Page 215

fotografów, którzy suną wzdłuż stołów, robiąc zdjęcie każdej pracy. Gdy stają przed miniaturą budynku sądowego, pani Wanda delikatnie szarpie Jędrka za marynarkę. Jędrek oczyszcza kadr z siebie samego, a pani Wanda mówi, że to w dobrym tonie. Na zdjęciu powinna być tylko praca. Podchodzą jurorzy. Chudzielec uważnie ogląda tort Jędrka, jak i jego samego, zerka jednak obok. Wszyscy trzej coś notują i już ich nie ma. Garbią się nad spichrzami. Juror w czerwonej koszulce niemal kładzie się na stole, tak bardzo chce widzieć każdy szczegół. Chudzielec poprawia okulary, notuje, patrzy i znów coś kreśli. Komisja zasiada już za zielonym stołem. Porównują notatki. Juror w koszulce polo najwyraźniej chce mieć to już za sobą, dyskretnie wskazuje w stronę spichlerzy, za to chudzielec zaczyna się kłócić. W końcu ten w koszulce daje znak, że mu wszystko jedno. Jego kolega próbuje jeszcze coś ugrać i ostatecznie wzrusza ramionami. Uwolniony tym gestem chudzielec wyrusza z bezpiecznego krzesła na salę, zbrojny w nożyk i łyżeczkę, a w Jędrka wstępuje życie. Kłania się, gestem dłoni zaprasza do częstowania. Nóż wkrawa się głęboko w ciasto. Chudzielec równie dobrze mógłby pałaszować żwir. Pozwala sobie stwierdzić, że tort jest przyzwoity, choć oczekiwał czegoś lepszego. Pochylony nad spichrzami chudzielec pozwala sobie na chwilę wahania. Jego autorzy, dwóch czerstwych chłopaków w niedopasowanych marynarkach naciągniętych na tanie podkoszulki, robią się wyraźnie spięci. Wybór chudzielca pada na środkowy budynek. Nóż nie chce się zagłębić i zjeżdża po ścianie, odsłaniając białą płaszczyznę, bynajmniej nie spożywczą. Do odkrojonego kawałka czekolady przywarły białe kulki styropianu. A Jędrek przyjmuje gratulacje. Ściska ręce jurorów i wzruszoną panią Wandę. Nawet pozwala, by Marchewa poklepał go po plecach. Fotografowie znów gromadzą się wokół jego ciasta. Pani Wanda mówi parę słów do mikrofonu. Uczestnicy zaczynają się zwijać, a Jędrek po prostu stoi, inaczej niż zwykle, na miękkich nogach i z wypuszczonym brzuchem. Rozgląda się po sali i kieruje się do wyjścia. Zostawia za sobą panią Wandę i nadgryziony tort. Schodzi po stopniach na zewnątrz, podtrzymując się barierki, i już sunie Kijowską, zamknięty w miękkiej bańce, pchany przez gorący wiatr. 14. Tatko zjawia się w godzinie duchów. Wyrzuty sumienia tak go udręczyły, że nawalił się w dym. Ledwo przekracza próg i natychmiast osuwa się przy ścianie, w tej swojej spranej kurtce i rozsznurowanych butach. Chce je zzuć bez zsuwania i znowu leży. Drze się, byśmy mu pomogli. Ani myślę się ruszyć. Siedzę na swoim tapczanie, mama okupuje krzesło, owinięta w koc.

Inna dusza lukasz orbitowski