Page 1


RUTA SEPETYS Szare śniegi Syberii Przełożyli Joanna Bogunia i Dawid Juraszek

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA


Ku pamięci Jonasa Ńepetysa


Mapy TRASA PODRÓŻY


Mapa obrazuje drogę, którą przemierzyła Lina z rodziną. Zaznaczone granice państw nie zawsze dokładnie odpowiadają rzeczywistym. CHRONOLOGIA WYDARZEŃ


Dzień 1 Kowno, Litwa Dzień 3 Wilno, Litwa Dzień 4 Mińsk, Białoruś Dzień 5 Orsza, Białoruś Dzień 6 Smoleńsk, Rosja Dzień 21 Przekroczenie Uralu Dzień 30 Omsk, Syberia Dzień 42 Ałtajski obóz pracy


Mapa obrazuje drogę, którą przemierzyła Lina z rodziną. Zaznaczone granice państw nie zawsze dokładnie odpowiadają rzeczywistym.


Dzień 306 Ałtajski obóz pracy Dzień 313 Bijsk, Syberia Dzień 319 Obóz w Makarowie Dzień 320 Brzegi Angary Dzień 350 Ust'-Kut, Syberia Dzień 380 Jakuck, Syberia Dzień 410 Przekroczenie koła podbiegunowego Dzień 440 Trofimowsk, biegun północny


ZŁODZIEJE I PROSTYTUTKI


1 ZABRALI MNIE W KOSZULI NOCNEJ. Patrząc dziś wstecz, dostrzegam oczywiste oznaki – w kominku płonęły rodzinne zdjęcia, Mama zaszywała nocą biżuterię i srebra w podszewce płaszcza, a Papa wracał później z pracy. Mój młodszy brat Jonas zadawał pytania. Ja też, ale tak naprawdę chyba nie chciałam zauważyć tego, co się działo. Dopiero później zrozumiałam, że rodzice zamierzali uciec. Nie zdążyliśmy. Zabrano nas. Był czternasty czerwca czterdziestego pierwszego roku. Właśnie przebrałam się w koszulę nocną i usiadłam przy biurku, żeby napisać list do kuzynki Joany. Otworzyłam nowy blok kremowej papeterii i piórnik, który dostałam od cioci na piętnaste urodziny. Wieczorny wiatr wpadał przez otwarte okno i kołysał zasłoną. Czułam zapach konwalii, które zasadziłam z Mamą dwa lata temu. Droga Joano... To nie było stukanie. To był natarczywy łomot, który sprawił, że podskoczyłam na krześle. W nasze drzwi waliły pięści. Ale w domu nikt ani drgnął. Wstałam i wyjrzałam na korytarz. Mama opierała się o ścianę, zwrócona ku oprawionej mapie Litwy. Oczy miała zamknięte, a twarz ściągniętą w sposób, którego wcześniej nie widziałam. Modliła się. – Mamo – powiedział Jonas. Przez szczelinę w drzwiach widać było tylko jedno jego oko. – Otworzysz? Zaraz wyważą drzwi. Spojrzała na nas i uśmiechnęła się z przymusem. – Tak, kochanie. Otworzę. Nie pozwolę nikomu ich wyważyć. Zastukała obcasami o drewniany parkiet korytarza; długa, lekka spódnica powiewała wokół jej kostek. Była kobietą elegancką i piękną, wręcz olśniewającą, której niezwykle szeroki uśmiech rozświetlał wszystko dookoła. Miałam szczęście, że odziedziczyłam po niej włosy koloru miodu i jasnoniebieskie oczy. Jonasowi przypadł właśnie uśmiech. W holu rozbrzmiały donośne głosy. – NKWD – szepnął pobladły Jonas. – Tadas mówił, że jego sąsiadów wywieźli ciężarówką. Aresztują ludzi. – Nie. Nas nie. – Potrząsnęłam głową. Policja polityczna nie miała tutaj nic do roboty. Podeszłam korytarzem, by przysłuchać się rozmowie, i wyjrzałam zza rogu. Jonas się nie mylił: trzech enkawudzistów w niebieskich czapkach z czerwonym otokiem i złotą gwiazdą otoczyło Mamę. Wysoki oficer trzymał w dłoni nasze paszporty. – Proszę nam dać trochę więcej czasu. Rano będziemy gotowi – odezwała się Mama. – Dwadzieścia minut albo nie dożyjecie rana – odparł oficer. – Proszę ściszyć głos. Mam dzieci – szepnęła Mama. – Dwadzieścia minut – warknął. Rzucił niedopałek na czystą podłogę salonu i przydeptał go butem. Mieliśmy podzielić los tego papierosa.


2 „CZY ZOSTALIŚMY ARESZTOWANI? Gdzie jest Papa?”. Pobiegłam do swojego pokoju. Na parapecie leżał bochenek świeżego chleba, a pod nim gruby plik rubli. W drzwiach stanęła Mama, Jonas trzymał się tuż za nią. – Ale Mamo, dokąd jedziemy? Co zrobiliśmy? – pytałam. – To nieporozumienie. Lino, czy ty mnie w ogóle słuchasz? Musimy się spieszyć i spakować rzeczy przydatne, ale niekoniecznie dla nas cenne. Rozumiesz? Lino! Najważniejsze są ubrania i buty. Postaraj się zmieścić w jednej walizce. – Wyjrzała za okno, zrzuciła chleb i pieniądze na biurko i szarpnięciem zasunęła zasłony. – Przyrzeknijcie mi, że jeśli ktoś będzie chciał nam pomóc, zignorujecie ich. Poradzimy sobie sami. Nie możemy wciągać w to rodziny ani przyjaciół. Rozumiecie? Nawet jeżeli ktoś się do was odezwie, to nie wolno wam odpowiedzieć. – Czy zostaliśmy aresztowani? – spytał Jonas. – Obiecajcie! – Obiecujemy – powiedział Jonas cicho. – Ale gdzie jest Papa? Mama zawahała się i zamrugała. – Dołączy do nas. Mamy dwadzieścia minut. Zbierajcie się. Ale już. Pokój wokół mnie zaczął wirować, głos Mamy huczał mi w głowie. Co się działo? Dopiero hałas z pokoju brata przestawił coś w mojej świadomości. Porwałam walizkę z szafy i otwarłam ją na łóżku. Dokładnie rok temu sowieckie wojska wkroczyły do naszego kraju. W sierpniu Litwa oficjalnie stała się częścią Związku Radzieckiego. Kiedy zaczęłam z tego powodu narzekać przy obiedzie, Papa zrugał mnie i zabronił mówić źle o Sowietach, a potem odesłał do pokoju. Po tym zdarzeniu nic już na głos nie mówiłam, ale dużo myślałam. – Buty, Jonasie! Skarpetki! Płaszcz! – wołała Mama z korytarza. Zdjęłam z półki rodzinną fotografię w złotej ramce i położyłam na dnie pustej walizki. Radosne twarze na zdjęciu patrzyły na mnie, niczego nieświadome. To była Wielkanoc dwa lata temu. Babcia jeszcze żyła. Skoro mieliśmy iść do więzienia, chciałam wziąć ją ze sobą. Ale przecież nie mogli nas aresztować. Nic złego nie zrobiliśmy. Cały dom drżał od trzasków i łomotów. – Lino! – Mama wbiegła do pokoju z naręczem rzeczy. – Pospiesz się! – Gwałtownie otwierała moje szafy i szuflady i gorączkowo wrzucała wszystko do walizki. – Mamo, nie mogę znaleźć szkicownika. Nie widziałaś go? – spytałam w panice. – Nie. Kupimy nowy. Pakuj się. Szybko! Jonas wpadł ubrany jak do szkoły, w mundurek i krawat, z torbą na książki w ręce. Blond włosy zaczesane miał schludnie na bok. – Jestem gotowy, Mamo – rzekł drżącym głosem. – N-nie! – zająknęła się na jego widok. Zachłysnęła się własnym oddechem i powiedziała ciszej: – Nie, skarbie, miałeś wziąć walizkę. Chodź ze mną. – Chwyciła go za rękę i pobiegła do jego pokoju. – Lino, skarpetki i buty. Spiesz się! – Rzuciła w moją stronę letni płaszcz. Włożyłam go. Wzułam sandały, zabrałam dwie książki, wstążki do włosów i szczoteczkę do zębów. Gdzie był mój szkicownik? Złapałam papeterię, piórnik i ruble z biurka i dorzuciłam je do chaotycznej zawartości walizki. Zatrzasnęłam wieko i wybiegłam z pokoju. Za mną zasłona falowała nad leżącym na biurku bochenkiem chleba. Ujrzałam swoje odbicie w drzwiach piekarni i zatrzymałam się. Na podbródku miałam plamkę zielonej farby. Starłam ją i pchnęłam drzwi. Zadźwięczał dzwonek na framudze.


W środku było ciepło i pachniało drożdżami. – Lino, cieszę się, że cię widzę. – Kobieta podbiegła do lady. – Czym mogę służyć? Czy ja ją znam? – Przepraszam, nie przypominam sobie... – Mój mąż jest wykładowcą na uniwersytecie. Pracuje dla twojego ojca – powiedziała. – Widywałam cię na mieście z rodzicami. Przytaknęłam. – Mama prosiła, żebym kupiła chleb. – Oczywiście. – Owinęła pękaty bochenek w brązowy papier i mi podała. Kiedy wyciągnęłam pieniądze, potrząsnęła głową. – Proszę – wyszeptała. – I tak nigdy się wam nie odwdzięczymy. – Nie rozumiem. – Podałam jej monety, ale to zignorowała. Dzwonek zadźwięczał, ktoś wszedł. – Pozdrów rodziców – powiedziała i zajęła się następnym klientem. Wieczorem tamtego dnia zapytałam o to Papę. – To bardzo miłe z jej strony – stwierdził. – Ale nie musiała tego robić. – O co chodziło? – spytałam. – To nieważne. Odrobiłaś lekcje? – Ale musiałeś coś zrobić, żeby zasłużyć na ten chleb – nalegałam. – Na nic nie zasłużyłem. Człowiek powinien postępować tak, jak każe mu sumienie, nie oczekując wdzięczności ani nagrody. Bierz się do zadania domowego.


3 MAMA SPAKOWAŁA JONASOWI równie wielką walizkę, niemal zbyt dużą jak na jego wątłe ciałko. Musiał trzymać uchwyt obiema rękami, a gdy chciał ją podnieść, odchylał się do tyłu. Nie skarżył się jednak ani nie prosił o pomoc. Dom rozbrzmiewał rytmicznym odgłosem rozbijanego szkła i porcelany. Mamę znaleźliśmy w salonie: tłukła o podłogę najlepsze kryształy i porcelanę. Jej twarz lśniła od potu, a złociste loki kołysały się nad oczami. – Mamo, nie! – zawołał Jonas, biegnąc w kierunku odłamków zaścielających parkiet. Odciągnęłam go, zanim ich dotknął. – Mamo, dlaczego niszczysz te piękne rzeczy? Znieruchomiała na chwilę, patrząc na trzymaną w dłoni porcelanową filiżankę. – Bo zbyt je kocham. – Rzuciła filiżankę na podłogę i nie sprawdziwszy rezultatu, sięgnęła po kolejną. Jonas zaczął płakać. – Spokojnie, skarbie. Kupimy ładniejsze. Drzwi otwarły się gwałtowanie i do środka weszło trzech enkawudzistów, trzymając karabiny z bagnetami. – Co tu się stało? – zapytał wysoki oficer, patrząc na pobojowisko. – To był wypadek – odpowiedziała spokojnie Mama. – Zniszczono sowiecką własność! – krzyknął. Jonas przyciągnął do siebie walizkę, jak gdyby bał się, że zaraz i ona stanie się sowiecką własnością. Mama spojrzała w lustro, żeby poprawić włosy i nałożyć kapelusz. Oficer pchnął ją w ramię kolbą. Uderzyła twarzą w taflę. – Burżuazyjne świnie! Zawsze marnujecie czas. Nie potrzebujesz tego kapelusza – zrugał ją. Mama odzyskała równowagę, poprawiła spódnicę i nakrycie głowy. – Pan wybaczy – zwróciła się beznamiętnie do oficera, a potem znów dotknęła włosów i wsunęła na miejsce szpilkę do kapelusza. Pan wybaczy? Czy naprawdę to powiedziała? Ci ludzie wpadli do nas nocą, uderzyli ją, a ona prosi o wybaczenie? Potem sięgnęła po długi szary płaszcz i nagle zrozumiałam: grała z enkawudzistami niczym w karty, nie mając pewności, jakie będzie następne rozdanie. Przypomniałam sobie, jak zaszywała biżuterię, dokumenty, srebro i inne cenne rzeczy pod podszewkę. – Muszę iść do toalety – odezwałam się, chcąc odwrócić ich uwagę od płaszcza. – Masz trzydzieści sekund. Zamknęłam drzwi i spojrzałam na swoją twarz w lustrze. Nie wiedziałam wtedy, jak szybko się zmieni, jak zblaknie. Gdybym wiedziała, wpatrywałabym się w nią, aby zapamiętać każdy szczegół. Następnym razem miałam spojrzeć w prawdziwe lustro za dziesięć lat.


4 LAMPY ULICZNE ZGASZONO, droga była niemal czarna. Enkawudziści szli z tyłu, narzucając tempo. Dostrzegłam panią Raskunas wyglądającą zza zasłony. Kiedy tylko nasze oczy się spotkały, zniknęła. Mama trąciła mnie w ramię, dając znak, bym nie podnosiła głowy. Jonas męczył się z walizką, która obijała mu się o nogi. – Dawaj! – rozkazał oficer. Ciągle ten pośpiech! Weszliśmy na skrzyżowanie, na którym stało coś ciemnego. Była to ciężarówka otoczona przez żołnierzy NKWD. Kiedy się zbliżyliśmy, zobaczyłam, że na bagażach siedzą tam już ludzie. – Pomóż mi wejść – szepnęła pospiesznie Mama, nie chcąc, by oficer dotknął jej płaszcza. Zrobiłam, jak kazała. Żołnierze wepchnęli Jonasa na górę. Padł na twarz, a oni rzucili na niego walizkę. Mnie udało się nie upaść, ale gdy się wyprostowałam, jakaś kobieta spojrzała na mnie i zasłoniła ręką usta. – Lino, skarbie, zapnij płaszcz – poleciła Mama. Spojrzałam po sobie i zobaczyłam, że w pośpiechu, szukając szkicownika, zapomniałam się przebrać i wciąż miałam na sobie koszulę nocną w kwiaty. Na Jonasa patrzyła wysoka żylasta kobieta ze spiczastym nosem. Była to panna Grybas, nauczycielka z naszej szkoły, bardzo surowa. Rozpoznałam też kilkoro innych. Bibliotekarkę, właściciela hotelu i mężczyzn, z którymi Papa czasami rozmawiał. Wszyscy znajdowaliśmy się na liście. Nie miałam pojęcia, co to za lista, wiedziałam jedynie, że na niej byliśmy. Podobnie jak piętnaście innych osób siedzących teraz z nami w ciężarówce. Czarna burta samochodu zatrzasnęła się, łysy mężczyzna przede mną jęknął. – Wszyscy zginiemy – powiedział powoli. – Zginiemy na pewno. – Nonsens – szybko zaprzeczyła Mama. – A jednak – powtórzył. – To koniec. Ciężarówka gwałtownie ruszyła, co sprawiło, że straciliśmy równowagę. Łysy mężczyzna poderwał się, wspiął na krawędź i wyskoczył. Padając na ulicę, zawył z bólu jak zwierzę złapane w pułapkę. Wszyscy krzyknęliśmy. Opony zapiszczały i żołnierze wyskoczyli z szoferki. Uchylili burtę i zobaczyłam, że zbieg wije się na ziemi. Podnieśli go i wrzucili z powrotem na pakę. Jedną nogę miał chyba złamaną. Jonas ukrył twarz w rękawie Mamy. Chwyciłam go za rękę. Cały się trząsł. Do oczu napłynęły mi łzy. Zacisnęłam powieki, a kiedy je otworzyłam, samochód znów ruszył. – Nie! – zawołał mężczyzna, trzymając się za nogę. Zatrzymaliśmy się przed szpitalem. Wszyscy poczuli ulgę, że ktoś zajmie się rannym, ale tak się nie stało. Postój okazał się zaplanowany. Kobieta, która również była na liście, właśnie rodziła. Kiedy tylko pępowina zostanie przecięta, razem z dzieckiem trafi do ciężarówki.


5 MINĘŁY PRAWIE CZTERY GODZINY. Siedzieliśmy w ciemności przed szpitalem, nie mogąc opuścić samochodu. Mijały nas inne pojazdy; w niektórych leżeli ludzie unieruchomieni siatkami. Ulica zaczęła się ożywiać. – Przyjechaliśmy za wcześnie – powiedział jeden z mężczyzn do Mamy. – A już prawie trzecia. Łysy mężczyzna, leżąc na plecach, popatrzył na Jonasa. – Chłopcze, połóż mi dłoń na ustach i ściśnij nos. Nie puszczaj. – Ależ on nic takiego nie zrobi – oburzyła się Mama, przytulając mojego brata. – Ty głupia kobieto. Nie rozumiesz, że to dopiero początek? Teraz mamy szansę umrzeć z godnością. – Eleno – szepnął ktoś z ulicy. Zobaczyłam, że pośród cieni kryje się kuzynka Mamy, Regina. – Jest panu lepiej na plecach? – spytała łysego Mama. – Eleno! – powtórzyła Regina nieco głośniej. – Mamo, ona cię woła – szepnęłam, rzucając spojrzenie na enkawudzistę palącego papierosa z drugiej strony ciężarówki. – Nic podobnego. To wariatka – oznajmiła głośno Mama. – Idź w swoją stronę i zostaw nas! – zawołała. – Ależ Eleno... Mama odwróciła głowę i udała, że jest pogrążona w rozmowie ze mną, całkowicie ignorując kuzynkę. Jakieś zawiniątko spadło na pakę obok łysego mężczyzny, który chwycił je zachłannie. – I pan mówi o godności? – spytała Mama, odbierając mu pakunek i chowając go pod nogami. Zastanawiałam się, co było w środku. Jak Mama mogła nazwać kuzynkę wariatką? Regina podjęła wielkie ryzyko, żeby ją znaleźć. – Jest pani żoną Kostasa Vilkasa, rektora uniwersytetu? – spytał siedzący obok nas mężczyzna w garniturze. Mama kiwnęła głową, splatając palce. Patrzyłam, jak Mama splata palce. W salonie gwar na przemian narastał i cichł. Mężczyźni siedzieli tam już kilka godzin. – Skarbie, zanieś im dzbanek z gorącą kawą – poleciła Mama. Podeszłam pod salon. Nad stołem unosiła się chmura papierosowego dymu, której rozwiać się nie pozwalały zamknięte okna i zaciągnięte zasłony. – Repatriować się, jeśli im się powiedzie – rzekł mój ojciec i urwał, jak tylko zobaczył mnie w drzwiach. – Czy komuś dolać kawy? – spytałam, podnosząc dzbanek. Niektórzy spuścili wzrok, inni kaszlnęli. – Lino, wyrasta z ciebie prawdziwa młoda dama – stwierdził znajomy ojca z uniwersytetu. – Z tego, co słyszę, jesteś bardzo utalentowaną rysowniczką. – W rzeczy samej – potwierdził Papa. – Ma własny, oryginalny styl i jest bardzo mądra – dodał, puszczając oczko. – Czyli wdała się w mamę – zażartował ktoś z obecnych. Wszyscy się roześmiali. – Powiedz mi, Lino – zwrócił się do mnie mężczyzna, który pisywał do gazety. – Co myślisz o tej nowej Litwie? Ojciec zareagował szybko. – To nie jest rozmowa dla młodej dziewczyny.


– To wkrótce będzie rozmowa dla każdego, Kostas, bez względu na wiek – odparł dziennikarz. – Poza tym – dodał z uśmiechem – przecież tego nie wydrukuję. Papa poprawił się na krześle, nie mówiąc nic. – Co myślę o sowieckiej aneksji? – zawahałam się, unikając wzroku ojca. – Myślę, że Józef Stalin to tyran. Powinniśmy wyprzeć jego wojska z Litwy. Nie mogą ot tak sobie przychodzić, brać, co chcą i... – Wystarczy, Lino. Zostaw dzbanek i idź do mamy do kuchni. – Ale to prawda – nie ustępowałam. – Tak nie powinno być. – Dosyć! – uciął ojciec. Wróciłam do kuchni, po drodze jednak zatrzymałam się, by podsłuchać. – Nie podpuszczaj jej, Vladasie. Dziewczyna bywa tak uparta, że aż się boję – mówił Papa. – Mamy czarno na białym, co odziedziczyła po ojcu – odpowiedział dziennikarz. – Prawda? Wychowałeś prawdziwą partyzantkę, Kostasie. Papa milczał. Spotkanie się skończyło i mężczyźni zaczęli pojedynczo wychodzić, niektórzy frontowymi drzwiami, inni kuchennymi. – Z uniwersytetu? – powtórzył łysy, wciąż krzywiąc się z bólu. – Czyli już po nim. Żołądek mi się skurczył, jak gdybym dostała cios w brzuch. Jonas spojrzał na Mamę przerażony. – Ja pracuję w banku i widziałem waszego ojca dziś po południu – powiedział mężczyzna w garniturze, uśmiechając się do mojego brata. Wiedziałam, że kłamie. Mama skinęła mu głową z wdzięcznością. – Czyli spotkałeś go w drodze do grobu – skomentował gburowato łysy. Rzuciłam mu ostre spojrzenie, zastanawiając się, ile trzeba by kleju, żeby zamknąć tę jego gębę. – Kolekcjonuję znaczki. Proszę bardzo – zwykły filatelista, a wiozą mnie na śmierć, bo pisuję za granicę do innych zbieraczy. Pracownik uniwersytetu na pewno jest na górze listy do... – Zamknij się! – krzyknęłam. – Lino! – skarciła mnie Mama. – W tej chwili przeproś. Ten pan bardzo cierpi, nie wie, co mówi. – Wiem bardzo dobrze, co mówię – odparł mężczyzna, patrząc mi w oczy. Drzwi się otwarły i usłyszeliśmy krzyki. Enkawudzista ciągnął po schodach bosą kobietę w zakrwawionej szpitalnej koszuli. – Moje dziecko! Nie róbcie nic mojemu dziecku! – krzyczała. W drzwiach pojawił się kolejny żołnierz z jakimś zawiniątkiem. Lekarz wybiegł za nim, łapiąc go za rękę. – Proszę, nie można zabrać noworodka, nie przeżyje! – wołał. – Proszę! Błagam! Enkawudzista odwrócił się i kopnął go w kolano. Wepchnęli kobietę na ciężarówkę. Mama i panna Grybas zrobiły miejsce, żeby mogła położyć się obok łysego. Mama wzięła dziecko od żołnierza. – Lino, pomóż – powiedziała, podając mi różowe niemowlę. Podniosłam zawiniątko i od razu poczułam, jak ciepło jego ciałka przenika przez mój płaszcz. – O Boże, moje dziecko, proszę! – jęczała kobieta, patrząc na mnie. Noworodek zakwilił i zaczął wywijać piąstkami. Jego walka o życie właśnie się rozpoczęła.


6 MĘŻCZYZNA, KTÓRY PRACOWAŁ W BANKU, podał Mamie swoją marynarkę. Okryła nią ramiona kobiety i odgarnęła jej włosy z twarzy. – Wszystko w porządku, kochana – powiedziała. – Vitas... Zabrali mojego męża Vitasa – westchnęła w odpowiedzi. Spojrzałam na maleńką różową twarzyczkę w zawiniątku. Niemowlę. Żyło na tym świecie dopiero kilka minut, a Sowieci już uznali je za przestępcę. Przytuliłam dziecko i pocałowałam je w czółko. Jonas przylgnął do mnie. Skoro oni potrafili zrobić coś takiego z noworodkiem, to co zrobią z nami? – Jak się nazywasz, kochana? – spytała Mama. – Ona. – Uniosła z trudem głowę. – Gdzie moje dziecko? Mama wzięła ode mnie niemowlę i położyła je na piersi kobiety. – Och, moje maleństwo, moje kochane – jęknęła kobieta, okrywając je pocałunkami. Ciężarówka szarpnęła. Ona spojrzała na Mamę błagalnymi oczami. – Moja noga! – zawołał łysy. – Czy ktoś z państwa zna się na medycynie? – spytała Mama, spoglądając po twarzach. Ludzie potrząsnęli głowami, niektórzy nawet nie podnieśli wzroku. – Spróbuję zrobić łubki – powiedział mężczyzna z banku. – Czy ktoś ma coś prostego, co by się nadało? Proszę, musimy sobie pomagać. – Wszyscy poruszyli się niepewnie, zastanawiając się, co mają w bagażach. – Proszę pana – powiedział Jonas, przechylając się przeze mnie. W dłoni miał szkolną linijkę. Starsza kobieta, którą zaskoczył widok mojej koszuli nocnej, zaczęła płakać. – Tak, bardzo dobrze. Dziękuję – stwierdził bankowiec. – Dziękuję, skarbie. – Mama uśmiechnęła się do Jonasa. – Chcecie unieruchamiać złamaną nogę linijką? Czyście poszaleli? – wycharczał łysy. – Niczym lepszym nie dysponujemy – odparł mężczyzna. – Czy ktoś ma coś, czym można by to przywiązać? – Niech ktoś mnie zastrzeli! – krzyknął łysy. Mama zdjęła z szyi jedwabny szal i podała mężczyźnie z banku. Bibliotekarka także rozwiązała apaszkę, a panna Grybas sięgnęła do torebki. Przez koszulę Ony zaczęła przesączać się krew. Poczułam mdłości. Zamknęłam oczy, starając się pomyśleć o czymś, co mogłoby mnie uspokoić. Wyobraziłam sobie mój szkicownik i poczułam, że ręka mi drży. Przed oczami niczym celuloidowe kadry przesuwały się obrazy. Nasz dom, Mama poprawiająca krawat Papy w kuchni, konwalie, Babcia... Wyraz jej twarzy przyniósł pewne ukojenie. Pomyślałam o fotografii w walizce. „Babciu – błagałam w myślach – pomóż nam”. Dojechaliśmy do małej wiejskiej stacji kolejowej. Wszędzie stały sowieckie ciężarówki pełne ludzi takich jak my. Minęliśmy auto, z którego wychylali się mężczyzna i kobieta. Twarz tej ostatniej była mokra od łez. – Paulino! – wołał mężczyzna. – Jest z wami nasza córka Paulina? – Potrząsnęliśmy tylko głowami. – Dlaczego przywieźli nas na tę stację, a nie na dworzec w Kownie? – pytała starsza kobieta. – Pewnie tutaj łatwiej im połączyć nas z rodzinami. Sama pani wie, jaki tłok panuje na dworcu głównym – wyjaśniła Mama. Ale w jej głosie brakowało pewności. Próbowała sama siebie przekonać. Rozejrzałam


się. Stacja znajdowała się na pustkowiu niedaleko ciemnego lasu. Wyobraziłam sobie, że ktoś podnosi go niczym dywan i zmiata nas pod spód ogromną sowiecką miotłą.


7 – DAWAJ! – WRZASNĄŁ ENKAWUDZISTA, otwierając ciężarówkę. Pod stacją kłębiło się od pojazdów, żołnierzy i ludzi objuczonych bagażami. Hałas rósł z każdą chwilą. Mama położyła nam dłonie na ramionach. – Trzymajcie się blisko mnie. Jeśli trzeba, złapcie się płaszcza. Nie możemy dać się rozdzielić. Jonas od razu chwycił się poły. – Dawaj! – krzyknął żołnierz, szarpiąc jednego z mężczyzn i przewracając go na ziemię. Mama i mężczyzna z banku zaczęli pomagać reszcie. Trzymałam niemowlę, kiedy ściągali Onę. Łysy wił się z bólu, gdy znoszono go z ciężarówki. Bankowiec podszedł do enkawudzisty. – Tu są ludzie, którzy potrzebują pomocy medycznej. Proszę kogoś sprowadzić. – Nalegał, ale został zignorowany. – Lekarza! Pielęgniarki! Potrzebujemy pomocy! – zawołał w kierunku tłumu. Żołnierz chwycił go, wbił mu strzelbę w plecy i zaczął odprowadzać. – Mój bagaż! – wołał bankowiec. Bibliotekarka złapała za walizkę, ale nie zdążyła podbiec, bo mężczyzna zniknął w tłumie. Jakaś Litwinka zatrzymała się i powiedziała, że jest pielęgniarką. Zajęła się Oną i łysym, podczas gdy my staliśmy wokoło na gołej ziemi. Bose stopy Ony były już czarne od brudu. Mijały nas tłumy ludzi o zrozpaczonych twarzach. Zobaczyłam koleżankę ze szkoły. Podniosła rękę, żeby zamachać, ale matka zasłoniła jej oczy. – Dawaj! – warknął enkawudzista. – Nie możemy zostawić tak tych ludzi – nalegała Mama. – Trzeba przynieść nosze. Żołnierz się zaśmiał. – Wy będziecie ich nieść. Tak też się stało. Dwóch mężczyzn z ciężarówki poniosło jęczącego łysego, ja wzięłam niemowlę i walizkę, a Mama pomagała Onie iść. Jonas męczył się z resztą bagażu, a panna Grybas i bibliotekarka pomagały. Dotarliśmy do peronu. Wszędzie panował chaos. Rozdzielano rodziny, dzieci płakały, matki błagały. Dwóch enkawudzistów odciągało jakiegoś mężczyznę. Jego żona nie chciała się poddać i wlekli ją kilka stóp, aż wreszcie odtrącili kopniakiem. Bibliotekarka wzięła ode mnie dziecko. – Mamo, jest tu Papa? – spytał Jonas, wciąż trzymając się płaszcza. Zastanawiałam się nad tym samym. Kiedy i dokąd Sowieci zabrali mojego ojca? Czy wtedy, gdy szedł do pracy? A może jak wyskoczył po gazetę podczas przerwy na obiad? Patrzyłam na ciżbę na peronie. Nie brakowało tu ludzi starszych. Na Litwie otacza się ich szacunkiem, a tymczasem gnano ich jak zwierzęta. – Dawaj! – Enkawudzista złapał Jonasa za ramię i zaczął go odciągać. – Nie! – krzyknęła Mama. Chcieli zabrać Jonasa. Mojego pięknego, kochanego braciszka, który wynosił robaki z domu, zamiast je deptać, który podzielił się linijką, żeby pomóc zgryźliwemu łysemu mężczyźnie. – Mamo! Lino! – wołał, machając rękami. – Przestańcie! – Pobiegłam za nimi. Mama chwyciła żołnierza i zarzuciła go płynną ruszczyzną. Przystanął i słuchał. Ściszyła głos, zaczęła mówić spokojnie. Nie rozumiałam ani słowa. Enkawudzista szarpnięciem przyciągnął do siebie Jonasa. Złapałam brata za drugie ramię.


Jego ciało dygotało od szlochu. Z przodu spodni pojawiła się duża mokra plama. Zwiesił głowę i się rozpłakał. Mama wyjęła z kieszeni plik rubli i pokazała go żołnierzowi. Sięgnął po pieniądze, a potem powiedział coś do niej, robiąc ruch głową. Uniosła rękę, zerwała bursztynowy naszyjnik z szyi i włożyła enkawudziście w dłoń. Nie wyglądał na ukontentowanego. Wciąż mówiąc po rosyjsku, wyciągnęła zegarek kieszonkowy. Poznałam go – należał do jej ojca i na złotej kopercie miał wygrawerowane jego nazwisko. Żołnierz wziął zegarek, puścił Jonasa i zaczął krzyczeć na ludzi stojących obok. Czy zastanawialiście się kiedyś, ile warte jest ludzkie życie? Tego ranka życie mojego brata było warte tyle co kieszonkowy zegarek.


8 – JUŻ W PORZĄDKU, KOCHANIE. Wszystko będzie dobrze – mówiła Mama, przytulając Jonasa i całując go po mokrych policzkach. – Prawda, Lino? Wszystko będzie dobrze. – Prawda – odrzekłam cicho. Jonas, wciąż płacząc, zakrył dłońmi mokrą plamę na spodniach. – Nie przejmuj się tym, skarbie. Zmienimy ci ubranie – powiedziała Mama, zasłaniając upokarzający ślad. – Lino, daj bratu swój płaszcz. Zdjęłam okrycie i podałam jej. – Masz, ponosisz to chwilę. – Mamo, dlaczego on chciał mnie zabrać? – spytał Jonas. – Nie wiem, skarbie, ale jesteśmy już razem. Razem. Staliśmy na peronie pośród chaosu, ja w koszuli nocnej w kwiaty, a mój brat w błękitnym letnim płaszczyku, który sięgał mu do ziemi. Wyglądaliśmy groteskowo, ale nikt na nas nie patrzył. – Pani Vilkas, szybko! – Ten nosowy głos należał do panny Grybas, starej panny uczącej w naszej szkole. Gestem przywołała nas do siebie. – Tutaj jesteśmy! Pospieszcie się, bo rozdzielają ludzi. Mama złapała Jonasa za rękę. – Chodźcie, dzieci. Przeciskaliśmy się przez tłum niczym czółno pokonujące wzburzone wody, nie wiedząc, czy utrzymamy się na powierzchni, czy też pójdziemy na dno. Wzdłuż peronu ciągnęły się czerwone drewniane wagony. Były prymitywne i brudne, jak do przewozu bydła. Tłumy Litwinów cisnęły się z bagażami w ich kierunku. Mama wiodła nas przez ciżbę, pchając i ciągnąc za ramiona. Widziałam białe knykcie dłoni ściskających uchwyty walizek. Ludzie klęczeli, płacząc i wiążąc pękające w szwach torby szpagatem, podczas gdy żołnierze deptali po zawartości. Bogaci rolnicy z rodzinami nieśli wiadra rozlewającego się mleka i koła sera. Mały chłopczyk ściskał kiełbasę tak długą jak jego ciało, ale upuścił ją; natychmiast zniknęła pod nogami tłumu. Jakaś kobieta uderzyła mnie w ramię srebrnym lichtarzem, obok przebiegł mężczyzna z akordeonem. Przypomniałam sobie o wszystkich pięknych przedmiotach leżących w kawałkach na podłodze naszego domu. – Prędko! – wołała panna Grybas, gestykulując energicznie. – To rodzina Vilkasów – rzuciła do oficera z papierami w ręku. – Są w tym wagonie. Mama się zatrzymała i uważnie rozejrzała po zgromadzonych. W jej oczach ujrzałam błaganie. Szukała ojca. – Mamo – szepnął Jonas. – To są wagony dla krów i świń. – Tak, wiem. Szykuje nam się mała przygoda, co? – Podsadziła Jonasa do wagonu. Wtedy usłyszałam ten dźwięk: dziecko płakało, jakiś mężczyzna stękał. – Mamo, nie – powiedziałam. – Nie chcę być z tymi ludźmi. – Przestań, Lino. Potrzebują naszej pomocy. – Niech ktoś inny im pomoże. My też potrzebujemy pomocy. – Mamo – szepnął Jonas przerażony, że pociąg ruszy bez nas. – Wsiadasz? – Tak, skarbie. Wsiadamy. Weźmiesz tę torbę? – Mama odwróciła się do mnie. – Lino, nie mamy wyboru. Postaraj się nie napędzić bratu strachu. Panna Grybas wyciągnęła rękę do Mamy. A co ze mną? Też się bałam. Czy to się nie liczyło? „Papo, gdzie jesteś?”. Rozejrzałam się po peronie, który zmienił się w prawdziwe


pandemonium. Przyszło mi na myśl, żeby biec. Pędzić aż do utraty tchu. Pobiegłabym do uniwersytetu poszukać Papy. Pobiegłabym do domu. Po prostu pobiegłabym. Byle dalej. – Lino. – Mama stanęła przede mną i wzięła mnie pod brodę. – Wiem, tu jest okropnie – szepnęła. – Musimy trzymać się razem. To bardzo ważne. – Pocałowała mnie w czoło i odwróciła twarzą do wnętrza. – Dokąd jedziemy? – spytałam. – Jeszcze nie wiem. – Mamy wejść do tych bydlęcych wagonów? – Tak, ale to nie potrwa długo – odparła.


9 POMIMO OTWARTYCH DRZWI w środku panowała duchota i snuły się wyziewy ludzkich ciał. Ludzie zajmowali każdy skrawek przestrzeni, siedząc na swoich bagażach. Na krańcu wagonu przymocowano duże deski jako półki. Wymizerowana Ona leżała na jednej z nich z płaczącym dzieckiem na piersi. – Au! – Łysy trzepnął mnie w nogę. – Uważaj, dziewczyno! Mało mnie nie stratowałaś... – Gdzie mężczyźni? – spytała Mama pannę Grybas. – Wszystkich zabrali. – Potrzebujemy ich do pomocy przy rannych. – Ale nikogo nie ma. Podzielili nas na grupy. Ciągle dokładają ludzi. Jest tu paru starszych mężczyzn, ale brak im sił – wyjaśniła panna Grybas. Mama rozejrzała się po wagonie. – Połóżmy dzieci na górnych półkach. Lino, przesuń Onę. – Nie gadaj głupstw, kobieto – warknął łysy. – Jeśli to zrobisz, wepchną nam tu jeszcze więcej ludzi. Bibliotekarka była niższa ode mnie i krępa. Miała dość siły, by pomóc przenieść Onę. – Jestem pani Rimas – przedstawiła się Onie. Pani... Więc ona też była zamężna. Gdzie znajdował się jej mąż? Może z Papą. Dziecko zapłakało przeraźliwie. – Chłopiec czy dziewczynka? – spytała pani Rimas. – Dziewczynka – odpowiedziała Ona słabym głosem, przesuwając bose stopy na drewnianej desce. Były pokaleczone i bardzo brudne. – Trzeba ją szybko nakarmić. Rozejrzałam się po wagonie. Czułam się tak, jakby moja głowa nie była połączona z ciałem. W ciasnotę wpychano kolejne osoby, między innymi kobietę z chłopcem w moim wieku. Poczułam, że ktoś ciągnie mnie za ubranie. – Będziesz szła spać? – spytała mała dziewczynka o włosach koloru pereł. – Co? – Masz na sobie koszulę nocną. Będziesz szła spać? – Pokazała mi podniszczoną szmacianą lalkę. – To moja laleczka. Koszula nocna. Ciągle miałam ją na sobie, a Jonas wciąż nosił mój błękitny płaszczyk. Zupełnie o tym zapomniałam. Przepchnęłam się w kierunku Jonasa i Mamy. – Musimy się przebrać – powiedziałam. – Jest za ciasno, żeby otworzyć walizki – odrzekła Mama. – I nie ma gdzie zmienić ubrania. – Proszę – szepnął Jonas, ciasno owijając się moim płaszczykiem. Mama próbowała przecisnąć się w róg wagonu, ale to nie miało sensu. Schyliła się i uniosła wieko mojej walizki. Włożywszy do środka rękę, próbowała coś wyłowić. Zobaczyłam różowy sweter i halkę. Wreszcie wyjęła granatową bawełnianą spódnicę. Potem poszukała spodni dla Jonasa. – Przepraszam panią – zwróciła się do kobiety siedzącej w rogu. – Czy możemy zamienić się miejscami, żeby moje dzieci mogły się przebrać? – To nasze miejsce – oświadczyła kobieta. – Nigdzie się stąd nie ruszamy. Jej dwie córki podniosły na nas wzrok. – Rozumiem, że to pani miejsce. To potrwa tylko chwilę. Po prostu chcę, żeby moje dzieci miały troszkę prywatności.


Kobieta nic nie odpowiedziała, a jedynie skrzyżowała ramiona na piersi. Mama wepchnęła nas w róg, co sprawiło, że prawie przygnietliśmy upartą nieznajomą. – Hej! – zawołała, machając rękami. – O tak, przepraszam. Chodzi tylko o odrobinę prywatności. Mama wzięła mój płaszczyk od Jonasa i rozpostarła go, żeby odgrodzić nas od tłumu. Szybko się przebrałam i użyłam koszuli nocnej, by dodatkowo osłonić brata. – Posikał się – rzuciła jedna z dziewczynek, wskazując go palcem. Skamieniał. – Posikałaś się, dziewczynko? – powiedziałam na głos. – O, biedactwo. Odkąd znaleźliśmy się w wagonie, temperatura w środku stale rosła. Czułam wilgotny odór dolatujący spod pach. Przecisnęliśmy się bliżej drzwi z nadzieją, że złapiemy nieco powietrza. Ułożyliśmy walizki jedna na drugiej, Jonas usiadł na górze, trzymając zawiniątko od kuzynki Reginy. Mama wspinała się na palce, próbując wypatrzyć na peronie Papę. – Proszę – rzekł siwy mężczyzna, kładąc na podłodze skrzyneczkę. – Można na tym stanąć. – To bardzo miło z pana strony – odrzekła Mama. – Jak długo? – Od wczoraj. – Czym się zajmuje? – Jest rektorem uniwersytetu. Nazywa się Kostas Vilkas. – A tak. Vilkas. – Pokiwał głową mężczyzna i popatrzył po nas miłym wzrokiem. – Piękne dzieci. – Tak. Wdały się w ojca – powiedziała Mama. Siedzieliśmy na aksamitnej kanapie. Papa wziął Jonasa na kolana. Mama miała na sobie zieloną jedwabną suknię. Włosy spływały jej lśniącą falą po skroniach. Papa włożył nowy ciemny garnitur. Ja wybrałam kremową sukienkę przepasaną brązową atłasową szarfą oraz wstążkę do włosów w tym samym kolorze. – Cóż za urodziwa rodzina – powiedział fotograf, ustawiając duży aparat. – Kostasie, Lina wygląda jak ty. – Biedactwo – zażartował Papa. – Miejmy nadzieję, że z tego wyrośnie i wda się w mamę. – Tylko to trzyma mnie przy życiu – odparowałam. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Błysnął flesz.


10 POLICZYŁAM LUDZI – w tej klatce na kółkach, czy raczej ruchomej trumnie, upakowano czterdzieści sześć osób. Palcami szkicowałam obrazek w warstwie brudu na podłodze z przodu wagonu, raz za razem zacierając rysunki i zaczynając na nowo. Rozmawiano o możliwym celu podróży. Niektórzy wymieniali kwaterę NKWD, inni Moskwę. Rozglądałam się po otaczających mnie twarzach i dostrzegałam w nich pytania o przyszłość. Widziałam odwagę, gniew, strach i zagubienie. Niektóre pozbawione były wszelkiej nadziei. Ci ludzie już się poddali. Do której grupy należałam ja? Jonas odpędzał muchy od twarzy i włosów, Mama rozmawiała półgłosem z kobietą, która miała syna w moim wieku. – Skąd jesteś? – spytał Jonasa chłopak o falujących kasztanowych włosach i niebieskich oczach. Sprawiał wrażenie lubianego przez wszystkich w szkole. – Z Kowna, a ty? – Z Ńanciai. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu i z zakłopotaniem. – Gdzie twój tata? – wyrzucił wreszcie z siebie Jonas. – W litewskiej armii. – Chłopak zawahał się. – Dawno go nie widziałem. Jego mama wyglądała na żonę oficera. Była wymuskana i nieprzyzwyczajona do brudu. Jonas dalej trajkotał, zanim miałam szansę go powstrzymać. – Nasz ojciec pracuje na uniwersytecie. Jestem Jonas, a to moja siostra Lina. Chłopiec kiwnął mi głową. – Nazywam się Andrius Arvydas. Odwzajemniłam skinienie i odwróciłam wzrok. – Myślisz, że dadzą nam wyjść choć na parę chwil? – pytał Jonas. – Wtedy Papa mógłby nas zobaczyć, jeśli jest na stacji. Teraz nie może nas znaleźć. – NKWD nie pozwoli nam na wiele. Widziałem, jak bili jednego, co chciał uciec. – Nazwali nas świniami – powiedział mój brat. – Nie słuchaj ich. To oni są świnie. Głupie świnie – wtrąciłam. – Ciii... Na twoim miejscu bym tego nie mówił – rzucił Andrius. – A co? Jesteś z policji? Andrius uniósł brwi. – Nie. Po prostu nie chcę, żebyście narobili sobie kłopotów. – Nie narób nam kłopotów, Lino – poprosił Jonas. Obejrzałam się na Mamę. – Oddałam im wszystko. Skłamałam i powiedziałam, że jest upośledzony umysłowo. Nie miałam wyboru – szeptała mama Andriusa. – Inaczej by nas rozdzielili. Teraz nie zostało mi nic, nie mam nawet okruszynki. – Wiem. – Mama wyciągnęła rękę do kobiety. – Z nami zrobili to samo. A mój synek ma dopiero dziesięć lat. Dziecko Ony zaczęło zawodzić. Pani Rimas przecisnęła się do Mamy. – Próbuje je nakarmić, ale coś jest nie tak – oznajmiła. – Mała nie potrafi ssać. Godziny wlokły się jak długie dni. Ludzie jęczeli z gorąca i głodu. Łysy skarżył się na ból, inni próbowali jakoś ogarnąć ograniczoną przestrzeń i bagaże. Musiałam porzucić moje podłogowe sztalugi i przenieść się z malowaniem palcami na ścianę. Andrius wyskoczył na peron, żeby pójść do toalety, ale enkawudzista uderzył go i wepchnął z powrotem do środka. Każdy kulił się, słysząc strzały albo krzyki. Nikt nie śmiał


już opuszczać wagonu. Ktoś odkrył w podłodze dziurę wielkości talerza w rogu zajmowanym przez upartą kobietę i jej córki. Ukrywały ją, bo dolatywało z niej świeże powietrze. Teraz kobietę opadli ludzie i namawiali, by się przesunęła. Kiedy wreszcie udało się ją odciągnąć, wszyscy po kolei używaliśmy dziury jako ubikacji. Niektórzy nie mogli się na to zdobyć. Odgłosy i odór sprawiły, że zrobiło mi się słabo. Jakiś chłopak wystawił głowę z wagonu i zwymiotował. Pani Rimas zebrała dzieci wokół siebie i zaczęła opowiadać. Maluchy przecisnęły się do niej. Nawet córki zrzędliwej kobiety usiadły zahipnotyzowane fantastycznymi opowieściami bibliotekarki. Dziewczynka z lalką oparła się o panią Rimas i zaczęła ssać kciuk. Siedzieliśmy kręgiem na podłodze biblioteki. Któryś z młodszych chłopców leżał na plecach, ssąc kciuk. Bibliotekarka ożywionym głosem czytała książkę z obrazkami. Słuchałam, rysując postacie w notesiku. Naszkicowałam smoka i serce zaczęło mi szybciej bić. Jaszczur ożył. Czułam gorącą falę jego płomienistego oddechu, który rozwiewał mi włosy. Potem narysowałam uciekającą księżniczkę. Jej piękne złote włosy spływały po zboczach góry... – Lino, idziesz? Podniosłam wzrok. Bibliotekarka pochylała się nade mną. Wszystkie dzieci już wyszły. – Wszystko w porządku? Jesteś cała rozpalona. Na pewno dobrze się czujesz? Skinęłam głową i podniosłam notes. – O Boże, Lino! Ty to narysowałaś? – Kobieta sięgnęła po zeszycik. Przytaknęłam z uśmiechem.


11 SŁOŃCE CHYLIŁO SIĘ KU ZACHODOWI. Mama splatała moje przepocone włosy w warkocz. Próbowałam zliczyć, ile godzin spędziliśmy w tym więzieniu, i zastanawiałam się, jak długo to jeszcze potrwa. Ludzie jedli to, co ze sobą zabrali. Większość dzieliła się chętnie. Niektórzy przeciwnie. – Lino, bochenek chleba... – zaczęła Mama. Potrząsnęłam głową. Czy wciąż leżał na moim biurku? – Nie mam go – odparłam. – Nie szkodzi – powiedziała Mama i zaniosła coś do jedzenia Onie, ale usta miała ściągnięte rozczarowaniem. Andrius usiadł z podciągniętymi kolanami, paląc papierosa. Gapił się na mnie. – Ile masz lat? – spytałam. – Siedemnaście. – Ciągle patrzył natarczywie. – Od jak dawna palisz? – A co? Jesteś z policji? – spytał i odwrócił wzrok. Nadeszła noc. W naszej drewnianej skrzyni było ciemno. Mama stwierdziła, iż powinniśmy być wdzięczni, że nie zamknęli drzwi. Nie czułam jednak wdzięczności dla NKWD. Za nic. Co kilka minut słyszałam, jak przechodzą obok. Nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, czy księżyc wzeszedł, a jeśli tak, to jak wygląda. Papa mówił, że naukowcy przypuszczają, jakoby z kosmosu Ziemia wydawała się niebieska. Tej nocy w to uwierzyłam. Chciałam narysować księżyc, niebieski i wezbrany łzami. Gdzie był Papa? Zamknęłam oczy. Coś trąciło mnie w ramię. Otwarłam oczy. We wnętrzu wagonu zrobiło się jaśniej. Nade mną stał Andrius i trącał mnie butem. Przyłożył palec do ust i kiwnął zachęcająco głową. Spojrzałam na Mamę. Spała ciasno owinięta płaszczem. Jonasa nie było. Rozejrzałam się szybko, szukając brata. Andrius znów mnie trącił i gestem kazał iść za sobą. Podniosłam się i między przypominającymi worki ciałami śpiących ruszyłam do drzwi wagonu. Przy wejściu stał Jonas, trzymając się krawędzi. – Andrius mówi, że godzinę temu przyjechał długi pociąg. Podobno są w nim sami mężczyźni – szepnął Jonas. – Może jest tam Papa. – Kto ci to powiedział? – spytałam Andriusa. – Nieważne. – Pokręcił głową. – Poszukajmy naszych ojców. Wyjrzałam z pociągu. Na horyzoncie właśnie pojawiło się słońce. Jeśli Papa był na stacji, to chciałam go znaleźć. – Pójdę i dam wam znać, jeśli coś znajdę – zapowiedziałam. – Gdzie zatrzymał się ten pociąg? – Za nami – rzekł Andrius. – Ale nigdzie nie idziesz. Ja to zrobię. – Jak chcesz znaleźć mojego ojca? Nie wiesz, jak wygląda – rzuciłam ostro. – Zawsze jesteś taka miła? – spytał. – Może oboje pójdziecie – podsunął Jonas. – Sama pójdę. Znajdę Papę i przyprowadzę go tutaj. – To bez sensu. Marnujemy czas. Nie powinienem był cię budzić – powiedział Andrius. Wyjrzałam z wagonu. Strażnik stał trzydzieści metrów dalej odwrócony plecami. Cicho zeskoczyłam na ziemię i schowałam się pod pociągiem. Andrius był szybszy. Nagle usłyszeliśmy jęk: to Jonas skoczył za nami. Andrius złapał go i razem schowaliśmy się za kołem. Enkawudzista zatrzymał się i odwrócił. Położyłam Jonasowi dłoń na ustach. Kuliliśmy się za kołem, bojąc się nawet oddychać.


Żołnierz podjął marsz. Andrius wyjrzał z drugiej strony i zamachał na nas. Popełzłam za nim. Z tyłu naszego wagonu widniały jakieś słowa po rosyjsku. – Złodzieje i prostytutki – wyszeptał Andrius. – Tak tu napisali. Złodzieje i prostytutki. Nasze matki były w tym wagonie wraz z nauczycielką, bibliotekarką, staruszkami oraz noworodkiem. Złodzieje i prostytutki. Jonas spojrzał na napis. Złapałam go za rękę. Cieszyłam się, że nie zna rosyjskiego. Żałowałam, że wyskoczył. Na szynach za nami stał drugi sznur czerwonych wagonów bydlęcych. Drzwi jednak były zaryglowane. Rozejrzeliśmy się, a potem przebiegliśmy pod drugim pociągiem, ominąwszy plamy nieczystości. Andrius zastukał w spód obok dziury w rogu. Pojawił się jakiś cień. – Jak się nazywa wasz ojciec? – spytał Andrius. – Kostas Vilkas – odparłam szybko. – Szukamy Petrasa Arvydasa i Kostasa Vilkasa – szepnął. Głowa zniknęła. Na górze usłyszeliśmy jakiś szelest. Potem głowa znów się pojawiła. – W tym wagonie nie ma nikogo takiego. Uważajcie, dzieci. Zachowujcie się bardzo cicho. Przemykaliśmy od wagonu do wagonu, stukając i omijając fekalia. Za każdym razem, gdy pojawiała się czyjaś głowa, żołądek mi się kurczył. „Proszę, proszę, proszę” – powtarzał Jonas. A potem szliśmy dalej, w uszach mając ostrzeżenia i wiadomości dla bliskich. Dotarliśmy do siódmego wagonu. Głowa zniknęła. W środku było cicho. „Proszę, proszę, proszę”. – Jonas? – Papa! – Staraliśmy się nie podnosić głosu. O podłogę zgrzytnęła zapałka. W dziurze pojawiła się twarz ojca. Cerę miał spopielałą, oko podbite. – Papo, jesteśmy w tamtym wagonie – zaczął Jonas. – Chodź z nami. – Ciii – syknął. – Nie mogę. Nie powinniście tu przychodzić. Gdzie mama? – W wagonie. – Byłam szczęśliwa, a zarazem przerażona widokiem siniaków. – Wszystko w porządku? – Tak – odparł. – A co z wami? Co z mamą? – Dobrze – powiedziałam. – Ona nie wie, że tu jesteśmy – ciągnął Jonas. – Chcieliśmy cię znaleźć. Papo, włamali się nam do domu i... – Wiem. Łączą nasze pociągi. – Gdzie nas zabierają? – Myślę, że na Syberię. Na Syberię? Niemożliwe. Syberia znajdowała się na drugim końcu świata. Nic tam nie było. Usłyszałam głos Papy dochodzący z wnętrza wagonu. Przełożył ramię przez dziurę i podał nam coś zmiętego. – Weźcie tę kurtkę i te skarpetki. Przydadzą się. – Znowu jakieś odgłosy. Papa wręczył nam kolejną kurtkę, dwie koszule i jeszcze więcej skarpetek. A na końcu duży kawał szynki. – Podzielcie się. Zjedzcie – polecił. Zawahałam się, patrząc na szynkę, którą ojciec przełożył przez dziurę pełniącą funkcję toalety. – W tej chwili macie to zjeść – powtórzył. Podzieliłam gruby kawałek na ćwiartki i podałam Jonasowi i Andriusowi. Ostatni schowałam do kieszeni dla Mamy. – Lino, weź to i daj matce. Powiedz, że jeśli będzie trzeba, może ją sprzedać. – W dłoni Papy ujrzałam jego złotą obrączkę. Patrzyłam na nią bez słowa. – Rozumiesz? Powiedz, że to na


wypadek, gdyby potrzebowała pieniędzy. Chciałam mu powiedzieć, że już wymieniliśmy zegarek kieszonkowy na Jonasa. Kiwnęłam głową i włożyłam obrączkę na palec. Czułam, że przez moje gardło nie przeciśnie się nawet kęs szynki. – Proszę pana – zapytał Andrius. – Czy w tym wagonie jest Petras Arvydas? – Przykro mi, chłopcze, nie ma go tutaj. Grozi wam niebezpieczeństwo. Musicie wracać do pociągu. Kiwnęłam głową. – Jonasie? – Tak, Papo. – Jonas spojrzał w dziurę. – Wykazałeś się wielką odwagą, przychodząc tu. Musicie trzymać się razem. Wiem, że potrafisz zaopiekować się siostrą i mamą podczas mojej nieobecności. – Obiecuję, Papo – szepnął Jonas. – Kiedy się zobaczymy? Papa się zawahał. – Nie wiem. Miejmy nadzieję, że wkrótce. Ścisnęłam kłębek ubrań. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach. – Nie płacz. Odwagi, Linko. Możesz mi pomóc. – Podniosłam wzrok. – Rozumiesz? – Ojciec z wahaniem spojrzał na Andriusa. – Możecie pomóc mi was odnaleźć – szepnął. – Poznam, że to ty... tak jak ty poznałaś Muncha. Ale musicie być bardzo ostrożni. – Ale... – zaczęłam niepewnie. – Kocham was oboje. Powiedzcie matce, że ją kocham. I żeby myślała o dębie. Odmawiajcie modlitwy, a ja je usłyszę. Módlcie się za Litwę. Teraz biegnijcie z powrotem. Szybko. W piersiach mnie bolało, oczy piekły. Zaczęłam iść, ale się potknęłam. Andrius podtrzymał mnie. – Dobrze się czujesz? – spytał z zatroskaną twarzą. – Tak – mruknęłam, ocierając oczy i uwalniając się z jego uchwytu. – Poszukajmy twojego taty. – Nie, słyszałaś przecież. Biegnijcie z powrotem. Powiedzcie o wszystkim matce. – Ale co z twoim ojcem? – spytałam. – Popytam jeszcze w paru wagonach. Spotkamy się, jak wrócę. Idź już, Lino. Marnujecie czas. Zawahałam się. – Boisz się wracać sama? – Nie. Nie boję się. – Potrząsnęłam głową. – Ojciec powiedział, że powinniśmy się trzymać razem, ale damy sobie radę we dwoje. – Wzięłam Jonasa za rękę. – Prawda? Jonas potknął się, odwracając głowę za Andriusem.


12 – STAĆ! – KRZYKNĄŁ KTOŚ ROZKAZUJĄCO. Byliśmy już tak blisko, prawie pod naszym wagonem. Zobaczyłam zbliżające się buty enkawudzistów. Zacisnęłam palce wokół kciuka z obrączką. – Dawaj! – krzyknął ktoś. Wypełzłam z Jonasem spod wagonu. – Lino! Jonasie! – zawołała Mama, wychylając się na zewnątrz. Żołnierz wycelował w nią broń, czym dał znać, żeby była cicho. Potem zaczął nas okrążać i zbliżać się za każdym obrotem. Czułam, jak Jonas się do mnie przytula. Zaciskałam pięść, mając nadzieję, że strażnik nie zobaczy obrączki. – Rzeczy nam spadły przez dziurę – skłamałam, pokazując zawiniątko. Mama przełożyła moje słowa na rosyjski. Żołnierz spojrzał na skarpetki na górze pakunku. Złapał Jonasa i zaczął przeszukiwać mu kieszenie. Przypomniałam sobie o szynce w sukience. Jak wyjaśniłabym obecność kawałka wędliny w kieszeni w sytuacji, gdy wszyscy byliśmy tak głodni? Strażnik pchnął nas na ziemię. Pomachał nam przed twarzami karabinem, krzycząc coś po rosyjsku. Przytuliłam się do Jonasa, patrząc w lufę, a potem zamknęłam oczy. „Proszę, nie”. Kopnął żwir u naszych nóg i splunął. – Dawaj! – Wskazał nam wagon. Twarz Mamy przybrała barwę popiołu. Tym razem nie zdołała ukryć strachu. Ręce się jej trzęsły, oddychała szybko. – Mogliście zginąć! – Wszystko w porządku – powiedział Jonas drżącym głosem. – Poszliśmy poszukać Papy. – Gdzie Andrius? Pani Arvydas nachyliła się nad nami. – Poszedł z nami. – Ale gdzie jest? – powtórzyła. – Chciał poszukać ojca – wyjaśniłam. – Ojca? – Wzięła głęboki oddech. – Dlaczego ciągle mi nie wierzy? Tyle razy mu mówiłam, że on... – Odwróciła się i zaczęła płakać. Uzmysłowiłam sobie, że popełniłam wielki błąd. Nie powinnam była zostawiać Andriusa samego. – Znaleźliśmy go, Mamo. Znaleźliśmy Papę – oznajmił Jonas. Wokół nas zaczęli cisnąć się ludzie. Chcieli wiedzieć, ilu mężczyzn jest w pociągu i czy spotkaliśmy ich bliskich. – Powiedział, że chyba jedziemy na Syberię – relacjonował Jonas. – Dał nam trochę szynki. Zjedliśmy we trójkę, ale kawałek zostawiliśmy dla ciebie. Lina, daj Mamie mięso. Sięgnęłam do kieszeni i wręczyłam wędlinę Mamie. Wtedy ujrzała na moim kciuku obrączkę. – Gdybyś potrzebowała pieniędzy – wyjaśniłam. – Powiedział, że możesz sprzedać. – I powiedział jeszcze, żebyś pamiętała o dębie – dodał Jonas. Mama zdjęła mi obrączkę i przycisnęła ją do ust, a potem zaczęła płakać. – Nie płacz – poprosił Jonas. – Dziewczyno! – krzyknął łysy. – Co jeszcze masz do jedzenia? – Lino, daj tę szynkę panu Stalasowi – poleciła Mama, pociągając nosem. – Jest głodny.


Pan Stalas. Czyli łysy mężczyzna nosił jakieś nazwisko. Zbliżyłam się do niego. Wychudzone ramiona miał zielone i fioletowe od siniaków. Podałam mu wędlinę. – To należy do twojej mamy – rzekł. – Co jeszcze masz? – Tylko to mi dał. – Ile było wagonów w tym pociągu? – Nie wiem. Może dwadzieścia. – Powiedział, że jedziemy na Syberię? – Tak. – Chyba miał rację. Płacz Mamy ucichł. Znów podałam Stalasowi mięso. – Należy do twojej mamy – powtórzył. – Dopilnuj, żeby zjadła. Ja i tak nie lubię szynki. Zostawcie mnie samego. – Nie chciał z nami iść – tłumaczył mój brat pani Arvydas. – Kłócili się z Liną i on powiedział, że sprawdzi jeszcze kilka wagonów. – Nie kłóciliśmy się – przerwałam. – Jeśli złapią go i odkryją, że jest synem oficera... – Pani Arvydas ukryła twarz w dłoniach. Siwowłosy mężczyzna potrząsnął głową i zaczął nakręcać zegarek. Czułam się winna. Dlaczego nie zostałam z Andriusem albo nie nalegałam, żeby wrócił z nami? Wyjrzałam z wagonu, mając nadzieję, że go zobaczę. Dwóch Sowietów ciągnęło księdza po peronie. Ręce miał związane, sutannę brudną. Dlaczego księdza? Dlaczego... kogokolwiek z nas?


13 SŁOŃCE WSTAŁO, temperatura w wagonie szybko rosła. Smród moczu i kału zalegał nad nami niczym brudny koc. Andrius nie wrócił, a pani Arvydas płakała tak rozdzierająco, że czułam strach – i mdlące poczucie winy. Do wagonu podszedł strażnik i podał nam dwa wiadra, jedno z wodą, a drugie z jakąś breją. Wszyscy rzucili się do nich. – Czekajcie! – zawołała panna Grybas, jak gdyby wydawała polecenie swojej klasie. – Każdy z nas musi wziąć tylko trochę, żeby starczyło dla wszystkich. Breja przypominała szarą paszę dla zwierząt. Niektóre dzieci nie chciały jeść. Jonas znalazł zawiniątko od Reginy. W środku był kocyk, kiełbasa i ciasto kawowe. Mama podzieliła jedzenie i dała każdemu po kęsie. Dziecko nadal zawodziło. Ona wiła się i jęczała razem z nim. Wciąż nie jadło, a jego twarzyczka przybrała ciemniejszy odcień różu. Mijały godziny. Andrius wciąż nie wracał. Mama usiadła obok mnie. – Jak wyglądał ojciec? – spytała, obejmując mnie ramieniem i gładząc po włosach. – Nie najgorzej – skłamałam i wsparłam głowę o jej ramię. – Dlaczego nas zabierają? Czy naprawdę dlatego, że Papa pracuje na uniwersytecie? To nie ma sensu. Łysy mężczyzna zastękał. – Widzisz, na przykład on – szepnęłam. – Po prostu zbiera znaczki, a jednak go deportują. – On nie jest tylko filatelistą – powiedziała cicho Mama. – To nie ulega wątpliwości. Zbyt dużo wie. – Co wie? Mama westchnęła i potrząsnęła głową. – Skarbie, Stalin ma plan. Kreml zrobi wszystko, żeby go wykonać. Przecież to wiesz. Chce, żeby Litwa była częścią Związku Radzieckiego, więc czasowo nas usuwają. – Ale dlaczego? – spytałam. – Przecież już w zeszłym roku zajęli Litwę. Czy to im nie wystarczy? – Nie chodzi tylko o nas, kochanie. Pewnie to samo robią z Łotwą, Estonią i Finlandią. To skomplikowane sprawy – westchnęła. – Postaraj się odpocząć. Byłam zmęczona, ale nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, czy gdzieś w pociągu jest też moja kuzynka Joana. Może była w pobliżu Papy. Papa powiedział, że mogę mu pomóc, ale jak miałam to zrobić, jeśli naprawdę jechaliśmy na Syberię? Zapadłam w sen, myśląc o Andriusie, starając się zobaczyć jego twarz. Gdy przechodziłam, moje nogi same się zatrzymały. Twarz. W życiu nie widziałam nic bardziej czarującego. Był to szkic węglem przedstawiający młodego człowieka. Kąciki ust miał lekko uniesione, ale pomimo uśmiechu jego oblicze wyrażało taki ból, że do oczu napłynęły mi łzy. Subtelne cienie we włosach zlewały się ze sobą i zarazem wywoływały wrażenie silnego zróżnicowania. Podeszłam bliżej, żeby się przyjrzeć. Nieskazitelne. Jak udało się autorowi osiągnąć tak jednolity odcień, bez śladu zawahania czy odcisku palca? Kto narysował ten portret? Kogo na nim uwiecznił? Spojrzałam na podpis. Munch. – Młoda damo, proszę nie oddalać się od grupy. Ten obraz to część innej wystawy – upomniała mnie przewodniczka. Niektórzy uczniowie wcześniej narzekali. Jak można nie cieszyć się na wycieczkę do muzeum? Ja od miesięcy odliczałam dni.


Buty przewodniczki stukały o płytki podłogi. Moje ciało przemieściło się do przodu, ale głowa wciąż zwrócona była ku rysunkowi i uwiecznionej na nim twarzy. Potarłam palce. Potrzebny był lekki, ale pewny dotyk. Nie mogłam się doczekać, aż sama spróbuję. Usiadłam przy biurku w swoim pokoju. Kiedy przesuwałam węgiel po kartce, czułam delikatną wibrację. Odgłos przyprawił mnie o dreszcz, zagryzłam wargę. Przesunęłam palcem po krawędzi, aby złagodzić ostrą linię. Nie do końca, ale prawie. Przesunęłam końcem palca po warstwie brudu na podłodze i nakreśliłam nazwisko. Munch. Jego prace rozpoznałabym wszędzie. Papa rozpozna moje. To miał na myśli. Znajdzie mnie, jeśli zostawię ślad w postaci rysunków.


14 KIEDY SIĘ PRZEBUDZIŁAM, w wagonie było ciemno. Przepchałam się do przodu i wystawiłam głowę na zewnątrz, żeby zaczerpnąć powietrza. Włosy zsunęły mi się z karku, poczułam na twarzy powiew i odetchnęłam głęboko. Zazgrzytał żwir. Poderwałam głowę, myśląc, że to strażnik, ale nikogo nie było. Znów rozległo się szuranie. Pochyliłam się i zajrzałam pod pociąg. Przy kole ciemniała czyjaś postać. Zmrużyłam oczy, żeby ujrzeć ją wyraźniej w słabym oświetleniu. Zakrwawiona drżąca dłoń wyciągnęła się w moim kierunku. Cofnęłam się i wtedy poznałam. Andrius. Odwróciłam się do Mamy. Oczy miała zamknięte, rękami obejmowała Jonasa. Rozejrzałam się po peronie. Enkawudziści maszerowali dwa wagony dalej, zwróceni do mnie plecami. Dziewczynka z lalką klęczała opodal drzwi. Przyłożyłam palec do ust. Skinęła głową. Opuściłam się na peron. Starałam się zrobić to tak, żeby nie wywołać żadnego dźwięku. Serce mi waliło na wspomnienie strażnika celującego do mnie z karabinu. Podeszłam i się zatrzymałam. Gdzieś dalej przejechała ciężarówka; reflektory na mgnienie spenetrowały przestrzeń pod wagonem. Twarz Andriusa była obita i sina. Oczy miał podpuchnięte, koszulę zakrwawioną, wargi rozbite. Uklękłam przy nim. – Możesz chodzić? – Trochę – odszepnął. Obejrzałam się na strażników. Stali w grupce cztery wagony dalej i palili papierosy. Zastukałam cicho w podłogę obok dziury klozetowej. W otworze pojawiła się twarz zrzędliwej kobiety. Na nasz widok wytrzeszczyła oczy. – Jest tu Andrius. Musimy go zabrać do wagonu. Patrzyła na mnie bez słowa. – Proszę mnie posłuchać – szepnęłam. – Trzeba go wciągnąć. Szybko! Twarz zniknęła. Z wnętrza wagonu dobiegły jakieś odgłosy. Znów obejrzałam się na strażników. Założyłam sobie skrwawione ramię Andriusa na szyję i objęłam go w pasie. Razem podnieśliśmy się i powoli przesunęliśmy ku drzwiom. Siwowłosy mężczyzna wystawił głowę i dał nam znak, byśmy poczekali. Chłopak zwieszał się ciężko na moim ramieniu. Kolana mi miękły, nie wiedziałam, jak długo dam radę go podtrzymywać. – Teraz – powiedział siwowłosy. Mocniej podparłam Andriusa, a mężczyźni zaczęli go wciągać. Obejrzałam się na strażników. Dokładnie w tej chwili odwrócili się i zaczęli iść w moim kierunku. Przerażona rozejrzałam się. Chwyciłam się podwozia wagonu i uniósłszy nogi, zawisłam pod nim. Kroki zbliżyły się i zatrzymały przy kole. Zamknęłam oczy. Strażnicy rozmawiali po rosyjsku. Syknęła zapałka. Blask padł na but strażnika. Rozmawiali cicho. Ręce zaczęły mi drżeć od wysiłku. Szybko! Wisiałam. Dłonie mi się pociły, czułam, że trzymam się coraz słabiej. „Idźcie już!”. W mięśniach buzował mi narastający ogień. Rozmowa trwała. „Proszę!”. Zagryzłam wargi. „Odejdźcie!”. Gdzieś zaszczekał pies, strażnicy powoli ruszyli w tamtym kierunku. Mama i siwowłosy mężczyzna wciągnęli mnie do wagonu. Padłam ciężko na deski, głośno łapiąc powietrze. Dziewczynka z lalką przyłożyła palec do ust i kiwnęła głową. Spojrzałam na Andriusa. Zęby i kąciki warg miał oblepione zakrzepłą krwią, szczękę opuchniętą. Poczułam nienawiść do enkawudzistów i Sowietów. Ziarno nowego uczucia wzeszło w moim sercu. Przyrzekłam sobie, że wyrośnie z niego olbrzymie drzewo, którego korzenie zmiażdżą ich wszystkich.


– Jak oni mogli to zrobić? – spytałam na głos. Rozejrzałam się po wagonie. Nikt się nie odezwał. Jak mieliśmy się obronić, skoro ludzie kulili się ze strachu i nie chcieli nawet mówić? Ja musiałam mówić. Musiałam wszystko zapisać, narysować. Wiedziałam, że pomogę Papie nas znaleźć. Andrius poruszył nogą. Znów spojrzałam na niego. – Dziękuję – wyszeptał.


15 OBUDZIŁAM SIĘ NAGLE. Jonas i Andrius leżeli obok. Drzwi do naszego wagonu zamknięto i zaryglowano. Ludzie zaczęli panikować. Lokomotywy zagwizdały przeraźliwie. – Nie ruszajcie się, chyba że naprawdę musicie – poleciła panna Grybas. – Wokół toalety musi być pusto. – Pani bibliotekarko, opowie nam pani bajkę? – spytała dziewczynka z lalką. – Mamo – jęknął jakiś głosik. – Boję się, włącz światło. – Czy ktoś ma może latarkę? – rozległo się pytanie. – Pewnie. A w kieszeni mam czterodaniowy posiłek – mruknął łysy. – Panie Stalas, każdy stara się, jak może – upomniała go Mama. – Dziewczyno, wyjrzyj przez dziurę – polecił Stalas – i powiedz, co widzisz. Przecisnęłam się do przodu i podciągnęłam się. – Słońce wstaje – oznajmiłam. – Tylko bez poezji – uciął łysy. – Co się tam dzieje? Rozległ się kolejny gwizd lokomotywy, a potem metaliczny szczęk. – Enkawudziści chodzą wzdłuż pociągu z karabinami. Jacyś ludzie w czarnych garniturach przyglądają się wagonom. Poczuliśmy szarpnięcie i pociąg ruszył. – Na peronie wszędzie widać bagaże – ciągnęłam. – I dużo jedzenia. Pasażerowie jęknęli. Dworzec wyglądał posępnie, opuszczony i zimny, noszący znamiona niedawnego chaosu. Tu i ówdzie leżały porzucone buty, laska, otwarta torebka, osierocony pluszowy miś. – Opuszczamy stację – powiedziałam, wyciągając szyję. – Stoją tam ludzie. Jest ksiądz. Modli się. Ktoś trzyma duży krucyfiks. Duchowny podniósł głowę, machnął kropidłem i uczynił znak krzyża za oddalającym się pociągiem. Udzielał ostatniego namaszczenia.


16 RELACJONOWAŁAM WSZYSTKO, co widziałam na zewnątrz. Opisywałam Niemen, kościoły, budynki, ulice, nawet drzewa. Ludzie płakali. Litwa nigdy nie wyglądała piękniej. Kwiaty jaskrawiły się kolorami pośród czerwcowego pejzażu, przez który jechały nasze wagony z napisem „złodzieje i prostytutki”. Po dwóch godzinach pociąg zaczął zwalniać. – Zajeżdżamy na stację – obwieściłam. – Jakie to miasto? – spytał łysy. Czekałam, aż pociąg zbliży się do tablicy. – Wilno. Jesteśmy w Wilnie – powiedziałam cicho. Wilno, stolica Litwy. Uczyliśmy się o niej w szkole. Sześćset lat temu wielki książę Giedymin miał sen. Przyśnił mu się żelazny wilk stojący na wzgórzu. Spytał o to kapłana, a ten powiedział, że symbolizuje on ogromne i wspaniałe miasto pełne możliwości. – Lino, pozwolisz na słówko? Reszta uczniów wychodziła z sali. Podeszłam do biurka nauczycielki. Położyła dłonie na stole. – Wygląda na to, że wolisz towarzystwo koleżanek niż naukę. – Otwarła teczkę. Serce podeszło mi do gardła. W środku były liściki, które pisałam do dziewczyn w klasie, oraz towarzyszące im szkice. Na wierzchu znajdował się rysunek nagiego mężczyzny w stylu greckim i portret przystojnego nauczyciela historii. – Znalazłam to w koszu. Rozmawiałam już z twoimi rodzicami. Dłonie mi zwilgotniały. – Chciałam tylko przerysować obrazek z książki w bibliotece... Uciszyła mnie gestem. – Mimo wszystko przyznaję, że masz talent. Twoje portrety... – zawahała się, patrząc na rysunek – przykuwają uwagę. Ujawniają głębię emocji niezwykłą w twoim wieku. – Dziękuję – westchnęłam. – Twój talent przewyższa to, co możemy osiągnąć tutaj. Jest jednak pewien letni program. W Wilnie. – W Wilnie? – powtórzyłam. Do stolicy było kilka godzin drogi. – Właśnie tak. W przyszłym roku, kiedy skończysz szesnaście lat, możesz się zgłosić. Jeśli zostaniesz przyjęta, to będziesz studiować z najbardziej utalentowanymi grafikami w północnej Europie. Interesuje cię to? Próbowałam opanować podniecenie na tyle, by odpowiedzieć. – Tak, pani Pranas. Bardzo. – W takim razie zarekomenduję cię. Musisz napisać podanie i załączyć przykładowe rysunki. – Podała mi teczkę. – Wyślemy je do Wilna jak najszybciej. – Dziękuję! Uśmiechnęła się i odchyliła w krześle. – Masz talent. I wielką przyszłość przed sobą. Ktoś odkrył, że za bagażami na tylnej ścianie znajduje się luźna deska. Jonas przecisnął się tam i przekręcił ją. – Co tam widzisz? – Jakiś mężczyzna kryje się za drzewami – przekazał Jonas. – Partyzanci – stwierdził łysy. – Starają się nam pomóc. Daj mu znak. Jonas wystawił rękę między deskami i próbował pomachać.


– Idzie – syknął po chwili. – Cicho. – Odczepiają wagony z mężczyznami – rozległ się głos nieznajomego. – Dzielą pociąg na pół. – Ruszył z powrotem między drzewa. Z daleka dobiegły nas odgłosy strzałów. – Dokąd zabierają mężczyzn? – spytałam. – Może na Syberię – podsunęła pani Rimas. – A nas gdzie indziej. Wolałabym jechać na Syberię, jeśli to tam zabierali Papę. Rozległy się metaliczne szczęki i zgrzyty. Rozdzielano wagony. Ale słychać było też coś innego. – Słuchajcie – powiedziałam. – To mężczyźni. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Oni śpiewali ile sił w płucach. Dołączył do nich Andrius, potem mój brat i siwowłosy mężczyzna. Wreszcie także łysy otworzył usta. Wszyscy śpiewali hymn narodowy. Litwo, ojczyzno nasza, ty jesteś ziemią bohaterów... Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy.


17 W GŁOSACH MĘŻCZYZN z innych wagonów słychać było dumę i pewność siebie. Ojcowie, bracia, synowie, mężowie. Dokąd jechali? A gdzie zmierzaliśmy my, w tych wagonach pełnych kobiet, dzieci, ludzi starszych i chorych? Wytarłam łzy chusteczką i podałam ją innym, którzy też jej potrzebowali. Gdy wróciła do mnie, przyjrzałam się jej uważnie. Przecież w przeciwieństwie do papieru chusteczka mogła przechodzić z rąk do rąk i nie ulegać zniszczeniu! Mogłam narysować na niej coś dla Papy. Kiedy obmyślałam plan, kobiety poświęcały uwagę niemowlęciu, które nie ssało piersi. Pani Rimas zachęcała Onę, żeby się nie poddawała. – Wytrzymaj, kochana. – Co się dzieje? – spytała Mama w ciemności wagonu. Odpowiedziała pani Rimas. – Ona jest odwodniona, ma zatkane kanaliki. Dziecko nie może ssać. Pomimo starań pani Rimas nic nie pomagało. Jechaliśmy dzień po dniu, czasami zatrzymywaliśmy się na pustkowiu. Enkawudziści pilnowali, żeby nikt nas nie zobaczył i żebyśmy nie mieli dokąd uciec. Nie mogliśmy się doczekać codziennych postojów. Tylko wtedy otwierano drzwi i wpuszczano do środka światło oraz świeże powietrze. – Jedna osoba! Dwa wiadra. Są jakieś trupy? – pytali strażnicy. Uzgodniliśmy, że będziemy się wymieniać. W ten sposób każdy miał szansę wysiąść z wagonu. Dziś przyszła kolej na mnie. Marzyłam o błękitnym niebie i dotyku słońca na twarzy. Ale zaczęło padać. Wszyscy tłoczyliśmy się przy dziurze w ścianie, wystawiając kubki i różne pojemniki, żeby nałapać deszczówki. Zamknęłam parasol i strząsnęłam krople na chodnik. Mężczyzna w garniturze wyszedł z restauracji i uchylił się, aby uniknąć roztrzepywanej przeze mnie wody. – Och, przepraszam pana! – Nic się nie stało – powiedział, kiwając głową i dotykając palcami ronda kapelusza. Z lokalu doleciał zapach pieczonych ziemniaków i przyprawionego mięsa. Słońce rozsiało po betonie złoty poblask i ogrzało mój kark. Cudownie – to znaczy, że dzisiejszy koncert w parku nie zostanie odwołany. Mama planowała spakować kosz z jedzeniem na piknik przy świetle księżyca. Podskoczyłam, kiedy w kałuży u moich stóp zobaczyłam twarz. Potem roześmiałam się z własnej pomyłki i uśmiechnęłam do swojego odbicia. Brzegi kałuży połyskiwały w słońcu i tworzyły wokół mojej twarzy piękną ramę. Żałowałam, że nie mogę zrobić zdjęcia, by potem ją narysować. Nagle za odbiciem mojej głowy pojawił się na wodzie delikatny cień. Odwróciłam się. Zza chmur wyłoniła się pastelowa tęcza. Pociąg zwolnił. – Szybko, Lino. Masz wiadra? – pytała Mama. – Tak. – Zbliżyłam się do drzwi. Kiedy stanęliśmy, czekałam na sygnał. Rozległy się kroki i metaliczny szczęk. Drzwi otwarły się hałaśliwie. – Jedna osoba! Dwa wiadra. Są jakieś trupy? – spytał enkawudzista. Potrząsnęłam głową. Rozpierała mnie ochota, by wyjść na zewnątrz. Strażnik odsunął się, a ja wyskoczyłam. Zesztywniałe nogi zawiodły i wpadłam w błoto. – W porządku, Lino? – spytała Mama. – Dawaj! – wrzasnął strażnik i dorzucił rosyjskie przekleństwa, a potem na mnie splunął.


Wstałam i się rozejrzałam. Niebo było szare, deszcz padał miarowo. Usłyszałam krzyk i zobaczyłam padające w błoto bezwładne ciało dziecka. Kobieta próbowała za nim wyskoczyć, ale uderzono ją w twarz kolbą. Potem zauważyłam następne wyrzucane zwłoki. Śmierć zaczęła zbierać żniwo. – Nie trać czasu, Lino! – zawołał za mną siwowłosy mężczyzna. – Pospiesz się z tymi wiadrami. Poczułam się tak, jak gdybym majaczyła w gorączce. Głowę miałam lekką, krok niepewny. Kiwnęłam i rzuciłam okiem na nasz wagon. Wystające z niego głowy odwzajemniły moje spojrzenie. Ich oblicza były brudne. Andrius palił papierosa, patrząc w inną stronę. Twarz miał posiniaczoną. Spod wagonu wypływała strużka moczu. Dziecko Ony głośno płakało. Zobaczyłam zielone pole. „Chodź tutaj – wołało do mnie. – Biegnij”. Pomyślałam, że może tak właśnie powinnam zrobić. „Zrób to”. – Co się z nią dzieje? – dobiegło ze środka. „Biegnij, Lino”. Wiadra wypadły mi z rąk. Zobaczyłam, jak Andrius, kulejąc, odchodzi z nimi. Ja stałam bez ruchu, patrząc na pole. – Lino, chodź tu, skarbie! – zawołała Mama. Zamknęłam oczy. Na policzkach i włosach czułam deszcz. Zobaczyłam twarz Papy spoglądającego w świetle zapałki z dziury w podłodze wagonu. „Poznam, że to ty... tak jak ty poznałaś Muncha”. – Dawaj! Enkawudzista zawisł nade mną. W jego oddechu czuć było alkohol. Złapał mnie za rękę i pchnął w kierunku pociągu. Andrius wrócił z wiadrami wody i szarej brei, jak dla zwierząt. – Mam nadzieję, że podobał ci się prysznic – powiedział. – Dziewczyno, co ty tam widziałaś? – dopytywał łysy. – Widziałam... Widziałam, jak enkawudziści rzucają ciała zmarłych w błoto. Dwoje dzieci. Ludzie jęknęli. Drzwi wagonu zamknęły się głośno. – Ile miały lat? – spytał cicho Jonas. – Nie wiem. Widziałam je z daleka. Mama czesała moje mokre włosy w ciemności. – Chciałam uciec – szepnęłam do niej. – Rozumiem. – Naprawdę? – Chęć ucieczki jest całkowicie zrozumiała. Ale tak jak powiedział twój ojciec, musimy trzymać się razem. To bardzo ważne. – Jak oni mogą tak po prostu traktować nas jak zwierzęta? Nawet nas nie znają. – Ale my siebie znamy – odparła Mama. – Oni nie mają racji i nie wolno ci dać im się pokonać, rozumiesz? Kiwnęłam głową, ale wiedziałam, że niektórzy już to zrobili. Kulili się przed strażnikami, a w ich twarzach nie było żadnej nadziei. Chciałam ich narysować. – Kiedy obejrzałam się na nasz wagon, wszyscy wyglądali na chorych – powiedziałam. – Nie. Nie jesteśmy chorzy. Wkrótce będziemy w domu. Kiedy reszta świata dowie się, co Sowieci wyprawiają, położy temu kres.


Skąd ta pewność?


18 NIE BYLIŚMY CHORZY, ale inni tak. Każdego dnia, kiedy pociąg się zatrzymywał, wychylaliśmy się z wagonu i liczyliśmy wyrzucane ciała. Było ich coraz więcej. Zauważyłam, że Jonas zapisuje liczbę zmarłych dzieci, robiąc znaczki kamieniem na podłodze. Patrzyłam na jego kreski i wyobrażałam sobie, że dorysowuję nad każdą małą głowę: włosy, oczy, nos i usta. Ludzie twierdzili, że zdążamy na południe. Ten, kto w danej chwili czatował przy okienku, informował o mijanych znakach orientacyjnych. Stopy zdrętwiały mi od wibracji podłogi, głowa puchła od smrodu, a całe ciało strasznie swędziało. W moich włosach, za uszami i pod pachami buszowały wszy. Minęliśmy już Wilno, Mińsk, Orszę i Smoleńsk. Notowałam mijane miasta atramentem na chusteczce. Codziennie, kiedy przez drzwi wpadało do środka światło, dodawałam kolejne szczegóły i informacje, które Papa mógłby rozpoznać: daty naszych urodzin, rysunek vilkas – wilka. Zapisywałam to tylko pośrodku, naokoło znajdował się krąg dłoni stykających się palcami. Pod rękami umieściłam słowa „przekaż dalej” i narysowałam litewską monetę. Kiedy chusteczka była złożona, tekst stawał się niewidoczny. – Rysujesz sobie? – wyszeptał siwowłosy mężczyzna, nakręcając zegarek. Podskoczyłam. – Nie chciałem cię przestraszyć. Nikomu nie powiem. – Muszę przekazać informację ojcu – odrzekłam cicho. – Żeby pomóc mu nas odnaleźć. Pomyślałam, że mogę puścić tę chusteczkę w obieg i on w końcu ją dostanie. – Bardzo sprytnie. W czasie tej podróży siwowłosy mężczyzna był dla nas bardzo miły. Czy mogłam mu zaufać? – Muszę przekazać ją komuś, kto rozumie, jak jest ważna, i przekaże ją dalej. – Mogę ci w tym pomóc. Jechaliśmy już osiem dni, aż wreszcie wagon zaczął hamować. Jonas stał wtedy przy okienku. – Widać jakiś pociąg. Zbliżamy się do pociągu, który jedzie w drugą stronę. Zatrzymał się. Wlekliśmy się, tracąc prędkość niczym ranne zwierzę krew. – Stajemy obok. Tam są mężczyźni. W ich wagonach okna są otwarte – relacjonował Jonas. – Mężczyźni? – powtórzyła Mama. Szybko przecisnęła się do okna i zaczęła krzyczeć coś po rosyjsku. Odpowiedzieli. Jej głos nabrał energii i zaczęła mówić szybko, między pytaniami głośno wciągając powietrze. – Kobieto, na miłość boską! – rzucił łysy. – Przestań trajkotać i powiedz, co się dzieje. Kto to jest? – To żołnierze – wyjaśniła entuzjastycznie Mama. – Jadą na front. Między Niemcami i Związkiem Radzieckim jest wojna. Niemcy weszli na teren Litwy. Słyszycie mnie? Na Litwie są Niemcy! Morale w wagonie wyraźnie wzrosło. Andrius i Jonas pokrzykiwali z radości, panna Grybas zaczęła śpiewać Zabierz mnie do Ojczyzny. Ludzie obejmowali się i wiwatowali. Tylko Ona nie świętowała. Jej dziecko nie żyło.


19 POCIĄG Z ROSYJSKIMI żołnierzami odjechał. Drzwi otwarły się i Jonas wyskoczył z wiadrami. Spojrzałam na Onę. Przyciskała nieżywe niemowlę do piersi. – Nie – powiedziała przez zaciśnięte zęby, kiwając się do tyłu i do przodu. – Nie. Nie. Mama zbliżyła się do niej. – Moja kochana, tak mi przykro. – Nie! – krzyknęła Ona, ściskając dziecko. Poczułam pod powiekami palące łzy. – Czemu płaczesz? – rzucił zgryźliwie łysy. – Wiedziałaś, że to się stanie. Co ono miało jeść? Wszy? Wszyscy jesteście idiotami. Tak jest lepiej. Kiedy umrę, powinniście mnie zjeść, skoro tak bardzo chcecie żyć. Gadał i gadał, zgorzkniały i przykry. Słyszałam tylko ton jego głosu, bo znaczenie słów gdzieś mi umknęło. Czułam w piersiach łomot krwi. – Niech cię szlag! – wrzasnął nagle Andrius i doskoczył do łysego. – Jeśli się nie zamkniesz, dziadu, to wyrwę ci język! Zrobię to, a wtedy jeszcze zatęsknisz za Sowietami! Nikt nic nie powiedział, nie starał się powstrzymać Andriusa. Nawet Mama. Poczułam ulgę, jak gdybym sama to z siebie wyrzuciła. – Nic cię nie obchodzi poza samym sobą – ciągnął Andrius. – Kiedy Niemcy wykopią Sowietów z Litwy, zostawimy cię tu na torach, żeby nie musieć się już z tobą męczyć. – Nic nie rozumiesz, chłopcze. Hitler nie rozwiąże problemu, a tylko przyniesie następne – odparł łysy i mruknął. – Te przeklęte listy... – Nikt nie chce cię słuchać, rozumiesz? – Kochana – powiedziała Mama do Ony. – Podaj mi dziecko. – Nie oddawaj go im – błagała Ona. – Proszę. – Nie damy go strażnikom. Przyrzekam. – Mama po raz ostatni zbadała niemowlę, szukając pulsu albo oddechu. – Owiniemy je w coś pięknego. Ona zaszlochała. Przesunęłam się do otwartych drzwi, żeby zaczerpnąć powietrza. Jonas wrócił z wiadrami. – Dlaczego płaczesz? – spytał, drapiąc się na górę. Potrząsnęłam głową. – Co się stało? – nalegał. – Dziecko nie żyje – wyjaśnił Andrius. – Nasze dziecko? – spytał cicho Jonas. Andrius kiwnął głową. Jonas odstawił wiadra. Popatrzył na Mamę trzymającą zawiniątko, a potem na mnie. Ukląkł, wyciągnął z kieszeni kamyk i postawił na deskach kolejną kreskę. Przez kilka chwil nie robił nic, a potem zaczął nagle uderzać kamieniem o kreski z coraz większą siłą. Robił to tak mocno, że bałam się, iż złamie sobie rękę. Chciałam podejść, ale Andrius mnie powstrzymał. – Pozwól mu – powiedział. Spojrzałam na niego niepewnie. – Lepiej, żeby się przyzwyczaił – wyjaśnił. Do czego? Do niekontrolowanego gniewu? A może do smutku tak głębokiego, jak gdyby sama istota człowieka została wydrążona i podana mu z powrotem w brudnym wiadrze? Spojrzałam na Andriusa. Jego twarz wciąż nosiła ślady pobicia. Odwzajemnił spojrzenie. – A ty się przyzwyczaiłeś? – spytałam. Zacisnął szczęki. Wyciągnął niedopałek z kieszeni i zapalił.


– Tak – mruknął, wydmuchując dym. – Przyzwyczaiłem się. Ludzie rozmawiali o wojnie i o ratunku, jaki mogą przynieść Niemcy. Łysy mężczyzna się nie odzywał. Zastanawiałam się, czy miał rację, ostrzegając nas przed Hitlerem. Czy naprawdę sierp Stalina wymienialiśmy na coś jeszcze gorszego? Nikt nie podzielał tego zdania. Szkoda, że nie mogłam zapytać Papy, on zawsze wiedział takie rzeczy, ale nigdy o nich ze mną nie rozmawiał. Z Mamą przeciwnie. Czasem w nocy słyszałam szepty z ich sypialni. Wiedziałam, że dyskutują o Sowietach. Myślałam o Papie. Czy wiedział o wojnie? Czy wiedział, że mamy wszy? Czy wiedział, że jedziemy w jednym wagonie z nieżywym dzieckiem? Czy wiedział, jak bardzo za nim tęsknię? Zacisnęłam palce na chusteczce, myśląc o jego uśmiechu. – Miałeś się nie ruszać – skarciłam Papę. – Zaswędziało mnie – powiedział z uśmiechem. – Nic podobnego. Po prostu chcesz mi utrudnić – zażartowałam. Próbowałam uchwycić błękit jego oczu. – Wystawiam cię na próbę. Prawdziwi artyści muszą umieć zatrzymać chwilę. – Jeśli będziesz się ruszał, to oczy wyjdą krzywo – ostrzegłam, cieniując jego policzek ołówkiem. – I tak są krzywe – stwierdził, robiąc zeza. Roześmiałam się. – Co tam u twojej kuzynki Joany? – spytał. – Ostatnio nie wiem. Wysłałam jej rysunek tamtego domu w Nidzie, który podobał jej się zeszłego lata. Nawet mi nie odpisała. Mama mówi, że dostała list, ale jest zajęta studiami. – To prawda. W końcu chce zostać lekarzem. Rzeczywiście. Joana często mówiła o medycynie i wymarzonej pracy pediatry. Nieraz przerywała mi rysowanie, żeby opowiedzieć o ścięgnach, palcach albo stawach. Wystarczyło, że kichnęłam, a już wymieniała całą listę chorób zakaźnych, które w pół dnia mogły mnie zabić. Zeszłego lata, kiedy byliśmy na wakacjach w Nidzie, poznała chłopaka. Co wieczór opowiadała mi o swoich randkach. Jako siedemnastolatka była mądra i doświadczona – miała także książkę do anatomii, która mnie fascynowała. – Proszę – powiedziałam, kończąc rysunek. – Co myślisz? – Co to jest? – spytał ojciec, wskazując papier. – Mój podpis. – Twój podpis? To jakieś gryzmoły. Nikt nie pozna, że to twoje nazwisko. Wzruszyłam ramionami. – Ty poznasz.


20 PODRÓŻOWALIŚMY DALEJ na południe i przekroczyliśmy Ural. Panna Grybas wyjaśniła, że Ural to granica między Europą a Azją. A więc wjechaliśmy do Azji, na inny kontynent. Ludzie mówili, że naszym celem jest południowa Syberia, a może nawet Chiny albo Mongolia. Przez trzy dni próbowaliśmy pozbyć się dziecka Ony, ale zawsze kiedy drzwi były otwarte, strażnik stał zbyt blisko. Odór ciała rozkładającego się w gorącym wagonie stał się nie do zniesienia. Zbierało mi się na wymioty. Ona zdecydowała się wreszcie zrzucić niemowlę przez dziurę na nieczystości. Klęczała nad otworem, łkając i przyciskając do piersi zawiniątko. – Na miłość boską – jęknął łysy mężczyzna. – Pozbądź się tego wreszcie. Tu się nie da oddychać. – Proszę się uciszyć! – krzyknęła Mama. – Nie potrafię – wyjęczała Ona. – Pociąg ją rozjedzie. Mama ruszyła w jej kierunku, ale zanim zdążyła podejść, panna Grybas wyrwała Onie zawiniątko i wrzuciła do dziury. Wciągnęłam głośno powietrze. Pani Rimas krzyknęła. – Już – powiedziała panna Grybas. – Po wszystkim. Zawsze łatwiej, kiedy człowiek nie jest zaangażowany. – Wytarła dłonie o sukienkę i poprawiła kok. Ona rzuciła się Mamie w ramiona. Jonas trzymał się Andriusa, niemal każdą chwilę spędzając u jego boku. Cały czas sprawiał wrażenie rozzłoszczonego – jego zwykle słodkie usposobienie gdzieś zniknęło. Andrius nauczył go kilku potocznych rosyjskich słów, których używali enkawudziści. Bardzo mnie to zirytowało. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała poznać podstawy rosyjskiego, ale na samą myśl wzbierała we mnie nienawiść. Pewnej nocy zobaczyłam, że twarz Jonasa rozświetla żar papierosa. Kiedy powiedziałam o tym Mamie, odparła, żebym zostawiła go w spokoju. – Lino, co wieczór dziękuję Bogu, że Jonas ma Andriusa. I ty także powinnaś. Mój żołądek sam się zżerał. Skurcze głodowe wracały regularnie. Chociaż Mama starała się, żebyśmy nie stracili rachuby czasu, to jednak ja wypadłam z rytmu i czasem zasypiałam w ciągu dnia. Powieki mi się kleiły, gdy wtem obudził mnie gwar. – Jak mogliście? Czyście oszaleli? – Wysoki kobiecy głos wprawiał wagon w drżenie. Usiadłam, mrugając oczami, żeby dojrzeć, co się dzieje. To panna Grybas pochylała się nad Jonasem i Andriusem. Przecisnęłam się w ich kierunku. – I to jeszcze Dickensa! Jak śmiecie? Zachowujecie się jak zwierzęta, za które nas mają. – Co tu się dzieje? – Twój brat i Andrius palą! – zawołała. – Moja Mama o tym wie – powiedziałam. – Książki! – krzyknęła, podtykając mi okładkę pod nos. – Skończyły nam się papierosy – wyznał cicho Jonas. – Ale Andrius miał tytoń. – Panno Grybas – włączyła się Mama. – Ja się tym zajmę. – Sowieci nas aresztowali, bo jesteśmy ludźmi wykształconymi. Palenie skrętów z książek jest po prostu... Co wam strzeliło do głowy? – dopytywała się panna Grybas. – Skąd ją wzięliście? Dickens. W walizce miałam Klub Pickwicka, świąteczny prezent od Babci. – Jonasie! Wziąłeś moją książkę? Jak mogłeś!


– Lino... – zaczęła Mama. – To ja ją zabrałem – wyznał Andrius. – To moja wina. – Owszem, to twoja wina. – rzuciła panna Grybas. – Psujesz tego młodego chłopca. Powinieneś się wstydzić. Pani Arvydas spała na drugim końcu wagonu zupełnie nieświadoma tego, co się dzieje. – Ty idioto! – krzyknęłam na Andriusa. – Kupię ci nową – obiecał. – Nie. Nie kupisz. To był prezent. Jonas, tę książkę dostałam od Babci. – Bardzo mi przykro – powiedział Jonas, spuszczając głowę. – I słusznie! – krzyknęłam. – Lino, to był mój pomysł – rzekł Andrius. – On jest niewinny. Machnęłam na niego ręką. Dlaczego chłopcy zawsze muszą być takimi kretynami?


21 TYGODNIE. SAMA NIE WIEDZIAŁAM JUŻ, jak długo podróżujemy. Przestałam patrzeć, czy z wagonów wyrzucają ciała. Po każdym postoju przy torach zostawały trupy. Co pomyślą ludzie, którzy je znajdą? Czy je pogrzebią, czy też uznają, że to naprawdę ciała złodziei i prostytutek? Czułam się, jakbym jechała na wahadle. Kiedy sięgałam dna bez nadziei, cofało się, przynosząc błysk dobra. Na przykład pewnego dnia, kiedy minęliśmy Omsk, zatrzymaliśmy się przy wiejskim sklepiku. Mama przekupiła strażnika, żeby wypuścił ją z wagonu. Kiedy wróciła w pośpiechu, fałdę spódnicy miała wypełnioną i ciężką. Uklękła i wysypała na podłogę cukierki, toffi, lizaki, lukrecję, całe góry galaretek i inne smakołyki, które rozsypały się barwną tęczą. Wesołe kolory były wszędzie – różowy, żółty, zielony, czerwony... Wystarczyło dla każdego. Dzieci piszczały z radości i podskakiwały. Wgryzłam się w galaretki. W ustach eksplodował mi cytrynowy smak. Roześmiałam się, a Jonas ze mną. Dorośli dostali papierosy, zapałki i wafle w gorzkiej czekoladzie. – Nie było chleba ani nic pożywnego – wyjaśniła Mama, rozdzielając skarby. – Nie mieli też gazet. Dzieci z radością łapały Mamę za nogi i jej dziękowały. – Ty głupia kobieto. Czemu tracisz na nas pieniądze? – spytał łysy. – Bo jesteście głodni i zmęczeni – odpowiedziała Mama, podając mu papierosa. – I wiem, że zrobilibyście to samo dla moich dzieci, gdyby kiedykolwiek tego potrzebowały. Mężczyzna prychnął i odwrócił wzrok. Dwa dni później, idąc z wiadrami, Andrius znalazł owalny kamień pełen kwarcu i innych minerałów. Ludzie podawali go sobie z rąk do rąk, głośno się zachwycając. Pani Arvydas z uśmiechem położyła go na dłoni, jak gdyby był to lśniący klejnot. – Jestem kolejową księżniczką. Nie wiedzieliście? – spytała. Roześmialiśmy się. Na twarzach ludzi pojawił się uśmiech. Prawie ich nie poznawałam. Spojrzałam na Andriusa. Rozpromienił się, wyglądał inaczej. Kiedy się uśmiechał, stawał się przystojny.


22 PO SZEŚCIU TYGODNIACH jazdy pociąg zatrzymał się, jednak drzwi nie otworzono. Łysy mężczyzna śledził naszą trasę dzięki tabliczkom dworcowym. Powiadamiali o nich stojący przy ściennej dziurze wartownicy. Na tej podstawie zgadywał, że znajdujemy się gdzieś w rejonie Ałtaju, nieco na północ od Chin. Próbowałam dojrzeć coś przez szpary w deskach wagonu, ale na zewnątrz było ciemno. Waliliśmy w drzwi. Nikt nie przychodził. Nie jedliśmy od trzech dni. Pomyślałam o bochenku chleba, który zostawiłam na parapecie, ciepłym i pękatym, prosto z pieca. Gdybym tylko mogła dostać kawałek... Chociaż jeden mały kęs... Z głodu paliło mnie w żołądku i pulsowało mi w głowie. Marzyłam o rysowaniu na prawdziwym papierze i tęskniłam za światłem, przy którym mogłabym szkicować. Od bliskości ludzi robiło mi się niedobrze. Czułam na sobie nieświeże oddechy, w plecy nieustannie wbijały mi się łokcie i kolana. Czasami ogarniała mnie chęć, by odepchnąć ich od siebie, ale na nic by się to nie zdało. Byliśmy jak zapałki w pudełku. Nadszedł późny ranek i usłyszeliśmy szczęk. Strażnicy otworzyli drzwi i oznajmili nam, że będziemy wychodzić. Nareszcie. W dziennym świetle moje ciało zaczęło drżeć. Na chusteczce napisałam: „Ałtaj”. – Lino, Jonasie, chodźcie tu i uczeszcie się – poleciła Mama. Wygładziła nasze ubrania – daremny trud – i pomogła mi zapleść włosy. To sprawiło, że głowa zaswędziała mnie jeszcze bardziej. – Pamiętajcie, musimy trzymać się razem. Nie oddalajcie się nigdzie. Rozumiecie? Przytaknęliśmy. Mama przez cały czas nie wypuszczała płaszcza z ręki. – Gdzie jesteśmy? – spytał Jonas. – Dostaniemy wodę? – Jeszcze nie wiem – odparła, poprawiając sobie włosy. Potem wyciągnęła szminkę i słabą dłonią nałożyła rozmiękłą pomadkę na usta. Jonas się uśmiechnął. Mrugnęła do niego. Enkawudziści trzymali karabiny z bagnetami w pogotowiu. Słońce odbijało się w ostrzach. W ułamku sekundy mogli nas nimi przebić. Panna Grybas i pani Rimas najpierw pomogły wysiąść dzieciom, potem przyszła kolej na nas. Andrius i siwowłosy mężczyzna wspólnie wynieśli z wagonu łysego. Pociąg nie zatrzymał się na stacji. Znaleźliśmy się w szerokiej i głębokiej dolinie otoczonej lesistymi wzgórzami. W oddali dojrzałam góry. Nigdy nie widziałam tak błękitnego, tak pięknego nieba. Musiałam osłonić oczy przed rażącym słońcem. Zrobiłam głęboki wdech i poczułam, jak rześkie, czyste powietrze wypełnia moje zanieczyszczone płuca. Enkawudziści kazali deportowanym siadać w grupach na trawie, kilka metrów od torów. Dano nam dwa wiadra z breją i wodą. Dzieci od razu rzuciły się jeść i pić. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam innych pasażerów. Były ich tysiące. Czy my wyglądaliśmy równie żałośnie? W dolinę wylały się tłumy Litwinów z poobijanymi walizkami i pękatymi torbami. Wszyscy brudni i szarzy, jak gdyby całymi latami żyli w rynsztoku. Poruszali się w zwolnionym tempie, niektórym brakowało sił, by nieść swoje rzeczy. Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, inni mieli ten sam problem. Wielu własny ciężar przygniatał do ziemi. – Zanim usiądziemy, musimy się trochę porozciągać, skarbie – powiedziała Mama. – Na pewno przez te ostatnie tygodnie mięśnie nam zanikły. Jonas się przeciągnął. Wyglądał jak wynędzniały uliczny żebrak. Złote włosy przykleiły mu się do głowy potarganymi kępkami, wargi miał suche i spękane. Spojrzał na mnie i wytrzeszczył oczy. Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak wyglądam. Cudownie było usiąść na trawie, w porównaniu z podłogą wagonu miękkiej niczym materac wypełniony pierzem. Wciąż


jednak czułam, jakby moim słaniającym się ciałem trząsł pociąg. Spojrzałam na ludzi z naszego wagonu, a oni na mnie. W świetle dnia mogliśmy się przyjrzeć nieznajomym, z którymi przez sześć tygodni dzieliliśmy ruchomą ciemnicę. Ona była zaledwie kilka lat starsza ode mnie. Kiedy znalazła się w ciężarówce przed szpitalem, panowała zupełna ciemność. Pani Arvydas okazała się bardziej atrakcyjna niż jej cień. Miała bardzo zgrabną figurę, gładkie kasztanowe włosy i pełne usta. Pani Rimas była niewysoką kobietą o grubych kostkach, w wieku Mamy. Wszyscy próbowali porozmawiać z innymi grupami, szukać swoich bliskich i ukochanych. Mężczyzna, który nastawiał zegarek, zbliżył się do mnie. – Czy mógłbym pożyczyć chusteczkę? – zapytał. Przytaknęłam i szybko podałam mu chusteczkę, którą uprzednio starannie złożyłam, by ukryć pismo. – Dziękuję – powiedział, wycierając nos. Odwrócił się i odszedł w kierunku tłumu. Zobaczyłam, jak witając się z jakimś człowiekiem, którego najwyraźniej rozpoznał, ściska mu dłoń i przekazuje chusteczkę. Ten przytknął ją kilka razy do czoła, a następnie włożył do kieszeni. „Przekaż ją dalej” – pomyślałam, wyobrażając sobie, jak chusteczka wędruje z ręki do ręki, aż wreszcie dociera do Papy. – Eleno, spójrz – rzekła pani Rimas. – Tam są konne wozy. Mama wstała i spojrzała nad głowami siedzących ludzi. – Z enkawudzistami rozmawiają jacyś ludzie. Idą tu. Andrius przeczesał palcami falujące włosy. Wciąż się rozglądał i obserwował strażników, choć głowę miał spuszczoną. Musiał być zdenerwowany. Twarz mu się zagoiła, ale cerę miał zżółkłą i ziemistą – pozostałość po siniakach. Czy rozpoznają go i odciągną? A może zabiją go tu, na naszych oczach? Przysunęłam się i starałam się tak ustawić, by go zasłonić. Ale był wyższy, szerszy w ramionach. Spojrzałam na ostrza bagnetów i poczułam w brzuchu ukłucie strachu. Ona zaczęła głośno płakać. – Ucisz się – rozkazał łysy mężczyzna. – Zwrócisz na nas uwagę. – Proszę, niech pani przestanie – powiedział Andrius, rzucając spojrzenia w kierunku strażników. Ludzi siedzących przy czole pociągu zagoniono do dwóch wozów. Odjechali. Patrzyłam, jak enkawudziści i nowo przybyli chodzą od grupy do grupy. Mężczyźni wyglądali dziwnie, na pewno nie byli Litwinami ani Rosjanami. Mieli ciemniejszą skórę i czarne włosy, roztaczali aurę nieładu i prymitywizmu. Zatrzymali się nieopodal i zaczęli rozmowę z enkawudzistami. – Eleno, co oni mówią? – spytała pani Rimas. Mama nie odpowiedziała. – Eleno? – Oni... – urwała. – Co? – dopytywała pani Rimas. – Oni nas sprzedają – wyszeptała.


23 PATRZYŁAM NA MĘŻCZYZN chodzących między grupami i sprawdzających towar. Kazali ludziom wstawać, obracać się i pokazywać dłonie. – Mamo, dlaczego nas sprzedają? – spytał Jonas. – Gdzie nas zabiorą? – Eleno! – Pani Arvydas zwróciła się do Mamy. – Musisz im powiedzieć, że Andrius jest niedorozwinięty. Proszę. Jeśli tego nie zrobisz, rozdzielą nas. Andrius, spuść głowę. – Sprzedają nas grupami – zrelacjonowała Mama. Rozejrzałam się po naszej gromadzie. Większość stanowiły kobiety i dzieci, było tylko dwóch starszych mężczyzn. Ale mieliśmy Andriusa. Pomimo ran wyglądał na silnego i zdrowego. – Chcemy, żeby nas kupili? – spytał Jonas. Nikt nie odpowiedział. Strażnik zbliżył się z jednym z mężczyzn. Stanęli przed nami. Wszyscy oprócz mnie pospuszczali głowy. Nie mogłam się powstrzymać. Wpatrywałam się w strażnika, który sprawiał wrażenie wypoczętego, zadbanego i najedzonego. Kątem oka dojrzałam, jak Mama kaszle, zasłaniając się dłonią, i dyskretnie próbuje zetrzeć szminkę. Smagły mężczyzna wskazał na nią i powiedział coś do strażnika. Ten pokręcił głową i zatoczył ręką koło wokół całej grupy. Kupiec znów wskazał na Mamę, a potem wykonał nieprzyzwoity gest. Strażnik roześmiał się i zaczął coś mamrotać. Mężczyzna rozejrzał się i wskazał na Andriusa. Enkawudzista podszedł do niego i wywrzeszczał rozkaz. Andrius ani drgnął. Serce podeszło mi do gardła. – On jest opóźniony. Zostawcie go – powiedziała pani Arvydas. – Elena, wytłumacz im. Mama rzuciła po rosyjsku tylko jedno słowo. Strażnik chwycił chłopaka za włosy, by przyjrzeć się jego twarzy. Andrius patrzył tępo. Ona uderzyła w płacz i zaczęła kiwać się w tył i w przód. Pan Stalas jęknął i coś mruknął. Przybysz machnął ręką ze wstrętem i odszedł. Część grup sprzedano, załadowano na wozy i wywieziono w kierunku wzgórz. My kończyliśmy resztkę brei i wody, zastanawiając się, czy chcemy być kupieni. Ktoś wspomniał o ucieczce. Dyskutowaliśmy o tym krótko, do chwili gdy rozległ się huk wystrzału, a potem krzyki z przodu pociągu. Dziewczynka z lalką zaczęła płakać. – Eleno – odezwała się pani Rimas. – Zapytaj któregoś strażnika, dokąd zabierają tych ludzi. Mama próbowała porozmawiać ze enkawudzistą, ale ten ją zignorował. W tamtej chwili nie obchodziło mnie, co się stanie. Trawa pachniała jak świeży szczypiorek, a słońce dodawało mi sił. Wstałam i przeciągnęłam się. Dzieci się rozproszyły, ale strażnicy nie zwracali na to większej uwagi. Sprawdzali wagony, co jakiś czas wykrzykując, że jesteśmy brudnymi świniami, które nie uszanowały pociągu. Lokomotywa syknęła, szykując się do odjazdu. – Wracają po innych – powiedział Andrius. – Tak myślisz? – spytał Jonas. – Tak. Nie przestaną, póki nie pozbędą się nas wszystkich.


24 MINĘŁO KILKA GODZIN i słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Zostały tylko dwie grupy. Zrzędliwa kobieta chodziła gniewnie wokół i krzyczała na nas. Mówiła, że przez Mamę myślą, że nasza grupa jest słaba, i teraz pewnie wszystkich nas zastrzelą. – A niech zastrzelą – wtrącił łysy mężczyzna. – Tak będzie lepiej. Gwarantuję. – Przecież chcieli z nas zrobić niewolników – powiedziała pani Arvydas. – Trochę pracy nikomu nie zaszkodzi – warknęła zrzędliwa kobieta. – Pewnie potrzebują nas do robót fizycznych, i tyle. To dlatego wzięli najpierw tamtych, bo większość z was wygląda na słabych. Ja wychowałam się w gospodarstwie. Nie boję się pobrudzić sobie rąk. – W takim razie może pani iść i wykopać nam coś do jedzenia – odparł Andrius. – Proszę zostawić nasze matki w spokoju. Jonas i ja leżeliśmy na trawie, usiłując trochę rozruszać zastane mięśnie. Andrius dołączył do nas, podłożył sobie dłonie pod głowę i wpatrzył się w niebo. – Czoło robi ci się czerwone – powiedziałam. – To akurat mój najmniejszy problem. Muszę mieć oko na strażników. Może jak złapiemy trochę koloru, kupią nas i zaciągną do sowieckiej niewoli, jak chce ta wiedźma. Jonas przewrócił się na plecy, naśladując Andriusa. – Bylebyśmy byli razem. Papa mówił, że to ważne. – Ja muszę zostać z mamą. Nie mam wyjścia. I tak dziwię się, że wytrzymała to wszystko – rzekł Andrius, spoglądając w jej stronę. Pani Arvydas odganiała muchy jedwabną chusteczką, tracąc przy tym równowagę. – Nie jest zbyt twarda. – Masz jakieś rodzeństwo? – spytał Jonas. – Nie. – odparł. – Mama źle znosiła ciążę, a ojciec powiedział, że skoro ma syna, to nie musi mieć więcej dzieci. – Nasz Papa obiecał, że kiedyś dadzą nam jeszcze jednego brata albo siostrę. Ja wolałbym chyba brata – stwierdził Jonas. – Jak myślisz, co robią nasi znajomi na Litwie? Myślisz, że zastanawiają się, co się z nami stało? – Nawet jeśli tak, to za bardzo się boją, żeby o to pytać. – Dlaczego? I czemu nas odesłali? – pytał dalej Jonas. – Bo byliśmy na liście – odpowiedziałam. – No ale dlaczego się na niej znaleźliśmy? – Bo Papa pracuje na uniwersytecie. – Przecież pani Raskunas też pracuje na uniwersytecie, a jej nie zabrali – zauważył Jonas. Miał rację. Pani Raskunas zerkała zza zasłony, kiedy wywlekano nas z domu w środku nocy. Widziałam ją. Dlaczego nie aresztowali jej rodziny? Dlaczego chowała się, zamiast próbować zapobiec naszej deportacji? Papa nigdy by tak nie postąpił. – Potrafię zrozumieć, dlaczego ten łysy jest na liście – mruknęłam. – Okropny człowiek. – Strasznie spieszy mu się do śmierci, nie? – zauważył Andrius wpatrując się w niebo. – Wiecie co? – zaczął Jonas. – Jak tak patrzę w niebo, to jakbym leżał na trawie w domu, na Litwie. Zabrzmiało to jak coś, co mogłaby powiedzieć Mama, dorzucając nieco barw do czarno-białej ilustracji. – Patrzcie – mówił dalej. – Ta chmura wygląda jak armata. – Wyceluj ją w Sowietów – rzuciłam, przesuwając palcami po źdźbłach trawy. – Zasługują na to.


Andrius odwrócił głowę w moją stronę. Poczułam się niezręcznie pod jego przeciągłym spojrzeniem. – Co? – spytałam wreszcie. – Nie boisz się wyrażać swojego zdania. – To samo mówił Papa. Widzisz, Lino, lepiej uważaj – stwierdził Jonas. Drzwi do mojego pokoju się otwarły. – Lino, chciałbym z tobą pomówić w salonie – oznajmił Papa. – O czym? – spytałam. – W salonie. Natychmiast! – Jego nozdrza się rozszerzyły. Wyszedł z pokoju. – Mamo, o co chodzi? – Słyszałaś, co powiedział ojciec, Lino. Idź do salonu. Wyszłyśmy na korytarz. – Jonasie, kładź się spać – poleciła Mama, nawet nie patrząc w stronę pokoju mojego brata. Obejrzałam się. Jonas zerkał zza drzwi z szeroko otwartymi oczami. Papa był wściekły, i to wściekły na mnie. Co ja takiego zrobiłam? Weszłam do salonu. – Czy to na to marnujesz swój talent? – Podsunął mi pod oczy kawałek papieru. – Ależ Papo, to był żart – wyjaśniłam. – To ty tak uważasz. A jeśli Kreml nie weźmie tego za żart? Na miłość boską, podobieństwo jest uderzające! – Upuścił rysunek na moje kolana. Spojrzałam na szkic. Miał rację. Nawet w kostiumie klauna widać było, że to Stalin. Narysowałam go, jak stoi w naszej jadalni, a Papa i jego przyjaciele siedzą przy stole i rzucają w niego samolocikami z papieru. Mężczyźni się śmiali. Stalin miał smutną twarz klauna, samoloty trafiały w jego głowę. Udało mi się też narysować wierną podobiznę Papy i doktora Seltzera. Chociaż podbródek dziennikarza pozostawiał jeszcze trochę do życzenia. – Masz tego więcej? – spytał, wyrywając mi papier. – To tylko żart – powtórzyłam cicho. W korytarzu stanął Jonas w piżamie. – Proszę, Papo, nie bądź zły. – Ty też brałeś w tym udział?! – ryknął ojciec. – Och, Jonasie – westchnęła Mama. – On nie miał z tym nic wspólnego. Sama to narysowałam. Pokazałam mu to, bo myślałam, że to śmieszne. – Komu jeszcze to pokazałaś? – Nikomu. Narysowałam to dopiero dziś po południu – odpowiedziałam. – Lino – włączyła się Mama. – To poważna sprawa. Gdyby ten rysunek wpadł w ręce Sowietów, mogliby cię aresztować. – Ale jak, skoro go wyrzuciłam? – broniłam się. – A gdyby ktoś znalazł go w śmieciach, tak jak my? Podmuch wiatru mógłby go przywiać Stalinowi pod nogi – mówił Papa. – Narysowałaś własnego ojca i jego przyjaciół, jak naśmiewają się z przywódcy Związku Radzieckiego. Masz tego więcej? – spytał. – Nie. Tylko ten jeden. Papa podarł rysunek i wrzucił go w ogień. Andrius wciąż na mnie patrzył. – Tego chcesz? – spytał wreszcie. – Wysadzić Sowietów? Odwróciłam się, by na niego spojrzeć. – Chcę tylko wrócić do domu. I zobaczyć Papę – powiedziałam. Pokiwał głową.


25 NADSZEDŁ WIECZÓR. Przy torach zostały już tylko dwie grupy. Większość enkawudzistów odjechała wcześniej pociągiem. Zostało pięciu uzbrojonych żołnierzy i dwie ciężarówki. Prawie siedemdziesięcioro pięcioro Litwinów i zaledwie pięciu Sowietów, jednak nikt z nas nie ośmielił się ruszyć. Myślę, że większość była po prostu zbyt zmęczona i słaba. Trawa stała się upragnionym łóżkiem, przestrzeń luksusem. Zapisywałam w pamięci szczegóły okolicy, żeby narysować ją dla Papy. Enkawudziści rozpalili ognisko i przygotowali sobie na ogniu kolację, a my siedzieliśmy i patrzyliśmy. Mieli amerykańską żywność w puszkach, chleb i kawę. Gdy zjedli, pili wódkę i palili, a ich głosy stopniowo przybierały na sile. – O czym mówią? – spytałam Mamę. – Opowiadają o swoich domach, skąd są, o przyjaciołach i rodzinach. Nie uwierzyłam jej. Wsłuchałam się w rosyjskie słowa. Ton ich głosów i rechotliwy śmiech nie brzmiały jak rozmowy o najbliższych. Ona znów zaczęła. Zawodziła bez końca: „Nie, nie, nie, nie”. Jeden z enkawudzistów wstał i krzyknął, wymachując ręką w naszym kierunku. – Lepiej spróbuję ją uspokoić – stwierdziła Mama, wstając. – Zanim strażnicy się rozzłoszczą. Jonas już spał. Przykryłam go moim błękitnym płaszczem i odgarnęłam mu włosy z czoła. Łysy mężczyzna chrapał, siwowłosy nakręcał zegarek. Andrius siedział na skraju grupy z jedną nogą podciągniętą pod brodę i obserwował strażników. Miał mocno zarysowany profil i kanciastą szczękę. Kosmyk potarganych włosów opadał mu idealnie na twarz. Potrzebowałabym miękkiego ołówka, by ją narysować. Zauważył, że mu się przyglądam. Odwróciłam się szybko. – Hej – szepnął. Podniosłam wzrok. Coś potoczyło się po trawie i uderzyło mnie w nogę. Był to ten sam błyszczący kamień, który znalazł, gdy wyskoczył z pociągu. – Klejnot koronny od kolejowej księżniczki – szepnęłam z uśmiechem. Przytaknął i się roześmiał. Podniosłam kamień, by mu go oddać, ale pokręcił głową. – Nie, zatrzymaj go. Obudziliśmy się o świcie. Kilka godzin później nadjechał wóz, wybrano i odwieziono grupę ludzi. Wtedy strażnicy załadowali nas do dwóch ciężarówek i przetransportowali doliną za przełęcz, gdzie zaczynała się droga. Nikt się nie odzywał. Byliśmy zbyt przerażeni, by rozważać, co nas czeka. W ciężarówce zdałam sobie sprawę, że próba ucieczki byłaby szaleństwem. Wokół w odległości wielu kilometrów nie było niczego. Nie zobaczyliśmy nikogo, nie minęliśmy innego pojazdu. Pomyślałam o mężczyźnie, który wziął moją chusteczkę. Miałam nadzieję, że przekazał ją komuś, że była już w drodze do Papy. Po dwóch godzinach jazdy ujrzeliśmy chaty rozrzucone po obu stronach drogi. Wjechaliśmy w obszar, który wydawał się zamieszkany. Ciężarówka zatrzymała się przed drewnianym budynkiem. Strażnicy wyskoczyli z szoferki, wykrzykując „Dawaj! Dawaj!” i inne polecenia. – Mówią, że mamy zostawić bagaże w ciężarówce – powiedziała Mama, mocno ściskając płaszcz przewieszony przez rękę. – Zanim wysiądę, chcę wiedzieć, dokąd nas zabierają – oświadczyła pani Arvydas. Mama spróbowała uzyskać odpowiedź od strażników. Odwróciła się i uśmiechnęła.


– To łaźnia. Wyskoczyliśmy z samochodu. Mama włożyła płaszcz do walizki. Strażnicy podzielili mężczyzn i kobiety na dwie grupy. – Chłopcy, ponieście mnie – rzucił łysy do Andriusa i Jonasa. – Musicie mnie wykąpać. Jonas wyglądał na przerażonego, a Andrius na pełnego obrzydzenia. Uśmiechnęłam się, co chyba jeszcze bardziej go zdenerwowało. Mężczyźni poszli pierwsi. Strażnicy przyzwali ich na werandę, zaczęli popychać i krzyczeć im prosto w twarz. Jonas spojrzał wyczekująco na Mamę. – Rozbierz się, skarbie – przetłumaczyła. – Teraz? Tutaj? – spytał, patrząc na kobiety i dziewczęta. – My się wszystkie odwrócimy, prawda, moje panie? – uspokoiła go Mama. Stanęłyśmy plecami do ganku. – Nie pora na skromność – powiedział pan Stalas. – Zostały z nas same kości. Chłopcze, ściągnij mi spodnie. Au! Moja noga! Uważaj! Słyszałam, jak łysy skarży się, a Jonas przeprasza. Sprzączka paska uderzyła o drewniany ganek. Zastanawiałam się, czy to Andriusa. Strażnicy znów zaczęli coś krzyczeć. – Musicie zostawić tam ubrania. Będą je odwszawiać – przetłumaczyła Mama. Poczułam dziwny zapach. Nie potrafiłam stwierdzić, czy dochodził z grupy kobiet, czy też z łaźni. Usłyszeliśmy krzyki pana Stalasa dochodzące z budynku. Mama odwróciła się i splotła dłonie. – Mój słodki Jonas – szepnęła.


26 CZEKAŁYŚMY. – Co się tam dzieje? – spytałam. Mama pokręciła głową. Trzech enkawudzistów stało na ganku. Jeden z nich wywrzeszczał kolejny rozkaz. – Będziemy wchodzić po dziesięć – powiedziała Mama. – Mamy tam iść i się rozebrać. Byłyśmy w pierwszej grupie razem z panią Arvydas, zrzędliwą kobietą i jej córkami. Mama pomogła Onie wejść na ganek. Rozpięłam guziki w sukience i ściągnęłam ją przez głowę, po czym rozpuściłam włosy i zdjęłam sandały. Mama stała w bieliźnie, pomagając Onie. Strażnicy gapili się na nas. Zawahałam się. – W porządku, kochanie – uspokajała mnie Mama. – Pomyśl, jak cudownie będzie znów poczuć się czysto. Ona zaczęła pojękiwać. Młody strażnik o jasnych włosach zapalił papierosa, odwrócił się i spojrzał w kierunku ciężarówki. Drugi enkawudzista wciąż się gapił, szczerząc zęby i przygryzając dolną wargę. Zdjęłam stanik i majtki i czekałam, zakrywając się rękami. Pani Arvydas stała tuż przy mnie, jej szczupłe ramiona nie zdołały ukryć obfitych piersi. Strażnik ze złotym zębem, który był chyba komendantem, szedł po ganku, przyglądając się dokładnie każdej kobiecie. Zatrzymał się przy pani Arvydas. Nie podniosła głowy. Obrócił wykałaczkę na języku i uniósł brew. Miałam wrażenie, że gwałci ją wzrokiem. Sapnęłam z obrzydzeniem. Mama skarciła mnie ruchem głowy. Strażnik chwycił moje ramiona i opuścił mi je wzdłuż ciała. Zmierzył mnie oczami z góry na dół i wyszczerzył zęby, a potem wyciągnął ręce i zaczął obmacywać mi piersi. Czułam, jak drapią mnie jego grube paznokcie. Nigdy wcześniej nie byłam naga w obecności mężczyzny. Dotyk chropawej dłoni na ciele napełniał mnie obrzydzeniem. Czułam się jeszcze bardziej brudna niż w rzeczywistości. Spróbowałam skrzyżować ramiona. Mama wykrzyczała coś po rosyjsku i pociągnęła mnie za Onę. Uda i pośladki Ony pokryte były skorupą zaschniętej krwi. Strażnik zaczął krzyczeć na Mamę. Zdjęła bieliznę i otoczyła mnie ramieniem. Wprowadzili nas do łaźni.


27 ENKAWUDZISTA STAŁ nieopodal. Zanurzał łopatę w wiadrze i sypał na nas jakimś białym proszkiem. Z natrysków poleciała lodowata woda. – Musimy się spieszyć – powiedziała Mama. – Nie wiemy, ile dadzą nam czasu. Złapała kawałek mydła i zaczęła szorować moją głowę i twarz, zapominając o własnym ciele. Patrzyłam na brązowe strugi brudu spływające mi po nogach i kostkach do odpływu. Chciałam spłynąć razem z nim, byle dalej od strażników i upokorzenia. – Myj się, Lino, szybko – rzuciła do mnie i odwróciła się, by pomóc Onie. Trzęsąc się pod strumieniem wody, szorowałam się jak najdokładniej, mając nadzieję, że strażnicy nie będą czekali na nas za ścianą. Umyłam Mamie plecy i zabrałam się do jej włosów. Pani Arvydas stała pod strumieniem wody z rękoma wzniesionymi z wdziękiem nad głową, najwyraźniej nieświadoma sytuacji, jak gdyby kąpała się sama, we własnym domu. Nagle wodę zakręcono. Za ścianą czekały nasze ubrania. Pospiesznie włożyłam sukienkę przez głowę i poczułam uderzenie na udzie. Kamień od Andriusa. Włożywszy rękę do kieszeni, szukałam palcami gładkiej powierzchni. Mama przeczesała palcami moje włosy. Spojrzałam na jej mokrą twarz. Woda skapywała z jej jasnych loków na ramiona. – Chcę wracać do domu – wyszeptałam, trzęsąc się. – Proszę. Upuściła ubranie i przytuliła mnie do siebie, długo i mocno. – Wrócimy. Nie przestawaj myśleć o ojcu i domu. To musi żyć w naszych sercach. – Zwolniła uścisk i spojrzała na mnie. – Jeśli tak zrobimy, wrócimy. Mężczyźni czekali już w pierwszej ciężarówce. Gdy wychodziłyśmy, na werandzie stała kolejna grupa nagich kobiet i dzieci. – Czujesz się lepiej, skarbie? – spytała Mama Jonasa, uśmiechając się i wdrapując do ciężarówki. Sprawdziła, czy płaszcz wciąż jest w walizce. Jonas sprawiał dużo lepsze wrażenie, zarówno pod względem wyglądu, jak i nastroju. Tak samo Andrius. Jego mokre włosy błyszczały kolorem ciemnego cynamonu. – No więc teraz jesteśmy czystymi trupami. I co z tego? – rzucił łysy mężczyzna. – Gdybyśmy byli trupami, nie kazaliby się nam kąpać – odparł siwowłosy, patrząc na zegarek. – Hej, to pod tym brudem kryła się blondynka – powiedział Andrius, wychylając się i łapiąc kosmyk moich włosów. Skuliłam się i odwróciłam wzrok. Mama objęła mnie ramieniem. – Co się stało, Lino? – spytał Jonas. Zignorowałam go. Myślałam o strażniku, który mnie dotykał, i o wszystkim tym, co powinnam była zrobić – spoliczkować go, kopnąć, krzyknąć prosto w twarz. Włożyłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam kamień od Andriusa. Zacisnęłam pięść z całej siły, próbując go zgnieść. – Sądzisz, że po kąpieli w łaźni zaproszą nas na czterodaniowy posiłek? – zażartowała pani Rimas. – O tak. Poproszę kawałek czekoladowego tortu i koniak albo dwa – zaśmiała się pani Arvydas. – A ja filiżankę dobrej, gorącej kawy – powiedziała Mama. – Mocnej kawy – dodał łysy mężczyzna. – O rany, nigdy bym nie pomyślał, że to takie fajne uczucie być czystym! – wykrzyknął Jonas, patrząc na swoje ręce.


Wszystkim poprawił się humor. Wszystkim prócz Ony, która nie cichła. Mimo wysiłków pani Rimas nie dało się jej uspokoić. Kiedy ostatnia grupa kobiet i dzieci wsiadła do ciężarówki, komendant zobaczył, jak Ona wstaje, potem siada i rwie włosy z głowy. Krzyknął na nią. Przy ciężarówce pojawił się jasnowłosy młody strażnik. – Zostawcie ją – poprosiła pani Rimas. – Biedaczka opłakuje dziecko. Mama przetłumaczyła. Ona znów wstała i tupnęła. Komendant wyciągnął ją z samochodu. Ona straciła panowanie nad sobą, zaczęła krzyczeć i drapać. Nie mogła się z nim mierzyć, wysokim i silnym. Rzucił ją na ziemię. Zmrużył oczy i zacisnął szczękę. Mama przepchnęła się do przodu, by wyskoczyć z ciężarówki, ale było już za późno. Komendant wyciągnął pistolet i strzelił Onie w głowę. Wszyscy łącznie ze mną wydali z siebie stłumiony okrzyk. Andrius chwycił Jonasa i zasłonił mu oczy. Przy głowie Ony pojawiła się plama gęstej krwi w kolorze czerwonego wina. Jej noga wykrzywiła się pod dziwnym, nienaturalnym kątem. Brakowało jej jednego buta. – Lino. – Usłyszałam głos Andriusa i spojrzałam na niego oszołomiona. – Nie patrz. Otworzyłam usta, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Odwróciłam głowę. Jasnowłosy enkawudzista patrzył na ciało Ony. – Lino, spójrz na mnie – nalegał Andrius. Mama osunęła się na kolana na skraju ciężarówki i wpatrywała się w Onę. Podniosłam się i usiadłam przy bracie. Silnik zawarczał i ciężarówka zaczęła się toczyć. Mama ukryła twarz w dłoniach. Panna Grybas cmokała, potrząsając głową. Wsparłam skroń na kolanach Jonasa. Gładził mnie po włosach. – Proszę cię, nie mów nic strażnikom. Nie złość ich, Lino – wyszeptał. W miarę jak się oddalaliśmy, ciało Ony robiło się coraz mniejsze. Leżała martwa na ziemi, zamordowana przez NKWD. Gdzieś, setki kilometrów stąd, rozkładało się w trawie ciało jej córeczki. Czy ich rodzina kiedykolwiek dowie się, co się z nimi stało? Czy w ogóle ktoś się dowie, co się z nami stało? Postanowiłam pisać i rysować przy każdej nadarzającej się okazji. Narysuję strzelającego komendanta, Mamę na kolanach z głową ukrytą w dłoniach, naszą odjeżdżającą ciężarówkę i koła bryzgające żwirem na ciało Ony.


28 ZAJECHALIŚMY DO DUŻEGO gospodarstwa. Skupiska podniszczonych jednoizbowych chat tworzyły obskurną wioskę. Ciepła słoneczna pogoda najwyraźniej była tu zjawiskiem przejściowym, o czym informowały spadziste dachy. Strażnicy kazali nam wysiadać. Andrius zwiesił głowę, trzymał się blisko matki. Zaczęli kierować nas do chat, które zrazu wzięłam za nasze kwatery, ale kiedy panna Grybas i pani Rimas weszły do jednej z nich, ze środka wybiegła kobieta i zaczęła wykłócać się ze strażnikami. – Tu już ktoś mieszka – szepnął Jonas. – Będziemy musieli dzielić mieszkanie z innymi – powiedziała Mama, przyciągając nas do siebie. Dwie kobiety przeszły obok z wiadrami wody. Nie rozpoznałam żadnej z nich. Przydzielono nam walącą się chatę na tyłach osady. Szare deski były wygładzone przez wiatr i śnieg. Drzwi pełne szczelin wisiały krzywo w futrynie. Odnosiło się wrażenie, że wystarczy byle podmuch wiatru, żeby chałupa wzbiła się w niebo i rozpadła na kawałki. Jasnowłosy strażnik otworzył drzwi, krzyknął coś po rosyjsku i wepchnął nas do środka. Krępa Ałtajka odziana w kilka warstw odzieży wybiegła i zaczęła wrzeszczeć na enkawudzistę. Mama zabrała nas do kąta. Kobieta obróciła się w naszą stronę, wciąż pokrzykując. Włosy sterczały jej spod chusty jak czarna słoma. Na szerokiej ogorzałej twarzy zmarszczki układały się w mapę. – Co ona mówi? – spytał Jonas. – Że nie ma miejsca dla ohydnych przestępców – odparła Mama. – Nie jesteśmy przestępcami – zaprotestowałam. Kobieta ciągnęła swoją tyradę, machając rękami i plując na podłogę. – Czy ona oszalała? – zdziwił się mój brat. – Mówi, że ledwo starcza jej jedzenia dla niej samej i że nie będzie się dzielić z kryminalistami takimi jak my. – Mama odwróciła się do Ałtajki plecami. – Rozłożymy się tutaj w rogu. Jonas, postaw walizkę. Kobieta złapała mnie za włosy, szarpnęła i pociągnęła do drzwi, żeby mnie wyrzucić. Mama krzyknęła coś po rosyjsku. Oderwała jej rękę od mojej głowy, spoliczkowała ją i odepchnęła. Jonas kopnął ją w goleń. Ałtajka patrzyła na nas wąskimi czarnymi oczami. Mama odwzajemniła spojrzenie. Kobieta roześmiała się i spytała o coś. – Jesteśmy z Litwy – powiedziała Mama najpierw po litewsku, a potem po rosyjsku. Ałtajka zatrajkotała niezrozumiale. – Co ona mówi? – spytałam. – Że zadziorni ludzie to dobrzy robotnicy i że musimy płacić jej czynsz. – Mama podjęła rozmowę z kobietą. – Płacić? Za co? Za mieszkanie w tej norze na pustkowiu? – oburzyłam się. – Jesteśmy w Ałtaju. Tu się uprawia ziemniaki i buraki. – Czyli mają tutaj kartofle? – spytał Jonas. – Jedzenie jest racjonowane. Ona twierdzi, że gospodarstwo i robotników nadzorują strażnicy. Przypomniałam sobie, jak Papa opowiadał, że Stalin skonfiskował chłopom ziemię, narzędzia i zwierzęta, nakazał uprawiać określone rośliny i ustalił ceny. Wydawało mi się to idiotyczne. Jak Stalin mógł po prostu wziąć coś, co do niego nie należało, coś, na co rolnik i jego rodzina pracowali całe życie? „To jest właśnie komunizm, Lino” – wyjaśnił Papa.


Kobieta krzyknęła coś do Mamy, grożąc palcem i potrząsając głową, a potem wyszła. Byliśmy w kołchozie, gospodarstwie kolektywnym, a ja miałam się zajmować uprawą buraków. Nie znosiłam buraków.


MAPY I WĘŻE


29 CHATA MIERZYŁA jakieś trzy metry na cztery. W rogu znajdowało się palenisko otoczone kilkoma naczyniami i brudnymi puszkami. Obok przy ścianie rzucono wiązkę słomy do spania. Nie było żadnych poduszek, tylko wytarta pikowana kapa. Dwa okienka składały się z kawałków szkła połączonych kitem. – Tu nic nie ma – powiedziałam. – Umywalki, stołu, szafy. Czy ona tu śpi? Gdzie my będziemy spali? Gdzie jest łazienka? – Gdzie będziemy jeść? – spytał Jonas. – Nie jestem pewna – odparła Mama, zaglądając do naczyń. – Bardzo tu brudno. Ale wystarczy trochę posprzątać, prawda? – Dobrze przynajmniej, że w końcu wysiedliśmy z pociągu – skwitował Jonas. Młody jasnowłosy enkawudzista wpadł przez drzwi. – Elena Vilkas! Mama spojrzała na strażnika. – Elena Vilkas! – powtórzył głośniej. – Tak, to ja – przyznała Mama. Zaczęli z rosnącym ożywieniem rozmawiać po rosyjsku. – Co się dzieje, Mamo? – spytał Jonas. Mama przygarnęła nas do siebie. – Nie martwcie się, kochani. Zostaniemy razem. – Dawaj! – wrzasnął strażnik, gestem nakazując nam wyjść. – Dokąd idziemy? – zapytałam. – Komendant chce mnie widzieć. Powiedziałam, że idziemy razem. Komendant. Żołądek mi się skurczył. – Zostanę tutaj. Nic mi się nie stanie – oznajmiłam. – Nie. Musimy trzymać się razem – rzucił Jonas. Poszliśmy za strażnikiem między ruderami do drewnianego budynku w dużo lepszym stanie. Kilku enkawudzistów stało przy drzwiach, paląc papierosy. Patrzyli na Mamę pożądliwie. Obrzuciła wzrokiem ich oraz budynek. – Zostańcie tu – poleciła. – Zaraz wrócę. – Nie. – Jonas pokręcił głową. – Idziemy z tobą. Mama rzuciła okiem w kierunku strażników, a potem spojrzała na mnie. Jasnowłosy postąpił od drzwi ku nam. – Dawaj! – wrzasnął, ciągnąc Mamę za łokieć do budynku. – Zaraz wrócę – stwierdziła, oglądając się za siebie, a potem zniknęła za drzwiami. – Zaraz wrócę. – Ale co myślisz? – spytałam. – Myślę, że wyglądasz uroczo – powiedziała Mama, robiąc krok w tył, żeby lepiej przyjrzeć się sukni. – Dobrze – skwitował krawiec, wbijając szpilki w atłasową poduszeczkę. – Gotowe, Lino. Możesz się już przebrać, ale ostrożnie, bo wszystko trzyma się na szpilkach. – Poczekam na zewnątrz – rzekła Mama, oglądając się za siebie, a potem zniknęła za drzwiami. – Twoja mama ma doskonały gust – skomentował krawiec. Tak. Suknia była piękna. Delikatny odcień szarości podkreślał kolor moich oczu. Przebrałam się i wyszłam, ale Mamy nie było. Spojrzałam wzdłuż szeregu kolorowych sklepów, ale jej nie dostrzegłam. A potem jedne z drzwi się uchyliły i pojawiła się. Niebieski


kapelusz pasował do sukienki, która kołysała się wokół nóg, gdy Mama zbliżała się do mnie. Uniosła dwa rożki z lodami i się uśmiechnęła; torba na zakupy wisiała jej na ramieniu. – Chłopcy mają swój dzień, a my swój – powiedziała. Na jej wargach lśniła czerwona szminka. Podała mi rożek i wskazała ławkę. – Siądźmy. Papa i Jonas poszli na mecz piłki nożnej, a ja z Mamą spędziłam przedpołudnie na zakupach. Zajadałam śmietankowo-waniliowe lody, opierając się o ciepłą ławkę. – Jak miło sobie usiąść – westchnęła i spojrzała na mnie. – Sukienkę mamy z głowy, to co nam jeszcze zostało? – Potrzebuję węgla do szkicowania – przypomniałam jej. – A tak. Węgiel dla mojej artystki. – Powinniśmy byli z nią iść – powiedział Jonas. Miał rację, ale nie chciałam znaleźć się blisko komendanta. Mama o tym wiedziała. Powinnam była iść z nią. Teraz została z nimi sama, bezbronna. Z mojej winy. Pociągnęłam Jonasa pod brudne okno. – Stój tu, żeby jasnowłosy strażnik cię widział – rzuciłam. – Co chcesz zrobić? – zapytał. – Zajrzę przez okno i sprawdzę, czy z Mamą wszystko w porządku. – Nie! – Zostań – ucięłam. Jasnowłosy strażnik miał najwyżej dwadzieścia lat. To on odwrócił wzrok, kiedy się rozbierałyśmy. Teraz wyciągnął nóż i zaczął czyścić sobie paznokcie. Zbliżyłam się do okna i stanęłam na palcach. Mama siedziała na krześle z opuszczoną głową, komendant na krawędzi biurka przed nią. Mówił coś i przeglądał dokumenty. Potem odłożył teczkę na kolano. Rzuciłam okiem w kierunku strażnika, a potem jeszcze bardziej się wyprostowałam, żeby lepiej widzieć. – Przestań, Lino! Andrius mówi, że nas zastrzelą, jak będziemy sprawiać kłopoty! – szepnął Jonas. – Nie sprawiam kłopotów – powiedziałam, wracając do brata. – Chciałam się tylko upewnić, że wszystko w porządku. – Hm, pamiętaj, co się stało z Oną. No właśnie, co się z nią stało? Czy była teraz w niebie ze swoją córką i moją Babcią? Czy też błąkała się pośród tłumu Litwinów, szukając męża? O to wszystko chciałam zapytać Papę. Zawsze słuchał mnie uważnie, kiwając głową, a potem zastanawiał się chwilę, zanim odpowiedział. Kto teraz odpowie na moje pytania? Było ciepło, choć pochmurno. W oddali za chatami ujrzałam świerki i sosny pośród pól. Rozejrzałam się, zapamiętując krajobraz, który zamierzałam narysować Papie, i zastanawiając się, gdzie jest Andrius z matką. Część budynków wyglądała lepiej niż nasz. Wokół niektórych był płot albo ogród. Chciałam je uwiecznić właśnie takie: smutne, suche, pozbawione koloru. Drzwi otwarły się i pojawiła się w nich Mama. Komendant wyszedł za nią i oparł się o futrynę, patrząc bezczelnie. Mama zaciskała wargi. Skinęła głową w naszym kierunku. Enkawudzista zawołał za nią, ale zignorowała go i wzięła nas za ręce. – Odprowadź nas do chaty – powiedziała do jasnowłosego. Ani drgnął. – Ja znam drogę – wtrącił Jonas. – Chodźcie za mną. – Wszystko w porządku? – spytałam, kiedy odeszliśmy. – Tak – szepnęła. Poczułam, jak z ramion znika mi ciężar. – Czego on chciał?


– Nie tutaj.


30 – CHCĄ, ŻEBYM Z NIMI pracowała – powiedziała, kiedy wróciliśmy do chaty. – Z nimi? – powtórzyłam. – Tak. A właściwie dla nich. Tłumaczyła dokumenty, rozmawiała z innymi Litwinami – wyjaśniła. Przypomniała mi się teczka, którą trzymał komendant. – Co za to dostaniesz? – spytał Jonas. – Nie będę ich tłumaczką – oznajmiła Mama. – Odmówiłam. Miałabym też podsłuchiwać, co gadają ludzie, i donosić komendantowi. – Byłabyś kapusiem? – zdumiał się Jonas. – Tak. – Chcieli, żebyś szpiegowała i donosiła? – spytałam. Kiwnęła głową. – Obiecali, że jeśli się zgodzę, to będziemy traktowani ulgowo. – Świnie! – krzyknęłam. – Lino, ciszej – skarciła mnie Mama. – Jak oni mogli pomyśleć, że po tym wszystkim, co z nami zrobili, ty byś im jeszcze pomagała? – Ależ Mamo, może będziesz potrzebować ulgowego traktowania – podsunął zmartwionym głosem Jonas. – Nie mówią tego poważnie – warknęłam. – To kłamcy. Nie daliby Mamie absolutnie nic. – Jonasie, skarbie. – Mama pogładziła mojego brata po twarzy. – Nie wolno im ufać. Stalin powiedział NKWD, że Litwini to wrogowie. Komendant i strażnicy patrzą na nas jak na istoty niższe. Rozumiesz? – Andrius już mi to wyjaśnił – mruknął Jonas. – Andrius jest bardzo mądry. Możemy rozmawiać tylko między sobą. – Mama odwróciła się do mnie. – Lino, proszę, uważaj, co piszesz i rysujesz. Przetrząsnęliśmy nasze walizki i wydzieliliśmy to, co w razie potrzeby dałoby się sprzedać. Spojrzałam na egzemplarz Klubu Pickwicka. Strony od szóstej do jedenastej były wydarte, strona dwunasta zabrudzona. Wyjęłam z walizki złotą ramkę i popatrzyłam na twarz ojca. Zastanawiałam się, gdzie zawędrowała chusteczka. Musiałam wysłać kolejne. – Kostas – szepnęła Mama, zaglądając mi przez ramię. Podałam jej zdjęcie. Palcem delikatnie gładziła twarz ojca, a potem Babci. – Cudownie, że to wzięłaś. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak mnie to podnosi na duchu. Pilnuj tego. Wyciągnęłam papeterię. Na pierwszej stronie wciąż widniały słowa: „14 czerwca 1941. Droga Joano” – tytuł bez opowieści. Napisałam to prawie dwa miesiące temu, tamtego wieczora, kiedy nas zabrano. Gdzie była Joana, gdzie byli inni nasi krewni? Co napisałabym teraz, gdybym miała dokończyć list? Czy opisałabym jej, jak Sowieci zapędzili nas do bydlęcych wagonów i więzili przez sześć tygodni prawie bez jedzenia i wody? Czy wspomniałabym, że chcieli, aby Mama im donosiła? A co z dzieckiem, które umarło w wagonie, co z Oną zastrzeloną przez NKWD? Słowa Mamy nakazujące ostrożność wciąż kołatały mi się w głowie, ale ręka zaczęła pisać.


31 AŁTAJKA WRÓCIŁA i zaczęła się głośno krzątać. Postawiła garnek na palenisku. Patrzyliśmy, jak gotuje dwa ziemniaki i międli w ustach kawałek chleba. – Mamo – zaczął Jonas – będziemy mieli dziś ziemniaki? Kiedy spytaliśmy, usłyszeliśmy, że musimy zapracować na jedzenie. – Gdybyś pracowała dla NKWD, dostałabyś jedzenie? – dopytywał Jonas. – Nie, skarbie. Daliby mi tylko puste obietnice – odpowiedziała. – A to gorsze od pustego żołądka. Mama zapłaciła kobiecie za ziemniaka, a potem za przywilej ugotowania go. To było upokarzające. – Ile pieniędzy nam zostało? – spytałam. – Bardzo niewiele. Próbowaliśmy zasnąć przytuleni do Mamy na gołych deskach podłogi. Kobieta chrapała na słomianym posłaniu. Jej nieświeży oddech wypełnił izbę. Czy urodziła się na Syberii? Czy znała jakieś inne życie? Patrzyłam w mrok i usiłowałam na jego czarnym płótnie rysować myślą obrazy. – Otwórz ją, kochanie. – Nie mogę. Zbyt się denerwuję. – Chciała zaczekać, aż wrócisz do domu – wyjaśniła Mama Papie. – Już kilka godzin trzyma tę kopertę. – Otwórz ją – nalegał Jonas. – A jeśli mnie nie przyjęli? – pytałam, ściskając list wilgotnymi palcami. – W takim razie przyjmą cię za rok – stwierdziła Mama. – Nie dowiesz się, dopóki nie otworzysz – przekonywał Papa. – Otwórz! – Jonas podał mi nóż do listów. Rozcięłam kopertę srebrnym ostrzem. Odkąd panna Pranas wysłała pocztą moje podanie, o niczym innym nie myślałam. Uczyć się u boku największych artystów Europy! To była wyjątkowa szansa. Wyciągnęłam złożoną kartkę. Szybko przebiegłam oczami tekst. „Droga panno Vilkas, dziękujemy za złożenie wniosku o przyjęcie na letni program. Nadesłane prace zrobiły na nas ogromne wrażenie, dlatego z największą przyjemnością pragniemy zaoferować miejsce w naszym...”. – Zgodzili się! – krzyknęłam. – Wiedziałem! – zawołał Papa. – Gratulacje, Lino – powiedział Jonas, obejmując mnie. – Nie mogę się doczekać, aż powiem Joanie! – To cudownie, kochanie. – Mama się uśmiechnęła. – Musimy to uczcić. – Jest tort – zdradził Jonas. – Wiedziałam, że będziemy mieli co świętować. – Mama puściła do mnie oczko. Papa promieniał. – Córuchno, otrzymałaś wspaniały dar – rzekł, biorąc mnie za ręce. – A przed sobą masz świetlaną przyszłość. Podniosłam głowę, bo coś zaszeleściło. To Ałtajka wstała, poszła w róg izby, odkaszlnęła i wysikała się do metalowej puszki.


32 BYŁO JESZCZE CIEMNO, kiedy enkawudziści zaczęli krzyczeć. Kazali nam wyjść z chat i ustawili nas w rzędzie. Z trudem trzymaliśmy szereg. Mój rosyjski słownik szybko się powiększał. Poza „dawaj” nauczyłam się innych ważnych słów takich jak niet, swinia i oczywiście faszyst. Panna Grybas i zrzędliwa kobieta stały już w szeregu. Pani Rimas zamachała do Mamy. Rozejrzałam się za Andriusem i jego matką, ale nie było ich, podobnie jak łysego. Komendant przeszedł wzdłuż szeregu, gryząc wykałaczkę. Oglądał nas i mówił coś do innych strażników. – Co on powiedział, Eleno? – spytała pani Rimas. – Rozdzielają nas do pracy – wyjaśniła Mama. Komendant podszedł i wrzasnął coś Matce prosto w twarz, a potem wyciągnął ją, panią Rimas i zrzędliwą kobietę z szeregu. Jasnowłosy strażnik zrobił to samo ze mną i popchnął w kierunku Mamy. Kiedy podzielili resztę, Jonas znalazł się w grupie z dwiema starszymi kobietami. – Dawaj! – Strażnik podał Mamie płócienny tłumok i poprowadził naszą grupę. – Spotkamy się w chacie! – zawołała na odchodne do Jonasa. Ale jak? Przecież ani ja, ani ona nie potrafiłyśmy znaleźć powrotnej drogi z budynku NKWD. To Jonas nas zaprowadził. Na pewno się pogubimy. Brzuch bolał mnie z głodu, nogi odmawiały posłuszeństwa. Mama i pani Rimas szeptały po litewsku. Po przejściu kilku kilometrów dotarłyśmy do przecinki w lesie. Strażnik wyrwał Mamie tłumok i rzucił go na ziemię, wykrzykując jakąś komendę. – Mamy kopać – wyjaśniła Mama. – Kopać? Gdzie? – spytała pani Rimas. – Chyba tu. Powiedział, że jeśli chcemy jeść, to musimy pracować. Racje żywnościowe zależą od postępów. – Czym mamy kopać? – spytałam. Mama powtórzyła pytanie strażnikowi. Tylko trącił butem tłumok. Mama rozwiązała płótno. Naszym oczom ukazało się kilka zardzewiałych łopatek, jakich zwykle używa się w ogródku. Brakowało w nich stylisk. Mama powiedziała coś do strażnika. Odpowiedzią było poirytowane „dawaj” i kopnięcie łopat w stronę naszych nóg. – Zróbcie mi miejsce – rzuciła zrzędliwa kobieta. – Trzeba się zabrać do roboty. Muszę coś jeść, moje córki też. Padła na kolana i zaczęła dziobać ziemię łopatką. Poszłyśmy w jej ślady. Strażnik usiadł pod drzewem i patrzył, paląc papierosa. – Gdzie ziemniaki i buraki? – spytałam Mamę. – Wygląda na to, że chcą mnie ukarać – odrzekła. – Ukarać? – zdziwiła się pani Rimas. Mama wyszeptała jej do ucha propozycję, jaką złożył jej komendant. – Ależ Eleno, mogłaś być traktowana ulgowo! Dostałabyś lepsze jedzenie. – Wyrzuty sumienia nie są tego warte. – Mama wzruszyła ramionami. – Pomyśl, czego by ode mnie żądano, co stałoby się z ludźmi. Nie chcę brać na siebie takiego ciężaru. Wytrzymam jak wszyscy. – Słyszałam od pewnej kobiety, że jakieś trzy kilometry stąd jest wioska ze sklepem, pocztą i szkołą – ogłosiła pani Rimas. – Mogłybyśmy tam pójść i wysłać listy – podsunęła Mama. – Może ktoś ma jakieś wiadomości od mężczyzn.


– Uważaj. W ten sposób sprowadzimy niebezpieczeństwo na naszych krewnych i znajomych – pokręciła głową pani Rimas. – Nigdy niczego nie pisz. Wbiłam wzrok w ziemię. Przecież wszystko notowałam i zdążyłam już zapełnić niejedną stronę opisami i rysunkami. – Nie – szepnęła Mama. Obejrzała się na zrzędliwą kobietę i nachyliła do pani Rimas. – Mam kontakt. Co? Jaki kontakt? Kto nim był? Poza tym trwała wojna – teraz na Litwie byli Niemcy. Co robił Hitler? Zastanawiałam się, co stało się z naszym domem i wszystkim, co zostawiliśmy. No i po co w ogóle kopiemy tę głupią dziurę. – Przynajmniej twoja gospodyni z tobą rozmawia – powiedziała Mama. – Nasza to wiedźma, która szarpała Linę za włosy. – Wieśniacy nie są zadowoleni – tłumaczyła pani Rimas. – Ale spodziewali się nas. Podobno parę dni temu do pobliskiej wioski przywieziono w kilku ciężarówkach Estończyków. Mama przestała kopać. – Estończyków? – Tak – szepnęła pani Rimas. – Deportowano także ludzi z Estonii i Łotwy. Mama westchnęła. – Bałam się, że tak się stanie. To szaleństwo. Ilu wywieziono? – Zapewne setki tysięcy. – Przestańcie pytlować i weźcie się do roboty! – warknęła zrzędliwa kobieta. – Chce mi się jeść.


33 WYKOPAŁYŚMY DZIURĘ głęboką na ponad pół metra, kiedy przyjechała ciężarówka z wiaderkiem wody. Strażnik pozwolił nam na przerwę. Na dłoniach porobiły mi się pęcherze, palce miałyśmy czarne od ziemi. Nie dano nam chochli ani kubka, więc pochylałyśmy się jak psy, na zmianę chłepcząc wodę z wiadra, podczas gdy jasnowłosy strażnik popijał z dużej manierki. Woda cuchnęła rybami, ale to mnie nie zrażało. Moje kolana były zdarte do żywego mięsa, a plecy bolały od wielogodzinnego schylania się. Kopałyśmy w małej przecince otoczonej lasem. Mama poprosiła o pozwolenie na udanie się do toalety, a potem pociągnęła mnie razem z panią Rimas między drzewa. Kucnęłyśmy, podciągając sukienki, żeby sobie ulżyć, zwrócone twarzami do siebie. – Eleno, bądź tak miła i podaj mi talk – rzuciła pani Rimas, podcierając się liściem. Zaczęłyśmy się śmiać z nas samych kucających razem w kółeczku. Naprawdę się śmiałyśmy. Mama śmiała się tak bardzo, że włosy wysunęły jej się spod chusty na głowie. – Poczucie humoru – powiedziała Mama z oczami pełnymi łez wesołości. – Tego nie mogą nam odebrać, prawda? Śmialiśmy się do rozpuku. Płomyki lampionów migotały w ciemności. Brat Joany wygrywał wesołe melodie na akordeonie. Mój wujek, który zbyt ochoczo raczył się jeżynówką, tańczył teraz łamańca po całym podwórzu, naśladując nasze matki. Udawał, że trzyma rąbek sukienki, i kiwał się z boku na bok. – Chodź – szepnęła Joana, biorąc mnie za rękę. – Przejdziemy się. Wzięłyśmy się pod ramię i ruszyłyśmy między pogrążonymi w ciemności chatami. Do butów nasypał mi się piasek. Stanęłyśmy na brzegu tuż obok chlupoczącej o brzeg wody. Bałtyk lśnił w świetle księżyca. – Patrz, jak księżyc odbija się w wodzie. Jakby nas do siebie przywoływał – westchnęła Joana. – Tak, woła nas – powiedziałam, starając się zapamiętać grę światła i cienia, by później ją uwiecznić. Zrzuciłam sandały. – Idziemy. – Nie mam na sobie kostiumu – zaprotestowała Joana. – Ja też nie. I co z tego? – Co z tego? Lino, nie możemy pływać nago. – Kto mówi, że będziemy pływać nago? – spytałam i wciąż ubrana weszłam w czarną toń. – Lina, na miłość boską, co ty wyprawiasz? – jęknęła Joana. Wyciągnęłam ramiona, igrając z błyskami na powierzchni. Moja spódnica uniosła się w wodzie. – Chodź, jest cudownie! – Zanurkowałam. Joana zrzuciła buty i weszła w wodę po kostki. Światło okalało jej długie kasztanowe włosy i wysoką sylwetkę. – No, dalej – zachęcałam. Zanurzała się wolno. Zbyt wolno. Wyskoczyłam z wody i wciągnęłam ją. Krzyczała i się śmiała. Śmiech Joany rozpoznałabym w zgiełku każdego tłumu. Miał w sobie dziką wolność, która rozbrzmiewała teraz wokół mnie. – Zwariowałaś! – zawołała. – Dlaczego? Morze wygląda tak wspaniale, że chcę być jego częścią! – Namalujesz nas? – spytała Joana. – Tak. I zatytułuję... „Dwie głowy unoszące się w czerni”! – powiedziałam, obryzgując ją wodą. – Nie chcę do domu. Tu jest tak cudownie – stwierdziła, poruszając ramionami w wodzie.


– Ciii, ktoś idzie. – Gdzie? – spytałam, odwracając się. – Tam. Między drzewami – szepnęła. Z lasu wyłoniły się dwie postaci. – Lino, to on! Ten wysoki. Ten, o którym ci mówiłam. Którego widziałam w mieście. Co robimy? Dwóch chłopców podeszło do brzegu i patrzyła w naszym kierunku. – Chyba trochę późno na pływanie, co? – spytał wysoki. – Bynajmniej – odparłam. – Doprawdy? Zawsze chodzicie pływać po zmroku? – Pływam, kiedy przychodzi mi na to ochota! – A twoja starsza siostra? Ona kąpie się tylko nocą? – Dlaczego sam jej nie zapytasz? Joana kopnęła mnie pod wodą. – Powinnyście uważać. Lepiej, żeby nikt was nie zobaczył bez ubrań. – Wyszczerzył zęby. – Czyżby? To masz na myśli? – Wyprostowałam się. Mokra sukienka przykleiła się do mnie jak roztopiony cukierek do papierka. Uderzyłam rękami w wodę, żeby obu zmoczyć. – Wariatka! – Zaśmiał się, unikając rozbryzgów. – Chodźmy – wtrącił jego kolega. – Spóźnimy się na spotkanie. – Spotkanie? Jakie spotkanie odbywa się o tej porze? – spytałam. Chłopcy opuścili na chwilę głowy. – Musimy iść. Do zobaczenia, starsza siostro – powiedział wysoki chłopak do Joany, a potem obaj odwrócili się i ruszyli plażą. – Do zobaczenia! – zawołała Joana. Śmiałyśmy się tak głośno, że byłam pewna, iż rodzice nas usłyszą. Wyskoczyłyśmy z wody, złapałyśmy sandały i pobiegłyśmy przez piasek ku ścieżce pogrążonej w ciemnościach. Dokoła hałasowały żaby i świerszcze. Joana chwyciła mnie za ramię i zatrzymała. – Nie mów nic rodzicom. – Joano, przecież jesteśmy przemoczone. Sami zobaczą, że pływałyśmy. – Nie, chodzi mi o chłopców... O to, co powiedzieli – wyjaśniła. – W porządku, starsza siostro. Będę milczeć jak grób – przyrzekłam z uśmiechem. Pobiegłyśmy przez ciemność, chichocząc przez całą drogę. Czy Joana wiedziała o chłopcach i ich spotkaniu coś, czego ja nie byłam świadoma? Śmiech już zamarł. – Lino, chodźmy, kochanie – powiedziała Mama. Spojrzałam w kierunku dziury w ziemi. Czy kopałyśmy sobie grób?


34 ZNALAZŁAM PATYK i przełamałam go na pół, po czym usiadłam i zaczęłam kreślić na skrawku ubitej ziemi. Przed powrotem do pracy zdążyłam narysować nasz dom, ogród i drzewa. Kciukiem wbiłam w ziemię kilka kamyczków, tworząc w ten sposób ścieżkę do frontowych drzwi, z gałązek ułożyłam dach. – Musimy przygotować się do zimy – oznajmiła Mama. – Jeszcze takiej nie doświadczyliśmy. Czekają nas tęgie mrozy. No i nie będzie co jeść. – Zima? – powtórzyłam, odchylając się na piętach. – Mówisz poważnie? Naprawdę sądzisz, że wciąż będziemy tu tkwić, kiedy nadejdą mrozy? Tylko nie to! Do zimy wciąż było daleko. Sama myśl o mieszkaniu w tej chałupie, kopaniu dołów miesiącami i unikaniu komendanta wydawała się nie do zniesienia. Rzuciłam spojrzenie jasnowłosemu strażnikowi. Przyglądał się mojemu rysunkowi w ziemi. – Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. – Mama ściszyła głos. – Ale jeśli tak? Jeśli się nie przygotujemy, to z pewnością zamarzniemy albo pomrzemy z głodu. Zrzędliwa kobieta słuchała nas z uwagą. – O tak, śnieżyce na Syberii mogą być zdradliwe – przytaknęła pani Rimas. – Nie mam pojęcia, jak te chaty to wytrzymują – powiedziała Mama. – Może wybudujemy własną? – zaproponowałam. – Moglibyśmy postawić dom z bali, taki jak biuro kołchozu, z kominem i piecem. Mieszkalibyśmy tam wszyscy razem. – Głupia dziewucha. Nigdy nie daliby nam czasu na zbudowanie czegoś dla siebie, a nawet gdyby to się udało, zaraz by to zabrali – wtrąciła zrzędliwa kobieta. – Kop dalej. Zaczęło padać. Krople spadały na nasze głowy i ramiona. Otworzyłyśmy usta, żeby się napić. – To szaleństwo – orzekła pani Rimas. Mama krzyknęła coś do strażnika. Pod schronieniem z gałęzi drzew rozjarzył się papieros. – Mówi, że mamy kopać szybciej – powiedziała Mama, podnosząc głos, by przekrzyczeć szum deszczu, bo lało już jak z cebra. – Że teraz ziemia będzie miększa. – Łajdak – rzuciła pani Rimas. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak nasz dom rozpływa się w błocie. Patyk do rysowania odtoczył się popychany wiatrem i deszczem. Pochyliłam głowę i kopałam. Dźgałam łopatką coraz mocniej i wyobrażałam sobie, że ziemia to komendant. Chwycił mnie skurcz w palcach, a ramiona zaczęły dygotać z wyczerpania. Rąbek mojej sukienki był uszargany, twarz i kark poparzone porannym słońcem. Kiedy deszcz ustał, ruszyłyśmy do obozu umazane błotem aż po pas. Skręcało mnie z głodu. Pani Rimas przewiesiła sobie tłumok przez ramię i wlokłyśmy się z zesztywniałymi dłońmi wciąż zaciśniętymi na łopatkach, których nie wypuszczałyśmy z rąk od ponad dwunastu godzin. Do obozu weszłyśmy od tyłu. Poznałam brązowe drzwi chałupy łysego mężczyzny i zdołałam znaleźć drogę do nas. Jonas już czekał w środku. W każdym garnku było po brzegi wody. – Wróciłyście! – krzyknął. – Martwiłem się, że nie traficie. Mama otoczyła ramionami Jonasa i ucałowała jego jasną czuprynę. – Kiedy przyszedłem, wciąż lało – wyjaśnił. – Wyniosłem garnki, żebyśmy mieli co pić. – Bardzo mądrze zrobiłeś, skarbie. A ty się napiłeś? – spytała Mama.


– I to jeszcze ile – powiedział, patrząc na mnie i mój opłakany stan. – Mogłabyś się wykąpać. Zanim się umyłyśmy, piłyśmy długo z wielkiego gara. Mama wciąż namawiała mnie na więcej, mimo że już nie byłam w stanie. Jonas usiadł na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Przed nim leżał rozłożony jeden z szali Mamy, a na nim kawałek chleba i maleńki kwiat. Mama spojrzała na chleb i zwiędniętą roślinkę. – Z jakiej to okazji? – spytała. – Dostałem dziś kartkę na przydział za pracę. Pracowałem z dwiema paniami przy robieniu butów – wyjaśnił Jonas, uśmiechając się. – Jesteście głodne? Wyglądacie na bardzo zmęczone. – Umieram z głodu – stwierdziłam, wpatrując się w samotną kromkę. „Jeśli Jonasowi za szycie butów w budynku należał się chleb, to my z pewnością dostaniemy całego indyka” – pomyślałam. – Każdemu za pracę należy się trzysta gramów chleba – powiedział. – Musicie odebrać swoje kartki w biurze kołchozu. – Tylko... tylko tyle? – spytała Mama. Jonas przytaknął. Trzysta gramów suchego chleba. Nie mogłam w to uwierzyć. Tylko tyle za całe godziny kopania. Zamierzali chyba nas zagłodzić, a potem wrzucić do dołów wykonanych naszymi własnymi rękami. – To za mało – jęknęłam. – Znajdziemy coś – stwierdziła Mama. Kiedy weszłyśmy do domu z bali, komendanta na szczęście nie było. Dostałyśmy kartki, nie musząc o nie błagać. Udałyśmy się za innymi robotnikami do pobliskiego budynku. Tam ważono i wydawano chleb. Niemal mogłam zamknąć całą moją rację w dłoni. W drodze powrotnej zobaczyłyśmy pannę Grybas na tyłach jej chałupy. Przywołała nas gestem. Jej ręce i sukienka były brudne. Cały dzień pracowała przy uprawie buraków. Na nasz widok skrzywiła się z odrazą. – Co oni z wami robią? – Każą nam kopać – wyjaśniła Mama, odgarniając oblepione błotem włosy z twarzy. – W deszczu. – Szybko! – powiedziała, przyciągając nas do siebie. Dłonie jej się trzęsły. – Ogromnie dla was ryzykuję. Mam nadzieję, że zdajecie sobie z tego sprawę. – Sięgnęła do biustonosza, wyciągnęła kilka małych buraczków i podała je pospiesznie Mamie. Potem podniosła sukienkę i wyciągnęła z majtek kolejne dwa. – A teraz idźcie, no już! – dodała. Usłyszałam krzyki łysego mężczyzny w chacie za nami. Pognałyśmy do siebie, chcąc jak najszybciej zasiąść do uczty. Byłam zbyt głodna, by pamiętać, że nie cierpię buraków. Nie obchodziło mnie nawet to, że zostały przyniesione w czyjeś nieświeżej bieliźnie.


