Page 1


T O M

I V

P A ∕L A C S NO N O´ W


Kocia Ziemia (Maidenmer)

Jabal Tur

Diamentowe Wzgórze

kanion Głębocze

góry Yennep

Ebs

szczyty Kailasy

Bronzhaven

Most Zdrady kupiecka osada

En

Eb

bagnisty las

chatka Tavarisa

Daku

Ponure Wzgórza Międzyrzecze

Równiny Chordata

s

aj

Las Przybrzeżny

Szlak Przemytników

Kamienny Potok Las Pod Drzewami

mag

i cz n e o g

Mapa

Bezkresji Czaropisa według

Bridgetower

ze rod

nie


Adam Jay Epstein i Andrew Jacobson

T O M

I V

P A ∕L A C S NO N O´ W Ilustracje Dave Phillips

Przełożyła Anna Bereta-Jankowska


Tytuł oryginału The Familiars, Book 4: Palace of Dreams Text copyright © 2014 by Adam Jay Epstein and Andrew Jacobson Illustrations copyright © 2014 by Dave Phillips Map copyright © 2012 Greg Call Jacket art and illustrations pp. 343–351 © 2014 by Peter Chan and Kei Acedera Jacket design by Cara E. Petrus Icons p. 5 made by Freepik from www.flaticon.com All rights reserved. Copyright © for the Polish translation by Anna Bereta-Jankowska, 2016 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo IUVI, 2016

Opracowanie redakcyjne i DTP Pracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.pl) Redakcja Marzena Kwietniewska-Talarczyk Korekta Ewa Cebo Opracowanie graficzne okładki i DTP Stefan Łaskawiec

Wydanie I, Kraków 2016 ISBN 978-83-7966-021-6

www.iuvi.pl www.facebook.com/WydawnictwoIUVI biuro@iuvi.pl


6

∕A SZKL UJAWNIAJA˛CE iele się zmieniło w Nowym Pałacu w  Bronzhaven. Po pierwsze, unosił się wewnątrz olbrzymiej szklanej bańki, a wokół prószył śnieg. Co dziwniejsze, poza kulą kilometrami ciągnęła się pustynia. Aldwyn stał u stóp długich schodów, które wznosiły się ku oknu sypialni królowej, lecz kończyły się w pół drogi. Sama Loranella stała na balkonie, a włosy unosiły jej się nad głową, jakby była pod wodą. Kot skakał ze stopnia na stopień, desperacko próbując dotrzeć do monarchini. Coś do niego wołała, ale z jej ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Słowa

W

113


wydostawały się jedynie w postaci liter, rozwiewanych przez wiatr niczym strony wyrwane z książki. Aldwyn zbudził się gwałtownie i odkrył, że leży pod dębem w sercu kniei kryjącej Szlak Przemytników. Skylar i Gilbert siedzieli przy nim. – Zasnąłeś – poinformowała go sójka. – Powinniśmy ruszać dalej. – W głosie kota zabrzmiał pośpiech. Los królowej ciążył mu na sercu. – A co z obiadkiem? – spytała rzekotka. – Nie mamy czasu na kolejne prace porządkowe – odparł kocur. – Obawiam się, że nie odczekaliśmy jeszcze wystarczająco długo, by minął nas pościg – martwiła się Skylar. – Zatem musimy zaryzykować – powiedział Aldwyn. Przepowiedziana Trójka zebrała swój skąpy dobytek i wróciła na szlak. – Gilbercie, czy ktoś pozwolił ci to zabrać? – spytała modrosójka. Kot odwrócił się i  stwierdził, że Skylar mówi o ślimolu podróżującym teraz na ramieniu żaby. – Nie sądzę, żeby zauważyli, że jednego im brakuje – wytłumaczyła się rzekotka.

114


Skierowali się Szlakiem Przemytników na zachód, ku szczytom Kailasy. – Kiedy wyjdziemy z lasu, rzucę kolejną iluzję – zapowiedziała Skylar. – Droga do Ebs przez równiny nie powinna być długa. – W co nas zmienisz tym razem? – chciał wiedzieć Gilbert, łapiąc długim językiem latające w powietrzu muchy. – W kozę? Lisa? Bardzo malutkiego kucyka? – Złowił kolejną porcję owadów. – Myślałam o prosiaku – powiedziała Skylar, patrząc na wypływające z ust żaby robactwo. – Skąd ci to przyszło do głowy? – zdziwiła się rzekotka. W normalnych okolicznościach kocur zdrowo by się uśmiał z rozmowy przyjaciół, ale teraz nawet się nie uśmiechnął. – Dobrze się czujesz, Aldwynie? – zatroszczyła się sójka. – Odkąd się obudziłeś, nie wydajesz się sobą. – Miałem sen – zdradził kot. – Ujrzałem w nim królową Loranellę. Chyba prosiła mnie o pomoc, ale nie byłem w stanie do niej dotrzeć. – Robimy, co w naszej mocy – starała się go uspokoić Skylar.

115


– Próbowała mi coś powiedzieć, ale treść wypływała z jej ust w postaci liter, które wiatr rozwiewał, zanim złączyły się w słowa. – Próby przekazania wiadomości z Krainy Snów nie należą do rzadkości – powiedziała sójka. – I często nie są oczywiste. Tam, gdzie nasz umysł wędruje podczas snu, nie ma zasad. – Coś słyszałem! – syknął w panice Gilbert. – Szybko, kryjcie się! – Nie ma potrzeby – odpowiedziała niewzruszona modrosójka. – Przypomnij sobie, co mówił brodaty wróżbita. Knieja nie wyda osoby, która nie chce się ujawnić. Pofrunęła na brzeg ścieżki, by nie zderzyć się z kimś, kto nadchodził. Aldwyn i Gilbert dołączyli do niej, schodząc z drogi. Stamtąd patrzyli, jak w ich kierunku galopuje konno zastęp odzianych w czarne zbroje wojowników. Batalion Zmroku. Na przedzie jechał wielkooki lemur. Kot wiedział, że stworzenia te posiadały moc widzenia nawet przez przedmioty stałe, i prowadzącemu oddział żołnierzowi najwyraźniej powierzono funkcję zwiadowcy. Lemur kręcił głową w lewo i w prawo, przeszukując wzrokiem

116


leśną gęstwinę. Drugiego konia dosiadali razem Navid i Marati, a za nimi podążała reszta batalionu. Nagle lemur podniósł łapy, wstrzymując grupę. Konie zatrzymały się o kilka kroków od chowańcow, ale było oczywiste, że jeźdźcy nie widzą zbiegów. Zaczarowany las spełniał swe zadanie. – Zauważyłem coś, o tam – wskazał zwiadowca, wyciągając palec w kierunku gęstej kępy drzew. – Mignęło mi coś niebieskiego. Marati zeskoczyła na ziemię i mijając Przepowiedzianą Trójkę, pobiegła w las. Aldwyn zerknął na żołnierzy Batalionu Zmroku, którzy dobywali przytroczonych na plecach kijów z pętlami.

117


Mangusta wróciła po chwili, niosąc ogromne błękitne pióro. – Za duże, by mogło pochodzić ze skrzydła Skylar – oceniła. – Pewnie zgubiła je jakaś papuga albo wróżka – stwierdził Navid, patrząc z wysokości końskiego grzbietu. – Jeśli przyczaili się w lesie, nie będą tu mogli zostać na zawsze – powiedziała Marati. Mangusta przeszła tuż obok Aldwyna, niemal muskając jego łapę. – Jedźmy dalej. Kobra królewska zwiesiła ogon, by pomóc przyjaciółce zasiąść z powrotem w siodle. Konie ruszyły z kopyta na wschód, pozostawiając ściganych pod czarodziejską osłoną kniei. – Wiedziałam, że powinniśmy byli odczekać dłużej – zdenerwowała się sójka. – Tak, ale przynajmniej dowiedzieliśmy się, że Batalion Zmroku obrał przeciwny kierunek niż ten, w którym my zmierzamy – zauważył Aldwyn. Dalsza droga Szlakiem Przemytników minęła spokojnie i  chowańce nikogo już nie spotkały. A przynajmniej nie były tego świadome.

118


Gdy wyłonili się z lasu, kot znów wiózł przyjaciół na grzbiecie, i tym razem przemieszczali się jako kozioł śnieżny. Do Ebs nie było daleko, w dodatku maszerowało się całkiem przyjemnie. Rolnicy pracowali przy wiosennych uprawach, zbierając zimowe dynie i mrozogórki. Kwitły tulipany i krokusy. Przez kilka kilometrów Przepowiedziana Trójka wędrowała w towarzystwie krowy i prowadzącego ją mleczarza. Nie rezygnując z przebrania, Skylar przeprowadziła z krasulą strategiczną pogawędkę dotyczącą głównie miejsc występowania najsmaczniejszej trawy, zawierającą jednak również kilka sprytnych pytań, dzięki którym dowiedzieli się, że wieści o upadku Loranelli nie wydostały się na razie poza zamkowe mury. Oznaczało to, że status chowańców jako zbiegów nie jest jeszcze powszechnie znany. Minęli osadę kupiecką i Aldwyn wspiął się na niewielkie wzgórze, skąd przyjaciele spojrzeli w dół na szeroką, błękitną wstęgę rzeki Ebs, z obu stron ozdobioną pasmami żwiru. Iskierki słońca tańczyły na wodzie. – Hej, widzicie tę karczmę? – spytał Gilbert, wskazując opatrzonym przyssawką palcem

119


drewniany budynek stojący tuż przy głównym trakcie. – Nie przypomina wam czegoś? Aldwyn nie mógł się nie uśmiechnąć. – Wygląda zupełnie jak u Tammy – przyznał. Imię to nosiła rudo-biała kotka domowa, która zaoferowała chowańcom schronienie w stodole gospodarza podczas ich pierwszej wspólnej podróży przez Bezkresję. – W drzwiach jest nawet klapka dla kota. Łodzie wyładowane przyprawami i kutry rybackie płynęły w górę rzeki, pchane wiatrem wydymającym widmowe żagle lub napędzane srebrnymi wiosłami. Brzegi łączył złoty most unoszący się nad wodą, niewsparty na żadnych słupach. – Myślicie, że Galleon i Banshee maczali w tym palce? – spytała Skylar. – Nie wiem, ale jakiś czarodziej zdecydowanie chciał się popisać – odparł Gilbert. – A więc to na pewno dzieło Galleona – skwitowała sójka. Podobne mosty wznoszono za pomocą magii w całej krainie w miejsce zniszczonych przez smoki rzeczne podczas powstania. Banshee i Galleon, dumni członkowie kręgu bohaterów, przemierzali Bezkresję, przywracając jej dawną świetność.

120


Oba krańce mostu opatrzono punktami kontrolnymi. Każdy z nich obstawiony był przez dwóch żołnierzy. Kolejki ludzi i zwierząt ciągnęły się wzdłuż drogi. Czterej strażnicy przykładali do oczu soczewki powiększające, badając każdego przechodzącego wędrowca. – To szkła ujawniające – wyjaśniła modrosójka. – Wykrywają iluzję, otaczając ją żółtą aurą. – Jest jakiś sposób, by to obejść? – zaniepokoiła się rzekotka. – To niezawodne urządzenia. – Przyjaciółka nie miała pocieszających wieści. – Stworzył je znakomity wynalazca Oraknis Proto, by przeciwdziałać Fantasmanianom, okrutnej sekcie iluzjonistów, spiskujących, by pozbawić tronu króla Brannfalka. Nigdy nie sądziłam, że zostaną użyte przeciwko mnie. – Musimy poszukać innego przejścia przez rzekę – zawyrokował Gilbert. – Niekoniecznie – zatrzymał go Aldwyn. – Może zamiast uniemożliwić działanie szkłom, sprawimy, że będą działać aż za dobrze. – Nie nadążam – przyznała szczerze żaba. – Skylar, potrafiłabyś wytworzyć iluzję na każdej osobie w kolejce? – chciał wiedzieć kot.

121


– Nie jestem pewna. Nigdy nie próbowałam czarować na taką skalę. Nawet gdyby mi się udało, nie wiem, jak długo byłabym w stanie utrzymać miraż. Dlaczego pytasz? – Jeśli każdy mężczyzna, kobieta i zwierzę próbujący przekroczyć most wyda się kryć pod iluzją, żołnierze mogą pomyśleć, że szkła się popsuły. – Cóż, wśród ptaków z Leśnej Ptaszarni rekord wyczarowania największej liczby iluzji naraz należy właśnie do mnie. – Sójka nie kryła dumy. – Warto spróbować. Modrosójka uniosła skrzydło, które po chwili zaczęło drżeć. I wtem przed oczami Aldwyna i Gilberta… nie stało się nic. Oczekujący na przejście przez rzekę wyglądali zupełnie tak samo jak przed czarami Skylar. – Nie chciałbym wyjść na tępaka, ale chyba dalej nie łapię – wyznał Gilbert. – Nie widzę żadnych iluzji. – O to właśnie chodzi – zaczęła wyjaśniać sójka. – Dla każdego przywołałam iluzję jego własnej postaci. W ten sposób, kiedy dotrą do mostu, strażnicy zobaczą wokół nich żółtą aurę, ale zamiast podejrzewać, że wszyscy próbują ich oszukać, nie będą

122


mieli innego wyjścia, jak tylko uznać, że szwankują okulary. – Tak. Dlatego właśnie pozwalam wam dwojgu opracowywać plany działania – wyraziła aprobatę rzekotka. Przed nimi strażnicy zaczęli wstrzymywać strumień istot, kolejno prosząc ludzi i zwierzęta o zejście z trasy. Zrobiło się zamieszanie, przeradzające się powoli w ogólną frustrację. Wściekli wędrowcy zaczęli wznosić okrzyki zniecierpliwienia. – O co chodzi?! – huknął ktoś. – No, dalej! Nie wstrzymywać tam ruchu! – rozległ się inny głos. – Proszę państwa, prosimy o spokój! – zawołał jeden ze strażników. – Wkrótce zaprowadzimy porządek. Jednak przecieranie soczewek szkieł ujawniających nie na wiele się zdało. Aldwyn, Skylar i Gilbert, nadal w postaci kozła śnieżnego, pospiesznie dołączyli do kolejki, a za nimi zaraz ustawili się kolejni podróżni. Z każdą chwilą rosło zniecierpliwienie tłumu. Gdyby tylko sójka utrzymała miraż, sztuczka mogłaby się udać.

123


Wreszcie żołnierzom nie pozostało nic innego, jak przepuścić napierającą falę pieszych. Kozioł śnieżny chowańców wmieszał się w tłum przekraczający most. Aldwyn niosący na grzbiecie Gilberta i Skylar dotarł w pół drogi do zachodniego brzegu, gdy nagle usłyszał z dziobka przyjaciółki pełen niepokoju jęk. – Dłużej nie dam rady – wysapała. – Jeszcze odrobinę – zagrzewał ją do boju kot. – Przykro mi – odparła sójka. Zmęczone skrzydło opadło wzdłuż ciała, a chowańce objawiły się światu w swej prawdziwej postaci, jako kot, ptak i żaba. Zwierzęta i ludzie przekraczający most nie zmienili się wcale, ale okrywające ich iluzje również zniknęły. – Musimy się stąd wydostać – rzucił Aldwyn. – I to już. Kot i żaba rzucili się biegiem przed siebie, a Skylar pofrunęła nad ich głowami, jednak ich nagły pośpiech tylko przyciągnął uwagę straży. Dostrzegł ich jeden z żołnierzy na wschodnim punkcie kontrolnym. – Tam są! – wrzasnął. – Uciekinierzy!

124


Piesi na moście nie mieli pojęcia, co się dzieje, ale czterech strażników natychmiast sięgnęło po broń. Zaczęli się zbliżać do zbiegów z obu stron. Aldwyn, Skylar i Gilbert, stojąc pośrodku kładki, znaleźli się w pułapce. Żołnierze już nadbiegali, wymachując szablami. Kotu przemknęło przez myśl, by stanąć do walki, ale prawdę mówiąc, przeciwnik miał przewagę liczebną. Zerknął w wartki nurt poniżej, wypatrując smoków rzecznych. Miały w zwyczaju pławić się w wodach Ebs, dając lokalnym mieszkańcom oraz przejezdnym dobry powód, by nie pokonywać rzeki wpław. Wtem Aldwyn spostrzegł kuter rybacki wyłaniający się spod mostu i ciągnący za sobą sieć. Od pokładu dzieliła ich spora wysokość, ale jeśli mieli skoczyć, trzeba było podjąć błyskawiczną decyzję. – Poddajcie się – rozkazał jeden ze strażników. – Upoważniono nas do użycia siły w  razie konieczności. – Skylar, leć na statek – polecił Aldwyn. – Gilbercie, za mną. Rzekotka zorientowała się, co planuje kot.

125


– Szczęściara! Ze skrzydłami to łatwo – zakumkała rzekotka do sójki. Żołnierze z obnażonymi szablami już dopadali chowańców. Zanim jednak zdążyli uderzyć, Aldwyn i Gilbert rozpędzili się i dali susa z mostu w toń. Kocur leciał w dół jak kamień, wymachując w powietrzu łapami, i już po chwili zdał sobie sprawę, że źle obliczył moment skoku. Nie wylądują na łodzi. Zamiast tego z głośnym pluskiem wpadli do wody za kutrem. Uderzenie było jak cios młotem i Aldwyn stracił oddech. Odruchowo spróbował nabrać w płuca powietrza, ale łyknął rzecznej wody. Nurt natychmiast wciągnął go w głębinę. Stracił kontakt z Gilbertem, lecz chwilowo najważniejszy był jeden cel: wydostać się z powrotem na powierzchnię. Z tym że, niestety, coraz bardziej pogrążał się w toni. Wreszcie łapy kota otarły się o coś: sznur! Trafił na jedną z ciągniętych przez kuter sieci. Z całych sił podciągnął się w górę i pokonując oko po oku, wylazł po siatce nad wodę. Żaba już mocno zaplotła błoniaste dłonie na grubym węźle powyżej, a na relingu statku przysiadła Skylar, patrząc na przyjaciół z wyraźną ulgą.

126


Jednak nie czas było świętować sukces. Z mostu posypał się na zbiegów grad strzał, trafiając w wodę i wbijając się ostrymi grotami w rufę kutra. Aldwyn i Gilbert, uchylając się przed pociskami, jak szaleni wspinali się na pokład. Spiczasty bełt świsnął tuż obok żaby, o mało nie przebijając jej karku, ale na szczęście przeszył tylko nasiąkniętą wodą płócienną mapę, którą niosła przewieszoną przez ramię. Kocur zerknął w górę na czterech stojących na moście żołnierzy. Jeden z nich wyjął z kołczanu srebrną strzałę i napiął cięciwę łuku. Jednak zamiast wymierzyć w uciekinierów, odwrócił się i posłał ją w niebo ku północnemu wschodowi. Wzleciała niezwykle wysoko w chmury, gdzie zniknęła wszystkim z oczu. – Strzała kurierska – stwierdziła Skylar. – Batalion Zmroku wkrótce się dowie, dokąd zmierzamy. – Raz już przetrwaliśmy podróż przez góry Kailasy – zauważył Aldwyn. – Ciekawe, czy wojownicy z oddziału pościgowego mogą się pochwalić tym samym. Nagle coś połechtało kota w nozdrza. Obrócił się szybko i odkrył, że piętrzy się przed nim stos rzecznych fląder. Po raz pierwszy od dwóch dni pyszczek kota rozświetlił uśmiech.

127


Chowańce. Pałac snów  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you