Page 26

nami rysuje się polana i sitowie, jeziorko przesłania nam Jędrek z plecakiem przerzuconym przez ramię, mokry i dumny ze zwycięstwa. 15. Wciąż ciepło, ale tu nie wolno pływać. We trzech ściągamy koszulki. Jędrek zwala się na trawę, pokazując włochate pachy. Darek ma bicepsy jak śliwki, zarys kwadracików na brzuchu i płaską klatkę piersiową. Cały czas zerka na swoje ramiona. Z plecaka wyjmuje termos i pognieciony pakunek. Dostajemy pić i po kawałku biszkopta. Pałaszuję natychmiast, a Jędrek przygląda się swojej porcji. Gryzie ostrożnie, jakby spodziewał się pułapki. Dałbym głowę, że jego plecak się poruszył. – Całkiem do rzeczy – mówi, nie odrywając wzroku od ciastka. – Mógłbyś zrobić takie dziurki, o, tu i tu – pokazuje gdzie – potem dajesz marcepan czy tam jakiś kremik i masz buszejkę. No, ale niezłe i tak, nie? Podziękuj mamie ode mnie. Darek kiwa głową, że tak postąpi. Słyszymy śmiech jakiejś bandy popijającej daleko, za szuwarami. Darek nie wie, co powiedzieć, więc mówi byle co: zauważa, że chyba nie miałem roweru, a jednak na jakimś przyjechałem. Nigdy nie widział takiej ramy. Wzruszam ramionami. Nie było roweru, rower jest, to wszystko, co powinien wiedzieć. Znajdujemy krótkie molo osuwające się w brązową wodę. Zdejmujemy buty i siadamy na przegniłych deskach. Mącę toń paluchem. Nogi Darka są za krótkie i bujają się w powietrzu. Nad nami krążą ciężkie ważki. Pośrodku jeziorka stoi przekrzywiona łódka i nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś sobie w niej przysnął. Rybki trzepoczą się przy dnie, obok porośniętych mchem butelek. Darek mówi, że może mi pomóc z kasą. Popołudniami dorabia sobie, myjąc samochody pod Blankami na Mostowej, starsze chłopaki, co tym trzęsą, są właściwie w porządku i potrzebują ludzi. Czasem jakiś kierowca się wścieknie, warto zadbać o cegłę pod ręką, poza tym da się żyć. Milknie i zagaduje Jędrka, czy on też by chciał. Jędrek grzebie w plecaku. Podnosi głowę. – Na chuj mi to? – W jego głosie brzmi szczere zdziwienie. – Całe życie będę robił, teraz wolę pojeździć na rowerze. Rzucam, że fajnie byłoby porobić we trójkę, taka praca to nie praca. Jędrek włada rękę do plecaka po łokieć. – Nawet nie wiem, co miałbym robić z tą flotą – mówi. – Patrzajcie lepiej na to, jakie śmieszne są, no nie? Na molo kładzie worek podobny do takiego, w którym w pierwszych klasach nosiliśmy buty. Jędrek rozwiązuje węzeł. Z worka gramoli się kotek, maleńki, o posklejanych jeszcze oczach i futerku. Ledwo stawia kroki i zaraz przewala się na bok. Za nim wyłazi kolejny, jakby bardziej

Inna dusza lukasz orbitowski