Page 46

trzęsie – może z zimna, może z innego powodu. Podajemy mu ręce i już go nie ma – pędzi drogą, nie oglądając się za siebie. 12. Z sieni możemy pójść w dwie strony: do mieszkania na parterze lub po schodach wiodących na piętro. Zaczynamy od dołu. W korytarzu leży rozwalona szafka, stołek i kilka butów, każdy nie do pary. Nad zlewem sterczy urwany kran, szafkom brakuje drzwiczek. Lodówka leży na drzwiach. Ktoś próbował ją wynieść, ale zrezygnował. Żartuję, że w środku można by schować trupa. Jędrek nie zwraca na mnie uwagi, zajęty oglądaniem wyrwanego gniazdka elektrycznego. W ustępie zastajemy tylko cuchnącą rurę, kafelki w łazience są potrzaskane. W pierwszym pokoju, przy kanapie podziurawionej przez papierosy, walają się butelki, trochę ubrań i puszki po konserwach. Są też książki, głównie tygryski. Lokator miał najwyraźniej trochę wspólnego z moim oczytanym tatusiem. Poruszamy się w ciszy, patrząc cały czas pod nogi. Drugi pokój był kiedyś sypialnią małżeńską. Szerokie łóżko rozpruto, na ścianie pozostały gwoździe i plamy po zdjęciach, ze stołu ocalał tylko ciężki blat – resztę pewnie spalono. Pod sufitem plotą się pajęczyny, tłusty szczur umyka pod rozwalone klepki. Uwagę Jędrka przykuwa szafa w rogu. Mówię, żeby jej nie otwierał, lecz jest już za późno. Na podłogę wypada kłąb ubrań przeżartych przez mole, kij od szczotki i rura od odkurzacza. Jędrek odskakuje zgrabnie, jakby tańczył, i zanurza obie dłonie we wnętrzu szafy. Staję za jego plecami i dałbym głowę, że z samego rogu łypią na mnie ślepia jakiegoś oburzonego zwierzęcia. Momentalnie gasną, bo Jędrek schyla się jeszcze, łapie za coś i woła: – Facet, patrz, co mam, ale jaja, ale jaja! Trzyma żelazko, takie stare, z pokrętłem pod uchwytem i prążkowanym kablem. Zaraz okręca go sobie wokół szyi, napręża na wyciągniętym ramieniu i wywala język na brodę. Proszę, aby przestał, to nie jest śmieszne. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek był taki zadowolony. Rozpadało się na dobre. Szybą suną szare strugi. Jędrek zaczyna charczeć i w końcu wzbudza moją wesołość. Odrzuca żelazko. Nic tu po nas. Ruszamy na pierwsze piętro, w narastający łoskot deszczu bijącego o blaszany dach. Układ mieszkania jest taki jak na dole. Po kiblu nie została nawet rura. W pierwszym pokoju potykam się o biurowe krzesło na kółkach, plączę się w kable, a Jędrek kopie pustą obudowę po pececie. W ekranie monitora zionie dziura. Dyskietki trzeszczą pod butem. Zerkam przez okno na parcelę i dziwnie pochylone drzewo. Pierwszym światłem, jakie rzuca mi się w oczy, jest neon stacji benzynowej, kawał drogi stąd. Rozprostowuję

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement