Page 206

W cukierni zjawia się równo z panią Wandą. Przebiera się szybko i układa na blacie zdjęcia i szkice. Odmierza szerokość drzwi wejściowych i tych prowadzących do chłodni. Cały czas gryzie ołówek. Wybiera podstawę. Kreśli raz jeszcze budynek sądowy. Długość każdego boku, wieżyczki i okna określa w milimetrach. Mocne palce bębnią w kalkulator. Drukowanymi literami wyłuszcza, co będzie potrzebne: ile mleka, ile jajek, a ile marcepanu. Na to wszystko przychodzi Marchewa i aż rwie się do pomocy. Jędrek nawet na niego nie spojrzy. Pani Wanda zapewnia Jędrka, żeby się nie martwił. Dostanie wszystko, o co poprosi. Kupiła już dłutka i barwniki, będzie na każde jego skinienie. Teraz on jest szefem. Jędrek zaczyna od ciasta na biszkopty. Zerka na kartkę i odmierza proporcje. Ubija białka, dodaje żółtek, proszku do pieczenia i zalewa stopionym masłem. Wlewa na formę. Tarcza szybko brązowieje i Jędrek może przygotować kolejną. Ociera sobie usta, bez przerwy mruga i krąży wokół pieca, jakby unosił się w powietrzu: duch z krwi i kości, muskularny cudotwórca. Biszkopty leżą gotowe. Jędrek rozrywa srebrną folię z napisem Gelita, wyjmuje listki żelatyny i wrzuca do misy z zimną wodą. Teraz krem pâtissière. Podwija rękawy, uciera żółtka z cukrem, miesza z mąką i wlewa do gotującego się mleka. Miesza, wykonując powolne, okrągłe ruchy. Żyły wychodzą mu na przedramiona. Nadyma policzki. Wciąga powietrze głęboko i wypuszcza ze świstem. Próbuje wyregulować płomień pod garnkiem. Ten, jak na złość, jest albo zbyt mały, albo za wysoki. Dłonie Jędrka chodzą coraz szybciej. Nogi przestają go słuchać. Miesza i manipuluje płomieniem. Zerka ku półkom, gdzie pęcznieje żelatyna, z wielkim trudem zdobyta przez panią Wandę. Masa w garnku przypomina krem do golenia. Marchewa pozwala sobie zauważyć, że praca wre, i pyta, jak może pomóc. Jędrek odwraca głowę. – Spierdalaj! Marchewa zaciska pięści i znika. Jędrek przelewa krem do dzieży i łączy z żelatyną. Płyn momentalnie twardnieje. Jędrek opiera się o ścianę, sapie i zaraz wraca do roboty. Ubija, zerkając cały czas na zegarek. Poprawia metalową tacę, naciera tłuszczem i rozpoczyna taniec-przekładaniec. Na tarczę biszkoptu chlusta kremem, rozsmarowuje i dociska kolejną tarczą. Niech się mury pną do góry! Wykonuje długie kroki, jakby przechodził przez rozpadlinę, i nawet nie zauważa, że Marchewa przyciągnął panią Wandę i żali się, jak go obrażono. Pani Wanda słucha spokojnie, dopytuje się, czy na pewno padło to jedno, szczególne słowo. Marchewa potwierdza. Tak, usłyszał, że ma spierdalać. Pani Wanda skubie podbródek i mówi, że skoro Jędrek kazał spierdalać, to co Marchewa tu jeszcze robi? 8.

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement