Page 1

Program kreatywnej adaptacji


Program Kreatywnej Adaptacji Gliwice 2017


Świat dzieci to świat magii, nieograniczonej wyobraźni i niepochamowanej żądzy wiedzy. Jako dorośli możemy im tego tylko zazdrościć. Wejść w rolę dziecka jest trudno, dla dzieci kreowanie światów i postaci, przybieranie kolejnych ról to błahostka. Po prostu. Tak już jest. Dzieci są wrażliwe, czyste i szczere. Taki też był Uri Orlev, autor książki „Babcia robi na drutach”, kiedy w czasie wojny, jako dziecko przeżywał swoje piekło. Przeżył, mimo strachu, który go paraliżował i utraty najbliższych. A po latach, już jako dorosły człowiek, został wielkim izraelskim pisarzem. Nigdy nie zapomniał o bolesnych doświadczeniach i do dziś opowiada o nich tylko z perspektywy dziecka. Dziecko zostało w nim na zawsze.

W oparciu o bajkę jego autorstwa „Babcia robi na drutach” powstał nasz projekt zatytułowany „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane”. Jest o dzieciach i dla dzieci. To one go stworzyły i przedstawiły, ukazując jak doskonale rozumieją treść bajki i jej uniwersalne przesłanie o akceptacji dla różnorodności wśród ludzi. Zapraszamy do lektury folderu podsumowującego kilkumiesięczną pracę dzieci i dorosłych, w wyniku której powstał piękny spektakl o szacunku i tolerancji. Serdecznie dziękujemy rodzicom i opiekunom dzieci biorących udział w warsztatach i spektaklu.

karolina jakoweńko Kierowniczka Domu Pamięci Żydów Górnośląskich, oddział Muzeum w Gliwicach


Program kreatywnej adaptacji. Co to jest i po co to robimy?

Czy to bajka, czy nie bajka… chciałoby się zacytować Konopnicką na myśl o głównych bohaterach naszego projektu – o dzieciach wełnianych. „Nic ze sobą nie przywiozła, tylko dwa ostre druty” tak ciekawie ale i „niby” niewinnie zaczyna się tekst. Niby, bo przecież druty są ostre, a historia babci robiącej na drutach domy, samoloty i dzieci, choć jest magiczna i dowcipna, ma w sobie też coś z ostrości realnego świata. Babcia stwarza świat z włóczki, a jej wełniani wnukowie w homogenicznym społeczeństwie wyróżniają się. To poruszająca historia o nieakceptacji „wełnianych” dzieci przez ich „skórzanych” rówieśników oraz dorosłych w małym miasteczku jakich na świecie tysiące. Na końcu bajki babcia nie okaże się być staruszką – ofiarą niezrozumienia i brutalności radców i wojewodów, lecz tą, która bierze sprawy w swoje ręce. Co stworzyła, to rozpruła. Będzie odtąd szukała nowego miejsca dla siebie i swoich wełnianych wnuków. I tak zaczyna się ta przygoda w Gliwicach, w wykonaniu uczestników i uczestniczek Programu Kreatywnej Adaptacji. A wypowiedziane przez babcię słowa: „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane”, broniące odmienności oraz pełne szacunku wobec tego co inne, stały się mottem muzealnego projektu. — iza grauman

O bajce i jej autor ze.

Program Kreatywnej Adaptacji jest cyklem zdarzeń o charakterze edukacyjnym – warsztatów, spotkań, rozmów, projekcji, działań i procesem twórczym, polegającym na tworzeniu różnorodnych form sztuki, którego punktem wyjścia jest utwór literacki. Adaptacja, to jego kreatywne przetworzenie w żywą formę spektaklu z ruchem, muzyką, słowem i gestem oraz scenografią wymyślanymi przez jego uczestników. Każdy biorący w nim udział tworzy i czuje się ważną częścią procesu. W sumie w ramach tego programu odbyło się ponad 26 spotkań warsztatowych: warsztaty improwizacyjno-dramaturgiczne, scenograficzne, muzyczne, animacji i realizacji filmowej, szereg prób w teatrze i muzeum oraz spotkania i zabawy. Program nie jest nastawiony na efekt, a na działanie. Spektakle i filmy powstające w wyniku kilkudziesięciu działań warsztatowych to możliwość zetknięcia się twórców z odbiorcami. Ten program to także – a może przede wszystkim – komunikacja. To bardzo ważny aspekt kulturotwórczy, który dzieje się na każdym z etapów programu, zarówno pomiędzy zróżnicowanymi wiekowo uczestnikami, jak i pomiędzy twórcami i widzami. Wiele godzin spędzonych wspólnie owocuje otwarciem się nie tylko na nowe treści i zjawiska, ale i wrażliwości. Praca wszystkich w tym projekcie nacechowana jest ogromną energią i życzliwością. Nasz tegoroczny cykl opiewał w masę wydarzeń: stworzyliśmy spektakl „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane” oparty w dużej mierze na improwizacji tekstu , który został wystawiony w najprawdziwszym teatrze, nakręciliśmy animację i reportaż dokumentalny (materiał jest dostępny na kanale You Tube: Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane), spotkaliśmy się z Urim Orlevem, pisarzem, świadkiem historii, przede wszystkim wspaniałym człowiekiem kochającym dzieci i autorem bajki „Bacia robi na drutach”, od której to wszystko się zaczęło… — iza grauman


Uri Orlev

Drodzy uczestnicy tego wspaniałego spektaklu, a przede wszystkim Kochane Dzieci! Kiedy spytano mnie kilka miesięcy temu o zgodę na wykorzystanie mojej książki „Babcia robi na drutach”, jako inspiracji do twórczego projektu z dziećmi, poczułem się zaszczycony i oczywiście zgodziłem się. Miałem bardzo mgliste pojęcie o charakterze twórczej pracy jaka została zrobiona, o której wiedziałem jedynie z rozmów telefonicznych, więc byłem bardzo ciekaw rezultatów. Muszę Wam powiedzieć, że to co zobaczyliśmy razem z moją żoną Yaarą w trakcie spektaklu odebrało nam głos i pozostawiło nas wzruszonymi do łez. Jesteśmy zachwyceni każdym aspektem tego przedstawienia i podziwiamy ogromy wysiłek jaki włożono, aby połączyć te wszystkie elementy. Dziękujemy wszystkim i osobiście każdemu z was, którzy wzięli udział w tym przedsięwzięciu za danie mi tak głębokiej, emocjonalnej radości. Zachowam ją obok najcenniejszych wspomnień do końca mojego życia.

Do dzieci od Uriego Orleva

Jest obecnie uznawany za najwybitniejszego izraelskiego twórcę piszącego dla młodego czytelnika. Jerzy Orłowski, bo tak brzmi jego polskie nazwisko, przyszedł na świat w Warszawie w 1931 roku. Podczas II wojny światowej został przesiedlony wraz z rodziną do getta warszawskiego. Po stracie matki, wraz z bratem wywieziony został do obozu w BergenBelsen, gdzie spędził prawie dwa lata. W 1962 roku przeprowadził się do Jerozolimy, gdzie mieszka do dziś. Jest autorem ponad trzydziestu książek, które przetłumaczono na 38 języków. „Babcia robi na drutach” napisana została w 1980 roku i przetłumaczona na wiele języków, w tym na język polski w 2009 roku. Uri Orlev jest m.in. laureatem Nagrody im. Janusza Korczaka oraz Nagrody im. Hansa Christiana Andersena. W 2013 roku została wydana jego powieść „Biegnij chłopcze, biegnij”. Jest to kronika wydarzeń, które spotkały ośmioletniego Srulika, po tym jak wraz z rodzicami trafił do warszawskiego getta. Jego ojcu udaje się zbiec, a matka pewnego dnia znika i chłopiec musi radzić sobie sam. Chłopiec wydostaje się z getta, a jego życie zamienia się w nieustającą ucieczkę – bez celu gwarantującą bezpieczne schronienie. Ta historia podobna do losów samego autora spotkała Yorama Friedmana. Autor przyznaje: „Nie potrafię o tym, co działo się w czasie wojny pisać inaczej niż z perspektywy dziecka, po prostu się tego boję”.


małgorzata lichecka: Skąd się wzięła babcia, która robi na drutach? uri orlev: Nie wymyśliłem tego, to autentyczna historia. W moim domu, w Jerozolimie, obiadową porą ucinam sobie drzemkę. I któregoś dnia z kuchni usłyszałem rozmowę żony z koleżanką. „Gabi, co ty tyle robisz na drutach”, pytała ją żona. A Gabi na to: „Teraz firanki. Ale mam więcej włóczkowych wyrobów”. Tak narodziło się to opowiadanie. m.l.: Piękna opowieść o tolerancji, którą można różnie interpretować. W spektaklu dzieci zrobiły to dobrze? u.o.: Zrobiły to po swojemu, więc sądzę, że dobrze. m.l.: Czy po wojnie myślał pan o powrocie do Polski? u.o.: Nie, po wojnie nie. Chciałem wrócić, gdy upadnie komunizm. Zrobiłem nawet pierwszy krok: przyjechałem do Warszawy, żeby sprawdzić tłumaczenie mojej książki „Wyspa na ulicy Ptasiej”. A kiedy byłem w rodzinnym mieście, biegłem do naszych dawnych mieszkań i we wszystkie miejsca z dzieciństwa. m.l.: Jak wówczas odebrał pan Warszawę? u.o.: Nie pamiętam już dobrze… Stare Miasto wyremontowano i było prawie

jak przed wojną. Żolibórz nie zmienił się bardzo, tylko domy się postarzały. Znalazłem nawet jednego przyjaciela z polskich czasów – Mieczysława Świarczewskiego, a pomogła mi w tym książka telefoniczna. Zadzwoniłem do niego. „Mietek, Jurek Orłowski mówi”, tak się przywitałem. Nie uwierzył własnym uszom. Był pewny, że dawno temu mnie i mojego brata zabili w getcie. Spotkaliśmy się na tej samej ulicy, na której widywaliśmy się w młodości. Wyściskaliśmy się i wycałowali! Później pojechał ze mną do jakiegoś lasku niedaleko Warszawy: usiedliśmy wygodnie w krzakach i wysłuchałem jego opowiadania o wojnie. Po powstaniu trafił do obozu, w drodze zmarła mu matka. Ojciec pracował w obozie, nie pamiętam, co tam robił, ale miał Mietkowi załatwić jakieś zajęcie. Jednak mój kolega spodobał się jednemu obozowemu strażnikowi. Bardzo go polubił i w końcu Mietek nie musiał iść do żadnej pracy. Tak przetrwał. m.l.: Orłowscy byli w Warszawie znaną rodziną, a wasze przedwojenne życie dostatnie. u.o.: Do szóstego roku życia nie wiedziałem, że jestem Żydem. W domu nie

Jurek, ty jesteś Żydem. Ale nie martw się

„Jurek, ty jesteś Żydem. Ale nie martw się”. Uri Orlev, wybitny izraelski pisarz, opowiada o swoim bogatym i tragicznym życiu. Orlev przyjechał na Śląsk po raz pierwszy i od razu znalazł wielu przyjaciół. Podczas spotkań z dziećmi i dorosłymi opowiadał o swoim bogatym i tragicznym życiu, ale nie była to opowieść pełna goryczy czy smutku. Bo Orlev założył, i nigdy od tego nie odstępuje, że jego wizja wojny, z perspektywy dziecka, będzie najlepsza. W Gliwicach spędził tydzień (między 20 a 26 września), a gościł na zaproszenie Domu Pamięci Żydów Górnośląskich, filii Muzeum w Gliwicach, który podczas kreatywnych warsztatów przygotował spektakl „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane”, będący adaptacją głośnej bajki Orleva – „Babcia robi na drutach”. Podczas zajęć i prób Orlev interesował się tym, co robią dzieci i wyłonione w castingu babcie. Po premierze był niezwykle wzruszony i zauroczony dziecięcą wyobraźnią. A zapytany, jak odbiera miasto, odparł, że widział je jedynie przez samochodową szybę, bo nie może już chodzić. – Ale macie tu bardzo dużo świetnie zachowanych niemieckich i żydowskich kamienic – dodał.


mieliśmy nic żydowskiego. Wprawdzie moi rodzicie nie ochrzcili się, bo babcie i dziadkowie byli religijnymi Żydami, ale to nic nie znaczyło. Święta wyprawiały u nas dwie polskie młode dziewczyny – niania Celina i kucharka – więc na Boże Narodzenie mieliśmy choinkę, a na Wielkanoc krasiliśmy jajka. Szliśmy z nimi do kościoła i kładli te kolorowe pisanki na specjalnie przygotowane stoliki, a ksiądz je święcił. Od tego czasu nie znoszę marcepanu, zupełnie nie wiem, dlaczego. Lubię słodycze, a na marcepan reaguję źle. Ożeniłem się z Yaarą, która go kocha i cały czas sobie kupuje, więc muszę cierpieć. m.l.: Jak dowiedział się pan, że jest Żydem? u.o.: W Radości, bo tam mieszkaliśmy jakiś czas, bawiłem się z kolegami z chłopskich rodzin. Cała banda dzieci czteroletnich, którym przewodził pięciolatek. Do wioski przychodzili straszni ludzie: cali w czerni, tylko na nogach mieli białe skarpety. Na głowach czapy, wszyscy brodaci, z dziwnymi plecionymi warkoczami z dwóch stron twarzy. Nieśli przed sobą takie drewniane pudełka. I sprzedawali żonom chłopów wszystko, czego potrzebowały w domu. A myśmy

rzucali w nich kamieniami, bo przecież z piekła wyszli. Kamienie nie były duże, a oni nawet na nas nie krzyczeli. Pewnego dnia moi kumple od tej zabawy powiedzieli: „Jurek, słyszeliśmy, że ty Żyd”. Bardzo się zdziwiłem. Poleciałem do mamy, krzycząc: „mami, mami, czy my jesteśmy Żydy”. „Żydzi”, poprawiła mnie. I dodała: „Tak”. Wróciłem do chłopców bardzo zmartwiony i potwierdziłem, że jestem Żydem. Wtedy nasz przywódca poklepał mnie po ramieniu i powiedział: „Jurek, nie martw się, ja wiem, co to są Żydzi. Wszyscy ludzie na świecie rodzą się nimi, ale jak się ich chrzci, w kościołach, stają się Polakami”. m.l.: Na spotkaniu w Domu Pamięci Żydów Górnośląskich opowiadał pan, że pana mama umarła w szpitalu. u.o.: Podczas likwidacji getta dostała wylewu. Jej siostra była lekarzem w szpitalu w żydowskim getcie, wysłała nawet po mamę ambulans... Stefa, nasza ciotka, siostra ojca, nie bała się niczego i nas, małych chłopców, przeprowadziła przez nowe getto, na odwiedziny do mamy. Raz mnie i raz Kazika, mojego młodszego brata. Niemcy łapali Żydów i wywozili do Treblinki. Po raz pierwszy nie chciała im w tym pomagać policja żydowska.

Ci ludzie zrozumieli, że będą następni. Niemcy sami musieli łapać Żydów, ale bali się tyfusu i wszy. Wszędzie było napisane, że roznosimy wszy. Przyszli też do szpitala. Lekarze ukryli się, obiecali mamie, że też ją schowają, ale nie zdążyli. A tych Żydów, którzy nie mogli wstać z łóżek, Niemcy zabijali. Czasami myślę sobie o tym, który wszedł do pokoju mamy. Czy powiedziała mu coś po niemiecku (dobrze znała ten język)? Na przykład „ich habe zwei kinder”. A może po prostu tylko odwróciła się do ściany... m.l.: W jednym z opowiadań napisał pan, że w getcie żyło się normalnie. Były kawiarnie, sklepy, bawiono się. u.o.: Jak tu wytłumaczyć ludziom – wszędzie, również w Izraelu, że gdy w Europie trwał Holokaust, który dla większości ludzi jest synonimem piekła na ziemi, jakoś żyło się dalej. Jak wytłumaczyć tym, którzy tego nie potrafią zrozumieć, że ludzie wtedy śmiali się, płakali, sprzeczali, płodzili dzieci, oszukiwali się i byli dla siebie mili… dopóki nie pomarli na tyfus albo z głodu albo nie pomordowano ich w komorach gazowych Treblinki. Płakałem tylko wtedy, kiedy mama dawała mi klapsa za bicie młodszego brata. Zresztą, wówczas wcale

nie płakałem, tylko wrzeszczałem, żeby sąsiedzi myśleli, że mama mnie krzywdzi. m.l.: Byliście w getcie prawie dwa lata, nim zaczęła się eksterminacja. u.o.: Wysłano nas tam w rok po kapitulacji Warszawy. Getto oddzielono od reszty miasta, otoczono murem. Zrobiło się ciasno, zapanował głód i choroby. Dużo ludzi umierało, szczególnie zimą. Nam powodziło się nieźle. Polskie władze zadbały, żeby mama dostała jako takie mieszkanie, bo tata był oficerem. Poza tym mama miała trochę biżuterii, więc mogła kupować jedzenie na czarnym rynku. Nie głodowaliśmy. Ja już zdążyłem przekonać się do jedzenia. To może wydać się dziwne, ale w moim życiu całkiem sporo zmieniło się na lepsze. Przed wojną mamy prawie nie widywaliśmy, bo codziennie, około południa, szła pomagać tacie w gabinecie, więc kiedy ja wracałem ze szkoły, a brat z przedszkola, jej już nie było. W domu była tylko niania i sprzątaczka. A w getcie, przez te dwa lata przed eksterminacją, w domu była tylko mama. Karmiła nas, ubierała, myła i opowiadała o własnym dzieciństwie. Zimą wszystko robiło się w kuchni, bo mieliśmy tam duży piec na drewno i węgiel, więc było


przyjemnie i ciepło. Żarówka była słaba, a kiedy zabrakło prądu, mama zapalała świeczki albo lampę naftową. m.l.: A jak Polacy zachowywali się w czasie wojny wobec Żydów? u.o.: Zależy kto. Byli szmalcownicy. Wie pani, kto to? m.l.: Tak. u.o.: I był taki sierżant Żuk. Kiedy mamę zamordowano, ciotka przemyciła nas na polską stronę. Ukrywaliśmy się u Polaków, w małym pokoiku przy strychu. Nie było wody, gazu, więc nikt nie chciał tam zaglądać. Właścicielka miała dwoje starszych od nas dzieci: szesnastoletnią Krystynę, słodką dziewczynę i dziewiętnastoletniego Tadka epileptyka. Przynosili nam książki z biblioteki i jedzenie. Ich matka miała pralnię. Mokre rzeczy wieszano na poddaszu, kapało więc nam na głowy i kiedy dziś opowiadam tę historię dzieciom w Izraelu, mówię, że mieliśmy deszcz na zamówienie. Z tą mokrą bielizną wędrowało do nas jedzenie i książki, z suchą, na dół, ubrania do prania, śmieci, resztki, a że nie było ubikacji, także intymne rzeczy. m.l.: A ten pan Żuk skąd się wziął? u.o.: W naszym pokoiku wciąż bawiliśmy się w wojnę. Zasady określałem ja,

więc czasem biłem brata, jeżeli usiłował kantować. Ale kiedy miał już dość ciągłych porażek, zostawała mu straszliwa broń – oświadczał mi: „Już się z tobą nie bawię!”. A nie miałem nikogo innego do zabawy. Miał jeszcze jeden sposób: zaczynał krzyczeć. Usiłowałem sprawić, żeby przestał, powtarzałem głośnym, niespokojnym szeptem: „Zamknij się! Sąsiedzi nas usłyszą!” Ale on uciszał się dopiero, gdy ustąpiłem. Wreszcie któregoś dnia pewna sąsiadka nas wydała. Nagle usłyszeliśmy, że ktoś wchodzi po schodach na nasze siódme piętro. Odgłos kroków był nieznany, wcześniej nigdy ich nie słyszeliśmy. Ciężkie, były coraz bliżej i bliżej. Ktoś stanął przed naszą izdebką i zastukał do drzwi w umówiony sposób: trzy po trzy razy, poruszył klamką. Otwarłem. Do środka wszedł wysoki mężczyzna. Był w cywilnym płaszczu, sztywnej czapce, w ręce trzymał laskę. Przemierzył pokój czterema wielkimi krokami – nie połamał nam żołnierzyków, kosynierów, zrobionych z bristolu. Usiadł na łóżku brata. Potem zaczął go wypytywać. Mieliśmy gotową historyjkę, ale brat nic nie mówił. Wtrąciłem się i spróbowałem odpowiedzieć za niego, ale mężczyzna powiedział: „Jak się odezwiesz, dosta-

niesz w pysk”. I dalej pytał brata: „Co tu robicie? Dlaczego nie jesteście w szkole?”. Brat milczał. Znów spróbowałem odpowiedzieć za niego i rzeczywiście dostałem w pysk. Ale w końcu mężczyzna dał za wygraną i zaczął przepytywać mnie. Historyjka była prosta: nasz ojciec jest oficerem Wojska Polskiego, jest w niewoli w Rosji – to zresztą była prawda. I jesteśmy ze Lwowa. Mama poszła do szpitala, nas wysłano do Warszawy, do ciotki. A mama naprawdę trafiła do szpitala, tego w warszawskim getcie, i tam ją zamordowano. „Jak przyjechaliście ze Lwowa do Warszawy?”, pyta ten Żuk. „Pociągiem”. „A tutaj, z dworca?”. „Dorożką”. „A które miasto ładniejsze, Warszawa czy Lwów?”. „Oczywiście Warszawa”, dałem się złapać w pułapkę. „No, dobra – powiedział Żuk – Możesz przestać kłamać. Nigdzie was nie zabiorę”. Wtedy mój brat wreszcie odzyskał głos i zapytał: „Jak to? Pan nas nie zabierze? To pan nie jest złym człowiekiem?” Mężczyzna zaśmiał się, uściskał brata i powiedział: „Nie. Na gestapo powiem, że jesteście polskie dzieci – przez chwilę milczał, po czym dodał – Ale ja jestem złym człowiekiem”. m.l.: Długo ukrywaliście się z bratem?

u.o.: Po incydencie z sierżantem Żukiem musieliśmy opuścić mieszkanie i przez klika miesięcy koczowaliśmy w piwnicy, w Konstancinie. Głodowaliśmy, bo nasi gospodarze nie mieli dla nas dosyć jedzenia. Dlatego wypuszczaliśmy się na wieś. Jednego dnia przyuważyłem taką willę. Dowiedziałem się, że właściciel jest za granicą. Myszkowałem tam często, raz nawet w szafie z ubraniami znalazłem chleb. Koło niego leżała brzytwa należąca do właściciela. Ukroiłem kawałek chleba tą brzytwą i przeciąłem sobie rękę. Długo bolała. Pamiętam też sypialnię z dużą figurą Madonny. Stała koło łóżka tej pani właścicielki. Prawdopodobnie kobieta modliła się do niej każdego dnia. Ja też się modliłem. Po polsku, bo nie znałem żadnych żydowskich modlitw. Zresztą, do dzisiaj tak jest: kiedy 10 lat temu miałem operację serca i byłem bardzo chory, klepałem „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Mario”. Pomagało jak pigułki. Zamieszczony fragment pochodzi z wywiadu, który ukazał się w tygodniku Nowiny Gliwickie. Dzięki uprzejmości autorki: małgorzaty licheckiej


Prawda o wojnie to nie bajka. A jednak nie musi być pr zemilczana.

Nigdy nie sądziłam, że będę miała tak idealną okazję, by opowiedzieć dziecku o okrutnej prawdzie wojny. Bałam się tego tematu, bo Pola jest bardzo wrażliwa i opowieści o krzywdzie jaką jedni ludzie wyrządzają drugim tylko dlatego, że są z jakiegoś powodu inni przyjmuje z płaczem i wielkim niezrozumieniem. Gdy weszła w rolę aktorki i twórczyni sztuki będącej protestem przeciwko podziałom i niesprawiedliwości mogła poczuć, że swoją pracą na teatralnych deskach może mieć wpływ na tworzenie lepszego świata. Mogła poczuć, że głos dziecka w tej sprawie jest również ważny. Poznanie Uri Orleva z jego dziecięcą historią z getta, w trakcie której stracił mamę, to był moment w którym moje dziecko zrozumiało, że efekty dyskryminacji i podziałów są konkretne i mogą dotyczyć każdego. To co wiedziała o II wojnie światowej pochodziło z książek i nauczania przedszkolnego oraz szkolnego. Było mimo wszystko dość abstrakcyjne. Teraz poznała historię mężczyzny, który miał tyle lat co ona gdy znalazł się w centrum jednego z najstraszliwszych konfliktów światowych. Tak jak ona chciał się bawić i żyć. Wojna zabrała mu wszystko. Pola to zrozumiała, bo pracowała dla niego, by opowiedzieć i stanąć po stronie tych wszystkich, których z powodu swojej odmienności spotkał straszliwy los. Czy wie, że od każdego z nas zależy jaki będzie świat z jego podziałami? Nie wiem. Widzę jednak zasadniczą zmianę w niej. Nie reaguje stresem na okropności tego świata, ale potrafi dać swoją receptę na poprawę ludzkich postaw. Z dziecięcym zacięciem opowiada o efektach podziałów i strasznych skutkach, ale z dziecięcym rozumieniem świata mówi, że skoro już wiemy gdzie jest problem i nie nienawidzimy to znaczy, że jest dobrze i możemy czuć się bezpiecznie. Wszyscy powinni to przepracować. Nie tylko dzieci... Takiej świadomości normalnie tak szybko i "bezboleśnie" nie zbudowałabym u mojego dziecka gdyby nie wzięło udziału w tym projekcie. Wie ile warte jest życie każdego człowieka. Nauczyła się tego poprzez kontakt

z prawdziwą ofiarą wojny, ale nauka miała tryb zabawy na wysokim poziomie artystycznym z ludźmi, którzy są prawdziwymi artystami i uczynili z tej zabawy kuźnię dobrych postaw. Tylko tak wielka wrażliwość autorów tego przedsięwzięcia mogła dać takie efekty. Dziękuje Wam za te wspaniałe tygodnie podczas których moja córka mentalnie wydoroślała, nie wychodząc z bezpiecznego dziecięcego świata. – ewa stępniewicz, mama poli.


Kto stoi za przygotowaniem warsztatów w naszym programie? Poznajcie twórców – edukatorów w Programie Kreatywnej Adaptacji. To dzięki nim dzieciaki trafiły „po nitce do kłębka” odkrywając po kolei tajemnice tworzenia teatralnego świata.

Babcia robi na drutach, świat się kręci, stwarzamy go razem ciągle i od nowa.


Jestem na piątym roku dramaturgii, na wydziale reżyserii dramatu, w Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie. Od czterech lat pracuję w teatrze. Debiutowałam w Wałbrzychu sztuką „Opowieści plemienne” (reż. Maciej Podstawny). Interesują mnie nowe przestrzenie teatralne i ciało w kontekście architektury. Najchętniej korzystam z historii opowiadanych mi przez starszych lub dzieci. Praca nad bajką „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane” była i trudna i (co najważniejsze) wspaniała. Miejsce o wyjątkowej aurze, zespół wszechstronny, materiał w postaci bajki (która jest zapisem pamięci). Nie wiem nawet kiedy, ale aktorzy wypracowali wspólny język. Zaczęli razem tkać na bazie poznanej historii, nowe sytuacje, miejsca. Pierwszy raz pracowałam z zespołem tak zróżnicowanym jeśli chodzi o wiek, a co za tym idzie sposób komunikacji. Na początku wszyscy się wstydzili, byli małomówni i często obrażalscy. W dniu premiery dzieciaki śmiały się na całego. Dzięki warsztatom z wielu dziedzin związanych z teatrem, zupełnie weszły w stwarzany świat. Poznały cały „proces”. Nie odgrywały ról, ale żyły w swojej bajce ułożonej z tekstów Uriego Orleva i z własnych historii. To się rzadko zdarza, a to jest moim zdaniem przyszłość teatru: żeby dzieciaki nie klepały wierszyków, tylko pokazywały jakiś świat i odkrywały swoją wrażliwość, ucząc jej nas, dorosłych.

zuzanna bojda prowadząca warsztaty teatralne, autorka scenariusza spektaklu, reżyserka


Prowadzę dziecięce grupy teatralne oraz gram w spektaklach we Wrocławskim Centrum Twórczości Dziecka. Na co dzień pracuję także w Fundacji Sztuki Współczesnej In Situ. Podejmuję i prowokuję współpracę w obrębie słowa i teatru. Praca nad spektaklem „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane”, czerpiącym wątki z bajki Uriego Orleva „Babcia robi na drutach”, to dla mnie – wyznaczone ideą improwizacji – wyzwanie oddania pola manewru w zakresie interpretacji uczestnikom warsztatów – dzieciom i babciom. To od uczestników chcieliśmy dowiedzieć się, kim są dla nich skórzani i wełniani ludzie, jakie są opowiedziane w bajce światy i jak się mają do realiów współczesności, czym jest konflikt zawarty w utworze, jak – jeśli w ogóle – z niego wybrnąć. W aspekcie teatralnym – jak wełniani i skórzani ludzie się poruszają, o czym rozmawiają, jak mówią, co ich różni, co łączy i jak to pokazać na scenie, uciekając od nachalnych i prostych rozwiązań dzielenia świata na czarny i biały, wełniany i skórzany. Umiejętność przełożenia abstrakcyjnej sytuacji z bajki na sceniczny konkret, opowiedzenie historii własnych, improwizując na zadane w bajce tematy – prowokowanie tych małych twórczości to dla mnie największa satysfakcja w procesie tworzenia spektaklu.

justyna oleksy prowadząca warsztaty teatralne, współautorka scenariusza spektaklu, reżyserka


Pracuję jako projektantka graficzna oraz scenografka. Szalenie inspirują mnie nowe sytuacje, zwłaszcza te zawodowe. Historia jednej bajki… Jej wspólne słuchanie, rozmawianie o niej i przeżywanie. Grupa nieznajomych sobie dzieci i dorosłych spotkała się w Gliwicach dzięki opowieści Uriego Orleva, w zupełnie innym czasie i przestrzeni, niż ta w której (z której) powstała. Było intensywnie i głośno. Skojarzenia i komentarze dzieci – wypowiadane w trakcie zabaw, które miały przybliżyć im pojęcie scenografii – wielokrotnie wprawiały mnie w zdziwienie i zachwyt. Po intensywnej analizie treści bajki, dzieci zaproponowały charakterystyczne elementy miejsca akcji, miasta. Wykonały wełniano-skórzane domy, drzewa, psy, koty oraz samochód, rower, latarnię. Wymyśliły kostiumy swoje i babć. Pracowały z zaangażowaniem i radością. Jestem bardzo z nich dumna! W trakcie warsztatów rozmawialiśmy dużo o tym, jak za pomocą różnych środków wizualnych zasugerować widzowi miejsce akcji, jakie wykorzystany materiał może nasuwać skojarzenia, co może być „wełniane”, a co na pewno nim nie jest. Jaka jest chmura, a jaki deszcz. To był bardzo ważny projekt, nie tylko ze względu na treść bajki i przybliżenie dzieciom pojęcia tolerancji, bycia „innym” czy pokazania im jak powstaje teatr, ale przede wszystkim z powodu warsztatowego, swobodnego sposobu pracy, a tym samym swobodnego wyrażania emocji i myśli. Za pomoc przy realizacji bardzo dziękuję wszystkim zaangażowanym, a zwłaszcza Ewie Zientek i Bartkowi Płonce.

kasia goczoł prowadząca warsztaty scenograficzne, autorka koncepcji scenografii


Jestem filozofką z wykształcenia, a zawodowo zajmuję się sztuką, współprowadząc od 30 lat galerię o autorskim programie artystycznym. Jeszcze dłużej prowadzę warsztat animacji dla dzieci i młodzieży, który zainicjowaliśmy z moim mężem z entuzjazmu do sztuki animacji i eksperymentu filmowego. W pracy z dziećmi cenię to, co wymyka się klasyfikacjom i sztywnym scenariuszom, manualny kontakt z tworzywem i współdziałanie bez rywalizacji. Są to przyjemności, których współczesne dzieci zaznają w coraz mniejszym stopniu. Moim ulubionym zajęciem jest zbieranie kwiatów na łące. Wtedy najpełniej jestem sobą. Mój skromny udział w projekcie zaczął się oczywiście od lektury bajki-nie-bajki Uriego Orleva. Tekst mnie zachwycił, bo w skromnej formie zawiera wielki ładunek treści zarówno ponadczasowych jak i paląco aktualnych, a przy tym posiada olbrzymi potencjał animacyjny. „Babcia robiąca na drutach” to wymarzona postać dla animacji, zwłaszcza poklatkowej. Ona sama jest animacją – stwarza i ożywia swój świat, ustanawia go albo dekonstruuje, broni go i przenosi w razie potrzeby... a to wszystko za sprawą robótek na drutach i wdzięcznej wełnianej materii. Aż ręce świerzbią, żeby tę babcię i wełnę wziąć pod kamerę... Obserwując jak spektakl nabiera kształtów rozważałyśmy z Izą – autorką projektu rozmaite opcje roli animacji w przedstawieniu. W rezultacie animacja znalazła swoje miejsce w jego końcowej fazie, jako swobodne dopełnienie całej historii. Czas na realizację animowanej sekwencji był dosyć krótki, stąd starałam się przygotować warsztaty dla dzieci w sposób najbardziej przystępny. Wybrałam animację obiektów i wełny – szybką i jednocześnie wyrazistą. Reszta należała już do grupy łasuchów i żelkojadów. Animowali że hej!

alicja jodko prowadząca warsztaty animacji filmowej


brygida hałata aktorka

Nazywam się Brygida Hałata, jestem chorzowianką, moją największa pasją jest teatr i związane z nim aktorstwo, dlatego swego czasu dołączyłam do niżej wymienionych zespołów teatralnych działających w Chorzowie. Od wielu lat gram, wcielając się w różne postaci oraz wykonuję zadania aktorskie w całej gamie repertuarowej tzn. dramatycznej, komediowej, bajkowej, jak również kabaretowej w amatorskim Teatrze Reduta Śląska z siedzibą w Chorzowskim Centrum Kultury, który ma ponad 80-letnią tradycję, mający na swoim koncie wiele Grand Prix oraz inne nagrody i cenne wyróżnienia, które zdobyliśmy na festiwalach teatralnych w całej Polsce, a przyznawane nam przez profesjonalne jury. Jednocześnie od kilku lat, gram w spektaklach realizowanych przez grupę teatralną Wesołe Kumoszki z Chorzowa, mającej w swoim repertuarze wiele przedstawień z gatunku dramatu, komedii i bajki działającej przy „Stowarzyszeniu na Rzecz Rodziny” w Chorzowie, w którym to angażuję się również, jako wolontariusz pomagając osobom starszym, potrzebującym wsparcia. Bardzo się cieszę, że miałam okazję brać udział w projekcie interdyscyplinarnego programu kreatywnej adaptacji, w którego skład wchodziły warsztaty z różnych dziedzin sztuki – teatru, filmu, muzyki i plastyki, a którego zwieńczeniem był spektakl. Najbardziej spodobało mi się to, że pracowaliśmy metodą improwizacji, która to daje pełen wachlarz możliwości, kreatywności oraz pobudzenia wyobraźni u aktora . Dzięki temu mogłam pomagać przy budowaniu scenariusza – minimalnie wykorzystano w nim opowiadania mojego autorstwa, jak również bardzo aktywnie uczestniczyłam przy tworzeniu kostiumów scenicznych. Niezmiernie ucieszył mnie fakt pracy z dziećmi – małymi aktorami, ponieważ do tej pory przy realizacji spektakli pracowałam tylko z dorosłymi, no i w istocie tworzenie wszystkiego z dziećmi dostarczyło mi wiele radości i wzruszeń. Niesamowitym atutem była ponadczasowa tematyka bajki, traktująca o miłości i tolerancji. Reasumując była to dla mnie ciekawa praca, piękna przygoda i nowe doświadczenia.


Urodziłam się 8 czerwca 1947 roku we Wrocławiu. Jestem emerytowaną dyrektorką szkoły, dziennikarką, poetką, recytatorką, statystyką filmową i wolontariuszką. Od 70. lat uważam swoje rodzime miasto za miejsce na ziemi, gdzie chętnie spędzam czas wśród rodziny i przyjaciół. Od 2005 roku występuję w filmach jako statystka. Chociaż bardzo lubię tę pracę to ciągle tęsknię za teatrem. Dzięki projektowi Muzeum w Gliwicach spełniam swoje marzenia. Praca z dziećmi dostarczyła mi wielu niezapomnianych wzruszeń. Byłam szczęśliwa, że znów mogę być tak blisko nich. Bardzo podobała mi się bajka o babciach, gdyż przedstawiała takie wartości, jak przyjaźń, miłość, solidarność, życzliwość, tolerancję. We współczesnych czasach powyższe wartości nie mają miejsca i potrzebują morza miłości. Tylko w takiej atmosferze będziemy się czuć bezpieczni. Bardzo się cieszę, że mogłam brać udział w projekcie.

alicja balicka aktorka


Ukończyłem Politechnikę Śląską w Gliwicach na wydziale Inżynierii Środowiska. Jestem producentem i wydawcą serwisu Czajnikowy.pl. Realizuję zdjęcia filmowe i zajmuję się montażem. Praca w młodzieżą oraz dzieciakami okazała się wspaniałym doświadczeniem. Młodzież podczas realizowania projektu wykazała się żywym zainteresowaniem, co zaowocowało ciekawymi kadrami i wypowiedziami artystów grających w przedstawieniu. Dzieci, jak to dzieci – były szczere do bólu, a przy tym urocze. Moim zdaniem, projekt najlepiej podsumowuje Pola: „Robiliśmy próby i trochę... byliśmy niegrzeczni”. Projekt porusza wartości dotyczące równości i problem wykluczenia, dlatego cieszę się, że mogłem w nim uczestniczyć.

patryk płuciennik prowadzący warsztaty filmowe, operator i montażysta


Zajmuję się muzyką, moimi dziećmi, rysowaniem tuszem, strzelaniem z łuku i spacerowaniem. Przepadam za roślinami i w ich towarzystwie lubię odpoczywać. Najbardziej chciałbym być gwiazdą, krążyć sobie w kosmosie, oświetlać i ogrzewać swoim ciepłem wirujące dookoła mnie planety. Zrobiliśmy wspólnie piękny, wełniany projekt, któremu mogłem nadać brzmienie. Bardzo podobało mi się współpracowanie z zespołem muzycznym – dziewczyny prędko opanowały nowy instrument, jakim były dla nich stalowe misy, i same zaczęły wymyślać własne techniki gry. Pracowaliśmy nad bardzo poważną metodą kontroli improwizacji, za pomocą znaków wyrażonych gestem. Ku mojemu zadowoleniu dzieci chciały popróbować roli dyrygenta i zagrać swoją muzykę kierując zespołem instrumentalistów. W ten sposób wyłoniła nam się dyrygentka, która poprowadziła zespół w trakcie spektakli i muszę zaznaczyć, że nasz zespół muzyczny, Agnieszka, Karolina i Zuzanna same wymyśliły utwory, które stanowią oprawę muzyczną spektaklu.

patryk zakrocki prowadzący warsztaty muzyczne, kompozytor


karolina jakoweńko szefowa Domu Pamięci Żydów Górnośląskich, pomysłodawczyni i opiekunka projektu

Jestem bardzo mocno związana z miejscem w którym żyję – Górnym Śląskiem i Zagłębiem Dąbrowskim. Historia tego regionu, kiedyś pogranicza, inspiruje mnie do pracy nad przywracaniem pamięci o nieobecnych. Od 2008 roku współprowadzę Fundację Brama Cukermana która zajmuje się opieką nad dziedzictwem żydowskim. Ten temat pochłonął mnie. Od stycznia 2016 roku współtworzę wyjątkową instytucję – Dom Pamięci Żydów Górnośląskich – oddział Muzeum w Gliwicach, gdzie zajmuję się popularyzacją historii o Żydach z Górnego Śląska. Z wykształcenia jestem kulturoznawczynią. Ogromnym wyzwaniem jest sam pomysł stworzenia ciekawego i pożytecznego programu edukacyjnego dla dzieci. Istnieje wiele dziedzin sztuki, które można wykorzystać i za ich pomocą edukować. Realizując Projekt Kreatywnej Adaptacji „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane” wybraliśmy teatr; sprawdzona forma, która przez interdyscyplinarność różnych dziedzin sztuki pokazuje nowe oblicze danego dzieła, stwarza świat bogaty w obraz, słowo, dźwięk, która pozwala uczestnikom na stworzenie formy w którą uwierzą, poczują i się w niej schronią. Świat przedstawiony w bajce Uriego Orleva „Babcia robi na drutach” ma wymiar uniwersalny i przez to pozwala na dowolność interpretacji, jej ponadczasowość, a także na emocjonalne i twórcze zaangażowanie uczestników. Naszymi aktorami były dzieci, prowadzone przez dorosłe aktorki – babcie oraz profesjonalnych twórców. One nadały nowy wymiar bajce, one interpretowały problemy, nadały rytm teatralnej rzeczywistości. Podczas procesu powstawania spektaklu najcenniejszym stało się zaangażowanie emocjonalne młodych aktorów, ich edukacja oraz radość tworzenia. Praca w formie warsztatowej, która pozwala na wolność tworzenia, sprawdziła się, a efekt końcowy długiego procesu kreowania całego przedsięwzięcia jest niezwykle udanym ukoronowaniem twórczej drogi.


