Issuu on Google+

Kilka słów wstępu od autora. Jest to moja pierwsza książka, w której nie ma rzeczy związanych z realistycznością. Przedstawiam tu moje myśli i jak widzę świat z innej strony zwierciadła. Serdecznie przepraszam, jeżeli tylko pojawi się błąd ortograficzny, interpunkcyjny bądź językowy. Mistrzem języka polskiego nigdy chyba nie będę. Zapraszam do czytania lektury napisanej moimi własnymi potami.

PROLOG Spowijały się ciche, wręcz bezszelestne wiatry, deszcz padał ulewnie a ciemność tak ogarniała okolicę, że biegnąc nie widział własnych nóg. Możnaby rzec, że przebiegał na ślepo, przez niezliczone ilości drzew ponad milowego lasu. Przed czymś uciekał, biegł przez teren, zastraszony, nie myślał o niczym innym, jakby ucieczka miała być jego pierwszą i ostatnią myślą. Las owijał się czarnymi jak nicość, bezlistnymi drzewami. Wciąż zadawał sobie jedno i to samo pytanie - "Czy mu ucieknę?" przebiegający przez niezliczone kałuże, miał mokre spodnie po same kolana. Gdy raz odwrócił głowę, widział tylko czerń, jednak samo tchnięcie wiatru przyprawiało go o dreszcze, na karku miał zło, czyhające gdzieś w ciemnościach. Samo biegnięcie bardzo go zmęczyło, lecz nie mógł stanąć nawet na krótką chwilę. Coś go goniło. Wiedział, że musi uciekać. Las cały czas otaczał się drzewami. Nie było żadnego miejsca, by mógł na chwilę stanąć by odetchnąć. Owijające się wśród lasu kamienie, rzeki czy drzewa, omijał nawet tę największą z możliwych skał w lesie. Lecz w pewnym momencie, nie zauważywszy wzniesienia, zahaczył nogą o róg spiczastego konaru gałęzi, po czym upadł. Znajdował się pod zadziwiająco wielkim budynkiem. Mroczne podmuchy wiatru opadły, nie czuł już tego strachu. To coś przestało za nim podążać. Jednak budowla przed nim przypominała nie tyle co wielką skałę, ale grobowiec a on sam znajdował się na środku potężnego, wykonanego z cegły mostu. Wstając, spojrzał, że został okaleczony w kolano u prawej nogi.


Było ciemno, jednak nie czuł już przerażenia. Ogarniała go niepewność. Nie zamierzał tam wchodzić, jednak wiedział, że jeśli zawróci, może napotkać tego, który wcześniej za nim podążał. Nagle od strony lasu, kamienny most runął. Jego ciało zadrżało, gdyż prawie zapadł się razem z mostem w tą nieskończoną, ciemnością pochłoniętą otchłań. Nie miał już odwrotu. Zdecydował resztkami swoich nerwów i sił, że wejdzie w głąb mrocznie wyglądającego grobowca. Szedł, ostrożnie stawiając stopę na każdym kroku. Bał się, iż podłoże mogłoby ponownie się zawalić. Jednak udało mu się dojść pod kamienne wrota bez żadnych trudność czy zaniepokojeń. Nadal padał deszcz. Stojący przed olbrzymimi wrotami, dotknął ręką jedną część z dwóch potężnych, kamiennych drzwi. Drzwi zaskrzypiały, co bardzo go zadziwiło, ponieważ sądził, że kamienne drzwi nie powinny wydawać takich odgłosów. Zrobił kilka kroków w głąb grobowca. Drzwi zanim zamknęły się a on został pochłonięty w ciemnościach. Nie otwierały się w przeciwną stronę. Próbował włożyć palce pomiędzy wrota, trzaskał, uderzał, nawet podniósł kamień, którym uderzył w nie z całej swojej siły, jednak wszystko co wyczynił to ból na swoich rękach. Gdy się odwrócił, widział tylko czerń. Oczy powoli zaczęły adaptować ciemność w której się znajdywał. Martwił go fakt, iż znajduje się sam w tym starym, okrytym mchem budynku. Jego spojrzenie zaczęło dostrzegać coraz więcej i więcej. W końcu widział już większą część ciemnego pomieszczenia. Budynek z wyglądu miał już wiele lat, we wnętrzu znajdowały się kolumny, po prawej i lewej stronie, których była niezliczona ilość. Ściany zbudowane były z piaskowca, trochę bruku i kamiennych cegieł. Na podłodze znajdowało się bardzo stare, zakurzone płótno, które musiało – według niego – służyć za starodawny dywan. Miało kolor szary, z wiekiem musiało utracić swój blask. Pomiędzy kolumnami z prawej i lewej strony znajdował się, co każdą parę kolumn, trumna. Przeraził się z myślą, czy jeśli coś takiego co wcześniej miało miejsce, to czy zaraz nie będzie tu żywych ghulów, bądź szkieletów. Coraz bardziej wchodził w głąb grobowca, stąpał ostrożnie, każdy jego krok czy ruch musiał być przez niego kontrolowany. W końcu dotarł do miejsca, gdzie znajdywały się schody. Gdy wszedł na pierwszy schodek, w całym pomieszczeniu rozpaliły się zielonym płomieniem pochodnie. Wszedł wyżej, gdzie znajdował się już prawie ku stóp jakiegoś ołtarza. To stopień wyżej, to zejście w bok, każdy jego ruch był specyficzny. Dotarłszy na sam szczyt, ku jego przerażeniu ukazała się kamienna


trumna. Spojrzał w jej głąb z głębokim wzięciem tchu. Było w niej pusto, ani śladu jakiegokolwiek ubrania czy nawet brak kości. Coś go pchnęło. Nie miało to miłego uczucia. Wpadł do trumny i zanim zdołał cokolwiek zrobić trumna zamknęła się. Odwróciwszy się próbował zdjąć klapę, uderzał w nią, lecz na nic. Przebywał w trumnie niczym umarlak, nie czuł oddechu, nie mógł nabrać powietrza. W trumnie pojawiać się zaczęły rozświetlone zielonym blaskiem insygnia. Coraz bardziej się bał, ze strachu nadal próbował zdjąć pokrywę, lecz te czary odbierały mu resztki sił. Zaczął się starzeć, tracić na duchu. Panika tak go ogarnęła, że krzyknął na całe ostatnie resztki siły panicznie słowo "Ratunku!". Lecz było to dopiero początkiem...

ROZDZIAŁ I Na dworze był ranek, słońce swoimi promieniami oświetlało przez okno pokój. Było słychać dźwięk ptaków, wydobywający się z dworu. W tym samym momencie otworzyły się drewniane drzwi zdobione różami, wykonane z wysokiej jakości drewna. Z hukiem weszła do pokoju Velatto, gdzie podchodząc tuż pod łóżko chwyciła lężącą obok na szafce książkę, po czym zamierzała uderzyć nią leżącego spokojnie Juliusza. Gdy książka znajdowała się blisko twarzy, Juliusz podniósł się z przerażoną twarzą, gdzie uderzawszy o książkę od razu się otrząsnął. Velatto zdenerwowanym głosem powiedziała – Jak długo możesz tak leżeć, za chwilę musisz iść do pracy, budzik Cię nie obudził?! - Juliusz spojrzał na Velatto tak, jakby była koszmarem, który mu ten sen przyprawiła. Po krótkiej chwili, Velatto spojrzała przez okno, z myślą "Jaka piękna dziś pogoda", po czym poszła w stronę drzwi. Zatrzymując się jeszcze przed nimi rzekła – Chodź na śniadanie i lepiej szybko się ubierz, bo zaraz naprawdę nie zdążysz – Po czym wyszła za próg pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Juliusz ucichł w chwili gdy przyszła Velatto. Nie spodziewał się tego, że mógł to być tylko zwykły sen a raczej koszmar, który nie wiadomo z jakiej przyczyny się pojawił. Mruknął pod nosem – Muszę oglądać mniej horrorów – po czym wstał z łóżka i nakładając kapcie, podszedł do garderoby stojącej tuż obok posłania. Otworzywszy garderobę złapał za niebieski garnitur, schylił się by wziąść także swoje czarne buty, po czym wstając zamknął za sobą drewniane wejście do szafy. Idąc w stronę drzwi, przypadkowo spojrzał na ziemię, gdzie znajdywało się o białej ramie lustro. Wyglądało na nowe, było małe, zmieściło się w ręcę, gdy za nie złapał. Pomyślał "Może należy


do Velatto", po czym położył je na marmurowej, pięknie wyrzeźbianej w kwiaty komodzie stojącej tuż obok wyzdabianych różami drzwi. Złapał za klamkę, pociągnął w swoją stronę po czym wyszedł za próg swojego pokoju. Zamknąwszy drzwi, szedł przez długi, wąski korytarz, po czerwonym dywanie. Spojrzał przez pierwsze okno, na którym stała donica z tulipanem. Był piękny poranek, latały ptaki, słońce raziło go mocnym blaskiem po oczach. Widać było bardziej po prawej stronie kwiatowy ogród, po lewej bramę przez którą wjeżdżało się na posiadłość, w której mieszkał Juliusz. W całym korytarzu znajdywały się cztery pokoje, zaś Juliusz mieszkał w tym, który znajdował się na końcu od strony zejścia do salony. Zszedłszy po schodach, zobaczył stół na którym widniały potrawy różnego rodzaju. Czy to naleśniki, czy jakieś sałatki i wiele , wiele więcej. Podszedł do stołu, po czym nałożył sobie trzy naleśniki, ponieważ stwierdził, iż na śniadanie nie będzie za wiele jadł. Velatto stała przy garach i piekarniku w kuchnii, gdzie gotował się gularz a także ciasto. Juliusz jedząc swoje śniadanie, patrzył w tym samym przez okno z myślą, czym mógł być ten sen. Myślał o nim, ponieważ wyglądał bardzo realistycznie, jednak myśli rozpływały się podczas zajadania się tymi pysznymi potrawami. Juliusz, zjadłszy swoją kolację, wstał po czym szedł w stronę drzwi wyjściowych. Wyszedłszy na dwór, ruszył w stronę wcześniej wspomnianej bramy, znajdującej się na wprost wyjścia z budynku. Wyszedłszy poczuł powiew wiatru, podobny do tego ze snu. Poczuł się dziwnie przez chwile, po czym stwierdził, iż nic nie może się przecież stać. Gdy podszedł do bramy, poszedł w lewą stronę, gdzie już czekał na niego przyjaciel. Podczas chodu, cały czas czuł ten chłód, to złowrogie powietrze, które chwilowo przez niego przechodziło. Dotarłszy do samochodu i otworzywszy tym samym drzwi, spojrzał, że nikogo w nim nie było, samochód był pusty. Zamknąwszy drzwi rozejrzał się po okolicy, lecz nikogo nie było. Pierwszą myślą było, że ktoś po prostu tu stanął, lecz od razu zastanowił się, po co by zostawiał otwarte drzwi. Po pewnym czasie, podczas czekania, chmury zakryły słońce, po czym promienie spadające na ziemię, nie ogrzewały Juliusza. Na tą chwilę na dworze stało się trochę ciemniej niż przedtem. Ponownie zawiał mroczny chłód, wiatr dosłownie ze snu wzięty. Zaczął się zastanawiać, czy w końcu przyjdzie. Podczas czekania zaskoczyła go ulewa, podczas której otworzył drzwi od samochodu i wsiadł do niego. Jego myśli zaczęły być


niespokojne, czekał nadal choć i tak wiedział, że się spóźni. Myślał, że może szybciej wróci, bo przecież nie będzie stał podczas takiej ulewy. Nadal nikt się nie zjawiał. Stwierdził, iż nie ma to najmniejszego sensu. Ponownie zwrócił się w stronę drzwi, otworzywszy je wyszedł, lecz to co poczuł, nie było już takie jak przedtem. Zaczął biec, ponieważ nie zamierzał moknąć. Doszedłszy pod bramę, próbował ją otworzyć, lecz nie mógł, brama była zamknięta. Zaś nagle za bramą pojawiła się postać idąca od strony kwiatowego ogrodu. Jej sylwetka przypominała dziewczynę, lecz szła w stronę drzwi, przez które wchodzi się do budynku. Pierwsze co zrobił to krzyknął, wykrzyknął słowa – Czy możesz otworzyć tą bramę? - nawet nie zareagowała, lecz on zaczął krzyczeć głośniej. Gdy w końcu weszła do budynku, przestał już nakrzykiwać. Cały zmókł, zaś ktoś złapał go ręką za ramię. Odwrócił się z myślą "W końcu ktoś tu jest." zaś postać, na którą spojrzał, wyglądała, jakby cała poszarpana, przelana krwią twarz, bez oka. Skórę miała zgnitą a sylwetkę jakby wykrzywioną. Przerażony odbiegł od niej. Zaś z wielu stron zaczęły iść podobne do tej pierwszej postaci. Pobiegłszy pod auto, wsiadł i cały zmoczony próbował je odpalić. Niestety bez kluczyków nie było szans. Schował się z tyłu. Był obłąkany, myślał o tym co się stało. Podchodziły coraz bliżej. Myślał nad tym o co chodzi. Nie dawała mu spokoju rana, którą otrzymał w wyniku gwałtownego odejścia od strasznej postaci. Nie zamierzał nawet wychodzić z auta, z przerażenia nawet nie zamierzał krzyczeć. Usłyszawszy jakieś dźwięki chwycił się za głowę. Straszne charaktery dobijały się już do auta. Nie wiedział co ma ze sobą zrobić. Została wybita szyba, a w aucie zaczęły pojawiać się wgniecenia. Drzwi od auta w końcu odpadły, a jego wyraz twarzy wyglądał na zimny, ze strachu cały obladł. W pewnym momencie poczuł dotyk, wiedział, że nie ma ucieczki, lecz usłyszał głos. Velatto zaczęła krzyczeć, szturchając go – Wstawajże, spóźnisz się do pracy! Horacy już czeka! Jak można zasnąć podczas jedzenia śniadania?! - po czym wzięła patelnię z szafy i już miała nią uderzyć, kiedy Horacy otworzył oczy. Velatto powiedziała z krzykiem – Coś ty sobie myślał? Horacy już czeka od dziesięciu minut, kiedy ty się obijasz, zaraz naprawdę się spóźnisz biegnij! - po czym wyszła za próg kuchni. Juliusz wstał z siedzenia, po czym ruszył gwałtownym pośpiechem w stronę drzwi wyjściowych i bramy. Zaś spojrzał przedtem na kwiatowy ogród. Jego ciekawość przyciągneła tamta postać, która przechodziła tędy przed przyjściem tych strasznych stworzeń. Podbiegłszy pod samochód


Horacego, upewnił się, czy napewno nie ma niczego co by było dziwne. Wszystko zdawało się być normalne. Świeciło słońce, było jasno a w samochodzie siedział Horacy. Zapytał go – Gdzieś ty się Juliuszu podziewał? Czekam tu już od dziesięciu minut- Juliusz odpowiedział mu następująco – Niechcący usnąłem podczas śniadania, chyba naprawdę się nie wyspałem. - po czym podał mu rękę. Podczas ruchu prawego ramienia, coś go zabolało. Spojrzał nieco pod bluzę. Znajdywała się tam rana, na którą panicznie spojrzał, ponieważ nabył jej we śnie. Horacy zaś zapytał – Coś nie tak? - Juliusz pokiwał głową i odpowiedział – Wszystko dobrze. po czym podawszy sobie ręce, pojechali w stronę miasta. Juliuszowi nie dawało myśleć to, że doznał obrażeń w rzeczywistości, których nabył we śnie. Podczas jazdy zauważył w swojej kieszeni lusterko, wyglądające dokładnie tak samo jak to przedtem. Nie wiedział czym ono jest, jednak teraz zatrzymał je ze sobą. Przejeżdżając przez aleje, parki czy pola, w końcu dotarli do biurowca, gdzie oboje pracowali. Wyszedłszy z auta, szli przez zielony park potężnego budynku. Wszedłszy do jego środka wzieli potrzebne rzeczy, po czym poszli do swoich biur. Juliusz wsiadł razem z Horacym do windy, po czym Horacy wysiadł na siódmym piętrze, zaś Juliusz pojechał wyżej na ósme. Idąc przez korytarz, doszedł do biurowca nr. 117, gdzie znajdowało się jeszcze kilka osób, które z nim pracowały. Biurowiec liczył sobie ponad 240 biur, w których pracowały po cztery osoby. Nie w każdym było akurat po cztery, ponieważ biura zależały od stanowiska pracy i od miejsc w których można było pracować. Juliusz nie bał się, wiedząc, że w pomieszczeniu znajdują się jeszcze trzy osoby, które mu pomagały, a także których wspomagał on sam. Powoli zaczął skupiać się na swojej pracy, był trochę poddenerwowany tym co miało miejsce, ale dawał radę. Nie rozumiał pewnych rzeczy, które dotychczas spotkał. W pewnym momencie wyszła jedna osoba z biurowca, by zanieść formularze do wypełnienia, potrzebne w biurze nr. 103. Został sam z dwoma osobami, spojrzał za potężne, w kształcie trapezu okno. Była piękna pogoda, nie zabierało się na nic, lecz przed biurowcem zastał się wypadek. Zaciekawiony tym co się tam wydarzyło pomyślał o tym by to sprawdzić. Wstając z dużego fotela, ruszył w stronę drzwi, lecz zatrzymał go jeden z pracowników w jego pomieszczeniu. Powiedział – Nie możesz przecież opuścić miejsca pracy, w końcu wypadkiem zajmie się kto inny. biorąc te słowa na poważnie Juliusz powrócił na swoje miejsce. Spojrzał w dół, gdzie zobaczył dziwnie ubraną postać. Według niego ona jako jedyna wyróżniała sie z tłumu. Nie widział jej za dobrze, ponieważ była


zakapturzona a ze stu metrów niewiele było widać. Mimo tego, że był w pomieszczeniu poczuł chłodny wiatr. Było dla niego trochę dziwne, iż budynek jest ocieplany od wewnątrz, lecz jednak coś takiego miało miejsce. Spojrzał za siebie. Jedno z okien było otwarte. Podszedł pod nie, by je zamknąć, jednak w pewnym momencie znów miał miejsce mroczne tchnięcie wiatru. Zamknąwszy je wrócił na swoje miejsce wiedząc, iż ze współpracownikami nie powinna mieć miejsce taka akcja jak wcześniej przed wyjściem do pracy.

ROZDZIAŁ II Mijały godziny w pracy Juliusza. Jego ciekawość minęła, ponieważ po wypadku już nic nie zostało. Nadal zastanawiała go sylwetka postaci, którą widział na dole. Być może już ją widział, ale nie był tego pewny. W pracy zapanował ponury klimat, a na dworze słońce zostało przykryte warstwą czarnych chmur. Po czasie, gdy chmury przykryły słońce, jeden z pracowników postanowił zapalić światło, iż na początku wystarczało samo słońce, ale gdy nastał jego brak, w pokoju widać było tylko ciemność. Podszedł do włącznika światła, jednak poczuł się tak samo, jak Juliusz gdy pojawiły się te poczwary. Przez wszystkich w pomieszczeniu przeleciał ten sam mroczny powiew wiatru jak wcześniej. Juliusz po pewnym czasie wstał i zapytał – Też to czujecie?! - po czym nie odpowiedzieli, lecz pokiwali głowami. Ten, który miał zapalić światło, gdy położył rękę na włączniku i przyciskając go, nie zadziałał. Początkowym stwierdzeniem było to, iż mogło być zwarcie. Juliusza ogarnęła panika spowrotem. Wiedział, że coś się święci. Za oknem lało jak z cebra, było ponuro już w samym budynku. Juliusz wstał z wielkiego fotela, spojrzał za okno, gdzie nie chodzili już zwykli ludzie. Na ich miejscu pojawiły się spowrotem zakrwawione postaci, które podążały w stronę biurowca. Juliusz zawołał – Podejdźcie tu, czy też to widzicie?! - Wszyscy spojrzeli za okno, po czym ogarnęło ich poczucie strachu. Po raz pierwszy widzieli coś takiego zwłaszcza, że było to tak daleko. Juliusz przypomniał sobie o lusterku, jednak wkładając rękę do kieszeni, zauważył, że jest pusta. Przeszukał wszystkie swoje ubrania od kieszeni zewnętrznych do wewnętrznych, aż w końcu się poddał. Wszyscy byli zakłopotani, Juliusz poszedł twardym krokiem w stronę drzwi, jednak za nim za nie jeszcze wyszedł, wiedział, że nie warto jest wychodzić bez czegoś, co by mogło je powstrzymać. Podążył w lewą stronę od wyjścia, po czym wyciągnął z szafki stalowy pręt. Nie wiedział jednak co on tam robił odkąd zaczął pracować, lecz zapamiętał fakt o


czymś, co może mu pomóc. Powrócił pod drzwi po czym stanowczo je otworzył. Jego oczom ukazał się mrok, zapewne rozpętany w całym budynku. Powiedział, aby oni podążali za nim, do czasu póki ktoś nie zbudzi ich wszystkich. Nie zrozumieli jednak pojęcia słowa "zbudzi", w końcu stało się to tak nagle, nie przyszło im do głowy, że są we śnie. Jeden nawet próbował zadzwonić na policję, bądź do biurowców znajdujących się na dole, jednak nic z tego nie wyszło. W słuchawce można było usłyszeć tylko szum. Za nim wszyscy zeszli na dół, powchodzili do różnych innych biur, gdzie mogło znajdywać się coś pomocnego. Każdemu z nich udało się znaleźć jakąś broń, czy to pręt podobny do tego, który trzymał Juliusz, czy to pistolet, ponieważ faktem było, że biurowiec posiadał bronie, z którymi pracownicy mogli się zawsze czuć bezpieczniej. Podążali wolnym krokiem w stronę schodów, gdyż wiedzieli, że nic tu po windzie. Schodząc powoli w dół zauważyli kilka psów. Juliusz zakazał do nich podchodzić, jednakże jeden potknąwszy się o stopień poleciał na sam dół, gdzie zwierzęta natychmiast zaczęły biec w stronę człowieka, który leżał poobijany na dole schodów. Drugi z paniki nie wytrzymał i zaczął do nich strzelać, gdzie same pierwsze dwa strzały poskutkowały. Jednak po chwili pistolet rozpadł się, więc pozostał mu tylko pręt. Juliusz zawołał – Fencjuszu! Nic ci nie jest? - po czym odpowiedział – Czuję się dobrze, ale trochę się poobijałem. - po czym z samego dołu zaczęło słychać już jakiś ryk, który nie towarzyszył im na dobre. Po schodach zaczęły wbiegać stada psów, po czym wszyscy uciekali w przeciwną stronę. Nie zdążywszy wbiec na czas do pomieszczenia, jeden z nich został ugryziony w nogę. Deszcz za oknem padał coraz mocniej, już prawie było ciemno a za drzwiami znajdywały się niezliczone ilości tych stworów. Z szafki wyjęto apteczkę, po czym zabandażowano nogę Damianowi. Fencjusz zadał jedno pytanie - Jeżeli to sen, to czy rany nie powinny zniknąć, po przebudzeniu się? - Juliusz spojrzał na niego, po czym z mrocznym wyrazem twarzy, zdjął garnitur i pokazał ranę, której nabył po pierwszym z nimi spotkaniu. Jego oczy się przeraziły, po czym zadał jeszcze jedno pytanie – Czy to znaczy, że jeśli nie będziemy się bronić to.... umrzemy?! Toż to szaleństwo?! - Juliusz zasmucił się, po czym powiedział – To ja was w to wszystko w plątałem, po tym gdy byliście ze mną w pomieszczeniu. - Zaś trzeci współpracownik pocieszył go. Powiedział słowa – Lepiej by było z nami wpaść w coś takiego, niż samemu się przed tym bronić. - Juliusz spojrzał wzrokiem na niego, po czym pomyślał "Co jeżeli ktoś z nich zginie?".


Piorun uderzył o ziemię, z przerażeniem wyjrzeli przez okno po czym Juliusz powiedział – Jeżeli przeżyjemy, zachowajmy to w tajemnicy – wszyscy pokiwali głowami. Drzwi były zabarykadowane, jednak słychać było, że potwory się dobijały. Nie wiedzieli co zrobią jak potwory się tu dostaną. Jednak nim to się stało ich oczom ukazało się słońce. Wszystko co było widać z okna rozpływało się a wszystkie meble wróciły na swoje miejsca. Padły na nich promienie światła. Słyszeli tylko słowa, przez kogoś wypowiadane – Co to ma w ogóle znaczyć, że zasypiacie podczas pracy?! Wstawać lenie i do roboty, zostajecie dodatkowo na następne trzy godziny, jeżeli macie sobie tak spać. - po czym wyszedł. Był to dyrektor i ich pracodawca. Wszyscy odetchnęli z ulgą, jednak niektórzy spojrzeli na siebie. Byli pokaleczeni, oboleli a co najważniejsze, rana Damiana, była zabandażowana, tak jak było to we śnie. Za oknem znajdowało się słońce zachodzące za horyzont. Wszyscy wiedzieli, że muszą jeszcze zostać i nadrobić to, co przespali. Juliusz wstał z krzesła. Podszedł do drzwi, złapał za klamkę i otworzywszy je, wyjrzał na korytarz. Było tak jasno, że chciał spojrzeć na to, by sprawdzić czy wrócił, jednak spojrzał w lewą stronę, podszedłszy do drewnianej szafki, spojrzał do pierwszej szuflady. Pręt znajdował się na swoim miejscu, zaś spojrzawszy na szafkę, zauważył, że coś na niej leży. Ponownie było to lusterko, lecz był na nim napis z krwi "Jeśli Cię zostawię, mrok Cię dopadnie" po czym wziął je do kieszeni. Zapewne wypadło mu wcześniej w samochodzie, jednak zastanawiał się czym ono tak naprawdę jest. Poszedłszy w stronę fotelu, poszedł jeszcze dalej, gdzie stali pozostali. Tam patrzyli w okno na piękny zachód słońca. Fencjusz powiedział do wszystkich – Dobrze, że już jest po wszystkim. - po czym wszyscy się z nim zgodzili i powróciwszy na swoje miejsca, ponownie zaczęli pracę. Juliusz uświadomił sobie, że żyje w trochę innym świecie niż pozostali, wiedział, że coś go dopadło. A było to pierwszym jego snem sprzed tego dnia. Po wielu godzinach jakie spędził w pracy, trzymał w swojej kieszeni lusterko przez każdą minutę pracowania. Niezaprzeczalnie bał się świata, który ciągle go dopada. W nim śmierć, może być tak naprawdę jego wiecznym snem. Uświadomił też sobie, jak bardzo niebezpieczne może być przebywanie przy ludziach. Po swojej pracy, zszedł po schodach na sam dół, choć mógł to zrobić windą. Wyszedłszy za drzwi biurowca, poszedł na prawo, w stronę parkingu, gdzie czekał już na niego Horacy. Gdy dotarł pod jego progi, przez chwile poczuł złowieszcze tchnienie wiatru, przez krótką chwilę. Jednak nie było widać, by coś się miało


zdarzyć. Otworzywszy drzwi od samochodu, podał rękę Horacemu, po czym wsiadł. Juliusz wiedział, iż opuszcza teraz miasto, był szczęśliwy na tą chwilę, lecz smutny z powodu tego, że niespodziewany sen może go dopaść. Przejechali wiele kilometrów, jednak w coś uderzyli. Nie było to za dobrze widoczne, ponieważ było ciemne, a postać niskiego wzrostu. Horacy wysiadł, by sprawdzić, czy nic jej się nie stało. Jego oczom ukazała się mała dziewczynka, miała na sobie żółtą suknię i czerwone buciki, włosy miała czarne a twarzyczkę jeszcze młodą. Horacy zabrał ją do samochodu po czym powiedział – Trzeba ją szybko zabrać do szpitala. Nie zauważyłem jej. - Juliusz spojrzał na nią do tyłu, gdzie leżała. Nie miała żadnych okaleczeń, czy obicia. Tak jakby nic się jej nie stało. Podczas zawracania, Horacy miał twarz ogarniętą paniką. Wiedział, że mogą mu odebrać za to prawo jazdy. Juliusz nadal na nią patrzył. W pewnym momencie Juliusz w końcu odwrócił swoją głowę i patrzył na ulicę. Nim jeszcze zawrócił, powiedział do Horacego – Nie zawracaj, jedźmy w stronę mojego domu, ja się nią zaopiekuje. Lepiej żeby nikt się nie dowiedział, nie chcę, żebyś miał kłopoty. - Horacy spojrzał na niego i odpowiedział przerażonym głosem – Ale nie mam pojęcia czy... - przerwał mu Juliusz – Spokojnie, przeżyje nim dojedziemy do mojego domu.Horacy spojrzał na niego, po czym stwierdził, że jeżeli sam chce się wpakować w kłopoty, to niech tak będzie. Zaprzestał zawracania po czym pojechał w stronę domu Juliusza. Dojechawszy do domu, Juliusz wziął na ręcę dziewczynkę, a Horacy powiedział – Napewno chcesz to zrobić? - Juliusz pokiwał głową po czym podążył w stronę bramy. Horacy odjechał, a on wszedł do środka, po czym ściągnąwszy buty, wziął ją do salonu, gdzie położył na sofie. Velatto już spała, nie było widać, jakby zamierzała wstawać. W pewnym momencie Juliusz usłyszał z jej uroczego głosiku słowa – Boję... się. Spojrzawszy na nią, zauważył, że otwarła oczy. Zapytawszy ją czego się boi odpowiedziała – Snu, boje się spać. - Juliusz zapytał – Masz jakiś rodziców? - Ona mu odpowiedziała – Mam, ale... nie żyją.- Juliusz spojrzał na nią smutnym wzrokiem po czym zapytał. - Co się takiego stało, zaś dziewczynka zaczęła opowiadać historię, co bardzo zdziwiło Juliusza, ponieważ mimo swojego wieku, potrafi opowiedzieć coś co miało miejsce, choć naszła mu myśl, że przez to, iż pojawiła się na ulicy tej nocy, mogło coś się wydarzyć w lesie. Dziewczynka zanim jeszcze zaczęła opowiadać historię, spojrzała na Juliusza mówiąc – Ty też tego doznałeś, prawda? Juliusz spojrzał na nią, jakby miało miejsce coś z tymi potworami. Z oczu


dziewczynki poleciały łzy, po tym jak miała już to opowiadać. Juliusz powiedział – Jeżeli ta historia przyprawia Cię o łzy to nie opowiadaj. Dziewczynka zaprzeczyła, po czym odpowiedziała następująco – Opowiem Tobie tą historię, ponieważ ty możesz mnie jako jedyny zrozumieć, boję się mówić to innym, ale jeżeli jesteś jednym z takich ludzi co mnie spotkało, to musisz ją usłyszeć. - rozkrzyczana dziewczynka zaczęła płakać jeszcze mocniej. Juliusz spojrzał na nią ponownie, po czym powiedział – Proszę, opowiadaj, wysłucham twoją historię. - Z oczu dziewczynki zaczęły już powoli znikać łzy, aż w końcu odważyła się opowiedzieć. Juliusz usiadłszy na fotelu, zaczął słuchać uważnie.


Czarna rzeczywistość