Page 1

jelonek

Żywa pagina

PISMO MIESZKAŃCÓW OSIEDLA PRZYJAŹŃ

NR 1 (5)/2017 ISSN: 2450-7113

EGZEMPLARZ BEZPŁATNY NAKŁAD: 1000 EGZEMPLARZY 1


Wraz z całym zespołem JELONKA witamy Państwa w 2017 roku!

Oliwia Kujawa, fot. Tomek Kaczor

Raciczka

redaktor naczelna: Oliwia Kujawa redakcja językowa: Beata Dąbrowska zespół: Wojciech Jacek Gdaniec, Aleksandra Krugły, Małgorzata Leszko, Magda Leszko, Ola Rusinek, Joanna Zamorska współpraca: Czesław Zamorski, Emilia Zamorska, Marcin Zamorski skład: Anna Rabczuk zdjęcie z okładki: Małgorzata Sachryń wydawca: Bemowskie Centrum Kultury w Dzielnicy Bemowo m.st. Warszawa, ul. Górczewska 201, 01-459 Warszawa,

W ubiegłym, 2016 roku, Osiedle Przyjaźń zaistniało na Kongresie Kultury i Ogólnopolskiej Giełdzie Projektów Animacyjnych w Lublinie. Archiwum Społeczne Osiedla Przyjaźń otrzymało nagrodę S3KTOR 2015 dla najlepszej inicjatywy pozarządowej w Warszawie w kategorii społeczność lokalna, kontynuując przy tym działania na osiedlu. Włączył się w nie również Klub Mam na Bemowie dzięki Osiedlowym Włóczykijom. Naukowa Przyjaźń również działała prężnie – podczas otwartych wykładów naukowych mieszkańcy Bemowa, i nie tylko, mogli uczestniczyć w wykładach m.in. z zakresu antropologii społecznej, numizmatyki i innych, czy wziąć udział w warsztatach farmakologicznych. Na placyku obok Karuzeli posadziliśmy drzewko oliwne w ramach projektu „Olea Europaea”, natomiast w środku odbyła się wymiana książek, zlot oddolnych inicjatyw czytelniczych, Dzień Sąsiada i urodziny osiedla. W swoich mieszkaniach gościliśmy również uczestników Festiwalu Otwarte Mieszkania. Na początku ubiegłego roku zorganizowano także spotkanie dla mieszkańców z burmistrzem Markiem Lipińskim i zainicjowano funkcjonowanie Zespołu ds. Osiedla Przyjaźń przy urzędzie dzielnicy. Uwzględniono uwagi mieszkańców osiedla dotyczące planu zagospodarowania przestrzennego, na którego ponowne wyłożenie do tej pory czekamy. Rozwiązała się także kwestia konsultacji społecznych w sprawie przyszłości osiedla – Centrum Komunikacji Społecznej m.st. Warszawy uznało ich przeprowadzenie za bezzasadne. Dla „Jelonka” ten rok był równie pracowity. Zagościliśmy na festiwalu Warszawa w Budowie organizowanym przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Muzeum Warszawy. W jego ramach stworzyliśmy numer specjalny – „Jelonek w budowie”, tj. numer składający się z reportaży na temat mieszkalnictwa na Bemowie. Mieliśmy też wkład w powstanie publikacji Archiwum Społecznego Osiedla Przyjaźń – „Przyjaźń. Przewodnik po działaniach warszawskiego osiedla”. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak życzyć Państwu udanej  lektury... i owocnego roku 2017!

www.bemowskie.pl

Oliwia Kujawa

Dołącz do nas!

Spis treści

Lubisz pisać? Interesujesz się lokalnymi sprawami? Mieszkasz na Bemowie i tak jak my uwielbiasz Osiedle Przyjaźń? A może jesteś jego mieszkańcem? Dołącz do nas! Napisz na: jelonek.osiedleprzyjazn@gmail.com.

3 4–5 6–7 8–9 10 – 13 14 15

Prenumeruj JELONKA! Jeśli jesteście Państwo zainteresowani bezpłatną prenumeratą pisma mieszkańców Osiedla Przyjaźń – „Jelonka”, prosimy o informację mailem (jelonek.osiedleprzyjazn@gmail.com) lub zostawienie wiadomości w wyznaczonym miejscu przy portierni w klubie Karuzela. W informacji prosimy podać numer domku i mieszkania, do którego życzą sobie Państwo, by dostarczono „Jelonka”. Znajdź nas: facebook.com/jelonekprzyjazn Czytaj w Internecie: issuu.com/ jelonekosiedleprzyjazn

2

16 17 18 19 20

Aktualności November Znaczy Przyjaźń Chłopak z Jelonek Historia Boernerowa Natalia Fiedorczuk – wywiad List do sąsiada Choroba Numeru i Osiedlowy Śpiewnik Przygody Jeża Kuchnia Bemowskie Centrum Kultury Od ostatniego numeru wydarzyło się... Alfabet Osiedla Przyjaźń


Aktualności

Co z tymi konsultacjami? Po ponad roku od złożenia wniosku o konsultacje społeczne na Osiedlu Przyjaźń okazuje się, że ich przeprowadzenie jest... bezzasadne. Dlaczego? W październiku 2015 roku Inicjatywa Osiedle Przyjaźń złożyła wniosek, poparty przez 1371 warszawiaków, o przeprowadzenie konsultacji społecznych w sprawie przyszłości Osiedla Przyjaźń do Prezydent m.st. Warszawy. Miesiąc później otrzymaliśmy odpowiedź od dyrektora Centrum Komunikacji Społecznej,

Osiedle na wyjeździe W 2016 roku o osiedlu mówiło się podczas dwóch bardzo ważnych wydarzeń społeczno-kulturalnych: Kongresu Kultury oraz Ogólnopolskiej Giełdy Projektów. Kongres Kultury odbywał się od 7 do 9 października. Jego celem jest, przede wszystkim, szeroko pojęta dyskusja na temat kultury i różnych jej obszarów. Jednym z tegorocznych paneli dyskusyjnych była „Aktywność obywatelska w kulturze”. Na przykładzie Osiedla Przyjaźń opowiadały o niej Magda Latuch z Bemowskiego Centrum Kultury i Magda Leszko z Inicjatywy Osiedle

w której można przeczytać, że ze względu na złożoną i trudną sytuację osiedla najpierw należy zorganizować zespół składający się z mieszkańców osiedla oraz urzędników, który miałby wspólnie opracować pomysły dotyczące przyszłości tego terenu – opowiada Magda Leszko, członkini tegoż zespołu i Inicjatywy Osiedle Przyjaźń. Następnym krokiem byłyby konsultacje społeczne, w ramach których głos mogliby zabrać wszyscy mieszkańcy dzielnicy. W międzyczasie pojawił się jednak plan zagospodarowania przestrzennego Jelonek, maraton pisania do niego uwag, informacja o objęciu roszczeniami Karuzeli oraz niektórych terenów osiedla. Zmienił się także skład zarządu dzielnicy.

Ponad rok później okazuje się, że „CKS nie rekomenduje przeprowadzenia konsultacji społecznych”. W piśmie od dyrektora Centrum Komunikacji Społecznej Krzysztofa Mikołajewskiego czytamy, że dotychczasowe spotkania Zespołu ds. Osiedla Przyjaźń powinny być kontynuowane oraz że sytuacja osiedla jest trudniejsza, niż mogłoby się wydawać, ponieważ miasto nie może wdrażać wyników konsultacji na terenie, który nie jest jego własnością. W związku z tym ich przeprowadzenie uznano za bezzasadne.

Oliwia Kujawa

Wszyscy uczestnicy Ogólnopolskiej Giełdy Projektów. fot. fb.com Platforma Kultury

Przyjaźń. – Podczas naszego wystąpienia opowiedziałyśmy o historii osiedla, jego głównych problemach, ale również projektach, które od 2 lat tutaj prowadzimy – mówi Magda Leszko. Kolejnym wydarzeniem była Ogólnopolska Giełda Projektów w Lublinie – spotkanie animatorów z całej Polski przedstawiających swoje działania. Osiedle reprezentowały Magda Leszko i Magda Latuch (Archiwum Społeczne Osiedla Przyjaźń) oraz Jagna Godzińska (Grupa Śpiewu Tradycyjnego Osiedla Przyjaźń). – Jury doceniło nas jako coś, co istniało razem z Laboratorium Projektów Osiedla Przyjaźń i coś, co „przywróciło osiedle na mapę Warszawy” – opowiada Magda Leszko. – Mówiłyśmy o znaczeniu relacji w społeczności lokalnej. Jacek Gdaniec

dostał tytuł Sąsiada Roku i wszyscy byli nim zachwyceni. W sesji posterowej natomiast prezentowała się Grupa Śpiewu Tradycyjnego, uosobiona w postaci Jagny Godzińskiej, która już między wystąpieniami opowiadała wszystkim chętnym o swojej inicjatywie.

Oliwia Kujawa

3


Ludzie osiedla

November znaczy Przyjaźń1 Pewnego dnia przy wejściu do Karuzeli zawisł plakat. Nie o Bemowie ani o osiedlu, lecz o festiwalu w Kazimierzu noszącym wdzięczną nazwę Kazimiernikejszyn. Pewna mieszkanka go przeczytała i pojechała tam. Nie znała wtedy muzyki November Project, zwabiły ją Trebunie Tutki i Mitch & Mitch. Mrs. Mitch aka Mrs Bitch, zwany też Baabą, czyli Bartek Weber wychowywał się na osiedlu, zresztą jako Baaba stworzył dosyć oldskulowy – jak samo osiedle – utwór „Osiedle Przyjaźń”. Ku zaskoczeniu naszej bohaterki po festiwalu Trebunie Tutki i Micze poszli dla niej w zapomnienie, bo zaczarowali ją tam November Project i Dziady Kazimierskie. Może słyszała o zespole, który ćwiczy w Karuzeli, i może nawet mignął jej obrazek z „Must be the music”, ale nie zwróciła na to specjalnej uwagi. Bo kto by tam wierzył w polskie reggae – zasiadała w loży jego szyderców. Od lat 80. ten gatunek w polskim wydaniu jest przeważnie zdołowany, „dlatego że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku”2, a jeśli nie bez humoru, to wtórny (kopiująca zagraniczne gęganie tekstowa nędza) albo wokalne byle co, na ściśniętym po harcersku gardle. Nic bardziej mylnego! To, co usłyszała w „Kaziku” trzy lata temu, to samo słońce – i to nie głupio uśmiechnięte, ale takie z konkretnym, dojrzałym przekazem, który do niej trafił. Grane na poziomie bardzo wysokim.

Wiernikowski „Wiernik”, który pracuje w WTZ. Punktem zwrotnym w historii zespołu był happening zorganizowany przez nas w Klubie Studenckim Karuzela (…). Przygotowaliśmy (...) ogrom sampli – dźwięków z orientalnymi brzmieniami Indii, Tybetu czy Tuvy. Po raz pierwszy zespół zaprezentował się z oryginalnymi instrumentami etnicznymi: djembe, rainstick, misą tybetańską, darabuką, windbell’s. Wydarzenie to zatytułowaliśmy „November Project – Mystic Art”,

Safandułą nie będę! November Project nie jest wcale przeciętnym zespołem, wylągł się bowiem na zajęciach z muzykoterapii: W jednym z domków, pięknie położonym (...) jest Ośrodek Warsztaty Terapii Zajęciowej WTZ „Konar”, przy którym powstał zespół November Project już ponad 10 lat temu, i też próby ma tutaj cały czas, systematycznie (…). To jest zespół integracyjny (…), ale naszym hasłem jest „Wszyscy jesteśmy specjalnej troski”, bo przecież nie ma ludzi doskonałych3. Współzałożycielem zespołu jest Piotr

4

listopad 2011, fot. Aneta Grzeszykowska

co później zostało przejęte przez zespół jako jego nazwa4. W zespole grają muzykoterapeuci, muzycy i podopieczni WTZ „Konar”. Funkcjonuje w społeczeństwie stereotyp, że człowiek niepełnosprawny to przede wszystkim ktoś, kto ma ograniczenia, nie da rady, wątpi w swoje siły, nie wierzy w swoje możliwości, nie docenia swojej wartości, wstydzi się, boi. W November Project pomagamy sobie nawzajem i nawzajem się od siebie uczymy. Każdy daje z siebie to, co ma najlepszego, i tym, co


Ludzie osiedla

Listopad 2015, fot. Radosław Polak

najlepsze chce się dzielić z innymi (…). To jest nasza misja, którą pragniemy dzielić się ze światem5. O tym jest właśnie utwór „Safanduła” – o wzmacnianiu się nawzajem, przezwyciężaniu słabości, a teledysk do niego został nakręcony przed klubem Karuzela. Osiedle Przyjaźń (...), przyjaźni dom, każdemu sprzyja, bo przyjazny charakter ma i ton Członkowie NP zawsze, kiedy mogą, podkreślają, że są z Osiedla Przyjaźń, z Karuzeli na Jelonkach, co według Włodka Dembowskiego dla wielu osób z zewnątrz brzmi dość absurdalnie: „W «Must be the music» jedna dziennikarka się popłakała, jak chciała z nami porozmawiać na poważnie (…). Marzyło mi się, żeby w ogóle November Project był trochę taką wizytówką Osiedla Przyjaźń (…). Mamy, o, piosenkę fajną «Osiedle Przyjaźń»”6. A tak mówią o osiedlu pozostali członkowie zespołu: Cezary „Sura” Gałązka (klawisze): „Na Zaciszu jest fajnie, ale na Osiedlu Przyjaźń jeszcze lepiej”. Daniel „Dany” Grzeszykowski (saks): „Supermiejsce, mogę tu siedzieć i ćwiczyć…”. Marcin „Dzierżoń” Dzierżyc (przeszkadzajki): „Fajne jest, dużo fajniejsze niż moja Wola…”. Marcin „Starshak” Troszak (djembe): „Fajnie tu jest, bo Osiedle „Przyjaźń” przygarnęło nas (…) i skupiło nasz zespół (…). Tu jest nasza kolebka…”. Paweł „Karol” Karolak (elektryczna perkusja, wokal): „Dużo zieleni, dużo studentek (...) i ogólnie, fajnie jest…”. Mariusz „Mario” Kraska (przeszkadzajki): „Fajna zieleń, też nietypowe domki (…), cisza, spokój, bardzo fajna okolica (…). Ja na Jelonkach mieszkam (…), mam tu znajomych”.

Piotr „Wiernik” Wiernikowski (gitarzysta i współzałożyciel grupy): „Przeżyłem tutaj wspaniałe chwile na imprezach studenckich, do tej pory je wspominam. Niektórych się wstydzę, ale nadal je będę cudownie wspominał”. Michał „Eddy” Romanowski (perkusja): „Wspaniałe miejsce, ciche, spokojne”7. Nagrywają tutaj swoje teledyski: „Kiedyś też nagrywaliśmy pierwszy teledysk z November Project «Miłością serce», mieliśmy 3 podejścia do tego klipu. W pierwszym była taka fajna sytuacja, że szliśmy całą gromadą właśnie tutaj, koło domków, tam gdzie jest bieżnia. No i dołączyło się do nas w pewnym momencie z okolicy bardzo dużo ludzi, nie tylko polskiej narodowości, i to też było fajne (…). Stworzyliśmy niechcący taki pochód, happening miłosny”8. Osiedle jest dla nich ważnym miejscem. Grali dwa koncerty w Karuzeli i chętnie ponownie zagraliby dla mieszkańców osiedla: „To jest wielkie wyzwanie”, „Ja jestem na tak!”, „Pewnie!9”. Ich piosenki są po polsku i opowiadają o problemach społecznych, o fascynacji przyrodą i wędrówkami, niosą budujące przesłanie, nakłaniają do integracji, wzajemnego zrozumienia i miłości.

zytywnie zakręconych (…), jest grupą bardzo fajnych ludzi. Jedyna niepełnosprawność to przekonanie, że nie damy rady. A November daje radę”10. Novembery nagrały jedną płytę. Właśnie teraz zespół pracuje nad drugą, zbiera fundusze na jej wydanie (tu apel o wsparcie zespołu do lokalnych włodarzy i innych sponsorów!). Utwory z nowej płyty zapowiadają się bardzo obiecująco (w tym wspomniany kawałek o osiedlu, rzecz jasna!). Niedawno wystąpili także w „Mam Talent”. Wróżę im same sukcesy. No i tu pora na wyznanie: tak, ten artykuł piszę z pozycji fanki i owszem, to ja jestem tą tajemniczą mieszkanką osiedla, o której była mowa we wstępie, tą, którą November Project olśnił na Kazimiernikejszyn w 2014 roku. Miło być fanką zespołu tak sympatycznego i dobrze grającego. Dwóch członków grupy udzieliło nam wywiadów do Archiwum Społecznego Osiedla Przyjaźń, za co im serdecznie dziękuję. Już wkrótce będzie można ich posłuchać w sieci, na wirtualnej mapie osiedla. Włodek „Paprodziad” obiecał, że chętnie wesprze działania lokalnych aktywistów, kiedy zajdzie taka potrzeba. Trzymam go za słowo! I że zagrają dla nas w Karuzeli! This is the ent… The enthusiasm band. Joanna Zamorska

1 Wszystkie podtytuły, podobnie jak zakończenie tekstu, są zaczerpnięte z tekstów piosenek November Project. Wywiad Joanny Zamorskiej z Włodkiem Dembowskim do ASOP (2016).

Elemelem buja para jaj Teksty frontmana Włodka „Paprodziada” Dembowskiego (znanego np. z Łąki Łan) są dowcipne i dobrze wokalnie podane. Siłą zespołu nie jest jednak sam mocny wokal Włodka czy teksty, ale przede wszystkim spójne, bogate brzmienie, w tym: świetne klawisze, saksofon, gitara, odpowiednio leniwie bujająca sekcja rytmiczna, za którą odpowiadają w dużej mierze chłopaki z WTZ. Nie należy też zapominać o atmosferze, w której to pozytywne brzmienie powstaje. Chłopaki się lubią, co widać na próbach, kiedy dowcipkują, i na koncertach, gdy grają. „November Project to zespół osób po-

2 Kazik, „Cztery Pokoje”. 3 Wywiad Oliwii Kujawy z Włodkiem Dembowskim do ASOP 2015. 4 Piotr Wiernikowski, Edukacja poprzez działanie. November Project – historia pewnego zespołu, „Meritum” nr 2, (13)/2009, http://meritum.mscdn. pl/meritum/moduly/egzempl/13/13_60_abc.pdf 5 Oficjalna strona zespołu: www.novemberproject.pl 6 Wywiad Joanny Zamorskiej z Włodkiem Dembowskim do ASOP (2016). 7 Rozmowa Joanny Zamorskiej z członkami zespołu przed próbą (5.12.2016). 8 Wywiad Oliwii Kujawy z Włodkiem Dembowskim do ASOP (2015). 9 Rozmowa... dz. cyt. 10 Rozmowa... dz. cyt.

5


O osiedlu

Chłopak z Jelonek

wywiad z Konstantym Usenką Konstanty Usenko (ur. 1977) – muzyk, wiolonczelista, wokalista, członek zespołów nowofalowych i industrialnych (m.in. Super Girl & Romantic Boys, The Leszczers), autor tekstów piosenek oraz książki „Oczami radzieckiej zabawki”. Mieszkaniec warszawskich Jelonek i berlińskiego Kreuzbergu. Magda Leszko: Niedawno zagrałeś na 61. urodzinach osiedla – przygotowałeś set didżejski z muzyką taneczną z różnych dekad. Gdy Ci dziękowaliśmy, wspomniałeś, że od dłuższego czasu już to za Tobą chodziło. Dlaczego? Konstanty Usenko: To zawsze było moim marzeniem – zagrać albo w Karuzeli, albo w jej okolicy, albo w ogóle na Osiedlu Przyjaźń. I się wreszcie ziściło. Osiedle Przyjaźń istniało w mojej świadomości od zawsze, od bardzo wczesnego dzieciństwa. Przychodziłem na „stary stadion”, jak byłem mały, i na stadion Świtu. Chodziłem do klubu sportowego, gdzie mój ojciec grywał w ping-ponga. I gdzie ja się uczyłem grać. Domek 77. W pamiętniku sobie zapisywałem, że chodziłem na ping-ponga. Pamiętam też salę judo. Kojarzyła mi się z piosenką „King Bruce Lee karate mistrz”. Pracował tam ojciec mojego najlepszego kolegi z przedszkola – był trenerem. Regularnie tam spędzałem wieczory, w okolicach stadionu i domku 77. Bardzo bajkowo mi się to kojarzyło. Jak byłem starszy, to chodziłem do kina Dar. Na wszystkie filmy, na które się wtedy chodziło, czyli: „E.T.”, „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, „Powrót Jedi”, „Imperium kontratakuje”, „Powrót do przyszłości”… Przedzieraliśmy się. Film był od 12 albo 15 lat, a ja miałem 8–9 lat. Ale się udawało. Jak byłem ciut starszy, zaczęła się historia alternatywna i koncerty w Karuzeli. Na swoim pierwszym punkowym koncercie byłem właśnie tam! Grały zespoły Dumna Trumna i Toten Idioten. Takie osiedlowe, tutaj z Czumy. À propos innych naszych osiedlowych zespołów – dumą Jelonek zawsze był oczywiście

6

Post Regiment. Na nich jeszcze wtedy nie byłem, widziałem ich trochę później razem z Tragiedją na koncercie w Liceum Reytana na Mokotowie w 1989 roku. Potem, już w latach 90., Nika z Post Regimentu założyła pierwszą w Warszawie stuprocentowo punkową knajpę Zanzibar, na tyłach „blaszaka” na Synów Pułku. Niestety, dresiarze z Borowej Góry dość szybko ją rozwalili… Z kolegami z Anieli Krzywoń i Synów Pułku często przychodziliśmy na koncerty do

M.L: No właśnie, często wspominasz o Jelonkach z Twojego dzieciństwa. Zdaje się, że w swoich teledyskach masz nawet prześwity z Twoich amatorskich filmów z tego okresu? K.U: Dokładnie! Kiedyś nakręciliśmy kilka filmów kamerą Super 8. Jeden z nich robił kolega mojej siostry. Pierwszy był z moim psem, czarnym owczarkiem belgijskim – nazywał się Kara. Kręciliśmy go w parku przy Anieli Krzywoń. To jedno z najważniejszych dla mnie miejsc, tak

fot. Konstanty Usenko

Karuzeli i do baru, ale też po prostu spa- zwana polanka. A drugi film to „Śmiguscerowaliśmy, siedzieliśmy tu na osiedlu -dyngus” – z roku 1986, realizowany koło w różnych miejscach. Także mam total- Świtu, na Oświatowej. Różne sceny, jak ny sentyment do niego. chłopaki polewają z wiader dziewczyny i zaciągają je pod pompę. M.L: Twoja mama, Danuta Wawiłow, też M.L: No właśnie. Park przy Anieli. Tak tutaj bywała. Krąży plotka, że jeden z jej się poznaliśmy, na dyskusji ws. planu wierszy jest o Osiedlu Przyjaźń. zagospodarowania przestrzennego JeK.U: To nie jest plotka, oczywiście lonek, walczyłeś o jego zachowanie. Do jest wiersz pod tytułem „Jelonki”! Tak, niego też masz ogromny sentyment. te „małe drewniane domki” to Osiedle K.U: Tak. Jest Anielka, a przy Anielce Przyjaźń, osiedle profesorskie też. Ale jest „polanka”. I mam nadzieję, że tak było też więcej domków na tych ulicz- pozostanie. Wiadomo, że od dłuższego kach: Oświatowej, Gimnazjalnej. Z nich czasu istniała groźba zabudowania tego też mam wspomnienia – naprzeciwko parku przez deweloperów, no ale teraz stadionu Świtu, w segmencie z czerwo- (tfu, tfu) mam nadzieję, że nic tam runej cegły, mieszkał ślusarz – postać jak szone nie będzie. W dzieciństwie, kiedy z Barei, menel z wąsami, który był kilka była czynna fabryka Nowotki, to nad razy u nas w domu. ranem wydawała dziwne dźwięki. Była


O osiedlu tam syrena fabryczna i jeździło więcej pociągów. Całe moje dzieciństwo pamiętam te industrialne dźwięki przez okno. Mieszkałem na ostatnim piętrze bloku i zawsze słyszałem o wschodzie słońca, jak trąbi syrena. I te odgłosy pociągów. Uwielbiałem to! Moje industrialne upodobania muzyczne mogły wziąć się stąd. M.L: Na Waszej (SGRB) ostatniej płycie „Osobno” jest dużo miasta. Dużego, zimnego, rosnącego miasta. To Warszawa? K.U: Punktem odniesienia dla tych piosenek zawsze była Warszawa. To coraz bardziej szklane i bezduszne centrum, ale kontrastem do niego są peryferia, cały czas nieruszone, pełne wertepów, dzikie. Pełne miejsc, w których można usiąść, znaleźć przestrzeń dla własnych myśli, nie ma tego warszawskiego pośpiechu, wyścigu szczurów. Poza osiedlem mam kilka innych ulubionych punktów na mapie miasta: Kamionek, Targówek, „dzikie ogrody” na Marymoncie, parki Powiśla na skarpie wiślanej, okolice mostu Grota i „sawanna” przy zakładach FSO na Żeraniu. Ważne były dla mnie glinianki przy Połczyńskiej, teraz już niestety zabudowane. To też było moje magiczne miejsce na Jelonkach. W podstawówce wymyślaliśmy swoje państwa, galaktyki. Moje państwo znajdowało się na gliniankach właśnie. Nawet wymyśliłem tam sobie przejście graniczne, to była moja autonomiczna strefa… Nazywało się Herghee (wym. Hergi). M.L: Mówiłeś o tym, że jak byłeś nieco starszy, chodziłeś do Karuzeli na punkowe koncerty. Z Twojej perspektywy czym żyły Jelonki w tym czasie? K.U: Jelonki żyły tym, czym żyły też inne osiedla w Warszawie na początku lat 90. Były różne sytuacje… często dość brutalne. Dużo ludzi bało się przyjeżdżać na Jelonki, np. z powodu tzw. ryfersów z Borowej Góry. Był koncert znanego amerykańskiego hardcorowego zespołu Fugazi, który został przez nich rozwalony. Byłem przed wejściem, zanim zaczął się dym. Skinheadzi i osiedlowi chuligani napadali na ludzi, „kroili” z butów. Ale na Jelonkach każdy znał każdego, jedna osoba znała drugą, druga znała trzecią. To były czasy ulicznych starć – ulica przeciwko ulicy, dzielnica przeciwko

dzielnicy. Trzeba było mówić, kogo się zna, jak otoczyła Cię jakaś ekipa. M.L: Mówimy o starciach punkowcy vs. skini? K.U: Skini, dresiarstwo… Ale wtedy na drechów mówiło się jeszcze dyskomuły, dresiarzy właściwych jeszcze nie było. Fryzury na Alfa, dżinsy piramidy plus jacyś lokalni żule, młodzi skinheadzi w zielonych flyersach odwróconych na pomarańczową stronę. M.L: Jakiś czas temu burzę wywołały słowa Engelkinga, że Bemowo to slumsy. Zdaje się, że chodziło mu głównie o Jelonki i blokowiska. Zgadzasz się z diagnozą? K.U: Oczywiście, że nie. Dla niektórych wszystkie blokowiska to slumsy. Dla mnie bloki wcale nie kojarzą się z czymś depresyjnym, wręcz przeciwnie. Większość ludzi z mojego pokolenia wychowała się pod blokami i przeżyła tam swoje najwspanialsze chwile. Jak można mówić, że blokowiska są bezduszne? Depresja to są dzisiejsze osiedla z ochroną i kamerami. Blokowiska lat 80. to trzepaki, granie w gumę, kapsle i klasy, jeżdżenie na rowerach i deskorolkach, a zimą śniegowe wojny, lepienie dziwnych rzeźb ze śniegu i wielkie lodowiska wylane na parkingach – podwórka tętniły życiem do późnych godzin nocnych. M.L: Brakuje Ci tego teraz? K.U: Jak chodzę sobie wieczorami po osiedlu, to zawsze miło się czuję, widząc młode ekipy, jak siedzą sobie na murkach, z muzyką puszczaną z telefonu. Gadają sobie, piją piwo, jarają. Tak powinno być zawsze. M.L: To ciekawe, że Ty mówisz o Jelonkach jakby to była całość. Na osiedlu wiele osób postrzega je jako miejsce osobne od całej reszty Bemowa. K.U: Dla mnie to Jelonki to nie Bemowo! Bemowo to jest administracyjna nazwa. Bemowo jest bardzo duże. Lubię Boernerowo i Stare Bemowo. Mało czasu spędziłem na tym Bemowie właściwym, ale też były tam ciekawe miejsca pod koniec lat 90. Na Forcie Bema była bardzo dziwna knajpa potocznie nazywana „U Cyganów” – niesamowite miejsce, jak z filmu Kusturicy „Biały kot, czarny kot”. Tam były wozy cygańskie, kozy, które wcho-

dziły na drzewa po drewnianych schodkach, i jakieś wielkie rzeźby, chyba ze styropianu! Jeszcze ociekające złotem cygańskie wagony, cały tabor – razem z wagonem samego króla. W środku fortu wisiały reprodukcje obrazów Matejki, jakieś dekoracje z Teatru Wielkiego. Siedzieli tam bardzo różni ludzie, bo i palący brauna dresiarze z Bemowa, i imprezowicze z całej Warszawy. Raz w tygodniu występował zespół, na członków którego mówiliśmy Steve Wonder i Kim Wilde. Najaktualniejsze hity z MTV wykonywał na klawiszach casio niewidomy facet z wąsami w ciemnych okularach. Występowała z nim tleniona blondyna – wokalistka. Śpiewali nawet takie piosenki jak „Discovery Channel”! Nasz kolega odkrył kiedyś „Cyganów” przypadkiem i nikt mu nie uwierzył. Wszyscy myśleli, że miał halucynacje po kwasie. Ale okazało się, że tam naprawdę kozy mieszkają na drzewach! Tak spektakularnie i dekadencko kończyły się lata 90. [śmiech]. M.L: Jelonki, Jelonki… A może chciałbyś zdradzić nam w kilku słowach, co robisz teraz jako artysta? K.U: Oprócz muzyki przygotowuję teraz drugą część książki o rosyjskim undergroundzie. Będzie się nazywała „Buszujący w Barszczu Sosnowskiego”. Jestem w trakcie pisania, powinna ukazać się na jesieni nakładem Wydawnictwa Czarne. O kilku rzeczach w „Oczami radzieckiej zabawki” nie napisałem i teraz chcę to nadrobić. Ale przede wszystkim będzie o tym, co dzieje się teraz – od hip-hopu poprzez industrial aż do nowej sceny garażowej. Jest o czym pisać. A właśnie… domki na Osiedlu Przyjaźń przypominają mi stare drewniane centrum Samary, miasta leżącego nad Wołgą. Albo jakieś małe miasteczko w Karelii na północy Rosji. Tam te domy są bardziej rzeźbione, kolorowe, ze snycerką, pełne ornamentów… chociaż też bardziej zdewastowane. No i mają ten bajkowy klimat! Wywiad udzielony do Archiwum Społecznego Osiedla Przyjaźń – Międzypokoleniowa Wymiana.

Rozmawiała Magda Leszko

7


Bemowo

Boernerowo

– historia niezwykła (cz. 1) O dawnym Osiedlu Łączności oraz historii rodziny Boernerów opowiedział nam Jan Boerner – wnuk Ignacego Augusta Boernera.

Najprawdopodobniej moja rodzina przyjechała do Polski z którymś z Sasów. Pierwszym Boernerem, o którym wiem, jest biskup ewangelicki z Płocka. On miał syna, który też był biskupem ewangelickim w Kaliszu, z siedzibą w Zduńskiej Woli. I on z kolei miał dziewięcioro dzieci, wśród których był Ignacy Bernard, czyli mój dziadek. Potem był mój ojciec Włodzimierz i potem byłem ja – Jan. Więc jestem piątym pokoleniem Boernerów. Dziadek urodził się w 1875 r. w Zduńskiej Woli, w zaborze rosyjskim. Szkołę skończył w Kaliszu, a potem wyjechał na studia do Darmstadt w Niemczech, gdzie uzyskał tytuł inżyniera. Już tam wstąpił do Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich. Po zdaniu dyplomu w 1902 r. przyjechał do Warszawy, gdzie zaczął pracować na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, ale jednocześnie, mając rekomendacje partyjne, objął kierownictwo rejonu PPS „Powązki”. Wkrótce jednak „ochrana” carska zaczęła mu deptać po piętach, więc w 1904 przeniósł się do Ostrowca Świętokrzyskiego. Tam zatrudnił się w hucie, kontynuując jednocześnie działalność socjalistyczną do tego stopnia, że w 1905 roku był jednym z przywódców rewolucji w Ostrowcu. Po jej upadku dziadek musiał uciekać za granicę, do Krakowa, który był wówczas w zaborze austriackim.

8

Ignacy August Boerner

Piłsudskiego znał jeszcze z warszawskich zjazdów PPS, ale w Krakowie rozpoczęła się już ich bliższa współpraca. Dziadek jako wychowanek rosyjskiej szkoły i student niemieckiej uczelni świetnie znał oba języki, dlatego Piłsudski wysyłał go na różne zjazdy socjalistyczne – do Zurychu, do Berlina. Mało tego – mając w zaborze carskim wyrok śmierci z racji rewolucji 1905, dziadek na lewych papierach przyjeżdżał do Warszawy. Wstąpił do Związku Strzeleckiego w Krakowie, tam przeszedł podoficerskie i oficerskie szkolenie. I w 1914 r. razem z I Kompanią Kadrową wyruszył do Polski. Z tym że w pierwszej fazie działalności legionów, w tzw. kampanii

świętokrzyskiej, nie brał bezpośredniego udziału, dlatego że pełnił funkcję komisarza wojskowego – werbował ochotników. Ale w tzw. kampanii karpackiej dziadek był już na froncie jako dowódca saperów. No i zaczął zajmować się wywiadem wojskowym – tam już dobrze się poznał z Piłsudskim. Aż w końcu nadchodzi kryzys przysięgowy – legioniści odmawiają przysięgi wierności wobec Niemców. Zostaje w 1917 roku internowany w Beniaminowie. W czerwcu 1918 zostaje zwolniony, przybywa do Warszawy, gdzie zostaje szefem komórki wywiadowczej KM1. 10 listopada Piłsudski przyjeżdża z Magdeburga do Warszawy i późnym wieczorem przychodzi do niego delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej [rewolucyjnej organizacji wojsk zbuntowanych przeciw cesarzowi Niemiec – przyp. red.] i prosi, żeby wziął pod opiekę wszystkie oddziały stacjonujące w Warszawie. Piłsudski zgadza się na to, bo chodzi o możliwość dostania broni od Niemców. Piłsudski natychmiast wysłał adiutanta do dziadka i mianował go oficerem łącznikowym z niemiecką Radą Żołnierską. Dziadek organizuje wyprowadzenie całego garnizonu niemieckiego z Warszawy. Już 12 listopada odchodzi pierwszy transport kolejowy z Warszawy i w przeciągu 8 dni dziadek organizuje 22 transporty, w sumie wyjeżdża wtedy ok. 20 tysięcy żołnierzy niemieckich! Dziadek jako były pracownik miał na kolei dobre kontakty – Piłsudski umiał ustawić właściwego człowieka na właściwym miejscu. Po pierwsze dziadek świetnie znał język niemiecki, po drugie znał agitację socjalistyczną, a po trzecie – znał doskonale rozlokowanie jednostek niemieckich dzięki temu, że tam służyło wielu Polaków. To nie było łatwe, bo chodziły takie plotki, że w Warszawie Niemców mordują i na pomoc chciały przyjść niemieckie jednostki stojące na Ukrainie – tam było z pół miliona ludzi. Na szczęście udało się rozładować sytuację właśnie dzięki tej ewakuacji zorganizowanej przez dziadka. Oddziały wyjeżdżały z bronią osobistą, ale w Mławie ją oddawały – to wszystko potem całymi wagonami


Bemowo

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

przychodziło do Warszawy. I to właśnie dziadek uważał za swoje największe osiągnięcie życiowe. Piłsudski zgodził się dowodzić zbuntowanym niemieckim wojskiem na wariackich papierach – początkowo nie miał żadnych formalnych uprawnień. Bo dopiero 12 listopada Rada Regencyjna przekazała mu władzę, a czternastego został naczelnikiem państwa. A szesnastego do Paryża poszła depesza proklamująca rząd Polski. No, ale to się udało i dziadek uważał to za swoje największe osiągnięcie życiowe. Potem przyszła wojna polsko-bolszewicka. Dziadek zostaje szefem wywiadu w 3 Armii gen. Sikorskiego, bierze udział w kampanii kijowskiej, a potem, po odwrocie, w 1920 r., w bitwie warszawskiej. Po niej jest druga faza – tzw. bitwa niemeńska, czyli wypychanie bolszewików z północnej strony Polski, no i dziadek działa tam aż do momentu zawieszenia broni. Potem podejrzewam, że robił jeszcze osłonę wywiadowczą marszu Żeligowskiego na Wilno, bo to był jego teren, że tak powiem. No a na koniec zostaje wydelegowany do międzynarodowej komisji ustalającej wschodnią granicę Polski. Po zakończeniu działań wojennych Piłsudski wysłał go na attaché wojskowego w Moskwie. Przez pół roku tam dziadek siedzi, po czym Piłsudski odwołuje go z tej działalności. Dziadek idzie do szkoły na kurs, bo znowu awansował. Jest wtedy już

dle. Ponieważ po budowie Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej w Babicach został taki fragment niezagospodarowanej ziemi – pięćdziesiąt parę hektarów… Z tym, że to była własność Skarbu Państwa. Żeby przeszła w ręce prywatne, to musiała być specjalna uchwała sejmowa, nie było możliwe zrobienie tego inaczej. No i tam organizuje, tzn. robią projekty tego osiedla Boernerowo, powstają 4 osiedla pocztowców i jest jeszcze osiedle Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. I na tym pierwszym Osiedlu Łączności jest około 54 domków. I między innymi tam dziadek buduje swój domek. Z tym że, jak na owe czasy, tempo budowy było imponujące, bo w maju 1932 r. zaczęto budowę, a w li„starszym panem”, ma już czterdziest- stopadzie dziadek wprowadził się już kę, mimo to udaje mu się skończyć do własnego domu. Było osiedle, drogi, Wyższą Szkołę Wojenną, awansuje do własna studnia głębinowa, łączność testopnia pułkownika. Następnie Piłsud- lefoniczna. Nie było jedynie kanalizacji, ski go wysyła na taki staż dowódczy do tylko szamba. No i w 1936 roku doproV Pułku Saperów w Krakowie, dziadek wadzili tramwaj, który chodzi do dzisiaj tam przez rok jest na praktyce. I potem – dwudziestkę. Piłsudski chce zrobić dziadka szefem całego wywiadu. Ale dziadek się nie Dziadek bardzo dużo palił, zgadza, bo mówi, że za słabo zna inne w związku z tym dostał raka płuc języki, oprócz niemieckiego i rosyjskie- i w 1933 roku umarł. Pogrzeb miał gego. I Piłsudski posyła wtedy dziadka neralski, trumnę Mościcki udekorował w odstawkę, bo jest niezadowolony, że Orderem Odrodzenia Polski, a za kammu odmówił. Ale dziadek nadal pełni panię 1920 roku miał Virtuti Militari... ważne funkcje – jest dyrektorem departamentu wojskowego w Ministerstwie A jakie były dalsze losy rodziny BoerPrzemysłu i Handlu. nerów? Co działo się z Boernerowem w okresie PRL-u? O tym w kolejnym W 1929 roku zostaje powołany na mi- numerze „Jelonka”! nistra poczt i telegrafów i pełni tę funkcję przez 6 kadencji rządów, które się wtedy często zmieniały. Trzeba pamiętać, że Polska była wtedy zlepkiem trzech zaborów i nie było nawet przyzwoitej linii kolejowej (zresztą nie ma do dzisiaj). Taka sama sytuacja była z łącznością – nie było telefonów, nie było połączeń kablowych między zaborami, Polska miała jedno łącze zagraniczne przez Berlin. Więc dziadek zorganizował w Łodzi centralę międzynarodową, która przez Pragę i Wiedeń łączyła się z całą południową Europą: z Hiszpanią, Francją itd. Dziadek zorientował się, że jest duże zapotrzebowanie na mieszkania dla Zebrał Wojciech Jacek Gdaniec pocztowców. Redakcja: Marcin Zamorski I postanowił wybudować dla nich osie-

9


Ludzie

„Na Czumy czuję się jak w domu”

– wywiad z Natalią Fiedorczuk

Natalia Fiedorczuk-Cieślak – z zawodu psychopedagożka, kompozytorka, wokalistka i  publicystka. Pracuje w Bemowskim Centrum Kultury, gdzie zajmuje się aktywizacją obywatelską w społecznościach lokalnych. Jesienią tego roku wydała swój prozatorski debiut – książkę „Jak pokochać centra handlowe”. Z Natalią  spotykamy się  na parkingu centrum handlowego Wola Park. Rozmawiamy o Białymstoku. Z niedowierzaniem słucham historii z jej młodości. Jestem świeżo po lekturze pewnego głośnego reportażu i jej opowieści brzmią dziwnie znajomo. Ale nie o tym będzie ten wywiad. Nie tym razem. Zdradzę Wam tylko, że bywała na skłocie, bujała się z punkami i obrywała od neonazistów. Wchodzimy do środka. W przestrzeni centrum handlowego Natalia czuje się bardzo swobodnie. Idziemy do kawiarni. Po pierwsze: w imieniu redakcji „Jelonka” gratuluję Ci zdobycia Paszportu „Polityki”. Bemowo jest dumne. Dziękuję bardzo.

Dobrze. Ostatnio wszyscy pytają tylko o książkę. W 2014 roku wokalistka i kompozytorka Natalia Fiedorczuk zaczyna pracę w Bemowskim Centrum Kultury. Na jakim stanowisku pracujesz? Na początku zostaję zatrudniona jako koordynatorka różnych działań związanych z nieformalną edukacją muzyczną, czyli rzeczami, które są zawodowo związane z tym, co robiłam do tej pory. W mojej aplikacji muszę przedstawić jakiś pomysł na różne działania związane z szerzeniem kultury muzycznej, w sposób może trochę  bardziej niestandardowy, projektowy i otwarty na mieszkańców. Składam więc takie dokumenty i parę tych moich pomysłów przypada do gustu dyrekcji. Zostaję zatrudniona. Zaczynam realizować swoje pomysły, rozglądać się po Bemowie. Zaczynam też… Dla Pani herbatka z jaśminem. Dla Pani kawka z mlekiem. Smacznego życzę – przerywa nam barista, przynosząc zamówienie. Słychać dźwięk łyżeczek odbijających się od filiżanek. Natalii nie wytrąca to z równowagi. Jest bardzo skupiona na rozmowie.

Jak zareagowałaś na nominację? Przez większość życia zajmowałaś się muzyką, a zostałaś nominowana w kategorii Zaczynam od opracowania programu, literatura, zaledwie miesiąc po premie- który nazywa się „Dźwięczność”. Korze Twojej debiutanckiej książki. No ordynuję w nim działania związane i wygrałaś. z nauką produkcji muzycznej dla osób Tkwię w niedowierzaniu do dziś. Może uczęszczających do sekcji w Bemowto znak od bogini, żebym już nigdy, skim Centrum Kultury. Początkowo przenigdy nie dotykała żadnego instru- jest to dla młodych osób – między 13. mentu, a już, broń Boże, nie śpiewała. a 18. rokiem życia. Pozyskuję na to Jak widać, mało fabularne rozważania środki i warsztaty odbywają się w 2015 o przymierzalniach sieciówek okazały roku. W 2016 robimy już zajęcia dla się bardziej wciągające. grup międzypokoleniowych. W międzyczasie zaczynam też interesować Do tematu książki jeszcze wrócimy, ale się działaniami bezpośrednimi, partychciałam przede wszystkim porozma- cypacyjnymi, które ruszają razem ze wiać o tym, co robisz na Bemowie. zmianą dyrekcji.

10

O to chciałam zapytać. Trafiasz do instytucji w momencie przemian. Zmienia się koncepcja i charakter domu kultury. ART.BEM staje się BeCeKiem, dostaje nową, spójną identyfikację wizualną. Zaciera się jasny do tej pory podział na organizatorów i publiczność, mieszkańcy zaczynają mieć głos i są zapraszani do współtworzenia programu. Program wynika z tego, co zaproponował dyrektor Marcin Jasiński, zaczynając pracę w Bemowskim Centrum Kultury. W takim zachłystywaniu się nową formułą centrum kulturalnego warto jednak podkreślić, że podstawową funkcją  domu kultury jest zapewnianie czasu wolnego i animacji mieszkańcom. I oczywiście nadal są  organizowane płatne zajęcia, czyli kontynuowane jest to, co robił ART. BEM. Tysiące mieszkańców w nich uczestniczy i potwierdza wysoką jakość tych kursów. A wracając do „zmiany” – powstała wtedy grupa Zaczyn, skupiająca aktywistów, którzy się do nas zgłosili jako pierwsi. Byli to ludzie zainteresowani tym, że coś się zaczyna dziać, że jest jakiś  ferment. Pierwsze spotkania grupy Zaczyn pokazały, że jest ogromny potencjał i społeczna energia. Pojawiła się nadzieja, że we współpracy z instytucją kultury mogą znaleźć  swoje ujście. Do tej pory bardzo wiele rzeczy udało się  zorganizować i ja jako ja, ale też jako animator, którym powoli się  stawałam i staję, nauczyłam się  pracy z ludźmi, którzy są zaangażowani. Dlaczego partycypacyjny model domu kultury, włączający mieszkańców w tworzenie programu, jest lepszy od tego, który wcześniej funkcjonował na Bemowie? Raz, że są to trendy w animacji kultury, że się taki model wybiera we wszelkich


Ludzie możliwych instytucjach publicznych, społecznych. Partycypacja mogła wcześniej kojarzyć się  nam tylko z organizacjami pozarządowymi i modelem np. demokratycznego zarządzania jakąś  organizacją. Natomiast to, w czym uczestniczyłam do tej pory, daje mi do myślenia, że instytucja kultury ma stwarzać pretekst do tworzenia więzi społecznych. I oprócz tych podstawowych zadań lokalnej, samorządowej instytucji kultury, jakimi są: zapewnianie równego dostępu do kultury, możliwości obcowania z tym, z czym ludzie mieszkający na Bemowie niekoniecznie mają tu styczność, tylko muszą  jechać  do Śródmieścia – np. pójście do teatru, na koncert,

uczestniczenie w wydarzeniach kulturalnych dla dzieci; oprócz tego można spokojnie realizować budowanie więzi. Zaczyna się od partnerskiego dialogu i partnerskiego formułowania programu instytucji, do czego dążymy cały czas. Jak zmieniła się  publiczność  Bemowskiego Centrum Kultury w ciągu dwóch lat Twojej pracy? Mam wrażenie, że publiczności przybyło i, co jest ciekawe, zaczęli się też pojawiać ludzie, którzy nie mieszkają na Bemowie. Przyjeżdżają  tu z innych dzielnic, zainspirowani tym, że u nas się dzieją fajne rzeczy. Napawa mnie to dumą. Na pewno też więcej seniorów

przychodzi na nasze wydarzenia. Nie jestem w stanie porównać z tym, jak było wcześniej, ale pracownicy, którzy są tu dłużej niż ja, mówią, że teraz jest bogatsza oferta, bardziej zróżnicowana, są programy skierowane bezpośrednio do różnych grup demograficznych, że się tak wyrażę. Strategia włączania mieszkańców w działania instytucji kultury się opłaca. I nie mówię tu o merkantylnym aspekcie opłacania się. Ja się zajmuję też śledzeniem zmian i potrzeb, np. na Facebooku, i widzę, że ludzie potrzebują wspólnych przestrzeni. Rozmawiam głównie z młodymi mamami, to jest moja grupa docelowa, i widzę, że jest potrzeba rozmowy i spotkania, potrzeba wspólnej przestrzeni do tego.

Natalia Fiedorczuk, fot. Ola Rusinek

11


Ludzie

Natalia Fiedorczuk, fot. Ola Rusinek

To jest podstawa wszystkich działań. Takie miejsca funkcjonują na Bemowie – to jest np. Klub Mam na Osiedlu Przyjaźń. Takim miejscem będzie również  MAL [Miejsce Aktywności Lokalnej – przyp. red.], które, mam nadzieję, niedługo powstanie na Bemowie. To, że ludzie dostrzegają  potrzebę  wspólnej przestrzeni i zaczynają z nami rozmawiać o tym, jak ona mogłaby wyglądać, są zainteresowani, żeby coś zorganizować, to jest już bardzo dużo. Realizowany przez nas model instytucji kładzie duży nacisk na dostrzeganie i badanie tych potrzeb. Czyli jednak to nie jest taki powszechny trend, skoro przyjeżdżają tu ludzie z innych dzielnic i skoro Bemowskie Centrum Kultury w badaniu jakości życia warszawiaków w 2015 r. dostaje najwyższe noty w Warszawie i cieszy się  najwyższym poziomem zadowolenia mieszkańców. A przypomnijmy, że w 2013 roku bemowski dom kultury jest na szarym końcu i to zadowolenie statystycznie jest o połowę niższe. Widocznie to się  sprawdza i tak jak wcześniej powiedziałam o tym potencjale społecznego zaangażowania, który przez wiele lat tkwił głęboko uśpiony, ponieważ wizja i realizacja polityki kulturalnej w dzielnicy była taka, a nie inna. To, co robił ART.BEM pod kątem programowania polityki kulturalnej, pokrywało się z zadaniami dzielnicowego wydziału kultury. Były duże wydarzenia, na dużą skalę, ale ich program nie był

12

konsultowany z mieszkańcami. Teraz też organizujemy duże imprezy (np. koncert Taco Hemingwaya czy Krystyny Prońko), ale jest też dużo mniejszych wydarzeń, skupionych na małych, lokalnych kręgach odbiorców. Spotykacie się czasem z krytyką? Tak. Czasem krytykowane jest to, że nie jesteśmy w stanie dotrzeć z informacjami na temat wydarzeń, zwłaszcza takich mniejszych, lokalnych. Fakt, że komunikujemy się  głównie przez kanały cyfrowe, sporadycznie korzystamy z lokalnej prasy i kanałów outdoorowych [np. reklamy zewnętrznej – przyp. red.]. W przyszłym roku planujemy skupić się na tej komunikacji, która ma różne kanały w zależności od demografii. Jakieś słowa krytyki pewnie mogą wiązać się z tym, że nasze siedziby rozrzucone są po całym Bemowie. Mamy problemy lokalowe, nasz dotychczasowy budynek został przekazany Szkole Podstawowej nr 82, jesteśmy zatem porozrzucani po całej dzielnicy. Z jednej strony to dobrze, bo dzięki temu jesteśmy obecni w kilku miejscach jednocześnie, z drugiej zaś – nie mamy jednej przestrzeni, z którą jesteśmy identyfikowani. To może powodować lekki chaos. Pogadajmy teraz o Tobie. Muzeum Sztuki Nowoczesnej zaprosiło Cię  do współtworzenia wystawy „Wreszcie we własnym domu” w ramach festiwalu Warszawa w Budowie, a Ty zaprosiłaś

mieszkańców Bemowa. Studiowałaś intermedia na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Nie korciło Cię, żeby samej coś przygotować? Studiowałam, ale nie skończyłam tych intermediów. Skończyłam studia związane z treningiem kreatywności i animacją kultury, i to w tym czuję się bardziej kompetentna. Jestem osobą, która samodzielnie realizuje się na innych polach. Z Bemowem jestem związana, pracuję tu z ludźmi i uważam, że uwalnianie ich potencjału to jest moje zadanie na tym terenie. Dlatego od razu pomyślałam o czymś, co miałoby włączyć mieszkańców, zwłaszcza że to była wystawa o mieszkaniach. Nie jestem artystką wizualną. Pracuję jako animatorka, więc to jest moim zadaniem i to chciałam też w tym projekcie zrobić. I jakie są te bemowskie mieszkania? Takie jak wszędzie indziej – przytulne, udomowione. Najbardziej cieszy, że mieszkańcy są z nich dumni, stanowi to przedmiot ich identyfikacji. To też klucz do budowania lokalnej tożsamości. Jeśli jeden mieszkaniec zobaczy, że inny ma mieszkanie w jakiś sposób podobne – zbliżone klimatem, detalem, sposobem, w jaki na nie patrzy, widokiem z okna – to może to być jakieś zarzewie do budowania rozmowy o tym, że to, gdzie te mieszkania się znajdują – na Bemowie  – jest w jakiś sposób niezwykle ważne. Obserwujesz przemiany zachodzące w różnych częściach Polski. Widzisz jakieś zmiany na Bemowie, zmiany w myśleniu mieszkańców o swojej dzielnicy? Ja się  wychowałam na blokowisku. Moja rodzina już tam nie mieszka, przeprowadziliśmy się  jak miałam 15 lat, ale wychowałam się  w bardzo podobnym miejscu i tam się dzieją podobne procesy. Jeszcze pamiętam z czasów dzieciństwa i czasów nastoletnich nieużytki i drewniane domki, które się  pozamieniały w rozkopane place budowy. Powykwitały bloki deweloperskie, szeregówki, to, na czym można zarobić. Mimo zastrzeżeń estetycznych, które można mieć do mieszkania na blokowisku, to jednak zawsze zostaje poczucie, że tu jest dobrze, tu jest dom


Ludzie i ludzie traktują to miejsce jako dom i bronią go. Ja zaczęłam dostrzegać te komunikaty bardzo wyraźnie, że to jest miejsce, w którym warto budować tożsamość. Widzę, jakim powodzeniem się cieszą nasze wykłady historyczne, które opowiadają o historii Bemowa – bardzo młodej dzielnicy, która swoją  tożsamość  dopiero buduje. Widzę, jak silna jest potrzebna takiej tożsamości, przynależności lokalnej. Chcemy tego rodzaju siły uwalniać, bo one są  mocno powiązane z emocjami i też bardziej angażują w sprawy całej dzielnicy, sprawiają, że ludzie dochodzą do momentu „mogę  coś  zmienić, mogę coś dać od siebie”. I to jest też jakaś  podstawa budowania partnerskich relacji z instytucjami, z urzędami, z władzą. I potrzeba dialogu, który doprowadza do jakiejś zmiany. Staram się też z dużą czułością traktować te miejsca na Bemowie, które są dla mnie wyzwaniem. Również  estetycznym [śmiech]. No właśnie. Jakie było Twoje wrażenie, kiedy po raz pierwszy znalazłaś się na Bemowie? Ja tu uczestniczyłam w zajęciach w ART. BEM-ie, w Akademii Dźwięku. Na początku miałam duże problemy ze znalezieniem tego miejsca [śmiech]. Przed wizytą na Bemowie myślałam sobie: sypialnia Warszawy, jak Ursynów. Miałam też jakieś skojarzenie z samorządowymi aferami. Jak się uczyłam jeździć samochodem, robiłam na Bemowie prawo jazdy. Jeździłam po różnych dzielnicach, ale zawsze wychodziło tak, że lądowałam na Bemowie [śmiech]. A Bemowo nie z perspektywy samochodu? Studiowałam na Akademii Pedagogiki Specjalnej i miałam na Bemowie kolegów. Mieszkali w akademikach na Osiedlu Przyjaźń. Pamiętam, że przyjechałam rowerem z Woli i myślę sobie: „Jezus Maria, to jest Bemowo? Jak to jest możliwe? To jest TO Bemowo?”. Później wszystkim o tym opowiadałam i wszyscy mi mówili: „Przecież ja o tym wiem”. Więc to był taki kontrast i to mnie zaskoczyło. No i Osiedle Przyjaźń jakoś tkwiło w moim sercu. Potem już częściej przyjeżdżałam, jeszcze jak

w Karuzeli funkcjonował bar [śmiech]. Przyjeżdżałaś  do znajomych, czy też po prostu zwiedzać okolicę? Łaziłam trochę  po tym Osiedlu Przyjaźń. Niby się z kimś umawiałam, żeby robić jakieś projekty na zaliczenie, ale też  dużo spacerowałam i przyjeżdżałam tu z dużą przyjemnością.

ję to spojrzenie i trochę się czuję, jakbym tu mieszkała [śmiech]. Czujesz się dobrze na Bemowie? Czuję się  dobrze. Już przestałam się tu gubić. Zresztą bardzo szybko to nastąpiło. Wiem, gdzie co jest. Jak zaczynałam pracę, to mój mąż mówił: „Jak Ty możesz tu pracować, przecież  to jest blokowisko”. Zapominał o tym, że przecież ja się wychowałam na blokowisku. Odnajduję harmonię w tej urbanistyce peerelowskiej. Na Czumy, tam, gdzie mamy biuro, ja się po prostu czuję jak w domu [śmiech].

Bemowo pojawia się w Twojej książce dwa razy – raz, kiedy Twoja bohaterka jeździ samochodem, a drugi raz, kiedy odwiedza Ewę, kobietę, która na portalu z darmowymi ogłoszeniami w rozpaczy prosi o produkty spożywcze. Twoja Masz tu jakieś ulubione miejsca? bohaterka przyjeżdża do niej i zastaje Bardzo mi się  podobało na Boerneroniezbyt ciekawą  sytuację. Czy to jest wie. Byłam tam kilkanaście razy. Spaautentyczna historia? cerowałam i prowadziłam rekonesans w związku ze współpracą ze szkołami Jeżdżenie samochodem to autentyczna sytuacja, tak jak już  mówiłam. Fa- – odwiedziłam wszystkie szkoły gimnascynujący zbieg okoliczności, że na zjalne. Pociąga mnie to, że to jest dzieltych wycieczkach zawsze lądowałam nica ogromnych kontrastów. Można tu na Bemowie, jakoś mnie zawsze tu cią- odnaleźć różne oblicza, ludzie tego nie gnęło. A jeżeli chodzi o Ewę – przyda- podejrzewają, myślą: albo deweloperka, rzyło mi się coś podobnego, ale to nie albo peerelowskie bloki. jest historia z Bemowa. Czego brakuje w tej dzielnicy? Ale tu ją umieszczasz. Myślę, że tej przestrzeni wspólnej. Jestem słoikiem. Jak wiele osób w tym Otwartej, wspólnej przestrzeni. Jest mieście jestem ludnością napływową. park Górczewska, są Forty Bema, które W związku z tym ogarnianie Warsza- są trochę na uboczu. Brakuje przestrzewy jako osoba, która tu mieszka, jest ni wspólnej, gdzie można realizować dla mnie trudniejsze, ponieważ  z po- różne pomysły. szczególnymi miejscami w stolicy nie wiążą się dla mnie silne wspomnienia, Dlaczego w Twojej książce jak w przypadku osób, które się  tutaj jest tak mało Bemowa? wychowały. Dorastasz w pewnych Prace nad książką o Bemowie dopiero krajobrazach, w pewnych widokach, trwają. Nie mogę zdradzić żadnego sektóre Cię kształtują, które na Ciebie kretu, nie zdradziłam go nawet mojemu wpływają  i to zawsze wywołuje okre- wydawnictwu. Powiem tyle, że to nie śloną  sytuację  emocjonalną  i reakcję. będzie książka o Bemowie, ale książNatomiast osoby, które mieszkają kró- ka, w której dużo się  tu dzieje. Jeżeli cej, bardzo często korzystają z takich się tu dużo przebywa, to się po prostu uproszczeń i stereotypów. I ja też tak wchłania tę atmosferę. robiłam. Ursynów to blokowisko, Lasek Kabacki, Bemowo to osiedle woj- Czy to będzie kontynuacja „Jak pokoskowych i blokowisko, Mokotów i Sa- chać centra handlowe”? ska Kępa są  szpanerskie, a Wola jest Kontynuacja losów matki? [śmiech] Nie, dziwna, brudna i dresiarska. Dopiero to będzie coś innego. kiedy zaczęłam pracę, zaczęłam poznawać Bemowo z innych stron. Pracuję tu i zżywam się z tym miejscem, poznaję ludzi, którzy patrzą na Bemowo inaczej, patrzą na to miejsce swoimi oczami, pełnymi różnych emocji i skojarzeń Rozmawiała Ola Rusinek z tą dzielnicą. Więc ja trochę przejmu-

13


Felieton

Jedyne, co mogę zrobić, to… zamknąć okno? Drogi Sąsiedzie, wraz z początkiem nowego roku składamy sobie życzenia m.in. spełnienia marzeń i tego, by ten rok był lepszy od poprzedniego. Wiesz, o czym ja marzę? By móc wieczorem otworzyć okno i odetchnąć świeżym powietrzem. Tylko tyle i aż tyle. Niestety skutecznie mi to uniemożliwiasz, wrzucając do pieca co popadnie i to niemal 24 godziny na dobę. A przepraszam, w nocy robisz sobie przerwę, zapewne na sen… Jedyną formą obrony przed tymi praktykami jest zamknięcie okna, co w lecie (tak, tak, palisz również latem) jest właściwie niemożliwe z uwagi na panujące upały. Myślisz czasem o swoich bliskich, których trujesz każdego dnia? O swoich sąsiadach – często ludziach starszych i chorych, rodzinach z małymi dziećmi, kobietach w ciąży? Pewnie nie. Rozumiem, że może nie stać cię na opał lepszej jakości (chociaż nowy samo-

14

chód na podjeździe zdaje się temu przeczyć…), ale czy zrobiłeś cokolwiek, by choć trochę ograniczyć emisję szkodliwych substancji ze swojego komina? Oszczędności oszczędnościami, ale oszczędzanie na zdrowiu jest chyba najgłupszą rzeczą, jaką można robić, nie sądzisz? Polska to czarna plama. Właściwie to czerwona na mapie Europy. Obok Bułgarii jesteśmy krajem o najgorszej jakości powietrza w Unii Europejskiej. Spośród 50 najbardziej zanieczyszczonych europejskich miast aż 33 znajdują się w Polsce. Czy naprawdę musimy przodować w akurat takich rankingach? Każdego roku z powodu chorób wywołanych smogiem znika w Polsce małe miasto (umiera ok. 45 tys. osób). W Warszawie są to około 3 tysiące. Sąsiedzie, czy naprawdę chcesz, byśmy my także znaleźli się w tym gronie? Niestety – czym palimy, tym oddychamy. Ja, ty, inni nasi sąsiedzi, bliscy, znajomi. Kiedy wrzucasz do pieca gorszej jakości węgiel, ale także, o zgrozo, plastikowe butelki, odpady gumowe, folię, opakowania po żywności (nie powiesz, że nie...), to do powietrza dostaje się m.in. rakotwórczy benzopiren, który ty i twoje otoczenie macie „przyjemność” wdychać. Skutki długotrwałego przebywania w takich warunkach mogą być odczuwalne dla naszego organizmu dopiero po kilku, kilkunastu latach. Przerażające, prawda?

Drogi sąsiedzie, pełna dobrych intencji życzę ci, byś wreszcie „włączył myślenie”, a przede wszystkim, byś zamiast myśleć „ja”, zaczął myśleć „my”. Powietrze wokół twojego domu jest nie tylko twoje, lecz przede wszystkim nasze, wspólne. Zadbajmy o to, by było jak najlepsze i jak najzdrowsze. Na koniec światełko w tunelu. Urząd m.st. Warszawy zadeklarował w grudniu, że w roku 2017 dofinansuje mieszkańcom wymianę pieców. Program ruszył w styczniu, do końca marca można składać wnioski. Wykorzystaj tę okazję i spraw, by mieszkańcom naszego pięknego osiedla żyło i oddychało się kiedyś znacznie lepiej. Wierzę, że jest to możliwe. Pozdrawiam, mieszkanka Jelonek

Przydatne linki dla sąsiada i innych zainteresowanych:

Akcja „Oddychać po ludzku”: http://wyborcza.pl/akcje_specjalne/0,155201.html Polski Alarm Smogowy: http://www.polskialarmsmogowy.pl/ Strona urzędu miasta: http://www.um.warszawa.pl/aktualnosci/warszawa-dofinansowuje-nie-tylko-wymian-piec-w


choroba numeru + osiedlowy śpiewnik

JEMIOŁA (Viscum album) – Loranthaceae Prof. Czesław Zamorski radzi, jak leczyć nasze rośliny. Jemioła jest zimozielonym krzewem, półpasożytem drzew i krzewów. Z rośliną tą związanych jest wiele legend. Ze względu na swą „inność” już w czasach pogańskich była uważana za roślinę świętą i magiczną. Od dawna znane są jej właściwości lecznicze. Współczesne preparaty z tej rośliny wykorzystywane są do wzmacniania systemu odpornościowego w walce z groźnymi chorobami ludzi. Botanicznie należy do roślin dwuliściennych z rodziny gązewnikowatych – Loranthaceae (w nowszych opracowaniach systematycznych – do rodziny jemiołowatych – Viscaceae).

TYROLSKIE TANGO PRZYJAŹNI 1.

Słońce spoza chmur

Spogląda w dół

A Jelończyków nowy chór

Objął się w pół.

I głosy wytężają swe

Aż w chmurach się rozlega wtór

I rytm taneczny pewnych nóg

Przez całe słychać dnie.

Ref. Jelo-lo-lo-o-nki, Jelo-lo-lo-o-ki, Jelo-lo-lo-o-

Jemioła jest rośliną rozdzielnopłciową i dwupienną (kwiaty męskie i żeńskie na odrębnych osobnikach). Jej kuliste korony osiągają średnicę 1 m i utworzone są z widlasto rozgałęziających się pędów. Liście mają zielonożółte zabarwienie. Krzewy kwitną wiosną, niepozorne kwiaty są owadopylne. Owocem jest zwykle biała jagoda o jednym nasieniu otoczonym śluzowatą otoczką. Dla ludzi owoce są szkodliwe, a dla ptaków stanowią łatwo dostępne zimą pożywienie. Dla jemiołuszek są przysmakiem. Owoce dzięki śluzowatej otoczce łatwo przyklejają się do ptasich dziobów. Ptaki, oczyszczając swe dzioby, przyklejają owoce do kory nowych pędów w koronach drzew. Nasiona kiełkują, wytwarzając „ssawki inwazyjne”. Z nich wyrastają ssawki pierwotne przebijające korę i wrastają w tkanki żywiciela w postaci „pasm korowych”. W obrębie łyka powstają ssawki wtórne, wrastające do drewna gospodarza. Wiązki przewodzące jemioły łączą się z naczyniami rośliny żywicielskiej, korzystając w pełni z wody i soli mineralnych. Półpasożytnictwo jemioły przejawia się korzystaniem z wody i soli mineralnych rośliny-gospodarza. Potrzebne asymilaty jemioła wytwarza w całej swej koronie (liściach i zielonych pędach). Szkodliwość jemioły dla drzew polega na ograbianiu gospodarza z wody i soli mineralnych. Wynikiem tego jest słabszy rozwój drzewa. Ochrona drzew przed jemiołą polega na wycinaniu gałęzi i pędów w początkowych stadiach rozwoju jemioły. W środowisku zurbanizowanym jemiołę można też traktować jako roślinę zwiększającą dekoracyjność drzew w okresie bezlistnym – brzóz, klonów, topól, lip, wierzb i jarząbów. W niektórych krajach europejskich jemioła jest pod ochroną. fot. Czesław Zamorski

-nki, Jelo-on-ki !

2. Z bemowskich drzewnych chat Melodia idzie w świat Przyjaźni śpiewa chór Melodię z pól.

A gdy już sił im brak

To Nasta daje znak

Słowiki trelem swym

Wtórują im.

Ref. Jelo-lo-lo-o-nki ………. Oknem na świat.

3. A w klubie chłopcy z dziewczętami idą w tan. Po winie głowa ciężka jest jak pełny dzban. A nogi same tańczyć chcą melodię tą.

Śpiewa warszawska wieś

I wiatr unosi pieśń

Tę pieśń dworków i chat

W daleki świat . Ref. Jelo-lo-lo-o-ki……. Zna cały świat

4. Po deszczu pachnie kwiat Osiedla Przyjaźń świat I tak upaja mnie Na całe dnie

Z bemowskich drzewnych chat

Melodia idzie w świat

Przyjaźni śpiewa chór

Melodię z pól Ref. Jelo-lo-lo-o-nki, Jelo-lo-lo-o-nki, Jelo-lo -lo-o-nki, Jelo-on-ki!

Autorka tekstu: Emilia Zamorska

15


Przygody jeża

JAK JEŻ MIETEK ZNALAZŁ ZIMOWE LEGOWISKO

W pewnym wschodnim królestwie, za siedmioma wieżowcami, za siedmioma wiaduktami, pośród drewnianych domków, obok rozkopanej arterii komunikacyjnej Bemowa mieszkał jeż Mietek. Przybył na to osiedle ledwie kilka miesięcy wcześniej, zostawiając dwoje swych braci i rodziców w osiedlach za boiskiem. Powoli jęła się zbliżać pora roku wiejąca grozą, zimnem i grożąca brakiem pożywienia – czyli zima, czas jeżowych snów. Martwiło to Mietka niezmiernie – nie był bowiem pewien, gdzie byłby bezpieczny. Od czasu gdy przybył na osiedle, jego gniazdo kilka razy zdewastowały samochody podjeżdżające po trawnikach pod same okna drewnianych domków. Na szczęście był wtedy na wyprawach łowieckich, gdyby jednak przebywał wtedy w swoim gnieździe, skończyłoby się to nieszczęściem. Postanowił więc wybrać się po radę do miejscowej mędrczyni – Agoty, najbardziej doświadczonej i srogiej pośród osiedlowych kotów. Kotka znała problem samochodów – dewastatorów zieleni, wiedziała też, że Mietek nie znajdzie pomocy u żadnego ze stałych jeżowych mieszkańców – jako samotnicy nie przyjmowali gości do swoich legowisk. Agota zaprowadziła więc Mietka do czarodziejskich słupów, na których obejrzeć można było plany osiedla, a widzący w nocy dojrzeć mogli też ostrzeżenia i uwagi dopisane magicznym piórem. Każdy domek wydawał się piękniejszy od poprzedniego, w każdym czyhały jednak niebezpieczeństwa. Tu ogrodzenia wbite głęboko w ziemię, tak że nie sposób przedostać się do ogrodu. Tam groźne psy lub dzikie kocury o nieporównywalnie mniejszym od Agoty rozsądku. Jeszcze gdzie indziej regularne zalewanie i przemarzanie ogrodu. Jeden

16

z dworków miał jednak piwnicę, która byłaby dla jeża idealnym schronieniem na zimę – temperatura nie przekraczała w niej 5 stopni. Droga do niej była usłana przeszkodami: domofon, dwie pary białych wrót do dworku i zamknięta na haczyk klapa do piwnicy. Nikomu ze zwierzęcych mieszkańców osiedla nie udało się tam dotychczas dostać. Mietek podupadł na duchu i zaczął się powoli godzić z myślą, że tej zimy oka nie zmruży i będzie zdany na łaskę człowieków i ich dokarmianie. Nie uważał tego za najbardziej godne wyjście, ale czy miał wybór? Agota nie dała się jednak tak łatwo zbić z tropu i rzekła: „Mietku, gdy nie wiedziałeś, gdzie się podziać, przyszedłeś do mnie po radę. I doradziłam. Może pozostałe Twoje problemy możesz rozwiązać w podobny sposób? Rozejrzyj się wokół siebie, może jeszcze ktoś może służyć pomocą?”. Mietek pomyślał. Potrzebowałby kogoś wysokiego lub wysoko wznoszącego się do pomocy z domofonem, kogoś silnego do otworzenia lub przytrzymania wrót i prawie że kieszonkowca lub akrobaty do pomocy z haczykiem. Nie znał zbyt wielu domowych zwierząt, a już na pewno żadnego z tego konkretnie dworku. Postanowił jednak sobie pomocników wytuptać po sąsiedzku. Zaczął od wysoko wznoszących się. Przyczaił się przy karmniku, w którym bywały sikorki. Gdy przyleciały po swoją dzienną porcję słoninki, nieśmiało się do nich odezwał i przedstawił swój plan. – A co będziemy z tego miały? – pragmatycznie spytały sikorki. – Dług u mnie, a jeże zawsze spłacają swoje długi. Większość sikorek podeszła do sprawy sceptycznie, ale Parida – najmłodsza z nich – była jednak na tyle zainteresowana i żądna przygód, że zdecydowała się pomóc. Drugi w kolejności był siłacz. Mietek z Paridą wiedzieli, że tu potrzebny jest sojusznik silny, ale też duży. Najlepiej pies. Powinien mieszkać w tym dworku albo biegać wolno – o kontakt z tymi pierwszymi jednak trudno, a tych drugich już na osiedlu praktycznie nie ma. Parida zaświergoliła tu, podfrunęła tam i inne ptaszki jej wyćwierkały, kto byłby odpowiednim psim kandydatem. Byś rzadko

wychodził na spacery po dworkach, był bowiem mieszkańcem domków jednorodzinnych, jednak bardzo przyjaźnie usposobionym i powszechnie znanym wśród człowieków z wszystkich części osiedla, więc nikt by go nie próbował przepędzić. Bysia spotkali wieczorem na boisku – nie trzeba go było długo namawiać, wytuptali razem ledwie pół okrążenia. Po prostu lubił międzygatunkowe przyjaźnie. Naradzili się we trójkę i stwierdzili, że z haczykiem sobie poradzą – jak nie jeżym noskiem, to sikorkowym dziubkiem lub psią łapą. Nazajutrz wyruszyli – jeż Mietek, sikorka Parida i pies Byś. Parida krążyła wokół domku, podglądając wchodzących. Gdy była już pewna kodu do dworku, dała sygnał pozostałym. Wydziobała kod, Byś skoczył na klamkę i otworzył pierwszą parę drewnianych wrót. Za nim do dworku wtuptał jeż i wskoczyła sikora. Podążając za wskazówkami przekazanymi przez Agotę, znaleźli drugie wrota i Byś powtórzył naskok. Byli już o krok od celu! Przed nimi wyłoniła się ostatnia przeszkoda – klapa do piwnicy, zamknięta na haczyk. Mietek wysunął po malutku haczyk, Byś go złapał i pociągnął klapę w górę, by ją otworzyć. W dół wiodły dość strome schody. Parida wykonała lot kontrolny i przekonawszy się, że w piwnicy są koce, a Mietkowi nic nie grozi, usiadła przy wejściu. Trzej przyjaciele pożegnali się i umówili na obudzenie go w marcu lub kwietniu, w zależności od temperatury. Po czym Byś i Parida, najciszej jak umieli, wyszli, żeby nie wzbudzać żadnych człowiekowych podejrzeń. Wszystkim tym działaniom z bezpiecznej odległości, spod dworku, przysłuchiwała się mędrczyni Agota. Uśmiechnęła się z zadowoleniem i oddaliła w swoje kocie podróże, pozwalając Mietkowi słodko-zimowo śnić o świecie, w którym samochody nie rozjeżdżają jeżowych gniazd.

Magda Leszko


Kuchnia

WOJNA POSTANOWIEŃ NOWOROCZNYCH Z KARNAWAŁEM Przepisy z domku 79 Podobno nasze postanowienia noworoczne najczęściej dotyczą zdrowia i wyglądu. Chcemy zadbać o lepszą kondycję, bardziej zbalansowane odżywianie (czasem porzucić jakiś składnik, np cukier lub mięso), a także: stracić na wadze. Dotrzymaniu tych postanowień nie sprzyja jednak okres karnawałowy, dość obfity w spotkania towarzyskie. Dla wszystkich tych, których rozum pragnie postu, a ciało – karnawału zamieszczamy kilka przepisów, które sprawdzą się jako dietetyczna przekąska na najbliższym przyjęciu. Pasztet ze słonecznika (czyli pasztet bez mięsa i jajek) SKŁADNIKI: • 3 szklanki łuskanych pestek słonecznika (ok. 400g) • szklanka kaszy kukurydzianej • 6 niedużych cebul • ząbek czosnku • 5 szklanek wody • 1/2 szklanki mąki ziemniaczanej • 1/4 szklanki oleju słonecznikowego • 3/4 szklanki suszonej żurawiny, rodzynek, śliwek suszonych lub moreli • przyprawy (sól, pieprz, imbir w proszku, kardamon mielony) • bułka tarta i olej do wysmarowania blaszki • kiełki słonecznika do ozdoby PRZYGOTOWANIE: Jak to przy pasztecie – składniki ostatecznie doprowadzimy do stanu w miarę jednorodnej masy, ale najpierw warto je przygotować. Zaczynamy od zeszklenia cebuli – wystarczy jeśli pokroimy w piórka i podsmażymy na oleju na złoty kolor. Na sam koniec dorzucamy na patelnię wyciśnięty ząbek czosnku i dosłownie chwilę smażymy. Tak przysmażone warzywa przesypujemy do robota kuchennego lub blendera. Dodajemy pestki słonecznika i wodę. Miksujemy aż masa stanie się gładka. Przygotowaną masę łączymy z ugotowaną na gęsto (i przestudzoną) kaszą kukurydzianą, mąką ziemniaczaną i przyprawami. Odstawiamy do ostygnięcia. Jeżeli masa będzie zbyt płynna możemy dodać więcej mąki ziemniaczanej, jeśli będzie zbyt gęsta: wody lub oleju. Nie musimy się tego jednak strasznie bać – jeżeli pasztet dobrze się nie wypiecze będzie go można jeszcze raz przemielić w blenderze i użyć jako pasty do kanapek (w końcu nie ma w nim nic surowego i niebezpiecznego dla zdrowia). Na koniec do masy dosypujemy suszone owoce: żurawinę, rodzynki (wcześniej namoczone), morele lub śliwki suszone. Doprawiamy solą, pieprzem, imbirem i kardamonem do smaku. Masę przekładamy do wysmarowanej olejem i obsypanej bułką tartą keksówki (lub innej niedużej foremki) i pieczemy ok. 1,5 godz. w temperaturze 180 stopni. Po wyłączeniu piekarnika zostawiamy na jakiś czas w cieple. Po wyjęciu foremki z piekarnika – pozostawiamy w niej do wystygnięcia. Podajemy w plastrach ozdobione kiełkami słonecznika. Warto dołożyć również sos – np. jogurtowy.

Bajaderki wegańskie (czyli słodycze bez dodatku cukru, mąki i jajek) SKŁADNIKI: • 1/2 – 2/3 szklanki suszonych daktyli, • 1 szklanka nerkowców (mogą być też inne orzechy) • 3 łyżki masła migdałowego lub orzechowego (najlepiej bez dodatku cukru i soli) • 1 łyżka miodu lub syropu z agawy • 1 łyżka kakao • opcjonalnie: 2 łyżki nasion szałwii hiszpańskiej • wiórki kokosowe PRZYGOTOWANIE: Polega głównie na miksowaniu. Jedyna ważna wskazówka, to że daktyle należy wcześniej namoczyć: 10-15 minut we wrzątku albo 30-45 minut w zimnej. Gdy zmiękną, wrzucamy do blendera z orzechami, masłem,miodem i miksujemy. Na koniec dodajemy kakao i szałwię hiszpańską (i również miksujemy). Jeśli masa wychodzi zbyt sucha, można dodać więcej daktyli, masła migdałowego lub miodu. Z otrzymanej masy lepimy kulki o średnicy od 1 do 5 cm i obtaczamy w wiórkach kokosowych. Każdą wkładamy do papierowych foremki jak na babeczki (żeby kulki się nie lepiły). Schładzamy w lodówce przed podaniem.

17


Bemowskie Centrum Kultury

18


Od ostatniego numeru wydarzyło się...

Zlot oddolnych inicjatyw czytelniczych w Karuzeli (fot. Kinga Porucznik)

Osiedle Przyjaźń na Kongresie Kultury i Ogólnopolskiej Giełdzie Projektów

OD OSTATNIEGO NUMERU WYDARZYŁO SIĘ...

Publikacja – spacerownik po osiedlu Przyjaźń Potańcówka Grupy Śpiewu Tradycyjnego Osiedla Przyjaźń

Przedświąteczna wymiana w ramach Archiwum Społecznego Osiedla Przyjaźń

Kolędowanie na Osiedlu Przyjaźń (fot. Bożena Głodkowska)

19


ALFABET OSIEDLA PRZYJAŹŃ

Ł

Łasica – podobno ktoś kiedyś widział między domkami wielorodzinnymi!

M „Miłość na osiedlu” – tytuł filmu krótkometrażowego dokumentalnego, powstałego w ramach Archiwum Społecznego Osiedla Przyjaźń. Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego – po rozpatrzeniu uwag mieszkańców – czekamy na ponowne jego wyłożenie!

N Naukowa Przyjaźń – cykl otwartych wykładów i warsztatów naukowych prowadzonych przez naukowców mieszkających na osiedlu.

O „Osiedlowi Włóczykije” – projekt Klubu Mam na Bemowie, czyli Stowarzyszenia Rodzice Razem, realizowany oczywiście na Osiedlu Przyjaźń.

P Pałac Kultury i Nauki – razem pałacem obchodzimy w lipcu urodziny. Przypadek? Nie sądzimy! Przedszkola – na osiedlu w części jednorodzinnej oraz wielorodzinnej. Oba już nie istnieją... Bo zostały wyburzone.

R Radzieccy budowniczowie – bo tak naprawdę od nich wszystko tu się zaczęło :). Republika studencka – szczególnie w latach 60. – 70.!

JELONEK pismo mieszkańców osiedla Przyjaźń nr 1 (5) 2017  
JELONEK pismo mieszkańców osiedla Przyjaźń nr 1 (5) 2017  
Advertisement