35 – LINO, WŁÓŻ TO do kieszeni i zanieś panu Stalasowi – poleciła Mama, podając mi buraka. Łysy mężczyzna. Nie mogłam. Po prostu nie mogłam się na to zdobyć. – Mamo, jestem za bardzo zmęczona. Leżałam na podłodze z policzkiem przyciśniętym do desek. – Przyniosłem trochę słomy, żebyśmy mieli na czym spać – oznajmił Jonas. – Te kobiety powiedziały mi, skąd można ją wziąć. Jutro przyniosę więcej. – Lino, pospiesz się, zaraz zrobi się ciemno. Zanieś to panu Stalasowi – powtórzyła Mama, układając słomę z Jonasem. Poszłam więc. Kobieta z dwojgiem zawodzących dzieci zajmowała większość szarej przestrzeni. Łysy mężczyzna siedział wciśnięty w kąt z nogą usztywnioną deską. – Co tak długo? – warknął. – Chcecie mnie zagłodzić? Jesteście z nimi w zmowie? Co za tortura! Jęczą tak dzień i noc. Już wolę siedzieć z gnijącym trupem dziecka. Położyłam mu buraka na kolanach i odwróciłam się do wyjścia. – Co się stało z twoimi rękami? – Usłyszałam pytanie. – Wyglądają paskudnie. – Pracowałam przez cały dzień – burknęłam. – W przeciwieństwie do pana. – Co wam każą robić? – Kopać doły. – Kopać, tak? – wymamrotał. – Ciekawe. Myślałem, że przekabacili twoją mamę... – Co pan chce przez to powiedzieć? – spytałam. – To inteligentna kobieta. Studiowała w Moskwie. Przeklęci Sowieci wiedzą o nas wszystko. O naszych rodzinach też. Nie myśl, że nie wykorzystają tych informacji. Pomyślałam o Papie. – Muszę się jakoś skontaktować z ojcem, żeby mógł nas odnaleźć. – Nie bądź głupia – parsknął. – A właśnie, że nas odnajdzie. Będzie wiedział jak. Pan nie zna mojego ojca – wyrzuciłam z siebie. Łysy mężczyzna spuścił wzrok. – Zna pan? – Ci strażnicy dorwali się już do ciebie i twojej mamy? – spytał. Spojrzałam na niego. – Miałaś już którego między nogami? Prychnęłam z odrazą. Nie mogłam dłużej tego znieść. Zostawiłam go i wyszłam na zewnątrz. – Hej! Odwróciłam się w kierunku, skąd dobiegło wołanie. O chałupę opierał się Andrius. – Cześć – powiedziałam, patrząc na niego. – Wyglądasz okropnie – stwierdził. Byłam zbyt wykończona, by zdobyć się na jakąś ciętą ripostę. Kiwnęłam tylko głową. – Co robicie? – Kopiemy doły. Jonas przez cały dzień robił buty. – Ja ścinałem drzewa w lesie – odparł. Był brudny, ale nie nosił śladów pobicia. Twarz i ramiona miał opalone, przez co jego oczy wydawały się bardziej niebieskie. Zdjęłam z włosów grudę ziemi. – W której chacie mieszkasz? – spytałam. – Gdzieś tam – odparł, nie wskazując w żadnym konkretnym kierunku. – Kopiesz z tym


jasnowłosym enkawudzistą? – Z nim? Żartujesz sobie? On przecież nie pracuje. Stoi tylko w pobliżu, pali papierosy i wydziera się na nas. – Nazywa się Krecki – powiedział Andrius. – Komendant to Komorow. Próbuję się dowiedzieć więcej. – Skąd to wszystko wiesz? Masz jakieś wiadomości o mężczyznach? – spytałam, myśląc o Papie. Pokręcił głową. – Podobno gdzieś niedaleko jest wioska z pocztą. Słyszałeś o tym? Chciałabym wysłać list do kuzynki. – Sowieci przeczytają wszystko, co napiszesz. Mają swoich tłumaczy. Musisz uważać na każde słowo. Spuściłam wzrok, przypomniawszy sobie, jak NKWD chciało, by Mama pracowała dla nich jako tłumaczka. Nasza prywatna korespondencja nie była tak naprawdę prywatna. Prywatność pozostała tylko wspomnieniem. Jej nawet nie racjonowano jak snu czy chleba. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie powiedzieć Andriusowi, że NKWD zaproponowało Mamie szpiegowanie. – Masz – odezwał się, wyciągając rękę. Na otwartej dłoni leżały trzy papierosy. – Dajesz mi papierosy? – spytałam. – A co myślałaś? Że trzymam w kieszeni pieczoną kaczkę? – Nie, myślałam... Dziękuję. – Nie ma sprawy. To dla twojego brata i mamy. Dobrze sobie radzą? Kiwnęłam głową, kopiąc nogą w ziemię. – Skąd je wziąłeś? – Nieważne. – Jak się trzyma twoja mama? – Dobrze – odpowiedział szybko. – Słuchaj, muszę już iść. Pozdrów ode mnie Jonasa. I postaraj się nie rozmoczyć papierosów płynem z pęcherzy – zażartował. Chwiejnie wracałam do naszej chałupy, starając się dojrzeć, w którą stronę poszedł Andrius. Gdzie mieszkał? Dałam Mamie papierosy. – Od Andriusa. – Miło z jego strony. Jak on je zdobył? – spytała. – Widziałaś się z Andriusem? – włączył się Jonas. – Wszystko u niego w porządku? – Tak. Cały dzień rąbał drzewo w lesie. Pozdrawia cię. Ałtajka przydreptała do nas i wyciągnęła rękę do Mamy. W ich krótkiej rozmowie co rusz padało „niet”, a gospodyni tupała gniewnie. – Elena. – Mama wycelowała palcem w siebie. – Lina. Jonas – dodała, wskazując nas. – Uliuszka! – powiedziała kobieta, wyciągając dłoń do Mamy. Mama podała jej papierosa. – Dlaczego jej dajesz? – spytał Jonas. – Mówi, że to na poczet czynszu – wyjaśniła Mama. – Nazywa się Uliuszka. – To jej imię czy nazwisko? – zapytałam. – Nie wiem. Ale skoro mamy tu mieszkać, musimy zwracać się do siebie jak należy. Ułożyłam płaszcz na słomie, którą przyniósł Jonas, i położyłam się. Nie podobało mi się, że Mama powiedziała „skoro mamy tu mieszkać”. Brzmiało to tak, jakbyśmy planowali tu już zostać. Usłyszałam też, jak mówi „spasiba”, co oznacza po rosyjsku „dziękuję”. Zobaczyłam, że dzieli się z Uliuszką zapałką. Mama zaciągnęła się dwukrotnie, trzymając z wdziękiem papierosa w długich palcach, i zaraz zgasiła, wydzielając go sobie.


– Lina – szepnął Jonas. – Andrius wyglądał w porządku? – Tak, całkiem dobrze – odparłam, myśląc o jego ogorzałej twarzy. Leżałam w łóżku i nasłuchiwałam. Usłyszałam miękkie kroki na zewnątrz. Zasłona wydęła się i w oknie ukazała się opalona twarz Joany. – Wyjdź na dwór – powiedziała. – Usiądziemy na werandzie. Wyślizgnęłam się z sypialni i stanęłam na ganku. Joana bujała się w fotelu. Usiadłam na krześle obok, podciągając kolana i chowając bose stopy pod bawełnianą koszulą nocną. Fotel skrzypiał miarowo, a Joana wpatrywała się w ciemność. – No więc? Jak było? – spytałam. – Cudownie! – westchnęła. – Naprawdę? Jest mądry? To chyba nie jeden z tych głupich chłopaków, którzy cały dzień piją piwo na plaży? – Och, nie – odpowiedziała rozmarzona. – Jest na pierwszym roku studiów. Chce zostać inżynierem. – Hm. I nie ma dziewczyny? – Lino, przestań doszukiwać się w nim wad. – Nie szukam. Po prostu pytam. – Pewnego dnia tobie też ktoś wpadnie w oko i mam nadzieję, że wtedy nie będziesz taka krytyczna. – Nie jestem krytyczna – odparłam. – Chcę się tylko upewnić, że na ciebie zasługuje. – Ma młodszego brata. – Joana uśmiechnęła się szeroko. – Doprawdy? – Zmarszczyłam nos. – Widzisz? Już ci się nie podoba, a nawet go nie widziałaś. – Nieprawda! Więc gdzie się podziewa ten młodszy brat? – Przyjedzie tu w przyszłym tygodniu. Chcesz go poznać? – Nie wiem. Może. Zależy, jaki jest – odparłam. – Przecież nie dowiesz się, dopóki go nie poznasz, prawda? – mrugnęła.


36 SPALIŚMY, KIEDY to się stało. Wcześniej przemyłam pęcherze i zaczęłam pisać do Joany, ale byłam zbyt zmęczona i zasnęłam. Gdy się ocknęłam, enkawudzista krzyczał i popychał mnie w stronę wyjścia. – Mamo, co się dzieje? – pytał Jonas. – Mówią, że mamy się natychmiast zgłosić do biura kołchozu. – Dawaj! – ryknął strażnik trzymający lampę. Zaczynali się niecierpliwić. Jeden z nich wyciągnął pistolet. – Da! Tak! – powiedziała Mama. – Szybko, dzieci! Idziemy! Wygramoliliśmy się ze słomy. Uliuszka przekręciła się na posłaniu, odwracając się do nas plecami. Rzuciłam okiem na walizkę, zadowolona, że zdążyłam schować rysunki. Innych też wyprowadzano z chat. Szliśmy gęsiego wydeptaną ścieżką do biura kołchozu. Gdzieś za nami usłyszałam krzyki pana Stalasa. Upchnęli nas w głównym pomieszczeniu budynku. Siwowłosy mężczyzna nakręcający zegarek stał w kącie. Dziewczynka z lalką pomachała do mnie wesoło, jak gdyby witała się z dawno niewidzianą przyjaciółką. Na jej policzku kwitł wielki siniak. Polecono nam czekać cicho na przybycie reszty. Ściana z bali uszczelniona była szarą pastą. U szczytu pokoju stały biurko i czarne krzesło, które zajmowały większość podłogi. Nad biurkiem wisiały portrety Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Josif Wissarionowicz Dżugaszwili. Kazał nazywać się Stalinem, czyli „człowiekiem ze stali”. Odniosłam wrażenie, że patrzy na mnie. Prawą brew miał wyzywająco uniesioną. Patrzyłam na jego sumiaste wąsy i ciemne oczy o twardym wyrazie. Podobizna na portrecie niemal uśmiechała się z wyższością. Czy to celowe? Pomyślałam o artystach, którzy malowali Stalina. Czy byli wdzięczni, że mogą przebywać w jego towarzystwie, czy też przerażeni, że rezultat nie zadowoli modela? Portret wisiał krzywo. Drzwi się otworzyły. Łysy mężczyzna przykuśtykał na złamanej nodze. – Nikomu z was nie przyszło do głowy, żeby mi pomóc! – krzyknął. Komorow, komendant, wmaszerował do środka w otoczeniu enkawudzistów z karabinami. Jasnowłosy strażnik, Krecki, zamykał pochód, niosąc naręcze papierów. W jaki sposób Andrius poznał ich nazwiska? Rozejrzałam się za nim i jego matką. Nie było ich. Komorow zaczął mówić. Wszyscy spojrzeli pytająco na Mamę. Komendant zrobił przerwę i uniósł brew, też na nią patrząc i obracając jak zwykle wykałaczkę na języku. Twarz Mamy się ściągnęła. – Mówi, że przyprowadzono nas tu, byśmy dopełnili formalności – Formalności? – zdziwiła się pani Rimas. – O tej porze? Komorow znów zaczął mówić. Krecki uniósł zapisaną na maszynie kartkę. – Mamy wszyscy podpisać ten dokument – oznajmiła Mama. – O co chodzi? – Wszyscy chcieli wiedzieć. – Są w nim trzy rzeczy – powiedziała Mama i spojrzała na Komorowa. Ten znów zaczął mówić, a gdy przerwał, Mama przetłumaczyła. – Po pierwsze mamy podpisać, że zgadzamy się mieszkać i pracować w tym kołchozie. W pomieszczeniu zrobił się szum. Ludzie odwrócili się do komendanta, gdy ten mówił dalej. Nieznacznie poruszywszy ręką, odsłonił ukryty pod mundurem pistolet. Tłum zamarł. – Po drugie musimy wyrazić zgodę na zapłatę podatku wojennego w wysokości dwustu rubli od osoby, w tym także dzieci.


– Skąd weźmiemy dwieście rubli? – spytał łysy mężczyzna. – Już i tak ukradli nam wszystko, co mieliśmy. Podniósł się gwar. Jeden z enkawudzistów uderzył kilkakrotnie kolbą o biurko. Zapadła cisza. Patrzyłam na Komorowa. Gapił się na Mamę, jak gdyby cieszyło go to, co miał do powiedzenia. Nagle Mama urwała. Jej usta zadrżały. – Eleno, o co chodzi? Jaki jest trzeci punkt? – dopytywała pani Rimas. – W trzecim punkcie przyznajemy, że jesteśmy przestępcami. – Znów na chwilę urwała. – I uznajemy wyrok... dwudziestu pięciu lat ciężkich robót. Małe pomieszczenie rozbrzmiało krzykami i jękami. Ktoś zaczął głośno łapać powietrze. Rozkrzyczany tłum posunął się do przodu w stronę biurka. Enkawudziści unieśli broń i wymierzyli w nas. Mimowolnie otworzyłam usta. Dwadzieścia pięć lat? Mieliśmy być uwięzieni przez ćwierć wieku? To oznaczało, że kiedy nas wypuszczą, będę starsza niż teraz Mama. Wyciągnęłam rękę ku Jonasowi, żeby złapać równowagę. Ale go nie było. Przewrócił się u moich stóp. Nie mogłam swobodnie oddychać. Pokój zaczął zamykać się wokół mnie. Osuwałam się w panikę. – Cisza! – krzyknął ktoś. Wszyscy się odwrócili. Głos należał do siwowłosego mężczyzny z zegarkiem. – Uspokójcie się – powiedział wolno. – Histeria w niczym nam nie pomoże. Nie będziemy w stanie jasno myśleć, jeśli ulegniemy panice. Wystraszymy tylko dzieci. Spojrzałam na dziewczynkę z lalką. Uczepiła się matczynej sukni, a po jej posiniaczonej twarzyczce lały się łzy. Mężczyzna ściszył głos i przemówił spokojnie. – Jesteśmy inteligentnymi ludźmi i mamy swoją godność. To dlatego nas deportowali. Jeśli ktoś mnie jeszcze nie zna, nazywam się Aleksandras Lukas. Jestem prawnikiem z Kowna. Tłum ucichł. Mama i ja pomogłyśmy Jonasowi wstać. Komendant Komorow zaczął krzyczeć ze swojego miejsca przy biurku. – Pani Vilkas, proszę powiedzieć komendantowi, że wyjaśniam sytuację naszym przyjaciołom – rzekł pan Lukas. Mama spełniła prośbę. Krecki, jasnowłosy strażnik, gryzł paznokieć kciuka. – Ja nie mam zamiaru niczego podpisywać – oznajmiła panna Grybas. – Na radzie pedagogicznej też nam kazali podpisywać jakiś dokument o rejestracji i proszę, dokąd mnie to zaprowadziło. To właśnie tak zdobyli nazwiska wszystkich nauczycieli do deportacji. – Zabiją nas, jeśli nie podpiszemy – jęknęła zrzędliwa kobieta. – Nie sądzę – zaprzeczył siwowłosy mężczyzna. – Na pewno nie przed zimą. A mamy pierwszy tydzień sierpnia. Jest dużo do zrobienia. Jesteśmy dobrymi, silnymi robotnikami. Uprawiamy dla nich pola, budujemy. Będą korzystać z naszej pracy, przynajmniej do zimy. – On ma rację – wtrącił łysy. – Najpierw zetrą nas na miazgę, a dopiero potem nas zabiją. Kto ma zamiar czekać na to bezczynnie? Ja na pewno nie. – Zastrzelili tę dziewczynę, która urodziła dziecko – wysapała zrzędliwa kobieta. – Zabili Onę, bo straciła głowę – powiedział Lukas. – Wymknęła się spod kontroli. Nas to nie spotka. My jesteśmy inteligentnymi, racjonalnie myślącymi ludźmi. – Więc nie powinniśmy podpisywać? – spytał ktoś. – Nie. Uważam, że trzeba usiąść. Pani Vilkas wyjaśni, że nie jesteśmy gotowi do podpisywania żadnych dokumentów. – Nie jesteśmy gotowi? – powtórzyła pani Rimas.


– Zgadzam się – powiedziała Mama. – Nie możemy jednoznacznie odmówić. I musimy im pokazać, że nie wpadamy w histerię. Utwórzcie trzy rzędy. Enkawudziści wciąż trzymali nas na muszce niepewni, co zrobimy. Usiedliśmy w trzech rzędach przed biurkiem pod portretami radzieckich przywódców. Oniemiali strażnicy wymienili spojrzenia. Siedzieliśmy spokojnie. Odzyskaliśmy odrobinę godności. Objęłam ramieniem Jonasa. – Pani Vilkas, proszę zapytać komendanta Komorowa, jakie są zarzuty – poprosił siwowłosy mężczyzna. Mama przetłumaczyła. Komorow siedział na skraju biurka, kiwając stopą. – Mówi, że skazano nas z artykułu 58 sowieckiego kodeksu karnego za działania kontrrewolucyjne przeciwko ZSRR. – Za to na pewno nie dają dwudziestu pięciu lat – wymamrotał pan Stalas. – Proszę mu powiedzieć, że będziemy dla nich pracować, dobrze pracować, ale że nie jesteśmy jeszcze gotowi, by to podpisać – polecił pan Lukas. Mama przetłumaczyła. – Mówi, że musimy to zrobić teraz. – Nie podpiszę czegoś, co skazuje mnie na dwadzieścia pięć lat – oświadczyła panna Grybas. – Ani ja – stwierdziłam. – To co robimy? – spytała pani Rimas. – Czekamy tu spokojnie, aż każą nam się rozejść – odpowiedział pan Lukas, nakręcając swój zegarek. Tak zrobiliśmy. – Gdzie Andrius? – wyszeptał Jonas. – Nie wiem – odparłam. Słyszałam wcześniej, jak łysy zadaje to samo pytanie. Siedzieliśmy na podłodze biura kołchozu. Co kilka minut Komorow uderzał kogoś w twarz lub kopał, próbując nas zmusić do podpisania. Nikt się nie złamał. Wzdrygałam się z każdym jego krokiem. Czułam strużkę potu na karku i wzdłuż kręgosłupa. Próbowałam trzymać głowę nisko, żeby komendant nie zwrócił na mnie uwagi. Ci, którzy zasnęli, byli bici. Mijały godziny. Siedzieliśmy grzecznie niczym uczniowie przed dyrektorem. Wreszcie Komorow powiedział coś do Kreckiego. – Mówi temu młodemu strażnikowi, żeby przejął dowodzenie – przetłumaczyła Mama. Komorow podszedł do Mamy. Złapał ją za rękę i splunął jej w twarz czymś, co przypominało ostrygę. Potem wyszedł. Mama szybko się wytarła, jak gdyby nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Ale na mnie przeciwnie. Chciałam zgromadzić w ustach całą moją nienawiść i splunąć mu nią między oczy.


37 O ŚWICIE POWIEDZIELI nam, że czas wracać do pracy. Czuliśmy zmęczenie, ale jednocześnie ulgę. Powlekliśmy się do naszej chałupy. Uliuszki już nie było. W środku cuchnęło zepsutymi jajami. Wypiliśmy trochę deszczówki i zjedliśmy kawałek chleba, który Mama zachowała. Moja sukienka wciąż była sztywna od błota, a ręce wyglądały tak, jakby pogryzło je jakieś zwierzę. Z pęcherzy ciekła żółta ropa. Starałam się oczyścić rany deszczówką. Nie zdało się to na nic. Mama wyjaśniła, że muszą mi się wytworzyć zgrubienia. – Staraj się, jak możesz, skarbie – powiedziała. – Poruszaj ręką, tak jakbyś kopała, ale nie naciskaj. Popracuję za ciebie. Wyszliśmy z chaty i skierowaliśmy się na miejsce zbiórki. Z przeciwka szła w naszą stronę pani Rimas; na jej twarzy malował się strach. Wtedy to zobaczyłam: na ścianie biura kołchozu wisiało ciało mężczyzny, miał palik wbity w klatkę piersiową. Jego ręce i nogi były bezwładnie rozrzucone jak u szmacianej lalki. Krew przesączała się przez koszulę i tworzyła kałużę. Na świeżych ranach po kulach ucztowały myszołowy. Jeden dziobał pusty już oczodół. – Kto to? – spytałam. Mama jęknęła, chwyciła mnie i próbowała zasłonić mi oczy. – Napisał list – wyszeptała pani Rimas. Uwolniłam się i minęłam Mamę. Spojrzałam na kartkę papieru obok ciała mężczyzny. Zobaczyłam pismo i bardzo prosty wykres. – Napisał list do partyzantów, litewskich bojowników o wolność. Enkawudziści go przechwycili – wyjaśniła pani Rimas. – Kto im go przetłumaczył? – spytała Mama cicho. Pani Rimas wzruszyła ramionami. Żołądek mi się skurczył na myśl o moich rysunkach. Zrobiło mi się niedobrze i przyłożyłam dłoń do ust. Jasnowłosy strażnik, Krecki, patrzył na mnie. Wyglądał na zmęczonego i złego. Nasz upór pozbawił go snu. Poprowadził nas do przecinki szybciej niż zwykle, krzycząc i poszturchując. Dotarliśmy do wielkiego dołu, który wykopałyśmy poprzedniego dnia. Oceniłam, że zmieściłoby się w nim czterech mężczyzn. Krecki kazał nam kopać obok. Nie mogłam wymazać z pamięci martwego mężczyzny. Jego wykres to było tylko kilka prostych linii. Pomyślałam o moich rysunkach w walizce, realistycznych i pełnych bólu. Musiałam je lepiej ukryć. Wbijając łopatkę w ziemię, ziewałam co chwila. Mama powiedziała, że czas będzie płynął szybciej, jeśli porozmawiamy o rzeczach, które sprawiają nam radość. Że to da nam siłę. – Chcę znaleźć tę wioskę – przyznałam. – Może udałoby nam się kupić tam jedzenie i wysłać listy. – Jak mielibyśmy iść dokądkolwiek, skoro ciągle gonią nas do roboty? – mruknęła zrzędliwa kobieta. – A jeśli nie będziemy pracować, to nie dostaniemy jeść. – Zapytam kobiety, z którą mieszkam – stwierdziła pani Rimas. – Bądź ostrożna – poprosiła Mama. – Nie wiemy, komu ufać. Tęskniłam za Papą. On wiedziałby, kogo można pytać, a od kogo trzeba się trzymać z daleka. Kopałyśmy i kopałyśmy, aż przywieziono wodę. W ciężarówce przyjechał komendant Komorow. Chodził wokół dołów i oglądał je. Dostrzegłam wiadro z wodą. Włosy przykleiły mi się do twarzy. Chciałam zanurzyć głowę w wiadrze i pić. Komorow wywrzeszczał rozkaz.


Krecki poruszył się niepewnie. Komendant powtórzył polecenie. Twarz Mamy przybrała kolor kredy. – Mówi... mamy wejść do pierwszego dołu – powiedziała, ściskając fałdy sukienki. – Po co? – spytałam. Komorow krzyknął i wyciągnął pistolet. Wymierzył w Mamę. Wskoczyła do dołu. Potem wymierzył we mnie. Poszłam jej śladem. Komendant celował dalej, aż wszystkie cztery znalazłyśmy się w wykopie. Zaśmiał się i wydał kolejny rozkaz. – Mamy założyć ręce za głowę. – Och, dobry Boże. – Pani Rimas zadrżała. Komorow obszedł dół, nie spuszczając nas z oka, i ciągle w nas mierząc. Kazał się nam położyć. Wykonałyśmy polecenie. Mama chwyciła mnie za rękę. Spojrzałam w górę. Za toporną sylwetką komendanta niebo jaśniało błękitem. Znów nas okrążył. – Kocham cię, Linko – wyszeptała Mama. – Ojcze nasz, któryś jest w niebie... – zaczęła pani Rimas. STRZAŁ! Trafił w wykop. Wokół naszych głów posypała się ziemia. Pani Rimas krzyknęła. Komorow kazał nam się zamknąć. Chodził w kółko, mamrocząc, że jesteśmy obrzydliwymi świniami. Nagle zaczął skopywać do dołu ziemię z ogromnej usypanej sterty. Śmiał się i kopał coraz szybciej. Czarne ziarenka przysypywały mi stopy, potem sukienkę, wreszcie ramiona. Kopał wściekle, przygniatając nas ziemią i ciągle mierząc w nasze głowy. Jeśli spróbuję usiąść, to mnie zastrzeli. W przeciwnym razie pogrzebie mnie żywcem. Zamknęłam oczy. Poczułam ciężar ziemi na ciele. A w końcu na twarzy. STRZAŁ! Znów sypnęło nam nad głowami. Komorow śmiał się obłąkańczo i zrzucał na nas ziemię. Zakrywała mi już nos. Otworzyłam usta, żeby nabrać powietrza, i zakrztusiłam się. Komendant zarechotał i zaczął kaszleć, jak gdyby starając się odzyskać równowagę po niekontrolowanym wybuchu. Krecki coś do niego powiedział. STRZAŁ! Potem wszystko ucichło. Leżałyśmy pogrzebane we własnoręcznie wykopanym dole. Usłyszałam stłumiony warkot odjeżdżającej ciężarówki. Nie byłam w stanie otworzyć oczu. Poczułam, jak Mama ściska moją dłoń. Żyła. Oddałam uścisk. Potem dobiegł nas głos Kreckiego. Mama usiadła i zaczęła gorączkowo ścierać ziemię z mojej twarzy. Podciągnęła mnie. Przytuliłam ją i nie chciałam puścić. Pani Rimas odkopała zrzędliwą kobietę, która rzęziła i kaszlała. – Już dobrze, kochanie – szepnęła Mama, kołysząc mnie w ramionach. – Chciał nas tylko wystraszyć. Zależy mu, żebyśmy podpisali te dokumenty. Nie mogłam płakać. Nie byłam w stanie nawet wydusić z siebie słowa. – Dawaj – powiedział Krecki łagodnie i wyciągnął rękę. Spojrzałam na niego. Zawahałam się. Pochylił się bardziej. Złapałam jego przedramię, a on chwycił moje. Podparłam się stopą i pozwoliłam się wyciągnąć. Stanęłam z nim twarzą w twarz. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. – Wyciągnijcie mnie stąd! – krzyknęła zrzędliwa kobieta. Spojrzałam w kierunku, w którym odjechała ciężarówka. Krecki znów kazał nam kopać. Przez resztę dnia nikt się już nie odezwał.


38 – CO SIĘ STAŁO? – spytał Jonas, kiedy wróciłyśmy do chałupy. – Nic takiego, skarbie. Jonas patrzył po nas, szukając odpowiedzi. – Jesteśmy zmęczone – dodała Mama z uśmiechem. – Tak, dosłownie wykończone – zawtórowałam. Jonas gestem zaprosił nas na posłanie. W czapce miał trzy duże ziemniaki. Przyłożył palec do ust, żeby powstrzymać nasze okrzyki zdumienia; nie chciał, żeby Uliuszka odebrała je w ramach czynszu. – Skąd je wytrzasnąłeś? – wyszeptałam. – Dziękujemy, skarbie – powiedziała Mama. – Tak sobie myślę, że mamy dość deszczówki na pyszną kartoflankę. Wyciągnęła z walizki płaszcz. – Zaraz wracam. – Dokąd idziesz? – spytałam. – Zanieść jedzenie panu Stalasowi. Zajrzałam do walizki i pomyślałam o mężczyźnie zadźganym pod biurem kołchozu. Moje rysunki były na miejscu. Podszewkę na dnie przytrzymywały zatrzaski. Wyrwałam każdy szkic i zapisaną kartkę z bloku papeterii, wsunęłam pod tkaninę i zamocowałam ją z powrotem. W ten sposób musiałam ukrywać wiadomości do Papy, aż wymyślę, jak je wysłać. Pomogłam Jonasowi nastawić wodę, a potem doznałam olśnienia. Panna Grybas nie dała nam dzisiaj buraków, a Mama nie wzięła żadnego ziemniaka. Skoro tak, to czym karmiła łysego? Wyszłam i ruszyłam między chaty. Nagle skryłam się za rogiem. Mama rozmawiała z Andriusem pod chałupą łysego mężczyzny. Nie miała już płaszcza. Nie słyszałam ich rozmowy. Andrius wyglądał na zatroskanego. Dyskretnie przekazał Mamie jakieś zawiniątko. Poklepała go po ramieniu. Andrius odwrócił się, by odejść. Schowałam się za chatą. Kiedy Mama mnie minęła, zaczęłam go śledzić. Andrius szedł między budynkami. Trzymałam się z tyłu, zbliżając się tylko na tyle, żeby wiedzieć, dokąd zmierzał. Dotarłszy na skraj obozu, skierował się do dużego domu z bali. Zatrzymał się i rozejrzał. Schowałam się za rogiem. Wyglądało na to, że wszedł do budynku od tyłu. Podkradłam się bliżej i ukryłam za krzakiem. Zmrużyłam oczy, i zajrzałam przez okno. Wokół stołu siedziało kilku enkawudzistów. Obejrzałam się na tył budynku. Nie, Andrius nie mógł przecież wejść do siedziby NKWD. Zamierzałam właśnie ruszyć za nim, gdy wtem zobaczyłam panią Arvydas. Przez okno widziałam, jak wnosi do pomieszczenia tacę ze szklankami. Włosy miała czyste i ułożone, ubranie odprasowane, a na twarzy makijaż. Z uśmiechem rozdała napoje enkawudzistom. Andrius i jego matka pracowali dla Sowietów.


39 ZAMIAST CIESZYĆ SIĘ kartoflanką, cały wieczór myślałam tylko o Andriusie. Jak mógł to zrobić? Dlaczego dla nich pracował? Czy mieszkał w tamtym budynku? To my leżymy w tej norze, a Andrius wyleguje się w łóżku – sowieckim łóżku! Wierciłam się na kłującej słomie, wbijając wzrok w zardzewiały sufit. – Mamo, pozwolą nam dziś spać czy każą nam iść do biura podpisać papiery? – spytał Jonas. – Nie wiem – odpowiedziała Mama i odwróciła się do mnie. – Andrius dał mi ten smaczny chleb, który jedliśmy do zupy. Jest bardzo odważny, że tak się dla nas naraża. – O tak – mruknęłam. – Bardzo odważny. – O co ci chodzi? – spytał Jonas. – Przecież jest odważny. Codziennie przynosi nam jedzenie. – Na pewno wygląda na dobrze odżywionego, prawda? Wydaje mi się nawet, że przybiera na wadze – rzuciłam. – Powinnaś się z tego cieszyć – oznajmiła Mama. – Powinnaś się cieszyć, że nie każdy chodzi tak wygłodzony jak my. – Tak. Jestem bardzo zadowolona, że enkawudziści nie są głodni. W przeciwnym razie skąd mieliby siłę, żeby grzebać nas żywcem – mruknęłam. – Co? – zdziwił się Jonas. Uliuszka krzyknęła, żebyśmy się zamknęli. – Cicho, Lino. Zmówmy modlitwę i podziękujmy za ten wspaniały posiłek. Pomódlmy się, żeby ojcu też niczego nie brakowało. Przespaliśmy całą noc. Rankiem Krecki powiedział Mamie, że dołączymy do pozostałych kobiet na polach buraczanych. Byłam zachwycona. Zgarbione pracowałyśmy pośród długich zielonych rzędów buraków cukrowych, okopując je motykami bez trzonków. Panna Grybas zrobiła nam wykład o tempie pracy. Opowiedziała, jak pierwszego dnia ktoś oparł się na motyce, by otrzeć czoło. To wystarczyło Sowietom, żeby odciąć trzonki. Zrozumiałam, jak trudno było pannie Grybas kraść dla nas buraki. Uzbrojeni strażnicy trzymali wartę i chociaż wydawało się, że bardziej interesują ich papierosy i dowcipy, to jednak schowanie buraka w bieliźnie nie było łatwym zadaniem. Łup wystawał jak dodatkowa kończyna. Tego wieczora nie zgodziłam się zanieść jedzenia panu Stalasowi. Powiedziałam Mamie, że źle się czuję i muszę odpocząć. Tak naprawdę nie mogłam się zmusić, by spojrzeć na Andriusa. Był zdrajcą. Opychał się sowieckim żarciem, jedząc z tej samej ręki, która co dnia nas dusiła. – Ja zaniosę jedzenie panu Stalasowi – zaoferował się kilka dni później Jonas. – Lino, pójdź z nim – poleciła Mama. – Nie powinien iść sam. Zrobiłam, jak kazała. Przed wejściem czekał Andrius. – Cześć – powiedział. Zignorowałam go, zostawiłam Jonasa pod drzwiami i weszłam do środka z burakami. Łysy mężczyzna stał o własnych siłach. – No proszę. Gdzie byliście? – mruknął oparty o ścianę. Zauważyłam płaszcz Mamy na posłaniu ze słomy. – Rozczarowany, że ciągle żyję? – spytałam, podając mu buraki. – Kiepski dziś humorek? – odpowiedział pytaniem. – Czy tylko panu wolno być niezadowolonym? Mam wszystkiego powyżej uszu. Obrzydło mi życie w strachu. – Ha! Ich nie obchodzi, czy podpiszemy – oświadczył łysy. – Myślisz, że naprawdę


potrzebują naszych podpisów, żeby robić to, co robią? Stalin chce złamać naszą wolę. Nie rozumiesz? On wie, że jeśli podpiszemy te papierzyska, będzie to oznaczać, że się poddaliśmy. Że nas rozdeptał. – Skąd pan wie? Machnął ręką. – Nie do twarzy ci ze złością – stwierdził. – Idź już. Wyszłam z chaty. – Chodźmy, Jonas. – Czekaj – szepnął mój brat, nachylając się do mnie. – Przyniósł nam salami. Skrzyżowałam ręce na piersi. – Chyba ma alergię na uprzejmość – powiedział Andrius. – Mam alergię na coś innego. Skąd je wziąłeś? – spytałam. Andrius patrzył na mnie dłuższą chwilę. – Jonas, zostaw nas na moment – poprosił wreszcie. – Nie, on nie może nas zostawić. Mama nie chce, żeby chodził sam. Tylko dlatego tu przyszłam. – Poradzę sobie. – Jonas odwrócił się i odszedł. – Czyli to teraz jadasz – wycedziłam pogardliwie. – Sowieckie salami? – Kiedy mam okazję. – Wyjął papierosa i zapalił. Zmężniał, jego ramiona nabrały mięśni. Zaciągnął się i wydmuchał dym nad naszymi głowami. – I jeszcze papierosy – skomentowałam. – Dobrze ci się śpi w łóżku, w tamtym sowieckim budynku? – Nie wiesz, o czym mówisz – rzucił. – Doprawdy? Nie wyglądasz na zmęczonego ani głodnego. Nie zaciągnięto cię do biura kołchozu w środku nocy, nie skazano na dwadzieścia pięć lat. Donosisz im o wszystkich naszych rozmowach? – Myślisz, że szpieguję? – Komorow zaproponował Mamie szpiegowanie i donoszenie. Odmówiła. – Nie masz o niczym pojęcia. – Twarz Andriusa poczerwieniała. – Czyżby? – Nic nie rozumiesz. – Nie widziałam, żeby twoja matka pracowała w polu... – Nie – uciął Andrius, nachylając się do mojej twarzy. – A wiesz dlaczego? – Żyła na skroni mu pulsowała. Poczułam na czole jego oddech. – Tak, bo... – Bo zagrozili, że mnie zabiją, jeśli nie pójdzie z nimi do łóżka. A kiedy się nią znudzą, może rzeczywiście mnie zastrzelą. Ciekawe, jak byś się czuła, gdyby twoja mama musiała się sprzedawać, żebyś ty mogła żyć? Szczęka mi opadła. Zaczął wyrzucać z siebie słowa. – Jak myślisz, co czułby mój ojciec, gdyby o tym wiedział? Co czuje moja mama, śpiąc z ludźmi, którzy zabili jej męża? Twoja nie zdecydowała się dla nich tłumaczyć, ale jak ci się wydaje, co by zrobiła, gdyby twojemu bratu przyłożyli nóż do gardła? – Andrius... – Nie masz o tym zielonego pojęcia! Nie wiesz, jak bardzo siebie nienawidzę za to, że mama musi przeze mnie to przeżywać, jak codziennie myślę o samobójstwie, które pozwoli jej odzyskać wolność. Ale zamiast tego razem z mamą wykorzystujemy nasze nieszczęście, żeby


pomóc innym. Ale ty tego nie rozumiesz! Jesteś zbyt wielką egoistką. Biedactwo, musisz cały dzień kopać ziemię! Zachowujesz się jak rozpuszczony dzieciak, i tyle. Odwrócił się i odszedł.


40 SŁOMA KŁUŁA MNIE w policzek. Jonas już dawno zasnął. Przy każdym jego oddechu rozlegał się cichy świst. Przewróciłam się na drugi bok. – On się tak stara – powiedziała Mama. – Przecież śpi – odparłam. – Mówię o Andriusie. On się stara, a ty mu utrudniasz. Mężczyźni nie zawsze potrafią się zachować. – Mamo, nie rozumiesz. – Widzę, że nie jesteś sobą – ciągnęła, ignorując mnie. – Jonas mówił mi, że byłaś niemiła wobec Andriusa. Postąpiłaś niesprawiedliwie. Niektórzy ludzie niezgrabnie wyrażają sympatię. Jest ona jednak wtedy bardziej szczera niż to, co czytasz w książkach o tych wszystkich wspaniałych mężczyznach. Twój ojciec postępował bardzo niezręcznie. Łza spłynęła mi po policzku. Mama cicho zaśmiała się do wspomnień. – Powiedział, że zauroczyłam go, kiedy tylko mnie zobaczył, ale wiesz, jak to naprawdę wyglądało? Próbował do mnie zagadać i spadł z drzewa. Zleciał z dębu i złamał rękę. – Mamo, to nie tak – wtrąciłam. – Kostas – westchnęła. – Był tak niezgrabny, ale zarazem tak szczery. Czasami w niezgrabności kryje się wiele piękna. Jest miłość i uczucie, które ktoś chce wyrazić, ale w danej chwili po prostu nie potrafi. Rozumiesz? – Mmm. – Próbowałam zdusić łzy. – Dobrzy mężczyźni są często bardziej praktyczni niż przystojni. Andrius jest i taki, i taki. Nie mogłam zasnąć. Za każdym razem, gdy zamykałam oczy, widziałam, jak na mnie mruga, jak jego piękna twarz zbliża się do mojej. Czułam zapach jego włosów. – Nie śpisz? – szepnęłam. Joana odwróciła się do mnie. – Jest zbyt gorąco, żeby spać – powiedziała. – W głowie mi się kręci. On jest taki... przystojny. Zachichotała, wsuwając ręce pod poduszkę. – I do tego tańczy nawet lepiej niż jego starszy brat. – Jak wyglądaliśmy razem? – spytałam. – Jakbyście się świetnie bawili. Wszyscy to widzieli. – Nie mogę się doczekać jutra, kiedy znów go zobaczę – westchnęłam. – On jest idealny. Nazajutrz po obiedzie pobiegłyśmy do domku uczesać włosy. Wychodząc, prawie wpadłam na Jonasa. – Gdzie idziesz? – spytał z głupia frant. – Przejść się – rzuciłam, pędząc za Joaną. Szłam najszybciej, jak potrafiłam, starając się nie biec. Uważałam, by nie pomiąć rysunku, który trzymałam w dłoni. Postanowiłam go namalować, kiedy nie mogłam zasnąć. Portret wyszedł tak świetnie, że Joana poradziła mi, abym mu go dała. Zapewniała, że mój talent zrobi na nim wrażenie. Jego brat wybiegł do Joany na ulicę. – Witaj, piękna nieznajoma – powiedział, uśmiechając się do niej. – Cześć – odparła. – Cześć, Lino. Co tam masz? – spytał, wskazując kartkę. Joana obejrzała się na sklep z lodami. Ominęłam ją, żeby poszukać jego.


– Lino – szepnęła, wyciągając rękę, żeby mnie zatrzymać. Ale było już za późno. Ujrzałam to, co miałam ujrzeć. Mój książę otaczał ramieniem rudowłosą dziewczynę. Śmiali się swobodnie, jedząc razem lody. Nogi się pode mną ugięły. – Zapomniałam czegoś – szepnęłam, cofając się. Spoconymi palcami zmięłam portret. – Zaraz wrócę. – Idę z tobą – rzuciła Joana. – Dam sobie radę – odparłam z nadzieją, że plamy czerwieni, które czułam na szyi, nie są widoczne. Próbowałam się uśmiechnąć, ale usta mi drżały. Odwróciłam się i odeszłam, starając się nie dać nic po sobie poznać, dopóki nie oddalę się na bezpieczną odległość. Zaciskałam zęby, ale to nie powstrzymało łez. Przystanęłam i oparłam się o kosz na śmieci. – Lino. – Joana do mnie podbiegła. – Dobrze się czujesz? Skinęłam głową, a potem rozwinęłam zmięty portret jego przystojnej twarzy. Podarłam go i wyrzuciłam. Strzępy uciekły mi z dłoni i rozwiały się po ulicy. Chłopcy to idioci. Wszyscy chłopcy.


41 ZBLIŻAŁA SIĘ JESIEŃ. NKWD wymagało od nas coraz więcej. Wystarczyło się potknąć, żeby zmniejszyli przydział chleba. Mama mogła objąć moje przedramię palcami jednej dłoni. Brakowało mi już łez. Czułam potrzebę płaczu, ale oczy tylko piekły. Trudno było wyobrazić sobie, że w Europie toczy się wojna. Toczyliśmy własną, wiedząc, że w każdej chwili enkawudziści mogą wybrać i wrzucić do dołu kolejną ofiarę. Lubili nas bić i kopać. Pewnego ranka przyłapali starszego mężczyznę na jedzeniu buraka. Na naszych oczach strażnik wyrwał mu obcęgami przednie zęby. Co drugą noc budzili nas, żebyśmy podpisali wyroki na samych siebie. Nauczyliśmy się siedzieć przed biurkiem Komorowa i spać z otwartymi oczami. Potrafiłam uciekać enkawudzistom, siedząc z nimi twarzą w twarz. Moja nauczycielka rysunku mawiała, że wystarczy głęboko oddychać i wyobrażać sobie jakieś miejsce, by się tam znaleźć. Można było je ujrzeć, poczuć. Podczas naszych zmagań z NKWD nauczyłam się to robić. Kiedy zapadała cisza, zatapiałam się w swoich dawnych marzeniach. Na muszce karabinu chwytałam się każdej nadziei i oddawałam marzeniom w najgłębszej głębi serca. Komorow myślał, że nas torturuje, ale tak naprawdę uciekaliśmy w bezruch, jaki w nas panował. Tam odnajdywaliśmy moc. Nie wszyscy to potrafili. Niektórzy stawali się niespokojni, wyczerpani, poddawali się. – Zdrajcy! – cedziła panna Grybas przez zaciśnięte zęby. Ludzie spierali się o tych, którzy podpisali. Pierwszej nocy, kiedy ktoś złożył swój podpis, byłam wściekła. Mama powiedziała, że osobie, którą zepchnięto z krawędzi własnej tożsamości, należy współczuć. Ale nie potrafiłam im współczuć, nie mogłam zrozumieć. Idąc co rano na pole, byłam w stanie przewidzieć, kto tym razem podpisze. Ich twarze wyrażały nadciągającą klęskę. Mama też to widziała. Rozmawiała wtedy z taką osobą, pracując obok, żeby podnieść ją na duchu. Czasami pomagało, często nie. Wieczorami rysowałam portrety tych, którzy podpisali, i pisałam, jak NKWD ich złamało. Postępowanie enkawudzistów tylko spotęgowało mój opór. Jak mogłam poddać się ludziom, którzy pluli mi w twarz i dręczyli mnie każdego dnia? Co by mi zostało, gdybym oddała szacunek do samej siebie? Zastanawiałam się, co się stanie, jeżeli będziemy ostatnimi, którzy nie podpiszą. Łysy mężczyzna zrzędził, że nie wolno nikomu ufać. Każdego oskarżał o szpiegowanie. Zaufanie między ludźmi zanikało, zaczęto kwestionować wzajemnie swoje motywy, pojawiły się wątpliwości. Pomyślałam o Papie i jego ostrzeżeniach dotyczących rysowania. Dwie noce później zrzędliwa kobieta podpisała dokumenty. Nachyliła się nad biurkiem z piórem w trzęsącej się dłoni. Pomyślałam, że jeszcze zmieni decyzję, ale nagle naskrobała coś i rzuciła pióro. Tak skazała siebie i swoje córki na dwadzieścia pięć lat. Patrzyliśmy na nią. Mama przygryzła wargę i spuściła wzrok. Kobieta zaczęła krzyczeć, że jesteśmy imbecylami, że i tak wszyscy umrzemy, więc warto wcześniej przynajmniej się najeść. Jedna z jej córek uderzyła w płacz. Tej nocy narysowałam twarz o wykrzywionych rezygnacją ustach. Zmarszczki na czole kobiety uginały się pod ciężarem złości i dezorientacji. Mama i pani Rimas łaknęły strzępów informacji o mężczyznach albo wojnie. Andrius przekazywał wiadomości Jonasowi. Mnie ignorował. Mama pisała listy do Papy, chociaż nie wiedziała, dokąd je wysłać. – Gdybyśmy tylko zdołały dotrzeć do tamtej wioski – powiedziała pani Rimas pewnego wieczora w kolejce po przydział chleba. – Nadałybyśmy listy. Ludzie, którzy podpisali wyroki, mogli chodzić do wioski. My nie. – Tak. Musimy tam się dostać – stwierdziłam, myśląc o skontaktowaniu się z Papą.


– Wyślijcie te dziwkę Arvydas – rzucił łysy. – Ona potrafi zrobić wszystko. Pewnie po rosyjsku radzi sobie już całkiem dobrze. – Jak pan śmie! – krzyknęła pani Rimas. – Stary wstręciuchu! Naprawdę myślisz, że ona chce z nimi spać?! – krzyknęłam. – Od tego zależy życie jej syna! Jonas zwiesił głowę. – Powinien pan współczuć pani Arvydas – upomniała go Mama. – Tak jak my współczujemy panu. Dzięki Andriusowi i niej nie umarliśmy jeszcze z głodu. Jak można być tak niewdzięcznym... – W takim razie musicie skaptować tę zrzędliwą krowę, która podpisała. – Łysy wzruszył ramionami. – Przekupcie ją, żeby nadała wasze listy. Wszyscy napisaliśmy listy, które Mama planowała wysłać do pewnej dalekiej krewnej mieszkającej na wsi. Mieliśmy nadzieję, że Papa zrobił to samo. Nie mogliśmy podać naszych imion ani żadnych konkretów. Wiedzieliśmy, że Sowieci będą to czytać. Napisaliśmy, że czujemy się świetnie, dobrze się bawimy i uczymy pożytecznych rzeczy. Narysowałam portret Babci i napisałam: „Pozdrowienia od Babci Ałtaj” obok mojego niewyraźnego podpisu. Papa na pewno rozpozna twarz, mój podpis i słowo „Ałtaj”. Miałam nadzieję, że NKWD się to nie uda.


42 MAMA MIAŁA TRZY srebrne sztućce zaszyte w płaszczu. Przechowywała je od czasu deportacji. – Prezenty ślubne – wyjaśniła. – Od rodziców. Dała łyżeczkę zrzędliwej kobiecie w zamian za nadanie listów oraz zdobycie przydatnych drobiazgów i przyniesienie ze wsi wiadomości. Kobieta się zgodziła. Łysy powiedział Mamie o tajnym pakcie między Rosją i Niemcami. Litwa, Łotwa, Estonia, Polska i inne kraje zostały podzielone między Hitlera i Stalina. Narysowałam ich obu, jak dzielą się państwami niczym dzieci zabawkami: Polska dla ciebie, Litwa dla mnie. Czy dla nich była to zabawa? Pan Stalas mówił też, że Hitler zerwał układ ze Stalinem, że tydzień po naszym aresztowaniu Niemcy zaatakowały Rosję. Kiedy spytałam Mamę, skąd łysy wie o pakcie, odparła, że nie ma pojęcia. Co się stało z naszym domem i majątkiem od czasu deportacji? Czy Joana i inni krewni wiedzieli, co zaszło? Może nas szukali? Cieszyłam się, że Hitler wyparł Stalina z Litwy, ale co teraz tam robił? – Nie ma nikogo gorszego od Stalina – ogłosił jeden z mężczyzn przy stole w salonie. – To czyste zło. – Nie chodzi o to, co jest gorsze albo lepsze – powiedział Papa cicho. Wychyliłam się zza rogu, żeby lepiej słyszeć. – Ale Hitler nas nie wykorzeni. – Was może nie, ale co z nami, Żydami? – spytał doktor Seltzer, przyjaciel ojca. – Słyszeliście, co się dzieje. Pod rządami Hitlera Żydzi muszą nosić opaski na ramieniu. – Martin ma rację – przytaknął ojciec. – Hitler zakłada w Polsce system gett. – System? Tak to nazywasz, Kostasie? Zamknął setki tysięcy ludzi w Łodzi i jeszcze więcej odgrodził w Warszawie. – W głosie doktora Seltzera słychać było rozpacz. – Źle się wyraziłem. Przepraszam, Martinie – przyznał Papa. – Chodzi mi o to, że mamy do czynienia z dwoma diabłami chcącymi rozpętać piekło. – Ale nie da się zachować neutralności ani niezależności – zaprotestował ktoś inny. – Lino – szepnęła Mama, chwytając mnie za kołnierz. – Idź do swojego pokoju. Nie opierałam się. Ciągłe gadanie o polityce mnie nudziło. Słuchałam tylko po to, żeby potem rysować. Usiłowałam przedstawiać wyraz twarzy rozmówców na podstawie samego tonu ich głosu. Teraz usłyszałam już dość, by sportretować doktora Seltzera. Jonas nadal pracował z dwiema Syberyjkami, szyjąc buty. Polubiły go. Wszyscy uwielbiali mojego brata za miłe usposobienie. Kobiety doradziły mu, żeby zrobił buty na zimę. Patrzyły przez palce, kiedy odkładał sobie skrawki skóry. Jonas uczył się rosyjskiego znacznie szybciej ode mnie. Rozumiał duże fragmenty rozmów, potrafił nawet posługiwać się slangiem. Ciągle musiałam go prosić, żeby mi tłumaczył. Nie znosiłam dźwięku ruszczyzny.


43 PRACOWAŁAM OBOK MAMY na polu buraków, kiedy tuż przy mnie pojawiły się czarne buty. Krecki. Jasne włosy miał zaczesane na bok, kosmyki spadały mu na czoło. Zastanawiałam się, w jakim mógł być wieku. Nie wyglądał na dużo starszego od Andriusa. – Vilkas – rzucił. Mama podniosła wzrok. Powiedział coś po rosyjsku zbyt szybko, żebym zrozumiała. Mama spuściła głowę, a potem znowu podniosła i krzyknęła w kierunku zgromadzonych na polu ludzi. – Szukają kogoś, kto potrafi rysować! Skamieniałam. Musieli znaleźć moje rysunki. – Czy ktoś z was rysuje? – pytała Mama, osłaniając oczy dłonią i rozglądając się po polu. Co ona wyprawia? Nikt nie odpowiadał. Krecki zmrużył oczy i spojrzał na mnie. – Zapłacą dwa papierosy za skopiowanie mapy i fotografii... – Ja to zrobię – odpowiedziałam szybko, rzucając motykę. – Lino, nie. – Mama złapała mnie za ramię. – Skopiuję mapę – szepnęłam. – Może dowiemy się czegoś o wojnie albo o mężczyznach. I nie będę musiała pracować w polu. Pomyślałam, że mogłabym dać jednego papierosa Andriusowi. Chciałam go jakoś przeprosić. – Pójdę z nią – powiedziała Mama po rosyjsku. – Niet! – krzyknął Krecki i chwycił moją rękę. – Dawaj! – wrzasnął i pociągnął mnie za sobą. Kiedy wlókł mnie przez pole, walczyłam z bólem ramienia, ale gdy tylko znaleźliśmy się wystarczająco daleko, zwolnił uścisk. Szliśmy w milczeniu w kierunku biura kołchozu. Z naprzeciwka nadchodziło dwóch enkawudzistów. Jeden z nich krzyknął coś do Kreckiego, który spojrzał na nich, a potem na mnie. W jego postawie coś się zmieniło. – Dawaj! – krzyknął i uderzył mnie w twarz. Zapiekło. Nieoczekiwany cios sprawił, że głowa poleciała mi w bok. Dwóch strażników zbliżyło się i patrzyło bacznie. Kiedy Krecki nazwał mnie faszystowską świnią, roześmiali się. Jeden z nich spytał o ogień. Krecki zapalił mu papierosa. Enkawudzista zbliżył swoją twarz do mojej, mruknął coś po rosyjsku i dmuchnął mi dymem w twarz. Zakaszlałam. Wymierzył żarzący się papieros w mój policzek. Szparę między siekaczami miał zbrązowiałą, wargi spierzchnięte. Postąpił krok w tył, otaksował mnie wzrokiem i skinął głową. Serce mi waliło. Krecki zaśmiał się i klepnął strażnika w ramię. Drugi enkawudzista uniósł brwi, zrobił wulgarny gest palcami, a potem zaśmiał się i odeszli we dwójkę. Policzek mnie palił. Krecki spuścił ramiona, cofnął się i zapalił papierosa. – Vilkas – powiedział, potrząsając głową i wydmuchując dym kącikiem ust. Zaśmiał się, złapał mnie za ramię i powlókł do biura. Na co ja się zgodziłam?


44 USIADŁAM PRZY STOLE w biurze kołchozu. Strzepnęłam dłońmi, mając nadzieję, że przestaną drżeć. Przede mną po lewej leżała mapa, a po prawej – fotografia. Ta pierwsza przedstawiała Syberię, druga – jakąś rodzinę. Wokół głowy mężczyzny na zdjęciu narysowano czarną ramkę. Enkawudzista przyniósł papier i pudełko pełne piór, ołówków i przyborów do szkicowania. Dotknęłam ich palcami. Poczułam tęsknotę, żeby wykorzystać je we własnych rysunkach. Krecki wymownym gestem wskazał mapę. Widywałam mapy w szkole, ale żadna nie interesowała mnie tak jak ta. Miałam przed sobą Syberię, której ogrom wstrząsnął mną do głębi. Gdzie znajdowaliśmy się my, gdzie Papa? Przyjrzałam się szczegółom rysunku. Krecki ze zniecierpliwieniem uderzył pięścią w stół. Kiedy rysowałam, stało nade mną kilku mundurowych. Przeglądali teczki, wskazywali coś na mapie. W teczkach znajdowały się papiery i fotografie. Rysując, starałam się zapamiętać lokalizacje miast. Chciałam móc je później odtworzyć. Kiedy tylko skończyłam z mapą, większość enkawudzistów wyszła. Krecki szeleścił papierami, popijając kawę, podczas gdy ja rysowałam mężczyznę na fotografii. Zamknęłam oczy i wciągnęłam w nozdrza niesamowity zapach napoju. W izbie było ciepło jak w naszej kuchni. Kiedy uniosłam powieki, Krecki patrzył prosto na mnie. Odstawił kawę na stolik i przyjrzał się rysunkowi. Patrzyłam na wyłaniającą się z papieru twarz mężczyzny. Miał jasne oczy i ciepły uśmiech. Jego usta były rozluźnione i spokojne, a nie zaciśnięte jak wargi panny Grybas czy łysego mężczyzny. Ciekawiło mnie, kim był – czyżby Litwinem? Pomyślałam, że mogłabym stworzyć coś, na co jego żona i dzieci chciałyby patrzeć. Gdzie znajdował się ten człowiek, dlaczego Sowietom tak na nim zależało? Tusz z rysika płynął równomiernie. Przydałby mi się. Kiedy Krecki się obrócił, strąciłam rysik na kolana i przysunęłam się do stołu. Potrzebowałam czegoś, żeby właściwie oddać włosy. Zanurzyłam palec w kawie Kreckiego, nabierając na czubek fusy. Maznęłam nimi drugą dłoń i rozmazałam brąz po skórze. Barwa pozwoliła mi uchwycić fakturę włosów mężczyzny. Prawie. Nachyliłam się i roztarłam grudkę małym palcem. Dała się ładnie, równomiernie rozprowadzić. Idealnie. Usłyszałam kroki. Dwa papierosy spadły na stół. Obróciłam się zaskoczona. Za mną stał komendant. Na jego widok ścierpła mi skóra na rękach i karku. Przycisnęłam się do stołu, próbując ukryć rysik na kolanach. Uniósł pytająco brwi, błysnął spod wargi złotym zębem. – Skończyłam. – Podałam mu rysunek. – Da – powiedział, kiwając głową. Językiem obracał wykałaczkę.


45 ZAGŁĘBIŁAM SIĘ MIĘDZY pogrążone w ciemności chałupy, zmierzając w kierunku budynku NKWD na tyłach obozu. Zza cienkich ścian dobiegały głosy. Szłam szybko wzdłuż szpaleru drzew, co chwila sprawdzając, czy w kieszeni mam papierosy i rysik. Zatrzymałam się za drzewem. W porównaniu z naszymi barakami kwatery NKWD wyglądały niczym hotel. Lampy naftowe płonęły jasno. Grupa enkawudzistów siedziała na werandzie, grając w karty i pijąc z jednej flaszki. Zakradłam się pomiędzy cienie na tyłach budynku. Usłyszałam coś – płacz, szepty po litewsku. Skręciłam za róg. Na skrzynce siedziała pani Arvydas. Ramiona drżały jej do wtóru łkań. Andrius klęczał przed nią, trzymając ją za ręce. Zbliżyłam się. Poderwał gwałtownie głowę. – Lina? Czego chcesz? – Pani Arvydas... czy wszystko w porządku? Odwróciła głowę. – Odejdź stąd – warknął Andrius. – Mogę jakoś pomóc? – spytałam. – Nie. – Czy jestem w stanie coś zrobić? – naciskałam. – Powiedziałem, żebyś sobie poszła. – Andrius wstał. Nie poruszyłam się. – Przyszłam, żeby dać ci... – Sięgnęłam do kieszeni po papierosy. Pani Arvydas spojrzała w moim kierunku. Makijaż razem ze łzami spływał po krwawym obrzęku na policzku. Co oni jej zrobili? Poczułam, że papierosy mną mi się w palcach. Andrius patrzył bez słowa. – Przepraszam. – Głos mi się załamał. – Bardzo przepraszam. Odwróciłam się szybko i puściłam biegiem. Przed moimi oczami pojawiły się obrazy i zlały w jedno: Uliuszka szczerzy żółte zęby, Ona leży na ziemi z otwartym jednym martwym okiem, strażnik podchodzi do mnie, wydmuchując dym. „Dość, Lino”. Poobijana twarz Papy spogląda na mnie przez otwór, trupy leżą obok torów, komendant wyciąga rękę w kierunku moich piersi. „Dość!”. Nie mogłam. Pobiegłam do naszej chaty. – Lino, co się stało? – spytał Jonas. – Nic! Chodziłam w tę i we w tę po izdebce. Nienawidziłam tego obozu. Dlaczego tu byliśmy? Nienawidziłam komendanta. Nienawidziłam Kreckiego. Uliuszka zaczęła ględzić i tupać na mnie, żebym usiadła. – Zamknij się, wiedźmo! – wrzasnęłam. Sięgnęłam do walizki. Trafiłam dłonią na kamień od Andriusa. Wzięłam go. Przyszło mi do głowy, żeby rzucić nim w Uliuszkę. Ale zamiast tego spróbowałam go zmiażdżyć. Nie miałam siły. Włożyłam kamień do kieszeni i chwyciłam papier. Na tyłach chałupy znalazłam odrobinę światła. Przyłożyłam ukradziony rysik do kartki i zaczęłam kreślić krótkie, ostre linie. Wzięłam głęboki oddech. Moje ruchy stały się płynne. Z kartki zaczęła wyłaniać się pani Arvydas, jej długa szyja, pełne usta. Rysując, myślałam o Munchu i jego teorii, że cierpienie, miłość i rozpacz to ogniwa nieskończonego łańcucha. Oddychałam wolniej. Wycieniowałam jej gęste kasztanowe włosy zakreślające łagodny łuk wokół twarzy; na policzku widniał duży siniec. Przerwałam na chwilę i obejrzałam się, by sprawdzić, czy na pewno jestem sama. Narysowałam jej makijaż wymieszany ze łzami.


W lśniących oczach uwieczniłam odbicie komendanta stojącego z zaciśniętą pięścią. Kiedy skończyłam, odetchnęłam i strzepnęłam dłonie. Wróciłam do chaty i ukryłam rysik oraz rysunek w walizce. Jonas siedział na podłodze, poruszając nerwowo kolanem. Uliuszka chrapała w najlepsze. – Gdzie Mama? – spytałam. – Zrzędliwa kobieta wybrała się dziś do wsi – wyjaśnił. – Mama wyszła, żeby spotkać się z nią po drodze. – Jest późno – szepnęłam. – Dlaczego jeszcze nie wróciła? Zrzędliwej kobiecie dałam drewnianą rzeźbę dla Papy. Wyszłam i od razu ujrzałam Mamę idącą w kierunku chaty. Niosła płaszcze i buty. Na mój widok uśmiechnęła się po swojemu. Podbiegła do nas panna Grybas. – Szybko! – krzyknęła. – Schowajcie to. NKWD zbiera ludzi do podpisania papierów. Nie miałam szansy powiedzieć Mamie o pani Arvydas. Ukryłyśmy wszystko w chacie łysego. Mama mnie objęła. Sukienka wisiała na jej chudym ciele, kości biodrowe rysowały się wyraźnie. – Nadała nasze listy – wyszeptała rozpromieniona. Pokiwałam głową z nadzieją, że chusteczka przebyła już setki kilometrów. Nie minęło pięć minut, gdy NKWD wpadło do chaty, wrzeszcząc, że mamy się zgłosić do biura. Poszliśmy w trójkę. – Jak poradziłaś sobie z mapą? – spytała Mama. – Bez kłopotu – odparłam, myśląc o rysiku ukrytym w walizce. – Nie byłam pewna, czy to bezpieczne. Ale chyba się myliłam. – Przytuliła mnie. Oczywiście byliśmy bezpieczni. Bezpieczni w objęciach piekła. – Tadasa wysłano dziś do dyrektora – ogłosił Jonas przy kolacji, wkładając sobie do ust wielki kawał kiełbasy. – Dlaczego? – spytałam. – Bo mówił o piekle – wybełkotał Jonas. Tłuszcz ciekł mu po podbródku. – Jonasie, nie mówi się z pełną buzią. Pokrój sobie na mniejsze kawałki – skarciła go Mama. – Przepraszam – mruknął z pełnymi ustami. – Ale to jest pyszne. Ugryzłam kiełbasę. Była ciepła, a osłonka smakowicie słona. – Tadas powiedział dziewczynom, że piekło to najokropniejsze miejsce i nie ma jak stamtąd uciec przez całą wieczność. – Po co Tadas w ogóle mówił o piekle? – dociekał Papa, sięgając po warzywa. – Bo jego ojciec twierdzi, że jak Stalin wkroczy na Litwę, to wszyscy tam skończymy.


46 – NAZYWA SIĘ TURACIAK – oznajmiła Mama nazajutrz. – Leży na wzgórzach. Nie ma tam zbyt wielu domów, ale jest poczta i nawet mała szkoła. – Szkoła? – Panna Grybas aż podskoczyła. Jonas rzucił mi spojrzenie. Dopytywał się o szkołę od początku września. – Eleno, powiedz im, że jestem nauczycielką. Dzieci w obozie muszą się uczyć. Powinniśmy zorganizować tu klasę. – Nadała listy? – spytał łysy. – Tak – potwierdziła Mama. – A jako adres zwrotny podała tę pocztę. – Ale skąd będziemy wiedzieć, że przyszły do nas jakieś listy? – dociekała pani Rimas. – Musimy nadal przekupywać kogoś, kto je wysłał. – Panna Grybas skrzywiła usta. – Będą sprawdzać naszą pocztę podczas wizyt w wiosce. – Powiedziała, że spotkała Łotyszkę, której mąż siedzi w więzieniu pod Tomskiem – dodała Mama. – Och, Eleno, czy nasi mężowie mogą być pod Tomskiem? – Pani Rimas przyłożyła dłonie do piersi. – Jej mąż napisał, że spędza czas z wieloma litewskimi przyjaciółmi. – Mama się uśmiechnęła. – Ale zauważyła też, że listy są enigmatyczne i pokreślone. – Oczywiście. – Łysy wzruszył ramionami. – Zostały ocenzurowane. Ta Łotyszka niech lepiej uważa, co pisze. Ty też, jeśli nie chcesz dostać kulki w łeb. – Nigdy pan nie przestanie? – mruknęłam. – Taka jest prawda. Wasze listy miłosne mogą kosztować ich życie. A o wojnie co słychać? – Niemcy zajęli Kijów – wyjaśniła Mama. – Co oni tam robią? – zdziwił się Jonas. – A jak myślisz? Mordują ludzi. To jest wojna! – odparł łysy. – Czy Niemcy zabijają ludzi na Litwie? – dopytywał Jonas. – Głupi chłopcze, czy ty nic nie wiesz? Hitler chce wykończyć Żydów. Litwini mogą mu w tym pomagać! – Co? – włączyłam się. – Co pan ma na myśli? Przecież Hitler wypędził Stalina z Litwy – nalegał Jonas. – To nie czyni go bohaterem. Nasz kraj jest zgubiony, nie widzisz tego? Zginiemy, nieważne z czyjej ręki. – Proszę natychmiast przestać! – krzyknęła panna Grybas. – Nie mogę tego słuchać. – Wystarczy, panie Stalas – rzekła Mama. – A co z Ameryką i Wielką Brytanią? – spytała pani Rimas. – Na pewno nam pomogą. – Na razie nic nie robią – odparła Mama. – Ale mam nadzieję, że prędko się obudzą. To były pierwsze wieści z Litwy od wielu miesięcy. Mama nabrała otuchy. Pomimo głodu i odcisków od ciężkiej pracy rozpierała ją energia. Chodziła sprężystym krokiem. Nadzieja jak tlen dodawała jej sił. Myślałam o Papie. Czy naprawdę siedział w więzieniu gdzieś na Syberii? Wróciłam myślą do mapy, którą skopiowałam dla NKWD, i przypominałam sobie o podziale Europy przez Stalina i Hitlera. Nagle coś mnie uderzyło. Skoro Hitler zabijał Żydów na Litwie, to co się stało z doktorem Seltzerem? Świadomość, że listy mogą dotrzeć do adresatów, dawała powód do niekończących się rozmów. Poznaliśmy nawzajem nazwiska swoich krewnych, sąsiadów, współpracowników – każdego, kto mógłby wysłać list. Panna Grybas była pewna, że napisze do niej młodzieniec


z sąsiedztwa. – Akurat! Pewnie nawet nie zauważył, że tam mieszkałaś – mówił łysy mężczyzna. – Nie należysz do osób, które zapadają w pamięć. Panny Grybas nie bawiły te uwagi, ale ja i Jonas zdrowo się potem śmialiśmy. Leżąc nocą na słomianych posłaniach, wymyślaliśmy niestworzone scenariusze romansu między panną Grybas a jej młodym sąsiadem. Mama kazała nam przestać, ale czasem słyszałam, jak chichocze razem z nami. Temperatura spadła, enkawudziści coraz bardziej gonili nas do pracy. Raz nawet dali nam większe racje, ponieważ chcieli, żebyśmy zbudowali jeszcze jedną kwaterę przed pierwszym śniegiem. Wciąż nie podpisaliśmy dokumentów. Andrius nadal ze mną nie rozmawiał. Sadziliśmy ziemniaki na wiosnę, chociaż nikt nie chciał wierzyć, że kiedy przyjdą mrozy, wciąż tu będziemy. Sowieci zmusili Mamę, by uczyła mieszaną klasę ałtajsko-litewską. Mogły do niej uczęszczać tylko dzieci tych, którzy podpisali. Musiała uczyć po rosyjsku, chociaż wielu uczniów nie rozumiało jeszcze dobrze języka. Enkawudziści nie pozwolili pracować pannie Grybas. Bolało ją to. Usłyszała, że jeśli podpisze, to będzie mogła pomagać w klasie. Ponieważ odmawiała, musiała ograniczać się do wieczornego układania konspektów razem z Mamą. Cieszyłam się, że Mama uczy pod dachem. Jonasa przeniesiono do pracy przy rąbaniu drzewa na opał. Spadł już śnieg, więc każdego wieczora wracał przemoczony i zziębnięty. Końcówki jego zamarzniętych włosów po prostu się łamały. Mnie stawy sztywniały z zimna. Miałam wrażenie, że moje kości wypełnia lód. Kiedy się przeciągałam, dosłownie trzeszczały. Zanim zdołaliśmy się rozgrzać, czuliśmy okropne kłucie w rękach, stopach i na twarzy. Wraz z nadejściem mrozów enkawudziści zrobili się jeszcze bardziej nerwowi. Tak samo Uliuszka. Żądała zapłaty za czynsz przy byle okazji. Nieraz musiałam wyszarpywać jej z dłoni moją porcję chleba. Jonas płacił jej za nas szczapkami, które kradł w robocie. Na szczęście gdy poprzednio pracował z dwiema Syberyjkami, zrobił dla nas solidne, ciepłe buty. Jego rosyjski stawał się coraz lepszy. Narysowałam portret brata – był na nim wysoki i miał poważną twarz. Mnie przydzielono do dźwigania worów ze zbożem. Brnęłam przez śnieg z dwudziestokilogramowym ciężarem na plecach. Pani Rimas pokazała mi, jak wykraść trochę ziarna – należało rozsunąć igłą grube nitki tkaniny, a potem je zsunąć. Szybko doskonaliliśmy się w sztuce grzebania w odpadkach. Jonas wymykał się co noc, by wykradać resztki ze śmietnika enkawudzistów. Robactwo nikogo nie zniechęcało. Kilka pstryknięć palcami i już wpychaliśmy sobie jedzenie do ust. Czasami Jonas przynosił paczki, które Andrius i jego mama chowali dla nas w śmieciach. Z wyjątkiem tych rzadkich chwil byliśmy padlinożercami wegetującymi w brudzie i zgniliźnie.


47 ZGODNIE Z PRZEWIDYWANIAMI łysego mężczyzny przekupywaliśmy zrzędliwą kobietę, by chodząc do wsi, zaglądała na pocztę. Przez dwa miesiące nasze łapówki nie przyniosły wyczekiwanego rezultatu. Dygotaliśmy z zimna w chatach, krzepiąc się tylko nadzieją, że koniec końców otrzymamy wiadomości. Temperatury spadły mocno poniżej zera. Jonas spał obok paleniska. Co kilka godzin budził się, żeby dorzucić do ognia. Palce mi drętwiały, skóra pękała. Pierwsza otrzymała list pani Rimas. Przyszedł od dalekiego kuzyna w połowie listopada. Wiadomość o tym szybko rozeszła się po obozie. Blisko dwadzieścia osób wcisnęło się do chaty, żeby usłyszeć wieści z Litwy. Pani Rimas nie wracała z kolejki po przydział jedzenia. Czekaliśmy. Pojawił się Andrius. Wcisnął się tuż obok mnie. Z kieszeni wyjął skradzione krakersy. Staraliśmy się mówić cicho, ale tłum kipiał z podekscytowania. Obróciłam się i niechcący trąciłam Andriusa łokciem. – Przepraszam – szepnęłam. Skinął głową. – Co u ciebie? – W porządku. Do chaty wszedł łysy i zaczął narzekać na brak miejsca. Ludzie się przepchnęli dalej. Tłum przycisnął mnie do Andriusa. – A u twojej mamy? – spytałam, podnosząc wzrok. – Jak zwykle. – Co teraz każą ci robić? – Mój podbródek prawie wbijał się w jego tors. – Ścinam drzewa w lesie. – Poprawił się, próbując spojrzeć na mnie. – A ty? Czułam jego oddech we włosach. – Noszę worki z ziarnem. Kiwnął głową. Między ludźmi zaczęła krążyć koperta. Niektórzy ją całowali. Wreszcie dotarła i do nas. Andrius przejechał palcem po litewskim znaczku i stemplu. – Pisałeś do kogoś? – spytałam. Potrząsnął głową. – Chyba nie jest jeszcze bezpiecznie. Wreszcie pojawiła się pani Rimas. Ludzie próbowali się rozstąpić, ale brakowało miejsca. Znowu zostałam przyciśnięta do Andriusa. Złapał mnie, żebyśmy nie przewrócili się z tłumem jak domino. Gdy tylko odzyskaliśmy równowagę, zwolnił uścisk. Pani Rimas zmówiła modlitwę i otworzyła kopertę. Jak można się było spodziewać, niektóre linijki zostały wykreślone czarnym atramentem, ale resztę dało się odczytać. – Przyjaciel z Janowa przysłał mi dwa listy. To pewnie wieści od męża! – krzyknęła. – W Janowie się urodził. Żyje! Kobiety padły sobie w ramiona. – Czytaj dalej! – krzyknął łysy. – Pisze, że postanowili z przyjaciółmi pojechać na letni obóz. Podobno jest tam pięknie. Tak jak to opisano w Psalmie 102. – Niech ktoś da Biblię, trzeba sprawdzić Psalm 102 – powiedziała panna Grybas. – To musi być jakaś wiadomość. Wszyscy razem odszyfrowywaliśmy list. Ktoś zażartował, że tłum grzeje lepiej niż piec. Co jakiś czas zerkałam w kierunku Andriusa. Jego postura i oczy emanowały siłą i doskonałymi proporcjami. Wyglądało nawet na to, że co jakiś czas się goli. Jego skóra była ogorzała jak u każdego z nas, ale ust nie miał cienkich ani spierzchniętych jak enkawudziści.


Jego kasztanowe włosy w przeciwieństwie do moich wydawały się czyste. Spojrzał na mnie; odwróciłam wzrok. Nie chciałam nawet myśleć o tym, jak brudna jestem ani co wypatrzył na mojej głowie. Jonas wrócił z Biblią Mamy. – Szybko – rzucił ktoś. – Psalm 102. – Znalazłem – oznajmił Jonas. – Ciiiii... Niech czyta. Panie, słuchaj modlitwy mojej, a wołanie moje niech do Ciebie przyjdzie! Nie kryj przede mną swego oblicza w dniu utrapienia mojego! Nakłoń ku mnie Twego ucha: w dniu, w którym Cię wołam, szybko mnie wysłuchaj! Dni bowiem moje jak dym znikają, a kości moje płoną jak w ogniu. Moje serce wysycha spalone jak trawa, zapominam nawet o spożyciu chleba. Od głosu mojego jęku moje kości przywarły do skóry. Ktoś westchnął. Jonas ucichł. Ścisnęłam Andriusa za ramię. – Czytaj dalej. – Pani Rimas załamała ręce. Wiatr świszczał, ściany chaty drżały. Głos Jonasa brzmiał słabo. Jestem podobny do kawki na pustyni, stałem się jak sowa w ruinach. Czuwam i jestem jak ptak samotny na dachu. Każdego dnia znieważają mnie moi wrogowie, srożąc się na mnie, przeklinają moim imieniem. Albowiem jak chleb jadam popiół i z płaczem mieszam mój napój, Dni moje są podobne do wydłużonego cienia, a ja usycham jak trawa[1]. – Niech przestanie – szepnęłam do Andriusa, przytulając głowę do jego płaszcza. – Proszę. Ale Jonas doczytał do końca. Podmuch wiatru uderzył w dach. – Amen – rzekła pani Rimas. – Amen – powtórzyli inni. – Nie mają co jeść – powiedziałam. – I co z tego? My też nie mamy co jeść. Ja też jestem spalony jak trawa! – stwierdził łysy. – Nie jest mu gorzej niż mnie. – Żyje – szepnął Andrius. Spojrzałam na niego. Oczywiście. Liczył, że jego ojciec też żyje, nawet jeśli nie ma co włożyć do ust. – Tak. Właśnie tak – potwierdziła Mama. – On żyje! A twój kuzyn zapewne dał mu znać, że ty też żyjesz. Pani Rimas przeczytała list jeszcze raz. Ludzie zaczęli pojedynczo opuszczać chatę. Był


pośród nich Andrius. Jonas wyszedł za nim. [1] Tekst Psalmu 102 za Biblią Tysiąclecia, wyd. IV (przyp. tłum.).


48 TO STAŁO SIĘ TYDZIEŃ później. Mama mówiła, że już wcześniej widziała znaki. Ja nie dostrzegłam nic. Panna Grybas zamachała do mnie gorączkowo. Z trudem biegła przez śnieg. – Lino, szybko! Jonas! Mama powiedziała, że zauważyła inny odcień jego cery, ale kolor skóry nas wszystkich się zmienił. Zaległa pod nią szarość wylewająca się ciemnymi plamami pod oczami. Krecki nie pozwolił mi odejść od pracy. – Proszę – błagałam. – Mój brat jest chory! Czy nie mógłby pomóc choć jeden raz? Wskazał tylko stos worków ze zbożem. Komendant chodził wokoło, krzycząc i kopiąc nas, żebyśmy się pospieszyli. Zbliżała się zamieć śnieżna. – Dawaj! – krzyknął Krecki. Kiedy wreszcie wróciłam do chałupy, Mama już tam była. Jonas leżał na jej słomianym posłaniu prawie nieprzytomny. – Co się dzieje? – spytałam, klękając obok. – Nie wiem. – Podciągnęła nogawkę Jonasa. Na goleniu dostrzegłam wysypkę. – Myślę, że to jakaś infekcja. Ma gorączkę – stwierdziła, położywszy rękę na jego czole. – Zauważyłaś, że ostatnio był poirytowany i zmęczony? – Nie. Wszyscy tacy jesteśmy – odparłam, patrząc na Jonasa. Jak mogłam niczego nie zauważyć? Usta miał pokryte pęcherzami, dziąsła czerwone, a na dłoniach czerwone kropki. – Lino, idź po nasz przydział chleba. Twój brat potrzebuje jedzenia, żeby to zwalczyć. Poszukaj też pani Rimas. Wiatr bił mnie w twarz, kiedy przedzierałam się w mroku przez zawieję. Ale enkawudziści nie chcieli mi dać trzech porcji chleba. Powiedzieli, że skoro Jonas zemdlał przy pracy, to stracił swoją rację. Próbowałam wyjaśnić, że jest chory, ale nie słuchali. Pani Rimas nie wiedziała, co to za choroba. Panna Grybas także. Jonas tracił przytomność. Zjawił się łysy mężczyzna i pochylił się nad Jonasem. – Czy to zaraźliwe? Czy ktoś jeszcze ma wysypkę? Chłopak może być dla nas aniołem śmierci. Kilka dni temu na dyzenterię zmarła dziewczyna. Może on ma to samo. Wrzucili ją do tej dziury, którą kopałyście. Mama kazała mu wyjść. Uliuszka krzyczała, żebyśmy wyniosły Jonasa na zewnątrz, na śnieg. Mama odwrzasnęła, żeby szła spać gdzie indziej, skoro boi się zarazić. Ałtajka wyszła wzburzona. Usiadłam obok Jonasa i przycisnęłam mu do czoła szmatkę ze śniegiem. Mama uklękła i całowała jego twarz i ręce. – Tylko nie moje dzieci – szeptała. – Boże święty, błagam, oszczędź go. Jest taki młody. Nie zaznał jeszcze życia. Proszę... Lepiej weź mnie. – Podniosła głowę. Jej twarz wykrzywił ból. – Kostas? Było już późno, kiedy pojawił się z lampą naftową mężczyzna od zegarka. – Szkorbut – stwierdził, przyjrzawszy się dziąsłom Jonasa. – I to zaawansowany. Zęby mu już sinieją. Nie martwcie się, to niezaraźliwe, ale musicie podać mu coś z witaminami, zanim będzie za późno. Jest niedożywiony. W każdej chwili może nastąpić koniec. Mój brat, jak w Psalmie 102, wysychał spalony niczym trawa. Mama zostawiła mnie przy Jonasie i wybiegła w noc, żeby szukać pomocy. Położyłam mu kompres na czole,


włożyłam do ręki kamień od Andriusa i powiedziałam, że uleczą go iskierki w środku. Opowiadałam historyjki z naszego dzieciństwa i opisywałam nasz dom, pokój po pokoju. Później wzięłam Biblię i modliłam się do Boga, by oszczędził Jonasa. Od zmartwienia było mi niedobrze. Pomyślałam, że narysuję dla niego coś, co może sprawić, żeby poczuł się lepiej. Zaczęłam rysować jego pokój, kiedy pojawił się Andrius. – Jak długo to już trwa? – spytał, klękając obok. – Od popołudnia – odparłam. – Słyszy mnie? – Nie wiem. – Jonasie, wszystko będzie dobrze. Musimy tylko znaleźć ci coś do jedzenia i picia. Trzymaj się, kolego. Słyszysz mnie? Jonas leżał bez ruchu. Andrius wyciągnął z zanadrza jakieś zawiniątko. W środku była metalowa puszka. Z kieszeni spodni wyjął scyzoryk i przedziurawił blachę. – Co to jest? – spytałam – Musi to zjeść. – Nachylił się nad moim bratem. – Jonasie, jeśli mnie słyszysz, otwórz usta. Jonas ani drgnął. – Otwórz usta – poprosiłam. – Mamy coś, co ci pomoże. Rozchylił wargi. – Dobrze – powiedział Andrius. Zanurzył ostrze scyzoryka w puszce i wyjął soczysty kawałek duszonego pomidora. Mimowolnie zacisnęłam zęby. Pomidory. Do ust napłynęła mi ślina. Kiedy tylko pomidor dotknął ust Jonasa, jego wargi zaczęły drżeć. – Właśnie, pogryź i połknij – polecił Andrius i odwrócił się do mnie. – Masz wodę? – Tak, deszczówkę. – Przynieś. Musi zjeść wszystko. Nie mogłam oderwać oczu od puszki pomidorów. Sok skapnął z noża na palce Andriusa. – Skąd je masz? – spytałam. Spojrzał na mnie z obrzydzeniem. – Dostałem w sklepie na rogu. Nie byłaś tam? – Patrzył na mnie, a potem odwrócił wzrok. – A jak myślisz? Ukradłem. Włożył ostatnią porcję do ust mojego brata. Potem Jonas wypił sok z puszki. Andrius wytarł ostrze i palce o spodnie. Poczułam, jak całe moje ciało aż rwie się do soku. Mama pojawiła się z syberyjską szewcową. Głowy i ramiona oprószył im śnieg. Kobieta podbiegła do mojego brata, mówiąc coś szybko po rosyjsku. – Próbowałam wyjaśnić, co się dzieje, ale ona uparła się, że musi zobaczyć go na własne oczy. – Andrius przyniósł puszkę pomidorów i nakarmił Jonasa – powiedziałam. – Pomidorów? – jęknęła Mama. – Och, dziękuję, dziękuję, kochany. Podziękuj matce. Syberyjka zaczęła rozmawiać z Mamą. – Jest herbata, która podobno postawi go na nogi – przetłumaczył Andrius. – Prosi twoją mamę, żeby pomogła jej zebrać składniki. Kiwnęłam głową. – Andriusie, zostaniesz jeszcze chwilę? – poprosiła Mama. – Wiem, że Jonasowi to pomoże. Lino, nastaw wodę. – Mama nachyliła się do mojego brata. – Jonasie, skarbie, zaraz wrócę. Idę po herbatę, która cię wzmocni.


49 SIEDZIELIŚMY W MILCZENIU. Andrius patrzył na Jonasa z zaciśniętymi pięściami. O czym myślał? Czy był zły, że mój brat zachorował? Że jego mama sypiała z enkawudzistami? Że jego ojciec nie żył? A może złościł się na mnie... – Andriusie? Nie spojrzał w moją stronę. – Andriusie, zachowałam się jak kompletna kretynka. Obrócił głowę. – Jesteś dla nas taki dobry, a ja... po prostu kretynka. – Spuściłam wzrok. Nie odpowiedział. – Zbyt łatwo cię oceniłam. Zachowałam się głupio. Przepraszam, że zarzuciłam ci szpiegowanie. Bardzo mnie to dręczy. Nadal milczał. – Andriusie? – Rozumiem, jest ci przykro – mruknął i z powrotem przeniósł wzrok na mojego brata. – I... przykro mi z powodu twojej mamy – wyrzuciłam z siebie. Wzięłam papeterię i usiadłam, żeby dokończyć rysunek pokoju Jonasa. Zrazu zdawałam sobie sprawę z zalegającego wokół niezręcznego milczenia, ale wnet moją uwagę pochłonęło odwzorowanie fałd koca. Biurko i książki musiały być oddane precyzyjnie. Jonas je kochał. Ja też uwielbiałam książki. Bardzo za nimi tęskniłam. Trzymałam ostrożnie torbę z książkami. Nie mogłam pozwolić jej się obijać jak zwykle. W końcu miałam tam Edwarda Muncha. Czekałam prawie dwa miesiące, aż nauczycielka otrzyma książki. Wreszcie przysłano je z Oslo. Wiedziałam, że rodzice nie zrozumieją Muncha ani jego stylu. Niektórzy określali go mianem sztuki zdegenerowanej. Ale gdy tylko ujrzałam reprodukcje „Niepokoju”, „Rozpaczy” oraz „Krzyku”, zapragnęłam zobaczyć więcej. Jego dzieła wydawały się wypaczone i wykrzywione, jak gdyby malowane przez filtr nerwicy. Byłam nimi zafascynowana. Otworzyłam drzwi. Ujrzałam list i podbiegłam do stolika. Rozerwałam kopertę. Kochana Lino, szczęśliwego Nowego Roku. Przepraszam, że nie pisałam. Teraz, po Bożym Narodzeniu, życie wydaje się jakieś poważniejsze. Rodzice się kłócą. Ojciec jest ciągle rozdrażniony i mało śpi. Nocą chodzi po domu. W ciągu dnia wraca w porze obiadu, żeby odebrać pocztę. Spakował większość książek, bo, jak mówi, zajmują zbyt dużo miejsca. Chciał nawet zabrać moje podręczniki do medycyny. Czy on oszalał? Od czasu aneksji wiele się zmieniło. Narysuj dla mnie, proszę, dom w Nidzie. Ciepłe i słoneczne wspomnienia tego lata pomogą mi przetrwać zimno aż do wiosny. Napisz mi, co tam u ciebie, o czym myślisz i co rysujesz. Kochająca kuzynka Joana – Opowiedział mi o swoim samolocie – rzekł Andrius, wskazując mój szkic. Całkiem zapomniałam, że wciąż jest w izbie. Skinęłam głową. – Uwielbia samoloty. – Mogę zobaczyć?


– Pewnie. – Podałam mu rysunki. – Ładne – powiedział, przyciskając kciukiem krawędź bloku. – Pokażesz mi inne? – Tak – odparłam z ulgą, że zostało już tylko kilka niewydartych szkiców. Andrius obrócił kartkę. Zdjęłam kompres z czoła Jonasa i poszłam schłodzić go w śniegu. Kiedy wróciłam, Andrius patrzył na swój portret. Narysowałam go wtedy, kiedy pani Rimas otrzymała list. – Dziwny punkt widzenia – stwierdził, śmiejąc się cicho. Usiadłam. – Jesteś ode mnie wyższy. Tak to wyglądało z mojej perspektywy. No i byliśmy wszyscy bardzo ściśnięci. – Dzięki temu mogłaś dokładnie obejrzeć moje nozdrza. – Patrzyłam w górę. Teraz miałabym inny punkt widzenia. – Spojrzałam na niego. Obrócił się do mnie. – Widzisz, stąd wyglądasz inaczej. – Lepiej czy gorzej? Mama wróciła z Syberyjką. – Andriusie, dziękuję – powiedziała. Skinął głową. Nachylił się i wyszeptał coś do Jonasa. Zaraz potem wyszedł. Zanurzyliśmy liście w wodzie, którą ugotowałam. Jonas wypił napar. Mama usiadła obok niego, ja położyłam się, lecz nie mogłam zasnąć. Kiedy tylko zamykałam oczy, widziałam pod powiekami Krzyk, ale twarz na obrazie należała do mnie.


50 TRZEBA BYŁO DWÓCH TYGODNI, żeby Jonas poczuł się lepiej. Nogi mu drżały, gdy próbował chodzić, głos miał niewiele silniejszy od szeptu. Jednocześnie ja i Mama osłabłyśmy. Musiałyśmy dzielić nasze dwie racje chleba, żeby go nakarmić. Na początku, kiedy prosiłyśmy, ludzie oddawali nam część swoich przydziałów, ale kiedy zimno zakradło się głębiej do chałup, hojność zaczęła stygnąć. Pewnego dnia w kolejce zobaczyłam, jak panna Grybas odwraca się plecami i od razu wsadza sobie całą porcję chleba do ust. Nie mogłam jej winić. Mnie samej często przychodziło to na myśl. Potem ani ja, ani Mama nie prosiłyśmy już o pomoc. Pomimo naszych błagań NKWD odmawiało nam jedzenia dla Jonasa. Mama próbowała nawet rozmawiać z komendantem, ale wyśmiał ją i powiedział coś, co na wiele dni ją wzburzyło. Nie miałyśmy już nic do sprzedania. Praktycznie wszystko, co posiadałyśmy, przehandlowałyśmy za ciepłą odzież od Ałtajczyków. Podszewka płaszcza Mamy zwisała luźno jak gaza na kole sera. Zbliżające się Boże Narodzenie poprawiło nastroje. Zbieraliśmy się wspólnie w chatach wspominać święta na Litwie. Bez końca rozmawialiśmy o kucios, naszej Wigilii. Postanowiono, że kucios odbędzie się w chacie łysego. Zgodził się bez entuzjazmu. Zamykaliśmy oczy, słuchając opisów dwunastu pysznych dań na cześć dwunastu apostołów. Ludzie kiwali się w przód i w tył, przytakując. Mama mówiła o zupie makowej i kisielu żurawinowym. Pani Rimas płakała, kiedy wspomniano opłatki i tradycyjne świąteczne życzenie, aby Bóg sprawił, żebyśmy wszyscy za rok znów się razem spotkali. Strażnicy rozgrzewali się po pracy alkoholem. Często zapominali nas pilnować – a może nie chcieli wychodzić na przenikliwy lodowaty wiatr. Co noc zbieraliśmy się, żeby posłuchać o świątecznych obrzędach. Dzięki naszym tęsknotom i wspomnieniom poznaliśmy się lepiej. Mama nalegała, byśmy zaprosili też zrzędliwą kobietę. Mówiła, że chociaż podpisała wyrok, to jednak na pewno tęskni za domem. Spadł śnieg i nastały mrozy, ale pracę i zimno dawało się znieść. Wszyscy mieliśmy na co czekać – na ten prosty rytuał, który rozjaśniał nasze szare dni i mroczne noce. Zaczęłam kraść polana do paleniska. Mama bardzo się martwiła, ale zapewniałam ją, że uważam i że enkawudziści są zbyt leniwi, by wystawać na mrozie. Pewnej nocy wyszłam z chałupy łysego mężczyzny po opał. Okrążałam właśnie budynek, kiedy usłyszałam coś i zamarłam. Ktoś stał pośród ciemności. Czy to Krecki? Serce mi zamarło... Komendant? – To tylko ja. Z ciemności dobiegł głos Andriusa. Zapalił papierosa; blask rozświetlił jego twarz. – Przestraszyłeś mnie. Co tu robisz? – Słucham. – Dlaczego nie wejdziesz do środka? Przecież zamarzniesz. – Nie byłbym mile widziany. Czułbym się nie w porządku, skoro wszyscy są tacy głodni. – Nieprawda. Ucieszyliby się na twój widok. Rozmawiamy sobie o świętach. – Wiem, słyszałem. Mama prosi, żebym co wieczór powtarzał jej, o czym opowiadaliście. – Naprawdę? Jeśli jeszcze raz usłyszę o kisielu żurawinowym, to zwariuję – stwierdziłam z uśmiechem. – Idę zebrać drewno. – Chciałaś powiedzieć: ukraść? – No tak. Potrząsnął głową, śmiejąc się cicho. – Ty się wcale nie boisz, co?


– Nie. Tylko marznę. Roześmiał się. – Chcesz iść ze mną? – spytałam. – Nie. Powinienem już wracać. Uważaj na siebie. Dobranoc. Trzy dni później pani Arvydas i Andrius pojawili się z butelką wódki. Zebrani umilkli, kiedy ta dwójka weszła do środka. Pani Arvydas miała na nogach pończochy, a jej włosy były czyste i ułożone. Andrius spuścił wzrok. Ręce trzymał w kieszeniach. Nie dbałam już, że ona ma na sobie czystą sukienkę i nie jest głodna. Nikt nie chciałby się z nimi zamienić. – Wznieśmy toast – powiedziała Mama, podnosząc butelkę wódki. – Za dobrych przyjaciół. Pani Arvydas uśmiechnęła się i skinęła głową. Mama upiła trochę z butelki i zadowolona zakręciła biodrami. Wszyscy kolejno pociągnęliśmy łyk i śmialiśmy się, ciesząc się chwilą. Andrius oparł się o ścianę, patrząc na nas z uśmiechem. Tamtej nocy wyobrażałam sobie, że Papa jest z nami na święta. Wyobrażałam sobie, jak brnie przez śnieg do Ałtaju i zdąża akurat na Boże Narodzenie z moją chusteczką w kieszeni. „Spiesz się, Papo – zachęcałam go w myślach. – Spiesz się, proszę”. – Nie martw się, Lino. Zaraz przyjdzie – powiedziała Mama. – Poszedł po siano na stół. Stałam przy oknie, patrząc na padający śnieg. Jonas pomagał Mamie w jadalni. – Jutro będziemy mieli dwanaście dań. Tak żeby jeść cały dzień. – Oblizał wargi. Mama wygładziła biały obrus. – Mogę siedzieć koło Babci? – spytał Jonas. Nim zdążyłam zaprotestować i powiedzieć, że to ja chcę zająć miejsce obok niej, na ulicy pojawiła się ciemna sylwetka Papy. – Idzie! – krzyknęłam, łapiąc płaszcz. Zbiegłam po schodach na dwór. Drobna ciemna postać rosła, zbliżając się w półmroku zmierzchu i za zasłoną padającego śniegu. Gdzieś z ulicy dobiegł odgłos dzwonków przy końskiej uprzęży. Usłyszałam jego głos, a po chwili rozpoznałam twarz. – Czy rozsądna dziewczyna powinna stać na ulicy, kiedy pada śnieg? – Tylko kiedy jej ojciec się spóźnia – rzuciłam z przekąsem. Z półmroku wyłoniła się zaczerwieniona i ośnieżona twarz Papy. W dłoni trzymał garść siana. – Nie spóźniłem się. – Objął mnie ramieniem. – Jestem na czas.


51 NADESZŁA WIGILIA. Cały dzień rąbałam drewno. Para zamarzała mi w nozdrzach. Próbowałam zająć myśli wspominaniem Bożego Narodzenia w domu. Tego wieczora nikt nie pochłaniał swojego przydziału chleba w kolejce. Przywitaliśmy się wszyscy i poszliśmy do chat. Jonas wyglądał już lepiej. Umyliśmy głowy w stopionym śniegu i wyczyściliśmy paznokcie. Mama upięła włosy i uszminkowała wargi. Wtarła także nieco czerwieni w moje policzki. – Nie jest idealnie, ale jakoś trzeba sobie radzić – skwitowała, poprawiając ubranie i włosy. – Wyciągnijmy zdjęcia rodzinne – zaproponował Jonas. Wszyscy wpadli na ten sam pomysł. Wkrótce w chacie łysego mężczyzny zaroiło się od fotografii. Zobaczyłam zdjęcie pani Rimas z mężem. Był niski jak ona. Ale pani Rimas wyglądała inaczej – śmiała się, miała w sobie jakąś siłę. Teraz zapadła się w sobie, jak gdyby ktoś spuścił z niej powietrze. Pan Stalas był dziwnie milczący. Usiedliśmy na podłodze niczym wokół stołu. Na środku leżała biała tkanina ozdobiona przed każdą osobą sianem i gałązkami jodły. Jedno miejsce było puste. Palił się przed nim łojowy ogarek. Według tradycji litewskiej przy wigilijnym stole należy zostawić jedno wolne miejsce dla nieobecnych lub zmarłych członków rodziny. Wszyscy kładli tam fotografie krewnych. Położyłam też nasze zdjęcie. Wyciągnęłam na stół jedzenie, które zachomikowałam. Niektórzy nas zaskoczyli – ktoś miał ziemniaka albo coś, co udało się podprowadzić. Zrzędliwa kobieta wyciągnęła ciastka, zapewne kupione w wiosce. Mama podziękowała jej wylewnie. – To od Arvydasów – powiedział łysy. – Na deser. Rzucił coś ciężkiego na obrus. Rozległy się ciche okrzyki. Nie wierzyłam własnym oczom. Byłam tak zaskoczona, że zaczęłam się śmiać. To była czekolada. Prawdziwa czekolada! I łysy jej nie zjadł. Jonas wydał okrzyk radości. – Ciii, Jonasie. Nie tak głośno. – Mama przyjrzała się nieoczekiwanemu podarunkowi. – Czekolada! Jak cudownie. Mój kielich jest przeobfity. Łysy postawił na stole butelkę wódki. – Powinien pan znać zwyczaje – skarciła go panna Grybas. – Nie podczas kucios. – A niby skąd mam je znać? – warknął łysy. – Może po kolacji – zaproponowała Mama. – Nie chcę mieć z tym nic wspólnego – burknął łysy. – Jestem Żydem. Wszyscy podnieśli wzrok. – Ależ panie Stalas... Dlaczego nic pan nie powiedział? – spytała Mama. – Bo to nie wasz interes – mruknął. – Ale tyle dni rozmawiamy o świętach. Pan tak uprzejmie udzielił nam gościny w swojej chacie. Gdybyśmy wiedzieli, moglibyśmy połączyć nasze święto z Chanuką. – Nie myślcie sobie, że nie świętowałem powstania Machabeuszy – stwierdził, unosząc palec. – Po prostu nie ględzę o tym tak jak wy, głupcy. – Zapadła cisza. – Nie truję o mojej religii. To sprawa osobista. I bądźmy szczerzy, co to w ogóle za pomysł z tą zupą makową! Zapanowała niezręczna atmosfera. Nagle Jonas zaczął chichotać, bo nienawidził zupy makowej. Łysy mu zawtórował. Po chwili wszyscy śmialiśmy się jak szaleni. Kilka godzin siedzieliśmy przy prowizorycznym stole i jedzeniu, śpiewając piosenki i kolędy. Po długich namowach Mama przekonała łysego, żeby odmówił hebrajską modlitwę


Maoz Cur. Z jego głosu ulotnił się przekąs. Zamknął oczy i recytował z uczuciem. Patrzyłam na naszą rodzinną fotografię leżącą na miejscu dla gościa. Zawsze spędzaliśmy święta w domu, z ulicy dobiegał dźwięk dzwonków, a z kuchni ciepłe zapachy. Wyobraziłam sobie ciemną jadalnię, żyrandol spowity pajęczynami, stół pokryty kurzem. Pomyślałam o Papie. Co robił teraz? Czy miał choćby kawałek czekolady? Wtem drzwi do baraku otwarły się z hukiem. Do środka wpadli enkawudziści z karabinami. – Dawaj! – krzyknął strażnik, łapiąc mężczyznę, który nakręcał zegarek. Zaczęliśmy protestować. – Proszę, jest Wigilia – błagała Mama. – Nie zmuszajcie nas do podpisywania akurat dzisiaj. Strażnicy z krzykiem zaczęli wypychać ludzi z chałupy. Nie chciałam wychodzić bez Papy. Przecisnęłam się na drugi koniec stołu, złapałam naszą fotografię i włożyłam pod sukienkę. W drodze do biura kołchozu musiałam ją lepiej ukryć. Krecki nic nie zauważył. Stał bez ruchu z karabinem i patrzył na zdjęcia.


52 W BOŻE NARODZENIE dali nam popalić. Zataczałam się ze zmęczenia i braku snu. Kiedy wróciłam do chaty, ledwo trzymałam się na nogach. Uliuszka siedziała, wyciągając stopy ku palenisku i paląc papierosy. Mama podarowała jej na święta całą paczkę. Skąd je wzięła? Nie rozumiałam, dlaczego w ogóle dawała cokolwiek tej kobiecie. Jonas przyszedł razem z Andriusem. – Wesołych świąt! – Dziękujemy za czekoladę. – Mama uśmiechnęła się do niego. – Zrobiłeś nam ogromną radość. – Andriusie, poczekaj chwilę – poprosił Jonas. – Mam coś dla ciebie. – Ja też – dodałam, wyciągając z walizki kartkę. Podałam ją Andriusowi. – Nic szczególnego, ale perspektywa jest lepsza. Zmniejszyłam nozdrza. – Wspaniałe – ocenił, spojrzawszy na rysunek. – Naprawdę? Spojrzał mi w oczy jasnym wzrokiem. – Dziękuję. Otwarłam usta, ale nie byłam w stanie nic powiedzieć. – Wesołych świąt – wykrztusiłam wreszcie. – Proszę – rzekł Jonas, wyciągając rękę. – Był twój, potem dałeś go Linie, a ona mnie, kiedy byłem chory. Przeżyłem, więc myślę, że przynosi szczęście. Teraz twoja kolej. – Jonas rozwarł palce i ukazał kamień z iskierkami w środku. Podał go Andriusowi. – Dziękuję. Chyba rzeczywiście przynosi szczęście – odparł Andrius, spoglądając na kamień. – Wesołych świąt – dodał Jonas. – I dzięki za pomidory. – Pójdę z tobą – zaoferowała się Mama. – Chcę złożyć twojej matce życzenia, jeśli miałaby chwilkę. Jonas i ja położyliśmy się na słomie w ubraniu i butach. – Pamiętasz, jak kiedyś spaliśmy w piżamach? – spytał. – Tak. I mieliśmy kołdry z gęsiego puchu. Zagłębiłam się w słomie i ciszy. Poczułam, jak w moje plecy i ramiona powoli wkrada się chłód twardej ziemi. – Mam nadzieję, że Papa leży dziś pod taką kołdrą – powiedział Jonas. – Ja też. Wesołych świąt, Jonasie. – Wesołych świąt, Lino. – Wesołych świąt, Papo – szepnęłam.


53 – LINO! – ANDRIUS WBIEGŁ do chałupy. – Szybko, idą po ciebie! – Kto? – podskoczyłam. Dopiero co wróciłam z pracy. – Komendant i Krecki! – Co?! Dlaczego?! – zawołała Mama. Przypomniałam sobie ukradziony rysik w walizce. – Bo... ja... ukradłam rysik – wyjąkałam. – Co?! Jak mogłaś postąpić tak głupio! Kradłaś z NKWD? – Nie chodzi o rysik – sprostował Andrius. – Komendant chce, żebyś namalowała jego portret. Zamarłam i spojrzałam na niego. – Co? – To egocentryk. Ciągle powtarza, że potrzebuje portretu do biura, portretu dla żony... – Żony? – powtórzył Jonas. – Nie mogę. – Pokręciłam głową. – Przy nim nie potrafię się skoncentrować. Czuję się nieswojo. – Pójdę z tobą – zaoferowała Mama. – On na to nie pozwoli – pokręcił głową Andrius. – Prędzej połamię sobie ręce. Nie ma mowy. – Lino, nic takiego nie zrobisz – skarciła mnie Mama. – Jeśli połamiesz sobie ręce, to nie będziesz mogła pracować – zauważył Andrius. – A jeśli nie będziesz mogła pracować, to umrzesz z głodu. – Czy oni wiedzą, że ona ma inne rysunki? – spytał cicho Jonas. Andrius potrząsnął głową i ściszył głos. – Lino, musisz się postarać, żeby rysunek był... pochlebny. – Chcesz mnie uczyć, jak rysować? Westchnął. – Podobają mi się twoje prace. Niektóre są bardzo realistyczne, ale inne... jak by to powiedzieć... pokręcone. – Rysuję to, co widzę. – Wiesz, co mam na myśli. – Co za to dostanę? – spytałam. – Jeśli kawałek chleba albo kilka pogiętych papierosów, to się nie zgodzę. Zaczęliśmy się spierać, co wziąć w ramach zapłaty. Mama chciała znaczki pocztowe i nasiona. Jonas wymarzył sobie ziemniaki. Ja pragnęłam własnej chaty i kołdry z gęsiego puchu. Myślałam o słowach Andriusa i starałam się dojść, co tak naprawdę znaczy „pochlebny”. Szerokie ramiona oznaczałyby władzę. Lekko obrócona głowa podkreślałaby mocno zarysowaną szczękę. Mundur to łatwizna. Mogłam narysować go bardzo dokładnie. Martwiła mnie tylko twarz. Wyobrażając sobie, że go maluję, nie miałam kłopotu, dopóki nie docierałam do głowy. Mój umysł tworzył wizję czystego i wyprasowanego munduru z wylotem nory pełnej wijących się węży w miejscu szyi albo czaszki z czarnymi oczodołami palącej papierosa. Wrażenia były silne. Chciałam je namalować. Musiałam. Ale nie mogłam. Nie przy komendancie.


54 W BIURZE KOŁCHOZU trzaskał ogień. Izba pachniała dymem. Zdjęłam rękawice i ogrzałam ręce przy płomieniu. Komendant wszedł zdecydowanym krokiem. Miał na sobie nieskazitelny zielony mundur z niebieską wypustką, a w kaburze pistolet. Starałam się zarejestrować to wszystko jak najszybciej, żeby nie musieć dłużej mu się przyglądać. Niebieskie lampasy, niebieska czapka z malinowym otokiem. Dwa lśniące złote medale z lewej strony. I oczywiście nieodłączna wykałaczka w ustach. Przeciągnęłam krzesło w pobliże jego biurka i usiadłam, gestem wskazując mu fotel. Odciągnął go i usiadł przede mną. Jego kolana prawie dotykały moich. Odsunęłam się nieco, udając, że szukam odpowiedniej perspektywy. – Płaszcz – powiedział. Podniosłam wzrok. – Zdejmij go. Nie poruszyłam się. Kiwnął głową. Jego głęboko osadzone oczy przenikały mnie na wskroś. Językiem zaczął przesuwać wykałaczkę z kącika w kącik. Potrząsnęłam głową i potarłam ramiona. – Zimno. Wywrócił oczami. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam prosto na niego. – Ile masz lat? – spytał, przebiegając wzrokiem po moim ciele. Zaczęło się. Z jego kołnierza wypełzły węże i owinęły mu się wokół twarzy, sycząc na mnie. Zamrugałam. Szara czaszka spoczywała na szyi ze szczęką rozwartą w uśmiechu. Przetarłam oczy. Nie ma żadnych węży. Nie rysuj węży. Zrozumiałam teraz, co czuł Edward Munch. „Maluj to, co widzisz – powiedział kiedyś. – Nawet jeżeli dzień jest słoneczny, ale ty widzisz mrok i cienie. Maluj to, co widzisz”. Znów zamrugałam. „Nie mogę – pomyślałam. – Nie wolno mi namalować tego, co widzę”. – Nie rozumiem – skłamałam i gestem poleciłam, żeby obrócił głowę w lewo. Nakreśliłam wstępny szkic. Musiałam zacząć od munduru, bo nie potrafiłam patrzeć mu w twarz. Próbowałam pracować szybko. Nie chciałam spędzić przy tym mężczyźnie ani minuty dłużej, niż to było konieczne. Siedząc przed nim, czułam się tak, jakby targały mną dreszcze, które miały nigdy nie minąć. Jak dam sobie radę w godzinę? Skup się, Lino. Żadnych węży. Komendant nie należał do cierpliwych modeli. Uparł się często robić przerwę na papierosa, ale zdołałam nakłonić go do dłuższego siedzenia w jednej pozycji, pokazując mu od czasu do czasu swoje postępy. Był zauroczony portretem, zachwycony samym sobą. Po kolejnym kwadransie zażądał przerwy. Wziął wykałaczkę z biurka i wyszedł. Spojrzałam na rysunek. Emanował siłą i władzą. Komendant wrócił z Kreckim. Wyrwał mi rysunek z rąk i pokazał enkawudziście, klepiąc go w ramię. Krecki obrócił głowę w stronę rysunku, ale czułam, że patrzy na mnie. Komorow rzucił mu kilka słów. Strażnik odpowiedział. Jego głos brzmiał inaczej niż wtedy, kiedy wydawał polecenia. Mówił spokojnym, młodzieńczym tonem. Nie podnosiłam głowy. Komendant oddał mi rysunek i okrążył mnie. Jego czarne buty powoli kroczyły wokół mojego krzesła. Zajrzał mi w twarz, a potem rzucił jakiś rozkaz Kreckiemu.


Zaczęłam rysować czapkę. To był ostatni element. Krecki wrócił i podał komendantowi teczkę. Ten otworzył ją i zaczął przeglądać papiery. Spojrzał na mnie. Co tam napisano? Co o nas wiedział? Czy było tam coś o Papie? Zaczęłam gorączkowo szkicować. „Szybko, dawaj” – powtarzałam sobie. Komorow zaczął zadawać mi pytania. Rozumiałam piąte przez dziesiąte. – Rysujesz od dziecka? Po co chciał to wiedzieć? Przytaknęłam i gestem poleciłam mu nieco obrócić głowę. Posłuchał. – Co lubisz rysować? – spytał. Czy on chciał ze mną pokonwersować? Wzruszyłam ramionami. – Kto jest twoim ulubionym malarzem? Przestałam rysować i podniosłam wzrok. – Munch. – Munch. Mmm. – Kiwnął głową. – Nie znam. Otok wymagał większej precyzji. Nie chciałam być tu ani chwili dłużej. Szybko wycieniowałam obrazek i delikatnie oderwałam arkusz z bloku. Podałam pracę komendantowi. Rzucił teczkę na biurko i chwyciwszy portret, chodził z nim po izbie, napawając się sobą. Wbiłam wzrok w teczkę. Leżała tam, na biurku. Musiało w niej być coś o Papie, coś, co pomogłoby mi przekazać mu rysunek. Komendant wydał Kreckiemu rozkaz. Chleb. Kazał przynieść mi chleb. Ale miałam przecież dostać coś więcej! Komorow wyszedł z pokoju. Zaczęłam protestować. Krecki pokazał mi drzwi. – Dawaj! – krzyknął, poganiając mnie. Zobaczyłam, że na zewnątrz czeka Jonas. – Ale... – zaczęłam. Krecki zawołał coś i wyszedł z drugiej strony, wtedy mój brat otworzył drzwi i zajrzał do środka. – Kazał nam iść pod kuchnię. Słyszałem go. Tam dadzą nam chleb – szepnął. – Ale przecież mieliśmy dostać ziemniaki – jęknęłam. Komendant okazał się kłamcą. Powinnam była narysować węże. Odwróciłam się, żeby zabrać swoje rzeczy. Na biurku wciąż leżała teczka. – Szybko – ponaglił mnie brat. – Jestem głodny! – Idę już. – Pokiwałam głową, udając, że zbieram papiery. Porwałam teczkę i schowałam pod płaszczem. – Chodźmy. Wyszłam w pośpiechu. Jonas nie miał pojęcia, co zrobiłam.


55 POSZLIŚMY POD kwatery NKWD. Słyszałam w uszach łomot krwi. Próbowałam się uspokoić, zachowywać normalnie. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak Krecki wychodzi tylnymi drzwiami z biura. Szedł w cieniu budynków, długi wełniany płaszcz łopotał mu koło nóg. Zgodnie z poleceniem czekaliśmy przy kuchni. – Może nie przyjdzie. – Czułam wielką ochotę, by pobiec do chaty. – Musi – powiedział Jonas. – Za twój rysunek są nam winni jedzenie. Krecki pojawił się w tylnych drzwiach. Bochenek chleba uderzył o ziemię. Nie mógł po prostu nam go podać? Czy byłoby mu tak trudno to zrobić? Nienawidziłam Kreckiego. – Chodźmy – mruknęłam. Nagle w naszym kierunku poleciały ziemniaki. Z wnętrza kuchni dobiegł śmiech. – Musisz je rzucać? – spytałam, zbliżając się do drzwi, ale ktoś je zamknął. – Patrz! Jest ich kilka! – zawołał Jonas, podnosząc ziemniaki. Drzwi znów się otwarły. Metalowa puszka uderzyła mnie w czoło. Poczułam na brwiach ciepłą wilgoć. Rzucano w nas puszkami i śmieciami. Enkawudziści zabawiali się, obrzucając odpadkami bezbronne dzieci! – Są pijani. Szybko, chodźmy stąd, zanim zaczną strzelać – ponagliłam, nie chcąc zgubić teczki. – Czekaj, tu jest jedzenie. – Jonas gorączkowo zbierał to, co spadło. Z kuchni wyleciał worek, który uderzył go w ramię i obalił na ziemię. Za drzwiami wybuchł śmiech. – Jonasie! – Podbiegłam do brata. Coś mokrego chlasnęło mnie w twarz. W drzwiach stanął Krecki i coś powiedział. – Szybko – przetłumaczył Jonas. – On mówi, że kradniemy jedzenie i że na nas doniesie. Krzątaliśmy się jak kury na trawie, wyginając szyje w poszukiwaniu wszystkiego, co spadło. Sięgnęłam dłonią, żeby wytrzeć smrodliwą wilgoć z twarzy. Zgniłe obierki ziemniaczane. Pochyliłam głowę i włożyłam je do ust. – Faszystskaja swinia! – wrzasnął Krecki, zatrzaskując drzwi. Zbierałam wszystko do spódnicy, przyciskając ramieniem teczkę ukrytą pod płaszczem. Wzięłam, co się dało, nawet puste puszki, bo mogły w nich być resztki sosu. Lewa strona mojego czoła pulsowała bólem. Dotknęłam jej dłonią i poczułam wielkiego guza. Zza budynku wyszedł Andrius. Rozejrzał się. – Widzę, że dostaliście coś za rysunek. Zignorowałam go i zaczęłam zbierać obierki wolną ręką. Wkładałam je do kieszeni i spódnicy, chcąc za wszelką cenę zabrać ze sobą wszystko. Andrius podszedł, żeby podnieść worek, nad którym stałam. Położył mi dłoń na ramieniu. – Nie przejmuj się – powiedział łagodnie. – Wszystko weźmiemy. Podniosłam na niego wzrok. – Krwawisz. – To nic takiego. – Wyciągnęłam z włosów zgniły ziemniak. Jonas zbierał chleb. Andrius podniósł worek. – Co tam jest? – spytał Jonas. – Mąka. Pomogę wam. Coś ci się stało w rękę? – spytał, widząc, jak przyciskam ją do ciała. Pokręciłam głową. Szliśmy przez śnieg w milczeniu.


56 – JONASIE, POSPIESZ SIĘ – ponagliłam brata, kiedy tylko oddaliliśmy się od kwater NKWD. – Mama będzie się martwić. Biegnij naprzód i powiedz, że wszystko w porządku. Jonas pobiegł do chaty. Zwolniłam kroku. – Mają na nas teczkę – zakomunikowałam, patrząc, jak znika w oddali. – Mają teczkę na każdego. – Andrius poprawił na ramieniu worek mąki. – Pomożesz mi z czymś? Andrius potrząsnął głową, prawie się śmiejąc. – Nie mogę wykraść dokumentów. Co innego drewno albo puszka pomidorów. Wejść do kuchni to jedno, a... – Nie musisz. – Przystanęłam. – Co? – Nie musisz wykradać teczki. – Rozejrzałam się i rozchyliłam płaszcz. – Już ją mam – szepnęłam. – Leżała na biurku komendanta. Musisz ją tylko odłożyć, kiedy wszystko przeczytamy. Andrius zbladł. Rozejrzał się gwałtownie, a potem pociągnął mnie za chatę. – Oszalałaś?! Chcesz zginąć? – szepnął. – Łysy powiedział, że wszystko jest w naszych teczkach. To, dokąd nas wysłano, może też to, co się stało z resztą rodziny. Wszystko. – Uklękłam, wypuszczając ziemniaki, i sięgnęłam za pazuchę. – Tak nie można. Daj mi ją. Od razu ją odłożę. Usłyszeliśmy jakieś kroki. Andrius stanął przede mną. Ktoś nas minął. Rzucił worek i sięgnął po teczkę. Odsunęłam się i otwarłam ją. Ręce mi drżały. Były tam fotografie naszej rodziny i jakieś papiery. Serce mnie zakłuło. Wszystko po rosyjsku. Odwróciłam się z powrotem do Andriusa. Wyrwał mi dokumenty. – Proszę! – jęknęłam. – Powiedz, co tam napisano. – Czy ty naprawdę jesteś taką egoistką? Czy taką idiotką? Zabiją ciebie i całą rodzinę! – Nie! – Chwyciłam go za ramię. – Proszę, to może mi pomóc odszukać ojca. Słyszałeś go w pociągu. Mogę mu pomóc nas odnaleźć. Wysłać mu rysunki. Muszę tylko wiedzieć, gdzie on jest. Wiem, że to rozumiesz. Patrzył na mnie dłuższą chwilę, a potem otworzył teczkę. – Nie czytam zbyt dobrze po rosyjsku. – Szybko przebiegł wzrokiem dokumenty. – Co tam piszą? – „Studenci w akademii” – mruknął, rozglądając się. – To słowo to „malarka”. Czyli ty. A twój ojciec... – powiedział, kładąc palec pod innym słowem. – Tak? – Miejsce. Przysunęłam się do Andriusa. – Co tam piszą? – Krasnojarsk. Więzienie. – Papa jest w Krasnojarsku? – Przypomniałam sobie, jak rysowałam Krasnojarsk na mapie dla NKWD. – To znaczy chyba „przestępstwo” albo „zbrodnia” – oznajmił, wskazując fragment zdania. – Z tego wynika, że twój ojciec jest... – Tak? – Nie znam tego słowa – szepnął. Zamknął teczkę i wsunął sobie za pazuchę.


– I co jeszcze? – To wszystko. – Możesz się dowiedzieć, co to znaczy? To o Papie? – A jeśli mnie z tym złapią? – spytał nagle ze złością. Jeśli go złapią? Co mu zrobią? Odwrócił się, żeby odejść. – Dziękuję. Bardzo dziękuję. Skinął głową i się oddalił.


57 WIDOK JEDZENIA zachwycił Mamę. Postanowiliśmy zjeść większość od razu, na wypadek gdyby enkawudziści chcieli je nam odebrać. Sardynki w puszce były pyszne, warte guza na głowie. Olej wydał mi się gładki niczym jedwab. Mama dała Uliuszce ziemniaka i zaprosiła ją do wspólnego posiłku. Wiedziała, że kobieta nie doniesie na nas za jedzenie, które sama spożywała. Nie podobało mi się, że Mama dzieli się z Ałtajką. Przecież ona chciała wyrzucić Jonasa na śnieg, kiedy był chory. Bez mrugnięcia okiem nas okradała. Nigdy nie dzieliła się zapasami. Obżerała się jajkami na naszych oczach. Mimo to Mama uparła się, żeby się z nią podzielić. Martwiłam się o Andriusa, mając nadzieję, że udało mu się zwrócić teczkę niepostrzeżenie. Co to było za słowo, o którym mówił, to, które znaczyło mniej więcej „przestępstwo” albo „zbrodnia”? Nie wierzyłam, że Papa mógłby zrobić coś złego. Dużo o tym rozmyślałam. Pani Raskunas pracowała na uniwersytecie z Papą. Nie deportowano jej. Widziałam, jak stała w oknie, kiedy nas wywożono. Czyli nie wszystkich z uniwersytetu aresztowano. Więc czemu wzięli jego? Chciałam powiedzieć Mamie, że wysłano go do Krasnojarska, ale nie mogłam się na to zdobyć. Zbyt przejmowałaby się pobytem Papy w więzieniu i byłaby wzburzona, że wykradłam teczkę. Poza tym niepokoiłaby się o Andriusa. Tak jak ja. Tego wieczora wydarłam kolejne rysunki z bloku i ukryłam je z innymi pod podszewką walizki. Zostały mi dwie kartki. Ołówek zawisł nad papierem. Podniosłam wzrok. Mama i Jonas rozmawiali cicho. Obróciłam ołówek w dłoniach. Narysowałam kołnierz. Wąż wypełzł sam, wijąc się splotami ku górze. Szybko go wymazałam. Następnego popołudnia w drodze z pracy zobaczyłam Andriusa. Szukałam w jego twarzy wiadomości o teczce. Skinął głową. Rozluźniłam się. A więc ją zwrócił. Ale czy poznał znaczenie tego słowa? Uśmiechnęłam się do niego. Potrząsnął głową zdenerwowany, ale też się uśmiechał. Znalazłam cienki, płaski kawałek brzeziny i wzięłam go do baraku. Wieczorem ozdobiłam krawędzie litewskimi wzorami, narysowałam nasz dom w Kownie i inne litewskie symbole. Na dole napisałam: „Dostarczyć do więzienia w Krasnojarsku. Pozdrowienia od panny Ałtaj”. Podpisałam się i dodałam datę. – Co mam z tym zrobić? – spytała zrzędliwa kobieta, gdy się do niej zwróciłam. – Wystarczy przekazać jakiemuś Litwinowi w wiosce. Proszę powiedzieć, żeby przekazał to dalej. Musi jakoś dotrzeć do Krasnojarska. Kobieta spojrzała na moje rysunki litewskiego godła, zamku w Trokach, naszego patrona świętego Kazimierza oraz bociana, narodowego ptaka Litwy. – Proszę – nalegałam, podając jej wystrzępiony kawałek tkaniny. – Może którejś z córek przyda się ta halka. Wiem, że to niewiele, ale... – Zachowaj to sobie – odparła, nie odrywając oczu od moich rysunków. – Przekażę to dalej.


58 22 MARCA. MOJE SZESNASTE urodziny. Moje zapomniane urodziny. Mama i Jonas wyszli do pracy. Żadne z nich nie pamiętało. Czego się spodziewałam – przyjęcia? Ledwo mieliśmy co do ust włożyć. Mama wymieniała, co mogła, na znaczki, by wysyłać listy do Papy. Nie zamierzałam jej przypominać. Czułaby się okropnie, że zapomniała. Miesiąc wcześniej przypomniałam jej o urodzinach Babci. Wyrzuty sumienia dręczyły ją przez kilka dni. W końcu jak można było nie pamiętać o urodzinach własnej Mamy? Cały dzień układałam drwa, wyobrażając sobie, jak byśmy się bawili, gdybyśmy zostali na Litwie. Koledzy ze szkoły życzyliby mi wszystkiego najlepszego. Rodzina pięknie by się wystroiła. Przyjaciel Papy robiłby zdjęcia. Poszlibyśmy wszyscy do drogiej restauracji. Cały dzień byłby inny, wyjątkowy. Joana wysłałaby prezent. Pomyślałam o moich ostatnich urodzinach. Papa spóźnił się do restauracji. Powiedziałam mu, że nic nie otrzymałam od Joany. Gdy padło jej imię, zesztywniał. – Pewnie jest bardzo zajęta – stwierdził wtedy. Stalin zabrał mi dom i ojca. Teraz zabrał mi urodziny. Powłóczyłam nogami, wracając z pracy przez śnieg. Zatrzymałam się, żeby odebrać przydziałowy chleb. W kolejce stał Jonas. – Pospiesz się! – zawołał. – Pani Rimas dostała list z Litwy. Gruby! – Dzisiaj? – spytałam. – Tak! Spotykamy się w chacie łysego. Kolejka posuwała się wolno. Myślałam o ostatniej przesyłce do pani Rimas. W zatłoczonej chacie było wtedy ciepło. Zastanawiałam się, czy Andrius tam będzie. Wzięłam chleb i pobiegłam przez śnieg do chaty łysego. Było już tłoczno, wszyscy zbili się w kupę. Zobaczyłam Jonasa. Podeszłam do niego. – Coś straciłam? – szepnęłam. – Tylko to – odpowiedział. Tłum się rozstąpił. Ujrzałam Mamę. – Wszystkiego najlepszego! – krzyknęli. Poczułam w gardle gulę. – Wszystkiego najlepszego, kochanie! – Mama mnie przytuliła. – Sto lat! – przyłączył się Jonas. – Myślałaś, że zapomnieliśmy? – Tak... – A jednak nie. – Mama znów mnie uścisnęła. Rozejrzałam się za Andriusem. Nie było go. Odśpiewano piosenkę urodzinową, usiedliśmy i zjedliśmy chleb. Mężczyzna z zegarkiem opowiadał o swoich szesnastych urodzinach. Pani Rimas o śmietankowym kremie, którym przekładała ciasta. Pokazywała, jak trzymała miskę przy biodrze i machała łopatką. Polewa! Przypomniałam sobie gładką konsystencję i słodki smak. – Mamy dla ciebie prezent – oznajmił Jonas. – Prezent? – Nie było w co zapakować, ale to prezent – dodała Mama. Pani Rimas wręczyła mi blok papieru i kawałek ołówka. – Dziękuję! Skąd to macie? – Tajemnica. – Mama się uśmiechnęła. – Papier jest liniowany, ale lepszego nie znaleźliśmy. – Och, jak cudownie! – zawołałam. – Nieważne, że ma linie. – Będziesz równiej rysowała – zażartował Jonas. – Musisz narysować coś, żeby upamiętnić te urodziny. Są wyjątkowe. Niedługo pozostaną


tylko wspomnieniem – stwierdziła Mama. – E tam, wspomnieniem. Dość tego. Idźcie już. Jestem zmęczony – mruknął łysy. – Dziękuję, że nas pan ugościł – powiedziałam. Skrzywił się i zamachał rękami, wypychając nas za drzwi. Wzięliśmy się pod ramiona i ruszyliśmy do Uliuszki. Spojrzałam w zimne szare niebo. Zanosiło się na kolejne opady śniegu. – Lino. – Zza chaty wynurzył się Andrius. Mama i Jonas pomachali nam i poszli dalej sami. – Wszystkiego najlepszego – odezwał się. Podeszłam do niego. – Skąd wiedziałeś? – Jonas mi powiedział. Czubek nosa miał czerwony. – Możesz wchodzić do środka. Przecież wiesz. – Wiem. – Rozszyfrowałeś to słowo z teczki? – Nie, nie po to przyszedłem. Chciałem... dać ci to. – Wyjął zza pleców coś owiniętego w szmatę. – Sto lat. – Przyniosłeś mi coś? Dziękuję. Nie wiem nawet, kiedy ty masz urodziny. Wzięłam prezent. Andrius odwrócił się, żeby odejść. – Czekaj, usiądź. – Wskazałam kłodę pod chatą. Usiedliśmy razem. Jego czoło znaczyły zmarszczki niepewności. Ściągnęłam szmatę. Podniosłam wzrok. – Nie wiem, co powiedzieć... – wybąkałam. – Powiedz, że ci się podoba. – Podoba mi się. Nie skłamałam. To była książka. Dickens. – To nie jest Klub Pickwicka. Tak się nazywała tamta książka, prawda? To Dombey i syn. Jedyny Dickens, jakiego znalazłem. – Chuchnął w ręce okryte rękawiczkami i zatarł je. W zimnym powietrzu jego ciepły oddech zawirował niczym dym. – Wspaniały prezent. – Otwarłam książkę. Cyrylica. – Teraz musisz nauczyć się rosyjskiego, inaczej nie będziesz w stanie jej przeczytać. Wydałam z siebie teatralny jęk. – Skąd ją masz? Wciągnął głośno powietrze i potrząsnął głową. – Hm. Może powinniśmy od razu ją wypalić? – Może – powiedział. – Próbowałem trochę czytać. Udał, że ziewa. Roześmiałam się. – Rzeczywiście, Dickens na początku bywa dość ciężki... Patrzyłam na książkę leżącą na moich kolanach. Ciemnoczerwona oprawa była gładka i twarda. Tytuł wytłoczono złotymi literami. Oto piękny, prawdziwy, doskonały prezent. Nagle poczułam atmosferę urodzin. Spojrzałam na Andriusa. – Dziękuję. Przyłożyłam rękawice do jego policzków, przyciągnęłam jego przystojną twarz do swojej i pocałowałam go. Nos miał zimny, usta ciepłe, jego skóra pachniała czystością. Poczułam dreszcz. Odsunęłam się, patrząc na niego i próbując odzyskać regularny oddech.


– Naprawdę dziękuję. To wspaniały prezent. Andrius siedział na kłodzie osłupiały. Wstałam. – Dwudziesty listopada – odezwał się. – Co? – Moje urodziny. – Zapamiętam. Dobranoc. – Odwróciłam się i odeszłam. Zaczął padać śnieg. – Nie wypal wszystkiego od razu – usłyszałam jeszcze. – Obiecuję! – odkrzyknęłam, ściskając swój skarb.


59 PRZEKOPYWALIŚMY SIĘ PRZEZ śnieg i błoto, żeby słońce dotarło do naszego poletka ziemniaków. Według termometru pod biurem kołchozu było nieco powyżej zera. Mogłam rozpiąć płaszcz. Mama wbiegła do chaty z rumianą twarzą, ściskając kopertę. Ręce jej drżały. Otrzymała list od kuzynki naszej gosposi przekazujący zakodowaną wiadomość, że Papa żyje. Ściskała mnie mocno, powtarzając w kółko „tak” i „dziękuję”. W liście nie było ani słowa o miejscu pobytu Papy. Spojrzałam na zmarszczkę żłobiącą czoło Mamy, odkąd zostaliśmy deportowani. Nie powinnam dłużej trzymać tego przed nią w tajemnicy. Powiedziałam jej, że widziałam teczkę i że Papa jest w Krasnojarsku. Jej pierwszą reakcją był gniew i wzburzenie na myśl o ryzyku, jakie podjęłam, ale w ciągu następnych dni w jej postawie coś się zmieniło, a w głosie pojawiła się nuta szczęścia. – Znajdzie nas, Mamo, znajdzie – powtarzałam, rozmyślając o kawałku brzeziny, który zdążał już do Papy. W obozie działo się coraz więcej. Z Moskwy przybyły dostawy. Andrius mówił, że przysłano jakieś dokumenty. Jedni strażnicy wyjechali, na ich miejsce przybyli inni. Miałam nadzieję, że Krecki zniknie. Nie mogłam znieść poczucia ciągłego strachu, obawy, czy nie rzuci czymś we mnie. Ale został. Zauważyłam, że od czasu do czasu rozmawia z Andriusem. Pewnego dnia, gdy szłam rąbać drwa, spostrzegłam ciężarówki z żołnierzami. Nie rozpoznałam ich. Mieli inne mundury, chodzili sztywnym krokiem. Po tym jak zmuszono mnie do wykonania portretu komendanta, rysowałam wszystko, co widziałam albo czułam. Niektóre szkice przepełniał ból jak na obrazach Muncha, inne zaś emanowały nadzieją i tęsknotą. Wszystkie były realistyczne i na pewno uznano by je za antysowieckie. Wieczorami czytałam po pół strony Dombeya i syna. Męczyłam się z każdym słowem, ciągle prosząc Mamę o tłumaczenie. – To poprawna staroświecka ruszczyzna – wyjaśniła Mama. – Jeśli nauczysz się języka z tej książki, to będziesz mówić jak profesor uniwersytetu. Andrius zaczął spotykać się ze mną w kolejce. Rąbałam drwa z większą siłą i nadzieją, że dzień szybciej minie. Wieczorami myłam twarz w śniegu. Starałam się szczotkować zęby i czesać splątane włosy. – Ile stron zdążyłaś wypalić? – szepnął mi do ucha. – Prawie dziesięć – rzuciłam przez ramię. – Czyli pewnie posługujesz się już płynnie rosyjskim – zażartował i pociągnął mnie za czapkę. – Pieriestań – powiedziałam z uśmiechem. – Przestań? Bardzo dobrze. Czyli rzeczywiście czegoś się nauczyłaś. A znasz może to słowo: krasiwaja? Obróciłam się. – Co to znaczy? – Będziesz musiała sama się dowiedzieć. – W porządku. Dowiem się. – Ale nie wolno ci zapytać Mamy. Obiecujesz? – Obiecuję. Ale powtórz. – Krasiwaja. Tylko naprawdę musisz się dowiedzieć sama. – Dowiem się. – Zobaczymy – odparł i oddalił się z uśmiechem.


60 NADSZEDŁ PIERWSZY CIEPŁY DZIEŃ wiosny. Andrius spotkał się ze mną w kolejce. – Wczoraj wieczorem przeczytałam sama całe dwie strony – pochwaliłam się, biorąc chleb. Nie uśmiechnął się. – Lino... – Wziął mnie za ramię. – Co? – Nie tutaj. Odeszliśmy od kolejki. Andrius milczał. Łagodnie zaciągnął mnie za pobliską chatę. – Co się dzieje? – spytałam. Obejrzał się. – O co chodzi? – Przenoszą ludzi – szepnął. – NKWD? – Tak. – Dokąd? – Jeszcze nie wiem. Po świetle, które migotało wczoraj w jego oczach, nie został nawet ślad. – Dlaczego ich przenoszą? Jak się o tym dowiedziałeś? – Lino. – Wciąż trzymał mnie za ramię. Jego wyraz twarzy mnie przeraził. – Co? Wziął mnie za rękę. – Jesteś na liście. – Jakiej liście? – Liście osób do przeniesienia. Jonas i twoja mama też. – Dowiedzieli się, że wzięłam teczkę? – spytałam. Potrząsnął głową. – Kto ci to powiedział? – Nic więcej nie wiem – stwierdził, spuszczając wzrok i ściskając mnie za rękę. Spojrzałam na nasze złączone dłonie. – Andriusie... – zaczęłam powoli. – Czy ty jesteś na liście? Podniósł oczy i potrząsnął głową. Puściłam jego rękę i pobiegłam między budynki. Mama! Musiałam powiedzieć Mamie. Dokąd nas zabiorą? Czy to dlatego, że nie podpisaliśmy? Kto jeszcze znajdował się na liście? – Lino, uspokój się! – zawołała Mama. – Mów wolniej. – Zabierają nas. Andrius mi powiedział – wydyszałam. – Jedziemy do domu? – zdumiał się Jonas. – Właśnie – podchwyciła Mama. – Może przeniosą nas w jakieś lepsze miejsce. – Do Papy! – zawołał mój brat. – Mamo, nie podpisaliśmy. Nie widziałaś wyrazu twarzy Andriusa. – A gdzie on teraz jest? – spytał Jonas. – Nie wiem. Ale nie ma go na liście. Mama wyszła poszukać Andriusa i pani Rimas. Ja chodziłam z kąta w kąt. Parkiet zaskrzypiał, skarżąc się na kroki Papy. – Szwecja byłaby lepsza – powiedziała Mama. – Niemożliwe – odparł Papa. – Jedyna ich szansa to Niemcy. – Musimy im pomóc. – I pomagamy. Pojadą pociągiem do Polski, a my zorganizujemy wyjazd stamtąd do Niemiec.


– A dokumenty? – spytała Mama. – Gotowe. – Wolałabym, żeby to była Szwecja. – Niemożliwe. To muszą być Niemcy. – Kto się wybiera do Niemiec?! – krzyknęłam z jadalni. Cisza. – Nie wiedziałam, że tam jesteś. – Mama wyszła z kuchni. – Odrabiam lekcje. – Kolega twojego ojca jedzie do Niemiec – wyjaśniła. – Wrócę na kolację. – Papa pocałował Mamę w policzek i wyszedł tylnymi drzwiami. Wieść o zbliżającym się przeniesieniu przebiegła przez obóz niczym iskra po loncie. Ludzie wbiegali do chat i wybiegali z nich, wymieniali się komentarzami. Wersje zmieniały się z minuty na minutę, każdy dodawał coś od siebie. Ktoś rzucił, że do obozu przybyły dodatkowe oddziały NKWD. Ktoś inny, że widział, jak enkawudziści ładują karabiny. Nikt nie znał prawdy. Uliuszka z hukiem otwarła drzwi. Rzuciła coś do Jonasa i szybko wybiegła. – Szuka Mamy – powiedział Jonas. – Czy ona coś wie? Do naszej chaty przybiegła panna Grybas. – Gdzie wasza mama? – spytała. – Poszła szukać Andriusa i pani Rimas – wyjaśniłam. – Pani Rimas jest z nami. Przyprowadźcie mamę do chaty pana Stalasa. Czekaliśmy. Nie wiedzieliśmy, co robić. Czy powinnam pakować wszystko do walizki? Czy naprawdę wyjeżdżaliśmy? Czy Jonas miał rację i wracaliśmy do domu? Przecież niczego nie podpisaliśmy. Nie mogłam zapomnieć zatroskanego wyrazu twarzy Andriusa, kiedy przekazał mi, że znaleźliśmy się na liście. Skąd to wiedział? Skąd wiedział, że jego na niej nie ma? Mama wróciła. W chacie łysego ludzie stali ramię w ramię. Kiedy weszliśmy, gwar jeszcze się spotęgował. – Ciii – uspokoił ich mężczyzna z zegarkiem. – Usiądźmy. Posłuchajmy, co Elena ma do powiedzenia. – To prawda – ogłosiła Mama. – Jest lista i mówi się o przenoszeniu ludzi. – Skąd Andrius o tym wie? – spytał Jonas. – Pani Arvydas otrzymała pewne informacje. – Mama odwróciła wzrok. – Nie wiem skąd. Ja jestem na liście, tak samo jak moje dzieci. Pani Rimas też. Panno Grybas, pani na niej nie ma. Nic więcej nie wiem. Nagle wszyscy chcieli wiedzieć, czy też są na liście. – Przestańcie kłapać jadaczkami – uciął łysy. – Powiedziała przecież, że nic poza tym nie wie. – To ciekawe – rzekł mężczyzna z zegarkiem. – Panny Grybas nie ma na liście. A ona nie podpisała. Czyli przenoszą nie tylko tych, którzy odmówili podpisu. – Proszę – załkała panna Grybas. – Nie zostawiajcie mnie tutaj. – Przestań się mazać – żachnął się łysy. – Nie wiemy, co tak naprawdę się dzieje. Próbowałam dojść, w jaki sposób wybrano osoby do przeniesienia. Ale reguły nie było. Psychologiczny terror Stalina opierał się na niewiedzy, czego można oczekiwać. – Trzeba się przygotować – stwierdził pan Lukas, nakręcając zegarek. – Przypomnijcie sobie podróż tutaj. Teraz nie mamy już tyle siły. Jeśli czeka nas kolejna taka jazda, to musimy być gotowi. – Chyba nie sądzi pan, że znów nas wsadzą do tych wagonów? – jęknęła pani Rimas. W chacie rozległy się ciche szlochy.


Jak mogliśmy się do czegoś takiego przygotować? Nikt z nas nie miał jedzenia, byliśmy niedożywieni, osłabieni, pozbyliśmy się już wszystkich cennych przedmiotów. – Jeśli to prawda i ja nie wyjeżdżam, to podpiszę te papiery – ogłosiła panna Grybas. – Nie! Nie wolno pani! – zawołałam. – Proszę myśleć jasno – powiedziała pani Rimas. – Właśnie to robię – odparła panna Grybas, przełykając łzy. – Jeśli was wywiozą, będę tu prawie całkiem sama. Kiedy podpiszę, pozwolą mi uczyć dzieci w obozie. Mój rosyjski jest kiepski, ale mogę uczyć. Poza tym chcę zaglądać do wioski. A to prawo otrzymam tylko wtedy, gdy podpiszę. Dzięki temu będę mogła pisać listy za was wszystkich. Tak trzeba zrobić. – Nie podejmujmy jeszcze takich decyzji – poprosiła Mama, klepiąc pannę Grybas po dłoni. – Może to wszystko pomyłka – rzuciła pani Rimas. Mama spuściła wzrok i zamknęła oczy.


61 ANDRIUS ODWIEDZIŁ NAS późnym wieczorem i porozmawiał z Mamą na zewnątrz chaty. – Andrius chciałby z tobą pomówić – oznajmiła po powrocie. Uliuszka rzuciła coś do niej po rosyjsku. Mama kiwnęła głową. Wyszłam z chaty. Andrius stał z rękami w kieszeniach. – Cześć. – Pogrzebał czubkiem buta w ziemi. – Cześć. Rozejrzałam się po chatach. Wiatr rozwiewał mi włosy. – Robi się ciepło – powiedziałam w końcu. – Tak – przytaknął, spoglądając w niebo. – Przejdźmy się. Śnieg już się roztopił, błoto przyschło. Żadne z nas nie odezwało się, dopóki nie minęliśmy chaty łysego mężczyzny. – Wiesz, dokąd nas zabierają? – spytałam. – Chyba do innego obozu. Część enkawudzistów też jedzie. Pakują się. – Ciągle myślę o moim Papie i o tym, co napisano w teczce. – Lino, dowiedziałem się, co znaczyło tamto słowo. Przystanęłam i czekałam na odpowiedź. Wyciągnął rękę i delikatnie odgarnął mi włosy z oczu. – „Poplecznik”. – Poplecznik? – Chodzi prawdopodobnie o to, że próbował pomóc komuś w niebezpieczeństwie. – Oczywiście, że to robił. Ale nie myślisz chyba, że popełnił jakieś przestępstwo? – Ależ skąd! Nie jesteśmy kryminalistami – żachnął się. – No, może ty, w końcu kradniesz drwa, rysiki i teczki. – Spojrzał na mnie, tłumiąc śmiech. – I kto to mówi? Ten, co wynosił pomidory, czekoladę i wódkę. – Tak. I kto wie, co jeszcze... Wziął moją dłoń i ją pocałował. Szliśmy ręka w rękę w milczeniu. Moje kroki stawały się coraz wolniejsze. – Andriusie... Boję się. Zatrzymał się i obrócił do mnie. – Nie. Nie bój się. Nie dawaj im nic. Nawet swojego strachu. – Nic na to nie poradzę. Nawet nie przywykłam do tego obozu. Tęsknię za domem, tęsknię za ojcem, szkołą, kuzynką. – Oddychałam coraz szybciej. – Ciiii. – Andrius przyciągnął mnie do siebie. – Uważaj, z kim rozmawiasz. Zawsze się pilnuj, dobrze? – wyszeptał. Jego ramiona zacisnęły się wokół mnie. – Nie chcę jechać – powiedziałam. Staliśmy w milczeniu. Jak się tu znalazłam? Jak to się stało, że stoję w ramionach chłopaka, którego ledwo znam, a jednocześnie nie chcę utracić? Zastanawiałam się, co myślałabym o Andriusie, gdybyśmy spotkali się na Litwie. Czy spodobałby mi się? A ja jemu? – Nie chcę, żebyś jechała – wyszeptał wreszcie. Zamknęłam oczy. – Andriusie, musimy wrócić do domu. – Wiem. Wrócimy. Wziął mnie za rękę i poszliśmy z powrotem. – Będę do ciebie pisać. Będę wysyłać listy do wioski.


Skinął głową. Stanęliśmy przed naszą chatą. – Poczekaj chwilę – poprosiłam i weszłam do środka. Pozbierałam wszystkie rysunki, nawet te na małych karteluszkach, spod podszewki walizki. Wydarłam kartki ze szkicownika. Wyszłam i podałam je Andriusowi. Na ziemię upadł szkic jego mamy z posiniaczoną twarzą. Jej oczy patrzyły na nas z dołu. – Co ty wyprawiasz? – spytał, szybko podnosząc arkusz. – Ukryj je. Strzeż ich. Dla mnie – poprosiłam, chwytając jego dłonie. – Nie wiem, dokąd jadę. Nie chcę, żeby się zniszczyły. Jest w nich tyle mnie, tyle nas wszystkich. Znajdziesz dla nich bezpieczne miejsce? Skinął głową. – Pod moją pryczą jest luźna deska. Tam ukryłem Dombeya i syna – powiedział powoli, patrząc na rysunki. – Musisz dalej rysować. Moja mama mówi, że świat nie ma pojęcia, co Sowieci tu robią. Co poświęcili nasi ojcowie. Gdyby inne kraje wiedziały, mogłyby pomóc. – Dobrze. Wszystko też zapisywałam. Dlatego musisz tego strzec. Dla mnie. Przytaknął. – Obiecaj mi tylko, że będziesz ostrożna. Nie rób nic głupiego, nie szukaj żadnych teczek ani nie biegaj pod pociągami. Patrzyliśmy na siebie. – I nie pal beze mnie żadnych książek, dobrze? – dodał. Uśmiechnęłam się. – Nie będę. Jak myślisz, ile czasu nam zostało? – Nie wiem. To się może stać każdego dnia. Wspięłam się na palce i pocałowałam go. – Krasiwaja – szepnął mi do ucha, wodząc nosem po moim policzku. – Dowiedziałaś się już, co to znaczy? – Pocałował mnie w szyję. – Jeszcze nie. – Zamknęłam oczy. Westchnął głęboko i powoli się cofnął. – Powiedz Jonasowi, że rano przyjdę go odwiedzić. Kiwnęłam głową, czując wciąż na szyi ciepło jego warg. Odszedł w ciemność, schowawszy moje rysunki pod płaszczem. Obrócił się jeszcze i obejrzał. Pomachałam mu. Odwzajemnił gest. Jego sylwetka malała, aż wreszcie rozpłynęła się w mroku.


62 PRZYSZLI PRZED ŚWITEM. Wpadli do chaty, wymachując karabinami, tak jak do naszego domu dziesięć miesięcy wcześniej. Mieliśmy tylko kilka minut. Tym razem byłam gotowa. Uliuszka zerwała się z posłania i warknęła coś do Mamy. – Cicho! – skarciłam ją. – Wyjeżdżamy. Ałtajka zaczęła podawać Mamie ziemniaki, buraki i inne zachomikowane jedzenie. Włożyła Jonasowi do walizki grube futro. Mnie wręczyła ołówek. Nie mogłam w to uwierzyć. Dlaczego dawała nam jedzenie? Mama ją objęła, ale Uliuszka po chwili odepchnęła ją i wyszła z chaty. NKWD kazało nam czekać pod chatą. Mężczyzna z zegarkiem podszedł do nas z walizką w ręce. Był na liście. Za nim szli pani Rimas, dziewczynka z lalką, jej mama i cała rzeka innych ludzi. Sunęliśmy wolno w kierunku biura kołchozu, ciągnąc nasze rzeczy. Wszystkim zastraszająco szybko przybyło lat. Czy ja też się postarzałam? Panna Grybas podbiegła do nas z płaczem. – Przysłali po was. Jedziecie do Ameryki. Wiem to. Nie zapomnijcie o mnie – błagała. – Nie pozwólcie mi tu sczeznąć. Chcę wrócić do domu. Mama i pani Rimas objęły pannę Grybas. Zapewniły ją, że będą o niej pamiętać. Ja wiedziałam, że nigdy nie zapomnę ani jej, ani buraków, które ukrywała pod sukienką. Brnęliśmy dalej. Słyszałam cichnący płacz panny Grybas. Zrzędliwa kobieta wyszła ze swojej chaty. Podniosła wychudzoną rękę i kiwnęła nam. Jej córki trzymały się obok. Przypomniałam sobie, jak w pociągu starała się ukryć dziurę w podłodze. Bardzo zmizerniała. Rozglądałam się za Andriusem. W walizce tuż przy rodzinnej fotografii spoczywał Dombey i syn. Pod biurem stała zaparkowana duża ciężarówka. Obok Krecki palił papierosy z dwoma enkawudzistami. Komendant stał na werandzie z żołnierzem, którego nie rozpoznałam. Zaczęli alfabetycznie wyczytywać nazwiska. Wywołani wchodzili na pakę. – Trzymaj się, Jonasie. – Usłyszeliśmy głos Andriusa. – Do widzenia, pani Vilkas. – Do widzenia – szepnęła Mama, biorąc go za ręce i całując w policzki. – Zaopiekuj się matką. – Chciała przyjść, ale... – Rozumiem. Pozdrów ją ode mnie. Enkawudziści czytali dalej. – Jonasie, pisz do mnie – powiedział Andrius. – Będę. – Jonas podał mu swoją drobną dłoń. – Opiekuj się mamą i siostrą, dobrze? Twój ojciec i ja liczymy na ciebie. – Andrius popatrzył mu w oczy. Jonas skinął głową. Andrius odwrócił się do mnie. – Do zobaczenia. Moja twarz ani drgnęła, nie wykrztusiłam ani słowa, ale po raz pierwszy od miesięcy zapłakałam. Łzy pociekły mi spod suchych powiek i spłynęły wartkim strumieniem po policzkach. Odwróciłam głowę. Enkawudziści odczytali nazwisko łysego mężczyzny. – Spójrz na mnie – szepnął Andrius, zbliżając się. – Do zobaczenia – powtórzył. – Myśl o tym. Myśl, że przywiozę ci twoje rysunki. Wyobrażaj to sobie, bo tak się stanie.


Skinęłam głową. – Vilkas! – zawołał enkawudzista. Podeszliśmy do ciężarówki i wspięliśmy się na pakę. Spojrzałam z góry na Andriusa. Przeczesywał palcami włosy. Ryknął silnik. Uniosłam rękę i zamachałam. Jego usta wyszeptały jeszcze: „Do zobaczenia”. Pomachał. Uniosłam dłoń. Zamknięto klapę. Usiadłam. Ciężarówka szarpnęła i ruszyła. Na twarzy poczułam wiatr. Dopięłam płaszcz i wsadziłam ręce w kieszenie. Wtedy to poczułam. Kamień. Andrius wsunął mi go do kieszeni. Wstałam, by dać mu znak, że znalazłam prezent, ale jego już nie było.


LÓD I POPIÓŁ


63 JECHALIŚMY CAŁE PRZEDPOŁUDNIE. Droga wiła się między drzewami. Podobnie jak Mama próbowałam zachować optymizm. Rozmyślałam o Andriusie. Wciąż słyszałam jego głos. Przynajmniej nie było już z nami komendanta i Kreckiego. Miałam nadzieję, że zabierają nas gdzieś w okolice Krasnojarska, blisko Papy. Ciężarówka zatrzymała się w polu. Pozwolono nam wyskoczyć i załatwić się pośród trawy, ale enkawudziści zaczęli wrzeszczeć po zaledwie kilku sekundach. – Dawaj! Znałam ten głos. Obejrzałam się. Krecki. Późnym popołudniem dojechaliśmy do stacji kolejowej. Spłowiały znak skrzypiał na wietrze. Bijsk. Pod budynkiem stało wiele ciężarówek. Wszystko jednak odbywało się zupełnie inaczej niż na tamtej stacji, kiedy nas deportowano. W czerwcu w Kownie panował jeden wielki chaos i panika. Wszyscy biegali, krzyczeli. Teraz rzesze wyczerpanych szarych ludzi sunęły powoli w kierunku pociągów niczym zmęczone mrówki do mrowiska. – Niech wszyscy staną przy wejściu – polecił łysy mężczyzna. – Udawajcie, że jest tłok. Może nikogo więcej tu nie wepchną i będziemy swobodnie oddychać. Weszłam do wagonu. Był inny od poprzedniego, dłuższy. Z sufitu zwieszała się lampa. Śmierdziało kwaśnym odorem ciał i moczu. Brakowało mi świeżego powietrza i woni drewna, którym pachniał obóz pracy. Zgodnie z poleceniem łysego skupiliśmy się przy drzwiach. Pomogło. Dwie grupy więźniów skierowano do innych wagonów. – Tu jest brudno – zauważyła pani Rimas. – A czego się spodziewałaś? Luksusowej salonki? – prychnął łysy. Do naszego wagonu wciśnięto jeszcze kilka osób: kobietę z dwoma synami, starszego człowieka, rozglądającego się nerwowo wysokiego mężczyznę oraz kobietę z córką, którą trzeba było podsadzić. Jonas trącił mnie w ramię. Dziewczynka była żółta jak cytryna, oczy miała spuchnięte. Gdzie je przetrzymywano? Rozmawiały ze sobą po litewsku. – Jeszcze tylko krótka podróż i będziemy w domu – zapewniała kobieta córkę. Mama pomogła jej z bagażem. Mała się rozkaszlała. Poszczęściło się nam. W wagonie były tylko trzydzieści trzy osoby. Mieliśmy światło i dużo miejsca. Cytrynowej dziewczynce daliśmy deskę do spania. Mama nalegała, żeby Jonas też spał na desce. Usiadłam na podłodze obok dziewczynki z lalką, której ręce były teraz puste. – Gdzie twoja lalka? – spytałam. – Nie żyje – odpowiedziała, patrząc na mnie pustym wzrokiem. – Ojej. – NKWD ją zabiło. Pamiętasz, jak zastrzelili tamtą kobietę z dzieckiem? To samo zrobili Liale, tylko że rzucili ją w powietrze i odstrzelili jej główkę. Jak gołębiowi. – Pewnie za nią tęsknisz? – Na początku tęskniłam. Płakałam i płakałam. Strażnik kazał mi przestać. Ale nie mogłam. To mnie uderzył w głowę. Widzisz tę bliznę? – spytała, wskazując grube czerwone znamię na czole. Dranie. Przecież to tylko dziecko. – Ty też nie mogłaś przestać płakać? – spytała. – Co? Wskazała bliznę nad moją brwią. – Nie. Rzucili we mnie puszką sardynek. – Bo płakałaś?


– Nie. Dla zabawy. Skinęła na mnie palcem. – Chcesz poznać tajemnicę? – Jaką? Nachyliła się i szepnęła mi do ucha: – Mama uważa, że enkawudziści pójdą do piekła. Ale nie wolno ci nikomu o tym mówić. To tajemnica. Moja lalka jest teraz w niebie. Rozmawia ze mną. To tajemnica, ale Liale powiedziała, że tobie mogę powiedzieć. – Dochowam sekretu – obiecałam. – Jak się nazywasz? – Lina. – A twój brat? – Jonas. – Ja mam na imię Janina. Twoja mama wygląda staro. Moja też. Podoba ci się ten chłopak, który był przy ciężarówce. – Co? – Ten, który włożył ci coś do kieszeni. Widziałam. Co ci dał? Pokazałam jej kamień. – Jak się błyszczy! Mojej lalce by się podobał. Dasz mi go? – Nie. To prezent. Powinnam zatrzymać go przez jakiś czas. Mama usiadła obok. – Widziała pani, jaki prezent Lina dostała od swojego chłopaka? – spytała Janina. – To nie jest mój chłopak. Czy Andrius był moim chłopakiem? Chciałam tego. Pokazałam kamień Matce. – Widzę, że trafił z powrotem do ciebie – powiedziała. – To dobry znak. – Moja lalka nie żyje – ogłosiła Janina. – Jest w niebie. Mama poklepała ją w ramię. – Niech ktoś uciszy to dziecko – mruknął łysy. – Ty, wysoki, co wiesz o wojnie? – Japończycy zbombardowali Pearl Harbor, zbombardowali – odparł mężczyzna. – Pearl Harbor? Zaatakowali Amerykę? – zdumiała się pani Rimas. – Kiedy? – spytał łysy. – Kilka miesięcy temu. Jakoś koło Bożego Narodzenia. Tak, Bożego Narodzenia – powtórzył nerwowo. – Czyli Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Japonii? – spytała Mama. – Tak. Razem z Wielką Brytanią. Wielka Brytania też wypowiedziała wojnę. – Skąd jesteś? – spytał łysy. – Z Litwy. – Wiem, kretynie. Pytam o teraz. – Z Kałmanki. Tak, z Kałmanki. – Z Kałmanki? To więzienie czy obóz? – dopytywał łysy. – Obóz, obóz. Uprawialiśmy ziemniaki. A wy? – My buraki. Niedaleko Turaciaka – odpowiedziała Mama. – Byli u was Litwini? – Nie. Głównie Łotysze. I Finowie. Tak, Finowie. Finowie. Właśnie, Finlandia. Przypomniałam sobie, jak pewnego wieczora doktor Seltzer przyszedł do Papy. Sowieci zaatakowali Finlandię. – To ledwo trzydzieści kilometrów od Leningradu – powiedział Mamie doktor Seltzer. – Stalin chce ochronić się przed Zachodem.


– Czy Finowie będą negocjować? – To twardy naród. Będą walczyć – odparł wtedy doktor.


64 POCIĄG PĘDZIŁ przed siebie. Klekocząca i zgrzytliwa melodia szyn była prawdziwą torturą. Oddalała mnie od Andriusa, coraz głębiej w nieznane. Lampa huśtała się jak wahadło, oświetlając puste twarze, rzucając cienie po ścianach. Janina szeptem rozmawiała z duchem lalki i się śmiała. Żółta dziewczynka odkasływała i charczała obok Jonasa. Opluła mu plecy krwią. Mama zabrała go z deski, zerwała z niego koszulę i wyrzuciła przez dziurę w podłodze. Nie było to chyba konieczne. Wszyscy oddychaliśmy tym samym powietrzem. Flegma i krew na ubraniu nie mogły być bardziej zaraźliwe. – Przepraszam. – Mała pociągnęła nosem. – Zniszczyłam ci koszulę. – Nic nie szkodzi – odpowiedział Jonas, zasłaniając ramionami nagą klatkę piersiową. Plamy po szkorbucie nie znikły jeszcze do końca, jego uwydatnione żebra znaczyły różowe kropki. Wysoki mężczyzna, ten, który się powtarzał, rozprawiał pełen przekonania do Ameryki, Ameryki. Ja nie miałam przekonania do niczego poza moją tęsknotą do Papy, Andriusa i domu. Trzeciej nocy obudziłam się, bo ktoś mnie dotknął. Uniosłam powieki. Janina stała nade mną z szeroko otwartymi oczami. Za nią lampa kołysała się w tę i we w tę. – Janino, co się stało? – Liale. – Powiedz jej, że pora spać. – Zamknęłam oczy. – Ona nie może spać. Mówi, że żółta dziewczynka nie żyje. – Co? – Liale mówi, że ona nie żyje. Możesz sprawdzić, czy ma otwarte oczy? Ja się boję. Przytuliłam Janinę, kładąc jej głowę na mojej piersi. – Ciiii.... Śpij, śpij. – Czułam, jak jej ciało drży. Wsłuchałam się w odgłosy otoczenia. Kaszel już nie rozbrzmiewał. – Ciiiii... pora spać, Janinko. – Kołysałam ją delikatnie. Pomyślałam o Andriusie. Co robił w obozie? Czy oglądał moje rysunki? Sięgnęłam do kieszeni i ścisnęłam kamień. Ujrzałam, jak się uśmiecha, ciągnąc mnie za czapkę w kolejce. Żółta dziewczyna nie żyła. Strużki skrzepłej krwi ściekały jej z ust na podbródek. Nazajutrz strażnicy wywlekli sztywne ciało z pociągu. Jej mama wyskoczyła z płaczem. Padł strzał. Rozległ się odgłos upadku na ziemię. Matka w żałobie mogła tylko przysporzyć kłopotów. Przeżyliśmy w pociągu dzięki Uliuszce, kobiecie, którą gardziłam. Żywiliśmy się jedzeniem, które dała Mamie. Dzieliliśmy się z innymi. Zmagając się z dygotem wagonu, narysowałam szeroką twarz i czarne włosy Ałtajki. Nikt nie krzywił się na wodę i breję w wiadrach. Jedliśmy zachłannie, liżąc dłonie i ssąc brudne paznokcie. Mama Janiny dużo spała. Ja prawie nie zmrużyłam oka, chociaż byłam wyczerpana. Przeszkadzało mi kołysanie pociągu i hałas. Siedziałam więc, zastanawiając się, dokąd nas zabierają i w jaki sposób skontaktuję się z Papą. Janina klepnęła łysego w ramię. – Słyszałam, że jest pan Żydem – powiedziała. – Coś takiego. – Czy to prawda? – Tak. Słyszałem, że jesteś smarkulą. Czy to prawda? Janina myślała przez chwilę. – Nie, chyba nie. Wie pan, że Hitler i naziści mogą zabić Żydów? Moja mama tak


powiedziała. – Twoja mama się myli. Hitler zabija Żydów już teraz. – Ale dlaczego? – spytał Jonas. – Bo Niemcy zrzucają na nich winę za wszystkie problemy – wyjaśnił. – Hitler uważa, że można je rozwiązać dzięki czystości rasowej. Dzieci tego nie zrozumieją. – Dlatego jest pan teraz z nami, a nie u nazistów? – pytał dalej Jonas. – Myślisz, że ja bym wybrał coś takiego? Nieważne, Hitler czy Stalin, ta wojna oznacza dla nas koniec. Litwa znajduje się między młotem a kowadłem. Słyszeliście, że Japończycy zbombardowali Pearl Harbor. Stany mogą być już w sojuszu z Sowietami. Ale dość tego gadania. – Jedziemy do Ameryki – oznajmił wysoki mężczyzna. – Do Ameryki.


65 PO TYGODNIU pociąg zatrzymał się w środku nocy. Pani Rimas powiedziała, że dostrzegła tablicę z napisem „Makarow”. Wygonili nas z wagonów. Czyste, świeże powietrze zawirowało mi wokół twarzy. Wciągnęłam je przez nos i wypuściłam suchymi ustami. Strażnicy skierowali nas do dużego budynku oddalonego o jakieś dwieście metrów. Zabraliśmy brudne bagaże z pociągu. Mama padła na ziemię. – Podnieście ją szybko – poleciła pani Rimas, oglądając się na strażników. – Skoro zastrzelili płaczącą matkę, to mogą zastrzelić słabą kobietę. – Wszystko w porządku. Jestem tylko zmęczona – wyjaśniła Mama. Razem z panią Rimas pomogłam jej iść. Jonas niósł walizki. Przy budynku Mama znów się potknęła. – Dawaj! Podeszło do nas dwóch enkawudzistów z karabinami. Mama poruszała się zbyt wolno. Na ich widok wyprostowała się. Jeden z enkawudzistów splunął, drugi spojrzał na nią. Poczułam ucisk w żołądku. Krecki. Jechał z nami. – Nikołaju – powiedziała cicho Mama. Krecki wskazał w innym kierunku i odszedł. Zaprowadzili nas do budynku wielkiego niczym stodoła. W środku tłoczyło się pewnie z tysiąc osób. Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby rozmawiać. Opadliśmy na podłogę i nasze bagaże. Moje napięte dotychczas mięśnie się rozluźniły. Bezruch ziemi wydawał się cudowny, jak gdyby ktoś zatrzymał metronom. Zgrzyt kół o szyny wreszcie ucichł. Ścisnęłam pod pachą walizkę z Dombeyem i synem w środku. Zapadła cisza. Leżeliśmy w naszych łachmanach i spaliśmy. Dniało. Słyszałam oddech Janiny przytulonej do moich pleców. Jonas siedział na swoim bagażu. Skinął na mnie. Spojrzałam na Mamę. Spała głęboko, z twarzą i rękami na walizce. – Powiedziała do niego „Nikołaju” – szepnął Jonas. – Co? Jonas zaczął chodzić nerwowo. – Krecki. Słyszałaś ją? Wczoraj nazwała go Nikołajem. – To on ma tak na imię? – spytałam. – Właśnie. Ja nie wiem. Skąd ona to wie? – mruknął. – Dlaczego pojechał z nami? – Jonas kopnął ziemię czubkiem buta. Enkawudziści przyjechali z chlebem i wiadrami zupy grzybowej. Zbudziliśmy Mamę i zaczęliśmy przekopywać walizki w poszukiwaniu kubka albo talerza. – Przygotowują nas, przygotowują – mruknął wysoki mężczyzna. – W Ameryce będziemy ucztować co dnia. Co dnia. – Dlaczego nas karmią? – spytałam. – Żebyśmy mieli siłę do pracy – powiedział Jonas. – Zjedzcie do ostatniego okruszka – poleciła Mama. Po posiłku strażnicy podzielili nas na grupy. Mama słuchała uważnie i roześmiała się cicho. – Będziemy się kąpać. Będziemy się mogli wykąpać! Ruszyliśmy szybko w kierunku dużej drewnianej łaźni. Mama kroczyła już pewniej. Przy wejściu rozdzielono nas według płci. – Zaczekaj na nas – kazała Mama Jonasowi. Polecono nam zdjąć ubrania i dać je Syberyjczykom pracującym przy drzwiach. Fałszywa skromność gdzieś się ulotniła. Kobiety rozebrały się szybko. Chciały się umyć. Ja się zawahałam.


– Szybko, Lino. Nie chciałam, żeby mnie dotykano. Żeby na mnie patrzono. Zasłoniłam rękami piersi. Mama rozmawiała z jednym z mężczyzn. – On mówi, że musimy się spieszyć, bo to jest tylko przystanek. Jeszcze dziś przyjeżdża kolejna duża grupa. Mówi, że byli już tu Łotysze, Estończycy i Ukraińcy. Kochanie, nie przejmuj się, naprawdę. Mężczyźni rzeczywiście nie zwracali na nas najmniejszej uwagi. Nie dziwota, nasze zabiedzone ciała stały się bezpłciowe. Od wielu miesięcy nie miałam okresu. Moja kobiecość gdzieś zniknęła. Dla tych mężczyzn bardziej pociągający byłby kawałek wieprzowiny albo pieniste piwo. Po prysznicu wsadzono nas z powrotem na ciężarówki. Kilka mil jechaliśmy lasem, aż dotarliśmy do Angary. – Czemu tu jesteśmy? – spytał Jonas. Wzdłuż brzegu ciągnęły się duże drewniane chaty. Pod lasem dostrzegłam siedzibę NKWD. – Wsadzą nas na łodzie. Nie rozumiecie? Płyniemy do Ameryki, Ameryki! – zawołał wysoki. – Płyniemy Angarą do Leny, a potem przez morze do Cieśniny Beringa. Beringa. – Taka podróż trwałaby całe miesiące – stwierdził mężczyzna nakręcający zegarek. Ameryka? Nie mogliśmy przecież zostawić Papy w więzieniu w Krasnojarsku! Jak zdołam przekazać mu rysunki? A co z wojną? Co się stanie, jeśli inne kraje sprzymierzą się ze Stalinem? Ujrzałam twarz Andriusa, kiedy powiedział mi, że jesteśmy na liście. Jej wyraz mówił jasno, że wcale nie jedziemy do Ameryki.


66 ŁODZIE SIĘ SPÓŹNIAŁY. Ponad tydzień czekaliśmy na kamienistym brzegu Angary. Karmili nas kaszą jęczmienną. Nie rozumiałam, dlaczego dawali nam coś więcej niż chleb. Nie wynikało to ze współczucia. Mieliśmy nabrać sił, ale po co? Siedzieliśmy w słońcu, jak gdyby trwały wakacje. Rysowałam dla Papy, codziennie pisałam też do Andriusa. Żeby nie dać się przyłapać, używałam małych skrawków papieru i ukrywałam je między stronami Dombeya i syna. Pewna Estonka zauważyła, że rysuję, i dała mi papier. Znosiliśmy drwa, ale tylko na wieczorne ogniska. Siadywaliśmy wokół trzaskających płomieni i śpiewaliśmy litewskie piosenki. Cały las rozbrzmiewał pieśniami Bałtów śpiewających o ojczyźnie. Dwie kobiety wybrano na wyjazd do Czeremchowa, do pomocy w przywiezieniu dostaw dla NKWD. Wysłały dla nas listy. – Proszę, czy może pani wziąć to do Czeremchowa i przekazać komuś? – Podałam kobiecie deszczułkę. – Jakie ładne! Te kwiaty... Pięknie się postarałaś. W ogrodzie koło domu mam rutę – westchnęła. – Twój ojciec jest w Krasnojarsku? Skinęłam głową. – Lino, nie licz na zbyt wiele. Krasnojarsk leży bardzo daleko – powiedziała Mama. Pewnego dnia, kiedy nasiedziałyśmy się już w słońcu, weszłam z Mamą w nurt Angary. Wybiegłyśmy z wody ze śmiechem. Nasze ubrania przylgnęły do wychudzonych ciał. – Zakryjcie się! – zawołał Jonas, rozglądając się. – O co ci chodzi? – spytała Mama, obciągając na sobie mokrą tkaninę. – Patrzą – stwierdził, wskazując głową enkawudzistów. – Jonasie, ich to nie interesuje. Spójrz na nas. Nie jesteśmy zbyt atrakcyjne. – Mama wyżęła wodę z włosów. Ja skrzyżowałam ręce na piersi. – Przypomnijcie sobie panią Arvydas. Może on zainteresuje się wami. Mama opuściła ręce. – O czym ty mówisz? Kto? – Nikołaj. – Krecki? – spytałam. – Co z nim? – Spytaj Mamy. – Przestań, Jonasie. Nie znamy Nikołaja – powiedziała Mama. Spojrzałam na nią. – Dlaczego tak go nazywasz? Skąd znasz jego imię? Mama odwzajemniła spojrzenie. – Zapytałam go. Ścisnęło mnie w gardle. Czy Jonas miał rację? – Ależ Mamo! To potwór – oświadczyłam, ocierając wodę z blizny na czole. Podeszła bliżej, wykręcając spódnicę. – Nie wiemy, kim jest. Prychnęłam. – Jest... Mama złapała mnie za ramię. Zabolało. – Nie mamy o tym pojęcia – wycedziła. – Słyszysz? To chłopiec. Tylko chłopiec. – Puściła mnie. – I nie sypiam z nim – warknęła na Jonasa. – Jak śmiesz sugerować coś takiego! – Mamo... – wyjąkał. Rozcierając obolałe ramię, patrzyłam, jak odchodzi. Mój brat stał bez ruchu, wstrząśnięty


jej wybuchem.


67 PRZEZ WIELE TYGODNI barki sunęły na północ z nurtem Angary. W końcu zeszliśmy na brzeg. Kilka dni jechaliśmy czarnymi ciężarówkami przez gęste lasy. Mijaliśmy olbrzymie zwalone drzewa, których pnie były tak grube, że mogłaby się w nich zmieścić nasza ciężarówka. Nie widziałam żadnych ludzi. Zewsząd otaczała nas mroczna, nieprzenikniona gęstwa. Dokąd nas zabierano? W dzień smażyliśmy się w upale, a w nocy marzliśmy. Pęcherze się zagoiły. Jedliśmy wszystko, co nam dawano, czując wdzięczność, że nie musimy pracować. Dojechaliśmy do Ust’-Kut nad Leną, a tam znów czekaliśmy na barki. Brzegi rzeki pokrywały drobne kamienie. Lało jak z cebra. Prowizoryczne namioty nie zapewniały prawie żadnego schronienia. Leżałam na walizce, własnym ciałem osłaniając Dombeya i syna, kamień, rysunki i rodzinną fotografię. Janina stała w deszczu, patrzyła w niebo i rozmawiała nie wiadomo z kim. Buty Kreckiego skrzypiały, gdy patrolował brzeg. Wrzeszczał, żebyśmy trzymali się w grupach. Nocą patrzył na srebrną wstęgę zalanej światłem księżyca Leny, podnosząc do ust dłoń z papierosem. Mój rosyjski był coraz lepszy, ale Jonas wciąż mnie wyprzedzał. Po dwóch tygodniach przypłynęły barki i enkawudziści znów zapędzili nas na pokład. Opuściliśmy Ust’-Kut i w drodze na północ minęliśmy Kireńsk. – Płyniemy na północ – stwierdził Jonas. – Może rzeczywiście zmierzamy do Ameryki. – I zostawimy Papę? – spytałam. Jonas wbił wzrok w toń rzeki i nie odpowiedział. Wysoki mężczyzna mówił w kółko o Ameryce. Próbował rysować mapy Stanów Zjednoczonych i rozprawiał o tym, co usłyszał od znajomych i krewnych. Potrzebował wiary, że to możliwe. – W Ameryce w regionie zwanym Nową Anglią są świetne uniwersytety. Podobno Nowy Jork to bardzo modne miasto – powiedziała Joana. – Kto tak mówi? – spytałam. – Moi rodzice. – A co oni wiedzą o Ameryce? – Mama ma tam wujka. – Myślałam, że cała rodzina cioci jest w Niemczech – zdziwiłam się. – A jednak ma tam krewnego. Dostaje od niego listy. On mieszka w Pensylwanii. – Hm. Ameryka mało mnie interesuje. Nie słynie ze sztuki. Nie znam ani jednego zdolnego amerykańskiego malarza. – Mnie lepiej nie rysuj – powiedział łysy mężczyzna. – Nie chcę żadnych podobizn. – Już prawie skończyłam – odparłam, cieniując jego policzki. – Podrzyj to. – Nie. Proszę się nie martwić, nikomu nie pokażę. – Nie pokażesz, bo wiesz, że na dobre ci to nie wyjdzie. Spojrzałam na rysunek. Udało mi się uchwycić skrzywione usta i niezmiennie gburowaty wyraz twarzy. Nie był brzydki, tylko głębokie linie żłobiące czoło sprawiały, że wyglądał na zrzędę. – Dlaczego pana deportowano? Mówił pan, że był kolekcjonerem znaczków. Po co kogoś takiego aresztować? – spytałam. – Pilnuj swojego nosa. – Gdzie mieszka pana rodzina? – Powiedziałem, pilnuj swojego nosa – warknął, mierząc we mnie palcem. – Jeśli chcesz, żeby wszystko dobrze się skończyło, to nie trzymaj tych rysunków na widoku, słyszysz?


Janina usiadła obok. – Nigdy nie będziesz sławną malarką – rzucił łysy. – Będzie – wtrąciła Janina. – Nie. A wiesz dlaczego? Bo wciąż żyje. Ale na to może da się coś zaradzić. Ameryka, akurat. Patrzyłam na niego bez słowa. – Moja lalka nie żyje – powiedziała Janina.


68 ZBLIŻALIŚMY SIĘ DO JAKUCKA. – Teraz się przekonamy. Przekonamy się – powiedział wysoki mężczyzna, który nie mógł sobie znaleźć miejsca. – Jeśli tu wysiądziemy, to nie pojedziemy do Ameryki. – A dokąd? – spytał Jonas. – Na Kołymę – odparł łysy. – Do tamtejszych więzień. Może do Magadanu. – Nie zabiorą nas do Magadanu. – Mama pokręciła głową. – Proszę tak nie mówić, panie Stalas. – Nie na Kołymę, nie na Kołymę – powtarzał wysoki. Barki zwolniły. – Tylko nie to – szepnął Jonas. Zatrzymywaliśmy się. Pani Rimas zaczęła płakać. – Nie mogę być w więzieniu tak daleko od męża. Janina pociągnęła mnie za rękaw. – Liale mówi, że nie jedziemy na Kołymę. – Co? – Tak mi powiedziała. – Wzruszyła ramionami. Zgromadziliśmy się na skraju barki. Część enkawudzistów zeszła na ląd, pośród nich Krecki z plecakiem. Na brzegu ze strażnikami spotkał się komendant. Patrzyliśmy, jak sprawdzają dokumenty. – Patrzcie! – zawołał Jonas. – Tamci ładują towary na barkę. – Czyli jednak nie wysiadamy? – spytałam. Nagle na brzegu zrobiło się głośno. To Krecki spierał się z dowódcą. Zrozumiałam ich słowa. Komendant kazał mu wracać na barkę. – Chce zostać na lądzie – powiedział Jonas. – No i dobrze – mruknęłam. Krecki gestykulował, ale komendant wskazał mu barkę. Mama westchnęła i spuściła wzrok. Krecki zawrócił. A więc nie zostawał na lądzie. Miał płynąć z nami, gdziekolwiek był nasz cel. Gdy barka odbiła od brzegu, pasażerowie wiwatowali i rzucali się sobie w ramiona. Tydzień później nastroje nadal były dobre. Ludzie śpiewali na pokładzie, ktoś grał na akordeonie. Nagle przez tłum przepchnął się Krecki. – Co się z wami dzieje?! – krzyknął. – Czyście poszaleli?! Cieszycie się, jakbyście jechali do Ameryki. Głupcy! Radość zmieniła się w szepty i pomruki. – Ameryka. Ameryka? – powtarzał cicho wysoki. Dokąd nas zabierano? Był już sierpień. W miarę posuwania się na północ temperatura spadała. Pogoda nie była letnia, pasowała raczej do końca października. Las na brzegach Leny rzedniał. – Przekroczyliśmy krąg polarny – ogłosił mężczyzna z zegarkiem. – Co? – jęknął Jonas. – Jak to możliwe? Dokąd nas zabierają? – Wszystko się zgadza – uspokajał wysoki. – Dopłyniemy do ujścia Leny i tam wsiądziemy na wielkie parowce do Ameryki. Parowce. Barki zatrzymały się w Bułunie i Stołbach za kołem podbiegunowym. Patrzyliśmy, jak dużym grupom ludzi kazano schodzić z pokładu i po prostu pozostawiano ich na brzegu, a my odpływaliśmy.


Z końcem sierpnia dotarliśmy do ujścia Leny. Temperatura ledwo przekraczała zero. Lodowate fale Morza Łaptiewów uderzały o przycumowaną do brzegu barkę. – Dawaj! – krzyczeli strażnicy, popychając nas kolbami. – Potopią nas – ogłosił łysy. – Przywlekli nas aż tutaj, żeby wszystkich potopić i wreszcie się nas pozbyć. – Boże, nie! – jęknęła pani Rimas. Enkawudziści przerzucili deskę na brzeg i zaczęli popychać na nią dzieci, krzycząc, żebyśmy się pospieszyli. – Spieszyć się? Dokąd? Przecież tu nic nie ma – powiedziała Mama. Miała rację. Brzeg wydawał się całkowicie niezamieszkany, nie było nawet drzew ani krzaków, tylko goła ziemia i woda. Otaczała nas polarna tundra i Morze Łaptiewów. Wiał porywisty wiatr. Piasek wpadał mi do ust i kłuł w oczy. Wzięłam walizkę i rozejrzałam się. Enkawudziści zmierzali do dwóch ceglanych budynków. Jak się tam pomieścimy? Było nas ponad trzysta osób. Krecki spierał się z enkawudzistami, powtarzając w kółko, że musi jechać do Jakucka. Zatrzymał nas jakiś oficer o tłustych włosach i krzywych zbrązowiałych zębach. – Dokąd idziecie? – spytał. – Do budynków – odparła Mama. – To nasze kwatery – warknął. – To gdzie mamy się podziać? Gdzie jest jakaś wioska? Żołnierz zrobił ręką szeroki gest. – To jest wioska. Cała dla was! Inni enkawudziści wybuchnęli śmiechem. – Słucham? – spytała Mama. – Co, nie podoba się? Nie dość dobre dla was? Faszystowskie świnie! Świnie śpią w błocie, nie wiedziałaś o tym? Ale zanim pójdziecie spać, musicie dokończyć piekarnię i zbudować przetwórnię ryb. – Zbliżył się do Mamy. Zepsute zęby wystawały mu spod wargi. – Wy, faszyści, lubicie ryby, nie? Brzydzą mnie takie świnie jak wy! – Splunął jej na pierś i odszedł. – Szkoda na was nawet błota – rzucił jeszcze przez ramię. Musieliśmy znosić cegły i drewno z barki. Kolejno wchodziliśmy i wychodziliśmy z ładowni. Braliśmy tyle cegieł, ile potrafiliśmy unieść. Rozładowanie wszystkich barek zajęło dziesięć godzin. Poza cegłami i drewnem nosiliśmy baryłki nafty, mąki, a nawet małe łódki rybackie. Wszystko dla NKWD. Ramiona drżały mi ze zmęczenia. – Liale mówi, że nie jedziemy do Ameryki – ogłosiła Janina. – Żartujesz! Czyżby duch twojej lalki przewidział, że dotrzemy tutaj? – spytał łysy, wskazując tablicę zniszczoną przez surowy klimat. Trofimowsk. Za kręgiem polarnym, nad Morzem Arktycznym, nieopodal bieguna północnego.


69 PRZYCISKALIŚMY SIĘ DO SIEBIE i szczelnie okrywaliśmy płaszczami, szukając ciepła. Tęskniłam za obozem pracy, za chatą Uliuszki, za Andriusem. Parowiec zagwizdał i pociągnął barki w górę Leny. Czy przywiozą więcej ludzi? – Jak będziesz wysyłać stąd listy do Papy? – spytał Jonas. – Gdzieś tu musi być wioska – odparła Mama. Pomyślałam o kawałku brzeziny, który wysłałam z Czeremchowa. Do tej pory coś musiało dotrzeć już do Papy. – A więc to jest ich plan – westchnął łysy, rozglądając się. – Tak Stalin zamierza nas wykończyć. Chce, żebyśmy zamarzli na śmierć. Żeby zjadły nas lisy. – Lisy? – zdziwiła się pani Rimas. Mama Janiny rzuciła łysemu spojrzenie. – Jeśli są tu lisy, to możemy je zjeść – oznajmił Jonas. – Chłopcze, złapałeś kiedyś lisa? – spytał łysy. – Nie, ale na pewno da się to zrobić. – Tamten strażnik powiedział, że musimy zbudować tu przetwórnię – zauważyłam. – To nie może być koniec naszej podróży – zaoponowała Mama. – Na pewno przetransportują nas gdzie indziej. – Niekoniecznie – mruknął mężczyzna nakręcający zegarek. – Z punktu widzenia Sowietów nie ma już Litwy, Łotwy i Estonii. Stalin musi pozbyć się nas ostatecznie, żeby nic nie zaśmiecało jego wizji. Zaśmiecało... Czy dla Stalina byliśmy odpadkami? – Jest już prawie wrzesień – ciągnął. – Niedługo zapadnie noc polarna. Prawie wrzesień. Dygotaliśmy z zimna. Uczyłam się o nocy polarnej w szkole. Na dalekiej północy słońce chowa się za horyzontem na sto osiemdziesiąt dni. Ciemność trwa prawie pół roku. Nie słuchałam wtedy zbyt uważnie, narysowałam tylko złotą tarczę znikającą za horyzontem. Teraz moje serce przepełniały strach i gorycz. – Nie mamy zbyt wiele czasu – ciągnął mężczyzna nakręcający zegarek. – Myślę, że... – Przestań! Przestań gadać! – krzyknęła mama Janiny. – Co się dzieje, kochana? – spytała Mama. – Nie zwracaj na nas uwagi strażników – ostrzegła pani Rimas. – Mamo, o co chodzi? – dopytywała się Janina. Jej mama wciąż krzyczała. Całą podróż prawie nic nie mówiła, a teraz nagle nie mogliśmy jej uciszyć. – Nie! Nie umrę tu! Nie pozwolę, żeby lisy nas zjadły! – Nagle złapała Janinę za gardło. Z ust dziecka wydobył się bulgot. Mama rzuciła się ku kobiecie i oderwała jej palce od szyi córki. Dziewczynka złapała oddech i uderzyła w płacz. – Przepraszam – jęknęła mama Janiny. Odwróciła się do nas plecami, chwyciła za własną szyję i próbowała się udusić. Pani Rimas uderzyła ją w twarz. Mężczyzna nakręcający zegarek unieruchomił jej ramiona. – Odbiło ci? Jeśli chcesz się zabić, zrób to na osobności – warknął łysy. – To pańska wina! – zawołałam. – To pan powiedział, że zjedzą ją lisy. – Przestań, Lino – rzucił Jonas. – Mamo – chlipnęła Janina. – Już teraz rozmawia ze swoją zmarłą lalką. Chcecie, żeby gadała jeszcze z nieżywą matką? – spytał łysy.


– Mamo! – zawołała Janina. – Wszystko będzie dobrze. – Mama gładziła kobietę po brudnych włosach. – Wszystko będzie dobrze. Nie możemy tracić zmysłów. Będzie dobrze, naprawdę.


70 O ŚWICIE enkawudziści krzykiem zagonili nas do pracy. Szyja bolała mnie od leżenia na walizce. Jonas i Mama przetrwali noc pod łódką, żeby osłonić się od wiatru. Ja przespałam tylko parę godzin – kiedy wszyscy zasnęli, rysowałam przy świetle księżyca. Naszkicowałam mamę Janiny, jak dusi własną córkę, której oczy wychodzą na wierzch. Napisałam list do Andriusa z informacją, że jesteśmy w Trofimowsku. Tylko jak go nadać? Czy Andrius pomyśli, że o nim zapomniałam? Powiedział, że mnie odnajdzie. Ale jak trafi na nas tutaj? „Papo – pomyślałam – przybądź po nas jak najszybciej!”. NKWD podzieliło nas na dwadzieścia pięć grup po piętnaście osób. Nasza grupa otrzymała numer jedenaście. Mężczyzn, którzy zachowali jeszcze siły, wysłano do budowy koszar. Chłopców skierowano do połowu ryb. Kobiety i dzieci miały stawiać jurty, czyli chaty dla swoich grup. Nie mogliśmy jednak korzystać z cegieł i drewna zgromadzonego przy budynkach NKWD. Te były zarezerwowane na koszary. Jak stwierdził Iwanow, strażnik o przebarwionych zębach, nadchodziła zima i enkawudziści potrzebowali ciepłych kwater. Mogliśmy używać tylko kawałków drewna, które woda wyrzuciła na brzeg. – Zanim zabierzemy się do budowy, musimy zgromadzić materiały – powiedziała pani Rimas. – Trzeba jak najszybciej zebrać, co się da, nim inni to sprzątną. Brałam duże kamienie, patyki, kawałki cegieł. Czy naprawdę mieliśmy zbudować dom z gałęzi i kamieni? Mama i pani Rimas znalazły konary wyrzucone na brzeg. Przywlokły je na miejsce, a potem wróciły po więcej. Zobaczyłam, jak jakaś kobieta gołymi rękami zbiera mech i wykorzystuje jako zaprawę między kamieniami. Zaczęłam wyrywać kawałki mchu z Janiną i gromadziłam je razem z innymi materiałami. Skręcało mnie z głodu. Nie mogłam się doczekać, kiedy Jonas wróci z rybami. Wrócił mokry i drżący. Z pustymi rękami. – Gdzie ryby? – spytałam. Zęby mi szczękały. – Strażnicy powiedzieli, że nie możemy ich jeść. Wszystkie są dla NKWD. – To co nam dadzą? – Chleb. Minął tydzień, zanim zebraliśmy dość konarów, żeby stworzyć szkielet jurty. Mężczyźni debatowali nad projektem, ja rysowałam szkice. – To drewno nie wygląda zbyt solidnie – oświadczył Jonas. – Długo leżało w wodzie. – Nic lepszego nie mamy – stwierdził mężczyzna nakręcający zegarek. – Musimy się spieszyć. Trzeba zdążyć, nim spadnie pierwszy śnieg. Inaczej nie przeżyjemy. – Spieszmy się, spieszmy – naglił wysoki mężczyzna. Kopałam głębokie doły w twardej ziemi płaskim kamieniem. Grunt był zamarznięty. Im głębiej, tym więcej napotykałam lodu. Mama, pani Rimas i ja ustawiałyśmy kłody pionowo w dołach i usypywałyśmy wokół ziemię. – Trochę mały jak na piętnaście osób – powiedziałam, patrząc na szkielet. Wiatr kąsał mnie w twarz. – Będzie nam cieplej – pocieszyła Mama. Podeszli do nas Iwanow z Kreckim. Zrozumiałam większość rozmowy. – Najwolniejsze świnie w Trofimowsku – warknął Iwanow przez zepsute zęby. – Musicie mieć dach. – Krecki zrobił gest papierosem. – Tak, wiemy. A ogień? – spytałam. – Mieliśmy dość drewna, by zbudować dach, ale co z zapewnieniem ciepła? – Potrzebujemy piecyka – powiedziała Mama po rosyjsku. Iwanowa to rozbawiło.


– Marzy wam się piecyk? I co jeszcze? Gorąca kąpiel? Kieliszek koniaku? Zamknąć się i do roboty! Kiedy odszedł, Mama spojrzała na Kreckiego. Ten spuścił wzrok i podążył za Iwanowem. – Widzisz? Nie pomoże – skonstatowałam. Pracowaliśmy kolejny tydzień, budując od zera. To nie był dom. To była kupa gnoju, konstrukcja z kijów pokrytych błotem, piaskiem i mchem. Wyglądało to jak coś, co dziecko mogłoby zbudować w piaskownicy. A my musieliśmy w tym mieszkać. Mężczyźni skończyli budować kwatery i piekarnię dla NKWD. Były to solidne ceglane budynki z piecami lub paleniskami w każdej izbie. Mężczyzna nakręcający zegarek mówił, że dobrze je wyposażono. A my mieliśmy przetrwać arktyczną zimę w ziemiance? Nie, my mieliśmy wcale jej nie przetrwać.


71 DZIEŃ PO SKOŃCZENIU jurty przybiegła do mnie Janina. – Lino! Statek! Statek przypłynął! W ciągu kilku sekund opadli nas enkawudziści, mierząc karabinami w nasze twarze. Rozkazali wszystkim wejść do jurt. Biegali, pokrzykując gorączkowo. – Jonasie! – wołała Mama. – Lino, gdzie Jonas? – Wysłali go po ryby. – Dawaj! – szczeknął Iwanow, wpychając mnie do jurty. – Jonasie! – wołała Mama, niezgrabnie próbując umknąć Iwanowowi. – Idzie, Eleno! – krzyczał pan Lukas, pędząc ku nam. – Widziałem go z tyłu. Jonas przybiegł zadyszany. – Mamo, statek! Ma amerykańską flagę. – Amerykanie przybyli. Przybyli – powtórzył wysoki mężczyzna. – Czy Amerykanie będą się bić z NKWD? – spytała Janina. – Głupie dziewczynisko – rzucił łysy. – Oni pomagają NKWD! – Ukrywają nas przed nimi – powiedziała Mama. – Strażnicy nie chcą, żeby Amerykanie nas zobaczyli, żeby się dowiedzieli, co tu z nami wyrabiają. – Czy oni nie będą się zastanawiać, co to za lepianki? – spytałam. – Pomyślą, że to jakieś instalacje wojskowe – stwierdził pan Lukas. – Może powinniśmy wybiec na zewnątrz, żeby nas zobaczyli? – zaproponowałam. – Zastrzelą cię – mruknął łysy. – Ani drgnij! – zawołała Mama. – Rozumiesz? Miała rację. NKWD ukrywało nas przed Amerykanami. Siedzieliśmy w jurtach ponad pięć godzin. Tyle trwało, nim amerykański statek został rozładowany. Kiedy tylko odpłynął, krzykiem zagnano nas z powrotem do pracy. Trzeba było zanieść zapasy do piekarni i kwater NKWD. Patrzyłam, jak statek znika na horyzoncie, zabierając z sobą nadzieję na ratunek. Chciałam biec do brzegu, wymachiwać rękami, krzyczeć. Zapasy zgromadzono na dużych drewnianych paletach. Były wysokie i szerokie niczym cztery domy w Kownie. Jedzenie. Tak blisko. Jonas powiedział mi, żebym baczyła na drewno z palet, które nadałoby się na drzwi do jurty. Mężczyzna nakręcający zegarek mówił po angielsku. Przetłumaczył napisy na kontenerach. Były tam pomidory i groszek w puszkach, masło, mleko zagęszczone, jajka w proszku, cukier, mąka, wódka, whisky. Ponad trzystu Litwinów i Finów przeniosło góry jedzenia, którego nigdy nie miało tknąć. Ile żywności było w Ameryce, że jeden statek mógł przywieźć tak ogromne zapasy dla mniej niż dwudziestu strażników? A teraz Amerykanie odpłynęli. Czy znali ponury sekret Sowietów? Czy przymykali oko? Kiedy uporaliśmy się z jedzeniem, zabraliśmy się do reszty: nafty, sieci, futer, czapek, rękawiczek. Enkawudzistom będzie w zimie ciepło. Przez mój cienki płaszcz na wskroś hulał wiatr. Z trudem przenosiłam z Jonasem skrzynię za skrzynią. – Proszę przestać – rozkazała Mama panu Lukasowi. – Przepraszam – odparł, nakręcając zegarek. – To mnie uspokaja. – Nie o tym mówię. Proszę nie tłumaczyć już słów z napisów na skrzyniach. Nie potrafię znieść myśli, że to wszystko przenosimy – rzuciła Mama na odchodne. – Ja chcę wiedzieć – sprzeciwił się łysy. – Chcę wiedzieć, co jest dostępne, jeśli nadarzy się okazja. – Co on ma na myśli? – spytał Jonas.


– Pewnie, że mamy dla niego kraść – wyjaśniłam. – Ona znów to robi – powiedział Jonas. – Co? Jonas wskazał Mamę. Rozmawiała z Kreckim.


72 JONAS ZNALAZŁ PUSTĄ baryłkę unoszącą się na falach Morza Łaptiewów. Udało mu się konarem przyciągnąć ją do brzegu. Wtoczył zdobycz do jurty. Mężczyźni zaczęli wiwatować. – Będzie na piec. – Uśmiechnął się. – Dobra robota, kochanie – pochwaliła Mama. Mężczyźni wzięli się do pracy. Wykorzystywali puste puszki ze śmietnika NKWD, żeby zrobić komin. Obnoszenie się z przydziałem w obecności Iwanowa było ryzykowne. Lubował się w odbieraniu chleba. Trzysta gramów. Tyle tylko dostawaliśmy. Raz byłam świadkiem, jak wyrwał chleb starszej kobiecie w kolejce pod piekarnią. Włożył go sobie do ust i zacząć gryźć. Patrzyła, poruszając pustymi ustami. Wypluł wszystko na ziemię. Rzuciła się zbierać zżuty chleb i zjadła go. Pani Rimas mówiła, że słyszała, jakoby Iwanowa przeniesiono z więzienia w Krasnojarsku. Przydział do Trofimowska musiał oznaczać degradację. Czy Kreckiego spotkało to samo? Zastanawiałam się, czy Iwanow pracował w tym więzieniu, w którym siedział Papa. Paliło mnie w żołądku. Łaknęłam szarej owsianki, którą karmili nas w pociągu. Rysowałam potrawy: parującego kurczaka o lśniącej chrupkiej skórce, miski śliwek, szarlotki z kruszonką. Zapisałam informacje o amerykańskim statku i zapasach, jakie przewoził. Enkawudziści wyznaczyli nas do wyławiania drew z morza. Trzeba było je porąbać i wysuszyć na opał. Nie dostawaliśmy z tego nic. Siedzieliśmy w jurcie, patrząc na pusty piec. Przypominałam sobie talerze z jedzeniem zabierane ze stołu w naszej jadalni na Litwie i resztki wyrzucane do śmieci. Słyszałam głos Jonasa mówiącego, że nie jest głodny, kiedy Mama prosiła go, by dokończył obiad. Czy kiedykolwiek mogliśmy nie być głodni? – Zimno mi – powiedziała Janina. – No to znajdź jakiś opał do pieca – prychnął łysy. – Ale gdzie? – Można ukraść spod budynku NKWD – odparł. – Stamtąd biorą inni. – Proszę jej nie wysyłać na kradzież – włączyłam się. – Ja czegoś poszukam. – Idę z tobą – zaoferował Jonas. – Mamo? – szepnęłam, oczekując, że zaprotestuje. – Mmmm? – Idę z Jonasem po drewno. – Dobrze, skarbie – odrzekła cicho. – Czy Mama dobrze się czuje? – spytałam Jonasa, kiedy wyszliśmy z lepianki. – Jest jakaś słaba i rozkojarzona. Przystanęłam. – Jonas, widziałeś ostatnio, żeby Mama jadła? – Chyba tak. – Pomyśl. Widzieliśmy, że skubie swoją rację, ale zawsze dawała nam chleb. Na przykład wczoraj. Powiedziała, że to dodatkowy przydział za taszczenie drewna. – Myślisz, że daje nam swój przydział? – Tak, a przynajmniej część. Mama głodziła się, żeby nas nakarmić. Wiatr wył, kiedy szliśmy w kierunku budynku NKWD. Gardło paliło mnie przy każdym oddechu. Słońca nie było widać. Zaczęła się noc polarna. Księżyc malował wymarły krajobraz błękitem i szarością. Wysoki mężczyzna wciąż powtarzał, że musimy przetrzymać pierwszą


zimę. Mama zgadzała się z nim. Jeśli to nam się uda, przeżyjemy. Musieliśmy znieść noc polarną, aby doczekać powrotu słońca. – Zimno ci? – spytał Jonas. – Bardzo. – Wiatr przenikał moje ubranie i wgryzał się w skórę. – Chcesz mój płaszcz? Chyba będzie na ciebie pasował. Spojrzałam na brata. Płaszcz, który kupiła Mama, był na niego za duży, ale z czasem będzie w sam raz. – Nie. Wtedy ty zmarzniesz. – Pokręciłam głową. – Ale dziękuję. – Vilkas. To był Krecki. Miał na sobie długi wełniany szynel i niósł płócienny wór. – Co tu robicie? – spytał ostro. – Szukamy jakiegoś opału – wyjaśnił Jonas. – Może gdzieś leży? Krecki się zawahał. Sięgnął do wora i rzucił nam pod nogi kawałek drewna, a potem odszedł, zanim zdążyliśmy coś powiedzieć. Tamtej nocy, dwudziestego szóstego września, nadeszła pierwsza zamieć. Trwała dwa dni. Ryczący wiatr miotał śniegiem i wciskał się przez szczeliny ścian. Lodowate zimno wnikało w moje kolana i biodra. Stawy bolały i pulsowały, utrudniając poruszanie się. Przytulaliśmy się do siebie w poszukiwaniu ciepła. Wysoki mężczyzna przysunął się do nas. Z ust śmierdziało mu zgnilizną. – Jadłeś jakąś rybę? – spytał łysy. – Rybę? Tak, trochę ryby. – Dlaczego nam nie przyniosłeś?! – Ktoś zaczął krzyczeć na wysokiego i oskarżać go o samolubstwo. – Ukradłem ją. Było tylko trochę. Tylko trochę. – Liale nie lubi ryb – szepnęła Janina, drapiąc się po głowie. – Swędzi? – spytałam. Kiwnęła głową. Wszy. Było kwestią czasu, nim cała nasza lepianka będzie się od nich roić. Na zmianę wykopywaliśmy drogę na zewnątrz jurty, żeby iść do piekarni po przydział chleba. Zbierałam śnieg i topiłam go, a Jonas pilnował, by Mama zjadała całą swoją rację i piła. Wcześniej załatwialiśmy się na zewnątrz, ale przy tej zamieci nie mieliśmy wyboru, musieliśmy siadać na wiadrze w jurcie. W ramach uprzejmości załatwiająca się osoba nie siedziała twarzą do nas, ale niektórzy twierdzili, że widok z tyłu był jeszcze gorszy.


73 KIEDY ZAWIEJA UCICHŁA, enkawudziści krzykiem zagonili nas do pracy. Wyłoniliśmy się z lepianki. Było ciemno, ale biały śnieg rozświetlał szary krajobraz. To właśnie widzieliśmy – wszechobecną szarość. Enkawudziści nakazali nam rąbać drwa na opał. Minęliśmy jurtę całkowicie przykrytą śniegiem. – Nie – jęczała jakaś kobieta przed wejściem. Czubki palców miała zakrwawione, paznokcie zdarte. – Idioci. Zrobili drzwi otwierające się na zewnątrz. Kiedy napadało, zostali uwięzieni w środku. Słabeusze nie mogli otworzyć drzwi! – Iwanow zarechotał, klepiąc się po udzie. – Czterech już tam nie żyje. Głupie świnie – rzucił do innego strażnika. Jonas stał z otwartymi ustami. – Na co się gapisz?! – wrzasnął Iwanow. – Do roboty! Odciągnęłam Jonasa od płaczącej kobiety i śnieżnego kopca. – Śmiał się. Ci ludzie umarli, a on się śmiał – powiedziałam. – Podczas pierwszej zawiei umarły cztery osoby. – Jonas wbił wzrok w ziemię. – Może więcej. Potrzebujemy dużo drewna. Musimy przetrzymać zimę. Podzielili nas na grupy. Musieliśmy iść przeszło trzy kilometry do lasu, żeby znaleźć opał dla NKWD. Pracowałam razem z łysym. Brnęliśmy przez skrzypiący śnieg. – Jak mam łazić po tym śniegu z moją chorą nogą? – skarżył się. Próbowałam odbiec naprzód. Nie chciałam przy nim zostać. Wiedziałam, że będzie spowalniał mój marsz. – Nie zostawiaj mnie – warknął. – Daj mi swoje rękawice. – Co? – Daj mi te rękawice. Ja nie mam. – Nie. Ręce mi zamarzną – zaprotestowałam, czując, że zimno kąsa mnie w twarz. – Moje już zamarzły! Dawaj te rękawice. Tylko na kilka minut. Możesz wsadzić ręce do kieszeni. Przypomniałam sobie, jak brat zaoferował mi płaszcz, i przez chwilę zastanawiałam się, czy powinnam podzielić się rękawicami z łysym. – Daj mi je, to ci coś powiem. – Co? – spytałam podejrzliwie. – Coś, co chcesz wiedzieć. – A co ja chcę wiedzieć? – Dawaj, szybko. – Łysy zazgrzytał zębami. Szłam dalej w milczeniu. – No daj te przeklęte rękawice, to ci powiem, dlaczego was deportowali! Przystanęłam i obejrzałam się na niego. Zerwał mi rękawice z dłoni. – Nie stój tak. Musisz iść, bo inaczej zamarzniesz. Włóż ręce do kieszeni. Szliśmy razem. – Więc? – Znasz Petrasa Vilkasa? – spytał. Petras Vilkas. Brat mojego ojca. Ojciec Joany. – Tak. To mój stryj. Joana to moja najlepsza przyjaciółka. – Kim jest Joana? Jego córką? Skinęłam głową.


– Dlatego was deportowali. – Zatarł ręce. – Twoja mama o tym wie, tylko wam nie powiedziała. – Co to znaczy? Skąd pan to wie? – A czy to ważne? Twój stryj uciekł z Litwy, zanim to się stało. – Kłamstwo. – Czyżby? Panieńskie nazwisko twojej ciotki jest niemieckie. Rodzina twojego stryja uciekła prawdopodobnie przez Niemcy. Twój ojciec im pomógł. Przez to trafiliście na listę. Dlatego twój ojciec siedzi w więzieniu, ty umrzesz w tym arktycznym piekle, a twoja najlepsza przyjaciółka prawdopodobnie żyje sobie teraz w Ameryce. Co on mówił? Joana uciekła do Ameryki? Jak to możliwe? – Repatriować się, jeśli im się powiedzie – rzekł mój ojciec i urwał, jak tylko zobaczył mnie w drzwiach. Kochana Lino, Teraz, po Bożym Narodzeniu, życie wydaje się jakieś poważniejsze. Ojciec spakował większość książek, bo, jak mówi, zajmują zbyt dużo miejsca. Pomyślałam o moich ostatnich urodzinach. Papa spóźnił się do restauracji. Powiedziałam mu, że nic nie otrzymałam od Joany. Gdy padło jej imię, zesztywniał. – Pewnie jest bardzo zajęta – stwierdził wtedy. – Szwecja byłaby lepsza – powiedziała Mama. – Niemożliwe – odparł Papa. – Jedyna ich szansa to Niemcy. – Kto się wybiera do Niemiec?! – krzyknęłam z jadalni. Cisza. – Myślałam, że cała rodzina cioci jest w Niemczech – zdziwiłam się. – A jednak ma tam krewnego. Dostaje od niego listy. On mieszka w Pensylwanii. To było możliwe. Wolność Joany przyniosła mi niewolę. – Oddałbym wszystko za papierosa – westchnął łysy.


74 – ALE DLACZEGO MI nie powiedziałaś? – Staraliśmy się chronić twojego stryja. Mieli nam pomóc. – W czym? – spytał Jonas. – W ucieczce – szepnęła Mama. Nie musieliśmy zniżać głosów. Wszyscy udawali zajętych paznokciami albo ubraniem, ale słyszeli każde słowo. Tylko Janina patrzyła uważnie. Kucała obok Jonasa, wydłubując wszy z brwi. – Po przybyciu do Niemiec mieli złożyć wniosek o naszą repatriację. – Co to repatriacja? – spytała Janina. – Powrót tam, skąd pochodzi rodzina – wyjaśniłam. – Jest pani Niemką? – Nie, skarbie – odpowiedziała Mama. – Ale rodzina mojej szwagierki pochodziła z Niemiec. Myśleliśmy, że załatwimy dokumenty przez nich. – I Papa im pomógł? Był poplecznikiem? – spytałam. – Poplecznikiem? Nie popełnił żadnego przestępstwa. Pomógł tylko krewnym. – Więc Joana jest w Niemczech? – ciągnęłam. – Prawdopodobnie. Wszystko poszło nie tak. Po ich wyjeździe ojciec w kwietniu otrzymał wieści, że NKWD przeszukało ich dom. Ktoś musiał donieść Sowietom. – Kto by zrobił coś takiego? – odezwał się Jonas. – Litwini współpracujący z Sowietami. Donosili na innych ludzi, żeby chronić samych siebie. Ktoś głośno zakaszlał. – Nie mogę uwierzyć, że Joana mi nie powiedziała – szepnęłam. – Ona nie wiedziała! Rodzice na pewno trzymali to przed nią w tajemnicy. Obawiali się, że coś wygada. Była przekonana, że jadą odwiedzić przyjaciela rodziny. – Andrius twierdził, że według Sowietów jego ojciec miał znajomych za granicą. Sowieci myślą, że Papa też jest w kontakcie z kimś spoza Litwy – mruknął Jonas. – To znaczy, że grozi mu niebezpieczeństwo. Mama przytaknęła. Janina wstała i położyła się obok swojej mamy. Myśli kłębiły mi się w głowie. Nie byłam w stanie ich ogarnąć. Cierpieliśmy niezasłużoną karę, podczas gdy rodzina Joany beztrosko mieszkała sobie w Niemczech. Oddaliśmy swoje życie za ich życie. Mama była zła, że łysy mężczyzna mi powiedział. Zwierzyła mu się w sekrecie. Zdradził ją za pięć minut noszenia rękawic. Czy Mama i Papa nie pomyśleli, żeby nam zaufać? Czy rozważyli wszystkie konsekwencje, nim pomogli im w ucieczce? Podrapałam się po głowie. Wszy żłobiły sobie drogę w kierunku mojego karku. – Jakie to samolubne z ich strony! Jak mogli nam to zrobić? – spytałam. – Oni też wiele stracili – powiedział Jonas. Otwarłam usta ze zdumienia. – Jak to? Oni niczego nie stracili! To nam zabrano wszystko z ich powodu. – Musieli porzucić dom, stryjek sklep, Joana studia. Studia. Joana chciała być lekarką tak bardzo jak ja malarką. Ja nadal rysowałam, ale ona nie mogła oddawać się medycynie w czasie wojny. Gdzie teraz była? Czy wiedziała, co się z nami stało? Czy Sowietom udało się zachować deportacje w tajemnicy przed światem? Jeśli tak, to jak długo to potrwa? Przypomniał mi się amerykański statek. Czy komuś przyjdzie do głowy szukać nas na zimnej północy Syberii? Jeśli plan Stalina się powiedzie, to śnieg i lód


staną się naszym grobowcem. Wzięłam papier, usiadłam przy piecyku. Kipiał we mnie gniew. To wszystko wydawało się takie niesprawiedliwe. Ale nie potrafiłam znienawidzić Joany. To nie była jej wina. Zresztą czyja? Narysowałam dwie ręce: ściskały się, ale odrywały zarazem. Na jej dłoni narysowałam swastykę, na swojej sierp i młot, a pomiędzy nimi strzępy litewskiej flagi. Usłyszałam chrobot. To mężczyzna nakręcający zegarek strugał nożem patyczek. Drwa zatrzeszczały, z baryłki trysnęły iskry. – Jakaś taka podrapana – orzekł Jonas. Siedział ze skrzyżowanymi nogami na moim łóżku, patrząc na jedną z reprodukcji Muncha, które przyszły z Oslo. – Właśnie. Taką fakturę uzyskał, posługując się nożem malarskim – wyjaśniłam. – Wygląda przez to... dziwnie. Gdyby nie te zadrapania, wyglądałaby smutno, ale one dodają dziwności. – Otóż to – powiedziałam, starannie przeciągając grzebieniem przez ciepłe, czyste włosy. – Ale Munch uważał, że dzięki temu obraz nabiera życia. Był dziwnym człowiekiem. Nie zależało mu na proporcjach, szukał wrażenia prawdy. Jonas spojrzał na kolejną reprodukcję i szeroko otworzył oczy. – Czy to dla ciebie wygląda prawdziwie? – spytał. – Oczywiście. Tytuł tego obrazu brzmi „Popioły”. – Dla mnie to nie jest prawdziwe. Raczej przerażające. – Jonas wstał. – Wolę twoje obrazy. Te są zbyt dziwaczne. Dobranoc. – Dobranoc. Wzięłam papiery i wsunęłam się pod miękką kołdrę z gęsiego puchu. Na marginesie widniał komentarz jakiegoś krytyka sztuki: „Munch to przede wszystkim liryczny poeta koloru. Czuje barwy, ale ich nie dostrzega. Zamiast nich widzi smutek, płacz i uwiąd”. Smutek, płacz i uwiąd. Widziałam to wszystko w „Popiołach”. Wspaniałe. Popioły. Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wyciągnęłam patyk spod piecyka. Zdarłszy korę, odsłoniłam drewno. Oddzieliłam włókna i tak powstał prowizoryczny pędzel. Zza drzwi wzięłam garść śniegu i dokładnie wymieszałam z popiołem. Kolor był niejednolity, ale nadawał się na szarą akwarelę.


75 NASTAŁ LISTOPAD. Z oczu Mamy zniknął blask. Musieliśmy bardziej się starać, by zobaczyć jej uśmiech. Przychodził tylko wówczas, kiedy podpierała podbródek dłonią albo gdy Jonas podczas wieczornej modlitwy wspominał Papę. Podnosiła wtedy twarz, a w kącikach jej ust pojawiała się nadzieja. Martwiłam się o nią. Nocą zamykałam oczy i myślałam o Andriusie. Widziałam, jak przeczesuje palcami włosy, czułam, jak jego nos muska mój policzek tamtego wieczora przed wywózką. Wspominałam szeroki uśmiech, kiedy wadził się ze mną w kolejce. Ujrzałam jego niepewny wzrok, gdy wręczał mi Dombeya i syna. Oraz słowa otuchy, kiedy ciężarówka odjeżdżała. Powiedział, że mnie znajdzie. Czy wiedział, dokąd nas zabrano? Że śmiali się i zakładali o naszą śmierć? „Odszukaj mnie” – szeptałam. Mężczyzna nakręcający zegarek patrzył w niebo. Oznajmił, że zbliża się zawierucha. Wierzyłam mu. Nie dlatego, że chmury miały barwę ołowiu, ale dlatego, że enkawudziści krzyczeli i uwijali się jak w ukropie. Ich „dawaj!” dobiegało ze wszystkich stron. Nawet Iwanow się przyłączył. Zwykle wydawał rozkazy z daleka. Dzisiaj biegał w tę i we w tę, wszystko koordynując. Pani Rimas starała się wynegocjować dodatkowe przydziały. – Jeśli będzie burza, to nie będziecie pracować – zaśmiał się Iwanow. – Po co wam jedzenie? – Ale jak przeżyjemy bez chleba? – pytała. – Nie wiem. Jak? Podkradałam drewno spod koszar. Innego sposobu nie było. Potrzebowaliśmy dużych zapasów przed zawieruchą. Poszłam po więcej. Zaczął sypać śnieg. Wtedy to zobaczyłam. Mama rozmawiała z Iwanowem i Kreckim za budynkami NKWD. Co ona robiła? Schowałam się i wytężyłam wzrok. Iwanow splunął. Potem nachylił się do twarzy Mamy. Serce mi załomotało. Nagle uniósł dłoń w rękawiczce do skroni i udał, że pociąga za spust. Mama drgnęła. Iwanow odrzucił głowę w tył i się roześmiał. Odszedł do budynku. Mama i Krecki stali bez ruchu pośród padającego śniegu. Krecki położył jej dłoń na ramieniu. Widziałam, że coś mówi. Pod Mamą ugięły się nogi. Złapał ją w talii. Wykrzywiła usta, padła twarzą na jego klatkę piersiową i uderzyła go pięścią w ramię. – Mamo! – krzyknęłam, biegnąc w jej stronę. Potknęłam się na drwach wypadających mi spod płaszcza. Złapałam ją i oderwałam od Kreckiego. – Mamo! Padłyśmy na kolana. – Kostas! – załkała. Pogłaskałam ją po włosach, przyciągając do siebie. Krecki przestąpił z nogi na nogę. Spojrzałam na niego. – Zastrzelony. W więzieniu w Krasnojarsku – powiedział. Powietrze zacisnęło się wokół mnie i wepchnęło mnie w śnieg. – Nie, to nieprawda! – zawołałam, patrząc w twarz Kreckiego. – On jedzie po nas. Już jest w drodze. Mamo, Krecki się myli! Myślą, że nie żyje, bo uciekł. Dostał moje rysunki. Niedługo tu będzie! – Nie. – Krecki potrząsnął głową. Patrzyłam na niego. Nie? Mama płakała, przytulając się do mnie. – Papa? – To słowo ledwo przeszło mi przez usta. Krecki zrobił krok w naszym kierunku i wyciągnął ręce do Mamy. Z moich ust trysnęła nienawiść.


– Odejdź od niej! Trzymaj się z dala! Nienawidzę cię! Słyszysz? Nienawidzę cię! Patrzył na Mamę. – Ja też – powiedział w końcu i odszedł. Zapadałyśmy się coraz głębiej, śnieg sypał na nas, wiatr kłuł w twarz niczym igły. – Chodź, Mamo. Nadchodzi zamieć. Ale nie mogła ustać na nogach. Jej ciało chwiało się przy każdym kroku, to sprawiało, że obie traciłyśmy równowagę. Śnieg wirował wokół, ograniczając widoczność. – Pomocy! – krzyczałam. – Niech ktoś nam pomoże! – Ale słyszałam tylko wycie wiatru. – Mamo, chodźmy razem. Musimy wrócić. Jest zawierucha. Mama nie szła. Powtarzała tylko imię Papy. – Pomocy! – Elena? To była pani Rimas. – Tak. Jesteśmy tutaj. Pomocy! – krzyknęłam. Zza ściany wiatru i śniegu wyłoniły się dwie postaci. – Lina? – Jonasie! Tutaj! Przedarli się przez śnieg, wyciągając ręce. – Boże, Eleno! – zawołała pani Rimas. Zaciągnęliśmy Mamę do naszej jurty. Położyła się twarzą w dół na desce. Obok siedziała pani Rimas, Janina zerkała zza jej pleców. – Lino, co się stało? – spytał przestraszony Jonas. Patrzyłam przed siebie pustym wzrokiem. – Lino? Spojrzałam na brata. – Papa. – Papa? – Twarz mu się zapadła. Pokiwałam powoli głową. Nie potrafiłam otworzyć ust. Spomiędzy moich warg wydobył się żałosny jęk. To nie mogło się dziać naprawdę. Nie mogło. Nie Papa. Przecież wysłałam rysunki! Patrzyłam, jak twarz Jonasa zrzuca przemiany ostatnich miesięcy. Nagle znów wyglądał na swój wiek. Nie jak młody mężczyzna walczący o rodzinę, palący skręty, ale jak mały wrażliwy uczeń, który wbiegł do mojej sypialni tamtej nocy, kiedy nas zabrano. Spojrzał na mnie, potem na Mamę. Podszedł do niej, położył się i delikatnie ją objął. Śnieg wpadał do środka przez szparę w ścianie i przykrył im włosy. Janina objęła moje nogi, mrucząc cicho. – Przykro mi. Przykro mi bardzo – powtarzał wysoki mężczyzna.


76 NIE MOGŁAM SPAĆ. Nie mogłam mówić. Gdy tylko zamykałam oczy, widziałam poobijaną twarz Papy patrzącą na nas przez dziurę w podwoziu wagonu. „Odwagi, Linko” – powiedział wtedy do mnie. Wycieńczenie i cierpienie nasycało każdą cząstkę mojego ciała, ale nie potrafiłam zasnąć. Mój mózg migotał, jak gdyby zwarły się w nim jakieś przewody, wyświetlając niekończące się obrazy bólu, lęku i smutku. Skąd Krecki wiedział? To musiała być pomyłka. Jakiś inny mężczyzna, nie Papa. To możliwe, prawda? Przypomniałam sobie Andriusa szukającego ojca po wagonach. On też myślał, że to prawdopodobne. Chciałam opowiedzieć Andriusowi, co się stało. Włożyłam rękę do kieszeni i ścisnęłam kamień. Moje rysunki zawiodły. Ja zawiodłam. Chciałam rysować, ale nie mogłam. Kiedy brałam ołówek do ręki, zaczynał żyć własnym życiem, napędzany czymś ohydnym, co we mnie zamieszkało. Skurczona twarz Papy. Jego usta w grymasie bólu. Strach w oczach. Narysowałam siebie, jak krzyczę na Kreckiego. Wykrzywione usta, z których wypełzają trzy czarne zębate węże. Ukryłam rysunki w Dombeyu i synu. Papa był silny. Był patriotą. Czy walczył? A może z niczego nie zdawał sobie sprawy? Czy zostawili go na ziemi jak Onę? Zastanawiałam się, czy Jonas zadaje sobie te same pytania. Nie rozmawialiśmy o tym. Napisałam list do Andriusa, ale kartkę zalały łzy. Na dworze szalała zamieć. Wszędzie szumiał wiatr i lodowaty śnieg. Wykopaliśmy tunel za drzwiami, by odbierać przydział chleba. Dwóch Finów zagubionych w zawiei nie znalazło swojej jurty. Wcisnęli się do naszej. Jeden miał dyzenterię. Smród zatykał mi gardło. We włosach roiły się wszy. Drugiego dnia Mama wstała i uparła się przekopać wejście. Wyglądała na zwiotczałą, jak gdyby część jej duszy gdzieś się ulotniła. – Powinnaś odpocząć – zaproponował Jonas. – Ja odkopię śnieg. – Na nic tu leżeć – odparła. – Robota czeka. Muszę zrobić swoje. Trzeciego dnia zawieruchy mężczyzna z zegarkiem pomógł Finom wrócić do swojej jurty. – Zabierz wiadro na zewnątrz. Umyj w śniegu – polecił mi łysy. – Czemu ja? – spytałam. – Będziemy to robić kolejno – powiedziała Mama. – Wszyscy w swoim czasie. Zabrałam wiadro w mrok. Wiatr nieco osłabł. Nagle poczułam, że nie mogę oddychać. Wilgoć w moich nozdrzach zamarzła. Był dopiero listopad. Noc polarna miała trwać do początków marca. Pogoda mogła się jeszcze pogorszyć. Jak ją przetrwamy? Musieliśmy przetrzymać pierwszą zimę. Szybko oczyściłam wiadro i wróciłam do jurty. Szepcząc do Papy nocą, czułam się jak Janina rozmawiająca ze zmarłą lalką. Dwudziesty listopada. Urodziny Andriusa. Dokładnie odliczałam dni. Kiedy się obudziłam, życzyłam mu wszystkiego najlepszego i myślałam o nim cały dzień, taszcząc polana. Wieczorem przy piecyku czytałam Dombeya i syna. Krasiwaja. Wciąż nie wiedziałam, co to znaczy. Może się dowiem, jeżeli przeskoczę o kilka stron?... Przerzuciłam kartki. Nagle moją uwagę przyciągnął jakiś dopisek. Na marginesie naskrobano coś ołówkiem. „Witaj, Lino. Dotarłaś do strony 278. Całkiem nieźle!”. Wstrzymałam oddech, a potem udałam, że całkowicie pochłania mnie książka. Patrzyłam na pismo Andriusa, palcami dotknęłam wydłużonych liter mojego imienia. Czy było więcej? Wiedziałam, że powinnam czytać dalej. Ale nie mogłam się doczekać. Uważnie


przerzucałam strony, patrząc na marginesy. Strona 300: „Naprawdę jesteś na stronie 300 czy przeskakujesz?”. Omal nie zachichotałam. Strona 322: „Dombey i syn to nuda. Musisz to przyznać”. 364: „Myślę o Tobie”. 412: „Czy ty myślisz o mnie?”. Zamknęłam oczy. Tak, myślę o tobie. Wszystkiego najlepszego.


77 BYŁA POŁOWA GRUDNIA. Zima trzymała nas w bezlitosnym uścisku. Wysoki mężczyzna cierpiał na odmrożenia – czubki palców miał pomarszczone i czarne. Na nosie pojawiły mu się szare grudki. Okrywaliśmy się każdym kawałkiem ubrania czy szmat, jakie tylko dało się znaleźć. Owijaliśmy stopy w stare sieci rybackie, które fala wyrzucała na brzeg. Wszyscy w jurcie sprzeczali się i działali sobie na nerwy. Małe dzieci zaczęły umierać. Mama zaniosła swój przydział jakiemuś głodującemu chłopcu. Już nie żył. Jego maleńka rączka zesztywniała, czekając na kawałek chleba. W obozie nie było lekarza ani pielęgniarki, tylko weterynarz z Estonii. Musieliśmy zdać się na niego. Starał się, jak mógł, ale wszędzie panował brud, a on nie miał leków. Iwanow i enkawudziści nie wchodzili do naszych jurt. Krzyczeli, żebyśmy wynosili zmarłych na zewnątrz. – Jesteście obrzydliwe świnie! Żyjecie w brudzie! Nic dziwnego, że zdychacie. Dyzenteria, tyfus i szkorbut zbierały żniwo. Na otwartych ranach żerowały wszy. Pewnego popołudnia jeden z Finów odszedł od rąbania drewna, żeby się załatwić. Janina znalazła go nieco później. Powiesił się na sieci rybackiej. W poszukiwaniu drewna musieliśmy wyprawiać się coraz dalej. Raz zawędrowaliśmy ponad pięć kilometrów od obozu. Pod koniec dnia Janina przytuliła się do mnie. – Liale pokazała mi coś – szepnęła. – Co? – powiedziałam, pakując chrust do kieszeni z myślą o piecu i moich pędzlach. Dziewczynka się rozejrzała. – Chodź, zaprowadzę cię. Wzięła mnie za rękę i poszłyśmy przez śnieg. Wskazała mi coś dłonią w rękawicy. – Gdzie? – spytałam, przeszukując wzrokiem śnieg. – Ciiii. – Przyciągnęła mnie i wskazała ręką. Na śniegu pod drzewami zobaczyłam wielką sowę. Jej białe pióra wtapiały się w tło tak dobrze, że zrazu jej nie spostrzegłam. Ptak miał ponad pół metra długości, a na głowie i grzbiecie maleńkie brązowe cętki. – Czy ona śpi? – spytała Janina. – Chyba nie żyje. – Wyjęłam patyk z kieszeni i trąciłam sowę. Ani drgnęła. – Tak. Nie żyje. – Myślisz, że możemy ją zjeść? Najpierw byłam wstrząśnięta. A potem wyobraziłam sobie mięsistą tuszkę piekącą się w naszym piecu niczym kurczak. Znów ją trąciłam, a potem złapałam za skrzydło i pociągnęłam. Była ciężka, ale dała się wlec po śniegu. – Nie. Nie możesz ciągnąć. NKWD zobaczy. Zabiorą nam. Lepiej ukryj w płaszczu. – Janino, ta sowa jest olbrzymia. Nie zdołam jej schować. – Na samą myśl o trzymaniu ptasiego trupa pod płaszczem wzdrygnęłam się. – Ale jestem taka głodna. Proszę! – jęknęła dziewczynka. – Będę szła przed tobą. Nikt nie zobaczy. Też byłam głodna. Podobnie jak Mama i Jonas. Nachyliłam się i przygięłam skrzydła do brzucha ptaka. Był twardy. Sowa miała groźny dziób. Nie wiedziałam, czy będę w stanie przycisnąć ją do swojego ciała. Spojrzałam na Janinę. Kiwnęła głową. Rzuciłam okiem dookoła. – Rozepnij mi płaszcz. Jej drobne dłonie wzięły się do pracy. Podniosłam martwego ptaka i przycisnęłam do piersi. Czułam dreszcz obrzydzenia.


– Szybko, zapnij mnie. Nie mogła sobie poradzić. Sowa była zbyt duża. Ledwo zdołałam owinąć płaszczem jej cielsko. – Obróć ją. Żeby dziób nie wystawał – powiedziała Janina. – Wtopi się w śnieg. Szybko. Szybko? Jak miałam przejść pięć kilometrów w ciąży z martwą sową niezauważona przez NKWD? – Zwolnij, Janino. Nie mogę iść tak szybko. Ona jest za duża! Zakrzywiony dziób wbijał mi się w pierś. Martwe ciało przerażało, ale byłam taka głodna! Inni deportowani patrzyli na mnie. – Nasze mamy są chore. Muszą jeść. Pomożecie? – wyjaśniła Janina. Obcy mi ludzie otoczyli mnie i osłonili przed spojrzeniami, odeskortowali bezpiecznie do jurty. Nie prosili o nic. Z radością pomogli, nawet jeśli sami nie mieli na tym skorzystać. Próbowaliśmy wszyscy dotknąć nieba, stojąc na dnie oceanu. Zrozumiałam, że jeżeli będziemy się nawzajem wspierać, to może wzniesiemy się nieco wyżej. Mama Janiny oskubała zdobycz. Stłoczyliśmy się wokoło pieca, aby wdychać zapach. – Pachnie jak kaczka, prawda? – zauważył Jonas. – Udawajmy, że to kaczka. Ciepłe mięso miało niebiański smak. Nieważne, że było trochę twarde. Dzięki temu jedzenie trwało dłużej. Wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy na królewskim bankiecie. – Czujecie ten posmak marynowanego agrestu? – westchnęła pani Rimas. – Coś cudownego. Dziękuję, Lino – powiedziała Mama. – Podziękuj Janinie. To ona znalazła tę sowę – sprostowałam. – To nie ja, to Liale – poprawiła dziewczynka. – Dziękuję, Janino – rzekł Jonas. Mała uśmiechnęła się i rozpromieniła, trzymając garść piór.


78 NASTAŁO BOŻE NARODZENIE. Przetrwaliśmy połowę zimy. Było za co dziękować. Pogoda się nie poprawiła. Kiedy jedna zamieć cichła, zaczynała się druga. Żyliśmy jak pingwiny, marznąc pod lodem i śniegiem. Pani Rimas wystawała pod piekarnią. Płakała, czując zapach masła i kakao. Wypiekano tam ciasta dla NKWD. Żołnierze jedli ryby, pili gorącą kawę i zajadali się puszkowanym mięsem oraz warzywami z Ameryki. Po posiłku grywali w karty, palili papierosy, może nawet cygara, i popijali brandy. Potem w swoich ceglanych kwaterach rozpalali ogień i przykrywali się futrami. Moje rysunki były coraz mniejsze. Brakowało mi papieru. Mama nie miała energii. Nie była nawet w stanie wysiedzieć na kucios. Zbyt długo już leżała. Włosy przymarzły jej do deski. Zasypiała i budziła się nieregularnie tylko po to, by posłać nam całusa, kiedy przechodziliśmy obok. Wszy sprowadziły tyfus. Wysoki mężczyzna czuł się źle. Uparł się, że się wyprowadzi. – Jesteście wszyscy tacy mili. To dla was niebezpieczne. Niebezpieczne – powiedział. – Tak. Wynoś się stąd – rzucił łysy. Wysoki mężczyzna przeniósł się do jurty, gdzie mieszkali ludzie z podobnymi objawami: gorączką, wysypką, halucynacjami. Ja i pani Rimas pomogłyśmy mu tam dojść. Cztery dni później ujrzałam jego nagie ciało z szeroko otwartymi oczami na stosie trupów. Odmrożone dłonie gdzieś zniknęły. Białe lisy wgryzły mu się w brzuch, odsłaniając wnętrzności i plamiąc śnieg krwią. Odwróciłam się i zasłoniłam oczy. – Lino, weź te książki ze stołu – poleciła Mama. – Nie mogę znieść tych okropnych wizerunków. Nie przy śniadaniu. – Ale to inspirowało Edwarda Muncha. Widział w tym nie śmierć, tylko narodziny – oponowałam. – Zabierz je – nie ustępowała Mama. Papa zachichotał zza gazety. – Ależ Papo. Posłuchaj, co mówił Munch... Papa odłożył gazetę. Odszukałam właściwą stronę. – Powiedział: „Z mego gnijącego ciała wyrosną kwiaty, ja będę w nich i to właśnie jest wieczność”. Czy to nie piękne? Papa się uśmiechnął. – Ty jesteś piękna, bo tak to widzisz. – Lino, proszę, sprzątnij te książki – powtórzyła Mama. Papa do mnie mrugnął. – Musimy działać! – krzyknęłam do Jonasa i pani Rimas. – Nie możemy pozwolić, żeby ludzie tak umierali. – Robimy, co się da. Na nic więcej nas nie stać – powiedziała pani Rimas. – Pozostaje modlić się o cud. – Nie! Proszę tak nie mówić. Przeżyjemy, prawda, Jonasie? Jonas skinął głową. – Źle się czujesz? – spytałam go. – Wszystko w porządku – odparł. Wieczorem usiadłam przy Mamie; położyła mi głowę na kolanach. Wszy paradowały po jej czole. Strącałam je.


– Przeprosiłaś? – spytała Mama, patrząc na mnie spod ciężkich powiek. – Kogo? – Nikołaja. Powiedziałaś mu, że go nienawidzisz. – Bo to prawda. Może nam pomóc, ale nie chce. – Mnie pomógł – wyznała cicho. Spojrzałam w jej oczy. – Tamtego dnia, kiedy wyszłam na spotkanie zrzędliwej kobiecie wracającej z wioski, było ciemno. Przejeżdżali jacyś enkawudziści. Zaczęli się do mnie dostawiać. Unieśli mi sukienkę. Pojawił się Nikołaj, przegonił ich i mnie podwiózł. Błagałam go, żeby dowiedział się czegoś o ojcu. Spotkaliśmy się ze zrzędliwą kobietą na drodze w ciemności. Nikołaj wysadził nas przeszło dwa kilometry od obozu. Resztę drogi pokonałyśmy pieszo. Widzisz? – Uniosła ku mnie twarz. – Pomógł mi. Myślę, że komendant się o tym dowiedział. Nikołaja za to ukarano. Pewnie dlatego jest tu teraz z nami. – Zasłużył sobie na to. Może zachoruje i nikt nie zwróci na to uwagi. Wtedy poczuje, jak to jest. Mógł sprowadzić dla nas lekarza! – Przypomnij sobie, co powiedziałby ojciec. Doznane zło nie upoważnia do jego wyrządzania. Dobrze o tym wiesz. Pomyślałam o Papie. Miała rację. Zareagowałby właśnie w taki sposób. Do jurty wszedł Jonas. – Jak ona się czuje? – spytał. Położyłam rękę na czole Mamy. – Wciąż ma wysoką gorączkę. – Skarbie. – Mama zwróciła się do Jonasa. – Tak mi zimno, a tobie? Jonas zdjął płaszcz i podał mi, potem położył się obok Mamy i przytulił ją. – Teraz połóż na nas płaszcz i to futro od Uliuszki – powiedział. – Uliuszka – szepnęła z rozczuleniem Mama. – Ja cię ogrzeję. – Jonas pocałował ją w policzek. – Już mi lepiej – odrzekła.


79 ĆWICZYŁAM ROSYJSKIE SŁÓWKA. „Doktor”. „Lekarstwo”. „Mama”. „Proszę”. W brzuchu mi się wywracało. Zaciskałam palce na kamieniu. W głowie słyszałam słowa Andriusa: „Nie dawaj im nic. Nawet swojego strachu”. Nie chodziło tylko o Mamę. Mężczyzna z zegarkiem także był chory, podobnie jak mama Janiny. Gdybym tylko zdołała zdobyć jakieś lekarstwo. Na myśl o proszeniu ich o cokolwiek robiło mi się niedobrze. Enkawudziści zabili Papę. Nienawidziłam ich za to. Nie mogłam pozwolić im zabić także Mamy. Koło kwater NKWD dojrzałam Kreckiego. Stał z Iwanowem. Czekałam. Chciałam porozmawiać z nim na osobności. Czas mijał. Musiałam iść do pracy, żeby dostać przydział chleba. Ruszyłam przez śnieg w ich kierunku. – Patrz, idzie ta mała świnia – rzucił Iwanow. – Moja Mama choruje – wyznałam. – Naprawdę? – odparł z udawaną troską. – Myślę, że wiem, co mogłoby jej pomóc. Patrzyłam na niego. – Dużo słońca, świeżych owoców i warzyw. – Zaśmiał się z własnego cynicznego dowcipu. – Potrzebujemy doktora, potrzebujemy lekarstw. – Zadrżałam. – I czego jeszcze? Łaźni, szkoły? To brać się do budowy. Dawaj! Spojrzałam na Kreckiego. – Proszę, pomóżcie. Trzeba nam doktora, lekarstw. Mama jest chora. – Nie ma tu doktora – odparł. – A jakieś leki? – Chcesz jeszcze dwadzieścia lat? To ci mogę załatwić. Nie dostaniesz dziś żadnego chleba, niewdzięcznico. Do roboty! Dawaj! Nie wystarałam się o doktora. Nie wystarałam się o lekarstwa. Straciłam przydział chleba i na dodatek zostałam upokorzona. Odeszłam stamtąd. Zapomniałam już, jakie to uczucie, gdy słońce pada na twarz. Kiedy zamknęłam oczy, pod powiekami widziałam słońce nad Litwą i we włosach Andriusa. Ale nie potrafiłam wyobrazić sobie słońca nad Morzem Łaptiewów. Nawet jeśli przetrwamy zimę, to czy starczy nam sił, by zbudować cokolwiek? Czy naprawdę jesteśmy w stanie wznieść łaźnię i szkołę? Czy zostanie ktoś, żeby tam się uczyć? Nie mogłam stracić Mamy. Musiałam walczyć. Musiałam zrobić, co tylko się da. Dygotała, zasypiając i budząc się na przemian. Jonas i ja wzięliśmy ją między siebie, by ogrzać ją i pocieszyć. Pani Rimas rozgrzewała w ogniu cegły, by ogrzać jej stopy. Janina wybierała wszy z rzęs. Łysy mężczyzna nachylił się i włożył Mamie do ręki swój chleb. – Dalej, kobieto. Dasz radę. Musisz zadbać o dzieci, na miłość boską. Mijały godziny. Zęby Mamie szczękały, wargi zsiniały. – J-Jonasie, weź to. – Podała mu obrączkę Papy. – Jest w niej tyle miłości. Nic więcej się nie liczy. Drżączka narastała. Mama zaczęła jęczeć. – Proszę – błagała, patrząc na nas natarczywie. – Kostas. Trzymaliśmy ją między sobą, ramionami otaczając jej zabiedzone ciało. Jonas oddychał szybko, przestraszonymi oczyma wpatrując się w moje. – Nie – wyszeptał. – Błagam.


80 PIĄTY STYCZNIA. Jonas obejmował Mamę cały samotny poranek i kołysał ją łagodnie, tak jak ona robiła kiedyś z nami. Pani Rimas próbowała ją karmić i masażem poprawiać krążenie w kończynach. Mama nie była w stanie jeść ani mówić. Ja nagrzewałam cegły i kursowałam z nimi do pieca i z powrotem. Siedziałam obok, trąc jej dłonie i opowiadając o domu. Opisywałam szczegółowo każdy pokój łącznie z wzorkiem na łyżkach w kuchennej szufladzie. – Ciasto piecze się w piekarniku, w kuchni jest gorąco, więc postanowiłaś otworzyć okno nad zlewem i wpuścić trochę świeżego powietrza. Słyszysz, jak dzieci bawią się na zewnątrz – mówiłam. Jakiś czas później oddech Mamy stał się jeszcze bardziej wysilony. – Lino, nagrzej więcej cegieł – powiedział mój brat. – Jest zbyt wyziębiona. Nagle Mama spojrzała na Jonasa. Otwarła usta. Nie dobył się z nich żaden dźwięk. Drżączka ustała, ręce rozluźniły się, a głowa opadła. W oczach pojawiła się pustka. – Mamo? – Podeszłam bliżej. Pani Rimas dotknęła dłonią jej szyi. Jonas zaczął płakać, obejmując ją ramionami. Pochlipywanie zmieniło się w głośny rozdzierający szloch wstrząsający całym jego ciałem. Położyłam się obok i objęłam brata. Pani Rimas uklękła przy nas. – Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego... – zaczęła. – Mamo! – jęknął Jonas. Łzy płynęły mi po policzkach. – Miała piękną duszę – powiedział mężczyzna z zegarkiem. Janina pogłaskała mnie po głowie. – Kocham cię, Mamo – szepnęłam. – Kocham cię, Papo. Pani Rimas ciągnęła: – Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza. Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity. Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy. Amen. Te słowa doskonale opisywały Mamę. Jej kielich był przeobfity w miłość do każdego i wszystkiego wokół, nawet do wroga. Pani Rimas zaczęła płakać. – Kochana Eleno, byłaś taka dobra dla wszystkich... – Proszę, nie pozwólcie im zabrać jej ciała – powiedział Jonas do pani Rimas. – Chcę ją pochować. Nie możemy pozwolić, żeby zjadły ją lisy. – Będzie miała grób – zapewniłam przez łzy. – Zrobimy trumnę z desek, na których śpimy. Jonas pokiwał głową. Łysy mężczyzna patrzył w przestrzeń i nic nie mówił. – Ładnie wygląda – powiedział Jonas, stojąc przy trumnie Babci. – Czy ona wie, że tu jestem? – Wie. – Papa objął nas oboje. – Patrzy na nas z góry. Jonas uniósł głowę w kierunku sufitu, a potem spojrzał na Papę. – Pamiętacie, jak ostatniego lata puszczaliśmy latawiec? – spytał Papa. Jonas przytaknął. – Zerwał się wiatr i krzyknęliśmy do ciebie, że już czas. Powiedziałem, żebyś zwolnił uścisk. Sznurek zaczął się rozwijać, kołowrotek kręcił ci się w rękach, pamiętasz? Latawiec wzbijał się coraz wyżej. Zapomniałem jednak wcześniej przywiązać sznurek do kołowrotka. Pamiętasz, co się stało?


– Latawiec zniknął. – Właśnie. Tak się dzieje z ludźmi, kiedy umierają. Ich dusze wznoszą się w błękitne niebo – wyjaśnił Papa. – Może Babcia znalazła latawiec – pomyślał na głos Jonas. – Może. Łysy mężczyzna siedział, opierając łokcie o kolana, i rozmawiał sam ze sobą. – Dlaczego tak trudno umrzeć? – pytał. – Pomogłem was wydać. Zbyt późno powiedziałem „nie”. Widziałem listy. Pani Rimas gwałtownie odwróciła głowę. – Co? Skinął głową. – Polecili mi zweryfikować zawody i zajęcia. Miałem podać nazwiska nauczycieli, prawników i wojskowych z okolicy. – Zrobił to pan? – spytałam. Jonas trzymał Mamę i wciąż płakał. – Powiedziałem, że zrobię, a potem zmieniłem zdanie. – Zdrajco! Żałosny staruchu! – zawołałam. – Żałosny, ale żywy. To właśnie moja kara. Innej możliwości nie ma. Ta kobieta zamyka oczy i znika. Ja pragnę śmierci od pierwszego dnia, a jednak żyję. Czy naprawdę tak trudno jest umrzeć?


81 OBUDZIŁAM SIĘ NIESPOKOJNA. Noc była ciężka. Spałam obok ciała Mamy, tłumiąc szloch, żeby nie przestraszyć Jonasa. Moja piękna Mama – miałam nigdy więcej nie ujrzeć jej uśmiechu, poczuć jej objęć. Już teraz tęskniłam za jej głosem. Czułam się wydrążona, jak gdyby odgłos mojego serca odbijał się echem wewnątrz obolałych kończyn. Słowa łysego mężczyzny kołatały mi się po głowie. Czy trudniej było umrzeć, czy też przeżyć? Miałam szesnaście lat, byłam sierotą na Syberii, ale wiedziałam. Tej jednej rzeczy nigdy nie kwestionowałam. Chciałam żyć. Chciałam widzieć, jak mój brat staje się mężczyzną. Chciałam znów zobaczyć Litwę. Chciałam spotkać się z Joaną. Chciałam poczuć zapach konwalii wpadający z wiatrem przez okno. Chciałam malować na polach. Chciałam ujrzeć Andriusa z moimi rysunkami. Syberia mogła skończyć się dla mnie tylko na dwa sposoby. Powodzenie oznaczało życie. Porażka – śmierć. Chciałam żyć. I przeżyć. Gdzieś w głębi serca czułam winę. Czy byłam samolubna, że tego pragnęłam, choć moich rodziców zabrakło? Że chciałam czegoś więcej niż tego, by nasza rodzina była razem? Teraz to ja byłam opiekunką mojego jedenastoletniego brata. Co zrobiłby, gdyby zabrakło i mnie? Po pracy Jonas pomógł mężczyźnie z zegarkiem sklecić trumnę. Pani Rimas i ja przygotowałyśmy Mamę. – Czy zostało coś w jej bagażu? – spytała. – Chyba nie. Wyciągnęłam walizkę Mamy spod deski, na której leżała. Nie miałam racji. W środku znajdowały się czyste, świeże ubrania. Sukienka, jedwabne pończochy, nowe buty, szminka. Była także męska koszula i krawat. Ubranie Papy. Rozpłakałam się. Pani Rimas podniosła dłoń do ust. – Ona naprawdę zamierzała wrócić do domu. Spojrzałam na koszulę. Podniosłam ją do twarzy. Mama drżała z zimna. Mogła włożyć te rzeczy, a jednak zachowała je, żeby wrócić na Litwę w czystym ubraniu. Pani Rimas wyciągnęła jedwabną sukienkę. – Jest piękna. Włożymy ją twojej mamie. Ściągnęłam Mamie płaszcz. Miała go na sobie od tamtej nocy, kiedy nas deportowano. W miejscu, gdzie zaszyła wartościowe rzeczy, widać było szwy i porwane nitki. Przeszukałam podszewkę. Znalazłam kilka dokumentów. – To są akty własności waszego domu w Kownie – wyjaśniła pani Rimas, przejrzawszy papiery. – Pilnuj ich. Przydadzą się, gdy wrócicie. Była jeszcze jedna kartka. Rozwinęłam ją i znalazłam adres w mieście Biberach. – Niemcy. To pewnie tam mieszka moja kuzynka. – Zapewne, ale nie wolno ci na ten adres pisać – stwierdziła pani Rimas. – Mogą mieć przez to kłopoty. Tej nocy Jonas i ja ukradliśmy łopaty i kilofy spod budynków NKWD. – Trzeba znaleźć miejsce, które zapamiętamy – powiedziałam mu. – Musimy zabrać jej ciało z powrotem na Litwę. Wspięliśmy się na pagórek nad morzem. – Ładny widok – rzekł Jonas. – Tu będzie dobrze. Kopaliśmy całą noc w lodzie tak głęboko, jak tylko się dało. Kiedy nastał ranek, na pomoc przyszli nam pani Rimas i mężczyzna z zegarkiem. Nawet Janina i pan Stalas przyszli kopać. Lód okazał się tak twardy, że grób wyszedł dość płytki.


Następnego ranka pani Rimas zdjęła Mamie z palca obrączkę. – Zachowajcie ją. Włożycie ją do grobu, kiedy zabierzecie ciało do domu. Wynieśliśmy trumnę z jurty i powoli ruszyliśmy przez śnieg na pagórek. Ja z Jonasem trzymaliśmy przód, pani Rimas i mężczyzna z zegarkiem środek, a łysy tył. Janina szła obok mnie. Po drodze dołączali się inni. Nie znałam ich. Modlili się za Mamę. Za nami ciągnęła się długa procesja. Minęliśmy koszary NKWD. Krecki rozmawiał ze strażnikami na werandzie. Zobaczył nas i umilkł. Spojrzałam przed siebie, zmierzając w kierunku zimnej jamy w ziemi.


82 NAMALOWAŁAM MAPĘ okolic grobu, używając popiołu i sowiego pióra. Nieobecność Mamy pozostawiła ziejącą dziurę niczym brak siekacza w ustach. Wieczna szarość obozowego życia stała się o cień ciemniejsza. Pośród nocy polarnej nasze jedyne słońce zniknęło za chmurami. – Moglibyśmy się potopić – powiedział łysy. – To byłoby proste, prawda? Nikt nie odpowiedział. – Nie ignoruj mnie, dziewczyno! – Nie ignoruję. Czy pan nie rozumie? Wszyscy mamy już pana dość! – krzyknęłam. Byłam zmęczona, psychicznie, fizycznie, emocjonalnie. – Zawsze mówi pan o śmierci i samobójstwie. Czy nie rozumie pan, że to nas nie interesuje? – Ale mnie tak! – zawołał. – Może pan wcale nie chce umierać? – rzucił Jonas. – Może tylko panu się wydaje, że zasługuje pan na śmierć. Łysy spojrzał na Jonasa, a potem na mnie. – Myśli pan tylko o sobie. Skoro chce pan się zabić, to co pana powstrzymuje? – spytałam. W naszych spojrzeniach zaległo milczenie. – Strach – odpowiedział. Dwie noce po pogrzebaniu Mamy rozległ się gwizd. Nazajutrz miała być zamieć. Owinęłam się w co się dało i wyruszyłam w mrok ukraść opał spod budynku NKWD. Każdego dnia, rąbiąc i przenosząc drwa, rzucaliśmy coś poza stos. Jeśli komuś starczyło odwagi, by kraść drewno, znajdował je właśnie tam. Mężczyzna w grupie dwudziestej szóstej został przyłapany. Doliczono mu do wyroku pięć lat. Pięć lat za jedno polano. Równie dobrze mogłoby to być pięćdziesiąt. Nasze wyroki tak naprawdę wyznaczało życie. Otoczyłam z daleka budynek NKWD, żeby pojawić się z tyłu przy stosie drewna. Moją twarz i uszy zasłaniały pasma tkaniny, zza których wyłaniały się tylko oczy. Miałam na głowie czapkę Mamy. Obok przemknęła jakaś postać z dużą deską. Odważny człowiek. Deski stały oparte o ścianę koszar. Zakradłam się na tyły stosu i przystanęłam. Za stertą stała jakaś postać w długim płaszczu. W ciemności nie można było nic dojrzeć. Powoli odwróciłam się, żeby bezgłośnie odejść. – Kto tam? Pokazać się! Odwróciłam się. – Numer grupy! – zawołał mężczyzna. – Jedenaście – mruknęłam, cofając się. Sylwetka się zbliżyła. – Vilkas? Nie odpowiedziałam. Pod futrzaną czapą ujrzałam oczy. Krecki. Potknął się i usłyszałam chlupot. Trzymał butelkę. – Kradniesz? – spytał, pociągając łyk. Milczałam. – Nie mogę zorganizować ci tutaj malowania. Nikt nie chce portretu – powiedział. – Myślisz, że chciałabym dla ciebie malować? – Czemu nie? Było ci ciepło, miałaś co jeść. No i zrobiłaś ładny realistyczny portret – dodał ze śmiechem. – Realistyczny? Nie chcę, żeby zmuszano mnie do takiego malowania.


Po co w ogóle z nim rozmawiałam? Odwróciłam się, żeby odejść. – Twoja mama – rzucił. Przystanęłam. – Była dobrą kobietą. Kiedyś musiała być bardzo piękna. Odwróciłam się gwałtownie. – Że co? Zawsze była piękna! To ty jesteś brzydki. Nie widziałeś jej urody, nikt nie widział! – Ależ widziałem. Była piękna. Krasiwaja. Nie. Tylko nie to słowo. Miałam poznać je sama. Nie od Kreckiego. – Piękna i silna – wymamrotał. – Wyjątkowa. Nie mogłam na niego patrzeć, skupiłam więc wzrok na polanach. Chciałam wziąć jedno i uderzyć go w twarz. Jak puszką sardynek. – Co? Nienawidzisz mnie? – spytał, śmiejąc się. Jak Mama była w stanie go tolerować? Mówiła, że jej pomógł. – Ja też siebie nienawidzę – rzucił. Podniosłam wzrok. – Chcesz mnie narysować takiego? W stylu twojego ukochanego Muncha? – spytał. Twarz miał spuchniętą. Ledwo rozumiałam jego bełkotliwą ruszczyznę. – Wiem o twoich rysunkach. – Wyciągnął ku mnie drżący palec. – Wszystkie widziałem. Oglądał moje rysunki. – Skąd wiedziałeś o moim ojcu? – spytałam. Zignorował pytanie. – Moja mama też była malarką – stwierdził, wymachując butelką. – Ale teraz tak samo jak twoja nie żyje. – Przykro mi – odparłam instynktownie. Dlaczego to powiedziałam? Przecież wcale mnie to nie obchodziło. – Przykro ci? – prychnął z niedowierzaniem, wtykając butelkę pod ramię i zacierając ręce w rękawiczkach. – Moja mama była Polką. Umarła, kiedy miałem pięć lat. Ojciec jest Rosjaninem. Zaraz potem ożenił się z Rosjanką. Moja mama ledwo rok leżała wtedy w grobie. Jej krewni są na Kołymie. Miałem tam jechać, żeby im pomóc. To dlatego chciałem zejść z barki w Jakucku. Ale wylądowałem tutaj. Czyli nie tylko ty jesteś więźniem w Trofimowsku. Znów pociągnął z butelki. – Chcesz kraść drewno, Vilkas? – Rozłożył ramiona. – To kradnij. – Machnął ręką w kierunku stosu. – Dawaj! Uszy mi płonęły. Powieki piekły z zimna. Podeszłam do stosu drew. – Macocha też mnie nienawidzi. Tak jak wszystkich Polaków. Podniosłam polano. Nie powstrzymywał mnie. Wzięłam więcej. Nagle usłyszałam jakiś dźwięk. Krecki stał obrócony plecami, butelka zwieszała mu się z dłoni. Dostał torsji? Cofnęłam się. Znów to usłyszałam. Krecki nie wymiotował. On płakał. „Uciekaj, Lino, szybko. Bierz drewno, idź już”. Zrobiłam krok, żeby odejść, ale zamiast tego moje nogi zaprowadziły mnie w jego kierunku z naręczem drewna. Co ja wyprawiałam? Płacz Kreckiego był nieprzyjemnie zduszony. – Nikołaju. Nie spojrzał na mnie. – Nikołaju. – Wyciągnęłam rękę spod polan i położyłam mu na ramieniu. – Przepraszam – wyrzuciłam wreszcie z siebie. Staliśmy w ciemności i milczeniu. Obróciłam się, żeby odejść.


– Vilkas. Odwróciłam się. – Przykro mi z powodu twojej mamy – szepnął. Kiwnęłam głową. – Mnie też.


83 TYLE RAZY ROZMYŚLAŁAM, jak zemściłabym się na enkawudzistach, jak dałabym popalić Sowietom, gdybym miała szansę. Teraz ją dostałam. Mogłam wyśmiać go, uderzyć kawałkiem drewna, splunąć mu w twarz. Przecież ten człowiek rzucał we mnie czym popadło, upokarzał mnie. Nienawidziłam go, prawda? Powinnam była obrócić się i odejść. Powinnam była czuć satysfakcję. Ale tak się nie stało. Zamiast tego, słysząc jego płacz, czułam wręcz fizyczny ból. Co było ze mną nie tak? Nikomu o tym nie powiedziałam. Nazajutrz Kreckiego już nie było. Nastał luty. Janina zmagała się ze szkorbutem. Mężczyzna z zegarkiem miał biegunkę. Pani Rimas i ja opiekowałyśmy się nim najlepiej, jak potrafiłyśmy. Janina rozmawiała ze swoją zmarłą lalką godzinami, czasem krzycząc albo śmiejąc się. Po kilku dniach umilkła. – Co zrobimy? – trąciłam Jonasa. – Janinie pogarsza się z godziny na godzinę. Spojrzał na mnie. – O co chodzi? – spytałam. – Dostałem wysypki. – Gdzie? Pokaż. Na jego brzuchu znów pojawiły się plamy szkorbutowe. Wypadały mu też włosy. – Tym razem nie będzie pomidorów – powiedział. – Nie ma tu Andriusa. – Potrząsnął głową. Chwyciłam go za ramiona. – Jonasie, słuchaj. Przeżyjemy. Słyszysz? Wrócimy do domu. Nie umrzemy. Wrócimy do naszego domu i będziemy spać w naszych łóżkach. W puchowej pościeli. Tak się stanie. Rozumiesz? – Jak będziemy mieszkać sami, bez rodziców? – Jest ciocia, wujek, Joana. Pomogą. Będą szarlotki cioci i pączki z dżemem. Takie jak lubisz. Andrius też nam pomoże. Jonas kiwnął głową. – Powiedz to. Powiedz: „Wrócimy do domu”. – Wrócimy do domu – powtórzył. Przytuliłam go i pocałowałam zaczerwienioną skórę na głowie. – Dobrze. Wyjęłam z kieszeni kamień od Andriusa i podałam mu. Był jakiś otumaniony i nie wziął prezentu. Poczułam w sercu ukłucie. Co mogłam zrobić? Nie miałam lekarstw. Wszyscy byli chorzy. Czy na końcu zostanę tylko ja i łysy mężczyzna? Na zmianę chodziliśmy po przydział chleba. Żebrałam w innych jurtach, tak jak robiła Mama w obozie pracy. W jednej z chat znalazłam dwie kobiety siedzące pośród czterech osób okrytych, jak gdyby spały. Wszystkie nie żyły. – Proszę nic im nie mówić – błagały. – Chcemy pochować ich, kiedy skończy się zawierucha. Jeśli NKWD odkryje, że nie żyją, to wyrzucą wszystkich na śnieg. – Nikomu nie powiem – zapewniłam je. Burza śnieżna szalała. Odgłosy wiatru obijały się między moimi obolałymi uszami. Wiatr był zimny i piekł jak biały ogień. Z trudem wracałam do jurty. Ciała w stosach niczym drewno przykrywał śnieg. Gdy dotarłam na miejsce, okazało się, że mężczyzna z zegarkiem nie wrócił. – Poszukam go – powiedziałam do pani Rimas. – Ledwo chodził – mruknął łysy. – Pewnie wszedł do najbliższej jurty, kiedy wiatr się


wzmógł. Nie ryzykuj. – Musimy sobie pomagać! – odparłam. Ale jak mogłam oczekiwać, że akurat on to zrozumie? – Lepiej zostań. Z Jonasem nie jest dobrze. – Pani Rimas przeniosła wzrok na Janinę. – A jej mama? – spytałam. – Zaprowadziłam ją do jurty tyfusowej – szepnęła. Usiadłam obok brata, poprawiłam szmaty i sieci, którymi był przykryty. – Jestem taki zmęczony – jęknął. – Dziąsła i zęby mnie bolą. – Wiem. Kiedy tylko zawierucha się skończy, poszukam jedzenia. Przyda ci się ryba. Mają ich pełno w beczkach. Muszę tylko ukraść. – Tak mi z-zimno. – Zadrżał. – I nie mogę rozprostować nóg. Nagrzałam cegieł i włożyłam mu pod stopy. Jedną cegłę dałam też Janinie. Jej twarz i szyję znaczyły plamy szkorbutowe, czubek nosa miała czarny z powodu odmrożeń. Podtrzymywałam ogień. Niewiele pomagał. Musieliśmy oszczędzać opał, więc trzeba było się ograniczać. Nie wiedziałam, jak długo potrwa zamieć. Patrzyłam na puste miejsca tam, gdzie kiedyś leżeli Mama, mama Janiny, pan Lukas i wysoki mężczyzna. Podłoga jurty zionęła pustką. Położyłam się obok Jonasa i przykryłam go własnym ciałem, tak jak on wcześniej przykrywał Mamę. Otoczyłam go ramionami, chwyciłam za ręce. Wiatr bił w naszą rozpadającą się jurtę, w powietrzu migotał śnieg. To nie mogło się tak skończyć. Czego życie ode mnie żądało? Jak miałam odpowiedzieć, skoro nie znałam pytania? – Kocham cię – szepnęłam do Jonasa.


84 ZAWIERUCHA UCICHŁA następnego dnia. Jonas ledwo mówił, a mnie stawy zesztywniały, jak gdyby zamarzły. – Musimy dziś pracować – nalegała pani Rimas. – Potrzeba nam chleba, drewna. – Tak – zgodził się łysy. Wiedziałam, że mają rację, ale nie byłam pewna, czy starczy mi sił. Spojrzałam na Jonasa. Leżał bez ruchu na desce. Miał zapadnięte policzki i otwarte usta. Nagle jego powieki uniosły się i ukazały puste oczy. – Jonasie? – zapytałam, szybko siadając. Z zewnątrz dobiegł jakiś harmider. Usłyszałam męskie głosy i krzyki. Jonas poruszył lekko nogami. – Wszystko w porządku – powiedziałam, próbując ogrzać mu stopy. Wtem drzwi do jurty otwarły się gwałtownie. Do środka zajrzał mężczyzna. Miał na sobie cywilne ubranie – futrzany płaszcz i grubą czapę. – Są tu jacyś chorzy? – spytał po rosyjsku. – Tak! – zawołała pani Rimas. – Potrzebujemy pomocy! Mężczyzna wszedł do środka. Trzymał lampę. – Mój brat i ta dziewczynka mają szkorbut – oznajmiłam. – I nie możemy znaleźć jednego z przyjaciół. Mężczyzna podszedł do Jonasa i Janiny. Wyrzucił z siebie strumień przekleństw po rosyjsku i krzyknął coś. Do środka zajrzał enkawudzista. – Ryby – zakomenderował. – Surowe ryby dla tych dzieci. Natychmiast. Kto jeszcze jest chory? – Spojrzał na mnie. – Czuję się dobrze – powiedziałam. – Jak się nazywasz? – Lina Vilkas. – Ile masz lat? – Szesnaście. Rozejrzał się. – Pomogę wam, ale mamy setki chorych i zmarłych. Sam potrzebuję pomocy. Czy w obozie są jacyś lekarze albo pielęgniarki? – Nie. Tylko weterynarz, ale... – urwałam. Może on też już nie żył. – Weterynarz? To wszystko? – Potrząsnął głową. – My pomożemy – zaoferowała pani Rimas. – Możemy chodzić. – A pan? Potrzebuję grupy ludzi do robienia zupy i filetowania ryb. Te dzieci potrzebują witaminy C. Zapytał niewłaściwą osobę. Łysy mężczyzna nigdy nikomu nie pomagał. – Dobrze. Spojrzałam na pana Stalasa. Wstał. – Pójdę z wami, jeśli tylko najpierw pomożemy tym dzieciom – powiedział, wskazując Jonasa i Janinę. Lekarz kiwnął głową i uklęknął przy Jonasie. – Czy NKWD pozwala panu na to? – spytałam. – Muszą. Jestem inspektorem. Mogę napisać raport do Trybunału. Chcą, żebym wyjechał i zaraportował, że wszystko jest jak trzeba, że nie zaobserwowałem nic niezwykłego. Tego oczekują.


Jego ręka pomknęła w moim kierunku. Podniosłam ramiona, żeby się osłonić. – Jestem doktor Samodurow. – Dłoń wyciągnął tylko po to, żeby mi ją podać. Patrzyłam na nią do głębi wstrząśnięta tym dowodem szacunku. Pracowaliśmy pod jego nadzorem. Tego samego dnia dostaliśmy po misce zupy grochowej i pół kilo ryby. Pomógł nam zmagazynować mięso na mające nadejść zawieruchy i wytyczyć cmentarz dla ponad stu zmarłych. Był wśród nich mężczyzna z zegarkiem. Zamarzł na śmierć. Doktor wziął do pomocy Ewenków, tubylczych myśliwych i rybaków, którzy mieszkali zaledwie trzydzieści kilometrów stąd. Przybyli na saniach z psami i przywieźli okrycia, buty oraz zapasy. Po dziesięciu dniach lekarz powiedział, że musi wyjechać, że czekają inne obozy pełne cierpiących deportowanych. Dałam mu wszystkie listy, które napisałam do Andriusa. Obiecał, że je nada. – A twój ojciec? – spytał. – Zginął w więzieniu w Krasnojarsku. – Skąd wiesz? – Tak powiedział mojej Mamie Iwanow. – Iwanow? Hm. – Doktor potrząsnął głową. – Myśli pan, że on kłamał? – spytałam szybko. – Nie wiem, Lino. Byłem w wielu więzieniach i obozach. Żaden nie był tak daleko położony jak ten, ale są w nich setki tysięcy ludzi. Słyszałem na przykład, że zastrzelono pewnego słynnego akordeonistę, a kilka miesięcy później spotkałem go w więzieniu. Serce mi przyspieszyło. – To samo mówiłam Mamie. Może Iwanow się mylił! – Tego nie wiem. Ale spotkałem osobiście wielu zmarłych. Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się, nie mogąc wprost opanować fontanny nadziei, którą mi podarował. – Doktorze Samodurow, jak pan nas znalazł? Rzucił tylko dwa słowa. – Nikołaj Krecki.


85 JONAS POWOLI WRACAŁ do zdrowia, Janina znów mówiła. Pogrzebaliśmy mężczyznę nakręcającego zegarek. Powtarzałam sobie w kółko opowieść o akordeoniście i wyobrażałam sobie, jak moje rysunki trafiają do Papy. Rysowałam coraz więcej z nadzieją, że na wiosnę uda mi się je wysłać. – Mówiłaś, że ci Ewenkowie na saniach pomogli doktorowi – powiedział Jonas. – Może nam też pomogą. Chyba mają duże zapasy. Tak. Może nam pomogą. Powracał do mnie wciąż ten sam sen. Przez wirujący śnieg szła do mnie męska postać. Zawsze budziłam się, zanim ujrzałam jej twarz, ale raz usłyszałam chyba głos Papy. – Czy rozsądna dziewczyna powinna stać na ulicy, kiedy pada śnieg? – Tylko kiedy jej ojciec się spóźnia – rzuciłam z przekąsem. Z półmroku wyłoniła się zaczerwieniona i ośnieżona twarz Papy. W dłoni trzymał siano. – Nie spóźniłem się. – Objął mnie ramieniem. – Jestem na czas. Wyszłam z jurty porąbać drewno i ruszyłam, brnąc przez zaspy. Od lasu dzieliło mnie pięć kilometrów. Wtedy to ujrzałam. Nad szarymi śniegami Syberii zalśnił złocisty promień. Patrzyłam na bursztynowy blask słońca i się uśmiechałam. Oto wracał dzień. Zamknęłam oczy. Poczułam, jak Andrius zbliża się do mnie. – Jeszcze się zobaczymy – powiedział. – Tak – szepnęłam. – Spotkamy się na pewno. Sięgnęłam do kieszeni i ścisnęłam w palcach kamień.


EPILOG 25 KWIETNIA 1995 ROKU, KOWNO – Co ty robisz? Pracuj dalej, bo się nie wyrobimy – powiedział mężczyzna. Za nim warczały silniki maszyn budowlanych. – Znalazłem coś – odparł robotnik, patrząc w wykop. Ukląkł, żeby się lepiej przyjrzeć. – Co to jest? – Nie wiem. Mężczyzna wyciągnął z gliny drewnianą skrzynkę. Uniósł wieko i zajrzał do środka. Wyjął duży szklany słój pełen papierów. Otworzył i zaczął czytać. Drogi Przyjacielu, rysunki i listy, które trzymasz teraz w dłoni, zakopałam w roku 1954, po powrocie z Syberii, gdzie mnie i mojego brata więziono przez dwanaście lat. Takich jak my były tysiące. Prawie wszyscy zmarli, a ci, którzy przeżyli, nie mogli o tym opowiedzieć. Choć nie popełniliśmy żadnego przestępstwa, jesteśmy uważani za zbrodniarzy. Nawet teraz mówienie o koszmarze, przez który przeszliśmy, skończyłoby się dla nas śmiercią. Dlatego pokładamy naszą wiarę w osobie, która w przyszłości odkryje tę kapsułę wspomnień. Powierzamy Ci prawdę, ponieważ właśnie to, prawda, w niej się znajduje. Mój mąż Andrius mówi, że zło będzie zwyciężać dopóty, dopóki dobrzy ludzie nie zaczną działać. Wierzę mu. Tę relację stworzono, aby zapisać rzeczywistość, by przemówić w świecie, w którym nasze głosy zostały zdławione. Relacja ta może Tobą wstrząsnąć lub Cię przerazić, ale nie to jest moim zamiarem. Wierzę, że zawartość tego słoja uwolni w Tobie pokłady ludzkiego współczucia. Mam nadzieję, że skłoni Cię do działania, do dzielenia się prawdą. Tylko wtedy można mieć nadzieję, że takie zło nigdy się już nie powtórzy. Z poważaniem Lina Arvydas 9 lipca 1954 r., Kowno


POSŁOWIE W środku zimy zrozumiałem wreszcie, że mam w sobie niezniszczalne lato. Albert Camus[2] W roku 1940 Związek Radziecki zajął Litwę, Łotwę i Estonię. Niedługo później Kreml stworzył listę osób uważanych za wrogów władzy sowieckiej – miały one zostać zamordowane, uwięzione lub deportowane do niewolniczej pracy na Syberii. W wydłużającym się spisie ludzi skazanych na śmierć znaleźli się lekarze, prawnicy, nauczyciele, wojskowi, pisarze, przedsiębiorcy, muzycy, malarze, a nawet bibliotekarze. Pierwsze deportacje nastąpiły 14 czerwca 1941 roku. Mój ojciec był synem litewskiego oficera. Jak Joana uciekł z rodzicami do Niemiec, przeszedł przez obozy dla uchodźców. Podobnie jak w przypadku Liny, członków jego rodziny wysiedlono i uwięziono. Deportowani przechodzili niewyobrażalne cierpienia. Jednocześnie Sowieci splądrowali ich kraje, spalili biblioteki i zniszczyli kościoły. Trzy państwa bałtyckie, ściśnięte w kleszczach imperiów sowieckiego i nazistowskiego, zapomniane przez społeczność międzynarodową, po prostu zniknęły z mapy świata. Gromadząc materiały do niniejszej książki, dwukrotnie udawałam się na Litwę. Spotykałam się z członkami rodzin, osobami, które przeżyły zsyłki oraz gułagi, psychologami, historykami i urzędnikami. Wiele wydarzeń i sytuacji opisanych w powieści to autentyczne doświadczenia ocalałych lub ich rodzin – doświadczenia, które, jak twierdzą, były udziałem wielu deportowanych na całej Syberii. Chociaż bohaterowie tej historii to postacie fikcyjne, doktor Samodurow istniał naprawdę i przybył w rejony arktyczne w samą porę, by uratować wiele istnień ludzkich. Ci, którzy przetrwali, spędzili na Syberii od dziesięciu do piętnastu lat. Po powrocie w połowie lat pięćdziesiątych Litwini odkryli, że w ich domach rozgościli się Sowieci, korzystający z ich własności, a nawet z ich nazwisk. Litwini ci utracili wszystko, traktowano ich jak zbrodniarzy. Musieli mieszkać w wydzielonych obszarach i byli pod ciągłym nadzorem KGB, czyli przekształconego NKWD. Opowiadanie o swoich przeżyciach groziło natychmiastowym uwięzieniem i deportacją z powrotem na Syberię. W rezultacie pełne grozy cierpienia stały się koszmarną tajemnicą milionów ludzi. Podobnie jak Lina i Andrius, wielu zesłańców weszło w związki małżeńskie i znalazło pociechę w porozumiewawczych spojrzeniach i cichych rozmowach toczonych nocą w łóżku. Piękne dzieci, takie jak Jonas i Janina, dorastały w obozach pracy przymusowej i wróciły na Litwę dopiero jako osoby dorosłe. Niezliczone matki i żony zmarły, dzieląc los Eleny. Dzielni ludzie, którzy obawiali się, że prawda może przepaść na zawsze, zakopywali dzienniki i rysunki w rodzinnej ziemi, ryzykując śmierć, gdyby ich relacje zostały odkryte przez KGB. Jak Lina, wielu z nich wyrażało swoje uczucia, w tym strach, w muzyce i sztuce. Był to jedyny sposób na zachowanie w sercu żywych uczuć narodowych. Obrazów i rysunków nie prezentowano publicznie. Dzieła te rozprowadzano w sekrecie, szyfrując w nich wiadomości i informacje z różnych obozów. Naszkicowane symbole narodowe niejednokrotnie wystarczały, by więzień miał dość siły na walkę o przeżycie kolejnego dnia. Szacuje się, że podczas swoich straszliwych rządów Józef Stalin wymordował ponad


dwadzieścia milionów ludzi. Litwa, Łotwa i Estonia w wyniku sowieckiego ludobójstwa straciły ponad jedną trzecią populacji. Deportacje sięgnęły nawet Finlandii. Po dziś dzień wielu Rosjan zaprzecza, jakoby deportowano kogokolwiek. Jednak większość Litwinów, Łotyszy i Estończyków nie żywi urazy. Wdzięczni są tym Sowietom, którzy okazali im współczucie. Wolność jest dla nich bezcenna i uczą się z nią żyć. Dla niektórych swoboda, jaką cieszą się obywatele amerykańscy, przyszła za cenę bezimiennych grobów na Syberii. Jak w przypadku Joany i Liny – czasem wolność zdobywa się kosztem wolności. Niektóre konflikty rozstrzyga się, walcząc. W przypadku mieszkańców krajów bałtyckich o losach tej wojny przesądziła wiara. W roku 1991 po pięćdziesięciu latach brutalnej okupacji te trzy państwa odzyskały niepodległość w sposób godny i pokojowy. Wybrały nadzieję zamiast nienawiści i pokazały światu, że nawet najczarniejsza noc kończy się jasnym porankiem. Poznajcie to sami. Opowiedzcie komuś. Te trzy maleńkie narody uczą nas, że miłość to najpotężniejsza armia. Niezależnie od tego, czy jest to miłość do przyjaciół, do kraju, do Boga czy nawet do wroga, to właśnie ona ukazuje nam prawdziwie cudowną naturę ludzkiej duszy. Ruta E. Sepetys

[2] Albert Camus, Zaślubiny; Lato, tłum. Maria Leśniewska, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 1981 (przyp. tłum.).


PODZIĘKOWANIA Mam ogromny dług wdzięczności wobec wielu wspaniałych ludzi, którzy towarzyszyli mi w niezwykłej podróży, jaką było tworzenie niniejszej powieści. Osoby, którym pragnę szczególnie podziękować, to: Lindsay Davis, która uwierzyła w tę książkę od pierwszej strony – jesteś moją bohaterką. Steven Malk, którego porady i muzyka przywiodły mnie do agencji autorskiej Writers House. Rebecca Sherman, która zapewniała mnie, że dam sobie radę, i niesamowity Ken Wright, który pojawił się na białym koniu, żeby to wszystko urzeczywistnić. Nie mogłabym wyobrazić sobie lepszych mentorów, przyjaciół i agentów. W gronie tych osób znajdują się także: moja niesamowita redaktorka, Tamra Tuller, która poświęciła tej powieści mnóstwo czasu i włożyła w jej powstanie ogromny wysiłek (stanowimy zgrany duet i zawsze będę jej wdzięczna). Michael Green, któremu kłaniam się nisko za to, że miał odwagę, by wyciągnąć słoik z ziemi i przedstawić tę historię światu. Courtenay Palmer, Camilla Sanderson, Farah Géhy, Liz Moraz, Julia Johnson i wszyscy cudowni ludzie w wydawnictwach Philomel i Penguin. Dziękuję wam, że uwierzyliście. Za zaangażowanie, a przede wszystkim za przyjaźń dziękuję: Sharon Cameron, Amy Eytchison, Rachel Griffiths, Lindzie Ragsdale, Howardowi Shirleyowi i Angelice Stegmann z mojej grupy pisarskiej. Bez Was by mi się nie udało! Za pomoc w języku rosyjskim dziękuję Laurze Goering. Dziękuję także Towarzystwu Pisarzy i Ilustratorów Książek dla Dzieci, którego grant, konferencje i szalone przyjęcia pomogły mi uświadomić sobie, że naprawdę potrafię napisać książkę. Szczególne podziękowania dla Genetty Adair i Tracy Barrett z SCBWI Midsouth. Yvonne Seivertson, Niels Bye Nielsen, Fred i Lindsay Wilhelm, Mike Post, Mike Cortese, Jeroen Noordhuis, Louise Ardenfelt Ravnild, Laurence Harry, Heather Napier, Gerry Rosenblatt, J.W. Scott, Daniel Schmidt, John Wells, Gavin Mikhail, Reidowie, Tuckerowie, Pealeowie oraz Smithowie – wszyscy oni pomagali mi i wspierali mnie w pracy nad tą książką od samego początku. Najwięcej zawdzięczam Mamie i Tacie, którzy nauczyli mnie snuć wielkie marzenia i darzyć ludzi jeszcze większą miłością. Jestem wdzięczna także Johnowi i Kristinie, moim najlepszym przyjaciołom będącym dla mnie inspiracją. Marzę o tym, by pewnego dnia pisać tak dobrze jak Wy. Dziękuję mojemu mężowi Michaelowi, który pierwszy zaproponował, bym zaczęła pisać. Twoja miłość dodała mi odwagi i skrzydeł. Jesteś dla mnie wszystkim.


PODZIĘKOWANIA LITEWSKIE Bez Linasa Zabaliunasa powstanie tej książki byłoby zwyczajnie niemożliwe. To on skierował mnie do niezliczonych osób, które stanowiły nieocenioną pomoc przy zbieraniu materiałów, służył jako tłumacz i towarzyszył mi na Litwie, częstował pysznymi spurgos i cepelinai, a nawet zorganizował zamknięcie mnie w dawnym sowieckim więzieniu. Ačiū labai, mój przyjacielu! Serdeczne wyrazy wdzięczności dla organizacji Lapteviečiai i ocalałych z deportacji za poświęcenie mi czasu i podzielenie się przeżyciami. Są to: pani Irena Ńpakauskienė, pan Jonas Markauskas, dr Jonas Puodžius, pani Rytė Merkytė i pan Antanas Stasińkis. Na szczególne podziękowania zasługują: pani Agnieńka Narkevič, która towarzyszyła mi jako tłumaczka w Wilnie, pani Dalia Kazlauskiene za pokazanie mi niezwykłych zdjęć Syberii autorstwa jej męża, Nemunas Tour i państwo Zabaliunas, dr Danute Gailiene, szefowa Wydziału Psychologii Klinicznej na Uniwersytecie Wileńskim, za spotkanie i udzielenie odpowiedzi na wszystkie moje pytania, pani Gintare Jakuboniene, dyrektor Departamentu Pamięci Centrum Oporu i Ludobójstwa, pani Vilma Juozevičiūtė z Muzeum Ofiar Ludobójstwa, Ośrodek Badań nad Ludobójstwem i Ruchem Oporu, Parlament Litewski, Fundacja Litewska, Muzeum Rumńińkės i Więzienie Karosta na Łotwie. Wiele zawdzięczam następującym książkom, które pozwoliły mi wypełnić białe plamy: Dalia Grinkevičiute, A Stolen Youth, a Stolen Homeland, Ann Lehtmets i Douglas Hoile, Sentence: Siberia; Barbara Armonas, Leave Your Tears in Moscow; Organizacja Lapteviečiai, Lithuanians in the Arctic oraz Danute Gailiene, The Psychology of Extreme Traumatisation. Na koniec zwracam się do całej rodziny Jonasa Ńepetysa. Dziękuję Wam za miłość i pomoc, jaką zawsze okazywaliście naszej rodzinie. Wasz patriotyzm, lojalność i poświęcenie nie zostaną zapomniane. Ačiū labai!


POSŁOWIE DO WYDANIA POLSKIEGO Bohaterką tej powieści równie dobrze, jak litewska dziewczynka Lina mogłaby być polska nastolatka Ania, Jadzia lub Marysia, która mieszkała przed 1939 rokiem w którymś ze wschodnich polskich województw. Romans pomiędzy dwoma totalitarnymi państwami: nazistowskimi Niemcami i komunistycznym Związkiem Sowieckim, rozpoczęty 23 sierpnia 1939 roku podpisaniem paktu zwanego – od nazwisk podpisujących go ministrów – układem Ribbentrop-Mołotow, trwał niecałe dwadzieścia dwa miesiące, ale wywarł tragiczny wpływ na losy dziesiątek milionów ludzi, i to na pół wieku. W tajnym protokole dołączonym do układu te dwa państwa podzieliły się strefami wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej. Dlatego kilkanaście dni po agresji Hitlera na Polskę, dokładnie 17 września 1939 roku, Armia Czerwona przekroczyła nasze wschodnie granice i wcieliła do ZSRR przeszło połowę obszaru Rzeczypospolitej Polskiej. Litwę Stalin skonsumował w dwóch etapach. Najpierw w układzie podpisanym w Moskwie 10 października 1939 roku postanowił przekazać Litwie zajęte przez Sowietów Wilno i część województwa wileńskiego, ale jednocześnie zażądał zgody na rozlokowanie w czterech garnizonach na Litwie dwudziestu tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej, co ograniczało suwerenność i w zasadzie zapowiadało utratę niepodległości tego kraju. W połowie czerwca 1940 roku, gdy Europa z niepokojem obserwowała zwycięskie działania wojsk niemieckich na froncie zachodnim (14 czerwca zdobyły one Paryż), Stalin postanowił wykorzystać okazję i wcielić Litwę oraz Łotwę i Estonię do swojego imperium. Armia Czerwona przystąpiła do akcji, wymuszono zaakceptowanie utworzonych przez Stalina kolaborujących z nim rządów, przeprowadzono sfałszowane wybory i ostatecznie 3 sierpnia 1940 roku Litwę włączono w skład ZSRR jako republikę. Już kilka tygodni wcześniej aresztowano na Litwie około dwóch tysięcy działaczy społecznych i politycznych. Szczyt represji sowieckich nastąpił w czerwcu 1941 roku. Czternastego tegoż miesiąca rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja – w ciągu kilku dni wywieziono około osiemnastu tysięcy osób, z których prawie pięć tysięcy oddzielono od rodzin, skierowano do więzień i skazano później na wieloletni pobyt w łagrach. Na okupowanych przez Sowietów ziemiach polskich trwała wtedy już czwarta deportacja, której apogeum przypadło na 20 czerwca. Ogółem w latach 1939–1941 wywieziono na Syberię, do Kazachstanu lub północnych obwodów Rosji co najmniej trzysta dwadzieścia tysięcy obywateli polskich, a sto kilkanaście tysięcy aresztowano i osadzono w więzieniach; część z nich została skazana na karę śmierci. Deportowani nie popełnili żadnych przestępstw, ale podejrzewano, że w przyszłości mogą wystąpić przeciwko władzom sowieckim. Stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej, wywożono całe rodziny osób, które zostały aresztowane, ukrywały się, zbiegły za granicę itp. Wszystkich – i Litwinów, i Polaków – skazywano na zesłanie bądź więzienie na podstawie tego samego słynnego artykułu 58 sowieckiego kodeksu karnego jako „kontrrewolucjonistów” i „wrogów ludu”. Wśród wywiezionych z ziem polskich w trakcie dwóch pierwszych deportacji (o dwóch następnych brak jest szczegółowych danych), w lutym i kwietniu 1940 roku, było około osiemdziesięciu tysięcy dzieci w wieku do lat szesnastu. Polskie dzieci spotkały takie same dramatyczne przeżycia co Linę i jej brata Jonasa: łomotanie o świcie do drzwi, nerwowe pakowanie (a to, co kto zabrał z domu, często decydowało o przeżyciu), straszne warunki transportu, a później praca ponad siły (żeby otrzymać pożywienie). Czasami trzeba było też kraść dla całej rodziny – bo dziecko przyłapane na kradzieży dostawało tylko tęgie lanie, a dorośli otrzymywali kilkuletnie wyroki więzienia. Trudne warunki mieszkaniowe,


niedożywienie, brak właściwej odzieży, ciężka praca, złe warunki higieniczne i surowy klimat były przyczyną chorób i zgonów. Umierali członkowie rodzin, koledzy, znajomi – dzieci obcowały ze śmiercią na co dzień. Przedwcześnie dojrzewały. Położenie deportowanych obywateli polskich poprawiło się po podpisaniu 30 lipca 1941 roku polsko-sowieckiego układu zwanego układem Sikorski–Majski, w konsekwencji którego nastąpiło wznowienie stosunków dyplomatycznych, a deportowani zostali objęci amnestią. Najbardziej zdesperowani podjęli wówczas dramatyczną wędrówkę o głodzie na południe, aby dotrzeć do tworzonej tam polskiej armii pod dowództwem generała Władysława Andersa. Z armią tą kilkadziesiąt tysięcy zesłańców – w tym wiele dzieci – opuściło później ZSRR. Część z tych dzieci znalazła się potem w Indiach, Afryce, Nowej Zelandii i Meksyku; niektóre już nigdy nie wróciły do Polski. Powroty do kraju tych polskich zesłańców, którym nie udało się wcześniej wyjechać z ZSRR, rozpoczęły się kilka miesięcy po wojnie – ich główna fala przypadła na rok 1946. W przypadku obywateli litewskich tylko nieliczni powrócili na Litwę w 1945 roku, powroty na większą skalę rozpoczęły się dopiero po śmierci Stalina w 1953 roku. Już z tych faktów wynika, że straty wśród deportowanych Litwinów musiały być wyższe niż w przypadku obywateli polskich – a te szacuje się na 20–25% (łącznie z byłymi zesłańcami poległymi na froncie zachodnim – jako żołnierze armii Andersa – czy wschodnim – armii pułkownika Zygmunta Berlinga). Litwinów po powrocie do rodzinnych miejscowości mogła czekać jeszcze jedna niespodzianka: ich mieszkania były zajęte przez przybyłych z głębi ZSRR ludzi aparatu sowieckiego, bo Litwa jeszcze na kilka dziesięcioleci pozostała częścią imperium. Zarówno w Polsce, jak i na Litwie opowiadanie o represjach sowieckich, w tym i deportacjach, w czasach komunizmu było zakazane. O ile cierpienia więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych ciągle przypominano, o tyle zesłańcy i więźniowie sowieckich łagrów musieli milczeć, żeby nie przysporzyć sobie dalszych kłopotów. Dlatego wstrząsające wrażenie na Litwie wywarło opublikowanie w maju 1985 roku, a więc już na progu pierestrojki, w miesięczniku „Literatura ir Menas” („Literatura i Sztuka”) dziennika zesłanki Dalii Grinkieviciute. O tym, jak wielki wpływ na pamięć historyczną miała deportacja tysięcy Litwinów na Syberię w czerwcu 1941 roku, świadczy ustanowienie w niepodległej Litwie dnia 14 czerwca Dniem Żałoby i Nadziei. W Polsce powstał prężnie działający Związek Sybiraków, ustanowiono Krzyż Zesłańców Sybiru, szkoły i ulice nazywane są imieniem Zesłańców Sybiru, odsłaniane są pomniki, ukazuje się na ten temat dużo publikacji i świętowane są rocznice kolejnych deportacji, a w Białymstoku corocznie we wrześniu organizowane są marsze pamięci Sybiru. Jan Jerzy Milewski


Sepetys ruta szare sniegi syberii  

"Szare śniegi Syberii" to poruszająca opowieść o bólu, cierpieniu, strachu, ale także o miłości, nadziei i zachowaniu godności nawet w skraj...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you