Page 208

rozrywką jesteśmy dużo ciekawsi niż mecze, a nawet filmy z Clintem Eastwoodem. 9. Jędrek blokuje drzwi chłodni i ostrożnie wyprowadza tort. Budowla to kanciasty sześcian zwieńczony niezdarną wieżyczką zbudowaną z ringów. Dłonie muskające jego powierzchnię mogłyby należeć do rzeźbiarza, gdyby nie były takie wielkie. Wie, co skrywa bryła. Musi to tylko odsłonić. Przygotowuje warsztat pracy: rozkłada szkice i zdjęcia. Pani Wanda wsadza głowę do pracowni tylko po to, by natychmiast wycofać ją z powrotem. W szufladzie znajdują się noże, ranty i narzędzia do modelowania, każde umieszczone w osobnej przegródce. Jędrek podnosi je po kolei. Sprawdza ostrość, wodzi opuszką po czubku. Jest tutaj nóż do tortów, wielki jak maczeta, i drugi, falisty, o miękkiej rączce, znalazł też wygięty skalpel i łopatkę do ciast. Bawi się szpatułą. Sprawdza, jak sprężynuje. Wybiera obustronny nożyk, zabiera skalpel i znacznik tortowy. Podwija rękawy. Pierwsze cięcia są szybkie. Żadna para oczu nie spogląda z sufitu. Jędrek błyskawicznie usuwa nierówności. Jego ruchy stają się powolne i precyzyjne, a przedramiona drżą, jakby dźwigały wielki ciężar. Przygląda się dokładnie każdej ścianie. Przykłada szpatułę, by sprawdzić pion. Ścina trochę z góry. Gapi się w zdjęcie. Zaznacza miejsce, w którym pojawią się drzwi, i zaczyna ścinać dach, oszczędzając ciasto nad planowanym wejściem głównym i przy wieżyczce. Jest spocony, jakby przerzucał węgiel. Zagruntowany tort przypomina embrion budynku, owinięty błoną płodową, wyglądający narodzin. Pani Wanda pyta, dokąd tak leci, a on pokazuje jej plecy i wypruwa z cukierni. Bydgoszcz jest nierzeczywista jak malunek na szkle – byle jakie domy, ludzie byle jacy i słońce nasmarowane na niebie. W jego promieniach tańczy świetlisty kurz. W spożywczaku zaduch i mrok, mydło przygniata powidło. Małe torebki chipsów z tazo z Gwiezdnych wojen leżą obok ciastek Hit opakowanych we wściekle czerwony rulon. Skrzynki kujawiaka nikną wśród wież z winami Biały Patyk, Mamrot i Aramis. Waga na ladzie pamięta czasy, kiedy mieli tu tylko ocet. Jędrek opiera się o blat. Można by pomyśleć, że przyszedł po haracz. Wydłubuje dwadzieścia złotych z kieszeni. Do cukierni wraca z butelką luksusowej w kieszeni fartucha. Pani Wanda jakoś nie może znaleźć sobie miejsca. Kręci się po korytarzu. Mówi, że chyba Jędrek upadł na głowę. Ma specjalne względy tutaj, lecz lepiej niech nie przeciąga struny. Jędrek wytrzeszcza oczy. Pani Wanda radzi mu, aby poczekał, aż wygra konkurs – wtedy poświętują sobie jak dorośli. W odpowiedzi Jędrek wali się w czoło otwartą dłonią.

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement