Issuu on Google+

KsiążKa do gotowania czyli ugotuj se sam autor: Magdalena “Juzia” JuzwuK


Książka do gotowania

czyli ugotuj se sam autor: Magdalena “Juzia” Juzwuk


Książkę dedykuję wszystkim, z którymi uwielbiam jeść, biesiadować i gadać – po prostu być. Mariuszowi i Jasiowi, Adze i Andrzejowi, Kasi i Pawłowi, Izu i Piotrkowi, Dorocie i Mariuszowi, Renacie i Michałowi, Agnieszce i Bartkowi, Magdzie i Leo, Justynie i Jackowi . szczególne podziękowania należą się twórcom ilustracji: moim bratankom Frankowi, Maksowi oraz nieocenionemu Mariuszowi mężu memu


I komu to potrzebne? - Czyli wstęp No właśnie …. Komu to potrzebne? Ta książka. Już wyjaśniam. To, że lubię gotować jest Wam wszystkim wiadomo, ale czy umiem no to już nie mnie oceniać. Ale jakby Wam nie smakowało przecież nie prosilibyście mnie o przepisy. No i tym kluczem dotarliśmy do celu - “książka” ta odpowiada na dwie potrzeby. Pierwsza - chciałam w jednym zwartym szyku przekazać Wam wszystkie przepisy na raz w prezencie (nie żebym nie lubiła jak dzwonicie do mnie lub piszecie “ej daj mi ten przepis …”). A druga jest tak prozaiczny, że aż wstydzę się o tym pisać - po prostu sama wolę je mieć wszystkie w tak zwanej kupie. I siedziałam, zbierałam te przepisy, wyrzucałam, kombinowałam aż powstał ten oto zestaw. Na początek jednak chciałbym Wam przekazać, że jest kilka prawideł w moim Zatem zanim poczytacie i będziecie gotować musicie to wiedzieć, że: Nie odmierzam miarką ingrediencji – no nie umiem i już Nie zawsze trzymam pewnie przez to proporcje w przygotowaniu, o czym przekonacie się korzystając z moich przepisów Nie umiem siekać tak zawodowo nożem warzyw jak robią to Gordon Ramsey czy też Pascal Brodnicki (wielbię Magdy Gessler przepisy, ale nigdy nie widziałam jak używa noża – widziałam tylko jak sypie przyprawy do garnka) Nie klękam przed każdym przepisem, jaki otrzymam od kogoś, zawsze jest tak, że dokładam coś od siebie – i chyba dzięki temu moje przepisy mogą być Wasze i odwrotnie Nie umiem gotować tylko dla siebie, więc robię potrawy duże, zazwyczaj okrągłe lub półokrągłe, bo one się tak pięknie dają dzielić


Są też rzeczy, które robię w kuchni z premedytacją Gotuję z radością i przyjemnością Korzystam z przepisów, które znajdę w internecie, ale patrz punkt 3 Gotuję by się móc dzielić, – bo lubię się dzielić jedzeniem Podaję Wam przepisy tylko i wyłącznie te, które zrobiłam wielokrotnie a przy tym są testowane na Was, więc chyba wiecie, o co chodzi. Tak, więc zebrałam, spisałam i teraz przekazuję Wam z radością. No to czytajcie i gotujcie z tego wszyscy.


Pierogi to moja specjalność Tej potrawie postanowiłam poświęcić najwięcej treści, a to, dlatego że ma dla mnie wyjątkową wartość sentymentalną. Pierogi uczyłam się robić od mojej ukochanej Babci Jadzi1 Będąc małym chłopcem, wraz z Babcią spędzałam w kuchni sporo czasu podpatrując jak jej sprawne ręce ugniatają ciasto by potem jeszcze sprawniej sklejać krążki z ciasta wypełnione farszem o tajemniczym składzie. Z wiekiem, gdy i moje ręce stawały się sprawniejsze, samodzielnie sklejałam ciasto, jednak farszu i ciasta nie odważyłam się zrobić sama dopóki Babcia żyła. Co nie znaczy, że nie zapamiętywałam bacznie każdego kroku, gdy te cuda powstawały. Nie będę Was oszukiwała – robienie ciasta na pierogi wcale nie jest proste, ale jeśli zna się sekrety Babci Jadzi wszystko wydaje się dużo prostsze. Niektórzy mogą fuknąć nawet, że co to za sekrety skoro piszą o tym w necie, otóż na fukanie odpowiem gromkim krzykiem, – ale 20, 30 i 50 lat temu nie pisali! Pierogi w moim wykonaniu miały swoją hossę tak gdzieś, około 2009 gdy schodzili się do mnie goście na tak zwane „pierogi party” a ja kleiłam te wypchane smakołyki w ilościach hurtowych. Największą radość jednak dawał ten moment, gdy zbierając talerze ze stołu zaskoczona stwierdzałam, ze nie ostał się ani jeden z pierogów. Moimi pierwszymi pierogami były oczywiście pierogi ruskie, w 2011 dołączyły do nich pierogi z kapustą i grzybami oraz z mięsem. Zanim podam Wam tajny przepis na ciasto, muszę Was uraczyć przepisami na farsze. Już wyjaśniam, dlaczego taka kolejność. Otóż w tym zawiera się także moja rada. Jeśli nie chcecie się narobić jednego dnia robiąc pierogi – zróbcie farsz dzień wcześniej. Zrobi to dobrze zarówno farszowi jak i Wam. A i jeszcze jedno. Jeszcze nigdy, ale to nigdy w mojej karierze 1

Babcia Jadzia nauczyła mnie również rubasznej piosenki, która nucę sobie czasem pod nosem klejąc pierogi: „A u naszej Hanki cycki jak dzbanki, pierdolnica jak donica a w dupie organki”


„pierogarskiej” nie udało mi się zrobić idealnej ilość farszu – zawsze zostaje mi albo farsz albo ciasto. Nie cierpię wyrzucać jedzenia, więc staram się to minimalizować, ale niestety często bywa tak, że cos ląduje w koszu, bo o ile farsz można zjeść ciasto już nie bardzo. Nie polecam też mrożenia tych rzeczy, na potem… Farsz do pierogów ruskich Lista zakupuff na około 50 pierogów: Ziemniaki 1 kg – apeluję! kupujcie ziemniaki w takich

prawdziwych warzywniakach osiedlowych, nie kupujcie ich w supermarketach. Ser biały tzw. twaróg (piękne słowo) 250 dag – ja kupuję w kostce, lub na wagę, ale powinien być tłusty lub półtłusty, to ważne. Nie oszukujmy się, pierogi nie należą do potraw dietetycznych. Maja być przyjemne. Cebula – 2 sztuki średnie lub jedna duża /biała lub polska złota/ /opcjonalnie/ 1 pętko /śmieszne słowo co nie?/ kiełbasy – zresztą teraz w sklepie pętka nie są pętkami tylko regularnymi pałkami (to ciekawe, że na formę kiełbasy są akurat takie dwa epitety). Pieprz – dużo pieprzu! Sól Masło prawdziwe

Ziemniaki gotujemy do miękkości ze szczyptą soli, mogą się nawet rozgotować, nic nie szkodzi… Po odcedzeniu dodajemy łyżkę masła ( to dla smaku, ale też lekkości ziemniaków) i robimy z nich miazgę, czym tam macie – tłuczkiem, praską. Ja używam tłuczka, a to, dlatego że lubię jak grudki ziemniaków są wyczuwalne w farszu. Studzimy je – nie mogą być ciepłe podczas przygotowywania farszu! Zimne mają być! Twaróg traktujemy tak samo – miażdżymy – dokładnie tak jak ziemniaki. Na patelni, na łyżce masła i odrobinie oleju podsmażamy pokrojoną w kostkę cebulę2. Podobno tajemnica smaku farszu tkwi w dobrze przysmażonej cebuli. Tak, więc szklimy ją, ale nie doprowadzamy do przypalenia gdyż będzie gorzko.


Do sporej miski przerzucamy zmiażdżone ziemniaki dorzucam do nich zmiażdżony twaróg. No i teraz jest moment, który lubię najbardziej – doprawiamy! Do tej miazgi przekładamy – ciepłą – UWAGA! NIE GORĄCĄ, – bo przypieką nam się inne składniki, cebulę z patelni, pieprz (dużo pieprzę, nie solę za to zbyt wiele), sól w ilościach umiarkowanych iii mieszamy!!! Próbujemy i mieszamy, Próbujemy i mieszamy… często bywa tak, że nie chce się później jeść pierogów, bo się zapychamy farszem. Ot i tyle. Odstawiamy farsz na czas jakiś – nich się „przegryzie”, tak jak pisałam wcześniej, jak zrobicie dzień wcześniej to dopiero będzie farsz. Przejdźmy, więc do pierogów z kapusta i grzybami. Farsz kapusta i grzyby Lista zakupuff na około 50 pierogów: Kapusta kiszona ½ kg – ponawiam apel – kupujcie tylko w

warzywniakach, żadna tam z supermarketu! A najlepiej zrobić samemu, ale nie wiem jeszcze jak. Ale jak się nauczę to zrobię wznowienie książki i wtedy proszę bardzo. Cebula – 1 sztuka Grzyby suszone leśne (takie lepsze borowik, podgrzybek, ale żadne tam kurki czy cos takiego maja mieć brązowe kapelusze) – 20 dag – drogie jak cholera są one w sklepie, lepiej samemu nazbierać zaręczam one smakują naprawdę inaczej. Grzyby mrożone lub świeże – 20 dag Łyżka masła + łyżka oleju /do smażenia! Żadna tam z oliwek – nasz rzepakowy jest najlepszy/

Grzyby suszone moczymy wcześniej, zalewając je gorąca wodą – wystarczy jakieś poł godziny. A gdy grzyby moczą się, kapustę kiszona płuczemy pod wodą i siekamy na różne sposoby tak by nie „ciągnęła się”. A jak się już namoczą grzyby suszone – siekamy je, ale nie za drobno, musimy czuć przecież ich smak. To samo czynimy z grzybami świeżymi, lub rozmrożonymi. Cebulę pokrojona w kostkę podsmażamy na patelni z rozgrzana 2

Od Gordona Ramseya nauczyłam się kroić cebulę tak by nie płakać – obieramy NIE ODCINAJĄC

KORZONKÓW – kroimy najpierw wzdłuż a potem w szerz aż zrobimy kostkę


łyżką oleju i masła. Czasem by oszczędzić sobie czasu podsmażam ją, tę cebule, w garnku z grubym dnem by nie brudzić patelni, bo potem i tak wszystko powinno się dusić razem a patelnia bywa za płytka. No i jak się już cebula zeszkli dorzucamy do niej kapustę, grzyby suszone i grzyby mrożone. Doprawiamy solą – uwaga na sól to białe zło! (chodzi mi o to, że kapusta jest słona, więc lepiej nie przesadzać) – pieprz duuuuużo pieprzu! No i już. Teraz tylko dusimy dusimy dusimy dusimy aż farsz stanie się taki brązowy i połączą się wszystkie składniki, – czyli jakieś 30 minut. Ciasto Lista zakupuff na około 50 pierogów: Mąka 1 kg – i tu ważna sprawa ja preferuję TORTOWĄ.

Do tej ilości pierogów wystarczy pól kilo a jak Wam zostanie mąka to przecież możecie z niej zrobić śnieg bawiąc się z dziećmi. Jajka 2 szt. – proponuje wykorzystać jedno całe i jedno żółtko, ciasto jest wówczas żółte i ładne. Pozostałe białko można ponoć wykorzystać, jako żel do włosów – tak się robiło w latach 80. Olej – 1 l I tu jak w przypadku mąki – wykorzystacie – ½ szklanki, ale to, co zostanie na pewno się nie zmarnuje (np. można posmarować skrzypiący zawias w kuchennej szafce) Sól – szczypta Ha! I tu mogą pojawić się pytania – ile jest to ta tajemnicza „szczypta”? Mogłabym złośliwie napisać ze „na oko”, ale dobra, pół łyżeczki takiej od herbaty. Woda ciepła przegotowana (taka żeby nie parzyła) 1/3 szklanki – nie do kupienia w sklepie

Co robić? Mąkę przesiewamy przez sitko na stolnicę (drewniany blat, często ograniczony z trzech stron listwami, służący do wstępnej obróbki (zagniatania, wałkowania, porcjowania) ciasta), – ale może tez być blat lub stół. Chodzi o to, aby było wygodnie zagniatać ciasto. Robimy dołek w kupce mąki wlewamy jedno całe jajko i żółtko, sypiemy szczyptę soli, dolewamy oleju 1/3 szklanki, i rozpoczynamy zagniatanie.


Zagniatamy intensywnie aż do połączenia składników. Potem pozostaje już wyrabianie - to trochę trwa ja robię to około 15 minut, i powiadam Wam, że warto. Gdzie ten sekret Babci Jadzi zapytacie? Ano w oleju i zagniataniu! Sekret 1. Olej. Starajcie się używać jak najmniej wody, jeśli ciasto się nie zagniata jest sypkie i potrzebuje płynu dolejcie wodę tylko na początku, w miarę wyrabiania dodawajcie jak najwięcej oleju zamiast wody – to sprawia ze ciasto będzie gładsze a po ugotowaniu miękkie i lekkie, bo przecież o to nam chodzi. Sekret 2. Zagniatanie to bardzo ważna sprawa im dłużej tym lepiej, – gdy będzie Wam się wydawało ze ciasto się już wyrobiło przekrójcie je na pół i zobaczcie, jaki ma przekrój, – jeśli będą takie, wiecie, warstwy wyraźne, to znaczy, że należy wyrabiać je jeszcze parę minut. Po zakończeniu zagniatania podzielcie ciasto na dwie części, żeby było łatwiej wałkować. Sekret 3 - bonus. Odpoczywanie ciasta. To nie jest to już sekret Babci Jadzi, ale sądzę, że mógłby być, tyle, że ja przeoczyłam ten akurat. Otóż należy ciasto po wyrobieniu włożyć do miski oprószonej mąką, przykryć lnianą ściereczką (ech ta lniana ściereczka, – kto nie ma niech przykryje zwykła kuchenną byleby przepuszczała powietrze) i odstawiamy na pół godziny. Na miskę stawiamy duży talerz, a na talerz postawcie też garnek z gorącą wodą. Gwarantuję, że ciasto będzie Wam za ten odpoczynek bardzo wdzięczne, miękkie i łatwe do rozwałkowania. I wałkujemy mili Państwo! Nie za grubo, nie za cienko. Wałkowany placek nie ma być przezroczysty! Lepiej jak jest grubszy, bo ciasto się pięknie rozciąga. W cieście robimy kółeczka szklanką – NA BOGA - OKRĄGŁĄ! – najlepiej jak największą, bo wówczas pierogi będą większe i wiecie takie pełniejsze przez to, ale, jak kto woli. To jest ten moment, gdy powinniście już wstawić wodę do gotowania pierogów. Jak największy garnek nawet z 10 litrów, napełniamy wodą, solimy ja łyżką soli (dużą) dolewamy odrobinę oliwy i niech się gotuje aż zawrze! Wracamy do pierogów.


Do powycinanych kółek na środek nakładamy farsz, ale tyle by zostało dookoła miejsce na sklejenie. Ech a klejenie musze Wam pokazać na rysunku, inaczej się nie da. Zresztą sposobów na klejenie jest dużo, ale ja lubię ten wiec pokazuję i objaśniam a Mariusz rysuje.

Po wykrawaniu ciasta zostaną Wam resztki – nie wyrzucajcie, zagniećcie i jeśli się okaże, że jest za dużo farszu to ciasto będzie jak znalazł. Gotowanie pierogów Teraz pozostaje nam tylko ugotować pierogi – w wodzie, co to się już pewnie zagotowała. Wrzucamy je po kilka tak by nie było im ciasno i mieszamy lekko drewniana łyżką. Jak już wypłyną dajmy im jeszcze z 3 - 4 minuty i wyciągamy łyżką cedzakową do durszlaka. Tam powinna czekać na nie odrobina oliwy by się nam nie sklejały. No i proszę. Już umiecie.


Chleb nasz powszedni Uwielbiam robić chleb. Z wielu powodów. Oczywistym powodem jest zapach świeżego pachnącego, który roznosi się po całym domu. Ale chyba najważniejszym powodem jednak jest olbrzymia satysfakcja. Robienie chleba wymaga sporo czasu, skupienia i przede wszystkim cierpliwości. Robienie chleba jest czynnością na granicy misterium. No, ale nie będę się rozwodzić nad biblijnym rodowodem. Musze Wam się jednak przyznać ze dla mnie czas poświęcony na robienie chleba jest niezwykle ważny i chyba do żadnej z potraw nie podchodzę z takim szacunkiem jak do chleba. Chleb przyszedł do mnie z pracy od kolegi Bogdana Wąsiela / szanowany dyrektor kreatywny w pewnej agencji eventowej/, od którego też otrzymałam pierwszy słoiczek zakwasu. Zanim jednak zakwas, spróbowałam kanapki zrobionej przez niego, którą przyniósł do pracy. Nigdy wcześniej tak intensywnie nie czułam takiego smaku. Zapragnęłam, więc zrobić go sama. Bogdan ostrzegał mnie, jak i ja Was teraz, że chleb nie zawsze wychodzi, więc robiąc go, /nad czym ubolewam/ należy trzymać się sprawdzonego przepisu, bo to pomoże nam uniknąć rozczarowań. Spróbujcie zrobić sami chleb, chociaż raz. To czekanie na zakwas, potem na zaczyn, poprzez czas, gdy rośnie w keksówce, aż po moment gdy z piekarnika wyjmujemy ten jedyny, wyjątkowy i tylko nasz bochenek chleba. Ech… wspomnicie moje słowa. Zapytacie pewnie jeszcze, z jakiej mąki. Otóż ja zazwyczaj robię chleb z mąki pytlowej - typ 720, lub razowej żytniej - typ 2000. W sklepach można już kupić taka właśnie mąkę, która opisana jest, jako „mąka do pieczenia chleba”. Z tym że mąka razowa jest ciężka i chleb nie wyrasta za bardzo. Żytnia natomiast jest nieco lżejsza i chleb wyrasta większy.


Ha! Mam tu cos dla Was – wyjaśnienia numerków dotyczących rodzajów mąk. Typ mąki oznacza jest liczbą (np. 500, 750), która informuje, ile substancji mineralnych zawiera mąka (np. mąka typu 450 zawiera 0,45% substancji mineralnych, a mąka typu 2000 – 2%). Im wyższy wskaźnik przy typie mąki, tym takich substancji jest więcej i tym mąka jest zdrowsza. Tak, więc, według obecnych polskich norm (PN), wyróżnia się następujące typy mąki:

Mąki pszenne mąka typu 450 – tak zwana tortowa – najuboższa w minerały i witaminy mąka typu 500 – krupczatka (do kruchych ciast), poznańska (do wyrobu klusek i makaronów), wrocławska (do omletów naleśników) mąka typu 550 – luksusowa mąka typu 750 – chlebowa (do standardowego, pszennego chleba) mąka typu 1400 – sitkowa mąka typu 1850 – graham (zawiera otręby) mąka typu 2000 – razowa (do chlebów pszennych razowych) mąka typu 3000 – z pełnego przemiału Mąki żytnie typ 580 – żytnia jasna typ 720 – pytlowa typ 1400 – sitkowa typ 1850 – starogardzka typ 2000 – razowa typ 3000 – z pełnego przemiału

Nie ma, co kryć – mąka w chlebie jest najważniejsza. Może, dlatego że oprócz niej w chlebie jest tylko woda i sól. Dobra. Do roboty.


Lista zakupuff Mąka – 1 g

Sól Cukier

Zakwas Jeśli nie spotkaliście tak jak ja - Bogdana, który dał wam trochę zakwasu na pierwszy chleb, możecie zrobić go sami. Garść mąki, najlepiej razowej /lub żytniej chlebowej/, mniej więcej 100g mieszamy gruntownie z letnią wodą, aby otrzymać dość gęstą papkę konsystencji ciasta na racuchy, bądź kwaśnej śmietany. To wszystko zostawiamy w ciepłym miejscu – bez przeciągów. Co 12 godzin dobrze jest te papkę dokładnie wymieszać, tak, aby powstały pęcherzyki powietrza, znowu przykryć i odstawić w spokoju. Każdego dnia dodawać garść mąki i trochę wody, do uzyskania konsystencji jak wyżej i tak przez 4-5 dni. Optymalna temperatura do rozwoju zakwasu to miedzy 25° C a 30° C. W niższej zakwaszanie trwa dłużej, czasami zupełnie się nie udaje; w wyższej zaś fermentacja jest zazwyczaj wstrzymana. Świeżo wyhodowany zakwas używamy od razu do upieczenia pierwszego chleba, zostawiając małą ilość (50-100g), która będzie naszym „starterem” do następnych wypieków. Dajcie swojemu zakwasowi czas i spokój. Zaglądając do niego, co chwile, po pierwsze nie jesteście w stanie stwierdzić zmian i nie bardzo możecie mu pomóc. A stabilny zakwas, czyli taki, który ma już kilka dni, bardzo trudno zepsuć. Jednak, gdy spotkaliście takiego Bogdana, lub mnie i otrzymaliście trochę zakwasu w słoiku, wówczas sprawa jest prostsza, pieczecie z niego chleb pamiętając jednak o tym by zostawić trochę w słoiku. Bo może jednak będziecie chcieli jeszcze kiedyś do niego wrócić. W co naprawdę głęboko wierzę. O pozostawiony zakwas musicie jednak dbać. Karmić go, przytulać - a nie przytulać nie. Musicie robić to, co napisałam, co poniżej.


Karmienie zakwasu W zamykanym najlepiej takim z wieczkiem na zawiasie z gumką, słoiku pozostawiacie około dwóch łyżek stołowych zakwasu. Dodajecie do niego mąki /najlepiej tej, z której robicie chleb/ około 100 g. i ciepłej wody. Wymieszać. Pozostawić słoik na kolejny dzień w ciepłym, suchym i nie przewiewnym miejscu i przez następne 3 dni obserwować czy rośnie. Codziennie zaglądajcie do niego i dokrmiajcie go w zależności od konsystencji. Możecie sobie zaznaczyć taśmą ile miał jak go wstawiliście – jak na rysunku - jeśli rozwarstwiła się woda dosypać mąki - jeśli jest za gęsty dolać ciepłej wody

UWAGA! Jak zakwasowi jest dobrze i miło to potrafi tak szybko rosnąć, że czasem otwiera zamknięcie pojemnika, w którym się znajduje i se wypływa. Potrafi zalać parapet podłogę i jeszcze przy tym dźwięki wydaje. No fermentuje. Taki zbój. Do czasu zrobienia kolejnego chleba należy zakwas obserwować i podkarmiać, – ale nie za często – po prostu musi być go tyle by wystarczyło Wam na kolejne chleby. Jak już mamy zakwas – robimy chleb. I etap - zaczyn Przygotowuje się w wieczór poprzedzający pieczenie – lub minimum 10-12 h przed włąsciwym robieniem chleba.


Składniki: z tej ilości mąki wychodzi jeden bochenek chleba. 500 g mąki

Letnia woda /tyle ile mąka zabierze/ Zakwas – około 2 duże łyżki

Wymieszać składniki, ale nie za długo tylko do połączenia się w jednolitą masę. Pozostawiamy ciasto w misce pod przykrytą ściereczką lnianą lub bawełnianą na noc w ciepłym i suchym miejscu i idziemy spać – i śnimy o pięknym chlebie… Następnego dnia wstajemy rano i zaglądamy do miski a tam już pewnie wyrośnięty kawał chleba. Nie martwimy się, że wysechł na górze gdyż za chwile go wymieszamy. II etap – chleb właściwy Rozpuszczamy łyżeczkę soli i łyżeczkę cukru w ciepłej wodzie. Wlewamy do zaczynu, jeśli zaczyn jest zbyt rzadki dosypujemy mąkę. Mieszamy. Dosypujemy dodatki /pestki dyni lub słonecznika – najlepiej wcześniej uprażone na suchej patelni z solą/. Tak zrobione ciasto wlewamy do foremki keksowej, – którą smarujemy wcześniej masłem i obsypujemy mąką. Ciasto powinno zająć około połowę foremki. Pozostawiamy do wyrośnięcia na około 3-4 h /przykryte ściereczką w ciepłym i suchym miejscu jw./ – jak już podwoi swoją objętość znaczy ze już. Po wyrośnięciu smarujemy letnią wodą po wierzchu. Pieczenie: Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 250 C – pieczemy z termo obiegiem w tej temperaturze około 15 minut. Potem zmniejszamy temp do 200 i pieczemy jeszcze 30 minut – już bez termo obiegu. Dalej zmniejszamy do 180 i dopiekamy ok. 25 minut. Po upieczeniu wyciągamy z foremki odwracając chleb na deskę najlepiej drewnianą, – jeśli jest dobrze upieczony sam wypada na deskę. Studzimy chleb pod ścierką bawełnianą na desce drewnianej – żeby się nie spocił. Wyjątkowa to radość gdy już wystygnie a my możemy go pokroić na kromki.


Coś do chleba - Schab pieczony Ach ten schab. Kawał dobrego pachnącego mięsa, który jest znakomity zarówno na obiad, jako jeszcze ciepły gruby plaster z ziemniakami i surówką, albo wykwintny dodatek do „zimnej płyty”, czyli jako wędlina. Skąd schab? To znów reakcja na potrzeby. Alergicznie nie znoszę wędliny kupowanej w sklepach spożywczych warszawskich. Smak wędliny ma dla mnie ogromne znaczenie, mam to po Tacie. On w poszukiwaniu dobrej wędliny jeździ do specjalnych wędzarni w Węgorzewie, w których kupuje jeszcze ciepłe kawałki schabu, polędwicy. No ja nie mogę jeździć do wędzarni, więc postanowiłam zrobić sobie wędliny sama. W piekarniku. To chyba będzie najkrótszy przepis. Lista zakupuff: Schab bez kości ze świnki – 1 kg, a jak więcej gości ma przyjść

to może być więcej Przyprawy wszelakie: zioła prowansalskie, rozmaryn, tymianek, cząber, czosnek, pieprz, jałowiec, majeranek, sól, 0,25 l bulionu /szklanka/– jak macie taki prawdziwy rosół to najlepiej, jeśli jednak nie to wówczas 1 kostkę rosołową rozpuszczamy w szklance ciepłej wody

Co robić? Mieszamy przyprawy w naczyniu, w którym będziemy piec mięcho. Ja piekę w naczyniu żaroodpornym, tam też mieszam przyprawy. Mięso – umyte i osuszone tarzamy i nacieramy w przyprawach. Nacinam trochę też mięsiwo żeby przyprawy dotarły głębiej. I zostawiamy w tym naczyniu i tych przyprawach na noc pod przykryciem w lodówce. Tak naprawdę to im dłużej tym lepiej. Następnego dnia rozgrzewamy piekarnik do temp. 180 C bez termo obiegu. Zalewamy mięcho bulionem i pieczemy tak długo ile waży mięso np. 1 kg – 1 godzina. Studzimy przez 0,5 h i jemy jak chcemy. Bez studzenia nie kroimy, bo soki wypłyną.


Pizza a’la Aaazja Za Wikipedią /zachodzę w głowę, kto to pisze/ pizza to „W wersji podstawowej jest to płaski placek z wytrawnego ciasta makaronowego, znacznie później zaczęto także używać ciasta drożdżowego (foccaccia), posmarowany sosem pomidorowym, posypany tartym serem mozzarella i ziołami, pieczony w bardzo mocno nagrzanym piecu. Pizzę podaje się na gorąco, lecz rozpowszechnione jest jedzenie jej również na zimno (z dedykacją dla Szy i Bartka)” A skąd u mnie pizza? A od Agi i Andrzeja Grochockich. To u nich po raz pierwszy zjadłam pizzę własnej roboty, albo to było u mnie, ale zapewne robił ją Andrzej. Jakże on ją misternie robił. Każdy etap był przez niego potraktowany z niezwykłą precyzją i pietyzmem. Ja siedziałam z boku z karteczką i spisywałam kolejne etapy i proporcje – jednak jak się później okazało nie byłam pilnym uczniem. Może to, dlatego, że wino piliśmy. Niemniej jednak smak tej pizzy pamiętam do dziś. Aga i Andrzej niedługo potem wyjechali na baaaardzo długi miesiąc miodowy, gdzieś za granicę, do Azji chyba – możecie zresztą przeczytać co tam robili na ich blogu www. aaazja.wordpress.com. Nie było ich 9 miesięcy, a cóż ja mogłam począć – robiłam pizzę sama, ćwicząc i dodając oczywiście coś od siebie. Kiedy robiłam tę pizzę myślałam zawsze o nich, bo ich bardzo lubię. No i jak wrócili to zaprosiłam ich na pizzę… Jak smakowała i jaka była reakcja Andrzeja? Polecam przeczytanie przepisu tam zdradzam szczegóły … Lista zakupuff Ciasto 1 kg - mąka tortowa jak pisałam przy chlebie – tu mąka też jest

najważniejsza. Polecam typ 550, ale może tez być 450 100 g świeżych drożdży Sól Cukier Woda


Sos pomidorowy

Puszka pomidorów krojonych lub 2 duże mięsiste pomidory Przyprawy: czosnek, bazylia, zioła wszelakie, sól, pieprz Oliwa

Na pizzę

Co kto lubi – salami, tuńczyk, szynka, pieczarki, oliwki, papryka, no i ser! Ser, ser, ser jest najważniejszy! Mozarella, Gouda miękka, Gorgonzola.

Uwaga! Wszystko, co chcecie położyć na pizzę musi być w temperaturze pokojowej. A to, dlatego by wyciągnięte z lodówki nie oddawało wody parując w piekarniku. Będzie, bowiem to kapeć a nie pizza. Co robić? Sekretem tego ciasta są proporcje. A sekretem proporcji jest szklanka z Ikei – na rysunku /taka duża ona to jest około 300 ml/ Odmierzamy szklankę mąki i przesiewamy przez sito do miski, takiej większej, bo w niej zagnieciemy ciasto.

Do tejże samej szklanki po mące wrzucamy drożdże – kulka wielkości orzecha włoskiego /to nomenklatura Andrzeja naturalnie/– zalewamy ją ciepła wodą (do 1/3 wysokości szklanki) i rozpuszczamy drożdże mieszając. Dosypujemy do cieczy mąkę, ale TYLKO z tej miski, do której


przesialiśmy – nie wolno nam użyć innej, bo proporcje! Mąki dosypujemy najpierw 2 duże łyżki a po wymieszaniu sprawdzamy, jaki jest zaczyn, jeśli bardzo rzadki dosypujemy jeszcze łyżkę i mieszamy. Zaczyn ma mieć konsystencję ciasta naleśnikowego. Dosypujemy odrobinę soli oraz pół łyżeczki cukru. Mieszamy. Przykrywamy lekka ściereczką i odstawiamy zaczyn do wyrośnięcia w ciepłe miejsce z dala od przeciągów. To rośnie bardzo szybko – około 15 minut, dlatego bacznie obserwujcie, bo się uleje jeszcze. Andrzej z Agą zdradzili mi też pewien sekret, – jeśli drożdże nie chcą szybko pracować w zaczynie lub jest w domu zimno, bo ogrzewanie wysiadło – do zaczynu dolewamy odrobinę octu. W tak zwanym międzyczasie do mąki w misce wsypujemy łyżeczkę soli, łyżeczkę cukru i /ja lubię łyżeczkę czosnku w proszku/ i znów mieszamy, ale na sucho. Jak urośnie nam już zaczyn, przelewamy do miski z mąką i dodatkami i… mieszamy. Ale tym razem ręką – poczujecie jak wyrośnięty zaczyn uwalnia pęcherze powietrza. Oczywiście może się okazać podczas mieszania, że jest za mało płynu, więc dodajemy odrobinę ciepłej wody i oliwy lub oleju /tego więcej/ i mieszamy. I tu dykteryjka - gdy Aga z Andrzejem już wrócili z tej podróży z zagranicy i przyszli zjeść moją pizzę – wszystko oczywiście robiłam na ich oczach. Wszystko szło dobrze aż do momentu, gdy Andrzej zobaczył, że wlewam do ciasta oliwy mnóstwo, niemal nie używając wody. Czułam karcące spojrzenia na plecach i dłoniach ale robiłam dalej. Wracajmy do ciasta. Może się też zdarzyć, że i za rzadkie będzie ciasto i wówczas aczkolwiek niechętnie dosypujemy maki z worka. No trudno. Składniki powinny się połączyć łagodnie, ale przed nami jeszcze wyrabianie ciasta. Przerzucamy, więc ciasto na stolnicę – deskę – blat i wyrabiamy. Około 10 – 15 minut. Raz na jakiś czas kulką ciasta uderzamy w podłoże kilka razy – nawet dziesięć. Czyli napowietrzamy. Jak już poczujemy ze ciasto jest lekkie spójne i miękkie formujemy


zgrabną kulkę, oprószamy mąką i przekładamy je do miski nakrywamy ściereczką. Odstawiamy ciasto do wyrośnięcia – musi podwoić swoją objętość. Jeśli ciasto jest dobrze wyrobione trwa to około 40 minut. W między czasie nagrzewamy piekarnik RAZEM Z BLACHĄ do 180 stopni i robimy sos. Nie będzie zaskoczeniem, gdy powiem ze do miski wrzucamy pokrojone pomidory oraz przyprawy i mieszamy. I to tyle. No a teraz to już nic nie mieszamy tylko robimy pizzę. Z ciastem możemy robić różne rzeczy wałkować jak ja / Andrzej tego nie lubi/, rozciągać, rozkręcać na palcu jak prawdziwi Włosi i Andrzej. Byleby zmieściła się Waszą blachę. Wykładamy ciasto na rozgrzaną blachę smarujemy sosem pomidorowym. A teraz to już hulaj dusza. Nakładamy na sos wszystko, co chcemy. Ale starajmy się, aby nie było tego zbyt dużo, bo gdyż ciasto jest cienkie i może się nie upiec a jedynie zagotować. A tego nie chcemy. Pieczemy około 15 minut w 180 stopniach C bez termo obiegu. Mówię, około bo każdy piekarnik działa inaczej. Trzeba obserwować. Potem kroicie i już.


Tarta /uwaga przepis zawiera lokowanie produktu/ Gdzie jadłam swoja pierwszą tartę w życiu? Było to całkiem niedawno, czyli gdzieś około 2006 r w kawiarni „lokalna” u Jasia. I tu nastał czas na lokowanie produktu. Kawiarnia „lokalna” mieści się w Warszawie na ul. Kwiatowej 1/3/5 i jest to jedno z ulubionych mych miejsc na mapie Warszawy. A uwierzcie, że nie ma ich zbyt wiele. Bezpretensjonalne miejsce z pyszną kawą, znakomitą kuchnia i atmosferą, która zadowoli każdego, kto lubi miejsca spokojne oraz bez zadęcia. Jeśli ktoś jeszcze tam nie był to polecam gorąco. Wracając do tarty, to potem jeszcze miałam przyjemność zjeść jeszcze nie jedną pyszna tartę u Mariusza i Jasia w domu, jednak długo nie miałam odwagi by ją zrobić sama. Prawdopodobnie z uwagi na moja ostrożność względem ciast wszelakich. A kruche to podobno bardzo niewdzięczne ciasto. No i przyszedł taki dzień, gdy z otwarta przyłbicą podeszłam do swojej lodówki i stawiłam się czoła kruchemu ciastu jak nie przymierzając Zawisza Czarny Krzyżakom pod Grunwaldem. Tak jak mówiłam wcześniej wiele przepisów biorę z internetu – wpisuję w google i już mam listę podpowiedzi. Nie ufam jedynie stronom kulinarnym sponsorowanym przez producentów przypraw czy innych produktów spożywczych. Sprawdzam raczej strony ludzi piszących blogi, którzy na własnej krwawicy sprawdzili przepisy i się nimi pięknie dzielą. Ale powiem Wam, że coraz więcej jest w sieci znajduję przypadków, gdy ten sam przepis jest przywłaszczany przez 50 osób. Dlatego też biorę szkielet i sama testuję go na sobie no i rzecz jasna na Was. Teraz to już mogę Wam powiedzieć, że robienie kruchego to mąka z masłem – parafrazując przysłowie. Oto sekret.


Ciasto kruche Lista zakupuff

1kg mąki pszennej tortowej – korzystamy jedynie ze szklanki Masło prawdziwe – 82 % tłuszczu – 125 g, czyli około pół kostki Sól Zimna woda

5 przykazań kruchego:

Masło musi być zimne wyciągnięte prosto z lodówki Mąka oczywiście jak najwyższej, jakości. Ciasto powinno być zagniatane najkrócej jak się da – ono nie lubi ludzkich ciepłych rąk Przy tarcie bardzo ważne są proporcje a prezentuje się one tak - 2: 1 dla mąki Kruche ciasto jest bardzo kruche, to znaczy, że po upieczeniu złapane mocniej rozsypuje się w dłoniach. I to jest kruche ciasto perfekcyjne!

Poniżej prezentuję przepis na jedną tartę o średnicy około 30 cm. Szklankę mąki /250 ml/ przesiewamy na blat kuchenny, dosypujemy szczyptę soli. 125 g masła siekamy nożem na mące na drobne kawałki. Ja siekam do momentu aż nie zrobi mi się tzw. „maślana mąka”. Zagniatamy ciasto szybko by połączyły się składniki, jeśli ciasto jest za suche i się bardzo rozsypuje dolewamy odrobinę zimnej wody i szybciutko zagniatamy w kulę. Pamiętajcie, że ciasto kruche nie ma być gładkie a nawet nie powinno. Taka jego natura. Wy się w ogóle nie martwcie, jeśli się okaże, że będą jakieś grudki masła – to nawet lepiej – temperatura w piekarniku zrobi z nimi porządek. Kule ciasta zawijamy w folię spożywczą i spłaszczamy ją na placek by łatwiej było ja później wałkować. Ciasto odkładamy do lodówki na minimum 0,5 godziny – to warunek konieczny kruchego, lepiej się wałkuje i w ogóle jest takie lepsze. No i macie czas na zrobienie dodatków. W tym tez


czasie rozgrzewamy ciasto do 180 – 200 C, to oczywiście zależy jak Wam piecze piekarnik. Po wyciągnięciu ciasta z lodówki rozwałkowujemy je na placek. Ten placek musi unieść sporo na swych plecach, więc niech nie będzie zbyt cienki. Ciasto możecie wałkować na omączonym blacie albo łatwiej, między dwoma foliami spożywczymi. Potem na wałku trzeba przenieść do formy, wbrew pozorom formy wcale nie trzeba niczym smarować. Nie przejmujcie się, jeśli się rozpadnie trochę, można je polepić w blasze. Ciasto układamy w blasze tak by zrobić z niego „miskę” na dodatki. Ciasto nakłuwamy widelcem kilkakrotnie by się nie wybrzuszyło. Są jeszcze szkoły z fasolką, ale ja jej nie stosuję, bo szkoda mi fasolki, – co ja niby mam z nią później zrobić? Jeśli na dworze jest gorąco to proponuję schować formę z ciastem na kilka minut do lodówki. Do rozgrzanego piekarnika wkładamy formę z ciastem i pieczemy około 15 minut. Niech się zrumieni jak dziewica tak lekko. Wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy do ostygnięcia /nie wyciągamy go broń boże z blachy/. Teraz pozostaje tylko nałożyć dodatki. Kilka porad z internetu:, jeśli ciasto kruszy się bardzo przy wałkowaniu prawdopodobnie ciasto nie zostało schłodzone lub trzeba je ponownie schłodzić. Drugi powód to za mało płynów – dodaj wodę, jajo całe, śmietanę lub jeśli chcesz by było w pełni kruche to żółtko. No a teraz wypełnienia do tart. Polecam Wam oczywiście tylko te, które zrobiłam sama i smakowały więcej niż dwóm osobom.


Tarta szpinakowa z fetą lub bez To chyba najpopularniejsza z moich tart, choć rozumiem, jeśli ktoś nie lubi szpinaku, ze nie będzie jego ulubioną. Lista zakupuff 60 dag szpinaku świeżego, / jeśli to zima to proponuje

mrożony, ale wyłącznie ten cały nierozdrobniony – polecam Hortexu jest najlepszy/ 50 g masła + dwie łyżki oliwy Czosnek – 2 ząbki Dwie małe lub jedna duża cebula – cukrowa lub czerwona Ser żółty– 30 dag /ja wielbię Goudę, ale, jak kto woli/ Śmietana – 18 % Jajo Sól, pieprz, gałka muszkatołowa Opcjonalnie feta – pół dużej kostki lub opakowanie pokrojonej w kostkę takiej gotowej / ja wole, bo nie lubię kroić fety - to się klei do

noża, deska cała uwalona i to wnerwia/ Masło roztapiamy na patelni wraz z oliwą by się nie spaliło. Cebulę i czosnek obrane i pokrojone w kostkę, rzucić na rozgrzany tłuszcz i dusimy aż cebula się zeszkli. Szpinak dorzucamy na patelnię do czosnku i cebuli. Patelnia musi być duża i głęboka, ewentualnie duży rondel. Jeśli tarta ma być wysoka, można dać więcej szpinaku, około kilogram. Szpinak dusimy około 10 minut mieszając, dodać sól, pieprz. Przestajemy dusić, gdy szpinak zamieni się w gęsta masę, ale tak by liście pozostały całe, nie zróbmy z tego mazi. Opcjonalnie dodajemy fetę i dusimy jeszcze z 2 minuty do 3 W oddzielnej misce robimy sos. Śmietanę mieszamy z jajkiem – trzepiemy i dosypujemy odrobinę soli pieprzu oraz gałki muszkatołowej. Na koniec dodajemy garść tarkowanego sera żółtego lub mozzarelli, jak kto lubi. Odstawiamy do lodówki. Ja już ciasto się upiecze wykładamy na nie szpinak równomiernie. Zalewamy sosem śmietanowym. Posypujemy tarkowanym serem – wedle uznania i do piekarnika na około 15 – 20 minut – 180 C bez termo obiegu. Wyjmujemy, kroimy w trójkąty i jemy.


Tarta bolognese Uczta dla mięsożerców. Taka męska rzecz, ale kobiety tez sobie chwalą. Lista zakupuff

0,5 kg mięsa mielonego wieprzowo drobiowego lub wieprzowego – ja mielone robię sama – kupuję polędwicy kawałek lub innego dobrego świńskiego mięsa do tego pierś z kury i siekam mielę. Puszka pomidorów krojonych Cebula - dwie małe lub jedna duża Czosnek – 3 ząbki Ser żółty – 30 dag Parmezan – 10 g Oliwa do smażenia Pieprz, sól, zioła/bazylia, oregano, tymianek, etc./

W dużym rondlu na oliwie podsmażam cebule i czosnek pokrojony w kostkę. Dodaję mięso i podsmażam aż będzie rozdrobione. Dodaję sól, pieprz i duszę tak około 20 minut. Dodaję puszkę pomidorów i zioła. I dalej dusze aż odparuję większą część wody z pomidorów. Można tez puszkę odcedzić wcześniej, ale kto by sobie tym zawracał dupę/głowę. Na upieczone i ostygnięte ciasto wykładamy mięso z jak najmniejsza ilością sosu, posypujemy serem żółtym i parmezanem, pieczemy około 15 minut aż ser zapiecze się na złoto. Reszta jak przy poprzedniej tarcie. Uwaga. Czasem mięsa sporo zostaje. Bez obaw można je przechować w lodówce i następnego dnia zrobić spaghetti bolognese.


Ogórki małosolne, co to później będą kiszone. Uwielbiam je robić, bo robi się je szybko i sprawnie a smakują zawsze i wszędzie. Smak ogórki małosolnych kojarzy mi się z dzieciństwem i wakacjami u Babci Jadzi oczywiście. Uwielbiam do tej pory zapach kopru z czosnkiem unoszący się na glinianym dzbanem przykrytym drewnianą pokrywka i ciężkim kamieniem przyniesionym z pola. Teraz, gdy robię ogórki czasem nawet ich nie jem– robię je tylko dla tego zapachu, który unosi się w całym mieszkaniu. Tak tez powstał przepis na kiszone z małosolnych. Bo jak się już nasycę zapachem to należy po dwóch trzech dniach cos zrobić z tymi ogórkami a jak wiecie jedzenia staram się nie wyrzucać, więc pakuje te ogórki do słoików razem z dodatkami i zalewą, w której przebywały zakręcam i gotuję słoiki w garze z wodą by je zawekować. I tadam kiszoniaki na zimowe kanapkowanie lub ogórkową jak znalazł. Ale ale nie podałam przepisu na małosolne a od tego musimy tak czy siak wyjść. Lista zakupuff Ogórki gruntowe – małe raczej, bo duże potrzebują więcej

czasu by gnić – ilość wg uznania. Ja znoszę i robię partiami po 2,3 kg wychodzi z tego około 5 litrów ogórków. Poniżej dodatki na taką ilość. Liść chrzanu, lub/i korzeń – Tu porada od pani z warzywniaka, – jeśli dajemy liść nie dajemy korzenia i odwrotnie. Podobno tak jest lepiej. Ale ja tam nie wiem, jak wolicie dodać obie te rzeczy – to nic nie stoi na przeszkodzie. Czosnek – najlepiej młody Koper – dużo kopru, ale nie ten taki do sałatek tylko wysoki taki na długich badylach - z “parasolem” z nasionami Liście wiśni, – jeśli nie macie nic nie szkodzi /u mnie na Stegnach rośnie wiśnia, więc se chodzę i ja obrywam/ Sól Woda


Ogórki myję dokładnie szorując je wręcz czasem – gdyż są gruntowe jak sama nazywa wskazuje. I tu moja uwaga: ja obcinam końcówki – no tak wolę. Wydaje mi się, bo pewna nie jestem, że dzięki temu są one bardziej wypełnione smakiem i ładnie kruszeją. Myję też chrzan i koper i liście wiśni. Właściwie to tylko soli i wody nie myję. Układam teraz sobie to wszystko w dużym naczyniu – najlepiej by byłby to słój lub gliniany dzban do tego przeznaczony, ale wiecie co, ja robię to w szklanej misce. Ważne by nie było to naczynie plastikowe ani metalowe. Układam ogóry na przemian z czosnkiem liściem chrzanu i koprem i liśćmi wiśni. W tak zwanym między czasie gotuję wodę – ilość wody zależy od wielkości naczynia, ale zazwyczaj jest to jakieś 2 litry. No i czas na solenie. Z tym to zawsze jest heca. Sposób mego taty jest taki, że solimy wodę aż do momentu, gdy wrzucone do niej surowe jajko będzie pływało. Prostsza metoda jednak jest taka – 1 litr wody – 1 kopiasta łyżka grubej porządnej słonej soli – nie morskiej, niejodowanej gdyż ona mało słona jest. Sól rozpuszczamy w wodzie porządnie i studzimy ten nasz napar. Ciepłą – nie gorącą wodą zalewamy ogóry, po czym przykrywamy naczynie. Jeśli zrobicie ogórki w przeźroczystym naczyniu będziecie mogli zobaczyć niebywałe zjawisko, jakim jest soczysta zieleń ogórków zalanej soloną wodą. Nie blefuję, ten moment mnie naprawdę za każdym razem wzrusza. Właściwie ogórki są już dobre następnego dnia, ale, jak kto lubi. A jak już minie parę dni i nadal będziecie mieli ogórków dużo to już wiecie, co robić – napisałam wcześniej.


Suszone pomidory w oliwie No to powiem Wam, że z tymi pomidorami to jest tak, że ja je zrobiłam po raz pierwszy, dlatego że po prostu było mi szkoda pieniędzy na te kupowane w sklepie. A uwielbiam je jeść. Zresztą naprawdę niełatwo jest znaleźć dobre suszone pomidory w rozsądnej cenie. I tu przyszedł mi na pomoc internet. Grzebałam szukałam i znalazłam taki przepis, który naprawdę mi pasował. Przytaczam go, więc ale z moim komentarzem. Nie będę Was oszukiwać – nie robi się ich szybko. No, ale sami spróbujcie zrobić sami. Lista zakupuff

pomidory podłużne – 2 kg sól zioła – rozmaryn, bazylia, oregano, tymianek, estragon, - mogą to być zioła prowansalskie byle by było tego dużo. skórka z cytryny czosnek oliwa + olej ocet

Pomidory przecinamy na pół wzdłuż. Łyżką lub innym przyrządem do drążenia, drążymy gniazdo nasienne. I tak robimy ze wszystkimi pomidorami, następnie każdą połówkę (łódeczkę) lekko solimy. I teraz według oryginału suszymy pomidory w słońcu 4 dni (u nas mało możliwe w każdym razie tak nie robiłam nigdy) a w naszym klimacie wkładamy poukładane na blachach ciasno do piekarnika – można pomiędzy pomidory powkładać ząbki czosnku – niech się tulą. Nastawiamy niską temperaturę w granicach 60 – 70 stopni, uchylamy drzwiczki i tak się suszą. Jeżeli mamy opcje termo obiegu to znacznie ułatwia i przyspiesza proces suszenia. Pomidory w trakcie suszenia znacznie się zmniejszają. Wyjmujemy je, gdy są suche, brzegi im się marszczą, ale jeszcze nie wyschły na wiór. W dużej misce mieszamy zioła, a po wysuszeniu wrzucamy do niej pomidory i masujemy je w tych ziołach. To bardzo przyjemne


jest. Koniecznie wlewamy na te 2 kg pomidorów pół łyżki octu. Takie wymasowane pomidory wkładamy do wysterylizowanych słoików, nie więcej niż do 3/5 wysokości. W garnku zagrzewamy oliwę + olej – ja mieszam słonecznikowy, rzepakowy i oliwę z oliwek w proporcjach – 3:2:1. Do słoika dorzucamy ząbek lub dwa czosnku. Następnie zalewamy gorącym – nie wrzącym - olejem roślinnym. Jak sprawdzić czy jest olej okej? Ja nie mam, więc i nie używam termometru do oleju a czekam, aż zacznie lekko pachnieć i widać unoszące się drobniutkie bąbelki powietrza. Zalaniu do pełna, bo pomidory muszą być całe zalane i same z siebie dość mocno chłoną olej, zakręcamy pokrywką i ustawiamy do góry dnem. Same się wekują. Z wnętrzności pomidorów ja dodatkowo robię jeszcze sos pomidorowy – taki, co się do pizzy nadaje, ale tez do zup i innych tego typu. Wrzucam do garnka – doprawiam i podgotowuję. Można przetrzeć przez sitko lub z nasionkami zostawić i już. Ciepły przelewam do butelki lub słoika i wekuję. I tak o.


A koniec będzie słodko - Blok czekoladowy To już koniec tej książeczki, ale jak już pewnie zdążyliście się zorientować nie ma w niej nic słodkiego. Tak, więc na koniec coś się pojawi. Wcześniej należy się Wam słowo wyjaśnienia. Nie umiem robić ciast. Ukułam nawet taką teorię, że ciasta mnie nie lubią. Nie wiem czy przypadkiem zaprzeczeniem tego nie jest fakt, iż lubię i chyba umiem robić tartę, pizzę czy pierogi. Wtedy wszystko mi wychodzi. A jak mam się zabrać za coś słodkiego to wychodzi zawsze „byleco”. Ja nie wiem, na czym to polega. Może to być też tak ze ja słodyczy generalnie jakoś szczególnie nie lubię – i one, dlatego nie lubią mnie. Ja już dzieckiem będąc źle traktowałam słodycze. Pamiętam to jak dziś. Jak wszyscy wiedzą mam dwóch braci, a nasz Tata w latach 1980-2000 niemal ciągle pracował za granicą i co się z tym wiąże wysyłał nam paczki zza tych granic. Mając trójkę dzieci należało wysyłać im ogromne ilości słodyczy. Co też czynił. Nasza mama rozdzielała sprawiedliwie te słodycze pomiędzy nas troje, a niepodzielne chowała na czarne godziny. Czasy były kruche w słodycze, więc Paweł z Radkiem swoje zjadali niemal natychmiast, a ja rezolutna chomikowałam je w mojej sekretnej szufladzie zamykanej na klucz. Nie raz i nie dwa chłopcy próbowali sforsować moją szufladę. Czasem ze skutkiem czasem bez. Był jednak taki dzień, kiedy to Mama zajrzała do szuflady, i okazało się, że mam w niej zachomikowane słodycze sprzed niemal roku. Oczywiście skoro ja ich nie zjadłam to zjadły je jakieś grzyby czy inna pleśń. No i właśnie tak sobie pomyślałam ze to chyba właśnie od tej pory, nie lubimy się z tymi słodyczami nawzajem. Ale jest jedna słodycz, którą robię czasem – jest to blok czekoladowy. Tak - ten blok czekoladowy – ten kryzysowy blok czekoladowy, który większość z nas zna z czasów, gdy klucze nosiliśmy na szyi a najpiękniej pachniało w Pewexie. Oto przepis – i ten blok naprawdę smakuje jak dawniej – zawsze!


Lista zakupuff

250 g masła 500 g mleka w proszku – tylko nie granulowanego 1 szklanka cukru lub cukru pudru 6 łyżek kakao – gorzkie takie zwyczajne ok. 450 g herbatników – niekoniecznie, jak kto woli – nasze mamy dawały, bo to powiększa objętość tanim kosztem garść orzechów i jeśli ktoś lubi to rodzynki

Do garnuszka wlewam odrobinę wody i wrzucam masło, podgrzewam aż masło się roztopi – powoli tylko na małym gazie /przypis dla tych to, co mają elektryczną kuchnię – na jedynce lub dwójce/. Wtedy dodaję cukier i mieszam, aż cukier się roztopi. Dodaję kakao, mieszam a potem odstawiam by masa przestygła. Jeśli ktoś chce z herbatnikami to - herbatniki przekładam do woreczka i za pomocą tłuczka rozgniatam na drobno. Dodaję masę kakaową (może być ciepła) i mleko w proszku i mieszam i mieszam niebawem masa będzie baardzo gęsta. Formę keskówkę wykładam papierem do pieczenia, kładę masę. Najpierw kładę troszkę i dociskam, a potem dokładam resztę. Masa jest naprawdę gęsta. Ważne by masę dobrze docisnąć lub postukać keksówką w blat kuchenny tak żeby sąsiadce się wydawało ze robimy schabowe! Wkładam do lodówki na przynajmniej 2 godziny. Po tym czasie


I koniec, jak będę wyjeżdżała lub wracała gdzieś następnym razem napiszę jeszcze jedną część A tym czasem niech Wam wszystko smakuje i pachnie w kuchni.


SKOROWIDZ DAŃ I komu to potrzebne? - Czyli wstęp Pierogi to moja specjalność Chleb nasz powszedni Coś do chleba - Schab pieczony Pizza a’la Aaazja Tarta Ogórki małosolne, co to później będą kiszone Suszone pomidory w oliwie A koniec będzie słodko - Blok czekoladowy



Książka do gotowania - Ugotuj se sam