Page 247

ramieniu. Spogląda przed siebie obojętnym wzrokiem, a gdy prowadzę ją korytarzem, szepcze mi w ucho, że jest bardzo zmęczona. W tak piękny dzień chowają tylko dobrych ludzi. Z nieużytków na Jasnej strzelają zielone czapy, za nami mocne drzewo pochyla się, jakby zaraz miało ułożyć się wygodnie, w poprzek ulicy. Krzaki przeciskają się przez siatkę, źdźbła traw torują sobie drogę między pęknięciami w płytach chodnikowych, na drutach rozpiętych między kamienicami kokoszą się ptaki o kolorowych podgardlach, a spod okapu, dokładnie nad naszą bramą, zwisa gniazdo jaskółki. Na rogu, już po drugiej stronie Grunwaldzkiej, oko cieszy szyld nowego sklepu monopolowego. Dagmarę chowają na Lotników i mama pyta, czy złapiemy jakąś taksówkę. Tatko śmieje się w odpowiedzi. Tak piękny dzień zachęca do spaceru, a ponieważ mamusia zamarudziła, teraz musimy się pospieszyć. Smolisty asfalt wydaje się tak miękki, że można by zanurzyć w nim palec. Słońce mruga do mnie z lusterek samochodowych. Tatuś wypina pierś i prowadzi mamę pod rękę. Ta gubi krok, musi ją ciągnąć, więc się wścieka. Próbuję pomóc, podtrzymuję, lecz matula nie potrzebuje mojego ramienia. Wolną dłonią ociera sobie czoło, by zaraz pomiętosić sukienkę. Przecinamy Grunwaldzką. Nad śluzą mamusia nawet nie prosi o chwilę przerwy, tylko wyrywa się ojcu i zawisa na barierce, wpatrując się w leniwy nurt. Na bladej twarzy pojawiają się czerwone plamki. Tatko zaczyna tupać, gdy tylko słyszy prośbę o coś do picia. Ostrzega, że tego nie wytrzyma. Oszaleje. Mamusia kiwa głową, odrywa się od barierki. Mówię, żeby szli pomalutku, polecę do pana Docenta po wodę. Zaraz ich dogonię. Tatuś wypuszcza z siebie powietrze na znak zgody. Mama wyjmuje portmonetkę i monety wysypują się na asfalt. Rozpędzona dwuzłotówka ląduje w kanale, nim zdołam ją złapać. Pan Docent nie wybiera się na pogrzeb ani nie raczy się ze mną przywitać. Pewno przez tę przyjaźń z Jędrkiem. Myślę, że tatko nie mylił się co do niego. Pan Docent jest nikim więcej jak złośliwym chciwcem upojonym tą odrobinką władzy, którą dają liczby zanotowane w zeszycie. Nóż cię ominął, a szkoda, skurwysynu jeden. Proszę o dużą butelkę wody niegazowanej, ciskam pieniądze na ladę i już mnie nie ma. Przysiągłbym, że pan Docent pożegnał mnie fuknięciem. Pędzę. Koszula lepi mi się do pleców. Tymczasem rodzice pokonali już Nakielską i są na Stawowej. Mama pije długo, zwilża sobie skronie i smutno spogląda w stronę szarego budynku poradni zdrowia psychicznego. Ruszamy dalej. Tatko bez przerwy spogląda na zegarek i pali, nie wyjmując papierosa z ust. Można by pomyśleć, że sam papież wpadł z wizytą na cmentarz Świętej Trójcy. Żałobnicy gromadzą się od bramy po kaplicę. Stoją między grobami. Opierają się o pnie drzew, wyrastają z krzyży i zieleni. Im dalej, tym ciaśniej. Tatko każe się przepychać. Pruje naprzód, ściskając mamę za nadgarstek. Ta obija się o ludzi, bez przerwy przeprasza. Głos księdza

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement