Page 222

Starannie pakuje wszystko z powrotem i zawraca. Klucze lecą jej z rąk. Spogląda na zegarek. Nie ona jedna. Rozsznurowanie butów zajmuje sporo czasu, więc Dagmara zdejmuje tylko jeden, stawia na progu i znika w głębi mieszkania, podskakując. Wraca, ściskając półprzezroczystą kosmetyczkę. Chowa ją do plecaka, wiąże but i pędzi przez korytarz. Kroki stawia dokładnie tak jak mama. Zatrzymuje się jeszcze raz. Zakłada słuchawki. Włącza walkmana i zbiega po schodach. Cała operacja z powrotem po kosmetyczkę zajęła jej dokładnie trzy minuty i czterdzieści sześć sekund. Jędrek nanosi liczby w odpowiednią kolumnę i dalej patrzy przez dziurkę od klucza. Siedzi na stołku przyniesionym z kuchni i popija wodę. Mógłby się gapić przez judasza, ale wówczas musiałby stać. Czeka jeszcze pół godziny, czy któraś nie wróci. Tak jednak się nie dzieje. Jędrek odnosi stołek, siada u siebie i gapi się w zeszyt. Jedną kolumnę poświęcił Dagmarze, drugą pani Miłce. Linijek jest dużo, bardzo dużo. 3. Tego poranka promienie słońca są jak zatopione w szkle. Między zaciągniętymi firankami przesmykuje się taki jeden figlarz i trąca złotym noskiem naszą meblościankę dokładnie w miejscu, gdzie do niedawna leżało PlayStation. Na podłodze stoją dwie butelki – jedna pusta, w drugiej są niedopałki. Niedopałki walają się też na dywanie i parapecie, podobnie jak skórki od chleba, słoiki po majonezie, zasmarkane chusteczki higieniczne oraz, a jakże, zmięta powieść Wilbura Smitha. Uświadamiam sobie, że nie pamiętam, kiedy widziałem tatusia z nosem w książce. Teraz kokosi się na połamanej sofie. Mruga, jakby nie mógł uwierzyć, że już nastał dzień. Podpiera się na łokciach. Wysuszony taki, można by go przeciąć moczem w najgrubszym miejscu. Zresztą daje od niego właśnie uryną. Oczy ledwo otworzył i już wrzeszczy o jedzenie. Trochę to dziwne, bo ludzie jego pokroju śniadają najczęściej we wczesnych godzinach popołudniowych. Co mi tam. Jasne, co byś zjadł, tatusiu? Życzysz sobie herbatę czy kawę? Tatko odpowiada, że nada się cokolwiek. Żołądek przykleił mu się do kręgosłupa, tak twierdzi i charczy we własną otwartą dłoń. Kroję chleb i mortadelę. Smaruję margaryną. Na wierzch daję plasterek ogórka kiszonego. Niech ma. Podczas gdy przygotowywałem śniadanie, tatko zdążył zmienić pozycję. Siedzi na ziemi w samych majtach i grzebie wśród niedopałków, usiłując wybrać taki, który najbardziej nadaje się do palenia. Najpierw jednak przekąsi. Pakuje sobie kanapkę do ust, dopycha

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement