Page 221

plakat z papieżem. Sam pan Docent obwieścił, że daruje nam wszystkie długi z wyjątkiem tych zaciągniętych na alkohol. W centrum miasta rozwijają się języki nawiezionej trawy. Niedaleko lotniska trwa gorączkowa praca nad budową kładki, którą wierni dotrą na mszę, nie nadkładając drogi. Na lotnisku żołnierze powoli wznoszą ołtarz. Bezrobotni malują pobliskie parkany. W oknach pojawiają się portrety, krzyże, kwiaty i żółto-białe proporczyki. Ludzie zaczęli się żegnać, wsiadając do autobusów i mijając kościoły. Radio gra pieśni religijne na zmianę z kawałkami Kasi Kowalskiej, Urszuli i Erica Claptona. Gazety drukują żywoty świętych i artykuły o opętaniach i egzorcystach. Nim Bydgoszcz ugnie się pod białym nalotem, władzę przejmują studenci. Nocą ich ryki niosą się tak, że zapominam o ojcu. W dzień grzmi muzyka. Z taśmy leci Małgośka, sobowtór Krzysztofa Krawczyka śpiewa jego najsłynniejsze szlagiery. Na scenie plenerowej króluje najprawdziwszy wampir w czarnym płaszczu z czerwoną podpinką. Zapowiada kolejne piosenki i robi groźne miny. Wkrótce dołącza do barwnego korowodu maszerującego w stronę mostu Staromiejskiego. Dziennikarz „Expressu Bydgoskiego” przeprowadza wywiad z czterema dziewczynami, które przebrały się za tramwaj, a Brdą ścigają się kajakarze. Radni kłócą się o złagodzenie koncesji na sprzedaż alkoholu. Miasto zyskało kolory i drży, jakby w oczekiwaniu na coś ekscytującego. 2. Pani Miłka wychodzi z mieszkania o siódmej trzynaście. Nieco wcześniej niż zwykle, a i tak się spieszy. W otwartych drzwiach rzuca parę nerwowych słów i biegnie korytarzem, wymachując torebką ze sztucznej skóry. Skręca z gracją zawodowej łyżwiarki, zstępuje na stopień i znika z widoku. Jędrek odsuwa się od dziurki od klucza. Zerka na zegarek. Notuje w zeszycie imię, dzień, godzinę. Dagmara wychodzi dokładnie dwadzieścia jeden minut później. Włosy ma podcięte i rozpuszczone. Ma na sobie bawełnianą żółtą bluzę Fruit of the Loom ze ściągaczem. Trochę w niej tonie, za to dżinsy w różnokolorową kratę pozwalają stwierdzić, że prócz sporej biblioteki ma również ładny tyłek i proste nogi. Wydaje się wyższa za sprawą butów na koturnie. Plecak niesie niedbale, na jednym ramieniu. Zamyka za sobą drzwi i wychodzi ze wspólnego korytarza. Przy schodach zatrzymuje się, zdejmuje plecak, wydyma usta i marszczy nos przekonana, że nikt jej nie widzi. Gmera w kieszeni na ślepo, maca. Na próżno. Przeklina, zwala plecak na parapet i wypakowuje. Kupkę książek i skoroszytów wieńczą kolorowy piórnik i walkman ze słuchawkami o pomarańczowych gąbkach. Nie tego jednak szukała. Tupie i zaciska wargi.

Inna dusza lukasz orbitowski