Page 43

okulary i sięga po gazetę. Jędrek stoi przed ojcem i zerka błagalnie na matkę. Nogi ma złączone. Panią Hanię stać na wzruszenie ramion i boleściwe westchnienie. Zanurza nos w krzyżówce. Pan Ryszard przypomina Jędrkowi, żeby nigdy nie próbował niczego ugrać przez matkę, bo przecież rodzice zawsze mówią jednym głosem. Tak powinno być. Jędrek wciąż stoi na baczność. Kiwa głową, po wojskowemu, robi w tył zwrot i odmaszerowuje, by rzucić już sprzed drzwi: – Jak sobie chcesz, tatuś, bo ja pójdę i tak. Pan Ryszard ciska gazetę, głos ma jednak spokojny. Przypomina Jędrkowi, gdzie jest jego miejsce, mówi, że powinien się uczyć, a jeśli go nie posłucha, konsekwencje będą bardzo bolesne. Jędrek idzie na ojca. Wygląda, jakby ciągnął za sobą czarną chmurę. – Co mi zrobisz, tatuś? Twarz pana Ryszarda robi się purpurowa. Zaczyna od tego, że Jędrek jest na jego łasce. Je jego jedzenie, myje się w jego wodzie, a jego dom daje mu schronienie przed deszczem: dach nad głową i kibel pod dupą. Chcesz iść na ulicę, to precz. Pan Ryszard ostrzega Jędrka, że będzie z nim chodził do szkoły jak z małym chłopcem. Obetnie kieszonkowe. Da szlaban. Koniec z powrotami o dziewiętnastej, ostrzega i wpatruje się w rosnącą sylwetkę syna, w jego ciemne oczy. – Co mi zrobisz? Co mi zrobisz? – powtarza Jędrek. Pan Ryszard przełyka ślinę, już inaczej niż wcześniej. Jak kulkę kurzu, coś, co nie chce przejść przez gardło. Pani Hania podrywa się znad krzyżówki i próbuje wcisnąć się między męża i syna. – Co mi zrobisz? Co mi zrobisz? – pyta dalej Jędrek. – Mamuś, ja tylko jestem ciekaw, co on mi zrobi. Wysuwa ręce przed siebie i wykonuje szybki ruch, jakby pchał coś niewidzialnego. Wielkie dłonie zatrzymują się jakieś dwadzieścia centymetrów przed pobladłą twarzą pana Ryszarda. Pan Ryszard wciska się w fotel. Szybko mruga powiekami, jego oddech robi się świszczący. Jędrek wrzuca na luz, opuszcza ręce i idzie do swojego pokoju. Brakuje tylko, by zaczął pogwizdywać. Pan Ryszard mokrymi palcami sięga po gazetę, ale nie potrafi jej utrzymać. 10. Bydgoszcz rozwadnia się za oknem autobusu. Kamienice, pościskane w centrum jak gołębie podczas ulewy, rozluźniają się z każdym kolejnym przystankiem. Ich okna robią się mniejsze, bramy zieją czernią i pyłem. Między nimi wyrastają czteropiętrowe bloki, plomby, mokre ogródki i place zabaw z rdzewiejącymi zjeżdżalniami. Błyska stalowa tafla Brdy. Pojawiają się zaniedbane wille ze sztucznymi kwiatami na parapetach i wiejskie

Inna dusza lukasz orbitowski