Page 242

Długość dźwięku samotności lato 1999 i potem

1. MÓJ TATKO UMYŁ SIĘ, OGOLIŁ I PRZYODZIAŁ,

dając w ten sposób wyraz swojemu oburzeniu. Pozostawił swój barłóg zakryty dziurawym, przypalonym kocem, siedzi w kuchni nad szklanką bez gazu i peroruje. Jest jak cielę z dwoma głowami, jak duch, jak statek kosmiczny lądujący na podwórku: powinien zniknąć, a jednak trwa. Bandaże na powrót krępują lodówkę, okno jest szare od kurzu, pyrka osmalony czajnik, a mój ojciec, znawca życia, rozbiera Jędrka i jego rodzinę na czynniki pierwsze. Jest zdania, że to wszystko można było przewidzieć. Wystarczyło spojrzeć na tego chłopaka. Niby się uśmiechał, a oczy zawsze miał zimne. Mówił to, co inni chcieli usłyszeć, i nigdy się nie odsłaniał. Zapalonego papierosa trzyma po żołniersku, skrywając żar we wnętrzu dłoni. Pociąga ze szklanki i zachodzi w głowę, jakim cudem niczego się nie domyśliłem. Spędziliśmy razem tyle czasu. Odpowiadam, że Jędrek zawsze był trochę skryty, ale gdy myślałem o śmierci Darka, w ogóle nie brałem go pod uwagę. Przecież chodziliśmy na flippery i jeździliśmy do Myśla na rowerach. Teraz tatuś świdruje mnie wzrokiem, któremu wóda nadaje pozór przenikliwości. Twierdzi, że nie nadaję się na detektywa, rechocze i czochra mi włosy. W kuchni pojawia się drugi duch. Stawia drobne kroki, suwając nogami po podłodze. W podomce narzuconej na gołe ciało wygląda równie staro co pani Teresa. Skóra zwisa z policzków, powieki niby pajęczyna. Patrzy, jakby nas nie poznawała. Chce zaparzyć sobie herbatę, więc wstaję, żeby ją wyręczyć. Mama stoi pośrodku kuchni z opuszczonymi dłońmi i świszczy. Tatko koniecznie musi poznać jej zdanie na temat ostatnich wydarzeń. Słyszałaś, matka, że mieliśmy w Fordonie Hannibala Lectera? Bywał u nas, jadł, pił i bujał się z Krzyśkiem. Mama chyba nie bardzo wie, o co chodzi. Robię jej miejsce. Zwala się na krzesło ze zwieszoną głową, a jej wychudzona pierś faluje, jakby coś próbowało wydostać się ze środka. Tatko wydmuchuje dym na swoją zmaltretowaną ślubną i sprowadza swój wywód na pana Ryszarda i jego żonę. Niby tacy światli, porządni, a jak wychowali syna? W nosie pana Ryszarda kłębi się więcej much niż nad wiejskim klopem. Teraz pewno wyfruną. Ciekawe, czy dalej będzie taki ważny, po tym wszystkim. Pani Hania niewiele lepsza. Skromna i cicha, a jednak jędza. Wystarczy spojrzeć. Tatuś bardzo współczuje mamie

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement