Page 200

Znów mnie zostawia – pędzi przez bramę na Warszawską. Pod długim blokiem zyskuje nową perspektywę: kościelna wieża zdaje się torować sobie drogę między gałęziami drzew. Cyka jeszcze jedno zdjęcie, a potem już tylko stoi, zadowolony z siebie, z aparatem w ręce i szkicownikiem pod pachą. Coś mówi do siebie, jakby już mieszał masę, wlewał do formy, kształtował detale albo nawet odbierał nagrodę. Nim do niego dotrę, markotnieje. – To jest wyzwanie – mówi. – Ja pierniczę, kupa roboty. Poszukajmy jeszcze. Jem mniej niż Jędrek i brakuje mi sił. Nie chcę wyjść na słabeusza. Zawracamy w kierunku Brdy. Powstaje szkic zabytkowej wieży ciśnień i murów miejskich, które do niczego się jednak nie nadają. Jędrek długo i uważnie przygląda się naszej malutkiej Wenecji – to budynki spiętrzone nad wodą, różnej barwy, otynkowane, zdarte do gołej cegły, pokryte jednak tym samym pyłem. Pną się jeden na drugi, tak że można po nich skakać. Balkoniki wysunięte niemal nad zielone lustro rzeki wyglądają, jakby czekały na strącenie. Po raz pierwszy Jędrek gubi się w nawałnicy kątów, mnie kartkę i zakreśla nową. Cyka kilka zdjęć i liczy klatki pozostałe w aparacie. Przed nami jeszcze ratusz. Jędrek tkwi jednak na ławce, zaciskając palce na jej brzegach. – Kiedy to zrobię, wszystko będzie dobrze, kapujesz? Nie stanie się nic. Niczego nie będzie. Będę cukiernikiem. Będę robił piękne rzeczy i ludzie zachwycą się tymi moimi pięknymi rzeczami – mówi ze wzrokiem utkwionym w wodę, gdzie ścielą się wodorosty. – Tylko muszę się sprężyć, żeby ten tort był na tip-top, żeby frajerom gacie pospadały. Nie inaczej, Krzysiek. Zostaną bez spodni, a ja będę cukiernikiem, będę robił piękne rzeczy i nie stanie się nic. Przed ratuszem wszystko powtarza się raz jeszcze. Jędrek rysuje, krąży wokół budynku, szukając miejsca dla zdjęcia zdolnego spełnić jego wyśrubowane wymagania. Dorzucił mi sześćdziesiąt groszy, więc siedzę na ławeczce, pałaszuję batonik i czekam. Wpada mi do głowy, że chciałbym coś mieć, tak jak on. Choćby dłoń, zawsze pewną, w każdej sytuacji, albo odwagę i cel. Odpędzam od siebie tę myśl, chwytam byle jaką: ratusz najlepszy ze wszystkiego, decydują ludzie z ratusza, Jędrek zwycięży, a frajerzy zostaną ze spodniami przy kostkach. – Zwijamy się, co? Podskoczysz ze mną na przystanek? No pewnie, że podskoczę. Przecinamy Długą i parking Pod Blankami, gdzie tego popołudnia panuje bezkrólewie wywołane przez parę strażników miejskich spacerującą ruchem wahadłowym. Jędrek znów musi się spieszyć. Założę się, że myśli tylko o wywołaniu zdjęć i przeglądaniu szkiców. I nagle staje. Wali mnie po plecach i zaczyna się śmiać. – Stary, ja cię kręcę! Patrzajże! Przecież to jest to!

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement