Page 151

bankami, kasami pożyczkowo-oszczędnościowymi i zwykłymi lichwiarzami, których ogłoszenia można znaleźć na każdym słupie w Bydgoszczy. Jędrek przerzuca te papiery, próbuje liczyć, a Wesoły Fido rechocze ze swojej kanapy: próżny trud, to pętla, która musi się zacisnąć. Przynajmniej przez moment żył jak człowiek. A teraz wylądował tu. Rozkrzyżowuje ramiona i pokazuje swoje ostatnie, przedśmiertne królestwo. – Więc to tak – mówi Jędrek, ściskając plik wezwań i umów kredytowych. – A myśmy myśleli, że pan jesteś syn posła albo milioner z Warszawy. Wesoły Fido szyderczo rechocze, lecz błysk w jego oku zdradza, że miał swój udział w powstaniu tych plotek. Śmiech milknie, gdy Jędrek odkłada umowy i idzie przez pokój, mocny jak cyborg, w bawełnianej bluzie i dżinsach opinających masywne uda. Fido aż siada na ten widok, mówi, że dobrze, że tak chyba być musi, lecz głos mu się łamie. – Nie bój się pan – mówi łagodnie. – Naprawdę nic panu z tej kasy nie zostało? Bo ja bym dwie dychy przytulił, jak się da. Mija chwila, nim Wesoły Fido zrozumie, o co chodzi. Unosi swoją głowę wygłodniałego zwierzęcia i wbija w Jędrka mokre oczy. Jego dłonie buszują po kieszeniach telepane lękiem, że te dwadzieścia złotych gdzieś się zapodziało. Wyjmuje zmaltretowany banknot. Zsuwa się na brzeg kanapy i czeka, pogarbiony, z zadartą głową. Jędrek machinalnie wpycha forsę w big stary, bierze głęboki oddech i rozpina pasek. Blask świecy spada mu na kark i może przez to właśnie jego twarz jest zupełnie czarna. 18. Jest późno. Bloki jak rozsypana ciemność. Właściciele psów zaprowadzili do domów swoich podopiecznych, młodzi zdążyli się spić i wkrótce nastanie ich pora. Jedzą mentosy kupione na spółę i pokazują, jak chuchać, jeśli rodzice nabiorą podejrzeń. Dmuchają w dłonie cierpkim powietrzem, a inni, starsi, którym wolno więcej, rozpijają browara po skończeniu półlitrówki. Będą zionąć piwem, a nie wódką, jedno piweczko piłem, tatku, nie więcej. Przy śmietnikach kręcą się lisy i kuny, koty wypełzają z piwnicznych okienek i buszują w ogródkach ogrodzonych niskim płotem, rozstawionych przy blokach. Jędrek nadciąga od strony przystanku, przy którym zatrzymuje się nocny, i pruje przed siebie, jakby Fordon nie istniał. Gwałtownie skręca przed zaparkowaną nyską, jakby zobaczył ją w ostatniej chwili. Przeskakuje płotek i tratuje kwiaty. Jego krok jest krokiem maszyny, zaprojektowanej w jednym celu i niemożliwej do zatrzymania. Kieszenie flejersa pęcznieją od zaciśniętych pięści. Nie ogląda się za siebie.

Inna dusza lukasz orbitowski