Page 66

kusi, ale pieniądz wydany na taką zabawę wydaje się zmarnowany. Jędrek przepycha się do automatu ze Street Fighterem. Jego postać to Sagat, muskularny olbrzym o pięściach obwiniętych bandażami. Pierwszy przeciwnik, chłopak, który przed chwilą mordował się z kosmicznym flipperem, wybiera karatekę i przegrywa, runda po rundzie, trzy walki z rzędu. Przyglądam się temu ja, parę dzieciaków i chudy synek z wąsem, w różowej bluzie dresowej, wyższy ode mnie o głowę. Jest może ze dwa lata starszy ode mnie i chyba zna się na rzeczy. Wygrywając, Jędrek puszcza drążki, kładzie dłonie na krawędziach automatu i uśmiecha się szeroko. Jędrek prawie się nie uśmiecha, poza sytuacjami takimi jak obecna. Rozkłada czterech przeciwników jednego po drugim. W końcu odwraca się do mnie. – Zagrasz, młody? Nie potrafię odmówić. Kupuję trzy żetony po złotówce i chowam portfel z powrotem do kieszeni. Chciałbym zagrać Blanką, ale Blanka w tej części nie występuje. Mój wybór pada na punka z żółtym czubem, w dżinsowej kamizelce. Nadgarstki łączy mu łańcuch przyczepiony do dwóch obręczy. Zaczynamy grać. Przez pierwszą rundę Jędrek pozwala mi poznać ruchy. Moja postać jest niezbyt szybka, ma niezły cios z ręki i potężny kopniak. Jędrek wygrywa pierwszą rundę. W drugiej pozwalam mu atakować, w odpowiedniej chwili zasadzam kopa i Sagat pada na deski raz za razem. Jędrek wali pięściami w bok automatu, wrzeszczy. Zrobił się cały czerwony. Żyły wyszły mu na szyję. Boję się, że przywali mi z łokcia. Oczywiście tego nie robi. Widzę, jak mu zależy. W trzeciej rundzie wznawiam ataki, przegrywam minimalną liczbą punktów, walka należy do Jędrka i Jędrek jest zadowolony. Moje miejsce zajmuje wąsaty koleś w różowym. Wybiera białego karatekę i natychmiast staje się jasne, że z tym facetem nie ma co gadać, Jędrkowy Sagat dosłownie fruwa po ekranie, niezdolny do wyprowadzenia ciosu. Jędrek jakby pęcznieje. Szarpie gałki coraz szybciej. Gdy jest po wszystkim, wali pięściami w automat i klnie. Domaga się rewanżu, który przebiega dokładnie w ten sam sposób. Trzeci podobnie. Jędrek zabiera mi jeden żeton, z najwyższym trudem wygrywa jedną rundę, lecz pada w dwóch pozostałych. Kopie automat. Nie poznaję go. Wąsacz przygląda mu się z drwiącym uśmiechem. Zaprasza mnie do gry. Mam jeden żeton i żadnych szans. Ponownie wybieram niebieskiego punka. Prawą dłonią obejmuję gałkę, lewą walę w przyciski. Wąsacz przystępuje do ataku. Numer z nogą sprawdza się średnio – leżę na tle ruin rzymskiego Koloseum. W drugiej rundzie okładam drania, ile wlezie, jego ciosy ledwo sięgają celu. Jestem zdziwiony, że tak szybko mi poszło. Trzecie starcie rozstrzygnie o całości. Wyprowadzam kopa, poprawiam z piąchy i znów noga jest w robocie. Karateka wąsacza cofa się i wywraca, nie zadając ani jednego ciosu. Zaraz go rozłożę. Czuję ekscytację. Będę lepszy niż

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement