Page 33

rozluźnia palce. Kamień śmiga koło włochatego ucha. Bezdomny wydaje z siebie kwik i przepada w korytarzu. Jędrek mógł trafić go bez kłopotu, ale tego nie zrobił. 2. Listopad jest jak sen o sztucznych światłach: autobusy stoją w korkach, zacina bury deszcz, a o poranku na Jasnej można zobaczyć kałuże o brzegach żółtych jak pudełeczka w jajkach niespodziankach. Dalekie domy spowija mgła, której pasma, niby otępiałe duchy, wkręcają się między nagrobki cmentarza Starofarnego. Rowery stoją już w piwnicach, woda tryska spod kół śmieciarki, przechodnie nastawili kołnierze, naciągnęli na uszy czapki, ale chłód i tak wwierci się pod ortalionowe kurtki i prochowce. Golfy pod puchówkami nasiąkają potem. Wstaję pełen sił i cieszę się czystym mieszkaniem. Nauczyciele chorują i w poniedziałek wracam trzy godziny wcześniej. Robię pomidorową dla siebie i mamy. Jemy w milczeniu. Talerze zmywam w wyczyszczonym zlewie i odstawiam na ociekacz. Matula swoim zwyczajem zostaje przy stole. Szkoda mi dnia. Zabieram się do wykańczania pokoju. Półki już przetarte, książki poukładane według autorów, zabawki, niepotrzebne, poupychałem do szuflad. Nastawiam pranie z pościelą, a ponieważ proszek się skończył, wlewam pół butelki ludwika. Będzie bardzo dobrze. Gdy trzepię narzutę na podwórku, mam wrażenie, że matka mi się przygląda przez szybę. Najważniejsze zostało na koniec. Nalewam wody do wiadra, zagęszczam ludwikiem i usiłuję zmyć czarny ślad po ojcu. Tę plamę po brudnych kudłach. Nie bardzo chce schodzić. Robią się szare smugi, jakby mój tatko chciał rozlać się po mieszkaniu. Nie pozwolę. Wymieniam wodę na czystą, szoruję znowu i co chwilę cofam się pod meblościankę, żeby ocenić efekt swojej pracy. Ciągle coś nie leży i nim się połapię, nad łóżkiem widnieje jasny okrąg. Jakby świeżo malowane. Właśnie malowanie wydaje mi się nie najgorszym pomysłem. Zasuwam do kuchni, żeby zainteresować tym mamę. Wystarczy przepchać meble na środek i już. Sam się tym zajmę, obiecuję, tylko potrzebuję pieniędzy na farby. Mama słucha mnie w skupieniu, dziękuje za ostatnie dni i prosi, żebym wreszcie poszedł poszukać ojca. Ani myślę. Tatko poszedł w długą i gdzieś się zawieruszył. Mówię mamie, że wróci, jak mu się znudzi, jak go pobiją albo przemarznie na kość w jakiejś bramie. Przywlecze się i będzie płakał. Matka doskonale to wie i nie wie jednocześnie. Powtarza swoją prośbę tak długo, aż mięknę. Wyjmuje trochę drobnych i zamyka mi je w dłoni. Jeszcze się ociągam.

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement