Page 1


Papier w dole nr 4-5/2017 /

Spis treści:

Piotr Kletowski / Wstęp.................................................... 1

Punk/Outsider Art Nie i Pogo Robert Rybicki / Breakdance i pogo…….......................... 2 Konrad Góra / Nie [fragmenty]……................................. 4

P.P.P. Pier Paolo Pasolini / Koleń……......................................... 7 Pier Paolo Pasolini / Rzymski slang…….......................... 8 Pier Paolo Pasolini / Kobiety Rzymu……....................... 10 Pier Paolo Pasolini / Chłopcy z marginesu…................. 12 Jhonn Balance / Ostia……................................................ 14 Jhonn Balance / Stygmat……........................................... 15 Maciej Bobula / Salò…….................................................. 16

Swen Czachorowski Stanisław Swen Czachorowski / O twórczości……....... 20 Stanisław Swen Czachorowski / Wiersze wybrane....… 22

Anarchia

Chris Wilson……...................................................................... 49 Lydia Lunch……........................................................................ 50 George F. ……............................................................................ 52 Anna Kavan……........................................................................ 53 Unica Zurn……......................................................................... 54 Kathy Acker……........................................................................ 55 Jarosław Pietrzak……............................................................... 56 David Mark Williams……....................................................... 59 Erin Murphy……...................................................................... 60 George F. ……............................................................................ 61 Jim Daniels……......................................................................... 61 Niall McDevitt……................................................................... 62 Lawrence Ferlinghetti……....................................................... 63 Exene Cervenka+Lydia Lunch……........................................ 63 Denis Johnson........……........................................................... 64

Heimat Rafał Różewicz……Pies heimatański / Dolny Śląsk….….... 66 Krzysztof Kapinos / Same katastrofy / Warmia……............. 68 Erwin Kruk / Mazury……........................................................ 69 Małgorzata Wątor / Kaszuby……............................................ 70 Piotr Szatkowski / Mazury……................................................ 71 Pier Paolo Pasolini / Friuli……................................................ 71

MS 10 / Nowa Skłodowska……....................................... 27

Poezja Rafał Kwiatkowski……...................................................... 32 Michalina Janyszek……..................................................... 32 Monika Marianna Błaszczak……..................................... 34 Szymon Domagała-Jakuć…….......................................... 35 Gabriela Iwińska……......................................................... 36 Natalia Dziuba……............................................................ 37 Rafał Różewicz……............................................................ 38 Anna Adamowicz……........................................................40 Marcin Czerwiński............................................................. 41 Dawid Mateusz……........................................................... 41 Jacek Żebrowski……......................................................... 42 Grzegorz Giedrys……....................................................... 43

Kraj bocznych dróg Magdalena Okraska / Kraj bocznych dróg……................... 73 Tomasz Kulik / Minuty, godziny, lata……............................ 75 Tom / W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego….…............... 79

Wywiad Marii Goniewicz życie w kratkę................83 Od redakcji / Kronika.......................84


TEST-AMEN-TY PIER-PAOLO PASOLINIEGO Pier Paolo Pasoliniego ukatrupili na plaży w Ostii 2 listopada 1975 r. Jego zmasakrowane ciało, zredukowane do krwawego strzępu stało się relikwią religii wierzącej w moc słowa i obrazu, mogącego zagrozić współczesnemu Babilonowi – brutalnie sprawującemu władzę nad myślą i uczuciem. Dzieło Pasoliniego liczące dwie i pół powieści, tomiki opowiadań, poezji i dramatów a przede wszystkim dwadzieścia dwa, krótko, średnio i pełnometrażowe filmy („w dowodzie wpisałem <pisarz> ale gdybym nie mógł robić filmów to musiałbym umrzeć”- powie w wywiadzie) będzie głębokim wyznaniem wiary artysty absolutnie i bezgranicznie nie pogodzonego ze światem, z innymi, a przede wszystkim z samym sobą. Całe życie w stanie najwyższej gotowości, „na baczność”, by szarpać, gryźć, by uderzać młotem poezji w ryj Wielkiego Wieprza współczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego, które rozdeptało świetliki, żre gówno, rechocze wpatrzone beznamiętnie w lśniące ekrany monitorów. Biegać, biegać, bez odpoczynku, bez oddechu, by dorwać resztki piękna gdzieś ukrytego pod warstwą ciała i krwi. Ale uciec także przed samym sobą – małym burżujem ukrytym głęboko pod maską wiecznego buntownika, który zawsze i wszędzie chce manifestować swoją odrębność, który wszystko chce PO SWOJEMU: ciało postrzegać jak duszę, prozę jak poezję, film jako poezję, życie jak śmierć, śmierć jak życie. A jednak gdzieś w głębi dźwięczy blachą mały filister, mały Edypek, który nie może do końca zabić swego ojca, bo ten „ojciec” – tkwi w nim samym: autorytarnym twórcy, „pukającym” gówniarzy „te ciała dusz pozbawione”, by zwielokrotnić uczucie spełniania i ekstazy. A więc sadyści z Salo to on sam, ten sam – recytujący poezję Baudelaire’a, pieprzący się z faszystowskim „jebaczem”, przypalający sutki kobiecie („My faszyści jesteśmy ostatnimi anarchistami”). Ale nagle przychodzi wielki żal. „Z litości” – odpowiada pasterz na pytanie dlaczego uratował skazanego na śmierć małego „Opuchłonogiego” Edypa. Litość Chrystusa nad trędowatym, rozpacz Mammy Romy nad zabitym synem, płacz nad biednym homoseksualistą rzuconym na rozgrzany ruszt zgodnie z Kanterberyjskimi Opowieściami, żal nad synem zjedzonym przez świnie swego ojca ryjące ziemię w pańskim Chlewie, żal nad zdradzoną Medeą, żal nad jej dziećmi umierającymi z matczynej ręki. Żal nad małą chrześcijanką podrzynającą sobie gardło przed obrazem Madonny, by nie dać się zbrukać faszystowskim sadystom... W tym też jest Pasolini – grzeszny męczennik, Dionizos Ukrzyżowany, rozpustny Mesjasz. Te sprzeczności połączyć może jedynie sztuka, literatura, albo kino – w ujęciu Pasoliniego tak literackie i tak nie-literackie. Nienawiść, miłość, cielesność, dusza, porządek twórczości, anarchia myśli. Pogubić się, by odnaleźć sens. Umrzeć, by ożyć. Wszystko po to, żeby dać świadectwo słowom centaura: „wszystko jest święte, wszystko jest święte, a kiedy stanie się normalne, wtedy przestanie być święte”. Poezja w formie literackiej bądź filmowej staje się uświęceniem tego, co (pozornie) nie-święte, co nieskrępowane w człowieku i w świecie. Nie można być jednak wolnym ptakiem, w świecie nielotów. Im wyżej się wzleci, tym niżej upadnie, ale z perspektywy śmietnika widać dopiero piękno nieba. Trzeba się roztrzaskać o kamień, by na pokrytym posoką krawężniku dostrzec odbicie księżyca. Nie ma poezji bez ofiary, poezja jest wyrokiem śmierci dla tego, co w człowieku małe, konformistyczne, zniewolone. Ale też jest wyrokiem śmierci dla poety, który umiera i rodzi się z każdym wierszem. By znów umrzeć na kartce zapisanego papieru, w naświetlonej filmowej klatce, w świetle które gaśnie, by zapalić się niespodziewanie w sercu innego poety. „Moja poezja umrze wraz ze mną” – miał kiedyś powiedzieć ten, którego (obok Dantego), Włosi zwą „Poetą” (bo dopisał do segmentów „zaświatowych” segment „ziemski”, jakiego próżno by szukać w „Boskiej komedii”). Pasoliniego „Ludzka komedia” wcale nie umarła, pulsuje rytmem życia, którego twórca Włóczykija był piewcą – nawet wbrew sobie (kończąc epitafium dla życia i śmierci, swoje ostatnie dzieło rozmową o Stokrotce). Pulsuje nie tylko w utworach wciąż czytanych, wciąż tłumaczonych, wciąż dyskutowanych. Pulsuje w słowach ludzi dla których świat jest święty, także, a może właśnie dlatego, że taki nie jest. Numer pisma, które trzymacie w rękach jest tego świadectwem.

Piotr Kletowski

1


Pogo i brea kdance

Ach, romatyzmu a​ ch, ta wolna myśl, gdy ekranem ściana jest, gdy polisa ubezpieczeniowa Allah Plus, jak to wytłumaczyć arabskim przyjaciołom, Alemu, Muhamaddowi, w Londynie, w Wiedniu, (wzlatuj nad gnój!) Ach, pozytywizmu a​ ch, bezmyślne flow, strumienia świadomości relikt, kozetka papieru, a za tym pociąg myśli nie szedł, jeno poświadczenie: analfabetyzmu brak... Współczesny niewolniku-czytelniku, pod płaszczykiem demokracji rżną Cię w dupala po cwelowsku korporacje, państwo jest fasadą, a Ty jesteś Nikim,

Robert Rybicki

obserwuje Cię mucha chodząca po myszy.

Allah Baka, mylę fakty, się rozpadam w kwiatów toń, gdy przyjebany luty szczerzy łańcuchy, brokuły, skala barw przez okno to szarobiały i zmulona czerń gałęzi, poręczy, głębin mieszkań zza wzorków firan, i może jeszcze, gdy wykol oko, zbrązowiały liść, powyginany jak chips; życie szare jak mysz ciągle daje w pysk, i drwi! Zostaje na pocieszenie myśl wolna, gdy tysiące na ulice do marszów wyciąga zew masy dawno leżących w ziemi ludzi, w imię ich, mięci kupa, z drugiej strony status quo, kto? Mr Dość! Ach, romantyzmu a​ ch, wolna myśl, kuta w samotności, jak staffowskie serce, (​heart of glass, h ​ eart of stone​; zwycięstwo muzyki nad polityką faktem jest!); mysie serce, polityka przegrała!

*** szeroka fraza świadczy o dostojności o długim oddechu dlatego ginsberg wygrywa a nie różewicz stare biblijne wersetry wedrsety wresety kurwa jak to się pisze zaraz przypierdolę tej klawiaturze i tyle kurwa mam do powiedzenia szanowene poetki poeci jurorzy jurorki redaktorzy redaktorki laleczka b​ argie ​ wspomniała coś o parytecie na festiwalu s​ ilesius ​ i trzech mężczyzn przebrało się za kobiety a tak naprawdę laleczka b​ argie ​ odcina kupony od feminizmu i zaliczy nowy wywiad dla wysokonakładowego tygodnika albo strony o dużej liczbie wyświetleń trzech poetów mężczyzn wyszło na durniów czyli ogolone cipy oni odcinają kupony od kawiorowej lewicy a jako synek z osiedla robotniczego na ślunsku wiem co to jest robotnicy praca zakład pracy wypłata bary przyzakładowe i lumpenproletariat chodźcie tu do mnie kurwy porozmawiajmy o parytecie wśród bezdomnych

2


*** czy jestem ponętny jako zaangażowany społecznie czy moje ubrania przyciągną płeć przeciwną ach, ręka już jak opiłek do magnesu do tego śmietnika czego wy chcecie ode mnie niedopałki i ogryzki przecież jestem zaangażowany społecznie ta moda jest bardzo podniecająca, ach czemu mnie boli, ała, przecież jestem zaangażowany społecznie no ale jak można kręcić na tej modzie lody skoro nie ma domu gdzie jest mój dom może zostanę narodowcem to też w końcu jakaś moda boże stworzyłeś mnie polakiem a ja kocham bezpaństwową anarchię chrystus sokrates i budda też się wymigali od ususu i se łazili jak chcieli to se skręcali w prawo albo w lewo i nikt im nie pierdolił co mają robić fajnie jest być zaangażowanym społecznie można się opalać nad rzeką w godzinach pracy sterowanej większości i myśleć sobie, że człowiek współczesny jest trzymany za lejce jak koń w lando i dla tego człowiekokonia jest tylko jedna komenda: wiśta, wio!

*** pokażę Wam teraz werwę punk z osiedla robotniczego na ślunsku jak wjechałem na west ham kibice mi nieśli bety Murzyni nazywali mnie: hello White Lion w wiedniu powiedziałem raz: jestem drugą odsieczą wiedeńską Rafał powiedział: ty pokochałeś pragę, praga pokochała ciebie i idę sobie piękny czterdziestoletni i robię to, co chcę; poznajcie klasę wokala Asian Dub Foundation jem ze śmietników takie rzeczy za które Wy płacicie i płaczecie, że wolność jest niemożliwa, że prędzej czy później zabiorą Wam dom, stracicie pracę, a Wasze żołądki będą jak głodny kleszcz, co się chwieje na źdźble i czeka na tłusty półdupek.

Pierwotnie opublikowane w „artpapierze”: artpapier.com/index. php?page=artykul&wydanie=314&artykul=587

3


1 zredukowanych do kraty

1 slajdów, parna mogiła

1 szachownic. Orzech. Skrzydło drzwi: śpiew 1 pogłowia z kanałów burzowych. Przesią-

1 kadr o kadr, scałowanie 1 sączące zgorzel

1 knięte rosą nowe pióro sowy. Wy-

1 miąższowi głogowych

1 olbrzymiony obraz w jej spojrzeniu z gałęzi

1 dziąseł, powrót

1 już redukującego się modrzewia.

1 drogą z niegojącego się kamienia.

1 Topienie obleczeń przez zbudzenie:

1 Nieumiejętna oczywistość

1 odurzające i tkankowe

1 klinczu. Spełnienie oczekiwań, krosno

1 znaczający je wygłos pandemii, szutrowa

1 zachłyśnięcie deszczem z 1 północnego zachodu tak nęci

1 batożone batem ze swojego kroju. 1 Łupina, obwód.

1jeszcze wiarą; gorsze, dobre

1 bieżnia z pestek papai. Krawędź

1 podistnienie, uwalnia jaźnie z transz. Rozpo-

1 Woda stojąca w niecce. Trzy

1 nadzieje, tytuł nadany przez

1 po latach. Przeprosiny z ulgą. Nić; losowanie

1 znawalny akcent retuszu, sztandar wysypiska.

1 inne zapomnienia. Rwąca ręce

1 aklamację. Kaszel. Jedwab, zżęcie

1 wyznań w gorączkowym osłupieniu. Pancerz ze

1 Rutyna odzysku: pojemnik pełen

1 dratwa malowana w pasy, łagodna

Konrad Góra

Nie [ fragmen t] Konrad Góra. N ​ ie, Biuro Literackie, 2016 1 Zmęczenie. Prawda. Korpus. Reprezentacja, 1 dojście do głosu gołębia i sarny w despotycznej, 1 komediowej kukurydzy. Wydroże wybrzmiałej 1 pasji, podle której lęk się mieni

4

1 supłów za stworzenia. 1 Motyl, śliwa, ryba, odegnanie trudu. 1 Wesele przez opatrzność: na-


1 agonia. Pełen godności czujnik.

1 zachłyśnięcie, nurtujący śmiech

1 brudu, z którego rodzi się

1 cowanie upadłej wsi: Leśna, Główna,

1 Jego znamionowość to nic. Słychać taniec, 1 nie muzykę? Tu i o wszystkie rzeczy,

1 przez gruzły kręgosłupa – 1 uchylenie okien od wzroku.

1 szeregowy ogrom, wolność zniszczenia 1 dzień w dzień: tego się nie robi, to zrobiło się

1 Nieobecnego Przy Narodzinach Żadnego 1 Z Trojga. Żadnej Z Trzech. Blachy I Świątyni.

1 mięso z linczu za linczem,

1 Plądrowanie kuchni, płonny traf, jupiter

1 samo, geniusz jest idiotą, frajer skurwysynem, sczezła

1 Gwałtu, Dnia. Umorzonego Dochodzenia. Plac

1 z nerwów ograniczonego

1 celujący we wrakowisko.

1 łuszczyna zżutego nasienia lulka i szczwołu, umarłe na

1 Pomoru. Rondo O Wybłagany

1 języka. Skaleczenie na mapie. Ktoś

1 Oba śpiewy w przypomnieniu nie –

1 ustach lokaty ludzkie Pekinu i Brukseli:

1 Niepowrót. Jesteśmy po gałąź,

1 mówiący prawdę, jakby tę wodę

1 nie, tak – tak zawartej w sobie biblioteki o

1 wszystkie papiery ułożone w romb i korpus,

1 gdyby nas szukano. Bracie, ona jest gorąca

1 pił. Jakby urósł od niepatrzenia

1 katalogu z przemilczeń spaczonego odczytania:

1 uchylone. Fakturowa kasza niwy. Co dłoń istota

1 z chwilą obłamania, siostro, wieszamy na

1 teraz. Ewa. Rylec wliczany w pa-

1 piktogram, emulsja,

1 prostej pamięci:

1 niej mokre tobą obłożenie, które nam

1 lce, zazębione o wsteczność

1 wytarcie pod znakiem,

1 końcowi obcy. Gorączka ich

1 obmierzło i pójdzie w ogień, kiedy nasza nagość

1 odejście z zapomnieniem skąd – i

1 smar wyzuty z tłuszczu, pa-

1 powrotu do nas, samych jeszcze

1 zrówna się z waszą, nie wybaczajcie nam nigdy.

1 kto. Użyte do budowy racje. Rozpoznawalny,

1 lce schlebiające przełykowi znikąd

1 śniegiem, ścieżką zębów na fiszbinie

1 Napisany brzeg kolejnej kartki, przepita

1 promieniujący, sam: pełne miąższu

1 donikąd, słońce oporujące soczewce

1 dziąseł. Odpisanie. Szum (pobór). Pakiet. Uli-

1 przeprawa, skłonność celu: pień, tasak.

5


P.P.P.


Pier Paolo Pasolini /

Koleń1

R

omek wpadł na rynek miasta. Pedałował bardzo szybko gapiąc się przed siebie, nie oglądając się ani na lewo, ani na prawo. Stwierdził, że będzie udawał, iż nie słyszy, jeśli gliniarz zawoła go aby okazał kartę z pozwoleniem wstępu na targ. Człowiek, który ma czyste sumienie – a na pewno takim jest przecież dostawca produktów z ważną kartą wstępu w kieszeni – nie mógłby sobie wyobrazić, że jakiś stójkowy chciałby zatrzymać akurat jego, a nie jakąś inną osobę w pobliżGliniarz nawet nie spojrzał, a Romek pedałował przez parzący się w słońcu rynek. Zmierzał wprost na stoisko z rybami. Panował tam spory ruch. Sprzedawcy wyczekiwali na klientów pośród całego tego chaosu i skrzynek wypełnionych rybami. Romek zataczał powoli kółka. Był w dobrej formie; czuł w głębi duszy, że tego poranka wszystko dobrze się ułoży. Podjechał ukradkiem pod stoisko. Pośród skrzynek, w ostatnim rzędzie znajdowała się jedna, w której leżały dwa, sporej wielkości dorsze. Wziął jednego do ręki, podniósł i zajrzał w skrzela, żeby sprawdzić czy jest świeży i przystawił sobie do nosa zaciągając się jego rzeźwym zapachem; innymi słowy, wykonał wszystkie potrzebne przy tym machinacje. Obmacał i obwąchał obydwa dorsze i położył je z powrotem do skrzynki. Następnie odsunął skrzynki o jakieś dwadzieścia centymetrów i stanął przed nimi, wciąż dłubiąc przy nich ostrożnie. Nagle kopnął z całej siły skrzynkę butem, a ta upadła na sam środek chodnika. Odgarnął czubek blond włosów, który opadł mu na nos, podszedł w kierunku wagi, jakby był sprzedawcą ryb przygotowującym się do zawarcie transakcji i rozejrzał się czy ktoś zauważył jego kopnięcie. „Jak na razie jest klawo‟ – pomyślał. Podszedł do skrzynki z dorszami i wrzucił do środka rachunek. Następnie podniósł ją i odszedł taszcząc pod pachą. Kiedy był już poza częścią dla fiszhendlerów załadował ją na taczkę będącą własnością jego znajomego sprzedawcy. Zapłacił mu za nią pięćdziesiąt lirów z góry. Podjechał znowu z powrotem na rynek. Okrążył plac jeszcze ze dwa razy, sprawdzając towar i inne stanowiska. Tłum i hałas zaczął gęstnieć. Słońce prażyło. Nagle Maniek zauważył kolenia. Ale ogromna ryba! Musiała ważyć z piętnaście albo dwadzieścia kilo. Gapił się na nią i gapił, ale zauważył w pewnym momencie, że ryba jest nieświeża. Podszedł ufnie do skrzynki, przejrzał też wszystkie inne ryby w pozostałych skrzyniach. Następnie wziął kolenia i odszedł z rybą pod pachą. Ktoś inny właśnie używał taczki, rzucił więc nieświeżego kolenia w róg rynku na tyłach. Gliniarz właśnie robił obchód fiszmarktu, tak więc Maniuś oddalił się na bezpieczną odległość pogwizdując pod nosem. Sprowadził swój rower, zawinął dorsza w papier i przytwierdził go drutem do siedzonka roweru tak, aby nie wyglądało to podejrzanie. Wrócił z powrotem na fiszmarkt. Gliniarz wciąż tam był, więc Maniek podniósł nieświeżego kolenia, wsunął pod pachę i minął policjanta znowu gwiżdżąc pod nosem. Gwizdał sobie nonszalancko, ale serce mu waliło jak bęben, a jedyne o czym myślał to jak tu się wydostać z targu bez okazywania pozwolenia na przebywanie w tym miejscu. Byłoby to trudne, szczególnie teraz kiedy ma towar. Akurat ktoś nadjechał z taczką. Maniek wrzucił do niej kolenia, wziął taczkę, rower i ruszył. Dziesięć minut później koleń, dorsz i on sam znaleźli się już poza targiem. Wyjął kolenia z taczki, przywiązał do dorsza na rowerze i odjechał. Pedałował szybko, czuł się szczęśliwy. Był późny poranek, powietrze było gorące, a dzielnica targowa napchana była ludźmi. Po kwadransie był z powrotem na rynku. Fiszhendlerzy zaczynali się powoli pakować, więc musiał się śpieszyć. Romek wpadł na jednego ze swoich kumpli, który właśnie zamykał sklep, i zapytał o pożyczenie stolika. Kupił dwa naręcza liści, położył na stoliku i... już był sprzedawcą! Dwa dorsze poszły w oka mgnieniu. Były to dwie dorodne ryby, po dwa i pół kilo każda, więc Romek szybko dostał za nie tysiąc dwieście lirów. Pozostał tylko koleń do opchnięcia. Romek żywił spore nadzieje w związku z koleniem. Obrał rybę z łusek będąc pewnym, że ryba jest czerwona w środku. Nie była. Właściwie to była czarna w środku. Czarna jak smoła i śmierdziała amoniakiem. Romek przeczesał dłonią włosy. Kusiło go żeby ją wywalić: nie chciał mieć kogoś na sumieniu. Ktoś kto zjadłby tę rybę ryzykowałby życiem. Potrzebował jednak pieniędzy. Zniżył cenę; poza tym koleń jest dosyć mało znaną rybą, ludzie i tak pewnie nie wiedzą jak powinien wyglądać. Jednak nawet po niższej cenie nikt nie chciał jej kupić. Każdy kto się zainteresował wyczuwał smród i odchodził. Romek sam czuł się czarny jak ta ryba. Nagle wpadł na pomysł! Podskoczył na stoisko z jagnięciną, kupił dwie porcje świeżej krwi i zawinął w chusteczkę. Następnie wycisnął krew przez chustkę i rozsmarował ją po rybie, zabarwiając na czerwono. Robił to powoli, rozcierając po łuskach i wzdłuż brzucha. Kiedy skończył koleń lśnił krwistą czerwienią niczym róża. Romek przeciął rybę na pół i rozłożył ją jak gdyby na łożu z pięknych zielonych liści. Ale co ze smrodem? Każdy kto podchodził aby obejrzeć piękną czerwoną rybę wyczuwał od razu fetor amoniaku i odchodził. “Kupujcie pięknego kolenia! Koleń, koleń, na sprzedaż!” - wołał Maniek. Tak, piękna to była ryba, ale cóż – cuchnęła niemiłosiernie. Wpadł na kolejny pomysł. Skoczył na inne stoisko i kupił dwie stare cytryny, po czym powyciskał sok z owocu w ciało ryby, aż smród zniknął. Teraz Maniek mógł krzyczeć ile sił w płucach. “Kupujcie pięknego kolenia” – wołał – “Koleń tylko za 400 lirów! Patrzajta na to cudo! Ja tu wam sprzedaję czyściuteńkie złoto, łot co! Kupujta kolenia za 400 lirów!” Ludzie zaczęli się schodzić. Ktoś kupił jeden kawałek. Maniek sprzedał od razu 100 gramów. Wieści rozeszły się szybko po targu i ludzie zaczynali się tłoczyć wokół jego stoiska. Po pół godzinie nie było już kolenia. Romek dał 100 lirów chłopakowi, który pożyczył mu stoisko i szybko zmył się z targu, wracając na Zatybrze. Pierwotnie opublikowane w: La libertà d’Italia, Rzym, 20.09.1950.

7


Pier Paolo Pasolini /

Rzymski slang

S

lang jest językiem technicznym, środowiskowym, przez co istnieje na obrzeżach powszechnego użycia. Ukazało się mnóstwo książek na ten temat. Jednym z pierwszych badaczy slangów włoskich był L. Nicastro, który pochodził z Rzymu. Dialekt rzymski jest w wielu

wypadkach formą slangu. Jest to niepojęte dla przeciętnego Rzymianina, szczególnie dla młodego, aby wyrazić jakąś spójną myśl (które on by określił słowem pezzo², jak w zdaniu “posłuchaj tego pezzo”) bez “akcentów ekspresyjnych” i bez użycia “żywego” słownika.

T

o, co Rzymianin podziwia u innych to umiejętności oratorskie, inwencja językowa lub chociaż intensywne użycie ekspresji slangowej. “I co ty na to?” – powiedziałby chłopiec po odrzuceniu szczególnie udanej wypowiedzi (sparata lub sbrasata³). Na przykład filmowa

interpretacja Juliusza Cezara na podstawie Szekspira odniosła niebywały sukces w Rzymie, głównie dzięki interpretacji roli Antonia⁴. Widywałem młodych ludzi z tak różniących się od siebie dzielnic Rzymu jak Porta Cavaleggeri, Primavalle czy Testaccio, którzy recytowali całe fragmenty z pamięci. W końcu mowa Marlona Brando w filmie to język dritto, cwaniaka, a w nim dominują retoryczne triki, oszczędność i aluzje. Reprezentuje sztukę mówienia i niemówienia, puszczania oka do słuchacza, mającą na celu żartowanie z pewnych osób (w tym wypadku osób wyżej postawionych, a zatem “głupców”) czy wprawienie innych w osłupienie (np. większych tłumów ludzi).

S

lang tworzy się w ograniczonych grupach, głównie wśród rzemieślników lub złodziei, jednak rozchodzi się wśród ludzi dzięki świadomemu użyciu przez samych zainteresowanych, ale również poprzez serię odmian w zależności od płci lub wieku. Jeśli język kobiet

i mężczyzn się różni, to różni się także ten język między młodymi i starymi. Można by pomyśleć, że ci ostatni są konserwatywni, tak jak w innych miejscach na świecie, ale w przypadku Rzymu nie do końca jest to prawdą. Mężczyźni są ragazzi⁵ przez całe życie, z lekkim narcyzmem, aby utrzymywać żywotność języka – w końcu jest to rodzaj swoistego ekshibicjonizmu.

R

zymski slang jest zależny od tej podstawowej “narcystycznej fiksacji” oraz od konsekwentnego ekshibic-

Rzymski slang jest zależny od tej Wprowadzone ostatnio do slangu rzymskiego “południowe” podstawowej “narcystycznej fiksacsłowa podkreślają tylko pewien standardowy fakt. Mam nadzieję, że nie trzeba tu przytaczać argumentów rasistowskich. ji” oraz od konsekwentnego ekshibicInfantylizm, powodujący pragnienie sposobu mówienia, który jonizmu przeciętnego nadawcy. będzie atrakcyjny, czarujący, ironiczny, podstępny, bezczelny, jonizmu przeciętnego nadawcy. Czy potrzebne są na to dowody?

radosny i prawie niezrozumiały – z powodu siatki swych tajnych odniesień do półświatka – jest potwierdzony historycznie. Jest to językowa manifestacja danej subkultury z podklasy, która jest w częstym kontakcie z klasą dominującą: uniżona i lekceważona, dwulicowa i niewierząca, zepsuta i bezlitosna. Jest to psychologiczny stan klas niższych, które przez wieki pozostawały “nieodpowiedzialne”. Ich jedyną “zemstą” jest wiara w to, że oni, bez władzy, są nosicielami pojęcia życia jako czegoś bardzo “męskiego”, “twardego”, ponieważ jest ono pozbawione skrupułów, wulgarne, cwaniackie i prawdopodobnie bardziej sprośne oraz pozbawione moralnych osłon i delikatności. To bezwzględne pojmowanie życia jako żywiołu łączy się z heroicznym stylem bycia. “Życie” (vita) oznacza, w rzeczy samej, życie w “świecie przestępczym” (malavita), w półświatku. To filozofia życia, jego praktyka.

1.

Koleń – (​Squalus acanthias ​) – gatunek ryby chrzęstnoszkieletowej z rodziny koleniowatych

(Squalidae). Jeden z najpospolitszych i najdłużej żyjących rekinów. 2

Pezzo ​oznacza dosłownie “kawałek, część”, można by więc zaryzykować twierdzenie, że slangowe określenie ​pezzo ​na ładną, potoczystą,

spójną mowę w rzymskim slangu równałoby się być może polskiemupowiedzeniu, że “ktoś wstawia głodne kawałki”. 3 4

Sparata ​oznacza chełpienie się, chwalenie. Antonia w filmie Josepha L. Mankiewicza grał, będący wówczas wschodzącą gwiazdą kina, Marlon

Brando, już po wielkim sukcesie ekranizacji ​Tramwaju zwanego pożądaniem ​oraz ​Viva Zapata! 5

Ragazzi ​- chłopcy, chłopacy, chłopaki

6

W oryginale: ​Io fo’ la vita mia: dell’atri nun me ne frega niente ​.

7 8

8

W oryginale: ​È de vita ​. Być może od tematu ​mecca- ​jak w słowach ​meccanico ​, ​meccanismo ​, ​meccanica ​, czyli najbliżej polskiego slangowego określenia “maszyna”.


C

hłopak (ragazzo), którego obserwowałem w pizzerii, a który spluwał na ziemię siedząc przy stoliku, zareagował w następujący sposób gdy zwróciłem mu uwagę, że jest niewychowany: “Żyję swoim życiem” – wzruszył ramionami ten piękny efeb – “Gówno mnie obcho-

dzą inni”⁶. Innym razem kiedy szedłem ulicą dzielnicy Garbatella zobaczyłem pijaka, który wypluwał z siebie głoski, kierując je do kompana, który sikał na środku chodnika. Zwróciłem się od młodego człowieka, z którym wówczas szedłem, że po tylu latach mieszkania w Rzymie nie mogę się przyzwyczaić do tak obleśnych widoków. Ten odparł: “No co, takie życie”7.

N

ie wiem czy są jacyś specjaliści, którzy badają rzymski slang. Ja, który nie jestem specjalistą, zależę od mojego magnetofonu, dzięki któremu nagrywam słowa które usłyszę na ulicy; słowa, które wychodzą z ciemności i do niej wracają. Słyszałem młodego chuligana

z Genui, który użył słowa mecca⁸, mając na myśli kobietę i czytał o zaraffa⁹, w raporcie Danilo Dolciego10 o półświatku z Palermo. Nie wiem nic więcej o etymologii i źródłach pochodzenia tego słownika. Za to podam tutaj małą próbkę slangu grupy złodziejaszków, którzy przesiadują na jednym z wielu małych placyków na terenie Zatybrza, przekazane mi przez pewnego ragazzo (który nosi ksywkę Picchiola, Nicchiola, Negretto, Sciaboletta, Cappellone, Ciambellone, Lupetto, Zeletta, Sbaficchio, Luccicotto, Scintillone, Fumetto, Rabadicchio czy jakoś tak). Nie podam tu nawet jego inicjałów, jak to zwykli robić szanowani badacze folkloru: Pitonà - sen Farlocchi - pielgrzymi, turyści Un tinello de latte zozzo11 - cappuccino Ragagnòttolo - ragazzo, młody człowiek, chłopiec Rombonze12 - motocykl Svortà - jeść Svortata - duże danie Patatanza13 - ziemniak Monetanza14 - pieniądze Biranza15 - piwo Lattanze16 - mleko Mercettòla17 - rzeczy z kradzieży Viemme sotto18 - daj mi towar Cagà19 - wydać kogoś władzom Dàmese, dàatte20 - spadamy stąd

T

en słownik jest oczywiście w pewien sposób formowany poprzez poczucie przyjemności i intensywności jego użytkowników. Jest to wręcz forma unikania, okrążania centrum przez margines, odwracania hermeneutyki burżuazyjnej. Wykroczenie podkoloryzowane

przez burżuazyjny snobizm jest najbardziej niebezpieczną rzeczą ze wszystkich: gdy głód i anarchia zostają wywyższone. Widać więc gdzie tkwią korzenie słów takich jak pitonà21 (przypomnijcie sobie co to znaczy ‘pyton’) lub rombonze (od używanego przez klasy wyższe słowa rombo - hałas22). Widać tu wyrafinowaną parodię w formie latte zozzo (‘brudnej wody’) czy ekstrawaganckie dodawanie końcówek -onze i -anze. Tylko tm sposobem odrzuceni mogą sobie odbić, pocieszyć się, znaleźć nadzieję. (1957) Fragment z archiwum zatytułowany Scartafaccio [23] 1954-55. 9

Zaraffa ​- kieszonkowiec.

10

Antymafijny działacz z Sycylii.

11

Dosł. ‘kubek brudnej wody’.

12

Od ​rombo ​- turkot, łoskot.

13

Od ​patata ​- ziemniak; pol. batata, słodki ziemniak.

14

Od ​moneta ​- moneta; czyli polskie slangowe “moneciaki”, “drobniaki”.

15

Birra ​- piwo.

16

Latte ​- mleko.

17

Merce ​- dobra, rzeczy, towar.

18

Dosł. ‘spuszczaj się’.

9


Pier Paolo Pasolini /

Kobiety Rzymu

W

idzę Annę Magnani siedzącą na kanapie w tylnej części eleganckiego salonu, za starym, pięknym kredensem pełnym małych pudełeczek wypełnionych wyśmienitymi słodkościami. Siedzi w połowie ukryta i milczy. Jej skóra jest biała, a nad jej oczami unosi się czarna woalka. Siedzi nic nie mówiąc, a plecy ma w ten sam sposób wyprostowane jak kiedyś jej babka, co najmniej sto lat wcześniej. Widzę, że jej milczenie jest pełne napięcia. Pije doskonałego szampana zaproponowanego jej przez gospodarza; upija się. Po kilku minutach wychodzi ze swojego narożnika i oznajmia wszystkim, że idzie do łazienki, a kiedy wraca siada na samym środku pokoju na malutkim krześle stojącym pośrodku zielonego dywanu. Wygląda to jakby była na scenie. Siedzi z wyprostowanymi plecami i piersiami wysuniętymi do przodu. A ma niezłe piersi. Ostatnio zmieniła styl i teraz ubiera się jak seksbomba. Wciąż jednak przypomina swoją babkę. W jakiś sposób jej styl ubierania jest przemieszaniem najnowszego krzyku mody z nieśmiertelnym, surowym stylem ubioru dawnych wieśniaczek. Siedzi w sposób zdecydowany. Podnosi znad oczu czarną woalkę, odsłaniając białą twarz, jej oczy pulsują intensywnie, błyskając nieśmiało i złośliwie, rozglądając się szeroko po sali, spojrzeniami gwałtownie gasnącymi lub przedłużającymi się; robi to co chwila w inny sposób. Spojrzenia, które momentalnie onieśmielają odbiorcę i powodują, że czuje się głupio. To poczucie w jej obecności niemal od razu staje się bardzo czułe. Tak jak w sytuacji tych szumowin, którzy podjeżdżają motocyklami do prostytutek, czekających nieruchomo, siedzących na ławkach, w okolicach Term Karakali. Kobiety te mają postawę tak zdecydowaną i buntowniczą, że mięknie przy nich nawet największy twardziel tak, jakby stał przed posągiem co najmniej jakiejś świętej cudotwórczyni. Przez tę swoją buntowniczą postawę trudno dociec co Anna może ukrywać. Jednak wszyscy na pewno czekają na to, żeby zaśpiewała. Najlepiej jakąś starą ludową piosenkę. Jedną z tych starych piosenek, które wszyscy znają, tylko w trochę innej wersji, może trochę zaimprowizowanej, ze zmienioną końcówką, dodanym jakimś żarcikiem. Anna może wyrazić siebie tylko poprzez śpiew, bo to co chce wyrazić jest nieokreślone i bardzo ogólne: wyraża czyste życie, jej własne życie, i życie pokoleń kobiet Rzymu, które żyły przed nią… II

Z

rozpadającej się, zniszczonej alejki wyłania się ragazzo, który skręca na równie zniszczoną główną ulicę. Ciąg alejek, niczym wysuszone książki, łączy się z tą ulicą w dzielnicy Parioletti i skręca w stronę Pigneto, pomiędzy budami, małymi wiejskimi domkami, a także ścianami nowych budynków, których cement jeszcze wciąż jest mokry. Ragazzo ma ciemne włosy - to wszystko co widać wśród cieni wieczoru. Ma na sobie jasne dżinsy, a w mroku jaśnieją one jeszcze bardziej. Błyszczą niemal jak wypolerowane lustro. Dopiero co je nałożył, więc nie zdążyły się pognieść na kolanach czy udach. Pierwsze białe dżinsy w tym sezonie. Jest późna wiosna, a jakaż słodycz unosi się w powietrzu Torpignattary [24], niczym w środku lata… Przechodzi przez ulicę i idzie prosto niczym koń z klapkami na oczach, zdeterminowany, gwałtowny, zawzięty, gotowy do bitki, jeśli byłaby potrzeba. Tam, po drugiej stronie ulicy, pomiędzy dwoma Fiatami Seicento a motocyklem marki Morini, w słabym świetle otwartego do późna fast-foodu, czekają na niego dwie osoby. To dwie kobiety, niewiarygodnie młode, jeszcze niemal kocięta. Obydwie mają na sobie lekkie, letnie sukienki, ale ponieważ wieczory są nadal czasem chłodne, narzuciły na siebie swetry w kolorze brązowym, czy raczej w kolorze miąższu orzecha laskowego. Pierwsza jest znacznie wyższa od drugiej, ma farbowane na kasztanowo włosy z lekko czerwonawymi końcówkami. Widać je szczególnie wtedy gdy dziewczyna dmucha w kosmyk opadający jej na twarz w nikłym świetle fast-foodu za jej plecami. Jej mała twarz jest blada, delikatna, mogłaby się zmieścić w dłoni. Ma małe usta, takie jakie zazwyczaj mogą mieć tego typu dziewczyny, blade, o ciemnej skórze: trochę jak u Arabek, lecz nie do końca, delikatne lecz nie nazbyt miękkie, podobnie jak jej bracia, równie młodzi, dorastający. Chłopiec w swoich wspaniałych białych dżinsach zmierza prosto w ich kierunku. Mówi coś, czego nie możemy usłyszeć, prawdopodobnie coś w rodzaju: “Co żeś nagadała Marii o mnie, co?” albo “Gadaj, co żeś ‘czoraj w nocy robiła?”

10


Ona tłumaczy się posłusznie. Mówi i mówi, delikatnie, poważnie. On ma problem z utrzymaniem swojej złości na twarzy wobec tak frasobliwego i ostrożnego tłumaczenia. Początkowo patrzy pochmurno, ale później jego twarz jaśnieje, odpręża się. Dziewczyna, która od początku czuła, że jego agresywna postawa to tylko poza, uspokaja się. Nie czuje już strachu przed tym w białych dżinsach. (…) IV

K

ażdy w Rzymie wie jakim pięknym widowiskiem jest niedzielny targ w Porta Portese. Przebijam się przez tłum ze szkicownikiem pod pachą i kałamarzem w dłoni. Popychany przez falę ludzi muszę przeciskać się jak wąż pomiędzy stoiskami handlarzy i rozłożonymi na ziemi kocami z towarem. Jest tuż przed Bożym Narodzeniem, ale słońce grzeje mocno w głowy, na chybotliwe krzesła, zakurzone tkaniny, fałszywe antyki, złe reprodukcje i medaliony wyłożone na sprzedaż. Sprzedawcy przybyli tu już przed świtem i widać, że są mocno zaspani i nieprzytomni pod wpływem ciepła słońca. Nawołują ochrypłymi głosami – jak każdej niedzieli – śmieją się owładnięci lekkim zniecierpliwieniem jakby byli pijani lub niespełna rozumu. Widać jednak od razu, że są niewyspani i właściwie mogliby paść za moment i zasnąć wyczerpani, tu, pomiędzy figurkami świętego Antoniego i portretami Il Duce. Rozhisteryzowany tłum podniecony świąteczną atmosferą rozlewa się po placu Porta Portese, który ma około jednej lub dwóch mil długości, usadowiony pomiędzy magazynami, barakami i barokowymi ruinami, nad brudnymi brzegami Tybru. Nagle, pomiędzy grupami spoconych młodych ludzi, pochylonymi plecami burżuazyjnych pań kupujących świąteczne prezenty – wystraszonymi tym spotkaniem z podklasą – a wśród hordy cudzoziemców w środku tego szaleństwa zakupów, wyłapuję niczym halucynację, scenę jakby żywcem wyciętą wprost z rzymskiego salonu. To pani Livia de S. i pani Paola M. Pierwsza z nich krąży pośród tłumu niczym wielki łabędź w błotnistym stawie, z długą, otyłą, szlachecką szyją, z wysoko uniesioną głową, niczym z obrazów XVIII-wiecznych manierystów. Jej okrągłe usta wyrażają zdziwienie, a jej oczy ułożone klasycznie między nosem a czołem, są bez wyrazu i nieco tajemnicze, spoglądają jednak z wdziękiem zmieszania dorastającej dziewczyny, pomimo swojego zaawansowanego wieku. Ciężko dojrzeć czy jej oczy mają kolor błękitny czy brązowy. Druga pani wydaje się być niższa niż w rzeczywistości (jest typową dobrze zbudowaną Rzymianką), ale to pewnie dlatego, że jest zaaferowana przedmiotami, które leżą na kocach rozłożonych przez sprzedawców na ziemi. Swoimi wielkimi oczami obrysowanymi na czarno jak na rysunkach bogiń, które wiszą nad placem (włosy czarne niczym u ciotek na starych kameach [25]), dokładnie przegląda towary rozłożone na stoiskach. Zaintrygowana tą różnorodnością dzięki swojej praktycznej inteligencji potrafi oddzielić rzeczy wartościowe od całej niepotrzebnej reszty. Zauważają mnie. Jesteśmy jak wróżbici, wspólnicy. Porównujemy zakupione znaleziska. Obydwie panie są obładowane różnymi miedzianymi przedmiotami. Słońce odbija się w oglądanych gadżetach i oślepia oczy. Wydaje mi się, że to pierwszy raz kiedy widzę te panie w świetle dnia. Jednak po chwili tłum nas rozdziela, pchając nas w przeciwne strony. Żegnają się ze mną, szczęśliwe, machając ku mnie swoimi miedzianymi znaleziskami, wołając: “To dla Felliniego… dla Felliniego…” I znikają w tym świętokradczym tłumie. (…)

Donne di Roma (Kobiety Rzymu), ze wstępem Alberto Moravii, siedem opowiadań Pier Paolo Pasoliniego i 104 fotografie autorstwa S. Waagenaara, Il Saggiatore, Mediolan, 1960. 19

Od ​cagare ​- zesrać się.

20

Dosł. ‘dajemy stąd’

21

Pitone ​- pyton.

22

Coś w rodzaju polskiego ‘rąbanka’ na określenie nieznośnego hałasu.

23

Notatnik.

24

Parioletti, Pigneto, Torpignattara – w czasach Pasoliniego był to zespół biednych dzielnic rzymskich. Torpignattara znana była ze swojego

bohaterskiego komunistycznego ruchu oporu wobec faszyzmu. 25

Rodzaj szlachetnego lub półszlachetnego kamienia, na którym często utrwalano wizerunki rzymskich władców.

11


Pier Paolo Pasolini /

Chłopcy z marginesu Lud jest najdzikszą siłą w łonie społeczeństwa – Lew Tołstoj

A

merigo był pijany. “Wysiadamy na Forte, nie?” - powiedział do Caciotty, który słuchał go z szacunkiem. “Czekaj, może przedstawię cie mojemu ziomowi” - powiedział Caciotta, aby tylko cokolwiek powiedzieć. Amerigo wyciągnął do Riccetto dłoń jakby zrobioną z ołowiu; miał postawiony na sztorc kołnierz kurtki, a twarz całą zieloną poprzetykaną plastrami brudu, jego duże brązowe oczy były szklane, wgapione w Riccetto. Potrząsnął mocno jego dłonią, chociaż bez specjalnej intencji, ale tak żeby nie było wątpliwości że obydwaj są w porządku. Jednak nagle o nim zapomniał i odwrócił się do Caciotty mówiąc: “Łapiesz o co chodzi, nie?” Udawał ważniaka, ale w międzyczasie Caciotta zrozumiał, że jest to gość, którego trzeba traktować poważnie. W barze “U Faraferellego” widział pewnego dnia jak ten podniósł sześć krzeseł na raz, a także pobił i wysłał na intensywną terapię więcej niż jedną osobę z Pietralata. “Co żeś odwalił?” - zapytał Caciotta jak między równymi sobą, jak to jeden zbir do drugiego. “No, to tera ponawijamy, nie?” - powiedział Amerigo, stawiając kołnierz kurtki jeszcze bardziej. Autobus zatrzymał się na przystanku w Forte di Pietralata. Z wciąż otwartej knajpy sączyła się wąska strużka światła padająca na asfalt Via Tiburtina. Amerigo wyskoczył rześko z autobusu jak sportowiec, prosto na chodnik, trzymając cały czas ręce w kieszeniach. “Dawaj z nami” - powiedział Caciotta do Riccetto, który nie rozumiał co się święci i ku czemu to wszystko zmierza. “Przejdziemy sie kawałek, nie?” - powiedział Amerigo ruszając spod koszarów wojskowych w stronę Tiburtino. Kiedy byli nieco dalej złapał Caciottę za łokieć. Idąc stawiał równo jedną stopę za drugą, z twarzą tak poważną, że gdybyś tylko dotknął jakiej części jego ciała, mógłbyś nieźle od niego dostać. Wlókł nogami jak lekko zmęczony bokser, ale mimo to, już po kawałku drogi, który przeszli było widać, że tak naprawdę jest szybki i zwinny jak bestia. Z Caciottą i Riccetto grał w każdym razie twardziela, który nic sobie nie robi z władzy jaką ma i z opinii najbardziej paskudnego bandziora na Pietralata. Roztaczał aurę człowieka, który robi interesy tylko z równymi. “Jak pójdziesz ze mną, nie” - powiedział do Caciotty - “To będziesz zadowolony” “A dokąd?” - zapytał Caciotta. “Tutej, o” - pokazał - “do knajpy ‘U Fileniego’ ”. Caciotta nigdy nie słyszał tej nazwy. Milczał. Amerigo kontynuował tak, jakby wszyscy rozumieli o co chodzi: “Jest sobota, nie, więc szybko” - powiedział zmęczonym, kobiecym głosem, być może tak jak jego matka zwykła mówić, a jego twarz stawała się coraz bardziej żółta i żółta. “Dobra, no to walmy tam” - odrzekł Caciotta. Jak na razie i tak nic nie było do roboty, więc traktował to jako rozrywkę. Riccetto jednak przyhamował, oczy mu się zwęziły i kiedy wchodzili na Tiburtino powiedział: “Nara, ziomki! Ja spadam”. “A ty ‘dzie?” - odwrócił się Caciotta i zatrzymał. Amerigo także się zatrzymał i spojrzał spode łba trzymając rękę w kieszeni. “Ide w kime. Walcie sie! Tak mi sie spać ‘ce, że padne zara jak jeszcze kroka zrobie”. Amerigo podszedł do niego z oczami prawie przekrwionymi, śmiejąc się: śmiał się, bo to niemożliwe, żeby ktoś sprzeciwiał się jego decyzjom i robił coś inaczej niż on sam chce. “Dzieciaku” - rzekł niskim, spokojnym głosem, czule - “Już ci mówiłem, że idziesz z nami, nie, i podziękujesz mi za to… Nie znasz mnie…” Caciotta, który go znał, spojrzał na bok, rozbawiony. W każdym razie wiedział, że Riccetto powinien iść z nimi do tego tam, ‘U Fileniego’, czy jak to się nazywa. “Ale mówie no, spać mie sie ‘ce” - powiedział Riccetto. “Co to znaczy ‘spać’?” - zapytał Amerigo śmiejąc się, ale pochmurniejąc, bo nie rozumiał jak ktoś może nie iść za jego radą. “Chodźmy” - położył rękę na sercu - “Caciotta tutej może ci powiedzieć, nie, Cacio? Jestem taki, nie, żeby nikt na mnie nie gadał, więc jak coś obiecam to… słuchaj, dzieciaku, wszystko ma być tak jak mówie, nie? A wiesz dlaczego? Jesteśmy

12


przyjaciółmi, nie? Zrobię ci, że tak powiem, przysługę, a innym razem ty mie zrobisz przysługę. Co, no daj łape”. Teraz stał się poważny. Tamten zrozumiał, że nie iść z nimi byłoby głupie, ale gryzło go co to za interes między Amerigo a Caciottą, który wyglądał podejrzanie. Caciotta patrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy: “A rób se co ‘cesz” - zdawał się mówić - “ja tam nic nie wiem”. Riccetto wzruszył ramionami: “Kto na ciebie coś gada?” - rzekł do Amerigo - “Dobra, ty idź z Caciottą, po co ja tam ‘dzieś z wami”. Amerigo jednak nie wiedział, który z nich ma pieniądze w kieszeni. Patrzył na Riccetto bardzo poważnie i cierpliwie. Podszedł tak blisko, że jego przesiąknięty winem oddech zmieszał się z oddechem Riccetta. Jednak właśnie w tym momencie na tle pierwszych bloków na Tiburtino pojawiły się dwa znajome cienie, które podążały w ich stronę. “Kurwa, mendy” - syknął Caciotta - “Znają mnie” - kontynuował - “Ci sami co ‘cieli mnie shaltować raz w kinie na Tiburtino!”. Amerigo spoglądał na nich swoimi chorymi oczami. Położył dłoń na twarzy i ścisnął czoło między palcami. Zbladł jak prześcieradło, a usta wykrzywił w płaczliwym grymasie. Gdy obydwa cienie w niebieskich mundurach minęły ich w bezpiecznej odległości oddalając się w osiedle, przejechał dłonią jeszcze raz po czole. “Ło bosz, jak to boli” - zasyczał - “Jakby ci kto ‘woździa wbił w łep”. Ból już jednak minął. Znowu odwrócił się do Riccetto i położył mu przyjaźnie rękę na ramieniu. “Ricce” - rzekł - “czy jak tam cie wołają, nie bądź głupek, cho no z nami”. Ponowił swój wylewny, oratorski styl: “Słowo honoru” - rzekł “byłbym najgorszym sukinkotem, nie, ‘kbyś kiedy do mnie przyszedł i powiedział: Amerigo, muszę ci podziękować i przeprosić’ “. Jego dłoń na ramieniu Riccetto ważyła niemal jak tona cegieł. Ruszyli w górę głównej ulicy Tiburtino, gdzie tylko w dwóch barach było światło, a pomiędzy rozpadającymi się, brudnymi, parterowymi budynkami, z kilkoma szmatami wiszącymi w oknach, dobiegało brzdąkanie gitary. (…)

Fragment powieści Ragazzi di vita (Chłopcy z marginesu), Grazanti Editore s.p.a., 1955.

13


issue No 4-5

John Balance /

Ostia (Śmierć Pasoliniego)

miód płynie z zagłębień i konturów ciała spokojna złota rzeka koścista złota kropla złota lepka stróżka słychać jak trzeszczą mu kości słychać jak trzeszczą mu kości i samochód zawraca po ciało w dorzeczu w płytkim basenie rzeki i samochód zawraca a jego ciało leży na rozkruszonych barkach słychać jak trzeszczą mu kości jak śpiewają wśród ciosów jak śpiewają wśród ciosów zabity aby zachować świat zabity aby zachować świat zabity aby zachować świat kości zostały rzucone na białe klify Dover i do morza, do rzymskiego morza i na krwawe wybrzeże Ostii Leon jak lew śpiący w świetle słońca leżący lew leżący lew z mocnego wyszła słodycz z mocnego wyszła słodycz rzuć swe kości na białe klify Dover i zamorduj mnie w Ostii i zamorduj mnie w Ostii nad rzymskim morzem na krwawym wybrzeżu a samochód zawraca na białe klify Dover i nad morze, nad rzymskie morze słychać jak trzeszczą mu kości słychać jak trzeszczą mu kości słychać jak trzeszczą mu kości rzuć swe kości na białe klify Dover i do morza, do rzymskiego morza zamorduj mnie w Ostii

Coil, Ostia (The Death of Pasolini), z albumu “Horse Rotorvator”, 1986, Force And Form.

14


John Balance /

Stygmat Rzymska ziemia z rzymskiego piasku i jej rzymskich synów Patrzyłem na zachodzące słońce na krwawym skraju krwawego miasta tam cienie na sprzedaż na skraju miasta

Na krawędzi nocy, widzę ciemność od strony światła, od strony nocy A wiatr hula po tym śpiącym mieście po tym śpiącym mieście na rzymskiej ziemi wśród rzymskiego piasku i rzymskich synów I wydaje mi się że gdy zamykam oczy wszystkie światła na świecie gasną Ale noc szybko mija a ty szepczesz mi tysiące kłamstw Patrzę zaskoczony w pustynną ciepłą czerń a pustynia pulsuje a pustynia patrzy spogląda tysiącem oczu przekłutych oczu starożytnych oczu I pytam się mego kochanka: “Czy wiesz kiedy pustynne róże zakwitają i rosną?”

Coil, Slur, z albumu “Horse Rotorvator”, 1986, Force And Form.

15


Salò , czyli transgresja

Maciej Bobula Salo, czyli 120 dni Sodomy Pier Paolo Pasoliniego to film,

który od niemal 40 lat wzbudza emocje. Obrosły legendą w związku z tajemniczym zamordowaniem reżysera, które miało miejsce na kilka tygodni przed premierą, przez wielu okrzyknięty został najbardziej obrazoburczym dziełem w historii kina. Przygotowując ekranizację Stu dwudziestu dni Sodomy Markiza de Sade, Pasolini przedsięwziął plan, w którym założył sobie, że zdjęcia do filmu nie będą trwały dłużej niż 37 dni, w takim bowiem czasie de Sade napisał swoje dzieło, gdy był uwięziony w Bastylii. Nikt nigdy nie widział pełnego scenariusza do filmu, Pasolini zwykł pokazywać aktorom sekwencje tuż przed rozpoczęciem kręcenia. Tematyka filmu była objęta ścisłą tajemnicą, żadna informacja nie wydostała się poza plan. Tym większe było zdziwienie producentów i widzów, kiedy w końcu mogli skonfrontować się ze skończonym dziełem. Zobaczyli pełen orgii i przemocy film, który opowiada o seksualnych dewiacjach grupy notabli. Okrucieństwo, znane już z książki de Sade’a, znalazło swoją wizualizację u Pasoliniego. Film został zakazany w 40 krajach, w niektórych z nich nie można go wyświetlać do dziś. Recepcja tego dzieła na przestrzeni lat uległa zmianie, poczęto w nim doszukiwać się drugiego dna, analizować jako krytykę totalitaryzmu. Mimo iż pierwotna wrzawa wokół Salo zelżała, do dziś toczy się spór, czy jest to film wybitny. Skłaniam się tutaj ku zaklasyfikowaniu tego filmu jako arcydzieła, które wychodzi poza to, co normatywne. Traktuję Salo jako film, który szokuje i skandalizuje, będąc swej transgresji samoświadomym i zadającym przy tym pytania o własne granice. W

tym wypadku są to granice szoku i obsceny. Staram się tutaj udowodnić, że Salo to dzieło nieklasyfikowalne, wielopoziomowe, o wymowie mocno humanistycznej. Twór Pasoliniego stawiam jako film wzorcowy w dowodzeniu tezy, że kino niewygodne, drażliwe najdobitniej ukazuje istotę problemu, z którym się zmaga. Samego Pasoliniego zaś ukazuję jako twórcę, który świadom pewnych zakazów, łamie je, nie w imię negacji owych zakazów, lecz nadania im nowych znaczeń.

Dzieło Pasoliniego jest tak naprawdę luźną wariacją na temat

książki de Sade’a. Mimo licznych podobieństw fabularnych oraz cytatów zaczerpniętych ze 120 dni Sodomy Pasolini uwspółcześnił swoje dzieło. Osadził je w czasie II Wojny Światowej w wiosce Salo, leżącej na północy Italii. Bohaterami filmu uczynił cztery osobistości republiki – prezydenta, biskupa, księcia i burmistrza. To oni są prowodyrami okrucieństw i orgii zobrazowanych w Salo. Przeniesienie akcji książki de Sade’a we współczesność jest zabiegiem istotnym. Pasolini bowiem uważał faszyzm za kulminacje burżuazyjnej ekonomii i kultury we Włoszech. Istotne jest jego rozróżnienie na stary faszyzm i nowy faszyzm, stary jest pokazany literalnie w Salo, nowy jest implicytny, „jego celem jest reorganizacja i brutalnie totalitarna homogenizacja świata”26. Piszę tu o „nowym” faszyzmie nie bez powodu, Salo jest częstokroć odczytywany jako „drastyczna paralela pomiędzy dekadencja faszystowskiej Republiki Salo a konsumpcyjna cywilizacja neokapitalizmu”27. Jedna z najbardziej obscenicznych scen w filmie jest sekwencja, w której ofiary i oprawcy zebrani w jednej sali jedzą posiłek składający się z ekskrementów. Fragment ten możemy interpretować jako wyraz

26

Pier Paolo Pasolini: ​Po ludobójstwie ​, Fundacja Augusta Hrabiego Cieszkowskiego, Warszawa 2012, s. 245.

27

Mateusz Werner: „Nieznany Pasolini”, wstęp do: Pasolini, op.cit., s.viii.

28

Naomi Greene, ​Pier Paolo Pasolini: Cinema As Heresy, University of ​Princeton 1992, ss. 216-217.

29

Roland Barthes, „Sade-Pasolini”, [w:] Beverly Allen, ​Pier Paolo Pasolini: The Poetics of Heresy, ​Anma Libri 1982, ss. 100-102.

30

Walter Benjamin, ​Dzie ł o sztuki w dobie jego mechanicznej reprodukcji ​, ​[w:] Walter Benjamin, ​Twórca jako wytwórca ​, Poznań 1975.

16


pogardy reżysera wobec współczesnego społeczeństwa opartego na

Twój przyjaciel będzie wiedział, że wyrafinowaniem libertyna jest

cyklu konsumpcji i defekacji. Według Naomi Greene prawdziwy przekaz

bycie katem i ofiarą.”

Salo tkwi w pożądaniu samego filmu by być niestrawnym, odrzuceniu

Istotnym budulcem bohatera Pasoliniego jest jego samoświadomość,

możliwości konsumpcji jego samego28.

swoista performatywność. Bohater ów sam jest sobie panem, nakreśla

Wracając do faszyzmu- znana jest polemika Rolanda Barthesa z Paso-

granice swoich zachowań, implikując jednocześnie zachowania innych.

linim odnośnie zastosowania prze włoskiego reżysera totalitarnej oto-

Performatywna jest sceneria zamku Salo, orgie, którymi rządzi swoisty

czki. “Faszyzm jest zbyt poważnym i zbyt podstępnym zagrożeniem by

bezczas. O orgiach, które skutkują bezczasowością, pisał Mircea Eliade:

traktować go jako zwykłą analogię faszystowskich panów, którzy >>po

“Na płaszczyźnie kosmologicznej orgia jest odpowiednikiem chaosu lub

prostu<< zajmują miejsce libertynów” - pisze francuski filozof. Pasolini

pełni eschatologicznej, a w perspektywie czasowej jest odpowiednik-

zdaje się niejako uromantyczniać czwórkę głównych bohaterów, którzy

iem wielkiego czasu, wiecznej chwili, nietrwania”33. Salo ma miejsce w

podlegają swoim potrzebom perwersji, zamykają się w bezczasowej

przestrzeni oderwanej od rzeczywistości, gdzie “szaleństwo, pożądanie,

przestrzeni, by realizować swoje najskrytsze fantazje. Włoski reżyser

obłęd zbrodni, bezsens namiętności są mądrością i rozumem, ponieważ

stylizuje swoich faszystów, nadaje im lekko groteskowy sznyt, co w

wynikają z porządku natury”34.

uznaniu Barthesa jest trywializowaniem prawdziwego zła. Faktem jest,

Performance’m są tutaj także opowiadane sceny przy udziale kobi-

że Pasolini estetyzując ideologię faszystowską do własnych potrzeb nie-

et, które wcześniej się odpowiednio malują i ubierają. Opowiadają

jako cytuje Waltera Benjamina, który w swojej książce Dzieło sztuki

one pikantne historie przy akompaniamencie fortepianu pobudzając

w dobie jego mechanicznej reprodukcji pisał, że nadawanie polityce

wyobraźnię czterech protagonistów. Innym jeszcze, najokrutniejszym

otoczki estetycznej prowadzi do faszyzmu30.

rodzajem performance’u jest ostatnia część filmu, w której razem z

29

Pasolini wkłada swoim bohaterom w usta rozliczne cytaty takich pis-

każdym z bohaterów oglądamy najokrutniejsze sceny w Salo. Obci-

arzy, jak Baudelaire, Pound czy Nietzsche. Cytaty tych autorów są

nanie genitaliów, języka, skalpowanie, przypalanie są tutaj swoistym

jednak wyrwane z kontekstu i ośmieszają bohaterów, którzy pozują na

kolcem jadowym, który powoduje, że oglądanie Salo staje się nie do

intelektualistów, lecz nie wiedzą, co mają powiedzieć. Ciekawą uwagę

zniesienia. Akompaniująca cisza, brak słyszalnych wrzasków zostawia

na ten temat czyni Sam Rohdie: „Burżuazja zdaje się być nierealna w

widza w wszechogarniającej pustce i tą pustką film się kończy. Nad-

dziele Pasoliniego. Pasolini nie potrafi mówić za nią, ani jej reprez-

mierna perwersja, dewiacje prowadzą do mechanizacji czynów, które

entować. Jest dla niego, dosłownie, nie do opisania. Kiedy myślał o

pierwotnie miały dawać satysfakcję. Urzeczowienie ciał ofiar, ich śmierć

niej cierpiał na bulimię języka, fizyczną odrazę”31. W tym kontekście

prowadzi do reifikacji. Tanatos zwycięża z Erosem. Już wcześniejsze

autoironiczny jest komentarz jednego z dygnitarzy na początku filmu,

sceny kopulacji w zamku były przepełnione pustką, wszak wszelki akt

który mówi: „Burżuazja odwróci się bez wstrętu od rzezi, choć jego ofi-

sodomii, nieważne jak bardzo ekscesywny, nie prowadzi do niczego35.

arą będzie jej syn i córka.” Podobnie ironiczne są zachowania czterech

bohaterów, takie jak przebieranie się w damskie ciuchy, mizdrzenie

ludia do kolejnych części filmu. Pierwsza część to sam początek, jeszcze

się do uwięzionych chłopców, opowiadanie nieśmiesznych dowcipów.

bez interludium, zatytułowany “Przedsionek piekła”. Każda kolejna

Pasolini wyraźnie stara się zdeformować swoich protagonistów, wyo-

część, już poprzedzona przerywnikami, jest odwołaniem do dantejskich

lbrzymić ich dewiacje, skutkiem czego mimo jawnego obrzydzenia ze

kręgów piekielnych, kręgi te zatytułowane są: “Krąg manii”, “Krąg

strony widza, nie da się Salo oglądać bez lekkiego uśmieszku na widok

gówna” i “Krąg krwi”. Cztery części oddają obsesje de Sade’a na punkcie

nieporadności faszystów wobec swoich zboczeń. Pasolini w przedst-

numerów, którą Pasolini zachował w filmie. I tak mamy cztery części

awieniu swoich bohaterów pokusił się o moralizatorstwo, ukazuje on

filmu, czterech notabli, cztery opowieści kobiet, osiem niewolnic płci

bowiem swoich libertynów jako jednostki samotne, obojętne, tym

żeńskiej i ośmiu niewolników płci męskiej. Robert Lauer zauważa także

samym odpychające. Jak pisze Krzysztof Loska “Libertyn Sade’a i Paso-

prawidłowości numeryczne w organizacji przestrzeni w przestrzeniach

liniego jest jednak człowiekiem skazanym na samotność, gdyż chcąc

wewnętrznych (układ drzew i kolumn)36. Rygor numeryczny funkcjonu-

osiągnąć najwyższe stadium pożądania musi wyrzec się samego siebie,

je jako narzucanie chaosowi swoistego porządku. Chaos, kojarzony

Wspomniane sceny z opowieściami kobiet stanowią inter-

stać się zarówno katem innych, jak i swoim własnym” . Ironiczne jest

przez Eliadego z orgią, jest tu poddany próbie uporządkowania, co

to, że bohaterowie filmu doskonale zdają sobie z tego sprawę, jeden z

wzmacnia dezorientację widza. Podczas opowieści kobiet słuchacze

nich mówi “Ograniczeniem miłości jest to, że potrzebujesz wspólnika.

siedzą w porządku symetrycznym, niewolnicy są karani za swoje czyny

32

31

Sam Rohdie, ​The Passion of Pier Paolo Pasolini, ​BFI Publishing, London 1995, s. 63.

32

Krzysztof Loska, „​Salo, ​czyli estetyka potworności”, [w:] Andrzej Pitrus(red.): ​Pasolini: Tak pi ę knie jest ś ni ć , Wydawnictwo Rabid, Kraków 2002, s. 95.

33

Mircea Eliade, ​Traktat o historii religii, ​Wydawnictwo KR, Warszawa 2000,s. 421.

34

Michel Foucault, ​Historia szale ń stwa w dobie klasycyzmu, ​PIW, Warszawa 1987, s. 478.

17


- nadanie ładu chaosowi może być odczytywanie jako kolejna alegoria

apatia jest tutaj celowa, bowiem w świecie bohaterów Pasoliniego, tak

faszyzmu, który chaos świata próbował brutalnie unormować.

jak i u Sade’a „najwyższą rozkoszą jest świadomość bólu, występku,

Salo jest obrazem niezwykle statycznym, ujęcia kamery

możliwość jego wielokrotnego powtórzenia”42. Zachodzi tu jednak

są długie, obraz często pozostaje nieruchomy, wystrój jest geometry-

istotna różnica między potraktowaniem tematu zła przez Pasoliniego,

czny, nawiązuje do ściśle formalnych okresów w sztuce takich jak

a de Sade’a. Dla tego drugiego zło było celem samym w sobie, nieustan-

Art Deco i włoski Bauhaus. Ten formalizm i statyczność doskonale

na aktualizacją świadomości życia. U Pasoliniego natomiast zło jest

podkreślają zamkniętą, represyjną naturę wydarzeń, które dzieją się

ukazane jako bezsensowne, niepotrzebne i ukazujące ludzką pustkę.

w wilii. Mamy tu do czynienia z kolejną dychotomią, która dotyczy z

Fakt popełniania zbrodni jest nic nie warty, zostawia popełniającego z

jednej strony ascetyzmu ze strony formalnej, na poziomie treściowym

takim samym chaosem, jaki panował wcześniej. Ekstremalność poka-

natomiast aż kipi od symboliki, metafor, analogii. Trevor Whittock

zania zła u włoskiego twórcy jest usprawiedliwiona, faktem bowiem

nakreśla dziesięciopunktowy schemat identyfikacji metafor w filmie,

jest, że tak ciężkostrawnego produktu nie da się po prostu przetrawić

który może być następnie zredukowany do trzech szerokich kategorii:

i wydalić. Salo przez swoją transgresyjność po latach jest filmem tak

schemat metonimiczny, kompozycyjny i transgresyjny. Ostatni z tych

samo drażniącym jak w momencie pierwszego wyświetlenia, a Pasolini,

punktów zawiera wszystkie techniczne aspekty kręcenia i edycji filmu,

mimo licznych głosów, że tym filmem strzelił sobie w stopę, do końca

które zniekształcają lub zwalczają konwencje, tym samym wciągają

pozostał twórcą wolnym. Bo, jak pisał, „wolność to zatem prowadzący

widza poza to, co pozorne i literalne, do metaforycznych odczytań37.

do samookaleczenia zamach na zachowawczość. Wolności nie można

Pasolini robi wielokrotnie użytek z tej techniki, naruszając konwencje

manifestować inaczej jak tylko przez duże lub małe męczeństwo”43.

filmowe, takie jak chociażby wspomniany nienaturalny brak dźwięku

Salo jest męczeństwem najwyższego stopnia.

w czasie torturowania więźniów czy nienaturalna samoświadomość bohaterów. Co ważne, Pasolini wkłada w usta bohaterów sentencje egzegetów de Sade’a- wspomnianego Barthesa, Maurice’a Blanchota, Pierre’a Klossowskiego, co przenosi Salo w przestrzeń metatekstu, komentarza do książki de Sade’a. Sam Barthes natomiast odmówił Pasoliniemu warstwy symbolicznej, pisząc, że ten dokonał zbrodni materializując to, co do tej pory pozostawało w sferze wyobraźni i co powinno tam zostać38. “Teraz jak nigdy przedtem, artyści muszą tworzyć, krytycy bronić, a ludzie wspierać dzieła tak ekstremalne, że stają się one nie do zaakceptowania nawet dla najszerszych umysłów”39. Pasolini znakomicie zdawał sobie sprawę z siły rażenia swojego filmu. Jednakże, jeśli twórca stawia sobie za ambicje przekraczać jawnie ustalone normy, nie może ograniczać się do zwykłego szokowania widza swoją ekstremalnością. “Film ze swej natury jest medium przemocy”40, pisze Rafał Syska, jednak powtarzalność epatowania przemocą prowadzi do spowszednienia i tym samym do „zaniku wrażliwości oglądającego. Czyjeś cierpienie, bol, poniżenie i śmierć staja się abstrakcyjnymi fantomami, którym odebrano etyczny wymiar i ludzka miarę”41. Salo zahacza o granice tego spowszednienia, apatii wywołanej u widza. Niemniej jednak owa 35

Naomi Greene, ​op.cit., ​s. 205.

36

Robert Lauer, ​“A Revaluation of Pasolini’s Salò.”, ​CLCWeb: Comparative Literature and Culture ​4.1 (2002): http://docs.lib.purdue.edu/clcweb/vol4/iss1/2

37

7revor Whittock, ​Metaphor and Film, ​Cambridge University Press 1990, ss. 49-69.

38

Roland Barthes, ​op.cit., ​s. 101.

39

Pasolini, op.cit., s. 202.

40

Rafał Syska, ​Film i przemoc. Sposoby obrazowania przemocy w kinie. ​Wydawnictwo Rabid, Kraków 2003, s.11.

41

Marek Hendrykowski: ​Kilka my ś li na temat obrazów przemocy na ekranie, ​[w:] Małgorzata Hendrykowska, Marek Hendry-

kowski(red.): ​Przemoc na ekranie, ​Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, Poznań 2001, s. 190. 42

Krzysztof Loska, ​op.cit., ​s.96.

43

Pier Paolo Pasolini, ​op.cit., ​s. 202.

18


1920

StanisĹ&#x201A;aw Swen Czachorowski

/ 1994 19


N i e m

a

m

własnego mitu. Staram s ię

n a t om i a s t

posiadać, skrzętnie latami wypracowaną, umiejętność pokazywania tego, co i jak odczuwają moje zmysły. Samokrytyka — jest współczynnikiem talentu. Wartość jej występuje proporcjonalnie do wartości innych jej składników: — inteligencji, wynalazczości, wrażliwości, dobrego smaku, silnej woli, samozaparcia i odwagi. Epigonom zazwyczaj wystarcza posiadana, w równej mierze co spryt i zdolności naśladowcze, umiejętność w ocenie prekursora.

Indywidualność poety wynika chyba z kształtu jego widzenia: — tak patrzę, tak więc widzę, i taki przeto jest mój kształt… Nawiązując do popularnego zarzutu niekomunikatywności poezji awangardy, do owych antyczytelnych, nowoczesnych wydziwaczeń, to wydaje mi się, że rozwiązanie konfliktu jest bliskim kumplem problemów z teorii względności — … trzeba przedtem dobrze poznać matematykę. Treścią poezji jest miłość… Miłość, która jest dobra… Bowiem treścią poezji jest też mądrość… Mądrość, która jest awangardą myślenia… Bowiem treścią poezji jest odgadnąć, odczuć, przybliżyć. Treścią poezji jest walka… Ale treścią poezji jest roztropność… Jej pełnią — wiara w istotę ludzką… — Stanisław Swen Czachorowski Jest to chwilami bełkot zepsutych taśm — kawałki dobrego, czystego nagrania działają przejmująco przez kontrast. Jest to ciemny śpiew szamana — padające od czasu do czasu słowa jasne nabierają szczególnej ostrości w otaczającej je niesemantycznej pustce. — Jacek Trznadel Poetyka udziwniania, obrazów-dziwolągów, nonsensów, asematyzmów — zbliża tę poezję do twórczości ludowej. Znana jest wszak udziwniona aura poezji ludowej, wypokraczona wyobraźnia, zdeformowana, zgroteskowana rzeczywistość, gdzie często czynnikiem wzmacniającym deformację jest metafizyka ludowa o proweniencji obrzędowo-religijno-pogańskiej (...). Swen maluje nam folklor przedmiejski i małomiasteczkowy w postaci zmitologizowanej w jego wyobraźni. Świat ten dziś nie istnieje. Poeta jak archeolog wygrzebuje z kurzu niepamięci okruchy zapamiętanego pejzażu. A stąd już krok tylko do innej mitologii, do mitologii Grecji i Rzymu. (…)

Może to przeczucie poezji komputerowej, bo czasem wyobraźnia Swena przypomina komputer, w którego pamięć

20


wpisano całą wiedzę i mitologię, fizykę i metafizykę świata, poeta wprowadza tylko program, a maszyna sama wyrzuca szyfrowane rozwiązania-wiersze. Szyfr znany jest tylko poecie, a być może i on jest tego nieświadom, krytyk natomiast rozszyfrowuje wiersze drogą kolejnych przybliżeń interpretacyjnych, zbliża się do nich na odległość słowa. — Jan Marx

Czachorowski traktuje słowo jako literę, dźwięk, kształt, aluzję, symbol treści, nie posiadających własnego znaku. Obchodzi się tedy dość swobodnie z semantyką, buduje własny system oznaczania, własną składnię (i kontekst). W tym stanie rzeczy krytyk musi się poruszać po terenie nieznanym. — Aleksander Wilkoń Bohater liryczny tej poezji mówi do nas pewnym osobliwym tonem o życiu biednym, nieszczęśliwym, życiu ludzi biednych i zagubionych,

o zgrzebnej nędzy i bólu codziennej szarej egzystencji i jej możliwych radościach. — Jacek Trznadel Ścisłe związki z kulturą ludową w wierszach Czachorowskiego są zapewne wynikiem jego zafascynowania urodą przyrody, urokami gwary, swoistym ludowym humorem i zadumą nad ludzkim losem. — Jadwiga Bandrowska-Wróblewska Czachorowski wprowadza w obręb sonetu te elementy, które tradycyjnie były w nim nieobecne. Są nimi… aluzje folklorystyczne, czasem do tego stopnia, że sonet stanowi nawiązanie do śpiewki ludowej. — Michał Głowiński Bywa (...) Swen raczej zręcznym technikiem słowa niż poetą, choć słuch nigdy go nie zawodzi i słowa, neologizmy i nowotwory językowe wprowadzane w asemantyczny porządek przestają znaczyć, a zaczynają brzmieć. Czyli doprowadzając słowa do granicy tego, co cybernetycy nazywają szumem informacyjnym, językoznawcy zerem semantycznym, a vox populi bełkotem, Swen dokonuje swoistej transcendencji, przekracza granice jednej sztuki (semantycznej) — poezji, wkraczając w obręb drugiej (asemantycznej) — muzyki. — Jan Marx O sobie pisać nie umiem. A o tak zwanym Warsztacie pojęcia najmniejszego nie posiadam. Więc chyba tak:

— Czytajcie, a osądzicie sami… — Stanisław Swen Czachorowski

21


Stanisław Swen Czachorowski pieśń polna o kamieniu nieznany ojciec matka wszędypolna rozstawiona po smutkach

pejzaż drewnianych łyżek staszkowi grochowiakowi

kamień zamknięty na skobel jeden wszechwobec na łbie słońce wszystko ze łba cienia chusta w chustce mrowisko przy nim cisza wysypana z koszyka pod nim ziemia w której się zadrzemał przed nim dwa białe na łące szaro szarzej się plącze a on skamieniałym oberkiem jest cały

— łyżki łyżki wracajcie — boimy się pana łyżnika w drewienkach nas uciska wolimy piasek przesypywać

próżno pyzy tłumaczą z misy nie wybrane szare każde ze swą osobą kleiste cóż jesteśmy znikomy kształt i dziurka lecz łyżki z trzonkami dylu na badylu lisim orszakom na perkusjach korzeniem łaski zasiorbane w gobelin mchu wyzieleniały

dokoluśka sonet kto jest w białej koszuli — dokoluśka sennik dokoluśka szeleszczą liliowe komnatki oberek oberecek szeptane zdrowaśki kto jest róża matczyna — dokoluśka klęcznik kto jest cała muzyka — pokojowiec piękniś dokoluśka obrusik w czterech rogach piaski kujawiak kujawiaczek kornik bożej łaski kto jest węzeł miłosny — zachabrzony księżyc

łasząc biedronkę w ciepłych brzuszkach bez mis konturu ciamkań gąb oblane światłem rudych świątyń rosną głodne pod gęste skwary w omszałym gangu czarnej kory dopełnić łyżnik swego los

słuchaj jeśliś zapomniał pod którą powieką skrzypi trzy mile za piec piąte koło wzruszeń cztery piaski miłosne splotły śliwę wieczną cztery drogi wyniosły trójkąt ławnych znużeń cztery progi wyśniły strunę ostateczną i zatrzasnęły sonet w mazowiecką różę

22

Wiersze St. Swena Czachorowskiego wybrali Natalia Dziuba i Rafał Różewicz.


23


tryptyk nie ocalonemu

śpiewaj zebrany w pył uśmiechu

niech ocalony runął i ostygł śpiewa cień płaskie grono kamienia

niech ocalony cofnie rękę

muza bez płaszcza i bez ramion radioaktywną znosi różę

niech ocalony cofnie gniazdo

gwiazda kulisów rikszą nieba drze samurajski wiatr mieczami

niech ocalony cofnie ławy

litera ziemi

niech ocalony wróci kamień

sztywnieje drut elektronowy

muza bez kolan klękaj różę

niech ocalony wróci kamień

obrosła szkliwem bryła ciszy

tłum jelit rozwiej dymy rąk

niech ocalony wróci kamień i stań się wszystkiej kości głosu z tomu: planeta cykuty, 1966

rozbite w pył automaty pierzchają w summach niezlicznia ziemia rozpięta między słupy rzeźbioną plamą heban światła przeminął anioł elektryczny

ekskomunie powątpiewam w słuszność wspólnej powierzchni

ziemia kołysze nagie sznury

cofnięci w pagórach ciał klęczą moimi oknami

księżyc pomotał sine łby w podarte cienie fortepianów

wypatroszeni drżą w jelita

ziemia rozlała brzuch z popiołu

w kramach mam nawet odłupywacza serc poprzyrastałych tkanek odkręcacza zbytnich figurantów zaplecznika zapotrzebowań stolcowego kupczyka

niech ocalony

24


25


wynajmitę i odkrywacza

w ścisłość twierdzenia w jednolitą teorię pola

powątpiewam w słuszność wspólnej centrali wspólnej butelki oddechu zarodzenia planety pejzaży w tych samych szkłach przetartej szmaty zżętych kroków

powątpiewam w równość jedności

duszno gdy każde miejsce ile rąk

każdemu jego prawny chwyt

nogi więdną w łodygach zużycia

a jeżeli to wedle sum równania każdemu względną ciał właściwych

w każdym innym wypadku powątpiewam Warszawa, 16 III 1962

o jakże powątpiewam w sprzedawcę wspólnych spraw w harfiarza ideałów hodowcę czystej krwi bufona możliwości ascetę rzekomych przykładów krzewiciela i ogrodnika

z tomu: planeta cykuty, 1966

s.o.s. kiedy z ciemności pieczęć zdjęli ciemność pejzaże zagęściła sprzedawcy róż rozpięci w harfach

drzemią w optymistycznych podwórkach kapłanki i prezentacje

kamień na piętrach skrzyżowali place kołyszą się w asfaltach opony skwierczą w gęstej lurze

gębo — płoche chimery ciche siostry odpłatne kuchenne rezygnantki cóż wy biali wyznawcy muślinów roznosiciele krzywizn

tłum w żyłach miasta proglodyty tonącym w smogu wielkiej glątwy przeciwko murów dinozaurom dźwiga miejscówkę lwa w safari zduszonych skwarów legowiska

cofacze dzikich stanów pokrzykiwacze słońc

szeleszczą sęki psalmów drewna rdzewieją zwiędłe prostytutki

wy odnajdziecie swoją linię w beztroskiej chwili przemycenia

długie przystanki trasy ciała cowboye ulic rozczesani handlują martwe genitalia

po epokach mutacji pod rachunkami niezbadanych

starcy jak skórki wyliniałe schną na ławeczkach łapkę końca

powątpiewam

26

z tomu: klęczniki oriońskie, 1972


27


sztajer na starej

pejzaż or-ota

kulawy kundel pod murem siadł graj kataryna kręć korbą dziad z kulawym kundlem zatańcuj wiatr chrypaj sztajerem dziadowski grat

panie or-ocie rozchyl starocień rozchyl starocień panie or-ocie

— — — —

grynszpanowanimfa miedziowany smok kołatka gotycka różą peruk w głąb

pod murem starej kamienny ślad jakbyś w kamieniu rozkruszył kwiat to skamieniały sztajer sprzed lat na murze starej przetrwał jej świat

czas kuty w złocie otwórz na rozcież otwórz na rozcież czas kuty w złocie

— — — —

zakochany rzygacz rzyga miedzią w mit łuki to muzyka portale brzmią rytm

dziad wyjdź z popiołu cień korby schwyć zstąp kataryna pies warcz by być są wstają z martwych dziad skrzynia pies

panie or-ocie rozchyl starocień siebie czas kuty w złocie wszystka

— —

al fresco gołębie murzyn kamień

amen

otwórz na rozcież stąpań rozchyl starocień oczach panie or-ocie

fugą srebrnych

szklane anny w

amen kompozycja

ślad zniknął z muru by brzmieć że jest spaleni tańczą sztajera dat graj truchło pies cię w tamten twój świat z tomu: summa strony sonetu, 1967

z tomu: summa strony sonetu, 1967 muza erotyku autos branko mych ramion biała w nagiej korze znak twojej mocy moich warg koranem chylę się tobie niespełnionym dzbanem spełń moje gliny w spełnienia jeziorze struno dźwięcząca męskich jarów orzech noc między nami strąciła cyklamen i towarzyszy koronkowym pianem łzie zatrzaśniętej w ognistej komorze nimfo ze złotych ogrodów hesperyd nawo miłosna tobie zachwyt szczery za kształt i kunszta w miłosnym duecie po strunach róży słowikiem sczesana bądź pozdrowiona kapłanko różana w anadiomeńskich gołębic sonecie z tomu: summa strony sonetu, 1967

rybo z głębin kamienia płynąca cienie wieczności przenikasz w gęstych glonach bryłę spiętrzone rafy preatomów nieruchomiejesz w sobie czas w ciężarnych prądach ruchów rdzenia składasz ikrę po tarle w kryształach ciemność rozbłysków ją ogrzeje wykarmi plankton elektronów zielony mech strąconych gazów obrasta żywe jądro dna krzemienna rybo z łez materii przemijasz w anty mego ja z tomu: klęczniki oriońskie, 1972

28

strono


M10:

Nowa SkĹ&#x201A;odowska 29


Obecnie tzw. ruch anarchistyczny – nie tylko w Polsce, widzę podobne zjawisko za granicą – jest dotknięty trzema problemami:

goszyzmem, akcjonizmem i sektarianizmem.

W rzeczywistości te trzy zjawiska przenikają siebie nawzajem i wzmacniają. Jedno nie może istnieć bez pozostałych dwóch. GOSZYZM Goszyzm, choć jako termin pojawił się w latach dwudziestych ubiegłego wieku, to dzisiaj jest kojarzony jednoznacznie z ideologią ‘68 i kontestacji młodzieżowej (włącznie ze współczesnymi subkulturami odwołującymi się do lewicy). Mimo chlubnych, antybolszewickich początków, jest to obecnie synkretyczna mieszanka jedynie sloganów zaczerpniętych z marksizmu, anarchizmu i ekologii głębokiej. Jak każda mieszanka, goszyzm jest sprzeczny wewnętrznie, nb. jak można pogodzić postulat gospodarki centralnie planowanej i likwidacji przymusu państwowego? Atrakcyjność goszyzmu polega jednak na podawaniu prostych rozwiązań i zaspokojeniu emocjonalności pewnego typu osobowości – o czym za chwilę, przy okazji akcjonizmu. Jego postulaty są niemożliwe do zrealizowania – zarówno z powodów sprzeczności między nimi, jak i realiów społeczno-ekonomicznych – ale to nie stanowi żadnego problemu, dopóki jest on chroniony przez akcjonizm i sektarianizm. AKCJONIZM Akcje podejmowane przez ruch od początku lat dziewięćdziesiątych bywają potrzebne i skuteczne, ale jest też wiele niepotrzebnych i przynoszących skutki przeciwne od zamierzonych. Problem polega na tym, że kiedy nawet mają wymiar pozytywny, to ich wpływ w skali makro jest żaden. Nie chodzi mi o to by zaprzestać pozytywnej działalności, ale o to by stała się ona elementem szerszej zmiany. Akcjonizm zaspokaja jednak głęboką, emocjonalną potrzebę wielu działaczy pokazania systemowi palca. Skłonność do emocjonalnego odbioru rzeczywistości powoduje jednak, że często można odnieść wrażenie, że wielu radykalnych działaczy buntuje się przeciw organizacji życia jako takiej, a nie konkretnemu systemowi społeczno-ekonomicznemu. Wydaje się, że wierzą, iż po rewolucji nastąpi nowy Eden. Co system potrafi świetnie wykorzystać nie tylko do ośmieszenia anarchizmu jako takiego, ale do zaprezentowania się z dobrej strony, jaki to jest „tolerancyjny i wolnościowy, skoro nawet tacy wariaci mogą działać”. Ta emocjonalna nadwrażliwość jest zresztą widoczna w reakcji na wszelkie próby podjęcia dyskusji nad kierunkiem, w którym ruch anarchistyczny (nie) podąża. Emocjonalność ta wynika zarówno z sektarianizmu, jak i jest jego źródłem. To dwa nakręcające się nawzajem zjawiska. SEKTARIANIZM To truizm, ale wygląda na to, że trzeba w kółko przypominać: tylko w konfrontacji z przeciwnymi poglądami możemy zweryfikować swoje. Nikt, kto przemyślał i przeanalizował krytycznie swoje, nie może się obawiać dyskusji z innymi. Większość osób jest jednak zainteresowana tylko tym, by coś się działo (stąd akcyjność) i wspólną zabawą. Chcą w spokoju sączyć goszystowski koktajl z czerwono-czarną parasolką. Owszem, goszystowski miks jest łatwo przyswajalny, ale słabo przystaje nie tylko do anarchizmu, ale też do polskiej rzeczywistości 2017 roku. Dlatego wiedzą, że jakakolwiek konfrontacja z rzeczywistością musi wywołać kaca, a tego imprezowicze nie lubią. Wynika to chyba z (pod)świadomości słabości swoich poglądów, które mogą się rozpaść pod wpływem konfrontacji. Stąd też agresja werbalna, która w połączeniu z całym rozemocjonowaniem robi wrażenie histerii.

Ciekawym zjawiskiem jest też postawa roszczeniowa. Wielu ludzi oczekuje „pozytywnej oferty”. Uważają, że ruch społeczny (zróbmy to założenie) ma im coś oferować, a jak oferta nie będzie odpowiednia (zabawa, fajne akcje, pozytywne doświadczenie i przyjemna atmosfera bez zbędnego wysiłku i pracy nad sobą, a najlepiej nich ktoś przytuli i powie im jacy są zajebiści), to co? Obrażą się i pójdą sobie? Zapiszą się do Razem? A co jeżeli możemy tylko zaoferować: pot, krew i łzy…?

30


A

narchistka i anarchista powinien się ciągle rozwijać, dowiady-

wać się rzeczy nowych, przede wszystkim z wiedzy powszechnej, bo anarchizm ma sens tylko, kiedy będzie aplikowany w konkretnej rzeczywistości. Należy eksperymentować, szukać, puszczać wodze fantazji itd. Przecież bycie na marginesie powinno mieć ten plus, że nie trzeba się zbytnio martwić o image, no nie? Większość towarzystwa poprzestaje jednak na kilku klasykach (wersja optymistyczna) lub na agitkach i rożnego rodzaju ABC (wersja realistyczna). Doktrynerstwo króluje. Stąd też nawoływania do cenzury na Kongresie (sam fakt, iż ktoś ją zaproponował, świadczy o nędzy intelektualnej i moralnej także środowiska, nie tylko „ktosia”), czy wściekłe i emocjonalne, ale mało merytoryczne ataki na tych, którzy nie tylko nie chcą brać udziału w spektaklu, ale i pragną pchnąć ruch anarchistyczny na nowe tory, które mogą (nie przesądzam tego) dać nam realną szansę wpływu na rzeczywistość w skali makro. Prawda jest taka, że większości taki stan rzeczy odpowiada. Stąd sekowanie „innych” i komiczne bluzgi w stylu

N O W A SKŁODOWSKA Na czym polegała kiedyś siła przyciągania anarchizmu? Czemu tylu intelektualistów i przeciętnych ludzi potrafiło kiedyś utożsamić się z ideą zniesienia przymusu państwowego? Dzisiaj ludzie o wolnościowych, anarchistycznych poglądach funkcjonujący w mainstreamie i prowadzący wiele społecznych inicjatyw wolą się do nich nie przyznawać, ponieważ nie chcą być utożsamiani z goszystowskim gettem, które im samym jest trudno potraktować serio. Kto dzisiaj pamięta, że Curie-Skłodowska anarchizowała (jak i Piotr Curie) oraz pisywała do działu naukowego „La Revista Blanca”? No tak, ale które pismo anarchistyczne ma dzisiaj dział naukowy, nie mówiąc już o publicystce tego kalibru?

„ a n a r c h o k a p i t a l i ś c i ”, „ a n a r c h o fas z yś ci” c z y „anarchofeudał y ”. W

Dzisiaj anarchiści wydają pisma dla samych siebie, w których piszą o sobie. Kiedy ktoś stwierdzi, że szerokiej opinii publicznej to nie obchodzi, usłyszy, że jest reakcjonistą. Na jednym z forów przeczytałem ostatnio, że to „publika powinna się dostosować do nas, a nie my do niej”…

rzeczywistości ideologiczne zacietrzewienie – nawet w anturażu anarchistycznym – nie wygeneruje nowych pomysłów i rozwiązań, bez których skazani jesteśmy na wieczny sektarianizm oraz opowieści o „zniewoleniu przez wolność” (SIC!). Nadużywanie terminu „anarchokapitalista” jako wulgaryzmu w stosunku do każdego, kto nie chce truć umysłu goszystowskim koktajlem, spowodowało, że samo słowo straciło jakąkolwiek pojemność pojęciową i pozostaje pustą obelgą, którą można zbyć wzruszeniem ramion. Podobnie ciągłe gadanie o „dziadkach” jedynie dowodzi infantylności mówiących, ale niewiele mówi o adresatach. Wiem też, że raczej nie będzie w komentarzach poważnej polemiki tylko bluzgi. Wciąż te same, ponieważ innych płytka myśl goszystowska nie będzie potrafiła wygenerować – jej prostota jest widoczna choćby w najnowszym stwierdzeniu, że jak ktoś walczył

Anarchiści funkcjonowali kiedyś w głównym nurcie. Byli lekarzami, naukowcami, artystami. Tworzyli lub pracowali dla ludzi, dla szerokiej publiczności. Anarchizm im w tym nie przeszkadzał, ale stanowił siłę napędową ich działań. Nie wstydzili się pisać i mówić, że osiągnęli to, co osiągnęli, dzięki anarchistycznym przekonaniom. Cała ich postawa społeczna mówiła: jestem poważnym człowiekiem i to, co mówię o społeczeństwie, przemocy państwa i związanego z nim kapitału, też jest poważne, jak cały mój dorobek. Nie determinuje mnie łatka anarchisty, ale to, co osiągnąłem, czyni mnie anarchistą. Dla nich życie i funkcjonowanie w subkulturowym getcie nie miało sensu. Co można pożytecznego zrobić działając na śmietniku systemu? Pomoże się kilku pokrzywdzonym ludziom – to ważne i nie chodzi, aby tego zaniechać – ale celem powinno być usunięcie przyczyny nieszczęścia, a nie doraźne leczenie jego skutków. Czasy Judymów i Siłaczek też już minęły. Nie chodzi o to by „pójść w lud”, ale żeby zacząć zauważać rzeczywistość taką, jaką jest. Tylko funkcjonując i tworząc dla głównego nurtu możemy mieć na niego wpływ.

z PRL, to walczył o kapitalizm.

31


Praca nad sobą Kolejny truizm: zanim zaczniesz zmieniać społeczeństwo, zmień siebie. Pracuj nad sobą. Ucz się języków. Edukuj się. Lecz niekoniecznie klasykami, nb. co Bakunin, który zmarł 141 lat temu, może nam powiedzieć o dzisiejszej Polsce lub świecie? Na pewno nie da nikomu przepisu na zmianę obecnej rzeczywistości. Owszem, może być wyjściem do samodzielnej pracy, ale żeby wykonać taką pracę, to trzeba mieć narzędzia. Współczesne narzędzia i wiedzę o współczesnym świecie.

Konfucjusz miał powiedzieć, że wiedza bez myślenia jest daremna, a myślenie bez wiedzy niebezpieczne. No tak, ale to był reakcjonista, więc można to olać. Przede wszystkim wyjdź z getta, a cokolwiek robisz, rób dobrze. Znajdź pasję i się w niej realizuj. Lepszy dobry anarchista i nauczyciel tanga, niż sfrustrowany, utajniony syndykalista, co boi się założyć związek zawodowy w robocie. Pierwszy MOŻE zbierze ludzi wokół siebie, ale drugi na pewno będzie tylko truł. Zamiast gadać o przejmowaniu zakładów, załóż spółdzielnię. Nie, nie będzie łatwo. Potkniesz się nie raz i pewnie upadniesz nie dwa. Jeżeli jednak, ktoś ci obiecuje, że anarchizm i zmiana społeczna

O

statnią książką w mainstreamie, w której przemycono

myśl anarchistyczną (nie mówię o karykaturalnym obrazie anarchisty) byli wydani w 1974 roku „Wydziedziczeni” Le Guin. Od tamtej pory nic. Nowe rzeczy jednak same nie powstaną, jeśli to my ich nie stworzymy. Do tego jednak trzeba zejść z piedestału wzgardy dla kultury powszechnej i „zwykłych” ludzi. Wzgardy, która niestety równie często jest sposobem na ukrycie własnej mierności połączonej z wybujałymi, choć nieuzasadnionymi, ambicjami. Twórzmy gazety, które ludzie będą chcieli czytać i edukujmy ich przy okazji. Przemycajmy mniej lub bardziej jawnie idee anarchizmu. Stwórzmy naszego WIRUSA IDEI. Naśladowanie dzisiaj w formie i działaniu prasy z czasów podziemia to głupota i marnotrawstwo energii oraz środków. No chyba, że chodzi o to, aby pisać dla siebie o sobie. To, co potrzebujemy, to nowa Skłodowska, a właściwie ich armia. Piszcie książki dla zwykłych ludzi, dokonujcie odkryć, znajdźcie lekarstwo na raka, sięgnijcie gwiazd… Pozytywistyczne, no nie? Inaczej się nie da! Na pewno w getcie nowa Skłodowska się nie narodzi i nie będzie jej bez pracy nad sobą.

32

nastąpią bez zmiany w tobie, to cię oszukuje. Jeżeli mu wierzysz, to (pod)świadomie dajesz się oszukiwać lub ci tak wygodniej, bo to przecież tylko zabawa w rewolucję. Nie będę namawiał nikogo do zmiany diety, stylu życia czy rzucenia używek. Każdy jest panem swojego ciała, ale trudno mi sobie wyobrazić, że człowiek z ogorzałą twarzą, plączącym się językiem i „mięśniem” piwnym jest w stanie przekonać kogokolwiek do czegokolwiek lub będzie chociaż potraktowany poważnie.

Wszystko zależy chyba od tego, co jest dla kogo priorytetem: zabawa czy dotarcie do ludzi, realny wpływ na rzeczywistość społeczną. Generalnie mam wrażenie, że dominuje w tzw. środowisku obraza na społeczeństwo, iż nie jest takie, jak powinno być, jak to sobie działacze wyśnili. Mam wiadomość: nie będzie inne i sam homo sapiens się nie zmieni. Musicie pracować z tym, co macie.


NOWY PARADYGMAT Jako ruch społeczny potrzebujemy nowego paradygmatu działania. Musimy dotrzeć do ludzi, do powszechnej świadomości. Nie zrobimy tego powielając schemat podziemia, czy siedząc w getcie, poklepując się po plecach i mówiąc jacy jesteśmy zajebiści, tylko nikt nas nie rozumie. Nie twierdzę, że znam przepis na stworzenie nowego paradygmatu działania. Wiem jednak, jestem pewien, że jeżeli nic nie zmienimy dalsza marginalizacja ruchu anarchistycznego jest nieuchronna. Owszem będzie on trwał, ale w formie getta, swoistej świeckiej sekty. Jak Amisze „obecni w świecie, ale w nim nieuczestniczący.” Tylko z pobłażliwą pogardą patrzący na świat i ludzi, którzy nie zasługują na ich uwagę. Pół biedy, jeżeli skończy się to wycofaniem, gorzej, jak ktoś stwierdzi, że trzeba innych ukarać lub zmusić do kolektywistycznego raju. Całe szczęście, zdolność goszystowskiej imprezy do realizacji swoich wizji jest poza marginesem prawdopodobieństwa. Nie trzeba też porzucać tego pozytywnego, co już robimy. Akcji lokatorskich, czy związkowych (nie będę się wypowiadał o paranoi ZSP vs. IP, choć stanowi to ciekawy przykład sektarianizmu) lub Jedzenia Zamiast Bomb oraz wielu innych. Nie oszukujmy się jednak, one same nie zmienią rzeczywistości społecznej w skali makro. Ba! One nawet nie zmieniają nas, a często tylko hodują samozadowolenie. Jakby to nie brzmiało patetycznie, potrzebujemy nowego etosu anarchisty, bo to, co jest, to karykatura buntownika z fajnym kubkiem ze sklepu dla gadżeciarzy.

Pierwotnie

opublikowano

na

stronie:

h t t p s ://ma c pa r ia d k a .o r g / 2017/0 5/1 2 / opinie-nowa-sklodowska/

33


a j z e o p 34


Michalina Janyszek

Rafał Kwiatkowski

1000 haiku brutto w netto Mendy Filozofia

list do karkonoszy

rzeczy gonią

szlak by was trafił

uciekające

na szczytny cel przeznaczając (kul)turystę

myśl

przeciskacie nim drogę pełną dresów

w końcu wyszliśmy na ludzi i weszliśmy w człowieka

o piętrzących się pasach mówią że oryginalnym pikiem jest w nich przepaść Położnicze

Agitacyjne przyszły zmiany modernizm na ulicach

i ciążą oczekując

a tobie jakiś Deleuze

rozwiązania

sypie się pod wąsem

list do niczego jest we mnie taka gęstość i w tobie też wobec której zostajemy bezradni

Solidarnościowe

jak czerń na poziomie źrenicy pod wezwaniem tymczasowego dworca

Ludowe w uszach ludu gromadzi się woskowina

z papieskimi związkami

w iławie z kawą czaszki pijemy

zawodowymi

zgięte kręgosłupy i szyny o wiecznym metalu

można uderzyć tylko

w lepkim smaku

na linie kremówek

po peronie mijają się tu legendy a daje radę tylko słońce i czas rozkład który jest zawsze po kołach po rękach tnie zmarszczkami na początek przed nami i przed laty jest to samo poczekalnia na próżno pustego autora zaciska pięść kieszeni z głodu

Krasomówcze (w sensie eschatologic-

jadłowstręt

znym) po pół życia siekierą Adam

na lesie

obiecuje

zaczęła odgrywać się za ciężar przypadkowo tępej

Poprawę

godzinami roztrawiała co lubi nieść jeść i kiedy ostatnio jakiś hektar temu kawałek jej uległ ważyła normalnie tylko czasem szale rosły jej w rękach przemierzały papier byle ktoś obcy to wrąbał

35


psychoza połogowa w tym przypadku występowała ogólna chorobliwość w pisaniu tak zwany brak higieny twórczej wywołujący stany toksycznego splątania nie wiedziała wtedy kim jest i co rodzi znieczulona w granicach kartki obcymi emocjami można przeżywać przygody i tyle życia wewnętrznego później już w niej nie było nic nie wydała

wzory skróconego mnożenia pierwszy od dzieciństwa rysował kraty grubo od linijki więził przestrzeń w czterech kątach na które potem zbierał pół życia

bajka o świniach

przesiadując to z wyrokiem jak suma całości syna nigdy nie poznał

to dobra nowina że jest nas od.setek

drugi

w jednej do trzech lin(i) i wisząc chlewem

dość późno się z resztą rozmnożył

powszednim nie ma się czego bać skaczemy

wcześniej długo robiąc różnice między sobą a innymi

nim ktoś zwiąże półtusze w ciało do chleba

słowami rozwijał się w równych bokach trzeci całą młodość był normalny

potęga

zdążył nawet się wykształcić pisał podobno książkę nie zarabiał może dlatego

osoby trzecie pomagają nabrać dystansu

tak łatwo przyszło jej wydrapać go z siebie

więc ona teraz w swoim pokoju z przyjacielem

jak strup martwa bryła i on to teraz tylko różnica kwadratów

przeciąga się bo byli już kiedyś w sobie

czwarty

i zna ten teren w którym czas porusza się rytmicznie

suma tego samego myśli i zamyka kalendarz

w przód i tył wystarczy wypełnić tym ruchem

dobiega go wrzask dzieci kujący uszy z precyzją fryzjera odcina się od tego i wraca do kuchni

ciała jak obietnice wiszą teraz w powietrzu

zapala fajkę jest sobota koniec grudnia

między przeszkodami związków bliskie niedotrzymania obiektu

sumuje wszystkie rachunki i podnosi do metrażu uczuć tego w kuchni na pierwszy gest

nic nie zdradza przynajmniej to sobie mruży oczy uciekają w deszcz w ziemię za oknem

bajka o korozji wszyscy mogliby się jeszcze zakorzenić na szaro zrobioną narracją kluczymy

przy sobie mieć ciała na taką pustkę

do ostatniej kropli otwierając krajobraz gdzie skałą jestem gdzieś wysoko w chmurach

uczciwie między wdechem a pierwszym brudem

tam jak w magazynach też zbiera się woda

nad językiem ona mówi:

(w)ściekając ciężarem na starość

nawet z nim mam za mało w środku

która ma na celu gruntownie nas drążyć

dlatego tu jesteś

36


Monika Marianna Błaszczak Zakasany rękaw budowniczego stolicy Nie ma dnia, w którym by myśl mieszczańska nie święciła jakiegoś nowego triumfu. Tylko są to triumfy dziwnej natury. Początek drogi był udany są tu jednak elementy gorsze od tortur. Panie, które dokonują Modowych sądów w magazynie „Party” na potrzeby swoich artykułów udowadniają, że Warszawa to w zasadzie miasteczko małe i bezbarwne, a sąsiedzi chłodnym darzą się szacunkiem. W większości naszym bohaterkom nie służy Lok a la Elvis, bo proste bywa trudne. Ogólnie: Za mało klasyki, za dużo fiki-miki. Niski poziom edukacji w powszechnym i darmowym systemie nie pozwala swobodnie odróżniać podkoszulka w serek niehomogenizowany od tego w serek homogenizowany. Co więcej ani jedna z osób używających tego terminu nie chce pokusić się o wytłumaczenie. Jak widzę na zdjęciu, podkoszulek w serek niehomogenizowany w kolorze niebieskim aka błękitna bluzka, jest prawie niewidoczny, nie wiem jak skomentować. Niektórzy dementują, że żyjemy w czasach pokoju i prosperity i obok rytualnego: Nie znasz dnia ani godziny, Tra la la la. Wyraźnie słyszą szloch smokingu obrażonego towarzystwem butów z odsłoniętymi placami i kokardkami. (uwaga! Spoiler, must have sezonu) W stylizacji na lampucerę pokojówkę gustują przede wszystkim w zaciszu sieni, tuż przed wyjściem, w zaciszu sieni. Nasz status

Wszyscy bez sensu stoimy w kolejce po talent.

Jesteśmy tacy sami, tylko kilka lat starsi Pewnie zacinamy się na tych samych samogłoskach Szukamy ciągle tych samych rzeczy, tym razem z boku, z dołu, czy na górze? Bez szokowych terapii nie jesteśmy w stanie pić inaczej, palić inaczej – chyba, że więcej (Przybywa nam lat) Jesteśmy zbyt rozwinięci, by liczyć to w zmarszczkach, zbyt wykształceni by gadać o kupkach, Zbyt rozrzutni by wypominać na kredyty lub domy, które dali nam rodzice Neohermetyzm

Gwiezdne wojny nadal tańczą, Internet śmiga, czekamy na eXistenZ i wycieczki na kredyt/Księżyc/ w pamięci A biały rusek smakuje jak biały rusek, Kubanki nadal zwijają na udach to co traktujemy jak papierosy

Dzień się chwieje na gruzach kiczu. Niektóre rzeczy nie przechodzą przez bramę. Domy ustawione na szachownicy – smutek, bo pion bije hrabię.

Jesteś już tylko statusem na facebooku, nie wiem jak sypiasz dziękuję

(Komunizm meldował ludzi w kurniku, kapitalizm położył na nim blachę.) Drumla Rummla i wigwam myśliwski. Żadne komendy kapitana zwanego wilkiem morskim. Nie od razu wiedzieliśmy, że urodził się w Łodzi. Na gruzach tylko stopy czują, wysokie pokrzywy, widać lemura, rok 67, o bukach wiemy że są więcej niż stare. W restauracji tylko stary człowiek i może, w trakcie kolacji tylko młody, bo biega. Podobno technologia zmusza nas do słuchania muzyki do trzeciego taktu na coraz gorszym sprzęcie. Samanta jest pewnie gdzieś na pustyni, nam ciągnie od stawu.

37


Szymon Domagała-Jakuć Erotyk do miasta (Łódź wciąż ma na imię) Ukryłem się w tobie, miasto, pomyślałem, że mogę, skoro inne miejsca są zajęte. Oby czas niełaski wykruszył się z twoich ust, w których rozpoznaję ziemie niczyje. Miasto, przecież jesteś światem, ja w tobie przechodniem, miasto prawdziwe, wpatrzone we mnie, ja w tobie przechodniem, miasto wtulone w to, co moje, ja w tobie przechodniem. Przejdź się po mnie, jestem w stanie wyjść z ciebie jak mężczyzna,

Dzieci Łodzi

twardy, czerwony, gorący, a wychodząc twarz o wiązanki wytrzeć. Nie robię tego, choć w oczach mam wilgotne kamienice,

Mój syn ma tylko pół matki,

w oczach wyprawkę dla Łodzi.

w matce mego syna matek jest wiele,

Gdy umrę, zostanę w tobie, miasto,

to dzieje się o północy na Grabowej

gdy umrę, wejdę w ciebie jeszcze głębiej,

i syn mój szuka drugiej połówki.

blady, sztywny, tam w dole, skończę w tobie.

Matka matce nierówna,

Póki co zabijasz mnie, a nie zostawiasz żadnego śladu.

matka mego syna jest ze wschodu i ja pełen wschodu jestem. W matce mego syna synów jest wielu,

Oglądam twoją nagość, a wciąż jestem oczkiem w twojej głowie. Ukryłem się w tobie, miasto, pomyślałem, że mogę, skoro inne miejsca są zajęte,

podobno kiedyś jeden z nich w Parku Śledzia sprzedał Króla Żydowskiego za miskę soczewicy. Szepczą, że za karę mój syn ma tylko pół matki. Połowa twarzy mojego syna zajęła się ogniem, druga należy do kominów. Matka mego syna, gdy trzeźwieje, patrzy na miasto tylko lewym okiem, gdyż prawe jej oko nie wie, co to post-industrial. Cała jej twarz zmierzcha.

Niekwaszony król (Jak to będzie z przyjściem Syna Człowieczego) Zstąp Jezu, niegodziwe me pisanie Zstąp Jezu, dla czarnych, czerwonych, Mefisto rozedrgany Zstąp Jezu, poezja to pijany kierowca Zstąp Jezu, Chryste Eleison, koprolalia magikana Zstąp Jezu, moja twarz to teologia negatywna Zstąp Jezu, prawica nie wie, że jesteś lewakiem a lewica nic o Tobie nie wie Twoje miasto wieczyste pod dłonią z łapówek Twoje miasto wieczyste zbyt wysokie dla Diabła Zstąp Jezu, naciskaj waści na pedał zaprawdę, gdy Ty przychodzisz, pedał odpada Nie zwlekaj, z Tobą opada biały dym Zstąp Jezu, łaska to opluta kobieta Zasłużyłem na Twe przyjście, dlaczego je opóźniasz Zstąp do mojej przecwelonej Polski jeśli tego nie zrobisz, znajdę Cię Za moim oknem, w oddali, powyżej, pedałuje zmierzch.

38

skoro inne miejsca są święte.


Gabriela Iwińska

Zakład Dzwonek na przerwę, Klasa pracująca pilnie uczęszcza Do zakładu pracy

Jutro jest rok temu Czy wiesz, co było dawniej – wczoraj czy ubiegły rok kiedy byłeś? Wczoraj należy już do innej definicji po której pamięć przemieszcza się nerwowo szuka miejsca by usiąść. To co jest blisko to data. Sama otwiera drzwi wchodzi wskazuje miejsca. Wiem co będzie jutro: przyjdziesz i wymienimy się słowami. Chociaż wcale się nie zobaczymy.

Jasiu dostał trójkę, a Małgosia czwórę Za znikomą aktywność na lekcji życia I nieefektywność pracy Zły Jasiu wraca z pracy do domu Odrobić lekcję z bazy danych Wysyłając maile do firm ze służbowej poczty Małgosia szczyci się dobrym kontaktem z kierownictwem Oraz ocenami Za aktywność w miejscu pracy Może się pochwalić rodzicom kupnem butów z Lacoste

Święta Bożego Narodzenia. Czas radości i bliskości A ty dziewczynko nie dostaniesz prezentu. Tatuś cię nie kocha, Mikołaj nie istnieje. Tatuś ma teraz inne dziewczynki, niezbyt grzeczne, ale zrozum, masz w sobie za dużo światła, a wiesz, to razi, to parzy ciemne momenty pod skórą. Twoje światło jest energooszczędne, zużywa się wolniej, jednak, nie zapominaj, zużywa się. Zużyjesz się na szarość. Ale na razie ciesz się. Piękny czas, świąteczny, choinka. Aż głupio. Możesz podejść do okna, jest gwiazdka. Życzenie. Oczywiście. Nie. Nie przyjdzie.

i torebką Gucciego Rodzice Małgosi są z niej dumni Ambitna dziewczynka, zawsze była pilną uczennicą Małgosia zapomniała dodać, że jest równie pilna W podwalaniu współuczennic na tym samym stanowisku kierownikom brygadzistom i pobliskim uczniom łącznie z magazynierem Była także pilną uczennicą, iż udzielała korepetycji Z obsługi programu bazy danych produktów eksportowanych Głównemu kierownikowi w środku nocy Jaś musiał wkładać więcej wysiłku W swoje odrobione prace By móc za te oceny kupić sobie chleb i masło

zaklęcia Powiedz to głośno: jutro. Słyszysz jak tam nas nie ma? Ale za to możesz zaplanować wakacje o północy z dwuosobowym łóżkiem lub ćwiczenie dykcji na zdaniu bez ciebie lub możesz zaplanować czasowniki które będą pasowały tylko do pory „zawsze” i tylko do „nigdy” lub możesz jak zwykle na wszystko powiedzieć to bez sensu; i gdybym jutro mogła – zgodziłabym się.

Zakład pracy oceniał surowo swoich uczniów Była to renomowana firma Z certyfikatem międzynarodowym Uczniowie nie mieli lekko Niektórzy potrafili nie spać, Byle tylko podnieść wyniki Małgosia była śliczna, mądra i zbrukana Wracała o świcie do domu Krzycząc światłem popękanych żarówek

39


Natalia Dziuba Balkon Płynąć z prądem Miejsce spotkań towarzyskich Sprawy układają się

Ludzi hurtowo palących

gładko, niczym gładź szpachlowa

Za 13,50zł oddają płuca

kładziona na sąsiednich blokach, w zaułkach zasilanych prądem; a z prądem płyną

Transplantacja rakotwórcza Kremacja zwłok kończy się w popielniczce

śmieci w okolicznej rzece (słowo river każe wierzyć,

Na parapecie nie ma komu postawić znicza

że jesteśmy na riwierze), gdzie ludzie opalają się przy centralnym ogrzewaniu – i oczekują

Ani chryzantem Nie ma kłótni o to,

wyjścia do pracy, szkoły, gdzie będzie mieć miejsce

Kto jak ma ułożyć kwiaty na nagrobku

wykład o wysokości prądu we wtyczkach łączących ze światem; a gdyby wyłączyć ten kontakt Petami dzielą swój los jednym pociągnięciem ręki? Świat zgasłby i rozwarstwił, i zabrakłoby powietrza w amperach,

Umarłych poetów, którzy nie napiszą trenu Do Urszulki

a wyładowania wyładowywałyby się na ludziach; ot, przemoc fizyczna

Urszulka bawi się radośnie misiem Podczas kiedy dorośli palą

za płynięcie z prądem: i dalej z tym nurtem –

Nie wychodź na balkon, słyszy

smartfon zamiast amperomierza Do umarłych nie wychodzi się wcale laptop, koło ratunkowe dla ludzi ładujący się u podstaw.

Ani z nimi się nie bawi Pogrzeb się kończy Brama zostaje otwarta dla ludzi

Ugaszenie

Stamtąd wypływających I mogących się zająć dzieckiem

Gaszę ludzi w popielniczce popiół zbiera się

Urszulka zarządza zabawę w kotka I myszkę Myszy zostają złapane w paczce papierosów

na dnie i łapie oddech

Dla Popiela nie ma ratunku

Świat dogasa,

Zostanie on zjedzony przez nie Ogonki wesoło sterczą z pudełka po Marlboro

jak pet rzucony pod niczyimi nogami; Popielniczka, zbiór oddechów będący odpadkiem; Na co komu spokój skoro się w niej duszą

40


Rafał Różewicz Księgarz przychodzi posprzątać

wszyscy kładą na ciebie stoliczku nakrywasz ich na tym że oni czytają piją najczęściej jednak śpią a ty całe życie musisz na czworakach W dziale, wszędzie proch

Odrzucać i przyjmować idee jak aport psu Tomasz Pułka

Wziąć sobie ciebie, serce, do serca, do jednej z komór i tam zagazować. Bo czy ktoś spytał serce o zdanie, czy nie ma dość rozruchów u siebie na kwadracie – w stacji pomp, która pompuje balon, aż do skutku (wdech i wydech, jak przyjmowanie życia i jego odrzucanie), bo co to za kupowanie w ciemno i z drugiej ręki, kiedy świat był tu jadalny już przed nami i czerwienił się? Za plecami świadczył, podtykając pod nos Pismo, że nie ma miejsca na ani jedno nasze kichnięcie – wielkie nieba pisze się wielkimi literami. Jak wziąć sobie do serca to zdanie, góruje nad wersami, jak balon unoszący się nad stacją pomp – pompuje ile wlezie, by wyrobić normę w dawkowaniu prawdy tak pompatycznej i nie do przełknięcia jednym haustem na kwadracie z kolegami; ich serca przyszły po twoje kobiety i wzięły się w garść. Pracują tak głośno, że nic o nich nie słychać. Kiedy serca biją w tarabany w innych centrach i słychać jak je biją.

41


Wskaźniki muszą się zgadzać

W wannie jak na sawannie: wysokie trawy emalii (niebawem wszyscy będziemy trawą) i chłopcy zasadzać jej będą kopniaki – dopiero wyszli z barów mlecznych swych matek, Kim jest ten dziwny nieznajomy? a przemysł piłkarski już im narzuca zdanie: stroje, herby, paski, jak pasiaki z numerami, by kopali ile wlezie

Na półkach jak pryczach – książki

– futbol to popularny sport, bo opiera się na kopaniu

niczym polityczni więźniowie. Nie do końca wiadomo, co z nimi zrobić.

leżącego (piłki). Gdzie spojrzeć: już jesteśmy trawą, palimy w

Więc są, liczeni w setkach stron świata?

wannach; ten, co dorósł do zimnego prysznica, wpadł pod kolejną rynnę –

Młodzieńcu, studencie, kimkolwiek jesteś,

jest pusta wtedy, gdy uchodzi z niej powietrze. W przyrodzie

bo wiem, że nie wiem, i nie ma w tym żadnej filozofii: od czterech lat tu przychodzisz

nic nie uchodzi na sucho; ginie gdzieś za to robaczek dla samego

i ja przychodzę; nic, żadnego słowa, tylko się ocieramy

efektu i daj go na transparent, skoro nawet nie wiesz;

o podobne tematy, i nic, żadnej wymiany, jakby wszystko było

wannom się nie przelewa, gnieździmy się w nich,

jasne i każdy z nas pił to piwo. Co tu dodać, tyle słów, że chyba jest coś na rzeczy; problemy, które

bo – o, tam – nie ma dla nas miejsca. Dla nas

odkrywamy co rusz, siedząc w tych papierach,

mydlenie oczu. Dla nas kaczuszka sensu –

całe dnie bez nocy; w nocy leżąc na nich, sądząc po regałach

chropowata i bez piór.

problemy urosły ponad stan. I trzeba nam pleców; drabiny albo gościa, któremu nie robi różnicy, co nosi, bo zniósł już wszystko na tej gospodarce. Co o tym sądzisz? Siedzisz w tym tak samo, jak ja. Czego tu szukasz, że jeszcze nie znalazłeś; zdania, które by sprawiło, że odgarnąłbyś włosy z czoła, wyszedł i nie wrócił jak wiersz? Ale wracasz jak do punktu wyjścia, bo teraz wszędzie trzeba wychodzić jak najlepiej. I ty w to wchodzisz od czterech lat? Wchodzę. Wychodzisz. Nic, żadnego słowa; księgarnia, w niej tyle słów zostało upchanych, że ciężko coś powiedzieć. A wystarczyłoby: „Dzień dobry”, „Cześć, co tam”? „Leci, jak z rąk”. Wypadałoby je sobie podać, kolego z tej samej celi

42


Anna Adamowicz

pamięć prądu

w której jest wszystko: iskra przenikająca pierwotną zupę dreszczem schodzącym w głąb kręgosłupa po kroplach bursztynu do elektrocytów strętw i drętw, z których otwartych pyszczków można przelewać ładunki w butelki lejdejskie i żarówki, hodować jak w małżach, formować sznury i pętlami zarzucać na szyje ludziom i słoniom takim jak Topsy. bo za błędy jest metalowy wieniec ciasno obejmujący czaszkę, miedziane sandały, kurtyna z dymu, prąd pstrykający w każdą cząstkę ciała i sunący dalej - w sieci trakcyjne, telewizory, szkliste biurowce i kabel laptopa, w klawiaturę którego stukam, nim podejdę do okna,

układy. płuco

wychylę się. powietrze po burzy pachnie słono trzymając cię – smukłą wiolonczelę – palcem skracać oddech jak strunę, dla zabawy kołysać wahadłem szabli tuż nad klatką, marzyć o pierścieniach skrywanych krtanią. przy Bożym grobie

po wszystkim słyszeć chropawe tachypnoe, dziesiątki paznokci drapiących styropian. wyobrażać sobie płuca jako srebrną gąbkę zdolną przyjąć wszystko – ocet, miód,

ciało po przejściu traci wszelki walor, kwitnąc zielenią i fioletem jak wrzosowisko,

Europę tętniącą konwulsyjnie, jakby ktoś ją wywlókł

na przemian to kurczy się, to puchnie, wprawia

na brzeg. niedługo nam wszystkim odejmie oddech.

w zakłopotanie nagłą obcością – zwłaszcza

zeskrobiemy wcześniej łuskę na szczęście?

kiedy sznureczki krwi oplatają korpus. a Tobie nie można zarzucić niczego, spocząłeś na katafalku na chwilę: sypka grzywa włosów wokół odchylonej głowy, gładka szyja, alabastrowa klata ze śladem po kocim paznokciu otoczona zwiewną całunową suknią. diwo pozująca do impulse-taken photo, anatomiczna Wenus przed odjęciem powłok – ilu chłopców i dziewcząt uwiodłeś, ilu przekonałeś do umierania w imię Ojca, skoro nagroda to zalaminowanie, wieczność w wypukłych puzzlach plastynatu?

43


Dawid Mateusz

Ona; Ancel

Marcin Czerwiński

O. Żebro; które ścięgnom wydarł krzyk śpiącej w jakimś lesie pod Biłgorajem czy Zamościem; przebije serce temu, który dotknął ścięgna - żebra.

Progress Obrywające się dachy Sople lodu zabijające przechodniów Wybuchy junkersów w łazienkach A jeszcze nie powiedziałem najgorszego. Świat płonie. Zdziwisz się, że to mnie uspokaja? Nie zdziwisz się, że to mnie uspokaja. To któryś budda. Na samym końcu piętrowych atrakcji jest zagłada. Kogokolwiek. Czegokolwiek. Na samym końcu nie ma nic. Jak w filmie Beli Tarra o koniu turyńskim.

N. Drzewo; korzeń - perseid wyrwany płotu pożarem jak powiat, przebije krtań tej, której dotknął płomień - drzewo. A. Drewno; które gniciem zabrano nam: drzwiom domu, w którym zabito okna jak drzewo iskrą zabrane płotu, jak żebro krzykiem wydarte ścięgnom;

Sztuka Prolog. Słońce wschodzi. Kształty wyostrzają się, barwy nabierają impetu.

mości się wewnątrz, już wije do snu.

Laska przesyła kolesiowi zdjęcia. “Nie masz więcej?”, pyta kolo, jest po siłce. “Nie mam. A spotkasz się ze mną?”. Ona nie wie, że słowa “Nie masz więcej?” oznaczają: “Jesteś brzydka jak gówno w betoniarce”. Przerwa na papierosa. Przepływają chmury szare, grafitowe i stalowe. Zrywa się wiatr i niebo na powrót uzyskuje spokój. “Ej no, nie założyłeś kondoma”, to ona. “To se weź szlauf i obmyj, dziwo”. On nazywa tak irygator. Epilog. Słońce zachodzi. Wschodzą gwiazdy, miriady gwiazd i planet identycznych do tej.

44


Jacek Żebrowski Jacek Kuroń rozmawia z Adamem Michnikiem kiedy pod oknem przechodzi David Bowie Jacek Kuroń rozmawia z Adamem Michnikiem, a pod oknem przechodzi David Bowie Dworzec Gdański wciąż widać leje po bombach ślady kul robole przerzucają węgiel we mgle – Warszawa ‘76. Południowy wschód Dziewczyna, która walczy z automatem telefonicznym na pieniądze pomiędzy przystankami New Cross a New Cross Gate; obok middle class wankers, którzy wpierdalają frytki; pijaczka rozsypuje monety i zbiera je do torebki, wyciera przepalony nos głośno smarkając w bocznej alejce; jedyny na przystanku cockney podchodzi do automatu i sprawdza czy naprawdę działa. Ontologia życia codziennego część I Wstawać o 5.30 sikać zęby umyć wodę wypić czytać pisać cokolwiek zjeść pisać czytać pisać wodę wypić cygareta skurzyć za oknem poranka słuchać pisać. iść znowu spać później wstać śniadanie zjeść. Captaina Beefhearta to na wieczór zostawić.

45


Grzegorz Giedrys Greta Garbo opowiada, dlaczego jest samotna

Liza Minnelli boi się, że we śnie zjedzą ją koty

„W sercu Jezusa jest miejsce nawet na tak zimne

Płaczę bez powodu i dzwonię do ciebie tylko, gdy jestem pijana.

kurwy jak ty”,

Powiedz w lustro: Liza, Liza, Liza. Przyjdę. I ręce będę miała

krzyknęła i zamknęła drzwi. Nie zaczęło się, więc nie

jak krwotok, a palce zimne, pijawki zamiast brwi, tatuaż jak

miało co się

wodorost na łydce. Musisz tego chcieć, inaczej to gwałt, mein Herr.

kończyć. Taka słodka. Jej kolana - małe ludziki w maskach gazowych. „Twoja cipka pachnie cynamonem”, powiedziałam i cała była moja.

Powiedz proszę. Teraz zło pisze horoskopy, źle zodiaki przędzie. Nie ma dla nas żadnego ratunku, my to za dużo powiedziane. Wruchaj mnie proszę w ziemię, wruchaj mnie w ściany, wruchaj we wszystkie swoje dywany, mein Herr.

Pewnie zalało i znów przed deszczem schroniła się w Tesco.

Masz kogoś, ja kogoś mam. Moje dziecko, moja krew,

Wiatr porwał parasolkę. Zło jest jeszcze niejasne i

najlepszy lubrykant. Zbiera mi się na płacz, zbiera się na deszcz.

rozcieńczone,

Spędzone z tobą noce są jak spędzone płody. Nie liż ręki, lizały ją

wsiąka tu i ówdzie. A miasto to lista przedmiotów straconych w ogniu.

koty. Trzymaj się z dala od moich snów, nie wchodź, nie męcz.

Pożółkło niebo, aniołowie układają żółte hymny. Nic z ciebie nie będzie.

Mein Herr, w najgorszy deszcz płaczę bez powodu, mażę się. Boli. Czarna kreska na powiece zbliża się powoli do serca.

Jest mała, znosi do kąta kosmaty kurz, suchy chleb, planuje ucieczkę, ale ucieczki nie będzie. Niewiele było i będzie. Syrop płynie w żyłach,

Judy Garland patrzy w lustro i nie poznaje siebie

cała rzeka syropu, od której się ślepnie, która w niej produkuje alkohol.

Muszę siebie narysować. Jestem niespójna jak zły sen,

Jest stara, znosi do kąta pomarszczony kurz. Jej

jakbym narodziła się z zemsty. Oko za ząb, ząb za oko.

serce to popielniczka.

Narysować usta w miejscu ust, oczy w miejsce oczu, wielkie plamy na wielkie plamy, mniejsze plamy na mniejsze.

Było po mnie kilka miłości. Starożytniczki o przetłuszczonych włosach i gorącej cerze. Romanistki o wiecznie zimnych palcach, weganki o pomarańczowych piętach z nadmiaru karotenu, z

Wiatr niesie wiosnę i szarańczę, smutek jest w całym mieście. Blizny na moim sercu są wrażliwe na zmiany pogody. W bliznach chowa się mikrofilmy. Czy tańczyłeś Macarenę z szatanem? Sięgam do torebki, torebka jest pełna krwi.

lekką awitaminozą, zakurzone, wyciągnięte z najniższej szuflady na świąteczne łańcuchy.

Menedżer kazał mi się skrobać, moja cipka jest nawiedzona. Nasze dzieci byłyby chujami, pogódźmy się z tym. Byłabym postrachem ich strachów. Przepalimy się przez noc, przepocimy

„Umówmy się na bezpieczne słowo, zróbmy to dla

wszystkie prześcieradła. Rzeka nie zaprowadzi nas do domu.

naszego dobra” tak się nie zaczęło i nie miało kończyć. Wybaczam ci wiarę, że po śmierci

Moja cipka jest nawiedzona. Coś we mnie straszy, potrząsa łańcuchami, przestawia meble, huczy w kominach i przewodach.

dusza wędruje do Szwecji. Wszystkie blizny, które po

Tłuste marnotrawstwo miejsca. Wiosna i szarańcza panoszą się

mnie zostały.

w mieście. Z tłustego śladu na lustrze rozchodzą się tłuste kręgi.

Rzęsy jak ściegi na powiekach. Oczy na mój widok obrane z powiek.

46


Victor Moscoso 47


Maria M. Gilbert Hermandez 48


Spain Rodriguez 49


50

Noel Freibert


K N PU

RT A R E D SI T U /O 51


Chris Wilson /

Końskie szerokości

Eryk był pierwszym, który mnie poczęstował heroiną. Jules nie przepadała za nią. Wolała szampana i pieprzenie się z młodymi

chłopcami. Poderwała mnie na plaży w Grecji, kiedy miałem 18 lat i żyłem z oczyszczania resztek zostawianych na stolikach restauracyjnych przez klientów, odlatując co noc na plaży pijany Metaxą i Ouzo. Mijałem ją siedzącą przy barze, kiedy mnie zaczepiała wsadzając palce w moje spodnie i pytała: “Cześć, ty, jak masz na imię?” Była tancerką flamenco, która wykonywała ten wampiryczny taniec ze sztyletami, z włosami barwionymi na czarno. Zabrała mnie do Londynu i poznała z całą tą fałszywą dekadencką hałastrą, która pojawia się zawsze tam, gdzie ludzie mają wszystkiego za dużo, a był to Londyn roku 1979. Derek Jarman, Andrew Logan, the Blitz Kids, St Martins44 udający, że są na dworze Kaliguli, to było tak oszukane i przekombinowane jak zmarszczki na sukience Marii Antoniny, ale wszystko zmieniło się gdy zobaczyłem Virgin Prunes w The Lyceum i spotkałem ekipę z Killing Joke, wtedy zdałem sobie sprawę, że płynie jakaś podziemna rzeka pod tą pianką cywilizacji.

Jules nigdy nie mogła dojść, nie ważne ilu chłopców by pierdoliła, po prostu nie mogła. Bardzo bym chciał cofnąć się te 30 lat wstecz i

spróbować znowu, to znaczy sprawić, żeby w końcu się spuściła, życie z nią było jebanym koszmarem, ale ona sama była piękna. Ludzie na ulicy się rozstępowali gdy szła czarując tą swoją zepsutą elegancją. Na jakiejś imprezie gdzie spotkaliśmy jej byłego, Daniela i jego nową dziewczynę, Lesley, zaproponowała w niewinnej rozmowie, żeby ceremonialnie zaprowadzić mnie za rączkę do toalety, a tam kucając na krawędzi wyjebać ją, po czym wygładzając swoją cygańską spódnicę wzięłaby mnie z powrotem do stołu prowadząc jak Salome niosąca głowę Jana Chrzciciela pokazując ją swojemu dworowi aby podziwiał, i mówię, jak tu jej nie kochać?

Kiedy pierwszy raz zażywasz heroinę rzygasz wodą święconą, a twój kutas jest jak góra z głębokimi korzeniami, kiedy ruchasz jesteś

silny jak ogier lipicański i miażdżysz jej miednicę jak płyty tektoniczne drążące Rów Mariański, ale to nie wystarcza. Potrzeba prawdopodobnie coś około dwóch tygodni używania, żeby role się odwróciły i to ciebie koń zaczyna ujeżdżać. Tyle wiem, że Londyn, Nowy Jork i San Francisco zlały się w jedną pięcioletnią mgłę transwestytów, dilerów dragów, sesji zdjęciowych Jules, brandy i szampana. Jules płaciła za wszystko i powoli zaczęło to zbierać we mnie swoje żniwo, ustawiała dla mnie rozmowy o pracę i dawała codziennie rano szmal, a ja spędzałem dzień w kinach oglądając Komediantów Carné albo filmy Kurosawy i opowiadałem niezliczone kłamstwa na temat prac, które miałem dostać, nie chciałem pracować, nie chciałem robić niczego innego oprócz tego, aby się mną opiekowano ale wiedziałem że opiekowanie się mną było równoznaczne z pocałunkiem śmierci.

Chciałbym powiedzieć coś o zdradzie chciałbym opowiedzieć o tym jak pierwszy raz ukradłem pieniądze z portmonetki mojej matki

a miałem wtedy 10 lat i kiedy ją otworzyła wpadła w płacz bo to były ostatnie dolary jakie jej zostały ponieważ niedawno właśnie wyrzuciła mojego starego z domu i potrzebowaliśmy ich na jedzenie. Wydałem to z Richardem Lebisem, ostatnie 10 dolców mojej matki, na torbę pełną nasion konopii. Mógł mnie orżnąć ale jeszcze wiele rzeczy wtedy nie kumałem a ona płakała i płakała a ja kleiłem durnia i mówiłem że nie wiem o co chodzi chociaż i ona wiedziała i ja wiedziałem. Zanim więc skończyłem 12 lat złamałem już dziewięć z dziesięciu przykazań. Nie musiałem być indoktrynowany przez społeczeństwo, to były naturalne emocjonalne reakcje, jestem więc esencjalistą, animistą, a nawet witalistą, mam naturalną skłonność do zbrodni jako sposób łagodzenia nieakceptowalnych sytuacji. Włamywałem się do domów uciekałem brałem wszystkie możliwe dragi jakie mogłem znaleźć malowałem własną krwią i pieprzyłem żonę mojego ojca. Było tak dopóki nie przeczytałem Jeana Geneta, kiedy dowiedziałem, że jestem błogosławiony.

Wujek Dootie wprowadził mnie we wspaniały świat dożylnych iniekcji. Reggie i ja mieliśmy zespół. To były wczesne lata osiem-

dziesiąte w San Francisco i Reggie miał czarną dziewczynę z Nowego Jorku, a Wujek Dootie to jej starszy brat Warren. Warren był modny, bystry i miał klasę, mial fryzurę w stylu Jamesa Deana zrobioną z małych dredów, tatuaże na ramionach i klacie i był wysoki, szczupły i ostry jak brzytwa coś jak czarny Willy DeVille45. Tak więc napierdalamy muzę w The Vats46 na południe od Market Street w starym browarze Hammsa przejętym przez punkowe plemiona grające tam non stop 24 godziny na dobę w samym środku pustych kadzi używanych kiedyś do warzenia piwa, są tu Millions of Dead Cops, The Dicks, The Fuck-Ups, American Music Club, pierwszy skład Faith No More. Marc Pauline i jego Survival Research Laboratories mieszkają tuż za rogiem ale wszystko to znika w strzykawce kokainy którą Warren wbija mi w ramię pomiędzy utworami. Hej, stoimy tu i czekamy w rządku jak jakaś banda jebanych pingwinów z podwiniętymi rękawami a Warren się brechta jakby cię rżnął w dupę a ty nie możesz nic powiedzieć ani zaprotestować tak jesteś naszprycowany, Jonny, Reggie, Beckie, Gary z Oklahomy i ja. Łał kurwa to było nawet lepsze niż granie na cały regulator, teraz staramy się szybko grać żeby dać sobie następnego strzała, a zresztą jebać piosenki i gitarę napieprzajmy w żyłę cały czas o tak o tak o tak o kurwa tak tak tak! Byłem wcześniej zwykłym kolesiem który pił sobie brandy i Rainer Ale wciągał czystą metę i koks palił herolda z pazłotka czasem go podgrzewał i wstrzykiwał do nosa ale to wszystko to była

52


dziecinada w porównaniu z dożylnym strzałem kokainy, a kiedy dodałeś trochę heroiny to wychodziła perfekcyjna mikstura to było jak lot rakietą z jedwabnym spadochronem falującym idealnie z twoim kokainowym rozpierdolem.

(...)

Heroina jest tania w Kalifornii, sprowadzają ją z gór Sinaloa pół drogi między

opium a “białą chińszczyzną”, jest czarna jak smoła i mówi się na to chiva co po hiszpańsku znaczy ‘kozie gówno’. Nie trzeba tego wstrzykiwać z kwasem cytrynowym albo czymkolwiek wystarczy dodać trochę wody podgrzać i robi się z tego jasny brązowy syrop. Czasem można dostać coś w rodzaju czarnych kryształków które wyglądają jak rozpuszczalna Nescafe dajesz jeden wydech i tężeje na twoich oczach. Kiedyś nie miałem zapałek i po prostu położyłem sobie kawałek na palcu zalałem 60 cm³ wody docisnąłem drugim palcem i to wystarczyło towar rozgrzewał się tylko ciepłem twojego ciała.

(fragment powieści Horse Latitudes) Chris Wilson, Horse Latitudes, Sorika, 2013.

Paradoksja: z pamiętników drapieżniczki Lydia Lunch /

Lizardzia piękność zaczęła rzygać, zwieszając głowę między podwójnymi łóżkami. Wstrząsające nią gwałtowne mdłości powodowały rzęsiste eksplozje. Maź o konsystencji owsianki we wszelkich kolorach curry tworzyła kałużę na hotelowym dywanie. Kontynuowałam okładanie jej tyłka batem w rytm jej rzygoeksplozji. Byłam zbyt pijana by przestać. Mój męski współpracownik, pijany muzyk, upominał mnie aby nie mieć litości dla chorej. “Ona nie jest chora” - zachichotałam - “Ona jest naćpana w chuj…” - kontynuując klapsy, szczypanie, kąszenie jej bujnych pulchnych pośladków. Nie było to w niczym gorsze od tego co sam mi robił przy wielu okazjach. Spotykaliśmy się raz w tygodniu, wypijaliśmy taką ilość Jacka Danielsa, żeby nakręcić się wściekle i pierdoliliśmy się do szaleństwa. Pasowało mu kiedy ja byłam obiektem jego wynaturzonego pożądania, ale nie mógł znieść samemu bycia poniżanym w obecności osób trzecich. Może wkurzał go fakt, że nasze gibkie lesbijskie partnerki od zabaw zgadzały się towarzyszyć w naszym pokoju, pod warunkiem, że nie będą penetrowane. Wszystko inne poza tym, było dla mnie w porządku. Podniecił się kiedy moja dłoń została zastąpiona przez pasek, zostawiając dumne ślady na jej dojrzałym tyłku. Poganiał mnie zwalając z łóżka, przez co obydwoje wylądowałyśmy w lepkiej, śmierdzącej mazi wciąż parującą ciepłem z wnętrzności, której zapach wydawał nam się dosyć erotyczny. Jego wielkie ciało, wysmarowane olejkiem dla dzieci i alkoholowymi płynami powodowało, że nie dało się uciec z więzienia wielkości pół metra, w którym tkwiłam pomiędzy dwoma łóżkami. Zasłonił moje usta swoją wielką, mięsistą pięścią, rozsmarowywując część jej rzygów na moich policzkach. Wyszeptał: “Zejdź z niej. Wybierz kogoś swojego wzrostu.” Ważył ode co najmniej trzydzieści kilo więcej. Delikatnie prześlizgnęłam się pod niego ściskając jego kutasa i jaja. Zaczęłam się nimi bawić. Był tak pijany, że wziął to za grę wstępną. Zakrywając moje usta swoją nieświeżą jamą gębową, wsadził mi do gardła swój pijany jęzor. Zaczęłam ssać.

44 Londyński college związany z University of the Arts London. 45 Willy DeVille (1950-2009) - amerykański muzyk, prekursor gatunku muzycznego zwanego dziś americana ​lub ​alt-country ​: mieszanki tradycyjnej muzyki amerykańskiej oraz różnych odmian muzyki popularnej np. country, rock&rolla, rythm&bluesa, folku, soul, bluesa, R&B, cajun, mariachi itd. 46 The Vats - znany w San Francisco klub w starym browarze Hamm’s, znany we wczesnych latach 80. jako mekka kalifornijskiej sceny hardcore

53


Wstał podnosząc mnie ze sobą. Był jednym z niewielu facetów, którzy pieprzą z większą maestrią im bardziej są napruci. Na trzeźwo był do niczego. Pijany jak bela - niezastąpiony, jeden z najlepszych, niesamowity. Jedną ręką trzymał swoją bestię uwolnioną spod paska. Drugą rozerwał moje cienkie majtki, delikatnie muskając mnie jedwabną tkaniną. Złapał mnie pod kolanami i podniósł do góry jak małą zabaweczkę. Wsadził mnie na swojego kutasa, lepkiego od naszych dziwnych zapasów. Z brutalną siłą wyolbrzymioną przez alkohol, rżnęliśmy się aż do wspólnego orgazmu, po czym, kiedy skończył, rzucił mnie na jedno z naszych łóżek. Machając paluszkiem kiedy wychodził z pokoju, zakazywał mi pieprzenia się z nią, a ona, wciąż targana suchym kaszlem, leżała w spazmach na łóżku. Skłamałam, że dam się jej wyspać. Rzuciłam jedną lub dwoma szklankami za nim w drzwi, kiedy wyszedł. Typowy kutas, który nie cierpi kiedy jego własnych trików używa ktoś inny. Zwróciłam swoją uwagę w stronę dorodnej pucołowatej dupci wciąż krztuszącej się i kaszlącej w konwulsyjnym rytmie. Uderzyłam ją butem tak jakbym chciała ją ukarać za heroinowo-alkoholowy miks, których obrzydliwe efekty dręczyły jej ciało. Spazmy zaczęły ustawać, kończąc się raczej ujmującym stuporem. “Proszę… wystarczy…” - zdołała z siebie wykrztusić, wychodząc do łazienki, powłócząc swoje gołe, białe stopy po rozbitym szkle, którego nie czuła będąc zbyt naćpana. Jutro poczuje, jako memento wieczoru, których wszystkie inne szczegóły będą już zamazane. Zawsze jest najłatwiej zapamiętać te bóle, gdy fizyczne rany są szczególnym testamentem zamazanych wspomnień. Często byłam oskarżana o utajoną mizoginię. Zwykle po nieudanych trójkącikach. Mężczyźni w takich relacjach, rozpoznając moje maskulinistyczne tendencje zawsze wyraźnie wyglądali na zmieszanych kiedy bywali zmuszeni do oglądania swojego własnego odbicia. Prawda jest taka, że lubiłam poniżać kobiety, ale nie bardziej niż sama lubiłam być poniżana… Jeden z moich męskich przyjaciół posunął się do tego, że śmiał mnie ostrzec przed tym, iż pewnego dnia niechybnie zamorduję jakąś kobietę jeśli nie będę nadzwyczaj ostrożna. Bał się, że moja fascynacja Tedem Bundy, Rickim Ramirezem czy Richardem Speckiem mogłaby przegryźć sobie ścieżkę od mojej psychiki z najbardziej skrajnymi tego konsekwencjami. Argumentował, że chcę jedynie zabić kobietę w sobie; że część mnie jest zrodzona siłą wymuszonego kazirodztwa, którego nierozwiązany i nieuleczalny ból manifestuje się w sadyzmie, pedofilii i nimfomanii; że poprzez seksualne nadużycia i poniżenie przeżywam ponownie moje dawne tortury. Sugerowałam, żeby porzucił te swoje inspirowane teoriami Kraffta-Ebinga prognozy; że rozkosz nie może istnieć bez szczypty bólu, i że nigdy nie zrobię innej kobiecie tego, czego nie zrobiłabym również sobie. Poza tym, gdybym chciała już na serio kogoś zabić, to było zbyt wielu mężczyzn zasługujących na to. Jak on. To urwało rozmowę. Kolejny, który wystraszył się odbicia, które we mnie zobaczył. Długie spacery wsysając każdy centymetr miasta. Polując na energię pewnych jego części, których samotne punkty mogłabym nawiedzać w cieniu nocy. Druga Ulica pomiędzy A i B. Delancey Street w okolicach Chrystie. Rivington. West Side Highway. Trzydziesta Siódma Ulica koło Hell’s Kitchen. Wschodnia Sto Szesnasta. Sto Dziesiąta niedaleko Central Parku i Górnego Broadwayu. Wślizgiwać się w korytarze, piwnice, na dachy. Uciekać wyjściami pożarowymi. Szpiegować pod drzwiami, podsłuchiwać rozmowy przy obiedzie, dobijanie narkotykowych biznesów, kłótnie, gaworzące i płaczące dzieci. Rozszyfrowując historię budynków z zasłyszanych historii. Zafascynowana częstotliwością zmian nastrojów. Co kilka metrów zderzana z innym kształtem, smakiem, zapachem. Nagła potrzeba. Miasto jest wampirem, wielkim wsysającym wirem. Żywi się tobą, kusząc bocznymi alejkami. Kolejny duch w maszynie. Szept na ekranie radaru. Niewidzialna gwiazda lecąca przez galaktykę martwego człowieka.

(fragment zbioru opowiadań Paradoxia: A Predator’s Diary) Lydia Lunch, Paradoxia: A Predator’s Diary, Creation Books, 1997.

54


George F . /

Totalna jatka

Jeśli nie wierzymy w wolność wypowiedzi ludzi, z którymi się nie zgadzamy, to nie wierzymy w wolność w ogóle. – Noam Chomsky Obrona Clifton Mansions – zabytkowego skłotu istniejącego od 20 lat – to była totalna jatka. Ogłoszenie w mediach społecznościowych obiegło cały internet i kiedy zjechaliśmy tam na noc przed ewikcją było już wokół pełno ludzi – hordy hipsterów i poszukiwaczy wrażeń jechały metrem z Hoxton i East Endu. Przyjechali tylko po to, żeby się nachlać, poflirtować i wyszczać na śmierć żywej społeczności w sercu Brixton. “Żadnej ideologii ani przekonań. Mózgownice mają puste jak oprawki ich okularów” – powiedział Kretowaty. Przyjechał ze mną zobaczyć czy możemy pomóc w proteście. Często drwił z hipsterskiej hałastry bo miał tam jakieś okazjonalne, przypadkowe kontakty z nimi. Miał okulary niczym denka od butelek, grube na centymetr, bez nich jego zezowate, zmrużone oczy nie mogłyby odczytać małych literek z wielkich, grubych tomiszcz anarchistycznych dzieł, nad którymi ślęczał całe noce na Hackney. Kiedy pił swojego szampana z czarnego bzu śpiewał nam “Międzynarodówkę” i inne rewolucyjne pieśni. Później wyjechał do Berlina, ale na razie był z nami w Londynie i walczył. Zajechaliśmy tuż przed północą zastając ulicę pełną przypiętych rowerów i pustych puszek po piwie. Kiedy doczłapaliśmy się do bramy i przecisnęli przez tłum na schody, z dachu zaczęły lecieć doniczki, butelki pełne sików i ulotki ogłaszające spotkanie wszystkich londyńskich skłotersów. Cisnąc się przez tłum, który zapychał podwórko, klatkę schodową, drzwi, praktycznie każdy centymetr słodko pachnącej ciałami przestrzeni, znaleźliśmy jakoś drogę na górę budynku – czteropiętrowego bloku mieszkalnego z lat 20. XX wieku – zobaczyliśmy dach ubity dekadentami. Musiało tam być ze dwieście luda. Rozmowy zagłuszały szum południowego Londynu z zewnątrz. Ludzie przyszli tu jak na jakiś towarzyski bal, siedzieli podzieleni na grupki, czekając na kwartet smyczkowy by zaczął grać. Po dwudziestu minutach mobilizowania ich aby zeszli na dół aby zbudować barykadę, albo chociaż pozamykać drzwi okazało się, że nasze starania dają tyle co wypasanie kotów. Zrezygnowani zdecydowaliśmy się poczekać czy poranek przyniesie zmianę dynamiki. Usiedliśmy czekając aż rozwinie się szaleństwo. Kretowaty krążył wokoło próbując poderwać jakieś dziewczyny, czarując je swoją ujmującą mieszanką zdystansowanego angielskiego dandyzmu i zblazowanej anarchistycznej pewności siebie. Stałem sobie sam i piłem, nie mając zamiaru się socjalizować. Spoglądałem w dół na Coldharbour Lane, gdzie gęgające stado biesiadników wałęsało się i chlało pośród pijanego śmiecia. (…) Po dwudziestu minutach gapienia się na ludzi paplających i pląsających tu i tam po dachu, dobiegł mnie nawiedzony krzyk przebijający się przez zgiełk: “Ketamina? Ktoś chce ketaminę?” Chlupnąłbym jakiegoś atowarzyskiego uspokajacza przed tym, a dzisiaj tym bardziej, co pasowało do mojego nastroju: wolałbym raczej opuścić moje ciało i zostawić to miejsce gdzieś daleko za sobą. Wpadłem w zadumę nad czasami, które minęły. Nadal żyłem. Nadal tu byłem. Jeśli nie umiałbym zrobić protestu, to pierdolnąłbym to wszystko tak jak ci tutaj mieli wszystko w dupie. “Jebać to.” Ruszyłem się z dachu i pośpiesznie zszedłem schodami żeby znaleźć właściwy stolik w którymś z wielu pokoi w budynku. Zgarnąłem arogancko długie kreski z przyprawiającym o zawrót głowy dreszczem. Wtedy właśnie, jak na zamówienie, jakby na potwierdzenie mojego obecnego stanu, do pokoju wtoczył się gościu z postawionymi na sztorc włosami i umieścił tuż przed moim nosem dwa przenośne głośniki. Atowarzyski stan po ketaminie został opisany przez narkotykowego guru, Terence’a McKennę jako “błądzenie po pustych pomieszczeniach biurowych”. Nie dziwne, że tak został zaadoptowany przez skłotersów. Tamtej nocy na Clifton Mansions miałem to niewiarygodne szczęście, że wstrzeliłem się w idealną dawkę – nie wpadłem, jak to zazwyczaj bywa, w k-hole, ale doznałem ekstatycznego uniesienia. Niezrozumiały ciąg kosmicznych informacji i nonsensów, które nastąpiły – a każdy kto miał do czynienia z psychodelikami wie o czym mówię – były trudne do wytłumaczenia. (fragment zbioru opowiadań Total Shambles) George F., Total Shambles, Influx Press, Londyn, 2015.

55


Anna Kavan /

Bez końca

7 Dokąd ujdę przed twoim duchem? Dokąd ucieknę przed twoim obliczem? 8 Jeśli wstąpię do nieba, jesteś tam; jeśli przygotuję sobie posłanie w piekle, tam też jesteś. 9 Gdybym wziął skrzydła zorzy porannej, aby zamieszkać na krańcu morza; 10 I tam twoja ręka prowadziłaby mnie i twoja prawica by mnie podtrzymała. Ps. 139, 7–10 Nie mogę myśleć prawidłowo przez ostatnie dni. mam trudności z pamięcią, ale wydaję mi się, że te słowa napisano o Jahwe, ale równie dobrze mogą dotyczyć mojego wroga, o ile mogę go tak nazwać. “Jeśli przygotuję sobie posłanie w piekle, tam też jesteś” - te słowa dźwięczą mi w głowie straszliwie celnie. Z pewnością przygotowałam już sobie miejsce w piekle i z pewnością on też tam jest. Jest ze mną cały czas chociaż go nie widzę. Tylko czasami, bardzo wcześnie, tuż przed świtem zanim pojawi się światło zdaje mi się, że dojrzę w przelocie pół znajomej twarzy majaczącej w oknie. Jednak zanika tak szybko, że nie mam czasu na to, żeby to rozpoznać. Tylko raz, jednego wieczoru, drzwi mojego pokoju otworzyły się gwałtownie przez które ktoś zajrzał, zajrzał i równie szybko znikł oddalając się korytarzem. Może to był on. Dlaczego on mnie cały czas tak obserwuje, skoro udało mu się już osiągnąć cel i doprowadzić mnie do stanu takiego zniszczenia? Chyba nie po to, żeby się upewnić, że ucieknę. O nie, nie ma takiej możliwości, nie musi się bać. A może po to, żeby napawać się moim upadkiem? Ale nie, nie wydaje mi się, żeby akurat to było powodem, bo pojawiałby się częściej upokarzając mnie wtedy, gdy jestem w najgłębszej rozpaczy. Z tych krótkich, przelotnych błysków, kiedy widziałam jego twarz wyniosłam wrażenie, że nie jest mściwy, ale przyjazny i bliski na tyle, że zdaje się że jakbyśmy byli spokrewnieni przez podobieństwo umysłów lub krew. Ostatnio nawiedził mnie pomysł – fantastyczny, przyznaję – że być może nie jest on moim osobistym wrogiem, ale jakąś projekcją mojej jaźni, mojej identyfikacji z okrucieństwem i destrukcyjnością świata. Czy nie jest tak, że na planecie, na której istnieje tyle naturalnych konfliktów nie może u niektórych osób objawiać się przytłaczająca fascynacja frustracją i śmiercią? I czy nie może ono materializować się w postaci swoistego fantomu przechadzającego się po świecie? Myślałam często o tych rzeczach, siedząc tu i spoglądając przez okno. To dziwne, ale okna tutaj nie miały krat, a drzwi nie zamykano na klucz. Właściwie nic mnie powstrzymywało przed wyjściem gdybym była tylko do tego skłonna. To, że nie ma widocznych barier nie znaczy, że nie ma ich w ogóle. Wiem aż za dobrze, że jestem otoczona przez niewidzialne i nieprzekraczalne ściany sięgające najwyższych gmachów w zenicie i wtopionych głęboko wiele mil pod powierzchnię ziemi. A więc to przyszło, tak długo oczekiwane przygnębienie, koniec bez końca, triumf bez sztandarów, triumf mojego wroga, który w końcu jest mi bliski niczym brat. Wydawało mi się, że spędziłam już całe życie w tym wąskim pokoju, którego ściany będą na mnie spoglądać dyskretnie przez niepoliczalną liczbę przyszłych żywotów. W takim razie, czy to życie czy śmierć, rozciągający się jak bezbarwny strumień tuż przede mną i za mną? Nie ma tu miłości, ale nie ma i nienawiści, ani żadnego punktu w którym można poczuć jakieś skumulowanie. W tym bezimiennym miejscu nic nie wydaje się ożywione, nic nie jest bliskie, nic nie jest prawdziwe. Jestem ścigana przez wspomnienie pyłku zmiecionego przez letni deszcz. Za moim oknem jest ogród po którym nikt nigdy nie spaceruje. Ogród bez pór roku, ogród wiecznie zielony. O niektórych porach dnia słyszę łoskot kroków po wybetonowanych ścieżkach, które krzyżują się między trawnikami, ale ogród jest zawsze opustoszały, przygotowany na przypadkowe wyrazy uznania przez nieznajomych, albo na odległą i samotną kontemplację oczu tak przegranych jak moje. W tym bezosobowym ogrodzie uporządkowanym i pełnym pustych przestrzeni, nie ma altanki w której mogliby zasiąść przyjaciele, są tylko betonowe ścieżki, którymi śpieszą ludzie, nie zwracając uwagi na śpiewające ptaki.

(fragment powieści Asylum Piece)

56

Anna Kavan, Asylum Piece, Peter Owen Modern Classics, 2001.


Unica Zürn /

Ciemna wiosna

Nienawidzi swojego brata z całego serca. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie on. Zawsze musi grać policjanta. Życzy mu jak najgorzej. Czułaby się szczęśliwa gdyby mógł umrzeć przed nią na kolanach, w najgorszych męczarniach. Nienawidzi także swojej matki, która zakazała jej pływać w basenie, co zraniło ją w najgorszy możliwy sposób. Cóż za straszny świat, w którym zmuszona jest żyć. Czuje się otoczona przez wrogów. Nic tylko ściany i zakazy. Wygląda przez okno i myśli o nadchodzącej śmierci. Zdecydowała, że wyskoczy przez okno. Jeżeli mogłaby skoczyć jej ciało mogłoby nabrać takiej siły rozpędu, że mogłaby “umrzeć w obcej ziemi”. Wpadłaby do ogrodu sąsiada. Jej rodziny wpadłaby w kolejny szok, gdyby nie znaleźli jej ciała w swoim ogrodzie. “Umrzeć w obcej ziemi” - wyczytała to gdzieś i wryło się to w jej pamięć. Och, gdyby już mogła nadejść noc! Ptaki jednak jeszcze śpiewają, a słońce nie chce zajść. Wie, że miałaby odwagę stanąć twarzą w twarz ze śmiercią tylko w ciemności. Leży w tipi, które zbudowała sobie w pokoju i po raz ostatni patrzy na swoje skarby. Ojciec dał jej małego Buddę, a także bransoletkę egipskiej księżniczki i turecką poduszkę. Ma kolekcję marmurowych kolorowych kul i kolekcję srebrnego papieru, które uformowała w sześć dużych kul. Posiada także kolekcję wstążek i kolekcję znaczków. Ma dwa japońskie wachlarze i Juliusza Verne’a “Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi”. Ma swojego pluszowego tygrysa, z którym się bawiła kiedy była mała. Jej tipi ma przypominać przepiękny “hinduski pokój”, który widziała u swojego ojca w kolekcji bliskowschodnich i azjatyckich artefaktów. Jest jej niesamowicie przykro, że musi opuścić swój “hinduski pokój” i nigdy go już nie zobaczy. Och, jak piękny jest dom, w którym mieszka! Zatruta strzała z Afryki! Chiński pled wyhaftowany złotymi smokami. Linie i zakrzywienia mebli z arabskiego drewna. Na dole, w “hinduskim pokoju” albo tu, w jej tipi istnieje jej prawdziwy świat fantazji, który kocha bardziej niż wszystko inne. I jak jej koleżanki ze szkoły podziwiają jej tipi. Ciekawe co inne dzieci powiedzą gdy umrze? I nauczyciele? Ciekawe czy będzie im jej brakować? Najpewniej szybko o niej zapomną. Z drugiej strony, ona sama zazna w końcu spokoju. Czuję się tak skrzywdzona i poniżona. Zaczyna płakać. A ciekawe co on na to powie? Czy usłyszy o jej śmierci? Nie ma wątpliwości, że dzieci z basenu powiedzą mu o tym i dowie się, że umarła z miłości do niego. Wzdycha i szlocha ze złamanym sercem. Czuję się bardziej osamotniona niż zwykle. Dom pogrążony jest w kompletnej ciszy. Jakby ludzie w nim poumierali. Na swoim stoliku przy łóżku jej ojciec trzyma załadowany rewolwer. Czy też myslał kiedyś o tym, żeby się zabić? Ma przeczucie, że nie ma ani jednej osoby, która by nie kontemplowała kiedyś własnej śmierci. A on? Ten, który ma dwie twarze? Jedną o promiennym, pełnym szczęścia uśmiechu, kiedy obserwuje małe dzieci ogrzewające się jego obecnością, tak jakby on sam był słońcem. I drugą, głęboko poważną, kiedy zamyka swoje czarne oczy i leży w słońcu kompletnie unieruchomiony. Czy jest szczęśliwy? Na pewno nie! Czy w ogóle istnieją szczęśliwi ludzie? Jak wielu ludzi na Ziemi stoi w tej chwili w oknach rozważając czy powinni przez nie wyskoczyć? Zalewa ją fala żalu wobec ludzi, zwierząt i samej siebie. Jej płacz staje się tak intensywny, że zaczyna krzyczeć. Zaskoczona tym boi się, że mogą ją usłyszeć, więc zakrywa sobie usta chustką. Nie chce nikogo widzieć. Nawet gdyby jej matka i brat teraz przyszli i przepraszali ją za całe cierpienie, które jej sprawili – nie otworzyłaby drzwi. Nie wybaczyłaby im. Powoli nadchodzą ciemności. Powoli jej wewnętrzny spokój powraca. Łzy ustępują. Bierze kulkę wosku w dłoń i myśli o tym, że nikt nie wie co w sobie zawiera. Kiedy znajdą jej ciało o poranku będą zastanawiać się nad znaczeniem tej kulki. (…) Ostatni raz podziwia siebie w lustrze. Wyobraża sobie jak jej ciało uderza o ziemię i jak ta piękna pidżama pokrywa się krwią i ziemią. Będzie śmiertelna cisza na cmentarzu. Ludzie będą patrzyć po sobie świadomi swojej winy: nie zdajecie sobie sprawy, że to dziecko zabiło się z miłości? Od tego dnia rodzice będą traktowali swoje dzieci z czułością i miłością, żeby ich samych nie spotkał ten los. Unica Zürn, Dunkler Frühling, Merlin Verlag, 1969.

57


Kathy Acker /

Sny ukazują moją seksualność

Najsilniejszą dla dziewczyn tradycją związaną ze szkołą jest przyjaźń. Każda, która jest choć trochę inteligentna i trochę się szanuje szuka zazwyczaj najbardziej bystrej, najpiękniejszej i najsilniejszej dziewczyny, z którą mogłaby być. Te dwie zawiązują zazwyczaj pakt: obiecują oddać się sobie nawzajem na zawsze, aby chronić się przed manipulacjami i perfidią reszty świata. Jeśli któraś z dziewczyn była na tyle silna i odpowiednio chroniona, druga także taką się stawała, a wtedy żadna z nich nie mogła zostać wybrana do pewnej innej gry, która nie miała nazwy. W tej bezimiennej grze wszystkie pozostałe dziewczyny w klasie przez tydzień nie mogły mieć nic wspólnego z dzieckiem, które zostało wybrane, ani w mowie ani w uczynkach. Jeśli którakolwiek z dziewczyn w ciągu tego tygodnia milczenia, milczenia prowadzącego do nicości, załamała się i z płaczem poleciała na skargę do nauczycielki, nie byłaby już warta żadnej uwagi ani szacunku do końca swojego życia. Oczywiście, życia w tej szkole. Jeśli zaś przetrwałaby tortury, które były zbyt lajtowe, żeby je nazwać ‘torturami’, torturami dziewczyn przez dziewczyny, mogłaby z powrotem wrócić do magicznego kręgu władzy. Wiedziałam, że jeśli będę mieć dobrą opiekunkę uratuję się przed tą grą. Każdej nocy niemal połowa dziewczyn wpełzała do łóżek swoich najlepszych przyjaciółek – dla nas życie toczyło się tylko w nocy. W ciągu takich nocy stawałam się podwójną osobą, ponieważ czułam dwie różne rzeczy do Kici. Część mnie patrzyła na Kicię jak na potwora. Ta część była dziewczynką, która miała na imię Ostracyzm, ponieważ im bardziej stawała się komuś bliższa, tym bardziej gwałtownie, bardziej szalenie musiała biec w przeciwnym kierunku. Inna część mnie myślała o Kici jako najpiękniejszej dziewczynie na świecie. Ta część była bezimienna i dzika. Nie dało się jej dotknąć, tak jak nigdy nie udawało się złapać wiatru. Ta część pełna była radości, była otwarta niczym powietrze, niewidzialna lub po prostu jej nie było. Od kiedy ta część budziła się tylko w nocy – ponieważ noc która była nicością siedziała w samym jej wnętrzu – ta część i noc zaczęły się ze sobą pieprzyć. Nie wiedziałam co czułam: czy wewnątrz jestem nicością czy też nocą, wpadłam więc w strach. Kicia powiedziała mi, że nigdy nie czuła żadnych emocji, więc chciała poczuć moje. Powiedziałam Kici, że chcę aby mi to zrobiła. Chciałam żeby otworzyła mnie tak szeroko jak tylko mogła, tak że

58

mogłabym znaleźć swoje emocje, lecz potem zaczęłam krzyczeć na nią, bo kiedy jestem otwarta to jestem bezbronna. “Nie chcę zbliżać się do ciebie, bo nie chcę być zraniona”. “To znaczy” – rzekła Kicia – “że już jesteś zraniona. A ja zamierzam cię zranić jeszcze bardziej. Ot co.” Przypomniałam jej, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. “To nie mój interes.” Nigdy nie tłumaczyła się przede mną, poza tymi dwoma stwierdzeniami. “To naturalne, że cię zranię.” “To nie mój interes.” To, że odmawiała wszelkiej analizy czy rozmowy doprowadzało mnie do szału. Pomyślałam, że to ona zwariowała. Była chłopcem, który nigdy nie dorośnie. Też powinnam być chłopcem, kiedy tylko odkryłam swoją seksualność. Zrozumiałam to. Wtedy nie rozumiałam co się dzieje. Kiedy tylko jej usta i język wchodziły we mnie, chciałam umrzeć, tak aby wchodziły we mnie cały czas. Chciałam tylko i wyłącznie być z tą dziewczyną, która nie była w stanie być z kimkolwiek.

Każdej nocy poszukiwałam swojej seksualności.

(fragment zbioru Pussycat Fever) Kathy Acker, Pussycat Fever, AK Press, 1995.


Jarosław Pietrzak /

P

Nirvaan

rzyszła środa i wieczór obiecanego tydzień wcześniej

encore. W międzyczasie utrzymywaliśmy kontakt esemesowy – ostrożnie, po jednej wiadomości dziennie, w weekend dałem mu spokój, żeby nie czuł się oblężony, żeby mógł się zająć i nacieszyć swoim gościem, żeby nie wiedział tak od razu, jak bardzo się nie mogłem doczekać. Dzień wcześniej potwierdziliśmy, że środa wciąż aktualna i o której się widzimy. Po pracy pojechałem do domu, wziąłem prysznic i w podnieceniu pojechałem na Caledonian Road. Z trzaskającym o żebra sercem przycisnąłem numer jego mieszkania w domofonie, usłyszałem jego wesoły głos, Come in!, pospieszyłem do windy, wjechałem na jego piętro i dobiłem do białych drzwi mieszkania, w którym tyle mi się kilka dni temu przydarzyło. Dzwonek, i w drzwiach stanął mój wspaniały Stephan. Uśmiechnąłem się – widok tego pięknego mężczyzny, ten śnieżnobiały uśmiech rozświetlający jego szeroką twarz, nie mogłem uwierzyć, że jestem takim szczęściarzem, że on widzi się ze mną jeszcze raz, że się cieszy na mój widok, że to się znów wydarzy, że powtórka z rozdzierającej rozkoszy już na mnie czeka, sypialnia, w której to ciało znów weźmie mnie pod swą całkowitą kontrolę, jest stąd już dosłownie przez ścianę. dy przeszedłem przez próg i Stephan wyciągnął swoje Herkulesowe ramię, żeby zamknąć za mną drzwi, zdałem sobie sprawę, że poczułem się przez chwilę jakoś niepewnie. Stawiłem się tu ubrany, w co miałem najlepszego, w nowych dżinsach, w koszuli, takiej niezbyt oficjalnej, no ale jednak drogiej koszuli. Stephan przywitał mnie w bokserkach i podkoszulku na ramionach. No tak, był już wieczór, widzieliśmy już swoje ciała całkiem bez niczego, to miraculum, które czai się tam w tych bokserkach, miałem już w dłoniach, w ustach i wbite głęboko we mnie, ale na chwilę dopadło mnie niepokojące pytanie, czy to nie jest tak – albo, czy tak nie wygląda – że może i jestem kilkanaście lat młodszy, a on jest po czterdziestce, ale to ja muszę się starać, żeby być dla niego atrakcyjnym, a on nie musi nic robić, bo z tą swoją muskulaturą i doskonale gładką, cudownie brązową skórą po prostu jest tak niemiłosiernie pociągający po prostu taki, jaki jest, w tych czerwonych bokserkach i ciasnym białym podkoszulku na cienkich ramiączkach, i ma mnie już bez żadnego wysiłku. Ten szczery uśmiech go jednak nie opuszczał, schylił się, by z wysokości swojego wzrostu delikatnie pocałować mnie w usta. Od tych wspaniałych, szerokich pektorali znów dzieliło mnie tylko kilkanaście centymetrów powietrza. No trudno,

G

jedno było pewne: starać się było o co. Odesłałem tamto chwilowe uczucie tam, gdzie jego miejsce, gdzieś do kubła na włosy bez sensu dzielone na czworo. Zresztą, co za głupia myśl, że on się nie starał: żeby tak wyglądać, spędził tysiące godzin, przez ponad dwadzieścia lat, na ciężkiej pracy w siłowniach w kilku krajach, i wciąż spędza, każdego tygodnia kolejnych kilka godzin. uż niebawem leżeliśmy na kanapie w salonie, oglądając film z płyty, szmirowaty gejowski melodramat z Tajlandii – nie mogę sobie przypomnieć, jaki miał tytuł, niespecjalnie mi się chce, tak bardzo mi się nie podobał. Zanim się położyliśmy porządnie na kanapie, Stephan musiał trochę pocudować pilotem do swojej ogromnej plazmy. My friend messed up my television, śmiał się, poprzestawiał ustawienia, jak oglądał przez weekend i teraz nie można dojść z tym z powrotem do ładu. Ten sam przyjaciel, co to zastanawiałem się, czy też załapał się Stephanowi do łóżka, czy też dostał się pod to ciało, pod to tak kurewnie wspaniałe ciało. Leżeliśmy na boku, ja plecami do niego, przytulony do jego szerokiej, muskularnej piersi. Jego ramiona zamknęły się wokół mnie, troskliwie i łagodnie, ale i tak czułem wokół swojego ciała moc, jaka się w nich czaiła. Nie mogłem wyjść z podziwu nad ich obwodem, nad ich masywnością, jędrnością. Ale to był już drugi raz, kiedy mnie obejmowały, potwierdzenie, że Stephan nie był fantazją, albo że był fantazją ucieleśnioną, fantazją, która stała się ciałem bardziej, więcej niż jakiekolwiek inne ciało. Z tą szeroką klatą dotykającą moich pleców, cieszyłem się już całkiem z tego, że ma na sobie tylko ten podkoszulek i bokserki, że tyle z tej pięknej, jedwabnie kasztanowej muskulatury wylewa się na mnie bez przeszkody tkanin. Cieszyłem się radością niemal naiwną, prawie jak dziecko, gdyby tylko nie towarzyszyło jej tak intensywne pożądanie, tęsknota do momentu, kiedy Stephan znowu będzie na mnie i we mnie. dy ten straszny kicz dobiegał już końca, Stephan przypomniał sobie, że ma wciąż w lodówce połowę tej butelki pinot grigio, którą zacząłem ostatnim razem, jako że on sam alkoholu nie rusza. W tamtych czasach nigdy nie odmawiałem alkoholu, pomyślałem, że coś na rozluźnienie wszystkich mięśni przyda się, zanim Stephan przerzuci moje nogi przez swoje barki. Było cały ten czas w lodówce, dał mi spróbować, czy się jeszcze nadaje do picia. Wciąż się nadawało, polał mi więc i zaczęliśmy dyskutować o filmie. Stephan wydawał się jakby nie zauważyć, jak bardzo kiepski był ten film, całkowicie zaabsorbowany tym, jak był dołujący, pesymistyczny, deprymujący. Po napisach na ekran znów wyskoczyło menu płyty, na którym zauważyliśmy, że w dodatkach jest alternatywne zakończenie, które ostatecznie odrzucono.

J

G

59


S

prawdźmy to, może chociaż jakieś bardziej optymistyczne jest, na odtrutkę po tym wykorzystanym, śmiał się. Okazało się jednak jeszcze głębszym smętem niż to wykorzystane. Stephan złapał się za głowę. Dlaczego wszystkie te gejowskie filmy muszą się tak smutno kończyć, muszą być takie negatywne, nie mogłyby jakiegoś bardziej pozytywnego przekazu?... ino jako narzędzie „promowania” pozytywnych, optymistycznych przekazów, wizerunków – takie postulaty działają na mnie jak płachta na byka, chciałem uniknąć niepotrzebnego irytowania się, tym bardziej, że przecież obu nam się ten film nie podobał, choć z wyraźnie odmiennych przyczyn, ale po co się kłócić o film, o którym obaj mieliśmy równie złe zdanie. Przede wszystkim pragnąłem jego ciała. Chciałem, żeby mnie wziął, jak ostatnim razem, pal licho, jakie filmy każdy z nas woli i jakie ma podejście do ekranowej gejowskiej polityki tożsamości, nic takiego nie powinno zaburzyć nocy, na którą czekałem cały tydzień, nocy, w oczekiwaniu na którą cały tydzień mój anus odsiniał się i odwerężał. W butelce było jeszcze co najmniej pół kieliszka, dopiłem, wtuliłem się w to bycze ciało, pocałowałem go, całowałem go długo i zapytałem w końcu, czy możemy pójść do sypialni. et’s go, ucieszył się, bo sam miał już ochotę na seks i widział w moich oczach, jak bardzo mnie już skręca chuć. Podniósł się z kanapy, przeskakując nade mną – ciągle leżałem – ze zwinnością, która była zachwycająca u tak potężnego mężczyzny. Widząc go takim zwinnym, pożądanie aż ścisnęło moje serce mocniejszym skurczem. ak za pierwszym razem, wkrótce, za zamkniętymi drzwiami sypialni, ten spektakularny mężczyzna stał przede mną, odrzuciwszy gdzieś na bok ten swój podkoszulek. Położył dłonie na moich barkach, zachęcając mnie bym usiadł na brzegu łóżka, które było tuż za mną. Ja bez oporu robiłem to czego oczekiwał, wykonywałem polecenia, których nie potrzebował nawet wypowiadać. Przysunął się bliżej mnie, ja zsunąłem jego bokserki, ująłem dłońmi tę niebywałą męskość i objąłem ją ustami, pieściłem ją nimi, aż wypełniła się krwią i twarda mierzyła we mnie niczym uniesiona pięść. Kiedy Stephan był już gotowy, z pełni rozgrzany, odsunął delikatnie moją głowę, uwalniając fallusa z moich ust i dłoni. Jak za pierwszym razem, wyciągnął wtedy z szuflady prezerwatywę, a ja mu ją założyłem, zastanawiając się, czy ręce mi drżą z podnieniecenia. Jak za pierwszym razem, uniosłem kołdrę i położyłem się na plecach, oferując mu swoje ciało. Jak za pierwszym razem, on uniósł się nade mną, wypieścił wejście do mojego ciała żelem, przełożył moje nogi przez swoje barki i zabrał się za mnie. Powoli, ostrożnie, ale stanowczo. Moje ciało mnie zaskoczyło: inaczej niż za pierwszym razem, raz już przez niego otworzone, nie stawiało aż takiego oporu. Chwila bólu wkrótce ustąpiła miejsca wdzierającej się we mnie przyjemności płynącej z poczucia, że byłem znowu w

K

L J

60

całkowitej władzy tej majestatycznej góry mięśni, która zaczęła powoli na mnie napierać, spokojnie falować nade mną, wdzierać się we mnie coraz głębiej, podczas gdy jego dłonie obejmowały troskliwie moją głowę. Uniosłem na chwilę głowę z poduszki, by wtulić czoło w szeroką połać jego lewego pektorala, w ciepły zakątek pomiędzy sklepieniem jego szerokiej piersi a filarem potężnego ramienia, na którym ten wspaniały tors unosił się nade mną, falując spokojnymi ruchami napiętych pod tą skórą mięśni. Na skórze mojego czoła czułem gładkość jego pięknie bezwłosej skóry opinającej ten twardy pektoral, wilgotnie ciepłej wysiłkiem pracy cierpliwie i spokojnie wykonywanej na moim ciele, które wydało się tak bezwarunkowo i bezbronnie na jego łaskę i otrzymywało za to wspaniałą nagrodę. Czułem, jak żyła pulsuje mi w skroni wtulonej w wewnętrzną stronę jego ramienia, u zaczepu tego wspaniałego bicepsu. Czułem, jak jego serce bije w głębi tej piersi, za tym grubym pancerzem mięśni. To uczucie, ta świadomość, że serce tak nadzwyczajnego mężczyzny uderza szybciej, bo bierze twoje ciało – bo szuka rozkoszy w twoim ciele, tak niepozornym, tak zwyczajnym w porównaniu z tym pomnikiem męskości, jakim jest ono samo... puściłem głowę z powrotem na poduszkę. Stephan, wciąż opierając unoszący się nade mną tułów na łokciach, ponownie ujął moją głowę swoimi dłoni. Spokojne, ale zdecydowane, niemal przerażająco głębokie pchnięcia, którymi mnie penetrował, taranowały mnie rozkoszą. Sam nie wiedziałem, czy chcę wydawać z siebie jakieś dźwięki, jęczeć głośno pod tym naporem, może nawet wydrzeć się w niebogłosy, czy krzyk rozkoszy trzymać w sobie, w piersi, w głowie, przecież w tym samym mieszkaniu, dwie ściany stąd, był jego włoski współlokator. A może właśnie chciałem jęczeć, żeby – skoro nie mogę całemu światu – chociaż temu jednemu człowiekowi wykrzyczeć swoją rozkosz, zakomunikować, że przeżywam coś tak wspaniałego z tak wspaniałym mężczyzną. ak za pierwszym razem, eksplodowałem rozkoszą przed nim. Ciepła sperma wytrysnęła na mój brzuch; kropla spłynęła aż na moją klatkę piersiową, jej zapach unosił się w rozgrzanym

O

J


B

yło jasne, że i on jest już coraz bliżej orgazmu. Jeszcze kilka takich pchnięć i poczułem w środku, na szturmowanych ścianach mojego jelita, jak jego prąciem szarpią fale wytrysku. Patrząc na mnie, odetchnął ciężko z zadowolenia. Jak poprzednim razem, uśmiechnął się tym swoim rozbrajającym, szerokim jak fortepian uśmiechem. Jeszcze chwilę tak nade mną wisiał. Przyglądał się mojej twarzy. Ja wciąż nie mogłem uwierzyć, że naprawdę mam te trzysta procent mężczyzny skompresowane jakąś magiczną procedurą w jednym ciele, w jednej osobie – dla siebie. Pochylił się jeszcze raz i pocałował mnie w usta na znak podziękowania. Wyprostował ramiona, wynurzył się ze mnie, zsunął ze swojego smoka prezerwatywę i wyrzucił ją do kosza obok mnie. Opadł na poduszkę obok, patrząc na moją twarz. ow was it?, zapytał z pewnym siebie uśmiechem, doskonale świadom, że nie zawiódł. Spojrzałem na mój brzuch, mokry od białej sekrecji i uśmiechnąłem się. Czyżby dowody nie mówiły same za siebie?, zapytałem. Do you want to take shower?, zapytał. Chciałem, oczywiście, że chciałem. ak za pierwszym razem, mięśnie moich ud ciągle jeszcze drżały, gdy spływały po mnie strumienie ciepłej wody, domykające stan fenomenalnego, ponadfizycznego zaspokojenia, w jaki Stephan potrafił mnie z taką siłą wepchnąć. Albo – jaki potrafił we mnie wepchnąć. Moje mięśnie drżały tak, że wychodząc spod prysznica przez sekundę myślałem, że się pode mną zaraz ugną, złożą i znajdę się na podłodze, ale zaraz odzyskałem równowagę. Wytarłem się i wróciłem do łóżka. W ciemności, jak za pierwszym razem, przylgnąłem do jego mocarnych pleców. o you have a boyfriend?, zapytał, odwracając głowę w moim kierunku. Nie, odpowiedziałem, nie mam chłopaka. Na chwilę chyba znieruchomiałem, nie wiedziałem, czego się spodziewać, nie spodziewałem się tego pytania. Stephan położył głowę z powrotem na poduszce: na tę odpowiedź liczył, pewnie się uśmiechnął – miałem wrażenie, że się uśmiechnął, choć nie widziałem już jego twarzy – ale nic nie odpowiedział. Serce chyba zabiło mi w tym momencie trochę mocniej, może nawet to poczuł, w końcu byłem przyklejony do jego pleców. Później zastanawiałem się, czy może nie powinienem był może powiedzieć czegoś jeszcze, choćby zapytać, czy on ma? Ale przecież mówił, że zerwał z chłopakiem i szuka kogoś nowego, więc nie, chyba nie musiałem.

H J

D

powietrzu między naszymi torsami, drażnił nam nozdrza. Stephan potrzebował kilka minut więcej, kilka minut, które, jak za pierwszym razem, rozciągały mój orgazm w czasie, podtrzymywały go, wywoływały tam kolejne skurcze, choć już wszystko ze mnie wystrzeliło i nic więcej nie dało się stamtąd wycisnąć. Moje dłonie wpijały się palcami w jego plecy siłacza. Stephan uśmiechał się patrząc na moją ściągniętą orgazmem twarz, zadowolony i szczęśliwy swoją władzą nad moją rozkoszą – jakby bez wysiłku ze swej strony, po prostu tym, jaki jest. Odwróciłem twarz odrobinę w lewo, żeby wtulić policzek w jedną z jego dłoni, tę dużą i silną dłoń, jednocześnie tak ciepłą, miękką i łagodną na mojej skórze. Słonawa woń mojego nasienia łaskocząca jego szerokie nozdrza, wydała się wreszcie i jego przybliżyć do celu. Ta imponująca góra mięśni, jaką było jego ciało, przyspieszyła nieznacznie tempo, w jakim nade mną falowała; pchnięcia, choć nie wydawało się to już możliwe, stały się jeszcze odrobinę głębsze, każde zwieńczone było sekundą lub dwiema bezruchu, zanim jego biodra zabierały się do następnego.

(fragment niepublikowanej powieści Jarosława Pietrzaka, Nirvaan, Londyn 2017)

61


David Mark Williams / wiersze Ostatecznie

Haiku

Dzisiaj

Co za, kurwa, grzech -

Niektóre wina są lepsze

Sznurówki

No to poszedłem do tego meczetu -

niż inne - wszyscy to wiemy.

Żyją dłużej

Zrzygałem się i spierdziałem.

Spanish merlot - syf.

Niż buty.

Czwartek po południu 15.53

28.08.2005

Kalifornijskie - spoko. Jebać Świętą Maryję

06.05.2005

i wypuśćcie psy

Merlot

zanim znajdę tę płytę Bowiego.

Nie mogę się doczekać aby wypić wino merlot przy świecach.

17.02.2005

To nie o to chodzi, że chciałbym być romantyczny czy coś w tym rodzaju,

Dorastając w latach sześćdziesiątych

ale kończy mi się prąd na liczniku.

Kiedy byłem dzieciakiem

Wydałem całą kasę na

dorastającym w południowej Walii

wino merlot.

kiedy dziewczyna zaszła w ciążę a nie była mężatką -

Teraz chciałbym tylko wiedzieć

Haiku

musiała zwiesić głowę

plastikowe korzenie.

ze wstydu gdy

A więc, urodzony w Londynie

szła ulicą;

jak w złotym bucie

jeśli połknąłeś gumę do żucia

wciąż chcesz więcej.

mogłeś umrzeć na zapalenie wyrostka pies o imieniu Rex połykał

12.05.2005

gumę do żucia, pierdział i wypluwał ją tyłkiem i odchodził.

Człowiek w pubie

I to wszystko bez Allaha! Ta weekendowa cyganeria, mówię wam, 23.05.2005

nie byłaby tak, kurwa, odważna sam na sam. To wszystko przez tego grubego piździelca z ogoloną głową i zajebistym tatuażem na ramieniu i w t-shircie Motorhead i napisem “England” na bottom rockerze, w tej kolejności. Zapytałem go “w porządku?” a on po prostu spojrzał obojętnie obok mnie. Dupek. Mógłbym go sprać na kwaśne jabłko. Ja i moje 8 pint guinessa. 21.12.2004

62

czy plastikowe drzewa mają

09.02.2005


Erin Murphy /

Rana Plaza

Budynek składający się z pięciu fabryk w Savar, Bangladeszu, zawalił się 24 kwietnia 2012, zabijając prawie jedną trzecią z 3600 robotników tekstylnych.

Mój ojciec był w szpitalu Tego dnia, jego puls był tak niski, jak Bangshi47 podczas pory suchej. Chciałam zostać z nim, ale ostrzeżono nas: Nie ma czasu wolnego na choroby, nawet własne. Gdyby umarł, co się, Alhamdulillah,48 nie stało, szefowie powiedzieliby: Nic nie da się zrobić jeśli on nie żyje, to nie żyje. A więc zostawiłam ojca. Była 08:10, kiedy przyjechałam. Pracownicy zebrani przed bramą, przestraszeni. Reshma ściskała moją rękę. W moich myślach pojawiła się jej fotografia na której była ubrana w fioletowo-czerwony kameez salwar.49 Inspektorzy tu byli oddychała do mojego ucha. Mówią, że tu jest niebezpiecznie. Wszyscy widzieliśmy pęknięcia. Z bliska, budynek brzmiał jak ktoś kto żuje niedogotowany ryż. Czy ktoś był zaskoczony? Każdego dnia załogi budowlane dodawały nowe piętra, wyglądało to jak wieża z dziecięcych klocków gotowa by się wywrócić. Nie jestem typem narzekaczki. Jestem wdzięczna za pracę. Ktoś, kto nie umie czytać ani pisać nie może oczekiwać przywilejów dla bogatych. Szyłam do północy przez większości szycht. Szyłam, żeby nakarmić moich chłopców i wysłać ich do szkoły, gdzie mam nadzieję, uczą się co trzeba zrobić aby mieć lepsze życie. Reshma i ja wahałyśmy się. Szefowie powiedzieli:

Nie martw się, mahilaa50, wszystko jest w porządku i zapędzono nas przez drzwi jak kozły. No dalej, dalej - mówili Mamy zamówienia do zrealizowania. Odwróciłam się do mojej maszyny, tytan pracy: 100 ściegów na sekundę. Szycie idzie jak po maśle51. Gdybym mogła mieć taką swoją maszynę, mogłabym pracować w domu. Byłoby ciasno, z nami wszystkimi w jednym pokoju, ale mogłabym używać łóżka chłopców w ciągu dnia. Tego ranka, gdy usiadłam na moim stołku, poczułam dreszcze a następnie w mgnieniu oka, ściany zniknęły a podłoga zsunęła się spod moich stóp. I zasypało mnie po biodra w stosie betonu. Minęło dziewięć godzin zanim przyszła pomoc i o wiele więcej, zanim mnie wyciągnięto. Ale nie Reshmę, nie Reshmę, której imię oznacza “jak jedwab”. Odkryli ją dwa i pół tygodnia później. Przeżyła na deszczówce i ciastkach wyjmowanych z plecaków umarłych. Nawet teraz jeszcze nosi ich prochy w ustach. Inni nie mieli tyle szczęścia. Babcie, kobiety z małymi dziećmi, dziewczynki jeszcze przed ślubem. Słodka Mita, która zawsze zagryzała dolną wargę kiedy wypełniała stoły rzeką tkanin. Tak wielu straciło życie tego dnia. Ale jeśli odmówiłyśmy by iść na wyższe piętra, straciłybyśmy naszą pracę. Byłyśmy więc poszłuszne.

47 48 49

Bangshi - jedna z głównych rzek w centralnej części Bangladeszu Al- ḥ amdu lillāh - Arabskie powiedzenie, które znaczy to samo co “Dzięki Bogu” Shalwar kameez - rodzaj stroju noszony przez kobiety na subkontynenci indyjskim

50

oryg. ​Don’t worry, mahilaa ​- Nie martw się, dziewczyno.

51

oryg. ​ghee - popularny w Indiach rodzaj masła klarowanego

63


George F. /

Pornosłowo

chciałbym się w ciebie wsłowić

słowa

słowił

chciałbym włożyć w ciebie słowa

słowa bezmyślnego porzucenia

masz najlepsze słowa na świecie

nie bój się

chcę widzieć wyraz twojej twarzy

największe słowa

zacznę powoli, delikatnie

kiedy czujesz moje słowa gdy przerabiają swoją

najtwardsze słowa

małymi krótkimi słowami

literacką magię

najlepsze słowa jakie miałem

zrelaksuj się, wyluzuj,

jak bezlitosny przypływ

wsłów mnie, kochana!

zaczynasz to lubić

ciśnienie

słów mnie szybko, słów mnie wolno

stają się większe

parcie moich słów

słów mnie tak jak mnie kochasz

cięższe, szybsze

przeistacza twoje doświadczenie

czy wsłowiasz mnie jak ja wsłowiam ciebie?

pieszczą leksyką

z przyziemnego w wyjątkowe

wsłowiaj mnie do najwyższych wyżyn

podniecają składnią

(chcę byś zdusiła swój krzyk kiedy pcham)

Tak, właśnie, tak! Tak!

zamroczają metaforami

głębokie słowo

słowię, słowię, o Boże, słowięęę!

bałamucą symbolami

gramatyka ekstazy

słów ze mną! słów ze mną!

spokojnie, nie odlatuj jeszcze

słownik wejść i wyjść

szczyt interpunkcji:

słowa są najpierw zwiotczałe

w samym środku twojej mentalnej rozpadliny

wykrzykniki!

ale pęcznieją żarliwie

infiltrując tereny których nigdy nie poznałaś

a potem

powstają wraz ze znaczeniem

słowuję, słowuję, słowuję

niepewny znak zapytania.

wkrótce obudzą w tobie ogień

ssij mi słowa

czy połączyliśmy czasowniki?

gęsto drżące słowa

wsadź moje słowa do buzi

kropka.

ogromne wielkie fioletowogłowe słowa

i wypluj je na mnie

spływające alegorycznymi sokami

chcę ujeżdżać twój pentametr!

anarchoporn zine #1. ungovernable smut of

cieknące, gorące, niezdrowe słowa

pobudź mnie do dalszych aktów słownictwa

lawless whores, Londyn, 2015.

tryskające, nawiedzone, gryzące, całujące

słów mnie jakby cię nikt nigdy wcześniej nie

Jim Daniels / Krew

spływająca przez stal

dla mojego brata, Tima mało nie wylecieliśmy z roboty. Pierwszego lata w fabryce pracowaliśmy razem, ten sam oddział, ta sama zmiana. Obok siebie na linii podawaliśmy sobie części miałem dość patrzenia na twoją tłustą twarz. Ale na przerwach i na lunchu trzymaliśmy się razem jak połówki osi zespawane i sklejone cyjanoakrylowym klejem. Przeszlibyśmy każdy wodoodporny test. Kiedy walnięty były jeniec wojenny z Departamentu 43 złapał cię za jaja wskoczyłem mu na plecy i dusiłem aż przestał. Kiedy przypaliłem sobie ramię spawarką, przez twoje krzyki i wrzaski

64

Ostatniego dnia gdy pracowaliśmy razem zepsułeś maszynę odwrotnie wkładając części a ja, swoją, zniszczyłem łomem. Fabryka później wyła przez całą noc jak uradowane psy. Następnego lata, na oddzielnych shiftach widzieliśmy się tylko przy podbijaniu kart ty, zwykle pijany, ja, gotowy by też się upić, tego dnia znalazłeś moje auto na parkingu i rzuciłeś kilka zimnych piw na przednie siedzenie, mógłbym cię wtedy ucałować słowem: bracie. Jim Daniels, Places/Everyone, The University of Wisconsin Press, 1985.


Robert Crumb

65


Niall McDevitt

/

Prolet a r yzacja burżuazji W nowomowie rozwarstwionego klasowo społeczeństwa, wciąż słyszymy o wszechogarniającej teorii socjologicznej: “B u r ż u a z y j n i e n i u P r o l e t a r i a t u”, tj. o tym że współcześni niewolnicy są tak szczęśliwi jak głupki, przytłoczeni śmieciami, wolni od Marksa, ba! Nareszcie nieodróżnialni od swoich lepszych ziomków z klasy średniej; słyszymy też o tym, że wszyscy musimy się martwić o kryminalistów, dziwki, psycholi, żebraków, narkomanów, poetów z podklasy.

Do intelektualnych posiadaczy Do grubasów, pierdzieli, jajogłowych i cymbałów Niby-kolonizatorów poezji: Czemu nie przestaniecie udawać literatów

Jednak to, co widzę to proletaryzacja burżuazji:

I nie pozbędziecie się swoich iluzji, swoich elit?

lizusów z wypranymi mózgami zaprogramowanymi na pracę, gry komputerowe, opaleniznę, sportowe dresy, opery mydlane, imprezy firmowe ze striptizem, ciasta w kształcie kutasów. Kody zachowania typowe dla “twardzieli”, nie dla “prawilnych”; statystyki pokazują jednak, że ci coraz częściej uciekają w przemoc:

Do pseudo-, magisterków, wapniaków i gnojków, Którzy kupczą i handlują intelektualną własnością Jak gdyby nie było czegoś takiego jak bieda I jakby Thoreau i spółka nigdy w niej nie żyli…

walenie z główki, rzucanie szkłem, odgryzanie uszu. Oni też zostali skutecznie wychowani przez nową naukę.

Do chujów, pizd, gruczołów i łecht Które podniecają się ciągle tą samą miernotą Do burżujów / politycznie poprawnych / moralnej większości: Historia pogrzebie was w dołach zarazy.

Niall McDevitt, b/w, Waterloo Press, Hove, 2010

66


Lawrence Ferlinghetti /

Zaskłotowaliśmy Plażę Miłości Zaskłotowaliśmy plażę miłości pomiędzy Picassa madolinami zasypanymi piachem zakopaliśmy kocie ślady które nie pamiętają Sfinksa ani papierów po piknikach martwych krabich szczypców odcisków rozgwiazd Zaskłotowaliśmy plażę miłości pomiędzy wyrzuconymi na piasek syrenami z ich ryczącymi dzieciorami i łysymy mężusiami wyrzeźbionymi drewnianymi zwierzakami z łyżeczkami do lodów zamiast stóp które nie umieją chodzić lub kochać poza żarciem.

Exene Cervenka, Lydia Lunch /

Śmierć przez poniżenie i inne dysfunkcje piwo, piwo i tylko piwo. ból głowy i wzdęcia. ciągle się martwię o to ale nie jestem pijana. mój statek odpłynął pusty. więc jestem chora. jeśli nastąpię na ten pedał kuchennego kosza na śmieci, wyskoczy kawałek wieprzowiny w kształcie kontynentu. mój nowy dom. wątpię. moje małe życie. mój śmietnik. NIEPOKALANY BRUD ZARAS ZA MOIMI USZAMI.

Zaskłotowaliśmy na skraju miłości tak bezpieczni jak tylko skłotersi być mogą między roztaplanymi resztkami falami słonego seksu słodkie nasienie się rozpływa w złamanych zakopanych kutasach w delikatnym ciele piachu I wciąż się śmiejemy i ciągle uciekamy i ciągle rzucamy się na łodzie miłości ale to już głębiej i później niż myślimy i wszystko opada i wszystkie nasze miłosne boje nas zostawiły I pijemy i toniemy.

DZIEŃ Z ŻYCIA…, BEZ JAKIEGOŚ KIERUNKU. AWANSUJ I BĄDŹ ZAUWAŻONY/A

Lawrence Ferlinghetti, A Coney Island of the Mind, New Direction, 1958.

ZNAKI CIERPIENIA WĄTPIĄ W MOJE ODCZUCIA Z SZACUNKU DO TEJ CHWILI I TEŻ JAKOŚ NA ZAWSZE, NIE POTRZEBUJĘ SWOICH ZMYSŁÓW. pstryknij i poddaj się pewnej infekcji która ogarnęła

ziemię.

znalazłam bogactwo w pustce. obraziła się na mój podarunek. jej miłość to przeszkoda. rozmroziłam jej zamrażarkę i zalałam kuchnię. wyniosłam jej śmieci i rozgoniłam

muchy gazetą.

Exene Cervenka, Lydia Lunch, Adulterers Anonymous, Last Gasp, 198

67


Denis Johnson (1949-2017) /

Praca While I’m rushing on my run And I feel just like Jesus’ Son — Lou Reed, “Heroin”

Zatrzymałem się w Holiday Inn z dziewczyną – szczerze, najpiękniejszą dziewczyną jaką znałem – na trzy dni, żeby ćpać heroinę. Kochaliśmy się na łóżku, jedliśmy steki w restauracji, wstrzykiwaliśmy sobie w sraczu, rzygaliśmy, płakaliśmy, oskarżaliśmy się i błagaliśmy wzajemnie, wybaczaliśmy sobie, obiecywaliśmy i prowadziliśmy siebie nawzajem do nieba. Przytrafiła się bójka. Stałem przed motelem łapiąc stopa, ubrany w pośpiechu, bez koszulki pod kurtką, z wiatrem wyjącym przez moje kolczyki w uszach. Nadjechał autobus. Wszedłem i usiadłem na plastikowym siedzeniu gdy obrazy naszego miasta przesuwały się za oknami jak znaki na jednorękim bandycie. Kiedyś, gdy staliśmy na jakimś rogu ulicy kłócąc się, walnąłem ją w brzuch. Zgięła się i upadła płacząc. Auto z kilkoma młodymi gośćmi z college’u zatrzymało się obok nas. ‒ Źle się czuje ‒ powiedziałem. ‒ Gównoprawda ‒ odrzekł jeden z nich ‒ Szpilnąłeś ją w kiszki. ‒ Tak… tak… tak… ‒ ona na to, szlochając. Nie pamiętam co im odpowiedziałem. Pamiętam tylko samotność, gdy najpierw dostałem w płuco, potem w serce, potem w jaja. Wsadzili ją do swojego auta i odjechali. Wróciła. Tego ranka, po bójce, jadąc autobusem przez osiedla, otępiały jak po Seconalu, wskoczyłem na chwilę do “The Vine”. W “The Vine” było zimno i pusto. Siedział tam tylko Wayne. Ręce mu się trzęsły. Nie mógł podnieść szklanki. Położyłem lewą rękę na ramieniu Wayne’a, a drugą, tą sheroinizowaną i pewną, przechyliłem szklankę z bourbonem wprost do jego ust. ‒ Chciałbyś może coś zarobić? ‒ zapytał. ‒ Właśnie chciałem iść i usiąść sobie w rogu ‒ odparłem. ‒ Zdecydowałem, że zarobię pieniądze. ‒ I co z tego? ‒ Chodź ze mną ‒ błagał. ‒ Pewnie chcesz, żebym cię podwiózł… ‒ Mam narzędzia. Wszystko czego trzeba, to przejechać się tą twoją szajsowatą bryką i gdzieś zanurkować. Znaleźliśmy mojego kosztującego sześćdziesiąt dolców Chevroleta ‒ najfajniejszej i najlepszej rzeczy jaką kupiłem, patrząc na cenę ‒ na ulicy niedaleko mojego mieszkania. Lubiłem to auto. Było z rodzaju tych, którym mógłbyś przyfanzolić w słup telefoniczny i nic by się nie stało. Wayne kołysał w dłoni woreczek na narzędzia kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta w stronę pól, z których wyrastały garby wzgórz, a te nurzały się w dolinie zimnej rzeki pieszczonej przez wielkie ciepłe chmury.

68

Wszystkie domy na brzegu rzeki, a było ich co najmniej tuzin jak nie więcej, były opuszczone. Wybudowała je jedna firma malując na cztery różne kolory. Okna na niższych piętrach nie miały szyb. Przejechaliśmy się wzdłuż nich i zauważyłem, że podłogi na parterze były popękane. Jakiś czas temu, w czasie powodzi, przebiegający tędy prąd zmył wszystko do pobliskiej rzeki. Teraz jednak rzeka była płaska i płynęła powoli. Wierzby czesały jej powierzchnię swoimi liśćmi. – Mamy zamiar się tutaj włamać? – spytałem Wayne’a. – Nie możesz się włamać do zapomnianych, pustych domów – odparł przerażony moją głupotą. Nic nie odpowiedziałem. – To odzysk, nie włam. Zatrzymaj się przy tej chacie. Dom przed którym się zatrzymaliśmy sprawiał okropne wrażenie. Zapukałem – Nie rób tego – powiedział Wayne - Przecież to głupie. W środku było pełno szczelin, które zostawiła po sobie powódź. Ślady poziomu wody widać było na ścianach do około metra nad podłogę. Kępki prostej, sztywnej trawy były rozłożone wszędzie w taki sposób, jakby ktoś je wyłożył do wysuszenia. Wayne miał łom, a ja młotek z niebieską gumową rączką. Umieściliśmy narzędzia do wyważania w szwach ścian i zaczęliśmy rozwalać gipsowe ścianki. Odpadały luźno z odgłosem jakby kaszlającego starego człowieka. Gdziekolwiek znaleźliśmy jakieś uzbrojone kable, odcinaliśmy je od kontaktów, wyrywaliśmy i zwijaliśmy. Po to tu przyjechaliśmy. Aby sprzedać miedziane druty do skupu złomu. W czasie gdy byliśmy już na drugim piętrze wiedziałem, że zarobimy jakieś pieniądze. Czułem jednak, że jestem już zmęczony. Rzuciłem młotek i poszedłem do łazienki. Byłem spocony i chciało mi się pić. Oczywiście krany nie działały. Wróciłem do Wayne’a. Stałem pośrodku jednej z dwóch małych sypialni zacząłem tańczyć i walić młotkiem w gipsowe ściany, robiąc w nich dziury i powodując spory hałas do momentu, aż młotek utkwił w ścianie. Wayne ignorował moje głupie zachowanie. Łapałem oddech. Zapytałem go: – Jak myślisz, kim byli właściciele tych domów? Przerwał pracę. – To mój dom. – Jest? – Był. (…)

(fragment zbioru opowiadań Jesus’ Son Stories) Denis Johnson, Jesus’ Son Stories, Farrar Stratus & Giraux, 1992


HEIMAT


Rafał Różewicz /

Pies heimatański / Dolny Śląsk (fragment) Budzi mnie pojękiwanie podłogi. Mama co chwilę znajduje jej czułe punkty. Jest nerwowa, jak może być kobieta oczekująca nieproszonych gości, i to z daleka. Obcych jak ta sytuacja, w której znaleźliśmy się; mama, ja, no i Helga, tak nieoczekiwana niczym kapitulacja, a jeszcze ta ucieczka kilkunastu znajomych rodzin, odkąd zaczęły mnożyć się głosy, że lada dzień będą tu Rosjanie, tak – ci Rosjanie z plakatów, z kilkoma głowami, zapijaczeni, brudni, nieokrzesani. No tak, Goebbels nas okłamał, dobrze słyszycie, jutro będą tu czołgi, z których wyskoczą napaleni Mongołowie, psie syny azjatyckich stepów, tak tak, słyszałem co się działo w Prusach Wschodnich, podpalenia, gwałty, nawet staruszki musiały chować się ze swoim kroczem, dwóch, trzech na jedną, na oczach synów, mężów, mówię wam, to są dzikusy, trzeba uciekać, Niemcy kaputt, nie, nie kłamię, wszystko mam poukładane w głowie, czy wy naprawdę o niczym nie wiecie? Trwa oblężenie Breslau, ludzie tam jedzą szczury, mówię, nie ma na co czekać, żadne Wunderwaffe nas nie obroni, to był pic na wodę, zrozumiałem wszystko, Gertruda także, choć ciągle płacze, dziś wieczorem uciekamy stąd, kierujemy się na Waldenburg, wsiadamy na wóz i schnella, schnella, nie wiadomo co to będzie, mówię wam, to są barbarzyńcy, ludojady, powystrzelają nas jak kaczki, no co tak stoicie jak kołki z otwartymi ustami, zapytajcie Straussów, oni już są gotowi, tylko Klaus jeszcze coś zakopuje w ogródku za domem, komu w drogę temu czas, a mamy ledwie kilkadziesiąt, jak nie kilkanaście godzin, rozumiecie? Nic nie rozumieliśmy. Nie nadążaliśmy za rozwojem wypadków. Byliśmy oszołomieni feerią brzmień, które wydostawały się z gardła piekarza Wernera. Tak jak ja jestem teraz oszołomiony, nie do końca obudzony, siadający na łóżku ze zwieszonymi nogami i obserwujący matkę, biegającą tam i z powrotem, która nakazuje Heldze pilnować okna i, gdyby coś się działo po jego drugiej, jak mi się zdawało, złowrogiej stronie, dać jej znać, najlepiej gestem. Helga ma na sobie białe podkolanówki, trzewiki i piękne blond warkocze. Jest moją siostrą od 8 lat. Na dworze śmialiśmy się, że to „cudowne dziecko olimpiady”, bo legenda głosi, że Helmut, mój ojciec, spłodził ją, żeby odbić sobie cztery złote medale Jessiego Owensa, czarnoskórego Amerykanina, ale to tylko matka tak mówi, jak się złości. Prawdą jest, że Helga pojawiła się niespodziewanie, jak pojawiają się wszystkie wieści o nowych członkach rodziny. Rodzice posadzili mnie wtedy na krześle, tato ukląkł przede mną, chwyciwszy gładkie kolana, i rzekł: – Będziemy mieli gościa. Co prawda przyjdzie nas odwiedzić dopiero za kilka miesięcy, ale mam nadzieję, Karl, że się nim zaopiekujesz.

70

A ja, durny, myślałem, że jak przyjdzie, to i sobie pójdzie. Tymczasem przyszedł, na domiar złego pod postacią dziewczynki, nie przyniósł cukierków, jeszcze się rozgościł, jakby był we własnym domu, aż dom stał się naprawdę jego domem. Próbowałem protestować, tupałem nogami, lecz matka tylko przykładała palec do ust, żebym się uciszył. I tak oto gość w osobie dziewczynki, o imieniu Helga, został z nami, by teraz spoglądać przez okno i wypatrywać kolejnych nieproszonych gości. – Mamcia, nudzę się, tam nic nie ma – jęczy moja siostra, przestępując z nogi na nogę. – A ty, Karl, słyszałeś? – pyta matka. – Ale co miałem słyszeć, mamo? – Pociąg. Słyszałam jak jechał. – Karl spał, mamcia, normalnie jak trup, on zawsze zasypia, gdy ma coś zrobić, i wtedy ja muszę za niego! – Helga podbiega do mnie i małymi piąstkami wymierza sprawiedliwość. – Uspokójcie się, Mein Gott, to nie pora na kłótnie! – Helga, spójrz mi w oczy… – matka kuca, bierze Helgę za ręce i powtarza pytanie – słyszałaś? – Słyszałam. – Ale pociąg? – Nie, pociągu, nein, mamcię słyszałam, jak nas prosi. – Może mi się zdawało… – po czym poprawia splecione włosy, z trudem się do nas uśmiecha i zdążywszy jeszcze położyć dłoń na moim ramieniu, wychodzi. *** Każdego przejazdu pociągu baliśmy się jak ognia. Nawet szabrownicy, którzy przyjechali tu ze wszystkich stron, nie byli gorsi od tego buchającego parą demona. Wałęsali się po pustych domach i mieli broń, lecz ich się poznawało, choćby po hałasie, z jakim wykonywali swą powinność. Nie interesowali ich ludzie, a ludzkie przedmioty. Pociąg był natomiast przerażającą zagadką, symbolizował bowiem ludzi – anonimową masę ze Wschodu stłoczoną w bydlęcych wagonach; nawiedzał nas w snach i rzeczywistości, kiedy przejeżdżał niedaleko stąd, a matka zaczynała odliczać czas od jego przyjazdu i potencjalnego walenia w drzwi, za każdym razem głośno się zastanawiając: – To po nas, czy do nas? – kiedy walenie okazywało się dudnieniem w jej bębenkach od wielotygodniowego napięcia. Przecież co chwilę słyszało się o kolejnych rodzinach, które musiały odstępować mienie zagadkowym przybyszom z Kresów, czy centralnej Polski. Więc i nasza matka głowiła się co zrobimy, kiedy przyjdzie,


a właściwie przyjedzie co, do czego – ledwo mieścimy się we trójkę w tym mieszkaniu. Ale jak na razie Polacy zajmowali wyłącznie domy, mieszkaniami póki co nikt się nie interesował, bo to byli rolnicy, im potrzebna była przestrzeń, żeby i krowę wyprowadzić, i usiąść w słońcu na ławce przed domem. Choć tu i ówdzie szeptano, że i nas w końcu dopadnie kryska, jeśli sami stąd nie wyjedziemy. Na Pomorzu podobno organizowano masowe wywózki Niemców. A tutaj kopalnię mieli niebawem znów uruchomić; administracja polska ściągała górników z Górnego Śląska, oferując im nasze domy, mieszkania, byle tylko zaczęli tu pracować, byle szybciej ten naród mógł podnieść się z kolan. Dlatego ojcu Hermanna zablokowali możliwość wyjazdu, jako że był inżynierem i kazali wyszkolić kadrę polską pod groźbą pewnych surowych konsekwencji, które miałaby spaść na rodzinę. I Zygfryd Epstein, wraz z żoną Klarą, synem Hermannem zostali razem z nami, w odległości jednej klatki schodowej, w odległości kilometra od pola „Piast”, dawniej pola „Ruben”. Przymusowo na okres pięciu lat. Potem się zobaczy. MÓWI ZYGFRYD EPSTEIN: Krzyczał tak, że nie słyszeliśmy własnych myśli. Ale może o to chodziło, by w ten sposób je stłamsić zaprzęgając do tego celu radio, wszystkie dostępne fale, które, wydawało się, że niosą jego głos, coraz bardziej zachrypnięty w rejony niedostępne śmiertelnikom, lecz właśnie nadludziom, którymi mieliśmy być. My, mieszkańcy tysiącletniej Rzeszy. I raptem ten oto głos zstępował na ziemię, jakby z niebios, z gwałtownością najdzikszej burzy, ciskając piorunami głównie w Żydów, ale i Polaków, Brytyjczyków, Amerykanów, Rosjan. I tak falami, które rozbijały się o brzegi naszej świadomości z wielkim hukiem. Nie mieliśmy wątpliwości, że mamy do czynienia z Wodzem, który roztacza przed nami obraz krainy szczęśliwości, choć nasi wrogowie zrobią wszystko, żeby nas do niej nie wpuścić. My, jak mawiał, jesteśmy jednak silni w postanowieniu naprawy świata i uwolnienia go od wszelkiego zła; przyszłość należy do nas, Germanów, i kiedy tak mówił, jego głos znów się podnosił, uciekał naszemu rozumowi, że aż chciało się go gonić pośród wiwatującego tłumu. Być tam, w tłumie, we wnętrzu radia; być elementem układanki. W międzyczasie nasza ulica zmienia nazwę. Przestaje już być Weberberg Strasse, a staje się ul. Fabryczną, o czym dowiadujemy się z przybitej tabliczki nad głównymi drzwiami. Nagle. Tak jak dowiadujemy się o śmierci sąsiada z naprzeciwka – Kurta Hoffmanna, co się otruł, by móc „umrzeć na swoim”, o czym pisze w pożegnalnym liście do mieszkańców bloku. W przeciągu tygodnia następują dwa wydarzenia: ul. Fabryczna, jowialny pan Kurt, lat 56, kawaler, cyjanek. I właśnie na nowej, starej ulicy, pewnego razu słyszymy obce głosy, ale że jest dzień, to nie mogą być to szabrownicy; początkowo myślimy, że to wiatr, lecz niepokojące głosy narastają, aż zaczynają przepoczwarzać się w spójną mowę. Mowa ta z każdą sekundą zbliża się do naszych uszu coraz bardziej, budząc w matce zwierzęcy strach, przerywając skromny obiad. – Jak to, czyżbyśmy przegapili przejazd pociągu? – Helga, Klaus, Mein Gott, oni nadchodzą! – krzyczy, ale jakby szeptem, stojąc w oknie i uchylając firankę,

za którą widzi trójkę wynędzniałych ludzi w towarzystwie pracownika administracji. Obcy chwytają za klamkę i znikają w naszej klatce. Na razie są na dole, jakby niepewni czy brnąć w to dalej, czy zawrócić. Pracownik administracji poucza jednak, że już wkrótce może być za późno, i lepiej brać to, co jest na stanie. Owszem, mieszkał tam jakiś samotny Fryc, samobójca, ale czasy są niespokojnie, w tej wędrówce ludów nie biorą udziału tylko Kowalikowie, co to za zabobony, najwyżej ktoś inny przyjdzie na ich miejsce; niby to przyszła klasa robotnicza, a jaśniepańskie maniery, niedługo to może być bardzo źle widziane, wręcz niebezpieczne, mówię po dobroci, choć jam komunista, lecz początkowy, bo nie można iść pod prąd czasów… Pozostali Niemcy? Są, ale już niegroźni, w większości starcy albo matki z dziećmi, zresztą i ich się pozbędziemy. Odzyskaliśmy te ziemie nie po to, by Niemcy tu jak w sanatorium siedzieli, dlatego proszę się nie bać, niech Szwaby teraz przed nami trzęsą galotami. W Walimiu zakwaterowali się bracia Rosjanie, więc spokojnie: wielki brat patrzy, gdyby coś się działo, towarzysze przyjdą z pomocą… Podbiegam do drzwi i lekko uchylam. Nade mną pojawia się głowa matki. Naszym oczom ukazuje się mały człowieczek energicznym ruchem dłoni zapraszający nowo przybyłych do dawnego mieszkania pana Hoffmanna. – Jeszcze niedawno okoliczne domy stały otwarte na oścież, wystarczyło wejść, żeby już zostać, no a ci szabrownicy, skaranie boskie… – po czym zamyka drzwi, przenosząc rozmowę do środka. Czynimy podobnie. – No to będziemy mieć sąsiadów. Dzięki Bogu nieboszczyk Hoffmann zostawił po sobie mieszkanie – jakby trochę radośniej stwierdza matka. – Mamuś, co to za ludzie? – pyta Helga, która cały czas trzyma się sukni matki. – Ano ludzie, jak ludzie, choć trudno mi w to uwierzyć. – Ale czy oni są gut? – dopytuje. – Gut, nie gut, ale przyjdzie nam z nimi żyć. Przynajmniej na razie. Karl, bądź tak dobry i podaj matce robótkę. Podaję, a mama zaczyna robić na drutach, czasem na dłużej zamykając oczy.

Fragment niepublikowanej powieści Rafała Różewicza, Pies heimatański, Nowa Ruda/Wrocław 2016.

71


Krzysztof Kapinos /

Same katastrofy / Warmia

- Dokąd pan jedzie? Jeżeli można wiedzieć oczywiście… - Niespełna minuta! - pomyślał - Miałem niespełna minutę iluzji. Iluzji, że wszystko przebiegnie w spokoju, że kurwa zasnę i budzik mnie obudzi pięć minut przed stacją. Nie odpowiem mu, kurwa nie odpowiem! - Do Gdyni - odpowiedział. Rzadko bywał konsekwentny. Nie dotrzymywał obietnicy, odpowiadał kiedy nie chciał. Rzadko bywał konsekwentny. Mirosław Wrzocha, bo tak za chwilę przedstawi się pytający, od ponad pięćdziesięciu trzech lat, czyli od momentu narodzin, które to odbyły się zwyczajowo w szpitalu i nie do końca zwyczajowo w Wałbrzychu nigdy nie myślał o sobie, ani o innych w kategoriach konsekwencji. Chyba, że konsekwencji zawodowych. W ogóle myślenie o sobie odłożył na dalszy plan, skupiając się na myśleniu o innych. W końcu był profesjonalistą, a przynajmniej tak o sobie myślał. - Na wakacje? - zapytał podkręcając nieco końcówkę wąsa, co w jego wypadku było działaniem odruchowym. - Nie. Nie do końca przynajmniej - Olek zaczął lekko przerywać swoją wypowiedź. To nerwy, dziwne, pomyślał - Do rodziny – zastanowił się kilka sekund - Do ojca. W sumie do ojca. Poczuł się dziwnie. Wiedział, że nie potrafi. Wiedział, że nie może i nie powinien się denerwować. Przy obcych. Wiedział, że nie może i nie powinien opowiadać przypadkowym osobom o tym wszystkim. O tym, że jego matka wyjechała do Szwecji kiedy miał 5 lat i od tego czasu miała go w dupie. O tym, że ojciec od czasu do czasu chodzi do agencji i częściej coraz częściej zagląda do kieliszka . I o tym, że robi mu niespodziankę i boi się czy On się ucieszy, czy będzie w ogóle w domu. Dawno się nie widzieli. Odkąd pracuje na infolinii rzadko przyjeżdża do domu. Bo niby o czym mieli rozmawiać? O dupach ojca? O tym ,że słabo teraz płacą na budowach, bo kryzys? O tym dlaczego zawalił studia ? Dał sobie chwilę spokoju. To mu przyszło na myśl. Pojedzie na moment, powłóczy się po okolicy. Wpadnie do ojca. Może akurat będzie w domu. A może po prostu pierdolnie to wszystko? Za dużo ostatnio szumu - pomyślał. I obrócił nieco głowę w prawo. Słuchał niby Mirka, który to mówił gdzie i po co jedzie, ale jednak coraz bardziej zatapiał się w jesień na zewnątrz. W jesień w Pasłęku, Małdytach, na polach przed Elblągiem. Czasem odpowiadał na pytania. Powiedział, że ma dziewczynę, że ojciec jest sam, że gra w zespole i pracuje. O kilku odcieniach nie wspomniał. Za dużo szumu - pomyślał - Za co ona ma kurwa do mnie jeszcze pretensje? Że jeszcze chodzę po pracy na próby?! Kurwa powinna mnie wspierać. Przecież będziemy jeszcze grać. Z czasem więcej. Przecież nie będę pracował do usranej śmierci na infolinii! Minęli Elbląg. Odleciał. Chyba przestali rozmawiać. Tak przynajmniej odczuł - Wiesz co ja robię? - Mirek lekko się uśmiechnął - Nie wiem. Może jest pan hydraulikiem? – Udawał, że jest ciekawy odpowiedzi. - Po czym pan wnioskuje? - Po wąsach. Wie pan Super Mario Bros. Mario miał wąsy i był hydraulikiem. Pan też może być. Mario się uśmiechnął. Uznał, że to bardzo logiczna odpowiedź. Niegłupi chłopak - pomyślał. Zrobił pauzę. Zawsze tak robił. Od wielu lat w tym samym momencie robił pauzę. Powtarzalność uważał za przejaw zawodowstwa. - Jestem magikiem. Olek zaczął się śmiać. Bardzo energicznie, ale jednak taktownie rechotać. - No to nie trafiłem! - podsumował - Jest pan iluzjonistą? Ciekawe. Mirek lekko zmarszczył drwi. Zawsze mylą! - pomyślał - Zawsze! - Nie iluzjonistą a magikiem! - bardzo zdecydowanie podkreślił ostatnie słowo - Nie zajmuję się proszę pana iluzjami! - wziął lekki oddech, żeby się nie rozpędzić z emocjami - Ludzie mylą to. Mylą się. To normalne. - Taka już nasza natura

72


- Tak! - Mirek na powrót się rozpogodził - Mądry z pana chłopak wie pan? Tak mi mówi Pan i Pana intuicja. Słownie daj sobie Pan radę, myślowo jest nieźle a moja intuicja się nie myli. – Nie czekał nawet na odpowiedź Olka, nie interesowała go. Proces się zaczął i nie było odwrotu. - To wszystko składa się na jedną decyzję: spełnię Pana najskrytsze marzenie! Pojebało go- pomyślał Olek- Ale dobra z wariatem nie ma co igrać. Pogadamy pośmiejemy się , żeby go tylko nie denerwować. Kurwa jeszcze mi psychola było potrzeba! - No dobrze! Niech Pan spełnia! – Odpowiedział z prawie szczerym uśmiechem *** Andrzej nie lubił takich dni jak ten. Było ich ostatnio coraz więcej. Sezon się kończył, więc praca zaczynała przechodzić z etapu zawsze na etap od czasu do czasu. Miał czekać na telefon, który wiedział, że nie zadzwoni. Nie dzisiaj. Ciekawe co u młodego? - pomyślał nalewając sobie kawy - Dawno się nie widzieli. Nie rozumiał go. Myślał czasem, że jest zbyt prosty, że robi zbyt mało. Chciał mu załatwić robotę, ale młody miał ambicje. Nie będę mu się pchał i go prosił - Dolał odrobinę mleka i dodał cukru - Kiedyś zmądrzeje. Usiadł w fotelu. Popatrzył na żółty pasek w TVN 24 „Katastrofa kolejowa pod Tczewem. W miejscowości Lisewo wykoleił się pociąg. Jedna osoba nie żyje.” Nie było w nim żadnych emocji. Same katastrofy - wycedził do siebie. A następnie przełączył na Eurosport.

Erwin Kruk (1940-2017) /

Wiersze / Mazury

W dalekim ogrodzie

Gdzie są ci, którzy na tej ziemi wyrośli

Lato trwało długo, pod złocistym dachem. A teraz wciąż ten sam dzień jesienny, Jak u Rilkego. I ta sama bezradność. Gdzie skłonić głowę? Nie zbudowałem domu. Niewiele się udało i mówię: byłem młody. Należę do pokolenia bezdomnych. Na pastwiskach już szczaw rdzewieje. Tyle miałem zachwytu i lęku, a co moje, To liście i listy, i powiewy wiatru chłodne. W pustych rękach niosę sterane życie. Przede mną, w dalekim ogrodzie dzieciństwa, Przygięta ku ziemi gałąź jabłoni Pochyla się nad poczerniałymi trawami. Są tam jeszcze ostatnie owoce. W chłodne dni Łzawi się na nich stygnące światło.

Bo skoro tak dosłownie, Tak wszystko się rozwiało, Jak nazwać to, co po nas zostało? Gdzie żyją ci, którzy na tej ziemi wyrośli, W dawnych wiekach, w tych samych krajobrazach, Obok nas, ale milczący, Sposobiący się do drogi? W jakim kraju, na jakiej bezludnej wyspie? Imiona bliskie, domowe, Dla nich na zawsze pozostały obce. Teraz tych ludzi ani ich imion Nie ma. Do pamięci nie dotarły. Ktoś żył i odszedł. Nikt nie zauważył. I gdy cienie rzucają obłoki W jasny dzień, wiatr od lasów szemrze W zadziwiającej mowie, Jakby ptaki odlatywały nad głowami,

z tomu: Znikanie, Olsztyn 2005.

z tomu: Nieobecność, Olsztyn 2015.

73


Małgorzata Wątor / Kaszuby

Dôka Òn Cos tacy w tajemnicë skriwô Mòże stôri zdrzélnik? Òpòwiésc ò stôrëch dzejach

Mòże cos co mô magiczné mòce? Mòże to jaczis czôrnoksãżnik?

To bëło wiertel pò dzesąti wieczór Le wësłańc to òn nie je. Leno rubzak na plecë narzucył Ë skłónił sã nad zemią.

W tramwaju. Gòdë stacjô Żëcé to Trzëwëmiarowi film

Przegrôł całi majątk przegrôł zemiã,

Nierôz to leno ùjãcé Zbliżenié Aktualizacjô doparłãcznika

przegrôł młin, przegrôł chëcz, tak mój tatk, jak ë starëszk, przegrôł całi majątk.

Wszãdze je tak samò Ë chëcz Ë króm Ë kòscół Ë stegna na pks

74

Sznaps lôł sã wãbórkama Dëch tëch lãpionów W czeliszczi wchòdzy Wnetka kòrnus jak blisczi krewny nie bëła w stanie stac Ë jãzëk w tuńcu niebëtny béł Ni mògłam plestac ò tim gôdac, co ju wszëtcë wiedzą


Pier Paolo Pasolini Piotr Szatkowski Mazury [Próc titlu] Nácziénzÿ je ale poniéracz wewnéntrnie. Ûz nie chcesz ôdbziéracz, co z dufnoszczió céchowano biło, kiéj esce echtownie szie zÿło. Prżisłoszczi mám strach, bo próc anungu wchód do nozinÿ prżestómpsicz ni kazó próc sceszcziá, najrżéniá, sérca ôrdnungu. Nadżieji náléżcz zdolécz choc rázu ni mogie, tlo óna kartkia papsiéru z lichiéni słowóma dicht zapełnióná. Lec cziéngiém ni luto, bo nie dá to mniéru niz w głowe wnijdżie co jénse jek... óna.

Friuli Casarsa Dedica. Fontana di aga dal me país. A no è aga pí fres-cia che tal me país. Fontana di rustic amòur.

Ploja tai cunfíns Fantassút, al plòuf il Sèil tai spolèrs dal to país, tal to vis di rosa e mèil pluvisín al nas il mèis. Il soreli scur di fun sot li branchis dai moràrs al ti brusa e sui cunfíns tu i ti ciantis, sòul, i muàrs. Fantassút, al rit il Sèil tai barcòns dal to país, tal to vis di sanc e fièl serenàt al mòur il mèis.

O me donzel O me donzel! Jo i nas ta l’odòur che la ploja a suspira tai pras di erba viva... I nas tal spieli da la roja. In chel spieli Ciasarsa - coma i pras di rosada di timp antic a trima. Là sot, jo i vif di dòul, lontàn frut peciadòur, ta un ridi scunfuartàt. O me donzel, serena la sera a tens la ombrena tai vecius murs: tal sèil la lus a imbarlumís. Z tomu: Poesie a Casarsa, Bologna 1942.

75


KRAJ H C Y N BOCZ DRÃ&#x201C;G

76


Magdalena Okraska /

Kraj bocznych dróg

P

odróż nie musi oznaczać ciężkiego bagażu, czytania sterty przewodników i przebywania tysięcy kilometrów. Tuż za rogiem zaczyna się bowiem świat bliski, ale i jednocześnie obcy, nieznany, odległy. Świat domagający się ciągłych reinterpretacji – nasza Polska prowincjonalna, powiatowa, Polska małych miasteczek i jeszcze mniejszych wsi. Prowincja, Polska B i C, do której dojeżdża się na starym rowerze albo rozpadającym się busem przez błota, to miejsce-konstrukt, które niespecjalnie wydaje się być celem jakiejkolwiek podróży – bo raczej ucieka się stąd, niż tutaj zostaje lub wraca. Kto chce jechać „w podróż”, ten wyprawia się raczej w wielki świat – a przynajmniej świat znacząco większy niż ten tutaj. Bo tutaj i liczba rozrywek, i cudów drażniących oko jest znacznie ograniczona.

Najczęstsza odpowiedź mieszkańców polskich

zadupi na pytanie: „Co tu można zobaczyć?” brzmi

„Ale tutaj nic nie ma”.

Przy czym krytyczność i niechęć wobec własnego miejsca pochodzenia przekraczają czasami normy rozsądku – w taki np. sposób na to pytanie odpowiedziała mi osoba z Sejn, które dla osób z zewnątrz atrakcyjne są i krajoznawczo, i kulturowo. Co jednak z prowincją-godzillą, prowincją totalną, miejscem, gdzie „nie ma nic”, gdzie brak podstawowej infrastruktury, nie mówiąc o rozrywce, a jeśli coś się pojawia, to dwadzieścia lat po czasie, przy czym i tak nie cieszy się powodzeniem, bo jest droższe, nowe, nieoswojone? Co z miejscami, które wegetują albo umierają? DA SIĘ W NICH ŻYĆ I DA SIĘ JE OGLĄDAĆ.

p

odróżuję po Polsce prowincjonalnej od kilkunastu lat. Każdy wolny moment wykorzystuję do wybrania się w niedaleko (lub dalej) położone miejsce – tylko dlatego, że nigdy tam nie byłam. Weekendy w Warszawie, Krakowie czy Sopocie nie znajdują się w moim spektrum zainteresowań. Tak, to ładne, wielkie, ruchliwe miasta. Ale to tutaj obok jest życie prawdziwsze, prostsze, nieupozowane i nieupudrowane. To tutaj mamy punkty usługowe i budki z frytkami, na skorzystanie z których stać każdego mieszkańca i przybysza. To tutaj „nic się nie dzieje”, życie płynie leniwym rytmem, który bez wysiłku można obserwować. To tutaj wcześniej kończy się pracę i inaczej spędza po niej czas.

W

ielokrotnie pytano mnie, czemu jadę dokądś, gdzie „nic nie ma” lub czemu celowo wybieram do obejrzenia – i fotografuję - „takie brzydkie miejsca”. A przecież to nie tak, że ja jedyna posiadam jakieś cudowne, kolorowe szkiełko i oko, które pozwalają mi zachwycać się brzydotą i nie zrażać trudnościami, a błoto, deszcz i ogólny syf przekuwać w bajkowe kadry. Nie mam i nie chciałabym mieć, to zresztą zabieranie się do interpretacji rzeczywistości z całkowicie niewłaściwego i chyba nawet nieistniejącego końca. Po prostu – Polska tak wygląda. To jest prawda, to jest rzeczywistość – błoto, sztuczna (i cienka) warstewka politury i błysku na biedzie i brudzie, zabite dechami, puste lokale usługowe, zardzewiałe przystanki, zamknięte linie kolejowe, zwijająca się infrastruktura, wybite szyby. To jest Polska dużo bardziej niż udające ją w wersji eksportowej starówki wielkich miast.

77


Cz

łowiek ma to do siebie, że szuka piękna, estetyki, ciepła, a przynajmniej widoków znośnych. I wcale nie dziwię się, że z radością udajemy, że uwierzyliśmy w grę „Polska pięknieje”

i

że z rozkoszą w nią gramy, pławiąc się w blasku centrów handlowych, słuchając muzyki z wind w biurowcach i przechadzając się po wybetonowanych centrach miast, obowiązkowo wyposażeni w kawę na wynos w tekturowym kubku z naszym mieniem wypisanym markerem. (A przynajmniej niech tam będą umieszczone gwiazdki czy nazwa kawiarni, skoro imienia być nie może). Chcemy być tacy, jak ci 400 km na zachód. Nie zaskakuje mnie, że ludziom, którzy nigdy nie mieli, a zawsze chcieli mieć, sprzedać można zewnętrzne, powierzchowne oznaki prestiżu i „dziania się”, że da się im wcisnąć kolorowe namiastki, nawet jeśli pod cienką warstwą brokatu widać, tak bardzo widać, że stać nas tylko na jedną kawę i jeden bilet do kina miesięcznie, a za rogiem wyremontowanego za unijne placu wyposażonego w wielką fontannę czterech typa rozpija pod żabką zero siedem czystej.

E

stetyka, funkcjonalność i dostępność infrastruktury są u nas zatem atrapami. Niby „wszystko jest”, ale nie na wyciągnięcie ręki. Niby „dla każdego”, ale wiele grup wyłączonych jest z pławienia się w obiecującym, europejskim blasku przestrzeni wspólnej. Wzięcie udziału w korowodzie „dziania się”, w karnawale pachnącej bogactwem nowości, okupione jest wysiłkiem i pewną dozą przymusu. Trzeba kupić bilet na busa, przyjechać z zapyziałych osiedli w wielki świat, trzeba udawać, że jest świetnie, nowocześnie, wreszcie europejsko, „czegoś takiego jeszcze u nas nie było”, bawimy się wspaniale.

M

ieszkam w mieście, gdzie ludzie od 25 lat czekają na wybudowanie McDonalda. Temat co kilka lat powraca, podgrzewany „na pewno sprawdzonymi” plotkami, że już zaraz, już za rok, już kupili grunty, a inwestor poważnie interesują się tą lokalizacją. Pokazuje to, jak mocno, jak desperacko wręcz prowincja chce wziąć udział w karnawale „przynależnym” tylko większym ośrodkom – choć wie przecież doskonale, że na tej imprezie i muzyka przestarzała, i jedzenie zwietrzałe, i towarzystwo takie sobie, a pozłotko z pudełeczka z darmowym upominkiem (który nigdy nie jest naprawdę darmowy) odpada i nie wytrzyma do rana.

O

bserwować prowincję z odpowiednią dozą szczerości to przede wszystkim oznacza nie być z zewnątrz. Widuję czasem zdjęcia moich znajomych, którzy odwiedzili małe miasteczko po latach mieszkania w stolicy. Ich impresje, wrażenia, dobór środków wyrazu do opisu – słowem i obrazem – zastanej rzeczywistości wprost sugerują, że nieadekwatność działa w obie strony. Tylko że Polska A jest mniejsza i sztuczniejsza, a my mamy przynajmniej tanie frytki.

78


Tomasz Kulik

/

Minuty, godziny, lata

– Jedziesz z nami na windrinowe grzyby? – Windrinowe? A gdzie jedziecie? – zapytałem – Do lasu za Leśnicę – Rufio spojrzał badawczo z wyraźnym zadowoleniem w oczach i szerokim uśmiechem. – Najważniejsze są woreczki nieszeleszczące. Mówię ci, podstawa, żeby nie było krzywej fazy – Zombi wyciągnął plik małych torebek, które przed chwilą przyniósł z Pehaesu na Dzielnej; z paskudnego sklepu, w którym ekspedientki były równie nieprzyjemne jak lamperia w korytarzyku za drzwiami. Bramę obok mieszkał Żaba, ten sam, u którego kilka godzin wcześniej cała brygada w ubłoconych „rumunach” i kolorowych spodniach żachała klej na białej pościeli matki; ten sam, który za kilka lat wyskoczy z okna swojego pokoju. – Dobrze, że już nie pada. Do chuja z tym deszczem – Patrząc w niebo, skwitował Zombi. Tak Grzesiek poznał ekipę punków z Wiślańskiej. Właściwie widział ich już wcześniej, kiedy w trójkę odwiedzili Ewę. Przyszli na długiej przerwie, coś tam poszeptali i zniknęli. Werni, Rufio i Zombi robili wrażenie żywcem wyjętych z okładki „Troops of tomorow” The Exploited. – Wtedy na długiej przerwie w szkolnym amfiteatrze stałem razem z kolegą i oboje byliśmy oczarowani. Punkowanie było dla nas życiowym odkryciem; nowym rozdziałem i przygodą, którą właśnie doświadczaliśmy. Był 1991 r. Armia wydała właśnie nową płytę. „Legendy” słuchał każdy . Krążyła z rąk do rąk, podobnie jak wydana w tym samym roku nowa płyta Izraela, „1991”. Wszystko dostało atomowego przyśpieszenia. Po roku na Kozanowie działały już dwie punkowe brygady, chwilę później – cztery. Między innymi Yatta Punk, które składały się z samych dziewczyn. Jednak chłopaki i dziewczyny z Wiślańskiej byli pierwsi. Zombi mieszkał na parterze i dzięki napisowi pod oknem wszyscy wiedzieli, że ma korbę na punkcie G.B.H. – To jest najlepsza kapela, kurwa, nie ma lepszej, weź se posłuchaj, Sick Boy, ej, serio, mówię ci: I’m strapped into my bed, I’ve got electrodes in my head. My nerves are really bad, it’s the best time I’ve ever had. I’m a sick boy and there’s no cure!!! I’m a sick boy there should be more!!! – Zajebiście – powiedziałem. Powinniście założyć

kapelę, wokal już macie – No co ty, nie pierdol, rzucił z uśmiechem Zombi – u nas nikt nie umie na niczym grać. Chyba że w piłkę. Ostatnio w parku ograliśmy kiboli. Warto było, bo zakład poszedł o skrzynkę wina. – Widziałem to – odpowiedziałem – to był naprawdę niesamowity widok. Z jednej strony kibole w sportowych strojach, z drugiej wy, w kolorowych gaciach, a na trawie ponad dwadzieścia rozsznurowanych ojek, skrzynka wina i reszta brygady rozłożona na słońcu. Rok wcześniej, w październiku 1990 r., na koncercie Stage of Unity w Domu Kultury przy Pilczyckiej, Grzesiek po raz pierwszy poczuł klimat niezależnego środowiska. Reggae z usypiającym bitem pozostało na dłużej, ale poszukiwania własnej tożsamości dopiero się rozpoczęły. Potrzebował więcej niepokoju i drżenia, zarówno w muzyce, jak i w relacjach z ludźmi. Przypominało to wyprawę Tomka Wilmowskiego na Czarny Ląd, do źródeł Amazonki albo nad rzekę, której nie ma. Gdziekolwiek, byle dalej od szkolno-wychowawczego kręgosłupa i wyuczonych postaw. – Wszechobecne disco z różowymi szalikami moich koleżanek, okropne białe skarpetki kolesi i do tego telewizyjna alternatywa Krzysia Krawczyka oznaczały nudę. Za chwilę oprócz muzyki, a może za sprawą muzyki i zaangażowanych tekstów pojawiło się myślenie polityczne. Spotkania na Ostrowie Tumskim z Grupą Anarchistyczną im. Kropotkina Piotrka Żuka, późniejszą Federacją Anarchistyczną. Zaczęły się happeningi, demonstracje,

79


pikiety, itd. Jednego dnia rano krzyczeliśmy przeciwko zbrojeniom, a po południu protestowaliśmy pod cyrkiem.

O

d pierwszego koncertu w MDK-u minął rok. Grzesiek znalazł swój mikroświat. Zaraził się wirusem, który z fazy latentnej – natychmiast przeszedł do intensywnej ekspresji punkowych wariacji. – Sorry, raczej nie dam rady, może innym razem, odpowiedziałem. Tak naprawdę trochę się przestraszyłem nieszeleszczących woreczków i butaprenu. – Okej, to wpadnij przy okazji, jak będziesz w pobliżu – powiedział Rufio, chyba najbardziej sympatyczny koleś z Wiślańskiej. – Osiedle stojące pod nami sprawiało wrażenie nieobecnego. Na dachu jedenastopiętrowca, nie licząc gadania Rufia, było zadziwiająco cicho. Żadnego szumu samochodów i klekotu Ikarusa jadącego w kierunku Pracz. Wszyscy zajęci woreczkami ciasno przyciśniętymi do twarzy. Pomyślałem, że za chwilę będzie jak w kawałku Defloracji: „Będą wizje i impulsy, nawet echo możesz mieć, tylko cicho i spokojnie na kamyczku sobie siedź. Butapren, butapren, butapren”. Kozanowy były dwa, z pętlą tworzącą naturalny podział. Jednak wówczas granice wyznaczały ulice zasiedlone przez wrogie plemiona; rejony niedostępne dla dzieciaków uczących się w tym samych szkołach z powodu nienawiści ze strony starszych braci. Całe fragmenty osiedla popołudniami zmieniały się w pola minowe. Coś jak u Ferenca Molnára. Tak było z ulicą Dokerską

80

przy której mieszkaliśmy. Grzesiek dobrze wiedział, że pomiędzy numery 2 i 28 nie warto zaglądać, chyba tylko po to, żeby sprowokować nazistów. Wejście oznaczało pewną konfrontację i bijatykę. Nazi skini z polskimi bielikami i swastykami na flyersach nienawidzili wszystkich, szczególnie chłopaków z irokezami, w koszulkach Exploited i przyciętych do butów spodniach. Tak było i tym razem. – Nagle usłyszałem: Dawaj go, kurwa, brudasa. Ja pierdolę, w takiej koszulce na naszą ulicę wchodzi. Pojebało go. – No, kurwa, zniknął. Gdzie on jest? Jak my wszyscy znał sekretne przejścia: piwnica/strych/dach/ piwnica. Wybrał dach. Oddychając wyziewami z kuchni czterdziestu mieszkań, miał czas na wyrównanie tętna. Śmiał się głośno, a w uszach wybrzmiewał jeden z kawałków ulubionej kapeli: „Jesteśmy tacy sami. Mali, głupi, zarozumiali. Umiemy teraz robić rzeczy, którymi gardziliśmy. Nasze drogi się rozchodzą, każdy wreszcie myśli, powtarzamy to, co robią ludzie, z których się śmialiśmy”. – Nie było sensu ryzykować – dodał. – Pięciu przeciw jednemu z góry określało wynik spotkania. Inaczej niż wtedy, gdy spotkałem grubasa chełpiącego się legitymacją NSDAP SA. Jak tłumaczył, pokazując ją dumnie, była to organizacja zrzeszająca narodowych socjalistów rozsianych poza granicami Niemiec. Trochę się z niego pośmiałem. Zabolało zwłaszcza, że szedł z dziewczyną. Blondyna śmiała się przez cały czas i krzyczała: „próbuj, próbuj!”. Grubas pomimo wielkich chęci nie był w


stanie mnie złapać, krążył wkoło, obrywając kolejne kopniaki w opięte spodnie. Podobnie było, gdy wyzwał na pojedynek chłopaka z sąsiedztwa. Wracał później do domu z widelcem wbitym pomiędzy dwa olbrzymie pośladki. Nie pomogli koledzy z Nowego Dworu, którzy przybyli na Kozanów, aby pomóc w zaprowadzaniu czystości rasowej. Dzieciak, którego chciał przywołać do porządku, należał do KSBK. To była brygada, która bardzo się pilnowała i natychmiast reagowała, stając murem za każdym. Kaszana Spray Brigaden Kozanów wyglądali jak zbieranina byłych metali, hip-hopowców i młodych punków. Zajmowali teren czerwonych bloków i nieparzystych numerów Dokerskiej. Bardzo sympatyczna mieszanka, która czasami okazywała się wybuchowa. Kinia, Ferdyn, Czernia, Rudy, Lipa, Sobieral, Czita zwany Tretynem, Adaś, Pępek, Sołtys, i wielu innych, którzy przychodzili z okolicznych bram i codziennie urzędowali w przejściu pomiędzy blokami. Właściwie Grzesiek najbliżej miał do nich, wystarczyło przejść ulicę. Mimo to prawie każdego dnia wędrował do swoich Red Black Punks zajmujących jeden z trzepaków przy ul. Celtyckiej. Lekko licząc 15 min. Piechotą, na szagę przez Kozanowską. Mijał po drodze ekipę spod zsypu, kilka słów o nowych szablonach, ostatnich imprezach i nowych płytach. Chłopaki z Kozanowskiej nie czekali na specjalne pozwolenia i w jednej z komór ze śmierdzącymi odpadami zrobili salę prób. Dawali tam okazjonalne występy. – Zwracali na siebie uwagę lokatorów, powodując jednocześnie palpitację u własnych rodziców. Nazwa kapeli bez przerwy się zmieniała. Najbardziej poetycką był Onanizm Uaktywniony. Kika lat później Tomal z Onanizmu, który wyglądał jak młody Travolta z czarnym irokezem, dołączył do najpoważniejszego punkowego składu zachodnich dzielnic Wrocławia – Akcji Bezpośredniej braci Zawadów. Czerwono-czarni byli brygadą, z którą spędził najwięcej czasu. Poznali się dużo wcześniej, zanim ktokolwiek myślał o farbowaniu spodni i tapirowaniu włosów. Przyjaźń cementowała się w Rudawach Janowickich na Zamku Bolczów, gdzie mieli swoją bazę. Od lat osiemdziesiątych tworzyli harcerską drużynę środowiskową która zawsze miała na bakier z Hufcem i ponad wszystko ceniła sobie niezależność. – Nie mogło być inaczej, drużynowym całej ekipy był Paweł z wyglądem Sida Viciousa i przypinką Joy Division w szarym prochowcu. Nasza paczka była bardzo zwarta: Młody, Kotlet, Tołdi, Rusek, Dżaga, Lewa, Kaśka, Skowron, Ciapek i Cinek. Byliśmy dla siebie bardzo ważni. W czasach bez Facebooka, telefonów komórkowych i miliona kanałów telewizyjnych, sami decydowaliśmy, jak będzie wyglądał każdy dzień. Z czasem powstała kapela Utopia, która na początku sprawiała wrażenie trochę nienormalnej. Wyobraź sobie bandę, która z Kozanowa

jedzie MPK na Haukego-Bossaka do szkoły, tylko po to, żeby pograć w auli przez 20 min. na długiej przerwie. Ekipa była ciekawa, podobnie jak brama, w której mieszkaliśmy. Mieszanka społeczno-polityczna, której skład od czasu do czasu komentowali starzy: opozycjonista z ubekiem na jednym piętrze, poza tym śpiewak operowy, lekarka, szemrany biznesmen z czerwonym Marlboro w ustach, nawiedzeni chrześcijanie i robotnicy z Pilmetu. Najważniejsze, że Fredziu, syn śpiewaka operowego i pianistki, po rodzicach odziedziczył słuch absolutny. Posiadał też naturalną zdolność opanowywania gry na wielu instrumentach. A drugie najważniejsze, że też słuchał punka. W upiornym pokoju pełnym śmieci i rozwalonych ubrań leżała około setka kaset. Najlepsze z najlepszych brytyjskich i amerykańskich kapel. Raz mi to wytłumaczył: – Nie słucham polskich, nie mogę. Weź się nie pytaj dlaczego? Po prostu są do dupy. Porównaj to do The Clash, Toy Dolls, Buzzcocks, UK Subs, Damned, Dead Kennedys. Mam dalej wyliczać? Z resztą posłuchaj sobie. Z dwukasetowego jamnika wybrzmiały dźwięki Peter and The Test Tube Babies. Fredziu w opinii lokatorów był typowym reprezentantem wykolejenia i złego wpływu narkotyków na osobowość młodego człowieka. Pewnie dlatego okazał się świetnym kumplem oraz jedynym nauczycielem gry na gitarze. Rzadko komentował blokowe towarzystwo. Jeśli się odzywał, to naprawdę musiało być coś ważnego do powiedzenia. Tak było wtedy: – Znasz tych z dziesiątego? – Nie, ale trochę strach, odpowiedziałem – Swoim nic nie zrobią, poza tym są okej. Gryka gra na basie w Legionie, niby skinowska kapela, ale oni wszyscy kiedyś byli punkami. Zresztą posłuchaj Legionu, prosty Oi!, ale dobrze zagrany. Jak na polskie warunki – dodał z uśmiechem. Gryka i jego starszy brat, oprócz „dzień dobry” w windzie, kojarzyli się Tomkowi z jednym wspomnieniem. Tak odległym, że przypominało kolorowy sen. Był rok 1982, może 83. W mikroskopijnej kuchni, opierając się o biały parapet, patrzył na rosnące osiedle. Z tarasu dobiegały głosy rozmowy. Otworzył okno i zobaczył: trzy zielone irokezy i czarne skóry. Identyczne jak ta, którą nosił Grigorij z „Czterech Pancernych”. Na plecach białą farbą wymalowane dziwne symbole i napisy w nieznanym języku. Wówczas w środku wielkiej płyty było to egzotyczne spotkanie części punkowej załogi, spod Barbary na Świdnickiej. Dzisiaj on sam nosił irokeza. – Przy nich byłem małolatem, jak z kawałku Kolaborantów:

81


„My, urodzeni w latach sześćdziesiątych, i wy, gówniarze z lat siedemdziesiątych, nadchodzi nasz czas, nadchodzi nasza era”. No i mieliśmy swój czas, ale czy era też była nasza? Może przez chwilę. Pamiętam te skóry jak dzisiaj. U nas najlepszą punkową „papą” mógł pochwalić się tylko Adaś z KSBK. Dostał ją od Bronka, który jak nikt inny potrafił puszczać wielkie bańki ze śliny. Jupa była przechodnia, a Bronkowi najwyraźniej znudziło się słuchanie punka. Wkrótce Grzesiek poznał innego lokatora z naszej bramy. Igor mieszkał z matką kilka pięter wyżej i jak się okazało, też słuchał punka. – Miał kolekcję płyt, która powodowała u mnie szybsze bicie serca. Z resztą w ogóle był świetnym kolesiem. Ściany pokoju wykleił powiększonymi rysunkami z Anteny Krzyku, Pomarańczowego Małolata i QQRyQ,; na półce: publikacje Akapelli, WiP-u i RSA. Poza nielicznymi meblami i materacem na ziemi w pokoju stał wielki czarny piec gitarowy. – Raz zapytał: słyszałeś Hurt? Gramy z automatem. Ja na gitarze, jest jeszcze Maciek na wokalu i koleś na basie. Igor miał wszystko i wszystkim się dzielił: płytami, wiedzą i unikalnymi, bardzo dyskretnymi żartami. Wyobraź sobie w jednym miejscu pierwsze składanki Dezertera, wydawane jeszcze jako Tank Records, Trybuna Brudu, kompletna dyskografia Bad Brains. Nawet cygańską orkiestrę Fanfare Ciocărlia – poznałem właśnie dzięki niemu. Co było dalej? Nie wiem, czy mamy tyle czasu, zdaje się, że krążymy już po mieście parę minut…

Od autora [Grześka poznałem w 1981 r. Chodziliśmy do jednej szkoły i mieszkaliśmy w tej samej bramie przy ul. Dokerskiej. Okazji do rozmowy było pewnie milion, jednak okazało się, że na odpowiedni moment musieliśmy poczekać ponad dwadzieścia lat. Z perspektywy czasu, punkowa historia Kozanowa, dzisiaj owładniętego niemocą, wydaje się opowieścią o innym osiedlu, i o innym stanie świadomości. Wówczas żaden z nas nie przewidywał, że wkrótce dzieciaki wybiorą wirtualną samotność, tracąc możliwość przeżycia młodości intensywnie]. 82


Tom

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego Jacek - Wyborczą ? Nie czytam, nigdy. Daj pan spokój, musiałbym się później dezynfekować. A dlaczego kłamią i nie piszą prawdy ? Jest tyle innych gazet. Gazeta Polska np. Jacek proboszczem został w 2014, chwilę po odejściu Józefa na emeryturę. Na osiedle przyjechał z jednej z podwrocławskich miejscowości w której dał się poznać jako dobry gospodarz. W opinii wielu był bardzo dobrym księdzem. Wyjechał świetny organizator a miasteczko straciło najlepszego od lat menadżera. - A cóż ja znowu takiego zrobiłem w tym Wrocławiu? Tyle że pojechałem i obrazki z Janem Pawłem II położyłem na jego grobie. Później je co łaska wiernym sprzedawałem. A że wziąłem adresy z księgi parafialnej i listę zrobiłem to już afera, że dane poufne i według listy ministranci chodzili?. Już się tu kręcił jeden taki z gazety. I problemów pełno, do Kurii musiałem jeździć i się tłumaczyć. Na miłość Boską bez przesady, przecież pieniądze parafii są potrzebne. I ludzie są zadowoleni. To chyba tylko we Wrocławiu takie problemy są możliwe. Kruczoczarne włosy kontrastują z dojrzałością, kojarzoną zazwyczaj z plackowatą łysiną i nadwątlonym zdrowiem. Oczy głęboko wciśnięte w opuchniętą twarz nie pozwalają odczytać myśli. Nieprzewidywalność zamknięta przekrwionym bielmem i bruzdami przechodzącymi znad czoła. Gładkość dłoni potwierdza status i pozycję na którą pracował wiele lat. Nie rąbie drew na opał i nie przerzuca węgla w parafialnej kotłowni. Nie sprząta i nie gotuje, nie myje czarnego volkwagena zaparkowanego w garażu. Nie pastuje zawsze błyszczących butów. W przeciwieństwie do głosu Mietka Czechowicza z Misia Uszatka którym zwykle odprawia nabożeństwa teraz mówi inaczej. Każde słowo wybrzmiewa mocno. Teatralnie pracuje pauzą pozwalając treści wybrzmieć do końca. Nie pozwala na dyskusję, chce się wypowiedzieć do końca, nie czekając na opinię zwrotną. Zupełnie jak gdyby formuła rozmowy oznaczała monolog zakończony akceptacją słuchacza. Lista zasług którymi może się pochwalić jest długa. Z pewnością

operatywności nie można mu odmówić. Po przyjeździe na osiedle dwa ołtarze z trzema relikwiami, reanimowana Schola, nowa farba na ścianach świątyni, wizyty gości zagranicznych. Mary Wagner obrończyni „dzieci nienarodzonych” przyjechała wprost z Kanady. W więzieniu spędziła łącznie sześć lat za wdzieranie się do klinik aborcyjnych i nakłanianie kobiet do rezygnacji z zabiegów. Bardzo się zaprzyjaźniła z Jackiem. Doceniła też jego wkład w świętą misję. Ogromne banery ze zdjęciami ofiar aborcji na ogrodzeniu kościoła. Wizerunek Adolfa Hitlera sugestywnie przypominający kim są zwolennicy aborcji. Tylko nikt nie mógł zrozumieć dlaczego na jednym z nich ktoś dopisał „religia zabija”. Jacek podobnie jak Mary również dba o innych. Szczególną troską objął najbliższą rodzinę co nie umknęło uwadze parafian

83


którzy na portalach internetowych dzielą się swoimi opiniami. - Ksiądz Jacek żąda za pogrzeb 500 zł. Wszystko ma swoją cenę. Buduje dom dla siostry. Trzeba się zjednoczyć i pożegnać go z naszej parafii.

Intencje czytane jak numery wyciągane wprost z maszyny losującej.

Świątynia Boża

Adam

Kościół wybudowano w latach osiemdziesiątych zgodnie z rzymskokatolicką tradycją. Pomimo górujących wokół jedenastopiętrowców zaprojektowany został tak aby mimo wszystko dominować nad okolicą. Uwagę zwraca kubatura, pochodna gigantomanii i specyficznego poczucia piękna. Bezkształtny, wieloboczny gmach z podwójnym krzyżem na dachu najbardziej przypomina jeden ze schronów przeciwlotniczych. W środku świeże kwiaty i wzorzysty dywan na środku. Chłodno przez cały rok. Każdy miesiąc ma swoją specyfikę zapisaną w kalendarzu liturgicznym. Z nadejściem października zaczyna się różaniec, w grudniu roraty, przed Wielkanocą droga krzyżowa. Niedziele zwykłe, adwentowe, Wielko Postne. Na tablicy parafialnej zaproszenie od Rodziny Radia Maryja, Krwi Chrystusa i Grupy Biblijnej. Duszpasterską wspólnotę uzupełniają dwaj wikariusze, tworząc z proboszczem trójcę przybyłą na osiedle w jednym czasie. W ciągu zaledwie dwóch lat wypracowali wspólne przesłanie. Menadżer wskazał strategię i określił cel. Ewaluacja przebiegła pomyślnie. Trójca stała się jednością i zamieszkała między parafianami. Doglądanie trzódki co roku zapowiadają ministranci i ogłoszenia w okolicy stycznia. Kolęda trwa zwykle miesiąc ale czasu jest i tak zbyt mało aby wysłuchać wszystkich żali, utyskiwań. Wierni swoje intencje mogą powierzać w formie pisemnej. W każdy wtorek, odczytywane są podczas mszy, chwilę po ewangelii.

Dzisiejszą mszę celebruje Adam, najbardziej błyskotliwy spośród wszystkich. Pewny siebie, wysoki. Typ żołnierza który zgodnie z rozkazem wypełnia każdą misję. Krótko przystrzyżony po bokach z błyszczą grzywką zaczesaną w lewą stronę. Grzywka Adama to jedyny element przypominający o tym, że nie wszystko musi być prawe. Męskie atrybuty uzupełnia niski, donośny głos. Profil na jednym z portali społecznościowych prezentuje młodego mężczyznę. Biała rozpięta koszula i bogactwo zieleni w tle, szeroki uśmiech i spojrzenie w którym można się zagubić. Podczas nabożeństwa sprawnie operuje wibracją w głosie bez trudu przechodząc ze zdecydowania w uduchowioną miękkość. Najczęściej sprawia wrażenie jak gdyby wciąż poszukiwał uznania i aplauzu. Parafianie nie są obojętni dzieląc się spostrzeżeniami klikami komputera. - Po parafii chodzi po kolędzie pseudo ksiądz Adam. Zgrywa się na plejboja, nie reprezentuje sobą nic co kapłan powinien reprezentować. Wpisał się moim dzieciom do zeszytu nie zważając na to, że mają tam ćwiczenie do wykonania. Ja teraz muszę się dwoić i troić, aby ten zeszyt jakoś wyglądał. Więcej używania rozumu, nie tylko rozmyślania ile kasy uzbieram i jak jestem piękny.

- Matko Bożo proszę o pomoc mojemu synowi aby wyszedł z nałogu - Najświętsza Panienko proszę o pracę dla moich dzieci i żeby syn przestał pić i żonę szanował - O pracę dla męża i żeby się nawrócił proszę Święta Maryjo - O pogodzenie synowej i wiarę dla męża - O to, o tamto, nigdy o pieniądze i dobra doczesne

Marcin Jest w parafii też ksiądz Marcin, najmłodszy z całej trójki. Najniższy, najgrubszy i z najwyższym piszczącym głosem. Najbardziej rozmodlony. Przy wielu okazjach powtarza tą samą intencję. - I prosimy cię Panie o święte życie dla księży z naszej parafii. I opiekę nad naszą wspólnotą. Trzynastego grudnia Marcinowi przypadło w udziale dzielenie się opłatkiem i znakiem pokoju. W kościele około setka dzieci uczestniczących w roratach. Zmarznięte policzki i kolorowe lampiony wypełniły pierwsze rzędy. - Kochane dzieci, wiecie o czym dzisiaj była ewangelia? A wiecie że dzisiaj jest rocznica trzynastego grudnia, pamiętacie co wtedy się stało? Nie? Ja też nie. Nie było mnie wtedy na świecie ale powiem wam, że wtedy komuna wprowadziła stan wojenny. W 1981 roku czołgi były na ulicach. Wiecie co to była komuna? Ksiądz Adam mówił wcześniej o zaborach. To były też takie zabory które zrobiła nam komuna, ale tego już dzisiaj nie ma i nie będzie. To dobrze dzieci, że nie ma? Nie słyszę? To ja wam powiem – dobrze mówię wam to bardzo dobrze.

85


Amen. W temacie komunizmu i przesłania Chrystusowego byłoby na tyle. Lampiony kołyszą się na boki, dzieci zerkają na rodziców i własne zegarki. Kilka dni wcześniej Adam podzielił się własną interpretacją znaczenia klasztoru na Jasnej Górze. - Dzieci coś wam dzisiaj opowiem. Wszyscy polscy królowie złożyli pokłon obrazowi Czarnej Madonny. Wszyscy z wyjątkiem jednego. Nie byłoby zwycięstwa Jana III Sobieskiego gdyby nie jego zawierzenie Maryi, nie byłoby cudu nad Wisłą A kto pogonił czerwonych? Jak się nazywał? Pił-su-dski – powtórzcie - tak Piłsudski . A gdyby nie nowenna odprawiana w Częstochowie nie byłoby zwycięstwa. Więc tylko jeden król nie pokłonił się królowej Polski. - On pokłonił się innej pannie – carycy. Dodał proboszcz - Tak carycy Katarzynie się pokłonił. Powtórzył Adam. I jak to się skończyło?. Zaborami Tak to doprowadziło do zaborów i straciliśmy ojczyznę. Mężczyzna w czwartej ławie głośno prychnął.

- Proszę nie prychać. Starsza kobieta wymownie skarciła go wzrokiem. - To niech się ksiądz jeden z drugim historii nauczy – odpowiedział - a nie głupoty wygaduje. Dodał pod nosem Jak się okazało podczas kolejnych nabożeństw spotkania z historią stały się częścią strategii menadżera. Dwa miesiące wcześniej nie wszystko było jeszcze oczywiste. Wierni ciągnęli do świątyni, kościół był jak zawsze przystrojony, księża gotowi do posługi. Trzeciego października w poniedziałek od rana padał deszcz. Kałuże tworzyły niewielkie rozlewiska, wiatr potęgował odczucie zimna. Jeden z pierwszych dni kiedy rękawiczki i ciepła kurtka przypomniała o sobie wystając z szafy. Przed kościołem młoda Romka z córką na rękach klęcząc powtarzała bez przerwy - Proszę, proszę, Bóg zapłać, proszę, proszę W plastikowym kubku czterdzieści groszy. Cienkie rajstopy podobnie jak letnie buty zupełnie przemoczone. Czarne kosmyki upiętych z tyłu włosów opadały na ramiona. Wzrok spuszczony w ziemię. Tylko dziecko ciekawie zerka na przechodzące rodziny i samotnych starców. Za pół godziny ksiądz powie „Przekażcie sobie znak pokoju” . Głowy się ukłonią, ministranci podadzą sobie ręce. Za godzinę wierni wrócą do domów. Kościół wypełniony w trzech czwartych, nieliczne wolne miejsca zostały tylko na balkonie. Relikwiarze rozświetlone na czerwono, górujący nad wszystkimi ukrzyżowany Chrystus na drewnianym krzyżu. Liturgię odprawił Adam - Słowa ewangelii według św. Łukasza Znak krzyża na wszystkich czołach, ustach i sercach zgromadzonych w kościele - (…) Pewien zaś Samarytanin, wędrując, przyszedł również na to miejsce. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: „Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał(…)” Kazanie przypadło w udziale proboszczowi. Piętnaście minut o potrzebach parafii i misjach zagranicznych Salezjanów. Kończąc dodał: - Umiłowan Potrzeby

kościoła

świętego są wielkie. 86


. c ie y ż z z c i w e i Marii Gon

ę e k , t a r k w

/ wywiad

- Idę tą samą drogą co moi poprzednicy: Wojaczek, Hłasko, Bukowski. Oni też byli akceptowani jedynie przez nielicznych. Ale to ja tworzę historię - nie recenzenci, po ktorych nie zostanie parszywy ślad na tym łez padole

- mówi Maria Goniewicz. Jej tomik “33” ktoś chciał zgłosić do debiutu roku. Komisja nie zgodziła się.

Młoda poetka i okrutna morderczyni? Sprawia wrażenie nad wyraz dojrzałej i opanowanej jak na swój wiek. - Chcę aby została tylko i wyłącznie poezja Marii Goniewicz. Zuzanna Maksymiuk nie ma żadnej racji bytu. Chcę zdechnąć jak Markiz de Sade - w murach więzienia. Żeby nie pozostał po mnie żaden grób. W miejsce na cmentarzu można posadzić jakieś drzewka, a resztki ukryć głęboko. Natomiast moja poezja jest wieczna. Będzie żyć w sercach zagubionych dusz, outsiderów, tzw. “innych”, wszystkich wyrzuconych na coraz szerszy społeczny margines.

Maria Goniewicz zapala skręta i powolnym ruchem głowy odwraca się w stronę krat. - Wiem, że być może nigdy stąd nie wyjdę, ale to nie ma znaczenia, bo ważniejsza jest Wieczność i Poezja, a nie osoba która jest Medium. Ja tylko przekazuje mesydż od Wieczności, ciało to tylko kapsuła w Otchłani Czasu.

Pytamy co myśli o zabójstwie rodziców Kamila. - Byli nikim. Zerami. Bogatymi skurwielami. Burżuazją. Zasługiwali na śmierć. W więzieniu dużo czytam komunistycznych broszur. Także Biblię, Koran, Crowleya. Wierzę w Rewolucję. Nie tylko te społeczną, ale i Duchową. Trzeba zabić wszystkich kapitalistów i stworzyć nowy świat. Lepszy.

Zuzanna/Maria zaczęła za kratami studia filozoficzne. Umożliwił jej to profesor Krzysztofiak. - To jeden z niewielu ludzi, który zrozumiał o co chodziło w tym wszystkim. A takich zawsze jest niewielu. Czy zerwałam zasłonę? Oczywiście uśmiecha się szelmowsko - Mogę wam to powiedzieć. TAM nic nie ma. Nic. Całe to prawodawstwo, moralność, przepisy, ograniczenia społeczeństwo może sobie o kant dupy wytrzeć. Tam NIC nie ma. Żadnych sędziów, bogów, karmy i innych tych dupereli. Żadnych więzień. Przychodzi Śmierć i znikamy. Tak po prostu.

Czy jest świadoma, że 99% społeczeństwa jej nienawidzi? - A gówno mnie to kurwa obchodzi! - wybucha nagle - Co mnie obchodzi zdanie jakiegoś parszywego motłochu?! Czy zrobiłabym jeszcze raz to, co już zrobiłam? Oczywiście! - Zuzanna/Maria poprawia włosy i odrzuca je do tyłu - Niedawno przerobiłam prawie wszystko Nietzschego, Stirnera, greckich filozofów, Hegla, Miltona. Świat jest jedną wielką piekielną kloaką, a motłoch ma bliżej zwierząt niż ludzi. Nie! Zwierzęta mają jeszcze odruchy bliskości, czułości i współczucia. U człowieka one już od dawna są w zaniku.

Maria kończy papierosa i patrzy na nas wciąż szklanym wzrokiem, ale widać w nich przebłysk zainteresowania. - Napiszcie, że kierował mną Szatan i Bóg jednocześnie - patrzy na nas porozumiewawczo, po chwili jednak dodaje: - Może lepiej nie, właściwie już pewnie wszelkie teorie przerobiono w tym temacie...

Strażnik daje nam znak. - Napiszcie, że koniec świata jest blisko, a ja jestem Aniołem Zagłady, hahahaha! - zanosi się Zuzanna/Maria diabelskim śmiechem - Słabi i tak w to uwierzą - rzuca jeszcze przez ramię.

Strażnicy wyprowadzają ją do korytarza obok.

Nowy tomik Marii Goniewicz “Czterdzieści i cztery. Nowa Droga” - mimo sądowego zakazu 87


1.

2.

Od Redakcji: Zespół “Papier w dole” chciałby oznajmić, że większość zamieszczonych tu tekstów pochodzenia zagranicznego to nie tyle przekłady, ani nawet tłumaczenia (gdy zakładamy że “tłumaczenie [przekład pierwotny] polega na niemal dosłownym odwzorowaniu słów oryginału w języku, na który się tłumaczy, natomiast przekład jest opracowaniem tłumaczenia na wyższym poziomie”), ale próby tłumaczeń. Z braku odpowiednich redaktorów i tłumaczy, mimo pozostających bez odpowiedzi próśb, mimo ignorowania naszych propozycji (w końcu w kapitalizmie nikt za darmo nie robi, a robić coś dzisiaj dla idei to frajerstwo i obciach), zdecydowaliśmy sami stworzyć i oddać do rąk czytelników kolejny numer zina. Pisarze, których przedstawiamy w części “Punk/Outsider Art” są na obszarze między Gubinem a Terespolem w większości nieznani lub jedynie sporadycznie publikowani (np. Denis Johnson czy Anna Kavan). W tym nasz cel: oznajmić ich obecność, zainteresować ich twórczością, szczególnie w dobie różnych fałszywych “wyklętych” i “podziemnych”. Chcecie “wyklętych” i “podziemnych”, tak? Oto proszę, zwiastuny twórczości kilkunastu prawdziwych pisarzy i pisarek wyklętych, buntowników, outsiderów, wyrzutków, odszczepieńców, banitów, wyjętych spod prawa, apostatów, dysydentów, heretyków współczesnego świata, świadków upadku zachodniej cywilizacji… A jeśli nie spodobały Wam się próby tłumaczeń tych tekstów, chętnie zobaczymy jak sami siadacie do tworzenia własnego zine’a. Czego serdecznie życzymy i czekamy. Rotland Aktion (½ redakcji śląskiej milczy bo gotuje)

3.

1. Oratorium na podstawie poematu “Nie” Konrada Góry, Galeria Rynek MOK, Olsztyn. Na zdjęciu: Wojtek Bajda, Konrad Góra 2. Spotkanie autorskie Rafała Różewicza, promocja książki “Państwo przodem”, księgarnia Tajne Komplety, Wrocław. Na zdjęciu: Rafał Różewicz i Justyna Sieniuć 3. Spotkanie autorskie Dawida Mateusza i Konrada Góry, księgarnia Tajne Komplety, Wrocław. Na zdjęciu: Dawid Mateusz, Konrad Góra, Rafał Różewicz

PISMO/ART-ZINE PAPIER W DOLE WYDANE PRZEZ INICJATYWĘ POETYCKĄ O TEJ SAMEJ NAZWIE SIŁA NIŻSZA: KONRAD GÓRA, ROBERT RYBICKI, JACEK ŻEBROWSKI PARTNERS IN CRIME: NATALIA DZIUBA, RAFAŁ RÓŻEWICZ, JOANNA SKOWROŃSKA, TADEUSZ SKOWROŃSKI, DAVID MARK WILLIAMS, PIOTR KLETOWSKI, LUIZA ZIMERMAN NUMER 4-5/2017 FOTOSY: WIELKA ŚWIATOWA SIEĆ GRAFIKI: DAVID MARK WILLIAMS PROJEKT OKŁADKI I STRON I-IV: ALIEN, ZDJĘCIA NA I I IV STRONIE OKŁADKI: KLET PIOTROWSKI, ZDJĘCIE RAFAŁA RÓŻEWICZA I JUSTYNY SIENIUĆ NA II STRONIE OKŁADKI: PAWEŁ DĄBROWSKI, OBRAZY NA III STRONIE OKŁADKI: DAVID MARK WILLIAMS SKŁAD I ŁAMANIE: INKA WU / POMOC: KOMÓRKA KI-CZORT DRUK: #GDZIEPOPADNIE KAT011 © BY WYDAWNICTWO KATALOG 2017

88


Papierwdole_4_5  

"Papier w dole". Personel redakcyjny: K.Góra, R.Rybicki, J.Żebrowski.

Advertisement