Jestem studentką piątego roku polonistyki na Uniwersytecie Śląskim. Program Kreatywnej Adaptacji był pierwszym takim projektem, w którym wzięłam udział. Od początku trwania programu byłam bardzo pozytywnie zaskoczona jak dobry kontakt dzieci podłapały z osobami prowadzącymi warsztaty oraz paniami, grającymi babcie. Ich energia i chęć sprawiały, że jeszcze lepiej się nam współpracowało. Była to lekcja o odmienności i tolerancji, trwająca z przerwami od lipca do września, gdzie czułam, że to właśnie dziecięca wrażliwość i spontaniczność, niezrozumienie dla niektórych norm panujących w społeczeństwie, są kluczem do prawdziwego akceptowania inności. Dzieci, tworząc choreografię, scenografię, własne stroje i muzykę uwrażliwiły się na świat jeszcze bardziej – a ja razem z nimi.

ewa zientek stażystka, nieoceniona pomoc organizacyjna i twórcza


iza grauman autorka i koordynatorka Programu Kreatywnej Adaptacji, instruktorka warsztatów filmowych

Od kliku lat zawodowo zajmuję się projektowaniem i realizacją działań edukacyjno-kulturalnych, w których staram się wykorzystywać różnorodne media i dziedziny sztuki oraz znajdować interesujące konteksty i zdarzenia. Inspiracją może być tak naprawdę wszystko, od utworu literackiego przez ważną ideę, do codziennych spraw widzianych inaczej niż zwykle. Wychodzę z założenia, że najistotniejszy jest proces i ludzie biorący w nim udział. Wszyscy jesteśmy uczestnikami warsztatów lub większego projektu – dzieci, dorośli, artyści, edukatorzy. Na początku stawiamy sobie cel i dążąc do niego uzyskujemy efekt, który zazwyczaj jest nieoczywisty, zaskakujący, a jednocześnie mocny i trwały. To zasługa niezwykle fajnej energii, która wyzwala się podczas pracy w zespole i dzięki amosferze wspólnego tworzenia. Program Kreatywnej Adaptacji „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane” był dla mnie osobiście niezwykle ambitnym działaniem. Na początku, gdy wszystko rodziło się w głowie, a potem było przelewane na papier oraz planując kolejne części składowe miałam wątpliwości czy zdołamy ogarnąć całość w tak szybkim tempie. Scenariusz spektaklu miał według założenia powstać w dwa tygodnie. Do tego scenografia i co więcej muzyka! To był bardzo intensywny czas. Grupa dzieci musiała najpierw „dotrzeć się” w swoim towarzystwie. A były to dzieciaki w różnym wieku. Część z nich należała do świetlicy środowiskowej. To było bardzo integrujące i bogate w emocje spotkanie. Wszyscy uczestnicy silnie zaangażowali się w budowanie naszego spektaklu. Każdy z osobna wykazał się indywidualnymi zdolnościami, które w zderzeniu z pozostałymi zaaowocowały twórczym fermentem. Świat, który stworzyły można było podziwiać na scenie teatru. Starsi uczestnicy sfilmowali młodszych przy pracy, realizując dokumentację filmową i przy okazji nawiązała się międzypokoleniowa nić porozumienia. Rejestracja, którą zawiera między innymi dołączona do książeczki płyta, pokazuje z jaką niesamowitą przygodą mieliśmy do czynienia. Wielkie ukłony należą się całej ekipie, a szczególnie naszym wspaniałym babciom.Pani Alicja i Brygida dołączyły do nas na samym początku i brały aktywny udział we wszystkich warsztatach, były inspirowane i inspirowały, wreszcie jak powiedziała Brygida po części stały się prawdziwymi baciami dla naszych dzieci.


Młodzi twórcy — uczestnicy Programu Kreatywnej Adaptacji

Uczestnikami warsztatów były dzieci w wieku 5–11 lat i młodzież w wieku 13–18 lat. W trakcie realizacji warsztatów część zajęć odbywała się wspólnie. Niech ich wypowiedzią pozostaną dokonania, które można podziwiać na dołączonym dvd oraz na kanale yt „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane”.

Warsztaty teatralne

zuzanna paluch łukasz bednarek filip pilski alan pilski karolina pilska andrzej pilski agnieszka kochańczyk pola stępniewicz krystyna klajmon zosia mironowicz emilka prystapczuk Aktorki wcielające się w role babć

alicja balicka brygida hałata

Warsztaty animacji filmowej

klara konieczny natalia nowak paulina krupa marcin lasota dagmara szwiec tadeusz łuszczki jakub buczak łukasz radziejowski tymon bierkowski szymon bierkowski wojciech beluch

Warsztaty filmowe

paweł oprzondek martyna marcińska piotr owczarek wiktoria jopek mykhail mumyha paweł woch dawid cieślak sebastian nowicki kamil ciupka olaf piskoli


Autorki koncepcji projektu: iza grauman, karolina jakoweńko Koordynacja projektu: iza grauman Zespół organizacyjny Domu Pamięci Żydów Górnośląskich w składzie katarzyna opielka, karolina jakoweńko, bartosz płonka Oprawa graficzna projektu: piotr herla Fotografie: roman łuszczki Redakcja: joanna jenczewska-pajka Partner medialny: nowiny gliwickie Podziękowania: yaara orlev, łukasz adamski, uri meiselman, elżbieta mochnacka, małgorzata lichecka, adam prażuch, maciej piekara, beata sokołowska, ewa zientek, aga gabriel z Centrum Rozwoju Dzieci i Młodzieży „Bumerang”, magda kalinowska, sebastian kałwa ze Świetlicy środowiskowej „Czesio”, krzysztof linde. Do publikacji dołączona jest płyta dvd z materiałami audiowizualnymi.


Organizator projektu:

Partnerzy:

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Organizatorem Muzeum w Gliwicach jest Miasto Gliwice

Wydawca: Muzeum w Gliwicach Dyrektor Grzegorz Krawczyk ul. Dolnych Wałów 8a 44-100 Gliwice www.muzeum.gliwice.pl

Dom Pamięci Żydów Górnośląskich Oddział Muzeum w Gliwicach ul. Ks. J. Poniatowskiego 14 44-100 Gliwice www.muzeum.gliwice.pl www.facebook.com/dompamiecgliwice


Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane. Program Kreatywnej Adaptacji  

Książeczka jest oryginalną publikacją z przeprowadzonego w 2017 roku projektu "Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane. Program Kreatywnej Ad...

Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane. Program Kreatywnej Adaptacji  

Książeczka jest oryginalną publikacją z przeprowadzonego w 2017 roku projektu "Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane. Program Kreatywnej Ad...

Advertisement