Page 263

wysiadają tacie, z pewnością nie ma węchu. Nim mu przeszkodzę, drepcze w kierunku tej dwójki i wraca z wysępionym szlugiem. Paląc, odchyla głowę i cmoka, delektuje się zakazaną przyjemnością. Gra zdartą taśmę o starych, dobrych czasach, kiedy mężczyźni mieli mocne, spracowane dłonie, a kobiety szerokie biodra i piersi jak arbuzy. Martwi się przyszłością młodego pokolenia, dorastającego bez wzorców, bez szacunku dla starszych i słowa pisanego, a ja siedzę, piję kawę i przyglądam się Marsjanom goszczącym na naszym ryneczku. Starzejący się punk popija piwko i pochyla się nad swoim dzieciątkiem, a jego żona patrzy na tych dwoje z miłością przerastającą zmęczenie. Dziadyga, pewnikiem stary ubek, ciągnie za sobą staruchę w płaszczu do kostek. Piękni jak rozwieszone pranie, kłócą się o przeszłość. Małżeństwo czterdziestolatków je lody, spacerując za ręce. On miękki i tłusty, ona porcelanowa, spokojni i przyjemnie sobą znudzeni. Z holenderskiego baru wytaczają się świeżo poznani kochankowie, wielki chłop z malutką, krótko ściętą panną, niezdarnie objęci i pijani w dym. Pewno poznali się wczoraj i chleją na umór od rana, by choć trochę uporządkować to, co wybuchło między nimi. Są i koledzy, jak tamtych dwóch od papierosów. Obgadują innych kumpli, bredzą o dziewczynach – dwa języki splecione w bliźniacze supły. Muskularny bydlak opowiada dwóm jeszcze większym skurwielom, jak kopał chłopa pod klubem tanecznym Brodway. Tamci rechoczą i chwalą dzielnego kolegę. Od strony Jana Kazimierza nadciąga rodzina trzypokoleniowa, czyli dwoje zahukanych młodych z paroletnim dzieckiem i wytworni rodzice w odprasowanych ciuchach. Dziecko rwie się do lodów, młodzi lecą za nim, babcia – stara kwoka z cycem do kolan – wrzeszczy, żeby poczekali. Dziadek obraca głowę w stronę holenderskiego baru. Ci ludzie przybyli z Marsa, z innych, nieznanych mi wszechświatów, do których nigdy nie zyskam wstępu. Są jak piękne modelki spacerujące po wybiegu w ciuchach jakiegoś cholernie znanego projektanta. Siedzę na widowni, łowię szczegóły w pamięci, mogę nawet robić zdjęcia, ale nigdy nie będę miał ani takich ubrań, ani takich modelek. Maluch przy stoliku obok obudził się i wrzeszczy. Tatko, który skończył już palić, kokosi się na fotelu. Prosi o jeszcze jedną kawę. Wyrażam zgodę. Najchętniej wypiłby ich piętnaście, a potem padł na serce, tak tęskno mu za odurzeniem. Obraca głowę za kelnerką, dziecko wciąż się drze i nim zdążę zrobić cokolwiek, tatko podrywa się i, czerwony na gębie, z wybałuszonymi oczyma krzyczy, żeby natychmiast uciszyli tego francowatego bachora. Sterczy tak, naprężony jak fiut po viagrze, z pięściami zaciśniętymi do białości. Stary punkowiec też wstaje i zaprasza mojego ojca do tanga. Niech tylko podejdzie, to sobie porozmawiają. Jego żona prosi, aby się uspokoił. Ryk taty zagłusza skowyt dziecięcia. Mój na wpół ociemniały tatuś oświadcza, że takich chojraków zjada na śniadanie, weź nie pajacuj, fircyku jeden. Wyrastam między nim a starym punkowcem. Tłumaczę temu

Inna dusza lukasz orbitowski