Page 63

Tego dnia kończę pracę wcześniej i zaraz lecę do Darka opowiedzieć mu o przygodzie z biznesmenem. Otwiera mi pan Artur z miną, jakbym przeszkodził mu w jakiejś niecnej czynności. Mówi, że Darek poszedł z siostrą do drogerii na Łokietka, trochę im zejdzie, ale mogę poczekać, aż wróci. Odsuwa się pod ścianę, zaprasza do mieszkania i pyta, czy jestem głodny. Nie jestem, napchałem się kanapką. Wycofuję się na klatkę schodową. Pan Artur wysuwa się za mną, kiwa ręką. W jego oczach dostrzegam nieznośną troskę. Twierdzi, że jestem fajnym chłopakiem, a moja przyjaźń z Darkiem sprawia mu radość. Jestem twardy i bardzo, bardzo dzielny, lecz nawet tacy silni chłopcy czasem potrzebują pomocy i rozmowy. Gdyby coś się działo, on, pan Artur, udzieli pomocy. Wystarczy, żebym przyszedł i powiedział, w czym rzecz. Pan Artur chce jeszcze, abym mu obiecał, że tak zrobię, ale to już za wiele: dziękuję nieswoim głosem i zbiegam po schodach. Muszę przebiec truchtem aż do Śląskiej, żeby się uspokoić. Między kamienicami na Łokietka co parę kroków otwierają się wyrwy pełne badyli i pokruszonego szkła. Jedną z nich zamyka ściana z czerwonej cegły, bez drzwi i okien. Słupy elektryczne stoją przekrzywione, jakby trzymały się na samych tylko kablach. Mijam niewielki placyk z kanciastymi budyneczkami w głębi. Murek, broniący dostępu do garaży, ma ledwo metr wysokości. Ktoś całkiem niedawno wymazał na nim napis: A WY ŻYDY GDZIE? Poniżej widnieje krzywa tarcza z literą Z w środku i data: 1946. Mam nadzieję, że natknę się na Darka. Ulicą Łokietka walą tylko dzieciaki, stare baby i chłopy z puszkami w poczerwieniałych łapach. Samochody mogą minąć się wówczas, gdy jeden wjedzie na chodnik. Spoglądam przez szybę wystawową drogerii, w większości zakrytą reklamą szminek i zdjęciem Claudii Schiffer, i dostrzegam Beatę z Darkiem. Beata przystaje i grzebie w kosmetykach, o których nic nie umiem powiedzieć. Przerzuca różowe pojemniczki, zdejmuje zakrętkę z dezodorantu i fuka w jej dno, psika sobie w nadgarstek, rozsmarowuje i daje Darkowi do powąchania. Ten niucha, ale z wyrazu jego twarzy mogę wyczytać tyle, że chciałby już wrócić do domu. Nikną mi z oczu. Przesuwam się ku drzwiom, kusi mnie, by wejść do środka. Kosmetyki – dezodorant i coś, czego nie potrafię nazwać – leżą już przy kasie, Beata robi miejsce bratu, który wysupłuje pięćdziesiątkę ze szmacianego portfela ozdobionego wizerunkiem samochodu, podaje sprzedawcy i czeka na resztę. Jej usta układają się w niemy wyraz podziękowania. Ze ściany przygląda się temu puszysty miś Coccolino, rozkosznie wtulony w butelkę płynu do płukania tkanin. Na mój widok Darek robi krok w tył. Jego siostra zauważa mnie w ostatniej chwili. Wita się jednym słowem, chyba nie pamięta mojego imienia. Sprzedaje bratu buziaka, dziękuje raz jeszcze i mówi, że zostawia nas z naszymi męskimi sprawami. Darek spogląda to na nią, to na mnie, to

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement