Page 262

poprzedzielane przez sieciowe sklepiki spożywcze. Małpki i żabki mnożą się w naszej Bydgoszczy. Bilbordy wypełniają każdy kawałek wolnego muru. Na dachu małego fiata umocowano ofertę skupu złota. W oknach, tam gdzie kiedyś widniały portrety papieskie, można zobaczyć białą płachtę z napisem DO SPRZEDANIA i numer telefonu. Idziemy w stronę Gdańskiej, mijając wiklinowe fotele wylewające się z restauracji, drzewka w betonowych donicach i rencistów w czerwonych uniformach, którzy rozdają ulotki parabanków. Hotel Pod Orłem stoi na barkach atletów. Poniżej parkują luksusowe samochody, rosyjski miesza się z niemieckim, a nieco dalej, przed bramą empiku, łysy ochroniarz wysłuchuje tłumaczeń drapichrusta, który schował w spodniach grę komputerową. Mój ojciec ożywia się i wspomina, jak często chodziliśmy tędy w dawnych czasach – do Pomorzanina, na lody, do Jedynaka. Brakuje mu tamtych dni, tęskni za utraconym zdrowiem i liczy, że kiedyś odzyska swoje oczy. Robimy krótki test. Wie, gdzie jesteśmy, rozpoznaje hotel, ale nie potrafi wskazać numeru na przodzie czerwonego tramwaju. Na Mostowej zaczyna się szarpać. Wyrywa do przodu i nie wolno mi go puścić – gotów jest taranować przechodniów. Tak przecinamy Brdę, nad którą zawisł szary linoskoczek. Na wyspie Świętej Barbary nastroszyły się drzewa, a mocne słońce spada na czerwonawe ściany katedry innych świętych, Marcina i Mikołaja. Ojca jednak bardziej interesuje restauracja grecka przy Grodzkiej. Bardzo chciałby już przycupnąć na kawusi. Jest taki zmęczony. Tłumaczę, że Węgliszek niedaleko i tam siądziemy jak dwaj królowie, na powietrzu, pod parasolem. Mimo odnowionych kamienic, mimo lśniącego kremową świeżością budynku biblioteki miejskiej i majestatu ratusza nasz rynek sprawia wrażenie pozostającego w ciągłej budowie. Wielki goły plac wyraźnie na coś czeka: na rzeźbę, na kramy, na koncert, na cokolwiek, co uczyni go kompletnym. Tatusiowi może i wysiadł nerw w oku, ale stoliki przed Węgliszkiem widzi doskonale. Siadamy pod parasolem Żywca, bo Kujawiaka dawno już nie ma. Tatuś zakłada nogę na nogę, mości się w wiklinie, a do kelnerki zwraca się, używając słów w stylu „kierowniczko” albo „rączki całuję”. Zamawiam latte, on podwójne espresso. Nie może się doczekać, aż przyniosą. Pije i narzeka, że bardzo gorące. Po chwili chce jeszcze jedno. Poczekaj, tatusiu. Przy stoliku obok usadowiło się młode małżeństwo z dzieckiem w nosidełku. Jej luźne ubrania nie pasują do szczupłej sylwetki. Musi się wstydzić pociążowego ciała. On wygląda na podstarzałego uciekiniera z jakiegoś koncertu punkowego: szturmówki, glany, siwiejący płaski irokez. Bez przerwy zerkają na dziecko. Za nimi dwóch chłopaków rusza do boju z kacem. Jeden to muskularny drab w dresie i podkoszulku z bazgrołami, drugi wyniósł swój garnitur z opery londyńskiej czy czegoś podobnego. Palą brązowe papierosy i bez przerwy się śmieją. Wśród zmysłów, które

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement