Page 194

dług jest nieskończony, a każda cząstka nieskończoności to też nieskończoność. Matula spokojnie słucha tego wszystkiego. Gdy chce zbierać talerze, tatko podrywa się, chce wyręczyć, lecz ona nie pozwala. Idzie do kuchni, a tatuś wykorzystuje tę chwilę, by sprzedać mi mądrość: skoro zawiódł, teraz mnie przypadła rola głowy rodziny. To wielka odpowiedzialność, żałuje, że ją na mnie zrzucił. Mama wraca do pokoju, a tatuś obwieszcza, że będzie się zbierał. Dość się zasiedział jak na pierwszą wizytę. Mamusia zachęca go, aby został jeszcze godzinkę albo dwie. I tak nie mamy żadnych planów, pooglądamy telewizję. Tatuś przypomina jednak, że musi wrócić do ośrodka. Zapina marynarkę, a mama całuje go w policzek. Ja poprzestaję na uścisku dłoni. Patrzę na ojca znikającego na klatce schodowej. Działa jedna żarówka. Przysiągłbym, że wziął głęboki oddech tam, za kręgiem światła. Parę dni później, po kolejnej wizycie, idę z tatusiem na przystanek. Pokazuje mi jakieś zaświadczenie, dzięki któremu nie musi kasować biletów. Kary przestaną przychodzić. Naprawił kolejny drobiazg. Drobiazgi składają się w wielki remont życia. Nim wsiądzie w autobus, bierze mnie w ramiona i kocha, aż żebra trzeszczą. Wsiada. Wydaje się narysowany na brudnej szybie, taki nierzeczywisty. Robię kółko aż do parku przy torach kolejowych. Siadam na ławce i próbuję sobie to wszystko poukładać. Po zielonym placku, tam gdzieśmy rżnęli w piłę, zatacza kółka facet w skórzanej kurtce. Obok wlecze się stary owczarek. Pan Zbyszek odpala papierosa od papierosa i smutno zerka w stronę Jasnej. 34. Pani Hania nie może oderwać się od Jędrka. Obsypuje go całusami, maca po barkach i brzuchu, szczypie w uda – takie grube. Jędrek stoi wrośnięty w przedpokój, przestępując ze stopy na stopę. Głębiej, niczym smutny diabeł kokoszący się w dziupli, tkwi pan Ryszard ze złotym sygnetem na palcu. Jakoś odkleja matkę od syna i próbuje go objąć. Mówi, że czekał spokojnie, bo wiedział, że Jędrek wróci. Pyta, czy czegoś mu nie trzeba, ale Jędrek milczy. Wrzuca zawartość plecaka do pralki. Bierze długi prysznic. Stare ubrania – dres, niebieska bluza – ujawniają skalę zmiany. Poleciał z dziesięć kilo, spuchły mu przedramiona, rozrosły się barki. Siedzi tyłem do drzwi i bez przerwy zerka za siebie. Je drobnymi kęsami. Pani Hania martwi się, że tak mało. Podsuwa pieczone kiełbaski owinięte plastrami boczku, pcha talerz serów i pyta, czy podgrzać bigos. Pan Ryszard się oburza: weź jeszcze widelec i karm chłopaka. Przecież jest skonany. Jędrek nie odpowiada, je jednak coraz szybciej. Przełyka, zamykając oczy. – Ja jestem bardzo zmęczony – duka. – Pójdę się położyć.

Inna dusza lukasz orbitowski  
Advertisement