkty wspomagające (stosowane w domu), zapewniające skórze „warstwy” niezbędnych odżywek dla uzyskania Clarity to serum czystości, zawiera kwas hia- maksymalnie synergicznych efektów i dłużej luronowy o bardzo małej cząsteczce oraz moc- trwających rezultatów. no aktywną kombinację witamin i przeciwutleniaczy. Fitosfingozyna i antybakteryjne Metodę stosuje się w 2500 klinikach, gabineskładniki aktywne występujące w serum koją, tach lekarskich i kosmetycznych w 35 krajach uspokajają i równoważą, co daje efekt rady- świata. Do chwili obecnej wykonano ponad kalnego upiększenia skóry. Już po jednym jeden milion zabiegów. Produkty używane są zabiegu skóra zyskuje czysty wygląd. Trądzik przez najbardziej prominentne i wymagajązmniejsza się, a ilość bakterii zostaje zmini- ce osoby na świecie, m.in. MADONNĘ, EVĘ malizowana. Skóra otrzymuje beztłuszczowe LONGORIĘ, JENNIFER LOPEZ. odżywki, które gwarantują zachowanie równowagi wilgotności i zapobiegają przyszłym Proponujemy również komputerową analizę zaburzeniom. skóry — przed zabiegiem oraz po zakończeniu kuracji — aby wykazać efektywność metody. Analiza polega na pomiarze fizycznym (określenie struktury skóry, natłuszczenie, nawilżenie itd.) oraz pomiarze optycznym (wykonanie zdjęcia w czterdziestokrotnym powiększeniu). Takie rozwiązanie daje możliwość uzyskania maksymalnej ilości informacji pozwalających określić zmiany, które zaszły w skórze.

DOŁĄCZ DO NAS NA FACEBOOKU: www.facebook.com/NZOZ.Perfect

Kraków, Al. Grottgera 22/1 tel. 12 34 62 102, 607 37 33 28, e-mail: nzoz@gabinetyperfect.pl


kalejdoskop

Moda, media i kryształy Pokaz mody w wykonaniu dziennikarzy, staropolskie udźce w płatkach złota i zabawa do rana — tak wyglądał IX Bal Dziennikarzy. Producentem gali była Krakowska Grupa Multimedialna (KGM) wydawca między inny­ mi magazynu „Trendy” i portalu StyleMiasta.pl Zdjęcia:  Patryk Olczyk/ All Inclusive Agency Pełna lista nagrodzo­ nych znajduje się na stronie www.nagroda­ dziennikarzy.pl

48

W trakcie uroczystej Gali Nagrody Dziennikarzy w Muze­ um Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha nagrodę Grand Prix otrzymał Michał Olszewski z Tygodnika Powszech­ nego. Osobowością Medialną Roku została Agnieszka Radwańska.

w wykonaniu dziennikarzy. Strojów użyczyli im młodzi projektanci: Joanna Hawrot, Wojtek Haratyk i marka Poly­ gon, ich ubrania można znaleźć w butiku IDEA FIX. Pokaz przygotowali Tomasz Marcin Wrona i Monika Ciesielkiewicz, o fryzury i makijaż zadbał klub fryzjerski Maniewski.

Laureaci otrzymali prawie kilogramowe statuetki z pełne­ go kryształu.

W trakcie balu na licytacji zebrano ponad 9 tysięcy zło­ tych, które kapituła i Fundacja KGM Progress zdecydo­ wały się przeznaczyć na program stypendialny dla dzieci z dziennego ośrodka pomocy na Kazimierzu. Hitem licytacji okazała się grafika Krzysztofa Skórczewskiego podarowana przez Marszałka Małopolski Marka Sowę, którą sprzedano za prawie 3 tysiące złotych.

Zaraz po gali na tarasie Mangghi rozłożyli się kucharze przygotowując sushi i rosół z Dukatami. Przy dźwiękach dzwonów wprowadzono na stoły płonące prosiaki pieczo­ ne w płatkach złota przygotowane przez restaurację Pod Aniołami. Barmani serwowali pyszne koktajle na bazie wódki Smirnoff Black. Przebojem wieczoru był pokaz mody

Łuk asz Pankowski


49

kalejdoskop


kalejdoskop

SPAZIO

znaczy miejsce i przestrzeń być może to Twoje miejsce z kawą, lunchem, drinkami i muzyką na żywo.

FOT. łUKASZ JANUS I DARIUSZ DORMAN

50

Do SPAZIO przyciągają oryginalne kompozycje koktajli powstałych na bazie własnych pomy­ słów. Drinki oparte są na przykład na prosecco, sorbetach oraz whisky. Whisky to mocna strona SPAZIO, a relacja ceny do jakości jest zaska­ kująca. Warto wspomnieć również o propozycji win, które pochodzą z własnego importu właś­ cicieli — pasjonatów wina.

W SPAZIO magnetyzuje wreszcie muzyka grana na żywo w weekendowe wieczory. W wieczór otwarcia — 25 maja zagrał Old Metropolitan Band, zgromadziła się całkiem spora grupa sympatyków i przyjaciół SPAZIO. dp

 r e k l a m a 

ZAKUPY GRUPOWE? NIE! MOŻESZ LEPIEJ!

Jedna karta 200 FIRM 400 PROMOCJI

OFERTA I PROMOCJE DLA WYMAGAJĄCYCH ZAMÓW KARTĘ DLA SIEBIE

www.kartanaplus.pl

W

łaściwie można by powiedzieć „jakiś kolejny bar”, ale jednak wiele go wyróżnia. Zacznijmy od wnę­ trza. To nowoczesny design w stylu berlińskich i nowojorskich klubów. Autorem jest Piotr Srebro ,absolwent krakowskiej ASP. Surowe ściany, miejscami odsłaniające stary tynk, zestawione są z miękkim i ciepłym natu­ ralnym drewnem. Uwagę przykuwają zdjęcia polaroidowe umieszczone na ścianach, pocho­ dzące z różnych miejsc na świecie i oznaczone współrzędnymi geograficznymi. Właściciele otrzymali je od przyjaciół i cały czas gromadzą nowe, zachęcając do udostępniania kolejnych (info na facebooku). SPAZIO to coś dla kawo­ szy — kawa jest tu chyba najlepsza w Krakowie. Propozycja kawy oparta jest na fenomenalnej jakości espresso. Ciekawostką jest — prawie nieobecna w ofercie krakowskich kawiarni — kawa z drippera: wyjątkowo świeża, parzona w sposób przelewowy, ze świeżo wypalonej kawy pochodzącej z różnych zakątków świata. Przykładowo kawa w Kolumbii jest zbierana dwa razy do roku; jeden z tych okresów to prze­ łom kwietnia i maja, więc na początku czerwca serwuje się z drippera świeżo palonego singla Kolumbii. Zaskakujący smak i nowe wrażenia gwarantowane, bo single w Spazio zmieniają się średnio co dwa tygodnie.


kalejdoskop

POKAZ

Macieja Zienia na Platinium Fashion Night Przedstawiamy (foto)relację z wyjątkowego, modowo-artystycznego wydarzenia,  które odbyło się w połowie czerwca w krakowskiej Plaży. Imprezę uświetniły pokazy Macieja Zienia, duetu Zemełka&Pirowska, Jacoba Habera. 

B

ezchmurne niebo, widok na Wawel i kościół Na Skałce stanowiły perfekcyjną oprawę do za­ prezentowania najnowszych kolekcji projektan­ tów. Zanim na wybiegu pojawiły się modelki Zienia, zobaczyliśmy kreacje młodych twórców — duet Zemełka&Pirowska udowodnił, że oversize może być bardzo kobiecy, a Jacob Haber wniósł nowe spojrzenie na casualową stronę ubrań.

Tegoroczny Platinium Fashion Night pozwolił nie jednej gwieździe zaświecić mocniej — to było prawdzie skupi­ sko gwiazd kina, mody i sztuki. Na gości czekała również niespodzianka — loteria z licznymi prezentami od firm: Platinium Fitness, Cogiel Medical Spa, Pandora, Bielenda, Yamaha Tommarg, Lexus, Clarena, Douglas Bonarka, Secret Lashes, Davines, Andel’s, buty Zebra. LB

Organizatorzy: House Brand PR, sieć Platinium Fitness (www.fitness­ platinium.pl/) Oprawa graficzna: Teren Prywatny (http://be.net/ terenprywatny)

Zdjęcia: Wiesiek Stempak / VAAS Photography | Adam Mruk

Natomiast kolekcja mistrza „Kaleidoscope” to esencja elegancji — kobieta Zienia jest zmysłowa i nie boi się pokazywać tego, co jest w niej najpiękniejsze. A najlep­ szym dowodem na to była prowadząca imprezę aktorka i specjalistka od stylizacji Ada Fijał. W czerwonej sukien­ ce Zienia prezentowała się naprawdę zjawiskowo. Wrażenia modowe to był tylko początek atrakcji. Premierowy koncert Miki Urbaniak — córki znanych mu­ zyków jazzowych — Urszuli Dudziak i Michała Urbaniaka, był miłym urozmaiceniem wieczoru. Mistrzostwo w mie­ szaniu gatunków muzycznych — tak możemy podsu­ mować występ Miki i towarzyszącego jej Victora Davisa. Podczas imprezy mogliśmy zapoznać się również z pra­ cami Magdaleny Szklarczyk. Wystawa jej oryginalnych grafik wpasowała się w ideę wydarzenia. 51


kalejdoskop

cLaudIus Idea FIX LOOk BOOk vol.2 W czerwcowej odsłonie imprezy LOOK BOOK mieliśmy okazję zoba­ czyć kolekcje Małgorzaty Lucimy i Anny Frankowskiej, współpracują­ cych na co dzień z Idea Fix, oraz gościa specjalnego — butiku Vintage Classics. Anna Frankowska udzieliła nam też krótkiej, ale pouczającej lek­ cji na temat stylizacji, a każdy z obecnych otrzymał wytyczne na piśmie, jak się ubierać zgodnie ze swoją figurą. Salon Claudiusa zachwycił od­ ważnymi (neonowymi!) propozycjami we fryzjerstwie na najbliższy sezon.

Krakowska Idea Fix znana jest z organizowania  inspirujących wydarzeń modowych. W maju połączyła swoje siły z Claudius Hair Treser Team i od  tego czasu obie fi rmy wspólnie organizują  cykliczne, comiesięczne imprezy w klimacie oryginalnych kreacji, inspirującej  atmosfery i niezwykłych idei.

Moda z ideą I.cOn — Be the change

W kolejny czerwcowy wieczór było gorącą nie tylko ze względu na aurę. W koncept sklepie Idei Fix w samym sercu krakowskiego Kazimierza odbył się premierowy pokaz kolekcji I.CON — Be The I. Change 2012/2013. Przed pokazem goście mieli okazję zobaczyć pokaz kolekcji okularów marki DoubleU i t­shirtów marki T­Queer. Projektanci, inspirując się ikonami kina, muzyki i sztuki, stwo­ rzyli niepowtarzalną i ponadczasową propozycję. Dopełnieniem projektów o klasycznych krojach są odważne, personalizowane warianty w postaci wymiennych dodatków, takich jak klapy mary­ narki, kołnierze, mankiety w koszuli lub rękawy sukienki. Wymienne elementy umożliwiają dynamiczne dostosowanie każdego modelu do zmieniającej się pory dnia, sytuacji czy nastroju. LB

52


TARYFA I

1,84 zł/km RYFA II

A I, 30% TA 20% TARYF

w.pl o k a r k . n a k a rb www.taxi.ba


design

Objawienie na pustkowiu Pomiędzy niebem a codziennością. Z białą  kreską, która może być zwykłą solą albo  ścieżką kokainy, i z czerwienią jak ostre  chili. Cerkiew Nowosielskiego w Białym Borze zachwyca, oszałamia  jak narkotyk i wciąga w przestrzeń połączenia architektury, profanum i sacrum.

FOT. WOJCIECH KRYNICKI

N 54

iebieski kolor „szpeci kościół, bo przypomina »chałupę«”, trzeba „[…] dać świętych nowych, z jasnymi, pięknymi twarzami”, i jeszcze: „[…] parafianie nie chcą takiego malo­ wania jak zaczęte, […] za tym idzie odmowa ofiar i koniec sprawy” — ta­ ki list otrzymał kiedyś Nowosielski od proboszcza z Jerzmanowic. Efekt był łatwy do przewidzenia. Kilka lat wzajemnych przepychanek i dość

mizerna polichromia. W Białym Borze profesor dostał pełnię władzy. To je­ dyny przypadek, kiedy Nowosielski mógł stworzyć dzieło totalne. Zaprojektował bryłę, detale i wypełnił tę przestrzeń ikonami. To było dawno temu. Wracałem właśnie z EXPO w Hanowerze, lekko zniesmaczony przaśnością nasze­ go pawilonu i pomysłami władzy na promocję Polski. Niby wszyst­ ko OK, ale kiedy perełką polskiej nowoczesności i kultury ma być kilka drzew ze sztucznym zapachem polskich lasów, to jednak wymię­ kam. Przypomniałem sobie wtedy o spotkaniu z Nowosielskim, wypeł­ nionym dużą ilością wina, ale też sporą dawką myśli artystycznego geniusza. Decyzja mogła być tylko jedna — skręcamy do Białego Boru zobaczyć cerkiew jego autorstwa. No i stało się. W szczerym polu wyglądał jak przysłowiowe UFO

w zbożu. Przechowując w środku ikony, sam stał się ikoną na tym pustkowiu. Ikoną symboliczną, bo zbudowaną dla mniejszości greckokatolickiej w Białym Borze, dla przesiedlonych z Ukrainy w ra­ mach słynnej Akcji „Wisła”. Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy w Białym Borze ma bia­ łą, stonowaną elewację i kilkanaście okienek przypominających te z ro­ mańskich kościołów. Gra w kolory, odblaski i geometrię ukryta jest w środku, w ikonach i polichromiach. We wnętrzu cerkwi dostrzec moż­ na to, co było domeną profesora. Połączenie grzechu i świętości, grzeszną świętość i uświęcony rozkoszą grzech. Jeśli w wakacje znajdziecie się gdzieś na Pomorzu, zajrzyjcie koniecznie do Białego Boru. Może zobaczycie tam coś jeszcze… jarek knap


design

Patefon z IKEA? szwedzka firma zaczęła sprzedawać telewizory. pewien Irlandczyk postanowił pójść o krok dalej. Jónófón to całkowicie ekologiczny, wykonany (podobnie jak większość szwedzkich mebli) z kartonu i sklejki patefon. Podobieństw z ofertą IKEA jest jednak więcej. Sprzęt jest dostarczany do użytkownika w postaci zestawu do samodzielnego montażu. Konstrukcja to swego rodzaju ironiczna interpretacja wynalezionego 120 lat temu patefonu. Wtedy były to ciężkie urządzenia, odtwarzające ciężkie płyty przez wielką metalową tubę. W przypadku Jónófónu zaś sprzęt (wraz z elementami akustycznymi, służącymi do odtwarzania płyt) wykonany jest z papieru lub drewna.

Bartek jaŹWIńskI

Stolik w pełni analogowy jeff skierka, projektant z seattle, wszystko robi z drewna. również kasety magnetofonowe. Projektant od zawsze był i prawdopodobnie na zawsze będzie zakochany w drewnie. Robi z niego najprzeróżniejsze rzeczy, ostatnio jednak wy­ myślił zupełnie nowatorski, nostalgiczny sto­ lik ­ drewnianą replikę kasety magnetofonowej w skali 12:1. Ze względów praktycznych stolik pokryto ochronną warstwą pleksi i wsparto na trzech przezroczystych nogach. W całym pro­ jekcie najważniejszy jest jednak realizm ­ kasetę można odwracać ze strony A na B i na odwrót. 56


keF wprowadził na rynek jubileuszowe głośniki Malutkie głośniki LS50 to konstrukcja opracowana z okazji 50. rocznicy istnienia firmy KEF. W związku z tym ich koncept opie­ ra się na jednym z najbardziej legendarnych produktów firmy, głośnikach LS3/5a. Głośniki zostały zaprojektowane w celu zapewnienia profesjonalnej jakości studyjnej podczas odsłuchu we własnym domu, mogą być wykorzystywane zarówno przez profesjonalistów, jak i amatorów. Mimo niewielkiej obudowy, głośniki zapewniają głębokie, wielowymiarowe brzmienie, dzięki czekającym właśnie na opatentowanie nowatorskim technolo­ giom akustycznym, a niebanalny projekt sprawia, że może stać się ozdobą każdego salonu.

design

Designerski profesjonalizm w wersji mini

Dobre brzmienie w designerskim wydaniu Bowers & Wilkins zaprezentował nowy model słuchawek Projetantom P3 z sukcesem udało się połączyć świetny design, bardzo do­ brą jakość dźwięku i cenę, która nie zwala z nóg miłośników dobrego brzmienia. Sprzęt stworzono głównie z myślą o użytkownikach przenośnych odtwarzaczy muzycznych i iPhone’ow — w pudełku znajdują się dwa różne kable. Model P3 to nieco zmniejszona, tańsza i na pewno bardziej mobilna wersja słuchawek P5, jednak inżynierowie dźwięku z B&W obiecu­ ją, że brzmienie nie odbiega znacząco od starszego brata.

57


design

lom mów mu

ienie d e i b O ije k s e z c i n ha c e M o k i pt O e j o k s d Leningra

Wolność z kudziesię amknięta w kilciu k sympaty latkach fi lmu,  czn łeczne, p e zjawisko spolas niepewn tikowy obiektyw,   y  cji. Szalo efekt i dreszcz em one  niespodz barwy i plastiko w ianki —  tym właś e  nie jest  lomog

rafia.

58


FOT. KATARZYNA LASKUS, KATARZYNALASKUS@GMAIL.COM

rozmawiać o wznowieniu produkcji aparatów. Merem miasta jest wtedy Władimir Putin, który wyczuwa interes i wydaje stosowne polecenie. Taśma z lomoaparatami znowu rusza. z podgatunku 120 lub 35 mm Z czasem Austriacy odkupują pra­ wo do marki, produkują klasyczne LCA — Lomo Compact Automat i kil­ ka nowych równie prostych modeli: 4­obiektywowy Supersampler dzielący klatkę na 4 fazy ruchu, plastikowy Frogeye do podwodnych zdjęć, 8­obiektywowy Oktomat, i „zaawansowany” 9­obiek­ tywowy Pop9. Do rodziny zaliczony został również chiński aparat Holga do klisz średniego formatu. Ważny jest brak flasha, wyjątkowo jasny obiektyw o maksy­ malnym otwo­ rze przy­ słony 2,8 i focus free — ostrość ustawia się podobnie jak w nor­ malnym aparacie przeziernikowym (tylko w wizjerze Lomo widzimy sym­ patyczne piktogra­ my ludzików i domu). Lomografia pomi­ mo technicznych ograniczeń albo właśnie dzięki nim, daje sporo możliwości — cross

processing, wielokrot­ na ekspozycja, prześwietlenia i niedoświet­ lenia, czy dostające się do wnętrza aparatu bli­ świetlne oraz wiele innych niespodzianek, traktowa­

design

L

omografia, co rzadkie w na­ szych czasach, nie jest mar­ ketingowym konceptem. Nad jej popularnością wisi motto Arystotelesa „Doświadczenie stwo­ rzyło sztukę, brak zaś doświadcze­ nia — przypadek”. Czysty przypa­ dek. Na początku lat 90. austriaccy studenci sztuki zwiedzają Pragę, nie mają ze sobą aparatu, więc kupują w komisie taniutki Lomo Impact. Bawią się. Fotografując co popadnie i jak im wygodnie. Po wywołaniu zdjęć odkrywają urocze, sentymen­ talne kadry, prześwietlone, kolorowe, zamglone, szalone wspomnienia. Te zdjęcia mają klimat. Studenci tworzą w Wiedniu Towarzystwo Lomografii i popularyzują nową ideę — zdjęcia robimy spontanicznie, dużo, w każdej sytuacji. Tak ruszyła lawina. Lomozdjęcia robi Robert Redford, Moby i dalajlama. Aparat lomo zakupiony w Pradze był ra­ dzieckim wynalazkiem, a dokładnie uproszczoną kopią aparatu Minolta AF­C ­C lub dwóch odmian Cosiny z 1980 r. i z 1981 r. Był odpowied­ nikiem „małpek” Canona, Kodaka czy Olympusa na rynku demoludów. Nie wchodząc głębiej w genezę powsta­ nia aparatu, jego zasoby na rynku wtórnym zaczęły się wyczerpywać. Prężnie działa­ jąca grupa wiedeńska Lomo sapiens wybiera się więc do Petersburga. Jest 1995 rok, mają

ki

nych przez klasyczną fotografie jako błąd techniczny. Lomo sapiens W lomografii nad jakością zdjęć sta­ wiamy przygodę z fotografowaniem. Tutaj chodzi właśnie o brak precyzji, który narzuca fotografia cyfrowa. Lomografia to przekora i łamanie sztywnych zasadach technicznego porządku. Lomo bywa niedokład­ ne jak ludzkie oko, próbujemy coś

59


design

nam smartfon i instagram (program nanoszący różne filtry na zdjęcia). Jeżeli chcemy pobawić się fotografią, kupmy sobie małą Dianę, czy inny lomoaparat, i nośmy cały czas przy sobie. 10 złotych zasad Na potrzeby początkujących wyznawców centrala z Wiednia ułożyła dekalog. Ma być prze­ wodnikiem po prostym jak apa­ rat świecie lomografii. Przy okazji twórcy zasad wyznaczają granice między nim a krainą kla­ sycznej fotografii amatorskiej:

przydatne adresy: Międzynarodowe Towarzystwo Lomo www.lomography.com

60

uchwycić i sami jesteśmy ciekawi, czy nam się udało. Lomo jest też do­ bre, gdy nie chcemy, żeby wszyscy usztywnili się w nienaturalnych po­ zach, jak od niechcenie wyciągniemy naszego Nikona/Canona/Sony z dłu­ gaśnym obiektywem. Wyposażmy się w mały aparacik jak puszka sardynek, a zrobimy zdjęcie szybsze niż mrugnięcie powieki japońskie­ go turysty. A najlepiej dużo zdjęć, bo może któreś z nich złapie idealnie moment i klimat. Problematyczny jest proces wy­ woływania zdjęć, ale jak sobie przypomnimy setki ujęć, których nie chciało nam się nawet zgrać z karty pamięci z naszej cyfrówki lub nawet telefonu, może ła­ skawszym okiem spoj­ rzymy na fizycznie istniejące odbitki.

zasada #1 Noś LOMO zawsze przy sobie! Bądź ZAWSZE goto­ wy i NIGDY nie zostawiaj aparatu w domu — nawet nie wiesz, kiedy nadjedzie moment wart sfotografowania!

Czy lomografia utrzyma swoją po­ pularność przy naszych supernowo­ czesnych smartfonach z aplikacjami, które dają nam efekty jakie chcemy? Jeżeli myślimy o tym, by wrzucić na Facebooka zdjęcie naszego ca­ puccino w stylu retro przerobionego na efekt lomo to pewnie wystarczy

zasada #2 Używaj LOMO o każ­ dej porze dnia i nocy! Każda sekun­ da ma swój niepowtarzalny urok — swój kolor, głębię, nastrój. Niech Twój Lomo będzie gotowy do działania przez 24 godziny na dobę. Zapomnij o technice i oświetleniu — uwiecznij klimat chwili dokładnie taki jaki jest!

zasada #3 Lomografia nie jest dodatkiem do Twojego życia lecz jego integralną częścią! Pozwól lomografii stać się naturalnym i oczywistym elementem Twojego życia, jak sen, je­ dzenie rozmowa, spacer, myśl, złość i miłość. zasada #4 „Pstrykaj z biodra!” LOMO najbardziej przeszkadza gdy trzymasz go przy twarzy. Blokuje widoczność, hamuje ekspresję, utrudnia rozmowę i zmusza oczy do patrzenia przez malutkie okienko. Trzeba unikać tych niedogodności! Rób zdjęcia trzyma­ jąc LOMO nad sobą, przed sobą, między nogami, z biodra czy w każdy inny sposób jaki tylko przyjdzie Ci do głowy. zasada #5 Fotografuj przedmio­ ty najbliżej jak możesz! Zmniejsz dystans pomiędzy sobą a tym co fotografujesz. Istota rzeczy tkwi w szczegółach — jesteś blisko, wi­ dzisz więcej. zasada #6 Nie myśl! Kieruj się emocjami i instynktem. Zapomnij o regułach, zasadach konwen­ cjach. Pod żadnym pozorem nie


zastanawiaj się i nie analizuj! Uwolnij zmysły i bądź spontaniczny! zasada #7 Bądź szybki! Zdarzają się chwile, gdy ułamek sekundy od­ grywa decydującą rolę. W lomografii pierwsze wrażenie jest tym co liczy się najbardziej, a każdy moment jest wartością samą w sobie. Bądź szybki i zatrzymuj czas! zasada #8 Nie musisz wiedzieć co akurat sfotografowałeś! W lo­ mografii tak jak w życiu — o wielu rzeczach często decyduje przypadek. Wykorzystując to, uzyskasz nowe, odmienne spojrzenie na otaczający świat. Daj się ponieść, a efekty będą spektakularne! zasada #9 … i nie musisz tego widzieć również później! Odbierając wywołane zdjęcia z labu — wpadasz w osłupienie. Cóż to mo­ że być?! Na zdjęciach znajdziesz tylko to, co sam sfo­ tografowałeś, je­ żeli jednak nie roz­ poznajesz miejsca, osób, przedmiotów uwiecznionych na zdjęciu — nie przejmuj się — na tym właśnie po­ lega potęga lomografii! zasada #10 Nie przejmuj się zasadami! Pamiętaj, że zasady

są po to by je łamać! Podążaj własną drogą lomografii. Fotografuj co chcesz, kiedy chcesz i jak chcesz. Powyższe złote zasady powstały po to, by uwol­ nić Twój umysł. Zapomnij o wszystkim co wpojono Ci do tej pory na temat fotografii. Realizuj swoje najbardziej nieprawdopodobne pomysły, nie bój się eksperymentować i baw się LOMO! katarzyna kasprzyk

 r e k l a m a 

Od pewnego czasu rekordy popularności biją te miejsca w sieci czy funkcje w telefonach, które związane są z ogólnie pojętą fotografią. Serwis internetowy Pinterest i aplikację Instagram w iPhonie łączą właśnie zdjęcia, które mają cieszyć oko i inspirować. Skąd tak nagłe zainteresowanie? Powodów można wymienić wiele i zapewne każdy z nich będzie zasadny. Przede wszystkim ludzie są wzrokowcami. Lubią oglądać ładne rzeczy. Lubią je również zbierać. Pokaźna kolekcja zdjęć zachodów słońca na plaży, wymarzonych aranżacji mieszkań czy pięknie podanego jedzenia to tematyka znana niemal wszystkim. A to dopiero początek. Bo jeśli już zgromadzimy plik fascynujących nas fotografii, pragniemy się nimi podzielić. Wtedy do akcji wkracza elektronika. Dzięki takim portalom, jak pionierski Pinterest każdy może stworzyć własną, wirtualną tablicę z inspirującymi go zdjęciami, oznaczoną specjalnymi „pinezkami” informującymi o poszczególnych zainteresowaniach użytkownika. Z kolei Instagram pozwala posiadaczom iPhone'ów na korzystanie z szeregu funkcji do obróbki zdjęć wykonanych telefonem i szybkie dzielenie się efektami ze znajomymi. Proste? Przyjemne? Na pewno tak. A czy ambitne? Zdania są podzielone. Entuzjaści podkreślają walory poznawcze — użytkownicy Pinterestu mogą wzajemnie polecać sobie różne miejsca, książki czy ciekawostki kulinarne właśnie dzięki wrzucanym na tablicę zdjęciom. Krytycy zwracają uwagę na konsumpcyjny charakter takich portali. Pozostaje więc wziąć sprawy, a raczej zdjęcia, w swoje ręce i samemu sprawdzić, co dają Pinterest, Instagram i szereg podobnych do nich aplikacji. Mp


kultura

Dla jednych fotografi a to hobby,  któremu oddają się w wolnych  chwilach, dla innych to sposób na zarabianie pieniędzy, a dla niektórych  to pasja, która

wypełnia każdą dziedzinę życia.

Marta duszyk

wyżej: salon Leica ul. Sławkowska 26, Kraków

zaznacz na mapie

T

ych wszystkich ludzi łączy niewątpliwie specyficzne spojrzenie na siebie i świat wokół — spojrzenie przez obiektyw, które zarazem przybliża i oddala obserwowane zjawisko, pozwala dostrzec jego sedno, a zarazem całokształt. Tym wszystkim, dla których fotografia jest znaczącym elementem życia, polecam gorąco dwa miejsca w krakowskim pejzażu, które warto za­ znaczyć na osobistej mapie miejsc odwiedzanych.

niżej: podgórski dom Fotografii w krakowie ul. Limanowskiego 11, Kraków

Pierwszym z nich jest Podgórski Dom Fotografii przy ul. Limanowskiego 11, o którym jego założyciele piszą pro­ sto: „Miejsce, gdzie mieszka pasja”. Można tu obejrzeć ciekawą wystawę fotografii, wziąć udział w warsztatach, wywołać zdjęcia w ciemni, kupić artykuły do fotografii analogowej czy po prostu przyjść ze swoimi zdjęciami i porozmawiać z ludźmi, którzy mają wiedzę i doświad­ czenie i dla których praca i pasja to jedno. Drugim takim miejscem jest niewątpliwie salon Leica Store przy ul. Sławkowskiej 26. To drugie miejsce w Polsce (po warszawskim sklepie przy Al. Jerozolimskich), gdzie miłośnicy

62

i znawcy foto­ grafii mogą zapoznać się z pełnym asortymentem aparatów, obiektywów i lornetek Leica — marki, o której każdy z zapytanych fotografów mówi jedno: „klasa sama w sobie”. Jak przy­ znaje Sławek Kasper z Leica Camera Poland, na wybór Krakowa niewątpliwy wpływ miała specyficzna atmosfera miasta, którą tworzą zarówno mieszkańcy, jak i odwie­ dzający je turyści. Salon Leica to nie tylko sklep, ale także salon w starym, dobrym znaczeniu tego słowa: miejsce spotkań i rozmów — na temat fotografii, sprzętu czy nowości wydawniczych dostępnych w księgarni fotogra­ ficznej, będącej elementem salonu. Jak zdradził nam pan Sławek, te rozmowy często przenoszą się do pobliskiego Piano Bar, gdzie filiżankę kawy zastępuje kieliszek wina. Zarówno Podgórski Dom Fotografii, jak i salon Leica Store to miejsca przede wszystkim spotkań — z fotografią, ze sprzętem i z innymi ludźmi, z którymi można wymienić się poglądami, doświadczeniami, swoją pasją.


kultura

To, że nie mamy już papierowych kalendarzy, nie jest nowością. To, że nie  biegamy bez Runtastic czy innej aplikacji wspomagającej, pewnie  też. Słownik albo rozmówki podczas wyjazdu? Bez żartu. Żyjemy w świecie aplikacji i wszystko to zmieścimy w swoim niewielkim smartfonie albo trochę większym tablecie.

Życie 4.0 K

iedyś ludzie biegali. Właściwie to bie­ gamy od zarania dziejów. Dzisiaj też biegamy, ale za to wiemy, ile przebie­ gliśmy, pod jakim kątem nachylenia, ile spaliliśmy kalorii i jakie robimy postępy. „Biegające” aplikacje święcą obecnie tryumfy, chociaż to dopiero wierzchołek góry lodo­ wej. Rynek mobilnych aplikacji rośnie w siłę i chociaż większość deweloperów nie zarabia na razie na swoich produktach, to świat mo­ bilnych aplikacji rozwija się na tyle, że w przy­ szłości stanie się jednym z najważniejszych segmentów rynku. Już teraz najwięksi gracze zarabiają krocie, dostarczając na przykład rozwiązania dla biznesu, albo rozrywkę. gry — czyli klasyka w komórce Kiedyś niektórzy kupowali gazety, żeby pograć w Sudoku. Obecnie każdy prostym kliknięciem może Sudoku ściągnąć na komórkę. Sudoku i tysiące innych gier, dostępnych na smartfony i tablety. Największe żniwa będą mieli wielbiciele klasyki, bo na komórkach zagramy od „Mario Bros”, przez „Contrę” aż po gry oparte na kla­ sycznych rozwiązaniach, wzbogaconych o możliwości dotykowego ekranu. O „Angry Birds”, które święciły tryumfy popularności i zmieniły podejście do gier na ko­ mórkach, nie wspominając. zamiast codzienności No właśnie. Pamiętacie kalendarze? Takie papiero­ we, w których długopisem albo piórem zapisywało się rzeczy do zrobienia na przykład na jutro? Teraz o pa­ pierze nie ma co myśleć, bo wszystko jest w naszych komórkach, zsynchronizowanych z kontami Google czy Facebookiem. Pamiętacie czytniki do sprawdzania cen w sklepach? Zapomnijcie — zróbcie zdjęcie komórką, a skaner sam sprawdzi cenę i podstawowe informację

o produktach. Jeśli już mowa o zakupach, to oczywiście ogromną popularnością cieszą się aplikacje tworzące takie listy — z tą różnicą, że w aplikacji od razu poznamy ceny, a nawet zobaczymy, gdzie w sklepie produkt znajduje się na półkach. Jesteśmy na koncercie rockowym i nie mamy za­ palniczki? Aplikacja Bic Concert Lighter przychodzi z pomocą. Nie gaśnie, a i palców sobie nie przypalimy. Codzienne potrzeby są powoli przenoszone w świat aplikacji. dziwny jest ten świat… Aplikacje dzielą się na te, które bawią i te, które po­ magają. Jest też trzecia kategoria — takie, które nie robią ani tego, ani tego. Bio Feedback Constipation Clinic to aplikacja, która ma zwalczać problem zaparć, przez emitowanie dźwięków pobudzania jelit. Hitem, przynajmniej takim z przymrużeniem oka, jest aplika­ cja I’m Rich!! Black Diamond. Otóż ta aplikacja, warta 170 dolarów, nie robi niczego, oprócz pokazywania na ekranie czarnego diamentu. Jako, że aplikacja nie należy do najtańszych, każdy kto chce wydać kilka­ set złotych, może udowodnić innym, którzy wiedzą, o co chodzi, że jest bogaty. Niechlubnym zwycięzcą zestawu najgłupszych aplikacji jest Nose Candy — apka, która imituje wciąganie kokainy. W momencie wciągania telefon wibruje, więc można odczuć pewne emocje. Aplikacja Nothing jest z kolei odpowiedzią na wszystkie idiotyczne odpowiedniki — nie robi nic i ciągle o tym informuje. Aplikacje zmieniają świat. Ludzie więcej biegają, mądrzej jeżdżą, nie nudzą się w środkach komunikacji miejskiej, czasem używają ich bez sensu. I coraz więcej wydają, co akurat twórcom aplikacji powinno być na rękę. andrzej drOBIk

63


kultura

na modowym szlaku w paryżu Paryż jest niebanalny, romantyczny, zaskakujący, barwny i elegancki. Paryż jest też modny. To wiemy od dziecka. Francja—elegancja. Teraz, wybie-

rając się nawet na kilka dni do Paryża,  możemy zobaczyć świetne wystawy  ściśle związane z modą. wyżej: Helmut Newton, A scene from Pina Bausch’s ballet, 1983 obok: Commes des Garçons — White Drama, Pierre Antoine

64

katarzyna kasprzyk

P

aryską wycieczkę zaczęłam od wystawy Helmuta New­ tona w Grand Palais. Lubię tego lekko seksitowskiego fotografa, choć ze względu na po­ prawność polityczną pewno nie powinnam. A francuska wystawa jest jedną z ciekawszych jego retrospek­ tyw. Jak Newton pokazuje modę? Perwersyjnie i prowokacyjnie. Ob­ sesyjnie i erotycznie. W dekoracjach męskich fantazji. Grube cygara, lu­ stra, szpilki, zasłonięte twarze, nagie, posągowe ciała. Eksponuje niepoko­ jące uprzedmiotowienie ciała kobiety, zestawiając modelki z manekinami. Dodaje rekwizyty takie jak gorsety ortopedyczne. Biżuterię Van Cleef&Arpels zaprezentował na rentgenow­ skich zdjęciach dłoni. Z paszczy krokodyla wystają tylko nogi i po­ śladki. Modelki przedstawia często w wersji ubranej

i rozebranej. Wybierzcie, która wam bardziej przypadnie do gustu. Kobie­ ty Newtona są idealnie piękne, mają regularne rysy, wielkie oczy, namięt­ ne usta, cudownie ukształtowane kości policzkowe i ciało bogini. Nie mogą być wychudzone, tu liczy się okrągła linia biodra i wcięcie w tali. Wyglądają władczo i jednocześnie jest w nich pustka lalki. Newton swego czasu mieszkał w Paryżu. Był jednym z najlepiej opłacanych i najpopularniejszych fotografów XX wieku. Zdobył wszystko co było do zdobycia: sławę, pieniądze, pięk­ ne kobiety — takie, jak z jego zdjęć. Zginął równie spektakularnie jak foto­ grafował, wjeżdżając samochodem w hotel w którym mieszkał. Przenoszę się dalej śladem kolej­ nego geniusza, tym razem mody. W Palais Garnier możemy obejrzeć pierwszą wystawę kostiumów ba­ letowych zaprojektowanych przez Christiana Lacroix. Stroje powstały dla baletu „La Source”, wystawia­ nego w paryskiej operze. Zachwyca precyzja wykonania, staranność


Zostając w klimatach wielkiej mody przenosimy się do świata Cristóbala Balenciagi. Wystawa w Les Docks powstała jako wyraz hołdu dla mi­ strza w 40. rocznicę jego śmierci. Cristóbal Balenciaga był jednym z nielicznych projektantów mody, któ­ rzy własnymi rękoma tworzyli fryzury modelek podczas pokazów. Jego pokazy były całością, a on musiał za­ dbać o każdy element. W 1919 roku otworzył swój butik w San Sebastian. Ubrania jego projektu nosiła hiszpań­ ska rodzina królewska oraz arysto­ kracja. Kiedy wybuchła hiszpańska wojna domowa, Balenciaga przeniósł swój butik do Paryża. Historia mody przede wszystkim zna Cristóbala Balenciagę jako transformatora ko­ biecej sylwetki, bo to on ubrał kobiety w tuniki, „szmizjerki” czy podniósł talię przywołując styl „empire”. Na wystawie zobaczymy wszystko to, związane jest z mistrzem. Jego projekty, suknie, kostiumy i akcesoria, fo­ tografie, szkice, rysunki. Dla koneserów.

scenografii gigantycz­ nych pla­ stikowych baniek, wystawiono 33 damskie drewniane manekiny noszące wiosenno­ ­letnie mode­ le Kawabuko na bieżący rok. „Chciałem podzielić się z szeroką publicznością odczuciem, jakie wzbudziła we mnie ta ko­ lekcja, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy na pokazie” — wyjaśnia Olivier Saillard, komisarz wystawy, dyrektor Muzeum Mody Galliera w Paryżu. — „Sytuuje się ona na antypodach wymogów ko­ mercyjnych, co jest dziś rzadkie i odświeżające. Poza tym, Rei Kawakubo zrezygnowała z prowo­ kacji, na rzecz czystej poezji” — tłumaczy Saillard, podkreślając, że scenografia też jest autorstwa projektantki.

Rei Kawa­ kubo, która przez lata kojarzona była z czer­ nią, teraz skupiła sję na wszelkich odcieniach odświętnej, ceremo­ nialnej bieli. Od ob­ szernych płaszczy, przez suk­ nie ślubne z krynoliny, kreacje zdobione tekstyl­ nymi płatkami kwiatów, do modeli przypominających togi duchownych, ta kolekcja wycho­ dzi poza tradycyjną haute couture w rejony zarówno futurystyczne jak i archaiczne.

kultura

detalu, a przeraża jak sobie wyobra­ zimy ile pracy to kosztowało. Każdy kostium jest ozdobiony wyszywanymi milionami kryształków Swarovskiego. Stroje są mieszaniną inspiracji folklo­ rem z pastelowymi barwami sukien. W każdym pomieszczeniu wysta­ wowym zobaczymy nie tylko same kostiumy, ale też tło pracy twórczej — wszystko z czego projektant czerpał, zaczynając od dokumentów, starych zdjęć, historycznych kostiumów na rysunkach i szkicach projektanta kończąc.

obok: kostiumy baletowe i operowe: Christian Lacroix niżej: The World of Cristóbal Balenciaga

Na koniec zostawiam sobie wisienkę na tor­ cie — w Cite de la Mode et du Design podziwiam „White Drama” japońskiej projektantki Rei Kawakubo, założycielki marki Comme des Garçons. Gdzie tam wisienka, to prawdziwa uczta wzrokowa dla każ­ dego wielbiciela mody. Wystawa w Paryżu poświę­ cona Comme des Garçons to jedna z najbardziej od­ ważnych kolekcji ostatnich lat. W futurystycznej, a jed­ nocześnie jakby religijnej 65


kultura

Nowa Laura palmer katarzyna WILk

Kto zabił Rosie Larsen?

Jak w dobrym kryminale —  łatwo się tego nie dowiemy.  Nie dowiemy się tego również  szybko. I jak w dobrym  kryminale — wszyscy  są podejrzani.

T

„The Killing”, 2011—2012, prod. Fox Television Studios, USA

66

he Killing“ — choć to ame­ rykański remake duńskiego serialu „Forbrydelsen“ — od samego początku kojarzy się z innym kultowym serialem , oglądanym kiedyś z wypiekami na policzkach „Miasteczkiem Twin Peaks“ Davida Lyncha. W scenie rozpoczynającej nastoletnia Rosie Larsen — podobnie jak ponad dwadzieścia lat temu lynchowska Laura Palmer — zostaje wyłowiona martwa z jeziora. Tym razem jednak do akcji wkracza nie jeden, a dwóch detektywów i to oni stają się osią akcji dwóch zrealizowanych do tej pory serii „The Killing“.Współczesne Twin Peaks to deszczowe, mroczne, zamglone Seattle, które stanowi dość odrealnioną scenerię dla

działań bohaterów. Lynchowska metafizyka i surrealizm ustępują jednak miejsca rzeczowemu do­ chodzeniu. Rozbuchana fantazja zastąpiona zostaje formalnym skondensowaniem, precyzją gry aktorskiej i oszczędnością środ­ ków wyrazu. Przez 26 jesiennych dni (każdy odcinek to jeden dzień śledztwa) przyglądamy się pracy z pozoru bardzo niedobranej pary detektywów. Coś, co na pewno ich łączy, to oddanie pracy i chęć roz­ wiązania zagadki za wszelką cenę. Sarah Linden dla pracy poświęca swoje prywatne szczęście, a nawet zdrowie, Stephen Holder znajduje w niej ucieczkę od niewygodnej przeszłości. Z galerii postaci prze­ wijających się przez nieustannie

pracujące głowy obu policjantów cień podejrzenia nie pada chyba tyl­ ko na nich samych. Mistrzowski pod tym względem wydaje się odcinek wieńczący drugą serię, a zarazem kończący dochodzenie, gdzie punkt kulminacyjny goni punkt kulmina­ cyjny. Poznanie mordercy to jednak tylko pretekst do pokazania spek­ trum wątków i postaci uwikłanych w brutalną śmierć dziewczyny — ro­ dziny i przyjaciół Rosie, lokalnych polityków oraz samych detektywów. Zanim dowiemy się, co tak napraw­ dę wydarzyło się feralnego wieczoru, poznamy mroczne tajemnice z po­ zoru wzorowych obywateli Seattle. Dodatkową zachętą może być fakt, że kilka odcinków wyreżyserowała Agnieszka Holland.


kultura

 r e k l a m a 

Trudno mówić o fi lmie, że jest kostiumowy,  jeśli dotyczy wydarzeń sprzed niewiele ponad  dekady. A jednak „Jesteś bogiem”  Leszka Dawida w pewnym sensie można  potraktować jak fi lm kostiumowy.

Przebrani w hip-hop

B

ohaterowie — szczególnie trójka głównych, muzycy nieistniejącej już popularnej Paktofoniki — Magik, Fokus i Rahim — przywdziali na siebie kostium ma­ nifestujący ich postawę życiową, stosunek do świata, kostium, który miał im pomóc odnaleźć się z jednej strony w zmieniającym się w latach 90. polskim społeczeństwie, a z drugiej — w starcie w dorosłe życie. Życie, które niewiele wtedy miało do zaoferowania młodym chłopakom ze ślą­ skich górniczych blokowisk, szczególnie tym, którzy posta­ nowili podejść do niego nieszablonowo. „Jesteś bogiem“ to film długo oczekiwany nie tylko przez fanów polskiego hip­hopu. Kto jednak czekał tylko na film opowiadający fakt po fakcie historię zespołu, może się rozczarować. Nie jest to bowiem w pełni ani film monograficzny, ani biograficzny, nie do końca jest to też film muzyczny. To raczej socjolo­ giczna próba podjęcia często eksploatowanego w filmach tematu stania u progu dorosłości i poszukiwania własnej, odrębnej, unikatowej drogi życiowej, nierzadko kończącego się — jak w przypadku Magika — tragicznie. Próba o tyle ciekawa, że zanurzona w muzycznym świecie jednego z najpopularniejszych polskich zespołów przełomu wieków. Film, zrealizowany przez Leszka Dawida, debiutującego niedawno popularnym „Ki“, wejdzie do pol­ skich kin w listopadzie. katarzyna WILk

„Jesteś bogiem“, reż. Leszek Dawid, scen. Maciej Pisuk, zdj. Radosław ładczuk, mont. Jarosław Kamiński, prod. Studio Filmowe Kadr, Polska, 2012

67


kultura

W przypadku prawdziwych fanów seriali trudno o bardziej łakomy kąsek niż  dobra komedia o tym… jak robi się seriale w jednej z największych amerykańskich stacji telewizyjnych. A może wręcz przeciwnie,  bo przecież taka satyra może okazać się zbyt prawdziwa?

epizody z życia TV

R

zecz zaczyna się w Londynie. Tam małżeństwo sce­ narzystów, Sean i Beverly Lincolnowie, świę­ ci kolejne tryumfy i odbiera którąś z kolei statuetkę BAFTA za najlepszy sce­ nariusz serialu. Wtedy po­ jawia się gruba ryba z USA i proponuje, żeby przenieść serial na amerykański grunt. Pieniądze oczywiście znacznie większe, nieza­ leżność z pozoru ogromna. I tak się zaczyna — przy­ goda z amerykańskim światem seriali, gdzie ma­ nipulacja jest na porządku dziennym, gwiazdki zrobią wszystko, żeby dostać stałą posadę na planie, a uroki życia w Los Angeles spra­ wiają, że nawet wzorowe angielskie małżeństwo nie jest w stanie utrzymać żądz na wodzy. Oczywiście z serialu o na­ uczycielu i jego uczniach powstaje amerykańska hybryda, w której nauczyciela zastępuje trener hokeja, a inteligentnych uczniów — nieco mniej rozgarnięci młodzi hokeiści.

„Episodes” to serial niezwykły. Nie pękniemy tu ze śmiechu, ale cały czas będziemy się uśmiechać. Nie zachwycimy się znanymi nazwiskami, ale przyzwyczaimy się do sympa­ tycznych brytyjskich bohaterów. Z wielkich tego świata na ekranie widać tylko Matta LeBlanca, który w serialu gra samego siebie — dość satyrycznie, a może nawet 68

andrzej drOBIk

w „Episodes” na pierwszy rzut oka granica między prawdą i fikcją nie jest zbyt dobrze widoczna. Wszyst­ ko firmuje Showtime, mamy ekscentrycznego właściciela stacji, mamy stacyjne manipulacje, są też badania, które decydują w stacji niemal o wszystkim — przy­ znajmy: to odważny krok ze strony producentów.

ekshibicjonistycznie. LeBlanc w se­ rialu jest pyszny, pełen ułomności i przekonany o swojej wielkości; sza­ sta pieniędzmi, jak tylko może. Ciąg­ le pozostaje w cieniu Joeya z „Przyja­ ciół”, zresztą do tej roli w „Episodes” wraca się wyjątkowo często. Nic dziwnego, bo scenarzystą jest David Crane, odpowiedzialny wcześniej za ogromny sukces serialu o szóstce przyjaciół z Nowego Jorku. LeBlanc podobno wykreślił kilka co ciekaw­ szych momentów ze scenariusza, mówi się, że z powodu zbytniego po­ dobieństwa do oryginału. Serialowy LeBlanc jest po rozwodzie, lubi wypić zbyt dużą ilość alkoholu, sypia z nie­ widomą żoną producenta. Zresztą

„Episodes” to w duchu brytyjski serial z charak­ terystycznym poczuciem humoru na amerykańskim gruncie. To połączenie sprawia, że oglądalność nie zachwyca, a drugi sezon obecnie walczy o przetrwanie. Może dlatego, że twórcy dość otwarcie krytykują gusty amerykańskiej widowni. LeBlanc w momencie irytacji stwierdza nawet: „Patrz na HBO, dupą im wychodzą niuansowe portrety! A co ludzie oglądają? Te ich pie­ przone wampiry!”. Cały czas serial tworzony przez bohaterów walczy zresztą z bliżej niezdefiniowanym programem o gadającym psie i ta­ necznymi show — to najlepiej poka­ zuje, co David Crane i spółka myślą o amerykańskiej telewizji. Pytanie tylko, czy to nie strzał w swoją włas­ ną stopę. Mnie serial zachwyca, statystycznego Amerykanina pewnie odstraszy albo trudniejszy brytyjski humor, albo satyra nie tylko na świat telewizji, ale na całe społeczeństwo.


kultura

bardzo istotne w Krakowie, gdzie bez pozwolenia w nocy i w centrum mias­ ta można postawić pomnik. Hasło festiwalu dobrze oddaje też mural „m‑city 658” autorstwa Mariusza Warasa. Na ścianie szczytowej Domu Józefa Mehoffera artysta przedsta­ wił Kraków jako miasto‑parowiec dryfujący na wodach gigantycznego akwarium. Drugi ważny aspekt festiwalu poza rzeźbą miejską to działania społeczne. W takich akcjach nieza­ stąpiona jest Cecylia Malik, która z Piotrem Pawlusem przygotowała „Wodną masę krytyczną”. Projekt polegał na przywróceniu miastu rzeki. Kraków na przestrzeni wieków

boom art Wielkie

Wiosna i początek lata to w Krakowie okres wielu festiwali. W tym też okresie (15—29 czerwca 2012) odbył się kolejny Grolsch ArtBoom Festival. To już czwarta edycja, tym razem pod hasłem „Twierdza Kraków”. Jak adekwatne jest to hasło w Krakowie, mogą świadczyć protesty mieszkańców miasta, lokalnych stowarzyszeń i — jak co roku — burza prasowa. miał z nią kontaktu? Wyjście z dzia­ łaniami artystycznymi na miasto to wręcz konieczność. Myślę, że ta­ kie jest jedno z głównych założeń festiwalu: ma on budzić sprzeciw, może ciekawość, a przede wszyst­ kim pobudzać do dyskusji. Pod tym względem festiwal po raz kolejny można uznać za udany.

wyżej: mural Mariusza Warasa; Projekt Cecylii Malik obok: Gombrowiczowi rodacy, projekt Malgorzaty Markiewicz

70

N

iektórzy zastanawiają się, czy warto organizować ten festiwal, aby został natychmiast oprotestowa­ ny. Jednak właśnie z tego powodu warto, a wręcz trzeba. Sztuka współ­ czesna zamknięta w instytucjach izoluje się od społeczeństwa. Czy dziwi więc protest mieszkańca mias­ ta, nieprzygotowanego do odbioru sztuki współczesnej, który nigdy nie

Z niewiadomego powodu wiele kontrowersji wzbudził pomnik „Ławka”, poświęcony Witoldowi Gombrowiczowi. Rzeźba z napisem „Gombrowiczowi Rodacy” wchodzi w interakcję z widzem i budzi wiele skojarzeń z jego twórczością. Jak wi­ dać, ciągle nie jesteśmy przygoto­ wani, aby się z nią zmierzyć. Inną ciekawą instalacją rzeźbiarską był „Knur na stosie” artysty Mateusza Okońskiego i kuratorki Anety Rostkowskiej. Czy artysta podło­ żył nam świnię zamiast kolejnego koszmarnego pomnika? To pytanie


Drugą ciekawą akcją społeczną był projekt Romana Dziadkiewicza & Ensemble. Projekt polegał na kil­ kudniowym przejęciu wyspy w sa­ mym centrum parku Krakowskiego. Grupa „koczowników” okupowała wyspę, żyjąc tam, pracując i mi­ mo woli angażując „publiczność” parku. Projekt był istotnym komen­ tarzem do tematu odmieńca wypę­ dzonego z Miasta‑Twierdzy. Na inny aspekt „odmieńca‑artysty” próbowali spojrzeć Julita Wójcik i Jacek Niezgoda. Pod kopcem Krakusa wznieśli minikopiec Nieznanego Artysty i Nieznanej Artystki. Projekt wzbudził wiele kontrowersji okolicznych miesz­ kańców, ale to nic w porównaniu ze skandalem, jaki wzbudził inny niezrealizowany projekt związany z tym miejscem. Maria Bitka i Ilona Barszcz projektem „Sen Kraka — twierdza 33” wygrały towarzyszący festiwalowi Grolsch ArtBoom kon­ kurs Fresh Zone. Artystki chciały zamienić kopiec Kraka w wielką kobiecą pierś, planowały go po­ kryć tkaniną i zwieńczyć sutkiem z wafelków, galaretki i ciepłych lodów. Symbol kobiecości nie dostał jednak wymaganych po­ zwoleń i nie został zrealizowany. Projekt, pomimo przykrości jakich przysporzył artystkom, dobrze podsumował hasło festiwalu — „Twierdza Kraków”.

Z początkiem lata MOCAK (Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie) otwiera trzy wystawy, dalekie jednak od nastrojów wakacyjnych.

kultura

urbanizował się tyłem do Wisły, więc to istotny problem. Cecylia wraz z ochotnikami przepłynęła zakole Wisły na wysokości Wawelu na pontonach, materacach i rowe­ rach wodnych.

Trzy razy na tak

W

Galerii Alfa swój cykl obrazów „Erotyczny ogród Apolonii” pokazu­ je Pola Dwurnik. Artystka po rozstaniu ze swoim ostatnim partnerem odkrywa libretto opery Georga Friedricha Händla „Alcina”, które staje się głównym pretekstem do wystawy. Mieszkająca na wy­ spie czarownica przemienia swoich kochanków w zwierzęta i rośliny. Dokonując malarskiej autoterapii, Pola Dwurnik zamienia więc swoich byłych partnerów w zwierzęta i tym samym rozlicza się ze swojej erotycz­ nej przeszłości.

już „Zeszyt” Wilhelma Sasnala czy wyżej: praca Anny Chabros książkę Linusa Paulinga „Chemia („No Budget Show”) ogólna”, odmienioną przez Tomka Barana w ramach ostatniej akcji poniżej: prace MOCAK-u „Powrót książki” (zorgani­ Poli Dwurnik zowanej we współpracy z Projektem Sól). Uzupełnieniem wystawy są przygotowane przez organizatorów książki i katalogi bezpośrednio lub pośrednio związane z konkretną książką. Autorki wystawy zadają także pytanie, czy w erze digitalizacji papierowe książki nie staną się już tylko przedmiotami artystycznymi. Mamy nadzieję, że nie. Stanisław Ligas

Druga wystawa, „No Budget Show”, otwarta w Galerii Beta, jest całkowi­ tym przeciwieństwem spójnej i kon­ sekwentnej wystawy Poli Dwurnik. Robert Kuśmirowski, który jest po­ mysłodawcą i opiekunem projektu, oddaje pole improwizacji. Ludzie zaproszeni przez tego uznanego artystę niosą przede wszystkim jakiś ferment, nie prezentują swoich prac w instytucjach sztuki, a realizacja ich pomysłów nie wymaga dużego na­ kładu finansowego. I to jest najwięk­ szym atutem tej wystawy, która daje możliwość zaistnienia nie tylko nie­ znanemu, początkującemu artyście, ale przede wszystkim sztuce. Przed obejrzeniem obydwu wystaw warto kupić i przeczytać niewiel­ kie katalogi przygotowane przez muzeum. Trzecim wydarzeniem jest wystawa książki artystycznej z kolekcji mu­ zeum, prezentowana w bibliotece MOCAK-u. Zobaczymy na niej słynny 71


kultura

„Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów”, Ludwika Włodek

To wyjątkowa książka, która bynajmniej nie jest kolejną biografią wybitne­ go pisarza. To utwór przede wszystkim sentymentalny, bo napisany przez prawnuczkę Jarosława. Wprowadza nas ona w świat swojej rodziny. Podróż ta jest wyjątkowym przeżyciem. Ludwika Włodek nie ugładza, nie wybiela, pi­ sze zgodnie ze swoją wiedzą. Są więc wzajemne żale i pretensje, są rozwody, porzucone dzieci, samobójstwo i śmierć. Wraz z autorką poznajemy Stawisko, w którym rozgrywają się najważniejsze dla Iwaszkiewiczów wydarzenia. Niewiele jest tu o kwestiach politycznych, snobizmie artystycznym czy rze­ komym homoseksualizmie Jarosława Iwaszkiewicza, sporo za to o ludziach i ich życiu. Książkę wzbogacają zdjęcia rodziny oraz drzewa genologiczne Iwaszkiewiczów, Lilpopów i Włodków. Jeśli chcecie dowiedzieć się, kto poznał w dzieciństwie Henryka Sienkiewicza, kto miał podwójne nazwisko Iwaszkiewicz czy o kim z rodziny Iwaszkiewiczów jest wzmianka w „Dziadach”, musicie przeczytać tę książkę.

Cztery książki Wakacje to moment, w którym wielu z nas nadrabia zaległości książkowe z całego roku. Jaka powinna być idealna książka na lato? Dla jednych lekka, dla innych krótka. Dla mnie lektura musi być podróżą, w którą udaję się wraz z autorem — ma być przyjemnością, ale powinna też zmuszać do refleksji. Poniżej prezentuję moje typy na tegoroczne wakacje.

„Parrot i Olivier w Ameryce”, Peter Carey

Przyznam szczerze, że to jedna z lepszych książek, jakie czyta­ łam w ostatnim czasie. Przede wszystkim dlatego, że zaskakuje. Po przeczytaniu pierwszego roz­ działu byłam znudzona. Po lek­ turze drugiego chciałam odłożyć ją na półkę i szybko o niej zapo­ mnieć. Zaintrygowała mnie jednak kompozycja — naprzemienna narracja dwóch tytułowych boha­ terów. Byłam ciekawa, jak zostaną połączone losy arystokraty i biednego wędrownego dru­ karza. Postanowiłam więc dać książce jeszcze jedną szansę 72

i przeczytałam kolejny rozdział. Dawno nie czytałam czegoś rów­ nie wciągającego. O czym właściwie jest powieść? O złożoności ludzkich losów, pienią­ dzach, życiu w Ameryce, arystokra­ tach, biedakach i rewolucji. To także studium przyjaźni. Parrot ze sługi i szpiega Oliviera staje się najbliż­ szym mu człowiekiem. Najbardziej zaskakuje fakt, że te same wydarzenia są pokazane z punktu widzenia obu bohaterów — a wierzcie mi, ich spoj­ rzenia są całkowicie różne, co często wywołuje u czytelnika uśmiech.


kultura

„Láska nebeská”, Mariusz szczygieł

O sympatii wieloletniego kore­ spondenta „Gazety Wyborczej” do Czechów wiadomo nie od dziś. Wynikiem jego obserwacji jest właśnie ta książka. Sporo w niej również o nas — Polakach. Ciekawe jest założenie książki, która powstała z felietonów pisa­ nych przez Szczygła do wydanej przez Agorę serii siedemnastu dzieł pt. „Literatura czeska”. Miała ona traktować o literaturze, ale od razu uprzedzę — tak nie jest. To książka o spotkaniach Szczygła z niesamowitymi ludźmi, m.in. siostrze­

nicą Franza Kafki czy piosen­ karką Vlastą Pruchovą. Zaskakują zdjęcia zamiesz­ czone w utworze, których au­ torem jest jeden z najbardziej cenionych czeskich fotogra­ fów — Frantiśek Dostál — zu­ pełnie nieznany w Polsce. Obok tych zdjęć „fotografa absurdu” nie można przejść obojętnie. Głównym celem, jaki postawił sobie autor, było wprowadzenie odbiorcy w dobry nastrój. Czy to się udało? Oceńcie sami.

do plecaka MOnIka BOrkOWska-szMIt

„O fotografii”, susan sontag

Książka powstała w drugiej połowie lat 70., a mi­ mo to wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością. Najbardziej uderzył mnie w niej brak jakichkolwiek zdjęć. Pojawiło się pytanie: „jak to możliwe, żeby książka doty­ cząca fotografii nie była okraszona obrazem?”. Po lekturze stwierdzam: to jest możliwe i, co ważne, nie traci ona przy tym na swej wiarygodności. O czym jest ta książka? To zbiór esejów dotyczących znaczenia oraz kariery fotografii. Zdjęcia według autorki „to chyba najbardziej tajemnicze przedmioty, które tworzą i zespalają nowoczesne środowiska”. Pozwalają uchwycić fragment przeżyć, są przy tym elementem sztuki masowej. Książka zawiera wiele nawiązań chociażby do historii fo­ tografii, malarstwa, filmu, wypowiedzi autorytetów z różnych dziedzin czy do elementów życia co­ dziennego. Eseje są napisane bardzo przystępnym językiem, z którego wyłania się prawdziwa pasja autorki. To także zbiór refleksji mądrego człowieka, które czytałam z niekłamaną przyjemnością. 73


z prowincji

felieton

Lato w mieście, lato na wsi andrzej drOBIk

J

akoś tak się dzieje, że trzydziestostopniowy upał sprawia, że myślę sobie, jak by to było gdzie indziej. Kiedy siedzę na prowincji, myślę o Krakowie, kiedy jestem w mieście, myślę o schronieniu na wsi. Może war­ to porównać te dwa, jak mawiał klasyk, zupełnie różne systemy metryczne?

** Słońce i skwar. Można siedzieć w knajpie, popijać zimną colę, mrożoną kawę, a w najgorszym wypadku taką go­ rącą i czarną. Słońce wali jak mało kiedy. Normalnie sy­ tuacja wygląda tak, że kończę pracę i idę nad Wisłę. I tu zaczynają się różnice. Bo w Krakowie do wody nie wejdę, można się utopić i pewnie woda niezbyt czysta. U mnie wchodzę — utopić się nie dam rady, bo woda najwyżej do kolan, za to trochę czystsza. 1:0 dla prowincji. ** Na upał najlepsze, jak wiadomo, są galerie handlowe. Klima dobrze działa, można tam spędzić pół dnia, książki poczytać, gazety przejrzeć, zjeść coś, ba! nawet o kino zahaczyć. U siebie też mam galerię handlową. Ale ani tu klimy, bo to raczej pawilon, co się tylko szumnie nazywa, więc kina tym bardziej nie ma. 1:1. **

andrzej drobik historyk, dziennikarz, redaktor. Ostatnio miesz­ ka w Ustroniu, skąd pisze dla nas felietony.

Upalny dzień najlepiej zacząć dobrym śniadaniem, naj­ lepiej niedrogim i z dobrą kawą. Miasto w tym przypadku rządzi niepodzielnie — trudno mi sobie wyobrazić coś lepszego niż krakowski Kazimierz. U mnie na prowincji też był kiedyś bar śniadaniowy: kanapki, kawa na wynos — wszystko, czego dusza zapragnie. Bar już zamknięty, wytrzymał trzy miesiące, lata nie doczekał. 1:2 — miejski styl życia górą. ** Lato w Krakowie to zawsze kino za 5 czy tam 6 złotych. Dobre filmy, fajne kina. Ja zbieram na rzutnik, bo jak już będę miał, to płachta w ogródku i hulaj dusza. Ale na razie 1:3 dla metropolii. **

74

Pamiętam, jak kiedyś robiliśmy grilla nad Wisłą, gdzieś w sumie niedaleko Wawelu. Straż Miejska pojawiła się jak dżin — zaraz po otwarciu jakiejś butelki, której zawartości nie jestem już teraz w stanie zidentyfikować. U nas, nawet jakby przyszła, to pewnie nic by nie zrobiła, bo przecież „sami swoi”. Kontaktowy punkt dla prowincji — 2:3. ** Żeby nie było zwycięstwa wielkiego miasta, spytałem kolegę, co można u nas, a w mieście nie. „Można wyjść rano na trawkę w ogródku, zjeść śniadanie i mieć gdzieś cały dzień”. Trafniej bym tego nie ujął. 3:3 — znowu remis. I tak zostawmy. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Warto tylko pamiętać, znów wracając do klasyka, że­ by minusy nie przesłoniły nam plusów. Dobrego lata, gdziekolwiek jesteśmy!


R


R

Trendy Moda i Styl Życia  

Wakacyjne wydanie magazynu Trendy

Advertisement