Page 249

cmentarze emanują spokojem nawet w takie dni. Dobrze czasem posiedzieć i podumać. Dumanie szybko nudzi się ojcu. Namawia, byśmy wreszcie wracali. Mama zdaje się tego nie słyszeć, więc tatko ją trąca i przypomina, że nie mamy całego dnia na zmarnowanie. Mamusia opornie odkleja się od ławki i wpada na pierwszy lepszy grób. Cichutko przeprasza. Nie wie, co się stało. Bardzo chciałaby już być w domu. Bardzo chciałaby się już położyć. W powietrzu wirują zielone drobinki, wiewiórki skaczą między gałęziami, tuż przy nas, alejką spaceruje ciekawski kos. Żałobnicy odpływają ku bramie, pod którą podjeżdżają taksówki. W końcu mama podejmuje decyzję: trzeba iść. Zastanawia się, gdzie też podziała wodę. Wściekły tatko pogania nas, stojąc pod wysokim czarnym krzyżem, ale nawet on dostrzega, że mamie jest słabo. Ujmuje ją za ramię, delikatnie jak na niego, i prowadzi poza cmentarne mury. Narzuca jednak swoje tempo. Wolną dłonią próbuje zapalić sobie papierosa. Odpuszcza. Przygląda się drzewom, grobom i żałobnikom, jakby byli jednym i tym samym. Ględzi, że tylko takie nieszczęścia jak śmierć Dagmary pozwalają ludziom się zjednoczyć. Żyjemy osobno, każdy dla siebie, chyba że jakiś małolat pójdzie pod nóż. Wówczas następuje łzawe zgromadzenie. To dobrze, ale kiedyś było zupełnie inaczej, ludzie razem pracowali, razem bawili się i wspólnie wychowywali dzieci. Pomagali sobie i pilnowali się nawzajem. Czy ktoś za komuny słyszał o seryjnych mordercach? Kapitaliści wsadzili między ludzi swoje zakrwawione dolary, a tacy jak Jędrek – tatuś wymawia to imię ściszonym głosem – ganiają z siekierą, bo im się nudzi, no i nie wiedzą, co jest grane. Za bramą ostre słońce przebija się zza drzew. Trwa wyścig do taksówek – wygrywa ten, kto pierwszy szarpnie drzwi. Z daewoo na toruńskich blachach leci piosenka Shakiry. Tatuś wybiera drogę z dala od samochodów, a mama nagle staje, opiera czoło o cmentarny mur i osuwa się na ziemię. Ojciec krzyczy, żeby przestała się wydurniać i nie ma mowy, by płacił za taksówkę. Potrząsa moją mamusią. Pochyla się, znów wrzeszczy, żeby nie udawała. Nie mogę się ruszyć. Patrzę tylko, jak tato tyrpie mamę ostrzej i ostrzej. Wreszcie przekręca ją na plecy. Gęba mu się zamyka. Mamusia wytrzeszcza oczy, jakby coś utknęło jej w gardle. Z ust sterczy naprężony język. Drgawki rozbiegają się po ciele. Brzmi stukanie. To głowa matuli bije o bruk. Tatko klęka, próbuje ją ująć. Pyta, co się dzieje. Bardzo chciałby pomóc. Unosi sztywniejące ciało mamusi, przyciska do piersi, woła na mnie, żebym coś zrobił, cokolwiek – wezwał karetkę, poleciał po taksówkarza. Nogi mamy sztywnieją i gdy wracam z taksówkarzem, tym samym, który tak lubi Shakirę, zastaję ojca we łzach, z nieruchomą mamusią na rękach. 6.

Inna dusza lukasz orbitowski